Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Twardowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Twardowski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 grudnia 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 8 – Mystopy


Patrycja z ojcem podeszła do drzwi budynku Wydziału Komunikacji Magicznej w Lublinie. Pan Grzegorz nieźle się namęczył targając za sobą wielką walizkę, zazwyczaj wyręczał go w tym Pan Jan, ale tego dnia nie można było go zabrać ze sobą. Patrycja miała na plecach plecak, który kupiła niedawno przez internet. Był tak samo szalony jak jej stroje: czerwony materiał imitował krokodylą skórę, cały był pokryty ćwiekami, a na klapie zwisały dwie białe rzeczy które miały być czymś w rodzaju skrzydeł. Mężczyzna pomyślał, że Patrycja będzie pasować do tego całego magicznego towarzystwa.
- PYYYYYŚKAAAAAA!
Patrycja ledwo utrzymała się na nogach, gdy Zocha wpadła na nią z rozpędu aby ją wyściskać. Za nią człapał chudy nastolatek dźwigający skórzaną torbę pamiętającą lata 60. Rozejrzał się jakby szukał pomocy i tak się zaczerwienił, że nie widać było różnicy między jego skórą a włosami.
- To mój brat! Sajmon! – wskazała na niego Zocha. – Leci z nami aby mnie odprowadzić do internatu!
Sajmon mruknął pod nosem powitanie, widać było, że cała ta sytuacja go przerasta. Stanął w pobliżu ściany kamienicy z miną jakby chciał wsiąknąć w mur. Pan Michalski popatrzył na zegarek i stwierdził, że mają dziesięć minut do odejścia świstoklika. Po lekturze Harry’ego Pottera czuł się pewniej w magicznym świecie i przestał przekręcać nazwy.

Dziewczynki weszły do budynku. Środek przypominał dworzec PKP: po hali kręciło się sporo podróżnych, pod jedną ze ścian stało kilka kas z pracownikami WKM, którzy sprzedawali bilety, z drugiej strony była kawiarenka „Świśnięty świstoklik”.
- Niech przyleci tutaj jakiś obcokrajowiec i spróbuje TO wypowiedzieć – zachichotała Zocha gdy przeczytała szyld.
Obok niego była filia biura podróży „ZW – Zaczarowane Wakacje”. Mieli sporo klientów jak na ostatni dzień sierpnia. Gdy Patrycja zobaczyła w środku transparent z napisem „Wrześniowe wyjazdy – 45%” zrozumiała o co chodzi. Nad kasami były dwie tablice na których w magiczny sposób pojawiały się przyloty i odloty świstoklików. Co jakiś czas kobiecy głos (dziewczynkom wydawało się że wydobywa się ze ścian) oznajmiał o przebiegu magicznej komunikacji. Ich środek transportu odchodził ze stanowiska numer osiem. Podeszli do szerokich drzwi z napisem „Sale odlotów”. Patrycja zauważyła, że obok były jeszcze dwie pary takich samych drzwi. Na jednych był napis ”Sale przylotów – zakaz wstępu” oraz „Sale kominkowe”. Domyśliła się, że z tych ostatnich można było podróżować przy pomocy proszku Fiuu.
- Nawet niezłą organizację mają czarodzieje – mruknął ojciec dziewczynki. – A u nas PKP to jeden wielki burdel…
Weszli przez drzwi do ośmiokątnego pomieszczenia, na każdej ścianie było wejście do windy. Ustawili się przy jednej z nich. Tego dnia było sporo ludzi chętnych do podróży. Patrycja podejrzewała, że większość nastolatków z kuframi, walizkami i plecakami leciała tam gdzie oni. W końcu następnego dnia był początek roku szkolnego, a w internacie należało się zameldować dzień wcześniej.

Windy okazałe się bardzo duże w środku mimo, że nie wyglądały takie na zewnątrz. Co zaskoczyło podróżujących to fakt, że nie było w środku guzików. Gdy wszyscy wsiedli drzwi same się zamknęły i winda pomknęła łagodnie w dół.  Po kilku sekundach zatrzymała się i gdy wypuściła wszystkie osoby, zamknęła drzwi i wróciła na górę.
Podróżni skierowali się do swoich stanowisk, przed każdym stał czarodziej który sprawdzał bilety, nad wejściem była tabliczka z numerem oraz godziną i miejscem dolotu. Następnie wchodziło się do kwadratowego pomieszczenia, lampy naftowe oświetlały grube, zimne mury. Bez wątpienia byli głęboko pod ziemią. Pod ścianami stali podróżni, a po środku na okrągłym stole leżała plastikowa obręcz. Pan Grzegorz nie był na to przygotowany.
- Będziemy podróżować za pomocą hula - hop? – szepnął przerażony.
Sajmon zdecydowanie podzielał zdanie ojca Patrycji. W tym momencie wyglądał jakby go spetryfikowano. Gdyby mógł uciekłby natychmiast, za to dziewczynki były wyjątkowo podniecone. Czarodziej przy drzwiach odliczał ile zostało czasu do odlotu. Gdy została minuta wszedł do pokoju zamykając drzwi i powiedział donośnym głosem:
- Proszę aby wszyscy podeszli do świstoklika i złapali się go. Przypominam aby duże bagaże trzymać drugą ręką jak najdalej od siebie – rzekł, popatrzył się złoty zegarek kieszonkowy i zaczął liczyć sekundy. – Pięć…cztery… trzy…dwa… jeden!
Hula – hop zaświeciło się na błękitno i wszyscy trzymający się go ludzie poczuli ostre szarpnięcie.

