poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 72 – W pogoni za białym królikiem


Uważała, że jej życie jest jednym nieprzerwanym pasmem cierpienia. Każda, nawet najmniejsza chwila radości, po chwili zdawała się kończyć pod wpływem złych wiadomości i zdarzeń. Hermiona coraz bardziej pogrążała się w ponurych myślach, patrząc, jak Astoria migdali się z Draco podczas przerwy obiadowej. Nie mogąc znieść ich zakochanych min, skupiła się na rysowaniu esów-floresów na swojej porcji ziemniaków. Od czasu upokorzenia, jakie zaznała od Thierry’ego, nie czuła głodu. Zamiast tego męczyły ją mdłości na myśl o nim. Twarz Kanadyjczyka pojawiała się w jej umyśle wystarczająco często, aby doprowadzić ją do śmierci głodowej. Miała tego serdecznie dość, dlatego postanowiła, że znowu rzuci się w wir pracy. Nie chciała na razie odwiedzać mamy, ponieważ mówienie o tym, co się działo w Sylwestra, sprawiało jej niemal fizyczny ból. Harry’emu i Astorii skłamała, że była na przyjęciu ze swoim ojcem i Suzanne. Severusowi nic nie mówiła, po prostu ignorując fakt jego istnienia i udając, że nie widzi jego złośliwych uśmieszków, które świadczyły o tym, że domyślił się, czemu jego współlokatorka ma zły humor.
Był wieczór, gdy Hermiona wysłała ostatnią wiadomość w imieniu Mafaldy Hopkirk. Sylwester był czasem szaleństw i wielu niepełnoletnich czarodziejów „zapomniało”, że nie powinni używać czarów podczas przerwy świątecznej. Tak naprawdę niewielu brało na serio ostrzeżenia Ministerstwa Magii. Panowała niepisana zasada, że na ferie patrzono z przymrużeniem oka. Dopóki nie było to coś poważnego, na przykład zaklęcia niewybaczalne lub skierowane przeciwko mugolom, to nikt nie zostawał wyrzucony ze szkoły albo postawiony przed Wizengamotem. Urzędnicy mieli lepsze rzeczy do roboty niż uganiać się za nastolatkami, którzy w połowie przypadków działali nieświadomie, a w drugiej były to niewinne psikusy. Hermiona uważała, że takie podejście jest rażącym naruszeniem obowiązków, ale nic nie mogła poradzić. Kingsley dał jej do zrozumienia, aby odpuściła, a Mafalda wolała opowiadać o swojej dopiero co założonej hodowli plumpek, jakby była ósmym cudem świata.
- Gdy awansuję na szefową wydziału, to zrobię porządek z tym lekceważącym stosunkiem do przestrzegania prawa – postanowiła Hermiona podczas wychodzenia z publicznej toalety przy Whitehall Street.
Mroźne powietrze wymieszane ze spalinami dotarło do jej płuc i sprawiło, że zaczęła myśleć o mugolach, a dokładniej o jednym, pochodzącym z innego kraju. Zdusiła przekleństwo, które cisnęło się na jej usta, gdy wyobraźnia podsuwała jej obrazy, na których całowała się z Thierrym. Wiązało się to z rumieńcami i szybszym biciem serca. Choćby starała się z całych sił wyrzucić go z pamięci, to nie była w stanie tego zrobić. Zakochała się w nim i pomimo zawodu, jej mózg pracował na pełnych obrotach.
Hermiona zatrzymała się, gdy z jej torebki zaczęły wydobywać się dźwięki typowe dla melodyjek ustawianych jako dzwonki w telefonach komórkowych. Może to ojciec dzwonił, aby powiedzieć jej coś ważnego? Czyżby mama czegoś chciała? Czarownica popatrzyła na wyświetlacz i zobaczyła numer, którego nie znała. Postanowiła odebrać.
- Halo?
- Cześć, Hermiono! To ja, Thierry…
Reszta wypowiedzi nie dotarła do dziewczyny. Błyskawicznie wcisnęła przycisk powodujący zakończenie rozmowy. Oddychała z trudem, wpatrując się w ekran, jakby zobaczyła ducha. Po chwili telefon zawibrował i ponownie wyświetlił numer Thierry’ego.
- Nie będę z tobą rozmawiać. Nie ma mowy – Hermiona ostro oświadczyła urządzeniu i odrzuciła połączenie.
Musiała to robić co chwilę. W końcu wyłączyła dzwonek oraz wibracje i wrzuciła telefon do torebki. W czasie tej czynności intensywnie myślała, skąd Thierry ma jej numer. Wiedzieli o nim naprawdę nieliczni, czyli jej rodzice, Ian, wychowawczyni z przedszkola Suzanne i na pewno podawała go w kilku formularzach kontaktowych, gdy było to niezbędne. Kto dałby nieznajomemu Kanadyjczykowi namiar na nią? Te myśli zaprzątały jej głowę przez całą podróż metrem. W pewnym momencie była tak skołowana, że każdy wydawał się jej podejrzany.
Wysiadając z wagonu, Hermiona poczuła, że jest zmęczona zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Aby rozwiązać zagadkę, wystarczyło porozmawiać z Thierrym, ale nie miała na to najmniejszej ochoty. Przysięgła sama sobie, że nigdy więcej się do niego nie odezwie. Z tego powodu zaznaczyła e-maile od niego jako SPAM i bezlitośnie opróżniała skrzynkę, bez wcześniejszego zaglądania do wiadomości. Było to dziwnie satysfakcjonujące uczucie i miała wrażenie, że mści się na nim, za to, że ją oszukał.
- Już straciłem nadzieję, że się tutaj zjawisz! – wesoły głos zabrzmiał po lewej stronie Hermiony.
Instynkt zadziałał, zanim czarownica zdążyła zastanowić się, skąd Thierry wiedział, że może ją spotkać na tej stacji metra. Wskoczyła w ostatniej chwili do wagonu. Drzwi przycięły jej płaszcz, ale wyszarpała go gwałtownie z pułapki, obserwując, jak Kanadyjczyk biegnie za odjeżdżającym pociągiem, krzycząc coś i machając rękami. Hermiona patrzyła na jego wargi, ale nie była w stanie niczego zrozumieć. Po chwili za oknem pojawiła się czerń, która jednoznacznie wskazywała na to, że podróżni znaleźli się w tunelu. Dopiero wtedy czarownica zaczęła analizować sytuację. Usiadła na wolnym siedzeniu i uspokoiła oddech. Płaszcz miała brudny w miejscu, gdzie zetknęły się z nim drzwi, ale przestała zwracać na to uwagę. Wyjęła komórkę i spojrzała na dwadzieścia sześć nieodebranych połączeń. Wszystkie były od Thierry’ego.
- Kto mu pomaga? – zastanowiła się, marszcząc czoło. – Czy wie, gdzie mieszkam? Jeśli tak to… - zamarła, a jej umysł oczyścił się z wszelkich myśli. – Severus… – wyszeptała.
Ten reset był jej bardzo potrzebny. Trwał tylko kilka sekund, ale gdy wróciła do siebie, to czuła, jakby odpoczywała przez cały dzień. Znowu mogła logicznie myśleć. Wysiadła na najbliższej stacji, wyszła na powierzchnię, podniosła komórkę bliżej twarzy i wybrała numer telefonu domowego.
- Czy przyszedł do mnie czarnowłosy chłopak w czerwonym płaszczu? – zapytała bezceremonialnie, gdy Severus odezwał się po drugiej stronie linii.
Hermiona prawie widziała, jak jej współlokator intensywnie myśli, czy jej odpowiedzieć. Istniała możliwość, że skłamie, ale liczyła, że zaskoczenie wydobędzie z niego prawdę.
- Był – Severus wyjawił sucho. – Czy mogłabyś łaskawie…
- Kiedy? – Hermiona nie bawiła się w uprzejmości.
