Pokazywanie postów oznaczonych etykietą organizacja magicznej edukacji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą organizacja magicznej edukacji. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 kwietnia 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 13 – Przed wywiadówką


Zocha stała przy krzakach rosnących obok boiska do quidditcha i wymiotowała jak kot. Patrycja trzymała w rękach miotły i patrzyła się ze współczuciem na przyjaciółkę. Opiekun sekcji klepał czarnulkę po plecach i dawał wykład.
- Mówiłem, prosiłem i ostrzegałem! Lecieć prosto, pół metra nad ziemią! – profesor Zduński był zły. – Czemu mugolaki myślą, że jak tylko wsiądą pierwszy raz na miotłę to już potrafią latać jak zawodowcy?

Patrycja wiedziała, ale nic nie powiedziała, aby nie pogorszyć sytuacji Zochy. Gdy szły na pierwsze zajęcia latania, obydwie chełpiły się, że będą jak Harry i od razu zaczną śmigać na miotle. Wyobrażały sobie, że nauczyciel padnie z wrażenia na kolana i od razu zaproponuje im miejsce w drużynie. Życie szybko jednak pokazało, że jest duża różnica między prawdą i fikcją. Wzniesienie się na miotle na tyle, aby nie dotykać stopami ziemi było trudne. Zocha, która lubiła robić wszystko po swojemu, od razu wzbiła się wysoko w powietrze. W ciągu kilku sekund straciła panowanie nad miotłą i ta próbowała ją zrzucić wierzgając dziko i robiąc pętle. Dziewczynka trzymała się jej kurczowo, a pan Zduński próbował ją złapać. Gdy Zocha została uratowana, puściła się pędem w najbliższe krzaki i wyrzuciła z siebie obiad.
- Latanie na miotle wymaga wielu miesięcy ćwiczeń! Nawet czarodzieje nie potrafią od razu latać, to jest niemożliwe! – pieklił się nauczyciel. – Średnio po roku praktyki można zacząć ćwiczyć grę w quidditcha!
- Ja…. nie… chcę… latać… - wyrzuciła z siebie Zocha. – Nigdy więcej nie wsiądę na miotłę!
- Nie przesadzaj, jeszcze nie raz polecisz – Amelia przyszła obejrzeć lekcję, ale nie brała w niej udziału.
- Ami! Zwolniło się miejsce! – Zocha wytarła usta.
- I co z tego? – spytała się zaskoczona dziewczynka.
- A to, że zajmujesz moje miejsce! – oznajmiła czarnulka. – Pyśka, daj mi miotłę! – wyrwała ją zaskoczonej koleżance i wręczyła Amelii.
- Ale… mama mi nie pozwoliła…
- Masz, nie pierdol!
- Słownictwo!!! – ryknął profesor patrząc się groźnie na Zochę.
- Sorry! – krzyknęła dziewczynka. – W głowie mi się poprzestawiało od tych pętli!
- Znikaj zanim wlepię ci karę! – nauczyciel zagroził uczennicy, po czym zwrócił się do Amelii. – Bierz przykład z siostry i stawaj na linii!
- To nie moja siostra… - Amelia wymruczała pod nosem. – Mama twierdzi, że latanie na miotle nie przystoi damie.

Profesor Zduński wyglądał jakby wszystkie plagi świata zwaliły mu się na głowę. Z klaśnięciem przyłożył ręce do twarzy i przejechał nimi po przerzedzonych włosach.
- Właśnie dlatego łysieję – jęknął. – Gdy słyszę takie głupoty to włosy mi czwórkami z czaszki wyłażą…
- A nie mógłby pan ich przymocować jakimś zaklęciem, aby zostały na miejscu? – spytała się zaciekawiona Zocha.
Nauczyciel spojrzał na nią jakby była małym, obślizgłym robakiem, ale nie odpowiedział na to pytanie.
- To prawda, damy nie latają na miotłach! – oznajmiła Telimena unosząc wysoko podbródek. – Suknia się pomnie, stopy brzydko dyndają, a fe!

Patrycja wiedziała, że przewodnicząca klasy I c tylko czekała, aby się wtrącić. Ostentacyjnie okazywała pogardę do latania już wcześniej, a gdy zobaczyła, że dziewczyny idą na lekcję niby przypadkiem znalazła się w okolicy boiska do quidditcha.
- Zamknij się, bo cię obrzygam! – warknęła Zocha i zaczęła udawać, że zbiera jej się na mdłości.
Telimena pisnęła cicho i oddaliła się szybkim krokiem, ponieważ miała świadomość, że czarnowłosa koleżanka ma tendencję do spełniania swoich gróźb mimo wysokiego ryzyka kary. Będąc w bezpiecznej odległości krzyknęła tylko: „Amelio, powiem twojemu bratu, co robisz!”. Patrycja popatrzyła się na swoją niby-bliźniaczkę. Oczy Ami pociemniały z gniewu, usta zmieniły się w cienką linię i widocznie podejmowała jakąś decyzję.
- Idziecie latać? – spytał się niecierpliwym tonem nauczyciel. – Cała grupa tylko na was czeka!
- Dobra, latam! – oznajmiła Amelia, po czym ustawiła się razem z Pyśką w szeregu.