***

Gdy podróżni wyszli z budynku Wydziału Komunikacji Magicznej w Mystopach zobaczyli okazały plac, którego środek zajmowała sporej wielkości fontanna, przedstawiająca Jana Twardowskiego siedzącego na kogucie. Woda tryskała z uniesionej różdżki Mistrza,  rozwartego dzioba ptaka oraz łukowo wygiętych piór wieńczących okazały ogon. Cień rzucały wiekowe buki rosnące wzdłuż alejek, a pod nimi umiejscowione były ławeczki. W ozdobnych kwietnikach kwitły wielokolorowe róże. Cały plac tętnił życiem, czarodzieje i czarownice w różnym wieku zmierzali w najprzeróżniejszych kierunkach. Niektórzy siedzieli na ławeczkach i delektowali się cieniem rzucanym przez wiekowe drzewa. Inni spotykali się ze znajomymi pod fontanną, zaś małe dzieci wskakiwały do niej aby popluskać się w wodzie.
- Co teraz? – jęknął zestresowany Sajmon.
- Idziemy poszukać podwózki do zamku – odpowiedział pan Grzegorz pamiętając o wskazówkach, które udzieliła mu Angelique. – Podejrzewam, że musimy iść za tymi nastolatkami z torbami – wskazał grupkę, która ubrana była w stroje czarodziejów.

Okazało się, że przystanek był tuż za rogiem WKM. Uczniowie, sami lub z rodzicami, stali w kolejce przy drodze pokrytej brukiem. Patrycja z Zochą podeszły do rozkładu umieszczonego na boku drewnianej wiaty przystankowej i dowiedziały się, że kolejny omnibus podjedzie za czternaście minut.
- Omnibus? A co to takiego? – zdziwiła się córka Grzegorza.
- Taki pojazd z dawnych czasów – odpowiedział nieoczekiwanie Sajmon.
- Jak to wygląda?
- Zobaczysz za czternaście minut – odburknął niezbyt grzecznie i zajął się studiowaniem planu miasta, który stał niedaleko nich.
Pan Grzegorz podszedł w ślady Sajmona, przyjrzał się Mystopom i zauważył, że miasteczko czarodziejów ciągnie się wzdłuż łuku małej rzeki zwanej Czarnulką. Zamek Durentius, razem z jeziorem przepływowym, znajdował się po drugiej stronie góry i prowadziła do niego główna droga, przy której ulokowane były najważniejsze budynki oraz jedyna linia komunikacyjna prowadzona przez Czarodziejskie Towarzystwo Omnibusowe. Gdy z ciekawością czytał nazwy zaznaczonych obiektów, usłyszał krzyk Patrycji:
- Patrz tato!

Odwrócił się i zobaczył czwórkę nastolatków lecących na miotłach. Wykonywali dzikie akrobacje ku uciesze tłumu. Nurkowali ku ziemi i w ostatnich chwili podrywali się w górę. Każdy z nich miał zakrytą twarz.
- Ooooooo ja cię! – krzyknęła zdumiona Zocha patrząc się na nich z szeroko otwartymi oczami.
Nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się czarodziej ubrany w ciemnozielone szaty. Na plecach miał wyszyte złote litery układające się w słowo „CZOP”. Magicznie wzmocnionym głosem krzyknął:
- MACIE NATYCHMIAST WYLĄDOWAĆ! LATANIE NA MIOTŁACH POZA WYZNACZONYMI MIEJSCAMI JEST SUROWO WZBRONIONE!
Nastolatkowie od razu rzucili się do ucieczki. Pracownik Czarodziejskiego Oddziału Prewencji wyjął różdżkę i wskazał na nich krzycząc „Immobilus”. Najbliższy młodzieniec momentalnie zawisł w powietrzu, jego koledzy zdążyli uciec. Strażnik porządku przywołał go kolejnym zaklęciem na ziemię, po czym zdjął z jego twarzy bandanę i gogle.
- TO ZNOWU TY! – ryknął do odczarowanego nastolatka. – Podejrzewam, że latali z tobą Czesiek, Markus i Nadzieja! Jak skończę z tobą to dorwę ich wszystkich!
- Zazdrości nam pan, że umiemy latać na miotle? – nastolatek uśmiechnął się bezczelnie do mężczyzny.
- Idziemy do twoich rodziców! – warknął CZOP-ek.
- Phi! Jakoś wcale się nie boję – odrzekł złapany i poszedł za stróżem prawa machając wesoło do zgromadzonych gapiów.
Pan Grzegorz oglądał ten rozwój wypadków z przerażeniem na twarzy. Odezwały się w nim ponownie lęki związane z posiadaniem magicznej córki. Postanowił działać od razu.
- Spróbuj tylko iść w jego ślady to koniec ze szkołą! – pogroził palcem swojej córce.
- Tatooooooo, nie przesadzaj – jęknęła Patrycja.
- Niech pan będzie spokojny o nas! – odezwała się wesoło Zocha. – Nas tak łatwo nie złapią!
Sajmon miał minę jakby miał zamiar zwymiotować.

Okazało się, że omnibus wygląda jak elegancki, czarny dyliżans z czerwonymi kołami. Mimo niewielkich rozmiarów zewnętrznych, w środku mieściło się swobodnie dwadzieścia osób. Bagaże zostały umieszczone, przy pomocy magii, na dachu i z tyłu pojazdu. Nie był ciągnięty przez konie, jak zakładały dziewczynki, tylko sunął łagodnie nad ziemią kierowany różdżką przez czarodzieja, który siedział z przodu na koźle. Obok niego usadowił się konduktor, który pobierał opłaty za przejazd od wsiadających. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, woźnica krzyknął „Locomotor omnibus” i pojazd pomknął w stronę zamku.