- Pół godziny temu. O co chodzi? – pytanie zostało zadane chłodnym tonem. – To twój…
- Dziękuję.
Rozłączyła się, nic mu nie wyjaśniając. Sytuacja wydała się Hermionie wyjątkowo kłopotliwa. Mogła wrócić do domu przy pomocy czarów, ale wiedziała, że Severus nie spocznie, dopóki nie dowie się, o co chodziło. To będzie gorsze niż przesłuchanie przed Wizengamotem. Potem, nawet jeśli nie powie mu zbyt wiele, będzie się z niej nabijał i kpił. Pewnie rzuci na Thierry’ego czar, tak samo, jak na Deva. Tego wszystkiego Hermiona nie byłaby w stanie znieść. Gdy ponownie usłyszała głos swojego niedoszłego mężczyzny i ujrzała jego twarz, to serce znowu zaczęło się do niego wyrywać. Dlaczego miłość tak bardzo komplikowała życie i sprawiała, że było tak samo słodkie, jak i nieznośne?
Wyświetlacz komórki rozbłysnął światłem w mroku i to przyciągnęło uwagę czarownicy. Już miała przerwać połączenie, gdy okazało się, że to jej ojciec.
- Cześć, Kruszynko. Co u ciebie słychać? – zapytał radosnym tonem.
- Tak sobie, tato. Mogłoby być lepiej – Hermiona uśmiechnęła się sztucznie do słuchawki. Nie miała ochotę na zwierzenia, gdy stała na chłodzie i mijali ją przechodnie wchodzący i wychodzący ze stacji metra.
- Słyszę, że nie masz najlepszego humoru – oznajmił pan Granger – w takim razie proponuję kubek gorącego kakao z piankami wypitego ze mną i Suzanne. Co ty na to?
- Świetny pomysł, zaraz u was będę! – ucieszyła się czarownica.
Zakończyła połączenie i od razu zabrała się za poszukiwanie dogodnego miejsca do teleportacji. Wstąpiła w nią nowa energia, gdy doszła do wniosku, że ojciec tak ją kocha, że potrafi czytać w jej myślach. Potrzebowała odpoczynku oraz opieki, a on od razu zadzwonił. Odkąd Hermiona poznała magię, przestała wierzyć w takie zbiegi okoliczności. Takie połączenia istniały i były dostępne tylko dla wyjątkowo bliskich osób.
- Dom rodziców… - wyszeptała czarownica z uczuciem i przywołała w myślach odpowiedni budynek.
Trzask, który doszedł do uszu nielicznych przechodniów, nie sprawił, że przestali zajmować się swoimi sprawami. Nie zauważyli znikającej, młodej kobiety i postanowili uznać, że hałas spowodował jakiś nastolatek, który odpalał petardy, które zostały mu po zabawie Sylwestrowej.

***

- Ja się bawię z Abby, bo Sarah woli bawić się z Celine – paplała Suzanne, gdy wypiła kakao. – Bawimy się w lekarza albo w sklep. Sprzedajemy owoce, mamy takie drewniane. W innej sali są inne, niedrewniane. Tam są starsze dzieci. Mają inne zabawki. Czasem do nich chodzimy…
Hermiona z czułością patrzyła na siostrę, która z entuzjazmem opisywała, co się dzieje w przedszkolu. Była gadatliwa i potrafiła streścić własnymi słowami wszystko, co ją interesowało. Skakała przy tym z tematu do tematu, ale to nie przeszkadzało czarownicy. Chciała porozmawiać z ojcem, ale dopóki dziewczynka nie spała, to mogło poczekać. Suzanne była jej małą iskierką radości, która potrafiła rozpalić ogień w jej sercu. Żaden mężczyzna nie miał z nią szans. Hermiona wiedziała, że będzie ją kochać bezgranicznie aż do swojej śmierci i nigdy nie pozwoli jej skrzywdzić. Jeśli ich matka umrze, to zrobi wszystko, aby ją zastąpić. Wychowa siostrę na mądrą i odważną kobietę, która wiele osiągnie w życiu. Tego była pewna.
Dzwonek do drzwi przerwał miłą, rodzinną atmosferę. Hermiona zerknęła niespokojnie na ojca. Czy to możliwe, aby…?
- Kofi miał mi podrzucić pantomogram pacjentki. Wyjątkowo trudny przypadek… – wyjaśnił pan Granger przepraszającym tonem. – Może poszłabyś na chwilę do salonu? Pogadam z nim i zaraz przyjdę.
- Ok – zgodziła się czarownica.
Suzanne nie podążyła za nią. Wiedziona dziecięcą ciekawością, przemknęła pod ramieniem ojca i pierwsza dopadła drzwi. Z tego powodu Hermiona przebywała sama w salonie. Usiadła na kanapie i starała się odsunąć od siebie natrętne myśli o Thierrym, które błyskawicznie wróciły i nie dawały jej spokoju. Miała nawet wrażenie, że słyszy jego głos.
- Ciężko ciebie złapać. Ganiamy za tobą, jakbyś była białym królikiem.
Hermiona poderwała się z kanapy niczym oparzona. Zbladła i wciągnęła głęboko powietrze, ale nie wydobyła z siebie głosu. Wszystko z powodu Thierry’ego, który razem z nieznajomą dziewczyną wszedł do salonu. Za ich plecami przeszedł chyłkiem pan Granger, trzymając w objęciach Suzanne. Wtedy Hermiona zrozumiała, że to jej ojciec jest osobnikiem, który pomógł Kanadyjczykowi w kontakcie z nią. Poczuła, że jest zła. To uczucie paliło ją od wewnątrz i sprawiło, że miała ochotę wyrzucić Thierry’ego z pokoju. Spojrzała w stronę przybysza, nadając twarzy wyjątkowo gniewny wyraz, mając nadzieję, że sam się wycofa. Jednak na pisarzu nie zrobiło to większego wrażenia. Jego oczy rzucały wesołe iskry, a postawa zdradzała, że cieszy się na widok czarownicy. Jego towarzyszka zdjęła czapkę i na jej twarz oraz ramiona spadła kaskada marchewkowych loków. Potrząsnęła głową i Hermiona mogła zauważyć, że pod wyprostowaną prostownicą grzywką, kryją się ciemnobrązowe oczy o migdałowym kształcie. Dziewczyna była naprawdę ładna i niewiele od niej młodsza.
- Ona chce ci coś powiedzieć – Thierry brutalnie popchnął towarzyszkę w stronę środka salonu, a ta obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem.
- Cześć… - zaczęła niepewnym tonem – jestem Alice Lewis… - nabrała powietrza – chcę cię przeprosić.
Hermiona nie wiedziała jak się zachować. Obca dziewczyna przepraszała ją, a ona nie rozumiała czemu. Czy to jest dziewczyna Thierry’ego? Nie mogła być jego siostrą. Miała inne nazwisko i w ogóle nie była do niego podobna. Może jakaś kuzynka? Tylko od kiedy do żeńskiej części rodziny mówi się „kochanie”, „skarbulku” czy „dziecinko”?
- To przeze mnie wam nie wyszło – wyjaśniła Alice i zrobiła cierpiętniczą minę. – Przez moją… głupotę, bo ja zrobiłam głupi żart, uciekłaś od niego i przestałaś się odzywać. – Widać było, że rozpaczliwie pragnie być w innym miejscu.
- Dalej – rozkazał Thierry groźnym tonem.
- Oj, sam jej powiedz! – dziewczyna krzyknęła i założyła ręce na piersi. – Zrobiłam z siebie wystarczającą idiotkę! To ty lubisz urządzać teatr, nie ja! – warknęła i odwróciła się tyłem do Hermiony.