***

Angelique spojrzała na zegar wiszący w klasie mugoloznastwa i stwierdziła, że ma jeszcze godzinę do czasu rozpoczęcia wywiadówki. Nie była ani wychowawczynią, ani rodzicem jednak umówiła się ze swoją matką, że pójdzie za nią, aby wysłuchać, co Miłosz ma do powiedzenia. Uważała, że to trochę bez sensu, w końcu nie raz wypytywała się o Amelię, ale Małgorzata uparła się i nie chciała odpuścić. Wprawdzie Angelique i tak musiała zostać w zamku na wszelki wypadek, na przykład gdyby mugolscy rodzice mieli jakiekolwiek problemy, ale mogła poświecić ten czas na coś innego niż pokazywanie innym, że rodzina interesuje się jej siostrą. Sytuacja była tym bardziej denerwująca z tego powodu, że na wywiadówce Konrada nikt nie zamierzał się pojawić. Angela westchnęła głęboko i wróciła do sprawdzania kartkówek.

„Dlaczego współcześni mugole nie mogą obejść się bez internetu?” – niby proste pytanie, ale odpowiedzi były interesujące. „Bo jest fajny i można grać w gry, w których zabija się wszystkich, których się nie lubi”, „używają go do ściągania i piracenia, prawie jak piraci na morzu tylko teraz w domu”, „dzięki niemu mogą kontaktować się z rodziną i znajomymi, ale ja uważam, że to bez sensu, ponieważ lepiej polecieć do nich przy pomocy proszku Fiuu” oraz wygrywające w prywatnym rankingu nauczycielki „nie wiem”. Przy niektórych stwierdzeniach Angela miała ochotę przywalić głową w biurko. Większość uczniów była ogarnięta i pamiętała, co mówiła na lekcjach, ale zawsze zdarzały się osobniki, które wolały robić wszystko byleby nie słuchać.

Drzwi do klasy otworzyły się gwałtownie i weszła przez nie czarownica w średnim wieku. Angela podniosła głowę znad biurka i uniosła brwi ze zdziwienia.
- Nie garb się! – warknęła Małgorzata Ratine. – Siedzisz przy tym biurku jak jakaś pokraka.
- Tak, też się cieszę, że ciebie widzę mamo – odparła Angela grobowym tonem. – Drzwi się zamyka, wiesz? To po pierwsze, po drugie: czemu tu jesteś? Miałaś być dzisiaj zajęta…
Starsza z czarownic niedbale machnęła bogato zdobioną różdżką. Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Angela nic nie powiedziała patrząc jak jej matka wyczarowuje sobie barokowy fotel i siada na nim.
- Zmieniłam plany! – zaświergotała jakby takie rzeczy mogły się zdarzyć każdemu. – Ja pójdę na wywiadówkę do Amelii, a ty do Konrada.

Angela popatrzyła się na nią spode łba i zacisnęła usta w wąską kreskę, aby nie dać ujścia przekleństwom, które cisnęły się jej na język. To była cała jej matka: miała totalnie gdzieś, że córka ma 27 lat na karku, nie mieszka w domu od dawna i wszystko, co robi jest jej dobrą wolą, a nie przymusem. Ich spotkania zamieniały się prędzej czy później w kłótnię. Odkąd Angela weszła w wiek nastoletni nie mogła dogadać się z matką. Małgorzata była bardzo ambitna i uważała, że skoro odniosła sukces to jej dzieci muszą to powtórzyć. Przez to nie wybaczyła Angelique, że ta nie poszła na studia artystyczne do Paryża tak jak chciała. Zawód nauczyciela był dla niej za mało prestiżowy. Dodatkowo miała za złe córce, że jest starą panną i odrzuciła wszystkie korzystne oferty matrymonialne pochodzące od liczących się rodzin arystokratów.
- Miło by było gdybyś mnie o tym fakcie poinformowała za pomocą gołębia… wczoraj na przykład – skrzywiła się Angela.
- Jak śmiałaś pozwolić, aby Amelia latała na miotle jak jakiś zakichana czarownica z mugolskich bajek dla dzieci!? – wyrzuciła z siebie Małgorzata.
- A co? Miałam ją z niej zrzucić? – zadrwiła młodsza z kobiet. – Nie wiedziałam, że poszła na kurs, prowadziłam wtedy lekcję z drugą liceum.
- Siostra powinna być dla ciebie ważniejsza! – matka wycelowała oskarżycielsko palec w pierś córki. – Zrozumiałabym gdyby twoja praca była zajmująca, w co szczerze mówiąc wątpię. Tylko klepiesz te swoje wyuczone formułki. Taka rzecz jak przypilnowanie, aby młodsze rodzeństwo wyrosło na porządnych ludzi powinno być twoim priorytetem…
- Moja praca jest ważna – wycedziła Angela powtarzając sobie w duchu, że zamordowanie własnej matki nie będzie dobrze wyglądać w jej CV po wyjściu z Nurmengardu. – Przesadzasz, latanie na miotle nie jest czymś złym. Koleżanki z jej klasy także…
- To nie jest coś, co robią damy! – przerwała jej Małgorzata. – Taniec, haftowanie czy malarstwo to są rzeczy, które przydadzą się jej w życiu! Latając na miotle garbisz się, popatrz na siebie! Pierre ci pozwolił latać i wyglądasz jakby cię pogięło! Gdyby nie moje koneksje nie dostałabyś ani jednej oferty matrymonialnej!
- Czy ty nie możesz zrozumieć, że mam gdzieś koneksje, arystokrację i tego, co o mnie mówią inni? – Angela cedziła słowa czując, co raz większą złość. -  Robię, co kocham i dobrze mi z tym! Poza tym nie graj wielkiej damy skoro wszyscy wiedzą, że twoi dziadkowie to wiejscy mugole!
- Jak śmiesz! – Małgorzata zaczerwieniła się z gniewu. – Jestem bardziej podobna do rodziny od strony ojca, a oni byli czarodziejami od pokoleń! Ty odziedziczyłaś wszystko po mugolach ze strony mojej matki!