Pan Grzegorz był psychicznie przygotowany na jazdę rodem z „Błędnego Rycerza”, jednak okazało się, że nic takiego nie miało miejsca. Pogoda za oknami była piękna, góry pokryte były zielonym lasem. Omnibus sunął dostojnie drogą wzdłuż „Czarnulki” i podróżni mieli wrażenie, że jadą poduszkowcem. Rzeka okazała się niezbyt szerokim i stosunkowo płytkim potokiem, nad którym postawione były kamienne mostki prowadzące do budynków lub bocznych uliczek. Co kilka minut omnibus zatrzymywał się na przystanku. Najpierw przy Szpitalu Świętej Trójcy, następnie przy Magicznym Ośrodku Uzdrowiskowym „Mystopy”, zaś przedostatnim przystankiem był hotel „Złote Pióro”. Pana Grzegorza uderzyło jak inne jest to miasteczko od Magowa. Tam królowały bogate kamienice, tutaj dominowała architektura charakterystyczna dla gór. Drewniane i kamienne budynki miały spadziste dachy, ozdabiane były ornamentami i malunkami, a nie kamieniami szlachetnymi. Co je odróżniało od mugolskiego Zakopanego, to fakt, że zdecydowana większość była pomalowana na jaskrawe kolory.

W pewnym momencie dziewczynki wypatrzyły w oddali jezioro, a im bardziej omnibus przybliżał się do celu tym bardziej widoczny był zamek Durentius. Patrycja przeżyła kolejne rozczarowanie.
- To nie wygląda jak Hogwart… - pisnęła żałośnie.
- Co ci się znowu nie podoba? – spytała się Zocha patrząc na nią ze zdziwieniem. – Dla mnie jest wspaniały!
- Tamten był taki mroczny, ciemny, a ten jest biało-czerwony! – dziewczynka była zdruzgotana. – Nie ma takich wysokich wież… No i to jezioro jest takie małe, jak tam ma mieszkać wielka ośmiornica?
- Rzeczywiście wygląda inaczej niż w filmie – potwierdził pan Grzegorz. – Nie powiem ci za wiele bo się nie znam na architekturze…
- To kto mi powie czemu te zamki są inne? – spytała się Patrycja.
- Hogwart, jeśli naprawdę był zbudowany ponad tysiąc lat temu, to jest przykładem architektury przedromańskiej. Pewnie w międzyczasie był nie raz przerabiany. W filmach miał dużo elementów stylu gotyckiego, typowego dla Wielkiej Brytanii! – powiedział obrażonym tonem Sajmon odwracając się do Michalskich, którzy siedzieli za nim. – To co tutaj widzimy, to jak w mordę strzelił, architektura renesansowa, chociaż widzę, że był niedawno odnawiany i kilka budynków zostało wybudowanych dużo później bo mają elementy typowe dla baroku i klasycyzmu. Weźcie się uczcie ludziska!
Po tym wykładzie, chłopak założył ręce na piersi i odwrócił się ostentacyjnie. Patrycja z ojcem wymienili zdumione spojrzenia i zrobili miny do Zochy aby wyjaśniła o co chodziło jej bratu. Wzruszyła ramionami i powiedziała, że chłopak w tym roku zdał maturę z historii sztuki więc z architekturą jest na bieżąco.

Zamek zbudowany został na wysuniętej ku jeziorze skale. W tle widać było tylko zalesione góry i bezchmurne niebo. Omnibus wjechał pomiędzy budynkami na zewnętrzny dziedziniec, zatrzymał się przed główną bramą gdzie wypuścił podróżnych. Następnie zrobił okrążenie wokół boiska do quidditcha i pojechał w kierunku miasteczka, zapełniony powracającymi opiekunami uczniów. Michalscy z Zochą i Sajmonem postanowili znowu podążać za grupką nastolatków. Gdy przeszli przez bramę zobaczyli wewnętrzny dziedziniec obramowany krużgankami. Pan Grzegorz zauważył, że wszystko jest utrzymane w kremowej barwie, tylko czerwona dachówka spadzistego dachu odcinała się na jasnym tle. Zdziwił się, że śledzeni nastolatkowie nie weszli w jedne z wielu drzwi znajdujących się w polu widzenia. Zamiast tego skierowali swoje kroki ku małej bramie. Okazało się, że za nią stoją kolejne budynki, które były już w zupełnie innym stylu niż zamek, jednakże pasowały do niego kolorystycznie. Nastolatkowie podzielili się według płci: dziewczyny poszły w stronę prawego skrzydła najbliższego gmachu, a chłopaki w stronę lewego. Ojcu Patrycji i reszcie kompanii nie pozostało nic innego jak podążyć za żeńską grupą.

W Internacie zostali poinstruowani gdzie iść przez portierkę. Po wejściu na pierwsze piętro udali się do opiekunki klas pierwszych gimnazjum. Powitała ich młoda, puszysta czarownica, która przedstawiła się jako Ilona Jasińska. Wyściskała swoje nowe podopieczne i trajkocząc jak mała katarynka zaprowadziła wszystkich do swojego gabinetu aby wypełnić odpowiednie papiery. Okazało się, że została uprzedzona przez Angelique, że mama Zochy jest za granicą i chwilowo Sajmon sprawuje nad nią opiekę.
- Tutaj macie regulamin – powiedziała dając wszystkim broszurki. – Należy się z nim zapoznać. A teraz chodźmy do nowego pokoju dziewczynek! Będziecie mieszkać z dwoma innymi czarownicami z waszej klasy. W pokojach obok będą dziewczyny z klas „a”, „b”, „d”, „e” i „f”. Nie przejmujcie się jeśli trzech ostatnich klas nie zrozumiecie ponieważ są to wasze rówieśniczki z zza granicy. W „d” i „e” są głównie z Ukrainy, Białorusi, Słowacji i Kazachstanu. Klasa „f” jest angielskojęzyczna, chodzą do niej dziewczęta z najróżniejszych krajów. W tym roku mamy, między innymi, dwie Japonki, dziewczynę z USA, cztery Brytyjki oraz Egipcjankę i Brazylijkę – wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić dalej. – Plan dnia jest zawsze taki sam: pobudka o 7 rano, posiłki jemy w stołówce, śniadanie jest o 7.45, obiad o 13.30, a kolacja o 19.00, cisza nocna obowiązuje od 22.00. Jeśli będziecie głodne możecie skoczyć do sklepiku szkolnego, który jest ulokowany we wschodnim skrzydle zamku. W internacie macie najpóźniej się zameldować o godzinie 20.00, wszelkie wizyty muszą być zgłaszane w portierni i mogą odbywać się pomiędzy 9.00 a 18.30, jeśli chcecie pojechać do miasteczka musicie mi to zgłosić i podać przybliżony czas powrotu. Za niesubordynację są kary: praca na rzecz szkoły i obniżenie z zachowania. Za dobre zachowanie nagrody: najczęściej wycieczki w różne miejsca, jakieś drobne prezenty, zamówienie pizzy do pokoju lub potańcówka z chłopcami – puściła oczko do Patrycji i Zochy. – A teraz zapraszam do waszego pokoju!