Pisarz spojrzał na nią, jakby była czymś obrzydliwym, co przykleiło się mu do buta i walnął ją w głowę otwartą dłonią.
- Ała! Debilu! – Alice zamachnęła się nogą, ale nie trafiła Thierry’ego w łydkę, tak jak planowała, ponieważ odskoczył. – Idę sobie! Znajdziesz mnie u babci! Nara! – krzyknęła i szybkim krokiem opuściła dom Grangerów.
- Ta skretyniała idiotka to moja siostra – wyjaśnił Kanadyjczyk z ciężkim westchnieniem.
- Żarty sobie robisz? Nawet nie jesteście do siebie podobni! – Hermiona oburzyła się tak jawnym oszustwem. – Wynająłeś ją!? To aktorka!?
- Przyrodnia siostra – sprostował Thierry bez cienia wstydu. – Siądziemy na kanapie? – Wskazał na mebel.
- Nie! – warknęła czarownica w odpowiedzi.
- Nogi ci się zmęczą i nabawisz się żylaków, ale to twoja decyzja – oznajmił młody mężczyzna i usiadł. – To naprawdę moja przyrodnia siostra – wrócił do kontynuowania przerwanej rozmowy. – Mój ojciec zginął w wypadku drogowym, gdy miałem trzy lata. Dopadła go klątwa Kanady – uśmiechnął się blado.
- Czyli?
- Walnął w łosia.
- To nie jest śmieszne – Hermiona zrobiła zniesmaczoną minę.
- Cóż poradzić – Thierry bezradnie rozłożył ręce. – Mamy z nimi niemałe problemy. Wchodzą do ogródków, wyskakują z krzaków na drogę, liżą samochody…
Sytuacja stawała się coraz bardziej absurdalna. Czarownica poczuła, że jej cierpliwość się kończy. Gadała z Thierrym o łosiach, a miała ochotę wyrzucić go z domu i rozprawić się z ojcem. Odchrząknęła znacząco.
- Rzeczywiście, zszedłem z tematu… - pisarz nerwowo poprawił włosy. – Po śmierci taty, mama związała się z Anglikiem. Stąd wzięła się Alice. Nie jesteśmy do siebie podobni, ponieważ ja się wdałem w mojego ojca, a ona w ojczyma. Stąd znam tak dobrze angielski…
- Przecież Kanada jest dwujęzyczna – zauważyła Hermiona.
- Quebec nie jest. Tylko połowa osób mówi tam po angielsku. Osobiście wolę francuski – wyjaśnił Thierry, uśmiechając się zniewalająco. – Gdy się zdenerwuję, to automatycznie gadam w tym języku. Alice zrobiła mi głupi kawał i…
- Nie wierzę ci! – fuknęła Hermiona. – Całą ta historia nie trzyma się kupy!
- Daj mi skończyć, to dowiesz się wszystkiego.
- Masz pięć minut.
Thierry wyraźnie ucieszył się z danego mu czasu. Jego oczy nadal wysyłały do niej wesołe iskierki. Hermiona musiała ze wszystkich sił powstrzymywać się, aby nie usiąść koło niego na kanapie. Była zła, ale jego bliskość sprawiała, że z każdą minutą odpuszczała mu coraz bardziej.
- Przyjechałem tutaj z Alice, aby mogła spędzić święta ze swoją babcią. Mama z ojczymem zostali z moją rodziną w Kanadzie. Obiecałem, że będę zajmował się gówniarą – Thierry westchnął teatralnie, aby pokazać jakie cierpienie go spotkało. – Ma siedemnaście lat, ale dałbym sobie rękę uciąć, że jej umysł zatrzymał się na dwunastu. Takie to głupie i niedorobione… – mruknął. – Chciała spędzić Sylwestra z koleżankami w Edynburgu, ale jej babcia nie pozwoliła. Nasza matka miała identyczne zdanie. Alice błagała mnie, abym jej pomógł. Wiesz, starszy brat czasem musi pomóc swojej małej siostrzyczce – mrugnął łobuzersko. – Wmówiłem rodzinie, że Alice spędzi Sylwestra ze mną w księgarni. Obiecała mi, że będzie grzeczna. Zanim pojechała ze znajomymi, umówiliśmy się, że jeśli będzie dzwoniła to tylko w naprawdę ważnej sprawie. Na przykład, gdyby połamała wszystkie kończyny, porwano by ją albo topiłaby się w Morzu Północnym. Wiedziała, że mam masę roboty.
- Zadzwoniła wtedy do ciebie, twierdząc, że coś jej się stało? – Do Hermiony zaczęło docierać, że może Thierry mówi prawdę.
- Bingo, kochanie! – pisarz się ucieszył. – Ta kretynka spiła się ze znajomymi i zadzwoniła, twierdząc, że petarda urwała jej palce!
- To przejaw kompletnego braku odpowiedzialności, zarówno z twojej, jak i z jej strony! – oburzyła się czarownica. – To jednak nie wyjaśnia, czemu mówiłeś do niej takimi pieszczotliwymi określeniami! – zmierzyła rozmówcę złym spojrzeniem.
- Mimo że jest totalną idiotką, to jednak jest moją siostrą. Naprawdę się o nią bałem, a ona jak chce, potrafi być przekonująca. Płakała w słuchawkę, byłem pewien, że cierpi… - na twarzy pisarza pojawił się rumieniec wstydu.
Hermiona przygryzła wargę. Chciała mu nie wierzyć, ale nie była w stanie. Wmawiała sobie, że przecież Thierry potrafi udawać, jeśli chce. Jednak głos w jej głowie szeptał jej, że takie historie często się zdarzają. Rodzeństwo bywa nieobliczalne, robi sobie żarty, dowcipy, kłamie, ale w głębi serca, gdy przychodzi co do czego, to potrafi bronić się wzajemnie. Tyle lat spędziła w towarzystwie Weasleyów, że miała spore doświadczenie. Suzanne w przyszłości też może być postrzeloną nastolatką, której hormony poprzestawiają w głowie. Niewykluczone, że wywinie Hermionie brzydki numer, a ta mimo to będzie ją ratować.
- To… jak mnie znalazłeś? – zapytała, aby zmienić temat.
- Mój agent potrafi wszystko – Thierry wyszczerzył białe zęby. – Powiedziałem, że boli mnie ząb, a babcia Alice zgubiła numer do doktora Grangera. Upierałem się, że to najlepszy lekarz i do żadnego innego nie pójdę. W ten sposób wylądowałem u niego w klinice. Wyjaśniłem wszystko…
- Tato! – krzyknęła Hermiona.
- To bardzo miły chłopak. – Pan Granger zajrzał do salonu, nawet nie ukrywając specjalnie, że stał za drzwiami i podsłuchiwał. – Powiedział, że najpierw sam z tobą porozmawia, ponieważ chce to załatwić jak prawdziwy mężczyzna. – Widać było, że ma nadzieję, że jego córka w końcu znalazła miłość.
- Nie odbierałaś, więc poszedłem z Alice do ciebie do domu, ale twój współlokator poradził mi, abym znikał, bo nie ręczy za siebie. Ten gość jest fascynujący! – dodał Thierry, nie zwracając uwagi na konsternację wypisaną na twarzy Grangerów. – Z taką urodą i charyzmą byłby idealnym czarnym charakterem. Musisz mi o nim koniecznie opowiedzieć!
- Ykhm – zakasłała Hermiona potępiająco.
- No dobrze, dobrze, już nie będę schodził z tematu… – mruknął pisarz rozbawionym tonem. – Czekaliśmy na ciebie w metrze, bo twój tata powiedział, że tam wysiadasz, ale nam uciekłaś. No to zadzwoniłem do niego i on obiecał, że zaprosi cię do siebie. Złapałem taksówkę i pojawiliśmy się tutaj.