Angelique gryzła język do krwi powtarzając sobie w duchu: „jestem oazą spokoju. Zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jebanego jeziora. Jestem wręcz jak wagon pełen pierdolonych medytujących tybetańskich mnichów”. Nikt nie działał jej na nerwy tak jak Małgorzata. Wiedziała, że jak obydwie wybuchną to w powietrzu zaroi się od klątw. Podczas ostatniej kłótni kompletnie zdewastowały kuchnię w Sarnach Mniejszych, dlatego Angela starała się nie odzywać, aby klasa mugoloznastwa nie ucierpiała. Ostatnio otrzymała od dyrekcji wymarzoną zmywarkę i nie chciała jej zniszczyć.
- Skończyłaś już? – wymamrotała gniewnie. – Jak tak to idź na wywiadówkę, ja skończę kartkówki i wieczorem wyślę ci gołębia z wynikami Konrada!
- Konrad nigdy mnie…
- Tak wiem! – Angela błyskawicznie przerwała matce. – Konrad jest cudowny i wspaniały, a ja jestem najgorszą zakałą rodu!
- Nigdy tak nie powiedziałam – stwierdziła z wrednym uśmieszkiem Małgorzata. – Ale Konrad…
- Idź stąd mamo, naprawdę, idź już… - blondwłosa czarownica złapała rodzicielkę za ramię i zaprowadziła do wyjścia z klasy.
- Jaka ty jesteś obrażalska, nic ci nie można powie… - zaczęła się skarżyć Małgorzata, ale koniec jej zdania został zagłuszony przez głośny trzask drzwi.

Kartkówki czekały na biurku, ale Angelique była za bardzo zdenerwowana, aby dalej je sprawdzać. Popatrzyła na zegar, który pokazywał, że za piętnaście minut rozpoczną się w całym zamku wywiadówki. Czarownica zaczęła krążyć po klasie w celu ukojenia nerwów. Zawsze to tak się kończy… ona jest zadowolona z życia, a ja muszę odchorować… poniża mnie, a ja nie mogę odpowiedzieć, ponieważ od razu się obraża… Zawsze też mi wypomni, że nie jestem jak Konrad… Angela stanęła i popatrzyła się przez okno. Tak się złożyło, że ona z Konradem odziedziczyli wygląd po ojcu, a Amelia po matce. Za to charakter matki dostał brat: był cholernie ambitny, zawsze miał czerwony pasek na świadectwie, liczyły się dla niego znajomości oraz moda. Angelique nie mogła poszczycić się zbyt wysokimi ocenami, tylko z mugoloznastwa zawsze miała szóstki. W gimnazjum zaczęła przyjaźnić się z mugolakami, co denerwowało Małgorzatę. Później było jeszcze gorzej, jako nastolatka mocno się buntowała, objawiało się to głównie wypadami do mugolskiego świata i kupowaniem tam ubrań. Wszystko, co było nie magiczne znajdowało uznanie w oczach Angelique i doprowadzało do szewskiej pasji jej matkę.

Amelia na razie uczyła się dobrze i nie buntowała się za bardzo. Małgorzata początkowo była zadowolona z tego, że jej młodsza córka utrzymuje kontakty z Telimeną i Paulem, ale mocno ją niepokoiły mugolaczki. Zwłaszcza Patrycja, o której tyle słyszała od innych. Angela podejrzewała, że taki był cel dzisiejszej wizyty matki na wywiadówce: poznanie pana Grzegorza i sprawdzenie czy nie są spokrewnieni…
Zegar tykał przypominając o upływającym czasie. Angelique już się uspokoiła, wyciągnęła różdżkę i posłała kartkówki do biurka. Popatrzyła się na fotel wyczarowany przez Małgorzatę.
- Incendio!

Mebel zaczął gwałtownie płonąć, Angela różdżką podsycała i formowała płomienie w różne kształty. W ciągu minuty było już po wszystkim. Czarownica w ciągu kilku chwil sprzątnęła popiół, otworzyła okno, aby przewietrzyć pomieszczenie i wyszła z klasy w o wiele lepszym humorze.