Pani Ilona zapukała do drzwi z numerem 36 i nie czekając na odpowiedź nacisnęła klamkę. W środku stała rodzina czarodziejów składająca się z rozzłoszczonego mężczyzny, zapłakanej córki i szlochającej matki. Obydwie były ubrane w bliźniacze, bogato zdobione suknie i obie miały takie same, jasnobrązowe włosy skręcone w misterne loki. Na widok nowo przybyłych kobieta jeszcze mocniej przytuliła dziewczynkę i zaczęła płakać. Czarodziej był wyraźnie zirytowany jej zachowaniem.
- Zobacz Telciu! Przyszły twoje nowe koleżanki, a ty dajesz pokaz mazgajstwa! – powiedział wskazując na Patrycję i Zochę, które stanęły w miejscu nie wiedząc jak się zachować.
-  Może jednak pan jej odpuści… - zaczęła łagodnie pani Ilona. – Widocznie mała potrzebuje jeszcze trochę czasu, może za rok będzie lepiej.
- Nie będzie lepiej! – warknął i złapał żonę za ramię. – Przestań histeryzować! Telcia doskonale sobie poradzi. Dobrze jej to wszystko zrobi.
- Oooonaaa jeeest taaakaaa malutka!
Pan Grzegorz pomyślał, że to dobre stwierdzenie, ponieważ dziewczynka była wyjątkowo niska jak na swój wiek. Patrycji sięgała do podbródka, a Zośce do nosa.
- Da sobie radę! Idziemy – rzucił ostro.
- Nie chcę!!! – krzyknęła Telcia.
- Jeszcze chwila a nie dostaniesz kieszonkowego aż do przyszłego roku! – zagroził.
Na te słowa dziewczynka puściła matkę i rzuciła się na łóżko gdzie zaczęła szlochać. Jej matka przestała płakać, patrzyła się z oburzeniem na męża. Ojciec Patrycji pomyślał, że musi zapamiętać tę groźbę na wypadek, gdyby jego córka zaczęła grymasić.
- Jesteś okrutny! – stwierdziła z wyrzutem po czym pocałowała córkę w tył głowy. – Mamusia musi iść kochanie…
- Buuu!
- Masz być grzeczna bo inaczej będzie źle – zagroził czarodziej. – Wszystkiego się dowiem! Do widzenia państwu! – ukłonił się panu Grzegorzowi i Sajmonowi wychodząc razem z żoną przez drzwi.

Pani Ilona pocieszała Telcię podczas gdy Patrycja z Zochą rozpakowywały swoje torby. Każda dziewczynka miała dla siebie wąskie łóżko, przy nim szafkę. Na ścianach czekały na wypełnienie półki. Do podziału były dwie, duże szafy oraz dwa biurka. Meble wyglądały na stare, ale zadbane. Pokój był utrzymany w kolorystyce pudrowego różu, a mocniejszymi akcentami były zielone narzuty na łóżka, zasłony i dywaniki. Patrycja, która już zaakceptowała, że nie wszystko jest jak w Harrym, była całkiem zadowolona z nowego miejsca zamieszkania.
Po rozpakowaniu toreb nastąpiło pożegnanie dziewczynek z panem Grzegorzem i Sajmonem. Obydwaj musieli zdążyć na powrotny Świstoklik. Pani Ilona zapewniła, że zajmie się swoimi nowymi podopiecznymi i zda raport z ich zachowania w następnym tygodniu.
Gdy dorośli wyszli Patrycja z Zochą zaczęły tańczyć z radości na środku pokoju.
- I z czego się tak cieszycie? – dobiegł do nich stłumiony głos Telci.
- Tu jest super!
- Nieprawda! Tu jest strasznie! – jęknęła dziewczynka i wróciła do szlochania w poduszkę.
- Eee tam, nie znasz się! – stwierdziła Zocha i wyszczerzyła się do Patrycji.

Późnym popołudniem dołączyła do nich jeszcze jedna dziewczynka, która nazywała się Katarzyna. Okazało się, że jest bardzo cichą i skrytą osobą. Dziewczynom nie udało się wciągnąć jej do rozmowy. Obydwie z Telcią milczały przyglądając się wariactwom Patrycji i Zochy. Gdy otworzyły się drzwi do pokoju w czasie najgłośniejszych śpiewów, dziewczynki były pewne, że przyszła do nich pani Ilona aby je uciszyć. Jednakże bardzo się ucieszyły gdy zobaczyły Angelique. Od razu do niej podbiegły krzycząc „cześć sorko”.
- Witam dziewczynki – powiedziała z uśmiechem. – Chciałam was komuś przedstawić. Uznałam, że to ważne aby to zrobić dzisiaj, a nie jutro.
- Komu? – spytały podniecone.
- To jest Amelia – Angela otworzyła szeroko drzwi i wprowadziła do pokoju dziewczynkę w ich wieku.
- Kurka wodna! – pisnęła Patrycja.
- Ja pierdolę! – Zocha stanęła jak wryta.
Telcia i Katarzyna patrzyły się na tę scenę z szeroko otworzonymi oczami, nic nie rozumiejąc.

czwartek, 10 grudnia 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 7 - Historia Zamku Durentius


Padało.
Na początku delikatnie, następnie wiatr przybrał na sile. Nastała ciemność. Krople deszczu zaczęły gwałtownie rozbijać się o szyby domu Michalskich. Błyskawice raz po raz przecinały niebo.