Gdy opowieść Thierry’ego zakończyła się, Hermiona zrozumiała jakie głupstwo zrobiła. Nie czekała na wyjaśnienia, tylko od razu wybiegła z hotelu. Nie czytała wiadomości, ale od razu je kasowała. Była dorosłą kobietą, a zachowała się wcale nie lepiej niż Alice.
Thierry musiał zauważyć mieszaninę uczuć wypisaną na jej twarzy, ponieważ uśmiechnął się przyjaźnie i wstał z kanapy.
- Mówiłem, abyś nie piła czwartego kieliszka szampana. Nie posłuchałaś mnie i wyszło… zabawnie – zachichotał, przyciągając ją do siebie.
Hermiona objęła go ramionami i przytuliła policzek do jego płaszcza. Pachniał mrozem i męskimi perfumami.
- To co? Zgoda?
- Tak – wymruczała, zarumieniona z powodu emocji.
- Czyli dobrze, że dałem mu namiary na ciebie? – zapytał pan Granger.
- Kiedyś się za to policzymy – odparła Hermiona z uśmiechem.
- Daj spokój tacie – Thierry puścił ją i położył swoje dłonie na jej policzkach. – Powiedzmy, że dzięki niemu masz chłopaka… chcesz tego, prawda?
- Chcę – wyszeptała czarownica, patrząc głęboko w jego zielone oczy.
- Uff, spadł mi kamień z serca! – Pan Granger ostentacyjnie starł wyimaginowany pot z czoła. – Chociaż jedna córka ma jakieś szanse na wyjście za mąż…
- To nieprawda!
Suzanne wkroczyła do salonu, ubrana w piżamkę. Pod pachą miała pluszową Smoczycę, swoją nową, ukochaną przytulankę. Przeszyła krytycznym spojrzeniem dorosłych, trzymając ręce pod bokami niczym Molly Weasley.
- Ja byłam pierwsza! – oświadczyła, prostując się z dumą. – Mam chłopaka w przedszkolu!
- Nigdy o nim nie mówiłaś – zdziwiła się Hermiona.
- Adam Kowalski z mojej grupy – wyjaśniła trzylatka. – Tylko mi pozwala bawić się swoimi autkami.
- To rzeczywiście musi być wielka miłość – oświadczył Thierry z powagą. – Gdybym był w przedszkolu, to tylko Hermionie dałbym pobawić się moimi zabawkami.
Czarownica z ojcem ledwo stłumili parsknięcie śmiechem.
- Hermi musiała go sobie znaleźć, a ja nie muszę. Ożenię się z Adamem, gdy będę duża i będziemy mieli prawdziwe dzidzie, a nie lalki.
Po tym oświadczeniu dorośli nie wytrzymali. W salonie rozbrzmiał śmiech z trzech gardeł i oburzone krzyki małej dziewczynki, która nie rozumiała, o co chodzi. W ramach przeprosin Suzanne została wycałowana przez Hermionę i utulona do snu.

***

- Wyjaśnisz, o co chodziło? – Severus od razu dopadł Hermionę, gdy wróciła do domu.
- Och, o nic… - mruknęła czarownica, gdy zdejmowała płaszcz.
- Najpierw przychodzi do ciebie ten… fircyk, a potem dzwonisz i wypytujesz mnie o niego, nie racząc odpowiedzieć na moje pytania! – warknął mężczyzna, wpatrując się w nią wściekłym wzrokiem.
- Pokłóciłam się z chłopakiem. Szukał mnie, a ja mu uciekałam. Już jest wszystko w porządku – oświadczyła Hermiona rozmarzonym tonem.
- Słucham!? – zdziwił się Severus.
- Mam chłopaka! – zawołała z ekstazą.
Chichot wyrwał się z gardła czarownicy, gdy ujrzała minę współlokatora. Zdjęła buty i rzuciła je niedbale w kąt. Przestała przejmować się takimi drobiazgami. W końcu na świecie są ważniejsze rzeczy niż porządek. Tanecznym krokiem minęła Severusa, posyłając w jego stronę przepiękny uśmiech. Zanim dotarła do schodów, zaczęła głośno nucić „All you need is love”, a gdy była na piętrze, śpiewała piosenkę na cały głos.
W tym czasie mina Severusa z bezbrzeżnego zdumienia zmieniła się na wyraz czystej nienawiści, ale Hermiona tego nie widziała. Była całkowicie pochłonięta nowym związkiem i uczuciami, które wzięły nad nią górę. Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem czuła to, co teraz. Nawet przy Ronie i Gawainie nie miało to takiej intensywności. Miała wrażenie, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych. Z Thierrym u boku nic nie było w stanie się zepsuć, a choroba jej mamy na pewno minie.
Rzucona torebka poszybowała w stronę łóżka, gdzie wylądowała, gubiąc po drodze swoją zawartość. Hermiona wyjęła z niej komórkę, nie przejmując się pozostałymi rzeczami i podeszła do biurka. Thierry obiecał, że będą ze sobą esemesować i dotrzymał słowa. Już zdążył wysłać do niej dwie wiadomości. Czarownica prawie pisnęła z zachwytu, gdy w jednej z nich przeczytała, że ten młody, przystojny mężczyzna ją kocha. Chociaż pomyślała, że tak szybkie wyjawienie uczuć jest przejawem szaleństwa, to odpowiedziała mu tym samym. Usiadła na krześle i zaczęła wpatrywać się w niebo nad Londynem. Po raz pierwszy od dawna poczuła, że jej życie nie jest pasmem nieprzerwanego cierpienia.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 71 – Zabawa Sylwestrowa


- Mamo, to była jedna z najgorszych randek w moim życiu. Przez pierwsze pół godziny Gareth odezwał się do mnie dwa razy. Dwa razy! – Hermiona podkreśliła z oburzeniem. – Najpierw powiedział „cześć”, a gdy usiedliśmy do stolika, spytał, czy chcę drinka. Potem siedział niczym kołek i wpatrywał się we mnie, jakby na głowie urosły mi czułki. Przez to jego milczenie zaczęłam gadać o prawach skrzatów, ponieważ gdy się go o coś pytałam, to od razu zaczynał pić piwo.
- Może był mocno onieśmielony? – zapytała pani Granger.
Siedziała na łóżku szpitalnym i z uwagą wysłuchiwała relacji córki. Musiała wrócić do kliniki, ponieważ jej stan zdrowia nie był na tyle stabilny, aby mogła pozostać w domu. Suzanne z tatą dziewczyn odwiedzili Jean wcześniej, aby złożyć życzenia z powodu nadchodzącego Nowego Roku. Nie mogli dotrzymać jej długo towarzystwa, ponieważ trzylatka zbyt szybko stawała się nieznośna dla współtowarzyszek niedoli, które również walczyły z białaczką. Z tego powodu pan Granger został namówiony przez żonę na udział w przyjęciu Sylwestrowym, które było urządzane przez ich wspólną znajomą. Przeważył argument, że miało tam być mnóstwo dzieci w wieku zbliżonym do ich najmłodszej pociechy. Hermiona przyszła do mamy po pracy, aby pobyć z nią do wieczora. Wprawdzie nie mogła pozostać z nią do północy, ponieważ regulamin kliniki zabraniał odwiedzin po godzinie dwudziestej, ale uznała, że liczy się sama obecność.
- Nie, to nie to – westchnęła czarownica w odpowiedzi na pytanie matki. – Na początku myślałam tak jak ty. Jest nieśmiały, daj mu szansę. Dlatego cierpliwie czekałam i nie wyszłam z pubu, gdy Gareth wlewał w siebie piwo. Dopiero po drugiej pincie był w stanie się odezwać. Skreśliłam go za to. Nie potrzebuję mężczyzny, który musi się upić, aby ze mną porozmawiać.