***

Pan Grzegorz zorientował się, że posiadanie córki czarownicy zmieniło go. Przyczyną było zaskoczenie, gdy otrzymał list z zawiadomieniem o wywiadówce. Po pierwsze: nie wyobrażał sobie, że coś takiego odbywa się w magicznej szkole. Przecież w serii o Harrym Potterze rodzice nie chodzili na wywiadówki, właściwie prawie w ogóle nie kontaktowali się ze swoimi dziećmi. Po drugie: list przybył za pomocą mugolskiej poczty, a nie gołębia. Na co dzień Patrycja wysyłała do niego wiadomości w typowy dla czarodziejów sposób.

Jego mina, gdy czytał list zwróciła uwagę pani Jadwigi.
- Patrycja coś przeskrobała? – spytała się podejrzliwie.
- Czemu miałaby coś przeskrobać? – zdziwił się pan Grzegorz.
- Ma pan minę jakby ducha zobaczył…
- Wywiadówka będzie za tydzień – oznajmił niepewnie.
Zaczął się zastanawiać jak ma dotrzeć do szkoły. Jako mugol nie widział wejścia na ulicę Ustronną, więc nie mógł skorzystać z magicznego środka transportu.
- Wypadło coś panu! – oznajmiła pani Jadwiga i schyliła się po kartonik, który musiał wyśliznąć się z koperty.

Ojciec Patrycji w jednej sekundzie oblał się zimnym potem i rzucił się na podłogę zwalając gosposię z nóg. Odetchnął z ulgą, gdy poczuł pod palcami wizytówkę. Szybki rzut oka wystarczył, aby upewnić się, ze dobrze zrobił. Zauważył na nim słowa takie jak „świstoklik”, „mugolskim”, „zamkiem” i „uważać”.
- Co w pana wstąpiło? – piekliła się pani Jadwiga wstając z podłogi.
- Przepraszam! – wydyszał. - Ja nie chciałem…
- Tak, tak! Niech pan nic mi nie mówi! Ja wiem, że wy wszyscy macie jakieś sekrety przede mną! Nie jestem taka głupia, aby niczego nie zauważyć! – wypaliła starsza kobieta.

Pan Grzegorz patrzył się na nią ze strachem i nie wiedział, co na to powiedzieć. Co będzie, jeśli pani Jadwiga domyśliła się prawdy?
- Na co się tak pan gapi!? – warknęła gosposia. – Mimo, że jestem stara to mam swój rozum! Wysyła pan Patrycję do jakiejś dziwnej szkoły. Niby dla zdolnych dzieciaków, ale ja w to nie wierzę! Przecież ona nigdy orłem nie była! Leniwa, rozkapryszona…
- Eeee… bo… bo ja pomyślałem, że tam ją przycisną do nauki… - wydukał zestresowany pan Grzegorz. – Będzie miała lepsze oceny, dobrze napisze test gimnazjalny i…
- Tak daleko od domu? Z dala od rodziny i znajomych? – pani Jadwiga drążyła dalej. – Miała chodzić do szkoły w Lublinie. Po co ją było wysyłać tak daleko? Internat! Taż mi coś! – łypnęła złowrogo na swojego pracodawcę.
- Żeby… żeby ją odciąć… od złego towarzystwa… może się poprawi, znajdzie takich przyjaciół, co lubią naukę… - wyartykułował z trudem ojciec Patrycji.
- Niech mi pan kitu nie wciska! Ja tam swoje wiem! – pani Jadwiga machnęła lekceważąco ręką i poszła do kuchni przygotować obiad.

Zestresowany pan Grzegorz stał przez chwilę w salonie. Gdy się upewnił, że gosposia nie będzie pytać się o nic więcej skierował swoje kroki do gabinetu. Starannie zamknął drzwi na klucz i wyjął wizytówkę.

Świstoklik
Służący mugolskim rodzicom do podróży między miejscem zamieszkania, a zamkiem Durentius.
Właściciel: Grzegorz Michalski.
Najbliższa aktywacja: środa, 21 października 2015, godzina 18.43
(trzymać w ręce od godz. 18.40, uważać, aby nie zgubić i nie pokazywać osobom niepowołanym)

Ojciec Patrycji od razu miał lepszy humor. Problem rozwiązał się sam! Wystarczyło tylko pojechać w ustronne miejsce i skorzystać ze świstoklika. Co postanowił, tak uczynił. W środę o godzinie 18.41 stał samotnie w zamkniętym na klucz pokoju hotelowym i z wywieszoną na klamce zawieszką „nie przeszkadzać”. Pan Grzegorz przejrzał się ostatni raz w lustrze by sprawdzić czy prezentuje się wystarczająco elegancko. Nie miał zamiaru udawać czarodzieja, ale nie chciał też paradować w garniturze. Dlatego założył swoje najlepsze jeansy, koszulę i marynarkę.
- Dobra, Grzesiu, show must go on! – mruknął do swojego odbicia i ścisnął mocniej wizytówkę, która zaświeciła się na błękitno.