Patrycja w złym humorze sięgnęła po broszurę wyjętą z paczki ojca. Okazało się, że Angelique dała mu książkę pt.: „Rodzice – Mugole. Jak radzić sobie z magiczną młodzieżą gdy nie ma się pojęcia o życiu czarodzieja”. Do tego dołączony był informator o magicznych miejscach: Magowie, Mystopach i Zespole Szkół oraz wszelkie materiały dotyczące fałszywego gimnazjum, które później pokazali Wojtysiakom. O ile książka nie zdobyła uznania w oczach dziewczynki, o tyle druga pozycja okazała się interesująca. Czytała ją kilka razy w przeciągu ostatniego tygodnia. Przed chwilą wysiadł prąd w całym domu więc nie mogła dalej siedzieć na Facebooku. Nie mając co robić, Patrycja stwierdziła, że najlepiej jeszcze raz zajrzeć do informatora. Gdy pójdzie do szkoły będzie znała na pamięć wszystko co zostało tam napisane.

Rzuciła się w kulkowy fotel, rozłożyła broszurę i… nie zaczęła czytać. Wpatrywała się w ulewę za oknem przypominając sobie kłótnię na Facebooku. To nie jej wina, że nie może powiedzieć przyjaciółkom dlaczego nagle idzie do szkoły na drugim końcu Polski! Wprawdzie pokazała im materiały o fałszywym gimnazjum ale chyba wyczuły, że kłamie ponieważ nadal bombardowały ją pytaniami. Zwłaszcza Anka była nieugięta. W ostatniej rozmowie oznajmiła wprost, że wie, że to wszystko kłamstwo i jeśli Patrycja nie powie jej prawdy to oznacza koniec ich przyjaźni. Sytuacja wydawała się bez wyjścia. Patrycja nie miała zamiaru iść do nowej szkoły obsypana pryszczami. Na razie brak prądu uwolnił ją od odpowiedzi ale wiedziała, że się nie wymiga. Chyba straci przyjaciółkę…

Aby o tym nie myśleć zaczęła czytać informacje o swojej przyszłej szkole:

Zespół Szkół Magii i Czarodziejstwa imienia Mistrza Jana Twardowskiego (historyczne nazwy: Szkoła Durentius, Główna Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Polsce, Akademia Magii i Czarodziejstwa w Polsce) – jedyna polska uczelnia kształcąca czarownice i czarodziejów, mieszcząca się w zamku Durentius w Mystopach, położona gdzieś w Karpatach. Jedna z najstarszych tego typu szkół w Europie, założona w 1569 roku z inicjatywy Mistrza Jana Twardowskiego, ufundowana przez Zygmunta II Augusta. W 1932 została nazwana imieniem założyciela co było związane z rozdzieleniem szkoły na gimnazjum i liceum. Herb szkoły nawiązuje do Herbu Rzeczypospolitej Obojga Narodów z 1569 roku, stąd korona królewska. Na niebieskim polu jest słynny kogut Jana Twardowskiego, który na piersi ma tarczę z księżycem – rzekome miejsce ucieczki Mistrza przed diabłem (mugolska społeczność wymyśliła tę historię, aby wytłumaczyć nagłe zniknięcie czarodzieja). Ptak trzyma w pazurach różdżkę – symbol magii. Nad kogutem unoszą się cztery złote gwiazdy – oznaka trudów jakie muszą przejść uczniowie, aby stać się czarodziejami i czarownicami. Na dole herbu znajduje się wstęga, a na niej dewiza szkoły: „alteri vivas oportet, si vis tibi vivere”, która pochodzi od Seneki Młodszego i oznacza „trzeba żyć dla innych, jeśli chcesz żyć z pożytkiem dla siebie”.

Jan Twardowski, a właściwie  Laurentius Dhur (1473 – 1587) urodził się w Niemczech w rodzinie mugoli. Od dziecka przejawiał cechy magiczne jednak nie było wtedy ani czarodzieja ani szkoły, która by go przyjęła na ucznia z powodu jego pochodzenia. Dopiero w dorosłym wieku został zauważony przez samego Fausta (1490 – 1536), który został jego mistrzem. Szybko przyswoił sobie całą wiedzę, którą posiadał jego nauczyciel i wyruszył do Polski na dwór królewski, aby tam szukać szczęścia. Jednakże jego pochodzenie znowu dało o sobie znać. Miejscowi czarodzieje nie chcieli zadawać się z Niemcem i do tego „nieczystej” krwi, szeptano królowi, aby uważał na odmieńca, podejrzewali go o szpiegostwo. Zmienił wtedy Laurentius Dhur imię i nazwisko na Jana Twardowskiego oraz zaczął uczyć pod Krakowem sztuk magicznych dzieci, które pochodziły z mugolskich rodzin lub były „półkrwi”. Jego sława jako dobrego nauczyciela i świetnego maga dotarła do uszu samego Zygmunta II Augusta, który nie słuchając złych opinii miejscowych czarodziejów, podarował mu szlachectwo i majątek w zamian za usługi. Gdy królowi zmarła ukochana żona Barbara Radziwiłłówna ten ogłosił, że hojnie wynagrodzi osobę która sprowadzi ją z powrotem, żywą lub umarłą. Wiele lat trwały próby różnych osobistości z magicznego świata, ale żadnemu się to nie udało. Dopiero w nocy z 7 na 8 stycznia 1569 roku udała się ta sztuka Mistrzowi Twardowskiemu – przywołał ducha Barbary. Zygmunt II August spytał się czego pragnie czarodziej, ten nie wahał się ani sekundy z odpowiedzią. Zażyczył sobie miejsca gdzie mógłby szkolić uczniów w sztukach magicznych oraz gdzie będzie można postawić okazały gmach który będzie niewidzialny dla mugoli. Król zgodził się i podpisał akt utworzenia pierwszej czarodziejskiej szkoły obejmującej swoim zasięgiem Koronę Polską i Wielkie Księstwo Litewskie oraz umożliwiała naukę dzieciom z mugolskich rodzin z innych krajów. Poszukiwanie idealnej lokalizacji trwało ponad rok. Zamek Durentius, nazwany tak po śmierci Jana, powstał w Karpatach w przeciągu dziesięciu lat (1570-1580). Pracowało przy nim wielu adeptów Mistrza oraz zagraniczni czarodzieje, którzy sprowadzali się razem z rodzinami do wioski nazwanej z czasem Mystopami. Nazwa ta wiąże się z całkiem interesującą legendą, która została zapisana przez Myślibora Wierzbówkę z Piaskowic w roku 1791:

„Gdy na miejsce upatrzone przez Mistrza Iana Twardowskyego przybył ostatni z dynastii Jagiellonów, Król Zygmunt August, postanowiono, że nastąpi odświętne wmurowanie Kamienia Węgłowego. Był to wielki kamulec ozdobnie obryty przez ucznia Mistrza, był to Henryk z Wieprzowic - Garncarzem zwany gdyż sztuką taką wieczorami się parał dla nerwów ukojenia. Nikt z człeków niemagicznych siły nie miał tyle by ów kamulec ruszyć. Toteż postanowiono, że siłą magiczną uczeń który wykonał ryty postawi go w miejscu przeznaczenia. Henryk Garncarz wielką czując podnietę z zadania nań nałożonego źle inkantację czarodziejską wymówił. Kamulec uskoczył na pięć łokci w górę jako zając przez człeka ze snu wyrwany. Widać w górze źle mu było bo spadł na ziemię wprost na stopy Mistrza Iana. Wrzasnął ten głosem z bólu nabrzmiałym: umieściłeś go na mych stopach kmiocie! Toteż na pamiątkę tego niezwykłego wydarzenia wieś niedaleką, według królewskiej rady, Mychstopami nazwano, którą przez lata skrócono i tak pozostało po dzień dzisiejszy”.

Obecnie zamek i jego okolice….

Patrycja nie dokończyła czytać zdania ponieważ pani Jadwiga oznajmiła, krzycząc z parteru, że dziewczynka ma gościa. Zanim jednak zdążyła zastanowić się kto mógł ją odwiedzić w taką pogodę została przygnieciona do ziemi przez coś miękkiego i mokrego za razem.
 - Pyyyyyyyyśkaaaaaaaaaaaa! – rozbrzmiał głos Zochy. – Stęskniłam się za Tobą to se przyjechałam do ciebie! Wyszłam z domu, patrzę a tu autobus do ciebie! No, normalnie los tak chciał. Wsiadłam, biletu nie miałam ale kanarów nie było. Po drodze zaczęło lać ale przybiegłam, wiedziałam gdzie mieszkasz bo mi mówiłaś, że gdzieś tutaj. Ja tak często chodzę po mieście, że znam cały Lublin! Zawsze wiem gdzie ktoś mieszka. Cieszysz się, że jestem?
- Fak… to znaczy… tak… - jęknęła Patrycja wygrzebując się spod obfitego biustu koleżanki.
- Oooooooo! Czytasz informator! Można się z niego tyle dowiedzieć. Nasza szkoła będzie na pewno super. Strasznie mi się podoba jak oni to opisali. I te ruszające się zdjęcia! Zajebiste są!
- Ciiiiiszej… bo pani Jadwiga cię wygoni, nie znosi przeklinania.
- Przeklinania? „Zajebiście” to chyba nie przekleństwo..
- Nie lubi takich słów, nie raz dostałam opiernicz za jakieś głupoty.
- Zjebę znaczy się?
- Zocha!
- No już, już, nabijam się…- Zośka uśmiechnęła się. – To co? Masz ochotę na trochę czarów?

Patrycji nie trzeba było długo przekonywać. Po przedyskutowaniu czy mają już na sobie Namiar doszły do wniosku, że na pewno nie ponieważ zacznie on działać od 1 września. Zabarykadowały się w pokoju i na wszelki wypadek, aby pani Jadwiga niczego nie słyszała, przyłożyły do drzwi materac zdjęty z łóżka Patrycji.
- Ty słuchaj… myślisz, że podziała na nią Muffliato? – Zocha zastanowiła się głośno. Trzymała w ręku swoją różdżkę, którą przed chwilą wyjęła z plecaka. – Warto spróbować… Muffliato!
- Jak się dowiemy czy to działa?
- Jeśli coś rozwalimy i ona nie przyleci to działa!
- Eeee.  No dobra… to od czego zaczniemy?
- Ja już zaczęłam! Rzuciłam Muffliato!
- Zocha! Ty mnie nie wkurzaj! Jakie będzie kolejne zaklęcie, którego użyjemy?
- Hmmm… - czarnowłosa dziewczynka zajrzała do podręcznika od transmutacji. – Tutaj są różne zaklęcia… np. jak zniknąć ślimaka. Masz ślimaka?
- Nie.
- To może zapałki? Zamienimy w igły.
- Nie.
- Kurde, to może nie transmutacja, ta była trudna w Harrym… chociaż my mamy 13 lat a oni 11 jak zaczynali szkołę to może nam lepiej pójdzie. Wiem! Trzeba zajrzeć do podręcznika od zaklęć.
- Zocha! Mam! – Patrycja uniosła różdżkę. – Lumos!
- FUUUCK YEEEEAAAH! – zawyła z radości Zośka widząc, że koleżance udały się czary.
Po czym kilka sekund później materac poruszył się i spadł pociągając za sobą lampkę stojącą na nocnym stoliku. Dziewczyny zamarły patrząc na roztrzaskujące się szkło. W szparze między drzwiami a framugą ukazała się rozeźlona twarz pani Jadwigi.
- Czy możecie mi wytłumaczyć czemu wyjecie jak opętane i dlaczego ten materac nie jest na łóżku!?
Zośka popatrzyła na Patrycję, która stała ukrywając za plecami różdżkę i powiedziała ze spokojem:
- czyli Muffliato nie działa…