- Nie postąpiłaś zbyt pochopnie? To dopiero wasze pierwsze spotkanie. Może na drugim byłoby lepiej…
- Nie, nie postąpiłam pochopnie. Po trzeciej pincie zaczął się do mnie kleić i wybełkotał, że umówił się ze mną tylko dlatego, że jestem znana – Hermiona prychnęła z niesmakiem. – Gdy oznajmiłam, że nie życzę sobie takiego zachowania i zaczęłam się zbierać, to zaczął mnie błagać, abym zabrała go ze sobą na Sylwestra do Harry’ego i Ginny, ponieważ ich uwielbia oraz zbiera wycinki z gazet o nich. Jęczał, że marzy o spotkaniu ludzi z Gwardii Dumbledore’a. Nie docierało do niego, że nie wybieram się na tę imprezę. Wybiegł za mną z pubu i złapał mnie za sukienkę, mówiąc, że przecież mogę go tam wkręcić, a sama nie muszę iść. Musiałam zagrozić, że walnę go klątwą, aby w końcu mnie puścił – czarownica z trudem hamowała złość.
Była urażona, że Gareth chciał ją wykorzystać jako klucz do spotkania ze swoimi idolami. Nawet jeśli miał jakieś romantyczne plany wobec niej, to jego zachowanie sprawiło, że nie miała ochoty widzieć go ponownie. Próba wproszenia się na imprezę na Grimmauld Place pogrążyła go ostatecznie. Hermionę dodatkowo zirytował fakt, że nie chciał przyjąć do wiadomości odmowy. Nie musiał wiedzieć, że u Harry’ego pojawi się Ron i to było powodem jej decyzji. Gdyby myślał o niej, a nie tylko o sobie, to uszanowałby jej decyzję.
- Przyznaję ci rację. To była naprawdę kiepska randka – oświadczyła mama Hermiony, z trudem powstrzymując śmiech. – Masz kogoś jeszcze na oku? – zapytała niewinnym tonem.
Siedząca na stołku Hermiona pochyliła się, aby oprzeć łokcie na kolanach, a potem podbródek na dłoniach. Jej mina świadczyła, że jest zarazem zirytowana i zniechęcona.
- Nie mam – mruknęła ponuro. – Na randkę z nim umówiła mnie Astoria. Dzisiaj stwierdziła, że przez moje wyśrubowane wymagania zostanę starą panną.
- Nie wiedziała, że jej przyjaciel tak mocno interesuje się Gwardią Dumbledore’a? – zainteresowała się pani Granger.
- Nie są przyjaciółmi – błyskawicznie sprostowała Hermiona i dała znać mamie, aby pochyliła się w jej stronę. – Właściwie to dalszymi znajomymi – zniżyła głos, aby właścicielki sąsiednich łóżek i ich rodziny nie usłyszały zbyt wiele. – W Hogwarcie uratował ją przed Irytkiem, który chciał wylać jej na głowę zlewki eliksirów połączone ze smoczym łajnem. Gareth zauważył to i odrzucił ją zaklęciem o cztery stopy dalej. Astoria podziękowała mu i to był koniec ich kontaktów, nie licząc powitań na szkolnym korytarzu. Dopiero niedawno spotkali się w ministerstwie. On coś tam załatwiał, a ona szła na lunch. Pogadali chwilę i Astoria, wiedząc, że szukam kogoś, zapytała go, czy jest wolny. Odpowiedział, że tak, więc nas umówiła.
- Mówiłaś, że ma dwadzieścia pięć lat. Czym się zajmuje?
- Jest pół na pół. Po szkole postanowił, że będzie pomagał ojcu w interesie. Prowadzą firmę budowlaną. Matka, mimo że jest… jedną z nas, to pracuje u nich jako sekretarka.
Obydwie kobiety zamilkły, aby napić się przyniesionego przez Hermionę piwa kremowego. Było już późno, dlatego pielęgniarka chodziła od drzwi do drzwi, aby przypomnieć rodzinom pacjentów, że czas pomyśleć o udaniu się do domu lub na zabawę Sylwestrową.
- Za nowy rok! – powiedziała pani Granger wzniosłym tonem. – Niech dwutysięczny drugi będzie lepszy niż dwutysięczny pierwszy! – Stuknęła swoją butelką w butelkę Hermiony.
- Pragnę, aby znalazł się dla ciebie dawca szpiku. Po przeszczepie masz wyzdrowieć i wrócić do domu.
- Takie mam plany na przyszłość – zachichotała Jean. – Wiesz, czego jeszcze bym sobie życzyła? – zapytała z zagadkowym błyskiem w oku.
- Czego?
- Wnuka.
Hermiona, która właśnie pociągnęła porządnego łyka z butelki, zakrztusiła się i gwałtownie wypluła piwo na podłogę. Pozostałe osoby przebywające w pokoju, przerwały rozmowę i zwróciły oczy w jej kierunku.
- Mamo! – oznajmiła z wyrzutem. – Nie mówisz poważnie!
- Nie wiadomo, ile mi zostało. Kilka miesięcy… może rok albo dwa… Chciałabym zobaczyć cię z mężem i dzieckiem – wyjaśniła mama czarownicy, uśmiechając się smutno.
Hermiona wzięła papierowy ręcznik i zaczęła wycierać zabrudzoną podłogę. Mieszkańcy i ich goście powrócili do rozmów we własnym gronie.
- Ja nawet nie mam faceta, a ty mi mówisz o dziecku… – jęknęła przytłumionym głosem, gdy wychynęła zza szpitalnego łóżka.
- Jeśli znajdziesz jakiegoś, to nie czekaj zbyt długo, dobrze? – pani Granger spojrzała na nią błagalnym wzrokiem.
- To jest naprawdę drażliwa kwestia – powiedziała cicho dziewczyna, starając się nie patrzeć na matkę.
Od kłótni z Ronem i straty ich dziecka minęło czternaście miesięcy. Mogło wydawać się, że to dużo czasu, ale Hermiona miała odmienne zdanie. Nie chciała cierpieć po raz drugi. W jej planach pojawiało się porządne wybadanie potencjalnego narzeczonego, potem ślub, a na samym końcu dzieci.
- Wybacz umierającej kobiecie… to tylko takie moje małe marzenie… zobaczyć chociaż jedną córkę w białej sukni… ślubu Suzanne na pewno nie dożyję, nawet jeśli wyzdrowieję… przecież nie jestem już młoda…
Hermiona spochmurniała słysząc te słowa. Z jednej strony chciała przychylić matce nieba, a z drugiej odczuwała potrzebę pokierowania swoim losem, tak jak sama tego chce.
- Zobaczę, co się da zrobić – rzekła, chociaż w myślach przeklinała siebie, za to, że dała jej fałszywą nadzieję.
Po wyjściu z kliniki i odpaleniu samochodu Hermiona rozważała, czy jest w stanie aż tak poświęcić się dla mamy. Kiedyś kobiety wychodziły za mąż z rozsądku i jakoś dawały sobie radę. Istnieją rozwody, gdyby wszystko się posypało. Podpisanie intercyzy przed zawarciem małżeństwa, wydawało się czarownicy dobrym pomysłem. W ostateczności mogła poszukać mężczyzny, który dysponowałby pożądanymi przez nią cechami i wykorzystać go jako dawcę nasienia. Gawain obiecał, że nie będzie się jej narzucał, ale gdyby pierwsza do niego zagadała…
- Nawet o tym nie myśl! – Hermiona skarciła się gwałtownie w myślach. – To byłaby czysta podłość z twojej strony!
Poczucie winy paliło ją od środka. Nie dała rady znaleźć magicznego sposobu, aby pomóc matce i to ją gnębiło. Marzenie, aby zobaczyć ślub córki i wnuki, było bardzo samolubne, ale czy można było się dziwić? Białaczka była okropną chorobą, która odciskała piętno na człowieku. W normalnych okolicznościach matka na pewno nie naciskałaby na córkę w kluczowej kwestii życiowej. Tego czarownica była pewna.