Uderzył stopami w kamienne płyty ułożone na wewnętrznym dziedzińcu szkoły. Gdy podniósł wzrok zauważył, że jest we wnętrzu okręgu narysowanego kredą.
- Pan się odsunie, bo zaraz zwalą się panu na głowę państwo Nieprawscy – usłyszał za plecami głos, który musiał należeć do kogoś bardzo młodego. – Przylatują świstoklikiem o 18.46.
Grzegorz Michalski posłusznie wycofał się z pola rażenia. Zobaczył, że właścicielem głosu jest uczeń szkoły, który mógł mieć maksymalnie siedemnaście lat. W rękach trzymał podkładkę i długopis.
- Poproszę świstoklik… tak… pan Michalski, ojciec Patrycji, klasa I c… tu podpisać… dziękuję – mruczał pod nosem. – Klasa numer 121, tamto wejście – wskazał niedbałym ruchem głowy.

Pan Grzegorz już miał się udać na poszukiwanie sali, gdy usłyszał głośne „taaaatoooo”. Odwrócił się i zobaczył biegnącą ku niemu Patrycję z Zochą. Dziewczynka rzuciła mu się w ramiona.
- Już jesteś! Zaprowadzimy cię do naszej klasy!
- Dobry panu! – krzyknęła z entuzjazmem Zocha.
- Cześć dziewczynki! – mężczyzna ucieszył się, ale zaraz spoważniał. - Nie powinnyście być o tej porze w internacie?
- Pani Ilona nas wypuściła, powiedziała, że dzisiaj można trochę nagiąć zasady, aby zobaczyć się z rodzicami – oznajmiła uradowana Patrycja. – Chodź szybko! Musisz zobaczyć zamek w środku!

Co było dalej pan Grzegorz pamiętał jak przez mgłę. Dziewczynki prowadziły go przez niezliczone ilości korytarzy paplając ile się tylko dało. Gdzie się nie rozejrzał widział ruszające się obrazy, różne dziwne stworzenia oraz zabawnie ubierających się ludzi. Czuł się jakby trafił na plan filmowy Harry’ego Pottera tyle, że to działo się w rzeczywistości. W końcu, jak mu się zdawało, po długim czasie (a minęło ledwo 7 minut) doszli do klasy numer 121, gdzie zobaczyli podniecony tłum rodziców. Pan Michalski skierował swoje kroki w stronę najbliżej stojącej, wolnej ławki i udałoby mu się to zrobić niepostrzeżenie gdyby nie głośny okrzyk:
- Na koguta Twardowskiego! Ona jest identyczna jak moja Amelia!

Wszystkie pary oczu skierowały się w stronę Michalskich i Zochy. Pan Grzegorz za to patrzył się na krótkowłosą kobietę w wymyślnej sukni, która dyszała ciężko i trzymała rękę w okolicy serca.

czwartek, 11 lutego 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 12 – Pogawędki przy serze


Klasa I „c” bardzo ucieszyła się z faktu, że odpadają im dwie godziny łaciny. Jako, że nikt nie zorganizował zastępstwa na zajęciach, to uczniowie rozeszli się w różnych kierunkach. Patrycja z Zochą stwierdziły, że pójdą nakarmić Pokucie. Amelia z Paulem oznajmili, że z chęcią będą im towarzyszyć. Grupka przyjaciół wyszła z zamku i skierowała swoje kroki ku budynkom za internatem. Tam znajdował się Szkolny Ogród Zoologiczny, w którym trzymane były magiczne zwierzęta. Był to mały obiekt, przeznaczony do nauki. Nie mieszkały w nim niebezpieczne stworzenia typu smoki czy hipogryfy nad czym Patrycja z Zochą bardzo ubolewały.
- Mogliby sprowadzić tutaj jakiegoś sfinksa czy cerbera…
- Pyśka, nie przesadzaj! – jęknęła Amela krzywiąc się ponieważ słońce świeciło jej w oczy. – To są bardzo niebezpieczne zwierzęta.
- Ja kiedyś będę mieć cerbera – stwierdził Paul. – Nazwę go Szatan i będę nim straszył ludzi!
- Masz oryginalne marzenia – zachichotała Zocha wkładając do klatki sękacza.
- Uważaj! – krzyknęła Amelia i złapała Patrycję za rękę. – Ten pokuć lubi parmezan, a ty mu chciałaś dać camemberta!
- O kurczę – jęknęła Patrycja i zaczęła szukać odpowiedniego sera.

Czarodzieje nie używali lodówek ponieważ te nie działały w pobliżu źródła silnej magii. Żywność przechowywali w szafkach, na które rzucili zaklęcie chłodzące lub mrożące. Patrycja sprawdziła na wszystkich półkach, ale nie znalazła tego czego szukała. Zgłosiła sprawę nauczycielce przyrody, która akurat doglądała Ćmuchy – małe stworzenia przypominające żaby, które posiadały uszy i długi ogon. Ta od razu wyczarowała patronusa, który pobiegł do zamkowej kuchni aby przekazać wiadomość. Czwórka przyjaciół była pod wrażeniem. Dużo ćwiczyli, ale jak na razie żadnemu z nich nie udało się wyczarować czegoś więcej niż małej mgiełki.
- Zaraz ktoś przybiegnie z dostawą – powiedziała profesor Zięba. – Poczekacie na nią? Mam teraz lekcje z klasą trzecią gimnazjum…
- Się wie! – odezwała się Zocha. – Włożymy wszystko do lodowej szafki i nakarmimy Truśka!