Dwa tygodnie później Patrycja z Zośką przeglądały w pokoju tej pierwszej nowe szaty szkolne. Paczkę dostarczyły poprzedniej nocy trzy sowy. Wylądowały w pokoju pana Grzegorza, który zaszył się tam aby leżąc na łóżku, przy lampce wina, dokończyć ostatnią część Harry’ego Pottera. Mrucząc coś o czystym wariactwie zaniósł paczkę córce, kazał ją schować do szafy i obejrzeć dopiero gdy Wojtysiaków nie będzie w domu. Przy okazji wdał się z Patrycją w dyskusję na temat czytanych książek.
- I wyobraź sobie Zocha… tata nie chce abyśmy miały w szkole bazyliszka albo smoka albo Puszka albo… no chociaż Aragoga! A przecież to najlepsza zabawa! Mam nadzieję, że będzie tam mnóstwo niebezpiecznych stworzeń, najlepiej w lesie. Jak ja bym chciała zobaczyć testrale! No i mówił jeszcze, że ma nadzieję, że nie ma u nas turnieju Trójmagicznego! To jest straszne, przecież to najlepsze ze wszystkich książek – powiedziała Patrycja z przejęciem podczas rozkładania szat na łóżku. 
Mogły bezpiecznie otworzyć paczkę ponieważ Wojtysiakowie pojechali na dłuższe zakupy. W środku czekały na Patrycję dwie granatowe szaty codzienne, jedna czerwona szata wyjściowa, dwa biało-granatowe stroje do ćwiczeń i jedna czarna peleryna jesienna. Dołączone były do nich dodatki: jeden pas złoty, jeden srebrny oraz czapka. Dziewczynka popatrzyła na nie ze zdumieniem wypisanym na twarzy.
- Zocha… co to jest!?
- Szaty szkolne, ślepa czy co?
- Ale, a-ale… przecież to nawet nie przypomina szat z Harry’ego Pottera! Mam jedną parę, kupiłam na Pottermore! To jakaś pomyłka! – Patrycja była zdruzgotana.
- No nie przypomina – odparła ze spokojem Zośka skubiąc słonecznik.
- Zocha!!!
- Pyśka, ty ślepoto jedna! Ty w ogóle patrzyłaś się na ludzi w Magowie?
- Ja… chyba... no…
- Nie zauważyłaś że inaczej wyglądali niż na filmach o Harrym?
- Tyle się działo, że się nie przyglądałam dokładnie... – odpowiedziała zaczerwieniona ze wstydu Patrycja. 
Nie rozumiała czemu Zośka się jej czepia. Przecież to było jak sen. Nie zwracała uwagi na ubrania czarodziejów. Bardziej skupiała się na przekonaniu ojca aby ją puścił do szkoły. To było w tym momencie ważniejsze niż jakieś tam łachy. Postanowiła zaatakować. 
– To może ty mi powiesz co to jest pani Mądralińska!

Zocha wstała z fotela, co trochę trwało biorąc pod uwagę jak ciężko się podnieść z worka wypełnionym styropianowymi kulkami. Odłożyła słonecznik na bok, w czasie drogi do łóżka otrzepała ręce i zaczęła mówić:
- To jest szata wyjściowa wzorowana na... eee... kontuszu – podniosła czerwoną szatę. Przypominała ona krótki szlafrok, miała długie, rozcięte rękawy zakończone białym futerkiem. Na kołnierzu oraz wykończeniu dołu także był cienki pas futra. Zapinane było na klatce piersiowej na 3 duże, złote guziki które po bokach miały złote hafty. – Nosiło się to dawno temu, już nie pamiętam dokładnie kiedy ale w Magowie co druga kobieta to miała, mężczyźni też tylko dłuższe. Popatrz, tu jest pas do tego… nie ten srebrny, ten złoty! Pod spodem nosi się długą sukienkę. Do tego masz czapkę… kurde… jak ona się nazywała. Później Ci powiem jak mi się przypomni. Widzisz? Jest czerwona z białym futrem więc na bank jest do wyjściowej. Te dwie są na co dzień – wskazała na szatę tego samego kroju co pierwsza jednakże nie było przy niej futra tylko srebrne hafty. Guziki i pas były tego samego koloru. Na lewym rękawie błyszczał się herb szkoły. Zośka wskazała na dwie kolejne. – To są stroje do ćwiczeń… no to chyba jasne skoro mamy tutaj koszulę i spodnie, lekki materiał… Te wierzchnie to chyba wtedy gdy będziemy biegać po boisku... Myślisz, że będzie tam jakieś boisko?
- Do quidditch’a na pewno, chociaż sorka wspominała o różnych sportach.
- No dobra, ostatni jest płaszcz abyśmy nie zmarzły – podniosła długą, czarną tkaninę. Kaptur miał wewnątrz futro, tak samo jak i na brzegach. Zapinany był na rząd złotych guzików. Nie miał rękawów, zamiast tego było dwie, obramowane złotym haftem dziury. Na piersi wyhaftowany był herb. – Niezłe, podoba mi się. A! Ta czapka to konfederatka! Wiedziałam, że coś związanego z „Przeminęło z wiatrem”.
- Z czym?
- Książek nie czytasz? – Zośka pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Czytam! Głównie o magii.
- Ale tamto to romans z historią USA w tle.
- Romans!? Historia!? Bleeee! – Patrycja zaczęła udawać, że gwałtownie wymiotuje.  – Jedyne co lubię to „Historia bez cenzury”, widziałaś to?
- Nie…
- To popatrz! Jest zajebiste, szkoda, że tak nie uczą w szkole… – po tym wyznaniu Patrycja włączyła Youtube.