Pogrążona w rozterce Hermiona, przemierzała ulice Londynu, prowadząc samochód niczym automat. Jechała, ale nie wiedziała gdzie. Nie widziała tłumu pijanych ludzi, którzy świętując, chodzili od baru do baru. Nie zwracała uwagi na witryny, które informowały o noworocznych wyprzedażach. Z opóźnieniem dotarło do niej, że widzi plakat ze swoim imieniem.
- Sylwester z Hermioną White – przeczytała czarownica półgłosem – Premiera najnowszej części… szampan dla pełnoletnich za darmo… spotkaj się z autorem, Thierrym Bouchardem i zdobądź jego autograf…
Klakson samochodu stojącego za pojazdem Hermiony wyrwał ją z zamyślenia. Nie wiedziała, jak długo stała na zielonym świetle, ale minęła wystarczająca ilość czasu, aby kierowca drugiego auta się zdenerwował. Otworzył okno i zaczął wymyślać czarownicy. Ona zaś ruszyła, mając na twarzy rumieniec wstydu.
- Podczas prowadzenia pojazdu trzeba uważać, a nie siedzieć z głową w chmurach – oznajmiła samej sobie, jakby była zarazem nauczycielką i krnąbrnym uczniem.
Mimo nagany dalej nie była w stanie skupić się na jeździe. W jej głowie trwała gonitwa myśli. Oprócz rozterek moralnych pojawiły się tam myśli o Thierrym. Czemu nie dał jej znać, że będzie w Londynie? Przecież za każdym razem prosił o spotkanie. Czyżby agenci MACUSY wyczyścili mu pamięć o niej? Coś było nie tak!
- Muszę koniecznie to sprawdzić – oświadczyła Hermiona, gdy zaparkowała przed domem.
Rozebrała się szybko z zimowych ubrań i popędziła w stronę swojego pokoju, aby włączyć komputer. Okazało się to zbyteczne, ponieważ siedział przy nim Severus.
- Nie powinnaś być na jakimś przyjęciu ze swoim kochasiem? – spytał nieprzyjemnym tonem, jednocześnie przeszywając ją wzrokiem. – Czarownice takie jak ty nie spędzają Sylwestra samotnie… - rzucił kąśliwą uwagę i wstał z krzesła.
- Oczywiście, że nie. Właśnie chciałam do niego napisać i ustalić szczegóły – oznajmiła Hermiona, prostując się z godnością.
Po randce z Garethem okłamała Severusa, że było cudownie i zamierza jeszcze raz się z nim spotkać. Wiedziała, że współlokator chciał ją upokorzyć, wmawiając, że nikogo sobie nie znajdzie, dlatego postanowiła nie powiedzieć prawdy. Odczuła złośliwą satysfakcję, gdy przekonała się, że informacja o jej życiu uczuciowym zdenerwowała go. Wprawdzie nie chciał niczego po sobie pokazać, ale czarownica znała go na tyle dobrze, że rozpoznawała subtelne zmiany, które świadczyły o jego nastroju.
Tym razem też tak było. Severus ścisnął nieznacznie wargi, zanim wyraz jego twarzy stał się kamienny. Palce dłoni lekko poruszyły się, jak gdyby chciał je zacisnąć w pięści, ale nie zrobił tego. Spojrzał na Hermionę wzrokiem, który świadczył o tym, że jest mocno zirytowany i wymaszerował z jej pokoju. Czarownica pokręciła z niedowierzaniem głową i pomyślała, że Severus jest jednym z niewielu mężczyzn, którzy mają okres, a przynajmniej zachowuje się jakby go miał.
Rozwiązanie zagadki dotyczącej Thierry’ego było prostsze, niż się wydawało. Hermiona nie odnalazła ani jednej wiadomości od niego w głównej skrzynce, ponieważ zostały automatycznie przeniesione do SPAM-u. Program od e-maili uznał, że wszystko, co pojawia się w odstępach kilkuminutowych i zawiera tylko temat, wylatuje do przegródki z reklamami pożyczek i środków na potencję tudzież powiększających biust. Czarownica naliczyła ponad pięćdziesiąt wiadomości od Thierry’ego, które początkowo były normalne, ale im bliżej Sylwestra, tym bardziej odbijał się w nich niepokój. Pod koniec zawierały tylko wielkie litery i płotki z wykrzykników oraz znaków zapytania.
- O której wychodzisz? – głos Severusa dobiegł do uszu czarownicy poprzez uchylone drzwi.
- Co cię to obchodzi? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
Nie doczekała się odpowiedzi. Usłyszała tylko głośny trzask zamykanych gwałtownie drzwi. To nie oznaczało końca potyczki. Miała świadomość, że Severus i tak będzie obserwował jej poczynania, aby zdobyć dowód, że go oszukuje. Zabrnęła jednak zbyt daleko, aby się przyznać do kłamstw. Nie miała ochoty na jego złośliwe docinki z tego powodu. Thierry mógł jej pomóc w uprawdopodobnieniu historii o tym, że spotkała się z Garethem, ale pokłócili się i dlatego poszła odwiedzić starego znajomego. Nic jej nie łączyło z pisarzem poza książkami o jej seksownej imienniczce. Kanadyjczyk był zbyt zwariowanym artystą, aby Hermiona mogła widzieć w nim mężczyznę odpowiedniego dla siebie. Nie potrzebowała lekkoducha, który błądził w wymyślonych światach. Poza tym jego wygląd nie przypadł jej do gustu. Facet, który układał włosy dłużej niż ona, był na przegranej pozycji.

***

Podniecony tłum kręcił się pomiędzy regałami z książkami. Do północy zostało pół godziny. Nabuzowane hormonami grupki młodzieży, wyrażały głośno nadzieję, że nowa odsłona cyklu o Hermionie White spełni ich oczekiwania. Pryszczaci młodzieńcy zachwycali się fizycznymi aspektami kobiecości bohaterki. Nastoletnie dziewczyny spierały się, którego z przystojniaków powinna wybrać czarownica. Hermionie ścierpła skóra, gdy usłyszała, że większość z nich szaleje za Lordem Reganem, który był pokręconą wersją Rona. Aby się od tego odciąć, postanowiła przejrzeć stojący nieopodal atlas z najpiękniejszymi miejscami, które koniecznie należało odwiedzić.
- Ale ona jest do niej podobna! – piskliwy głos wyrwał czarownicę z rozważań, czy wolałaby pojechać do Chin, czy do Korei Południowej. – Tylko fryzura jest inna niż na okładce…
Nastolatka z włosami przefarbowanymi na jasnoróżowy kolor porównywała twarz Hermiony z obrazem, który widniał na drugim tomie powieści autorstwa Thierry’ego. Zebrane wokół niej przyjaciółki robiły to samo.
- Identyczna! – wykrzyknęła czarnoskóra dziewczyna i wyciągnęła z torby aparat. – Zrobię ci zdjęcie!
- Nie zgadzam się! – oznajmiła Hermiona, ale było już za późno.
Nastolatka wcisnęła guzik i błysnął flesz. Grupka dziewczyn zachichotała jak szalona, nie zwracając zupełnie uwagi na oburzenie czarownicy.
- Ej! Słuchajcie! Tu jest Hermiona i daje sobie robić zdjęcia! – rozległ się głośny okrzyk.
W księgarni się zakotłowało. Ludzie rzucili się, aby obejrzeć nową atrakcję. Hermiona została przyparta do regału i z trudem utrzymywała równowagę. Tłum robił jej zdjęcia i podsuwał pod nos kartki z prośbami o autograf. Obsługa księgarni próbowała uratować młodą kobietę.