Wszystko odbyło się tak jak powiedziała dziewczynka. Po jakimś czasie przyszedł Domowik, który wyglądał jak krasnolud z „Władcy Pierścieni”, z taczką załadowaną produktami spożywczymi. Czwórka przyjaciół szybko uwinęła się z zadaniem.
- Został camembert – powiedziała Zocha i spojrzała do rozpiski. – Żaden z Pokuciów go nie je… a ja zawsze chciałam go spróbować! – odgryzła kawałek zanim ktoś zdąrzył zareagować.
Paul, Amelia i Patrycja popatrzyli się na siebie zaskoczeni. Wiedzieli, że koleżanka jest zdolna do wielu rzeczy, ale tego się nie spodziewali.
- Dobry! – stwierdziła Zocha. – Nigdy wcześniej go nie jadłam! Chcecie gryza?
- Eeee, nie… - mruknęła Amelia. – Najadłam się go wystarczająco dużo w domu i u dziadków we Francji.
- A mnie daj! – stwierdził Paul i odłamał spory kawałek. – Głodny jestem, a do obiadu jeszcze trochę zostało!
- No dobra, zostawcie coś dla mnie – przyłączyła się po chwili wahania Patrycja.

Amelia zobaczyła, że jest pokonana, więc westchnąwszy głęboko też się poczęstowała.
- Ty... Paul… - zaczęła Patrycja. – Jak to z tobą jest? Jesteś Niemcem, a gadasz po naszemu… Czemu nie jesteś w Durmstrangu?
Paul położył się na małej kupce siana aby skorzystać z jednego z ostatnich słonecznych dni. Amelia siadła koło niego, a Zocha i Patrycja usiadły na płocie.
- No więc tak… tata jest Niemcem – zaczął opowiadać Paul. – Jest ze starej arystokratycznej rodziny czarodziejów. W pewnym momencie stwierdził, że czas się ożenić więc poszedł do swatki…
- Do czego? – spytała się Patrycja.
- Jaja sobie robisz! – Zocha patrzyła się na nią ze zdumieniem. -  Nigdy nie słyszałaś o swatce?
- Nie…
- Czarodzieje często używają swatek aby znaleźć sobie żonę lub męża – wyjaśniła Amelia. – Opisujesz kogo byś chciała, a taka specjalna osoba szuka ci kandydatów. Mama chciała tak znaleźć kogoś dla Angel, ale ta zrobiła taką awanturę, że musiała odpuścić.
- Małżeństwo bez miłości!? – oczy Patrycji mało nie wyszły z orbit.
- Jak ty nic o nas nie wiesz – Paul się wykrzywił. – No dobra, dobra, już mówię dalej, nie odchodź! – uspokoił koleżankę, która obrażona zaczęła iść w stronę internatu. – Tata chciał znaleźć sobie dziewczynę zza granicy ponieważ jesteśmy spokrewnieni z prawie wszystkimi niemieckimi rodami. Do dziś żartuje, że chciał dodać trochę świeżej krwi.
- Nie mógł sam kogoś poszukać? – spytała się Amelia.
- Twierdzi, że w okolicy akurat były albo brzydkie Niemki albo Arabskie księżniczki, które nie mogą wyjść za mąż za nie muzułmanina – wyjaśnił Paul. – Przestańcie mi przerywać! Zaraz będzie najlepsze! – dodał. – Więc tata poszedł do swatki i powiedział z kim chce się ożenić. Ponoć babka, aż złapała się za głowę, gdy usłyszała wymagania. Stwierdziła, że nawet mugolki nie spełniają połowy wymagań: miała być piękna, wysoka, zgrabna, wesoła, miła, mądra i tak dalej. Tata mówił, że miał trzy arkusze pergaminu zapisanych jaka ma być jego przyszła żona – chłopiec zachichotał.
- O matko – jęknęła Zocha. – Ale wymyślił!
- Poszukiwania trwały dwa lata. W końcu znaleziono aż cztery kandydatki… - Paul uśmiechnął się tajemniczo i zrobił pauzę. – Tata poszedł na randkę z każdą z nich i wszystkie mu się nie spodobały. Poleciał więc do swatki aby zrobić jej awanturę, ale gdy był pod drzwiami usłyszał, że nie tylko on jest niezadowolony. Mówił mi, że słyszał jak ktoś się strasznie drze łamanym niemieckim. Pomyślał, że w środku musi być jakaś straszna baba i bardzo się zdziwił, gdy wyszła po chwili niska blondynka z oczami miotającymi błyskawice…
- Niech zgadnę! To twoja mama! – wykrzyknęła ucieszona Patrycja.
- Tak! – twarz Paula rozpromieniła się. – Tata mi opowiadał, że jak ją zobaczył to od razu się zakochał! Wszedł do swatki i poprosił o kontakt z nią. Wtedy babka zaczęła mu tłumaczyć, że to jest zwykła stażystka z Polski i nie spełnia nawet jednej setnej jego wymagań. Tak długo ją prosił, że swatka się zgodziła i powiedziała mu, że ma się wynosić i nie wracać nigdy więcej. Tata od razu ją odszukał i się oświadczył. Mama mówiła, że na początku brała go za jakiegoś wariata. Dopiero, gdy oświadczył jej się piąty raz to się zgodziła.
- Fajna historia – Amelia spojrzała w niebo rozmarzonymi oczyma. – Chciałabym kiedyś spotkać chłopaka, który będzie tak o mnie zabiegał…
- To stąd znasz polski – podsumowała Patrycja. – Dlaczego nie poszedłeś do Durmstrangu?
- Bo wolę moją polską rodzinę – wyjaśnił Paul. – Rodzina taty jest jakaś taka… no… niezbyt ich lubię – zakończył i się zaczerwienił.
- Pewnie są bardziej sztywni? – spytała Amelia. – Moja rodzina we Francji jest strasznie przywiązana do tradycji. Gdy jadę do nich to co chwilę słyszę „stój prosto”, „zachowuj się jak dama” czy „dziewczynkom to nie przystoi”. Moi dziadkowie niezbyt lubią mamę…
- Przecież jest czystej krwi – stwierdziła Patrycja. – Mówiłaś, że od zawsze byliście czarodziejami.
- No… prawie… - wyjąkała prawie-bliźniaczka. – Babcia Gusia jest mugolaczką…
- Mama twojej mamy? – upewniła się Zocha.
- Tak. Ale tu chodzi o to, że mama nie jest z arystokracji.
- To może od tej strony jesteśmy spokrewnione! – wykrzyknęła Patrycja i złapała Amelię aby pokręcić się z nią w kółko.
- Wasze podobieństwo jest niesamowite – mruknął Paul. – Chciałbym wiedzieć jak do tego doszło… Jak będę dorosły to opanuję czary tak, że się dowiem!
- W mugolskim świecie możecie zrobić test DNA – rzuciła Zocha.
- Że co? – zdziwił się Paul.
- W laboratorium pobierają coś od ciebie i drugiej osoby, chyba ślinę i wtedy można stwierdzić czy jesteś spokrewniony.