Sytuacja z Anką Cegielską i resztą dziewczyn zakończyła się zerwaniem przyjaźni. Patrycja, mimo że początkowo była przygnębiona, stwierdziła że nie odczuła mocno straty koleżanek. Miała w końcu Zochę która jak nikt inny ją rozumiała i została jej nową najlepszą przyjaciółką. Czasami wstydziła się jej zachowania: zwyczaju rzucania się na nowo poznanych ludzi w celu wyściskania (pan Jan twierdził, że to zabawne), wymądrzania się i gadatliwości (tata Patrycji był zaskoczony książkami, które zna dziewczynka i chętnie podejmował dyskusję na dany temat), zjadania wszystkiego co jest zjadliwe (Pani Jadwiga była wniebowzięta, że ktoś prosi o trzecią dokładkę i zawsze ją komplementuje) czy noszenia dziwacznych ubrań („Pyśka, ty się nie znasz! Ciucholandy są ekstra!”). Mimo jej wad była wspaniałą kompanką w szalonych eskapadach z różdżkami w plecaku. Szukały ustronnego miejsca i tam na zmianę próbowały czarować. Ku rozpaczy Patrycji Zocha szybciej opanowywała kolejne zaklęcia. Mimo różnic potrafiły gadać całymi godzinami o przeczytanych fanfikach i razem wzdychały do Draco. Raz nawet ojciec Patrycji pozwolił zrobić im maraton filmów o Harrym co spotkało się z dezaprobatą pani Jadwigi i wyprawą z panem Janem do sklepu w celu kupienia dwóch opakowań lodów, trzech dipów, trzech paczek chipsów i różnych smaków drażetek czekoladowych.

Po rozmowach na tematy rodzinne okazało się, że Zocha wcale nie jest cyganką. Jej matka była drobną blondynką o niebieskich oczach, których kolor odziedziczyła jej córka. Ojcem był za to hindus, po którym dostała większą część wyglądu. Starsza siostra, piętnastoletnia Milagros wyglądała jak swoja matka. Zaś dziewiętnastoletni brat, nie wiedzieć czemu, urodził się rudy. Zośka nie bardzo chciała się przyznać, ale w końcu wyjawiła, że nie utrzymuje kontaktów z ojcem i nie ma jego nazwiska. Matka pracowała sezonowo za granicą przy zbiorach owoców i warzyw – dlatego rodzina nie miała dużo pieniędzy. Z tego powodu szkoła ufundowała Zośce stypendium, a wszystkie rzeczy do szkoły były z drugiej ręki. Jednak optymistyczna natura dziewczynki nie pozwoliła jej się użalać nad sobą. Uwielbiała chodzić po ciucholandach i szukać „perełek” do swojej kolekcji. Obecnie była pod wpływem filmów z Bollywood, które namiętnie oglądała ze starszą siostrą. Dlatego ubierała się w orientalne tuniki, sukienki, spódnice i szale. Patrycja na te dziwactwa często kręciła głową nie wiedząc co o tym myśleć. Jak można było nie chcieć iść do centrum handlowego i kupić ubrań z najnowszej kolekcji? Dziewczyny u niej w podstawówce miały swój styl: dużo różowego, bluzy z One Direction, jeansy i wzorowanie się na zagranicznych piosenkarkach. Nawet ona i Anka, mimo, że lubiły się przebierać za lolity w domu, do szkoły chodziły ubrane normalnie.
- Pyśka! Pokaż mi te swoje ciuchy z Japonii – rozkazała Zocha gdy obejrzały już wszystkie odcinki „Historii bez cenzury”. – Chcę zobaczyć czym się tak podniecasz.
Patrycja posłusznie otworzyła szafę. Zośka początkowo oglądała ubrania z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale w pewnym momencie odwróciła się do koleżanki z miną jakby wymyśliła lek na raka.
- To jest fajne! Weź załóż tą długą sukienkę w czarno-czerwoną kratę.
- Po co?
- Poco to się nogi noco! Pyśka, rób jak mówię! Nie jęcz, mordko ty moja i bierz dupkę w troki!

Patrycji nie pozostało nic innego jak spełnić prośbę koleżanki. Zastanawiała się skąd Zocha czerpie takie teksty. Czasem klęła z koleżankami na przerwach ale po cichu aby nauczyciele nie usłyszeli. Widać wychowanie na ulicy Lubartowskiej zrobiło swoje. Wyjęła wyjątkowo długą sukienkę z szafy i założyła na siebie. Zocha podała jej wyjściową szatę i kazała dodać do kreacji. Następnie obwiązała koleżankę pasem.
- Spójrz na siebie… Tak idziesz na rozpoczęcie roku! Jak ja coś powiem to nie ma chuja we wsi, jak nie pójdziesz to rzucę na ciebie klątwę. Zapewniam cię że już kupiłam u Madamy Zakrzewskiej odpowiednią książkę…. – dodała złowieszczym tonem tak na wszelki wypadek.
Postanowiły przejrzeć resztę loliciej garderoby Patrycji i skompletować ubrania pasujące do magicznego świata. Resztę dnia spędziły zamawiając więcej ciuchów przez internet.