- Ludzie! Uspokójcie się! – krzyczała pulchna kobieta z plakietką „manager” na piersi.
Dopiero wezwana ochrona wyrwała Hermionę ze szponów tłumu. Jeden z mężczyzn zaprowadził czarownicę do biura pani manager, a drugi w tym czasie wyrzucał z lokalu, co bardziej awanturujące się osoby.
- Ja bardzo panią przepraszam – kajała się kobieta. – Ciężko zapanować nad młodzieżą. Nic pani nie jest? Poturbowali panią? Może herbaty albo kawy? – dopytywała natarczywie.
Hermiona potrząsnęła głową. Bolały ją plecy. Tłum mocno docisnął ją do półki z książkami. Poza tym, jedyne co czuła, to zdenerwowanie i chęć natychmiastowego opuszczenia tego miejsca.
- Mogę dać pani zniżkę na nasze książki. Powiedzmy… dwadzieścia procent. Może być? – managerka mówiła coraz szybciej, a na jej czole widać było krople potu. – Może być nawet trzydzieści! Tylko niech pani nas nie pozywa, dobrze?
- Jedyne czego chcę, to wyjść stąd! – oznajmiła czarownica niezbyt miłym tonem.
- Nie, nie, nie! – kobieta wpadła w panikę. – Specjalnie dla pani kazałam zawołać pana Boucharda. Już idzie! – oznajmiła i zaśmiała się nerwowo.
Nie przekonało to Hermiony. Nie miała ochoty się z nim widzieć. To przez niego spotkało ją to wszystko. Po pierwszym tomie jego książek prawie nikt nie zwracał na nią uwagi. Hermiona z okładki była tak karykaturalnie narysowana, że nikt nie zaczepiał prawdziwej wersji. Dopiero druga część sprawiła, że czasem ktoś zagadywał czarownicę. Ta od razu odpowiadała, że to pomyłka i oddalała się od zawiedzionej jej odmową osoby. Gdy ścięła włosy, te przypadki zmalały prawie do zera. Przychodząc do księgarni, Hermiona była pewna, że będzie podobnie. Nie doceniła jednak nastolatków, którzy mieli gdzieś obowiązujące normy dobrego zachowania.
- Przyszłaś! – uradowany ton sprawił, że czarownica spojrzała w stronę drzwi i zamarła z wrażenia.
Thierry zawsze był… Thierrym. Trochę zwariowanym i bezpośrednim chłopakiem z tendencją do urozmaicania swojego wyglądu dziwnymi rzeczami. Podczas ich ostatniego spotkania wyraźnie wzorował się na Neo z Matrixa, ale aby nie było nudno, dodał zielone pasemka do swoich przefarbowanych na czarno włosów. Kolczyki, które zdobiły jego twarz i uszy, odrzucały Hermionę, dlatego poprzednim razem szybko się z nim pożegnała.
Tak było prawie półtora roku wcześniej i obecny wygląd Thierry’ego wyraźnie świadczył o tym, że wiele od tego czasu się zmieniło. W drzwiach stał przystojny mężczyzna, którego roziskrzone, jasnozielone oczy i szczery uśmiech, sprawiały, że serce Hermiony zaczęło bić jak oszalałe. Czarne, krótkie włosy nie miały już kolorowych pasemek. Były gładko uczesane, tak, że nawet jeden włosek nie odstawał na bok. Thierry pozbył się kolczyków, zostawiając tylko jeden w brwi, który był najmniej z nich widoczny. Zamiast szalonego skórzanego stroju, założył na siebie elegancki komplet, który wyglądał jak żywcem wyciągnięty z filmów kostiumowych, których akcja dzieje się w epoce wiktoriańskiej. Czarne, eleganckie buty wypucowane na wysoki połysk, dopełniały obrazu idealnego mężczyzny, który miała w głowie Hermiona.
Dopiero gdy otrząsnęła się z szoku, przypomniała sobie, że do życia potrzebny jest tlen. Nabrała powietrze do płuc i kiwnęła głową, zbyt otępiała, aby wydobyć z siebie głos. Thierry nie przejął się tym. Podszedł do niej dziarskim krokiem i bez wahania przytulił ją.
- Stęskniłem się za tobą – wyszeptał. – Fajna fryzurka, wyglądasz ślicznie – dodał, mierzwiąc pieszczotliwie jej krótkie włosy.
Gdyby ktoś spytał się Hermiony, ile czasu spędziła w objęciu Thierry’ego, to nie udzieliłaby prawidłowej odpowiedzi. Wydawało się jej, że to było bardzo długo. Odurzona dotykiem jego ciała i aksamitnej marynarki, chciała tak trwać i trwać. W jednej chwili zapomniała o całym świecie, o wszystkich kłopotach oraz zmartwieniach, które od tak dawna zaprzątały jej myśli. Liczyło się tylko to, że jest bezpieczna w ramionach Thierry’ego.
- Zaraz północ – odezwała się managerka, którą Hermiona momentalnie znienawidziła za przerwanie cudownej chwili. – Musi pan wyjść na scenę.
- Och, tak, tak – przytaknął Thierry, jakby obudził się z długiego snu. – Idziemy! – oznajmił i złapał czarownicę za rękę.
Podążyła za nim niczym pies na smyczy. Zarumieniona, obezwładniona gwałtownym uczuciem, którego istnienia się nie spodziewała. Poszłaby za nim nawet do piekła, gdyby poprosił. Dlatego dała się wprowadzić na prowizoryczną scenę, która stała w głębi księgarni. Nie zwracała uwagi, że tłum, który kilkanaście minut wcześniej prawie ja zgniótł, krzyczy i piszczy z podniecenia. Nie interesowało jej, że wyciągnęli aparaty i robią zdjęcia w czasie gdy Thierry podawał jej kieliszek z szampanem i uśmiechał się do niej. Poczuła się niczym kopciuszek na balu. Wszystko zdawało się cudownym snem. Odliczanie do północy, toast i Thierry nazywający ją „najukochańszą przyjaciółką”. Hermionie wydawało się, że wszystko trwało chwilę, mimo że tak naprawdę impreza skończyła się o trzeciej nad ranem. Thierry śmiał się i żartował z fanami, podpisywał książki i pozował do zdjęć, często razem z nią. Łapał ją wtedy w pół i przyciągał do siebie, a czarownica czuła, że jest najszczęśliwszą kobietą na świecie. W międzyczasie obserwowała jego zgrabne ruchy oraz długie palce, które kreśliły wiecznym piórem piękne zawijasy na kredowobiałym papierze. Thierry’ego wprost rozpierała energia i radość życia, czyli coś, czego Hermiona od dawna nie doświadczyła. Choćby nawet chciała, to nie była w stanie mu się oprzeć.
- Jeśli chcesz, to zamówię coś do jedzenia – powiedział Thierry, gdy weszli do pokoju hotelowego, który zajmował na czas pobytu w Londynie.
- Nie, nie trzeba – uśmiechnęła się Hermiona.
Pisarz zaimponował jej jeszcze raz, gdy pomógł jej zdjąć płaszcz. Miał naprawdę wspaniałe maniery, o których znajomość nie podejrzewała go wcześniej.
- Jak chcesz. Gdybyśmy zgłodnieli mam w szafce jakieś przekąski.
Nawet gdyby to był najwyższej klasy kawior lub japońska wołowina, to Hermiona nie skusiłaby się. Zupełnie przestała odczuwać głód. Jedyne czego jej teraz brakowało to dotyku Thierry’ego. Pragnęła znowu znaleźć się w jego ramionach i trwać tak do końca świata.
- Powiesz mi wreszcie skąd ta zmiana w twoim wizerunku? – zapytała, siadając na łóżku.