Patrycja aż podskoczyła z radości i poleciała uściskać Zośkę.
- Jesteś genialna! Powiem tacie aby zrobił takie testy!
- Mówiłaś mu o nas? – spytała się zarumieniona Amelia.
- Tak... trochę… - zmieszała się dziewczynka. – Chyba mi nie uwierzył – wyznała po chwili.
- Gdybyś ścięła włosy to byłybyście identyczne – stwierdził Paul chwytając koleżankę za kucyk.
- Nie, nie mogę… – broda Patrycji zaczęła się trząść, a oczy zaszły łzami.
Trójka przyjaciół popatrzyła na siebie. Żadne z nich nie wiedziało czemu wzmianka o ścinaniu włosów spowodowała taką reakcję. Patrycja tarła gwałtownie oczy aby się nie rozpłakać.
- Hej, ja nie chciałem… - zaczął się tłumaczyć Paul chociaż nie wiedział o co chodzi.
- Nie… to… nic… ja… już… zaraz… - łkała Patrycja w ramię Amelii.
- Boisz się fryzjera? Może masz fobię? – zgadywała Zocha.
- Nie!
- Chcesz aby urosły ci za kostki?
- Nie!
- Boli cię to?
- Nie!
- To ja nie mam pomysłu! – jęknęła Zocha i padła na siano.
Po chwili Patrycja uspokoiła się na tyle aby wyznać przyjaciołom, że włosy zawsze ścinała jej mama i nie dała ich nikomu tknąć po jej śmierci. Paul patrzył się na nią z głupią miną. Zocha zaś z Amelią pocieszały koleżankę tak długo, aż się całkowicie nie uspokoiła.

***

- Konrad, dlaczego to zrobiłeś?
- A co ciebie to obchodzi?
Angelique popatrzyła się na swojego brata. Siedział na krześle z miną wyrażającą pogardę i lekceważenie, nie patrzył się na siostrę.
- Nazwałeś mnie dziwką, dlaczego?
- Bo tak! – warknął. – Te głupie bachory musiały ci naskarżyć!
- Amelia mówiła mi, że groziłeś jej i jej przyjaciołom jeśli mi powiedzą o tym.
- Jakby nie podsłuchiwali to by nie było afery!