W taksówce Thierry droczył się z nią, nie chcąc odpowiedzieć na jej pytanie. Było to bardzo urocze, ale rozmowa sprawiała, że czarownica łatwiej kontrolowała swoje pragnienia.
- Powiem – Thierry zdjął z ramion marynarkę z czarnego aksamitu, powiesił ją w szafie i położył się obok siedzącej Hermiony. – Ne mogę cię dłużej torturować. Moje serce nie zniesie dłużej tej smutnej miny – delikatnie dotknął palcem czubka jej nosa i posłał w jej stronę wspaniały uśmiech. – Chociaż najpierw musisz obiecać, że nie obrazisz się na mnie za to, co powiem… - wyznał, wpatrując się w nią z lękiem.
- Nie jestem w stanie się na ciebie gniewać – wyjaśniła szybko Hermiona i przybliżyła się do obiektu swoich westchnień.
Thierry posłał jej przepraszający uśmiech i uniósł się na łokciu.
- Okłamałem cię podczas naszego ostatniego spotkania – wyszeptał.
- W jaki sposób?
- Mówiłem, że nie biorę narkotyków. Kłamałem – wyznał, patrząc jej prosto w oczy.
- Och! – jęknęła czarownica.
Nie wiedziała co robić. Przecież nie mogła związać się z narkomanem! Wpatrywała się w Kanadyjczyka i szukała odpowiednich słów. Nic nie przychodziło jej do głowy.
- Widzę, że się martwisz – Thierry uśmiechnął się na widok jej miny – ale niepotrzebnie, ponieważ od kilku miesięcy jestem czysty – ujął jej dłoń i przyłożył sobie do policzka. Zamknął oczy, rozkoszując się dotykiem jej skóry. Przez to Hermiona poczuła, że ostatkiem sił powstrzymuje się przed położeniem obok niego. – Pewnego dnia zrozumiałem, że za bardzo odpływam… - pisarz odezwał się po chwili, nadal nie otwierając oczu. – Zacząłem mieć luki w pamięci. W maju napisałem kilkadziesiąt stron opowieści o agentce CIA. Niby nic dziwnego, ale nie byłem w stanie sobie przypomnieć, co mnie zainspirowało. Nie mogłem znaleźć w pamięci momentu, kiedy to pisałem. Moja matka twierdzi, że siedziałem w swoim pokoju i stukałem w klawiaturę… Nic, po prostu pustka. Przerażająca, czarna dziura, która zaczęła mnie pochłaniać.
Mimo stanu otępienia spowodowanego obecnością Thierry’ego Hermiona domyśliła się od razu skąd ten zanik pamięci. Odpowiedź była prosta: agenci MACUSY. Usunęli mu wszystko, co było związane ze sprawą Rona w USA.
- Od razu poszedłem na odwyk i dlatego jestem czysty. Byłem tak przerażony, że nigdy więcej nie sięgnąłem po to świństwo – Thierry otworzył oczy i spojrzał na czarownicę z uczuciem. – Zmieniłem się nie do poznania. Każdy mi to mówi. Znajomi, rodzina… Także ta nowa książka jest zupełnie inna niż poprzednie. Postać Hermiony jest teraz inteligentna. Dałem jej powody, aby wydoroślała i zajęła się czymś pożytecznym. Wsadziłem wszystkich złych facetów za kratki. Pewnie fani mnie znienawidzą – uśmiechnął się błogo.
- Hmm, dziękuję. Uważam, że jesteś… cudowny – mruknęła czarownica, czerwieniąc się.
- A ja mam pewność, że jesteś najwspanialszą dziewczyną na świecie i drugiej takiej, nigdy nie spotkam – oświadczył Thierry i pocałował ją.
Rok dwa tysiące drugi zaczął się dla Hermiony tak, jak nie była sobie w stanie wyobrazić w najbardziej śmiałych marzeniach. Może jej mama miała moc przewidywania przyszłości? Albo ktoś z niebios postanowił ziścić jej sny? Hermiona nie wiedziała, ale nie miała zamiaru się nad tym zastanawiać. Całowała się właśnie z cudownym mężczyzną, którego zmianę sposobu bycia, zawdzięczała Ronowi. Gdyby nie on, to Thierry nigdy nie poszedłby na odwyk i nie zmienił się w chodzący ideał, o którym śniła czarownica.
- Może ten ślub i dzieci są bliżej, niż myślałam – wpadło do głowy Hermionie, gdy Thierry obsypywał pocałunkami jej szyję i dekolt.
Czuła się bardziej szczęśliwa i kochana niż po rocznym związku z Ronem. Zauroczenie Severusem było pomyłką. Gawain także nie mógł się mierzyć z młodym pisarzem. Był starszy, mniej podniecający. Obydwaj byli wygadani, ale Hermiona wiedziała, który jest bliższy jej sercu. Myślała, że wszelkie większe uczucia do mężczyzn odeszły wraz z Ronem. Teraz przekonała się, jak bardzo się myliła. Jej serce potrzebowało miłości i szukało jej, chociaż ona się broniła. Dlatego zakochała się w Thierrym szybko, gwałtownie i zupełnie niespodziewanie.
- Cholera – jęknął pisarz, gdy usłyszał melodyjkę, która wydobywała się z kieszeni jego marynarki. – Nie teraz!
Niechętnie wypuścił Hermionę z objęć. Wstając z łóżka, przepraszał ją co chwilę.
- To może być wydawca albo ktoś odpowiedzialny za moją trasę promocyjną – wyjaśnił z cierpiętniczą miną.
Zanim udało mu się wyjąć komórkę z kieszeni, ta przestała wydawać z siebie dźwięki. Thierry w końcu ją wydobył i spojrzał na wyświetlacz. Zrobił wielkie oczy i zbladł.
- Muszę zadzwonić… to bardzo… pilne – wyjaśnił z przepraszającym uśmiechem i poszedł do łazienki, zamykając za sobą drzwi.
Hermiona uniosła się na łokciu i poprawiła ramiączko od bluzki. Co takiego się stało, że jej nowy chłopak tak się przestraszył? Ktoś mu umarł? Ciągną się za nim kłopoty związane z narkotykami? Nawet nie musiała bardzo się wysilać, aby usłyszeć rozmowę. Drzwi od łazienki miały otwory wentylacyjne.
- On mówi po francusku – zdumiała się czarownica.
Dopiero po chwili przyszła do niej myśl, że jest głupia. To oczywiste, że Thierry mógł znać ten język. Przecież część Kanady jest francuskojęzyczna. Nigdy z nim nie rozmawiała na ten temat, dlatego nie wiedział, że ona rozumie każde jego słowo. Może wtedy nie przeprowadzałby tak głośnej rozmowy ze swoją dziewczyną, która najwyraźniej przebywała w Edynburgu.
- Wszyscy mężczyźni są tacy sami! – jęknęła Hermiona, gdy poczuła ból, jakby ktoś wbił nóż prosto w jej serce.
Fala łez, która napłynęła do jej oczu, ograniczała widzenie i utrudniała poruszanie się. Mimo to Hermiona wstała z łóżka, złapała swoje rzeczy i wybiegła z pokoju hotelowego. Bezceremonialnie wpadła do windy i zjechała na parter. Nie wiedziała, czy Thierry zorientował się, że uciekła. Było jej obojętne, co sobie pomyślał, czy zrobił. Chciał ją wykorzystać tak samo, jak Gareth! Znowu życie zakpiło z niej w najbardziej z okrutnych sposobów.
Nie założyła na siebie kurtki, czapki ani szalika. Hermiona biegła z odkrytymi ramionami, z rozmazanym makijażem i czerwonym nosem. Na ulicy było pusto, ponieważ większość ludzi odsypiała zabawę Sylwestrową. Dlatego czarownica olała środki ostrożności. Po prostu wbiegła w pierwszy lepszy zaułek i łkając gwałtownie, teleportowała się do domu.