Konrad odwrócił się ostentacyjnie na krześle. Angela westchnęła czując ból w sercu. Jej brat od jakiegoś czasu odnosił się do niej wyjątkowo paskudnie i nie miała pojęcia z jakiego powodu. Wiedziała, że nastolatkom często odbija, ale Konrad przechodził ten okres wyjątkowo burzliwie. Położyła mu rękę na ramieniu i odwróciła go do siebie. Pochyliła się nad nim i spojrzała mu prosto w oczy.
- Zachowujesz się wyjątkowo źle, jesteś moim bratem, ale jednocześnie jestem twoją nauczycielką…
- I co? – przerwał jej. – Napiszesz do mamy?
- Tak, zrobię to. Dostaniesz uwagę do dziennika i obniżoną ocenę z zachowania.
- Rób sobie co chcesz, mam to gdzieś! – krzyknął.
- Proszę, powiedz mi o co ci chodzi – Angela go błagała. – Dogadajmy się, jesteś już prawie dorosły. Chodzi ci o to, że się wyprowadziłam z domu?
- Nie.
- O tą trójkę z ostatniej klasówki?
- Nie! – fuknął. – Zostaw mnie!
- Jak sobie chcesz… - powiedziała Angela i podeszła do drzwi. – Pamiętaj tylko, że nie będziesz miał na moich zajęciach taryfy ulgowej…
- Jakbym ją miał – prychnął Konrad.
- … oraz napiszę do mamy aby zabrała cię z internatu, widocznie to była zła decyzja ponieważ odkąd tu zamieszkałeś jest co raz gorzej z tobą.
- Wal się!

***

Miłosz siedział w bokserkach i koszulce na materacu w kawalerce Angelique. Przyleciał do niej w piątek wieczorem, ponieważ robił aktualnie studia podyplomowe z pedagogiki. Była to sytuacja wyjątkowa ponieważ dostał od dyrektorki pozwolenie aby nie robić licencjatu i magisterki. W Durentiusie sprawa nauczycieli wyglądała zawsze tak samo: gdy nauczyciel zaczynał się zastanawiać nad odejściem szukał sobie następcy czyli zdolnego ucznia, którego przekonywał do pójścia na mugolskie studia. W świecie czarodziejów nie opłacało się otworzyć takiej placówki ponieważ rotacja była stosunkowo niska.

Angelique poszła na studia w Lublinie, dostała się na UMCS dzięki fałszywemu świadectwu maturalnemu. W czasie pięciu lat nauki wśród mugoli musiała pojawiać się na zajęciach w Durentiusie. Zaś w czasie wakacji jeździła z panem Ziemowitem po rodzinach aby przekazać, że dzieci są czarodziejami. W ten sposób zdobywała niezbędne doświadczenie i po obronieniu magisterki mogła zacząć nauczać.

Z Miłoszem wszystko odbyło się inaczej. Poprzedni nauczyciel został zwolniony więc nie było czasu aby przygotował następcę. Dyrektorka specjalnie wybrała osobę, która ma doskonały kontakt z ludźmi. Miłosz okazał się świetnym nauczycielem jednak musiał mieć jakiś papier upoważniający do uczenia. W drodze wyjątku otrzymał fałszywe świadectwo ukończenia studiów i poszedł na podyplomówkę. Jako, że zapisał się na nią w Lublinie to przeważnie spędzał weekendy u Angeli. Ta zaś wiedziała, że nie był to przypadkowy wybór.
- Skąpy jesteś – podsumowała patrząc się na Miłosza z błyskiem w oku. – Stać cię na akademik, a nawet na hotel gdybyś zechciał.
- Nie jestem skąpy! - bronił się mężczyzna. – Tak naprawdę zrobiłem to dla ciebie! Mam nadzieję, że rozkocham cię w sobie i pewnego pięknego dnia spędzisz ze mną noc na materacu…
- Jesteś szalony! – zachichotała.- Zawsze sobie stroisz żarty!
- Czy gdybym żartował zrobiłbym to? – spytał i padł przed nią na kolana.
Angela popatrzyła się na niego zaskoczona. Miłosz grzebał jedną ręką w swoim plecaku, cały czas patrząc koleżance w oczy.
- Angelique… Czy uczyniłabyś mi ten zaszczyt… - zaczął i wyciągnął coś z plecaka. – …i wypijesz ze mną to wino?
- Z przyjemnością – odrzekła Angela biorąc od niego butelkę i idąc do kuchni.

Kilka chwil później siedzieli na kanapie podgryzając różne gatunki serów i popijali je winem. Włączony telewizor nadawał wiadomości.
- Boże – jęknął Miłosz. – Muzułmanie wszędzie, do tego Rosjanie na Krymie, a teraz w Syrii. Co się porobiło w tym świecie.
- U nas jeszcze nie jest tak źle – zauważyła Angela. – Słyszałeś, że co czwarty uczeń w Durmstrangu to muzułmanin? Ostatnio chcieli zakazać podawania wieprzowiny na stołówce szkolnej…
- W dupach im się poprzewracało z tego całego dobrobytu, ot co!
- Mam nadzieję, że w mugolskim świecie nie będzie wojny. Gdy babcia Augustyna opowiada nam co się działo u niej na wsi to mi skóra cierpnie.
- Urodziła się przed wojną? – spytał się Miłosz, dolewając do kieliszków.
- Tak. Została sama ze swoimi dziadkami ponieważ jej rodzice zginęli w 1943 roku.
- Przykre… - stwierdził Miłosz i postanowił zmienić temat. – Słyszałaś, że CZORT wygra wybory?

Czarodziejska Organizacja Rodzin Tradycyjnych miała bardzo duże poparcie wśród czarodziejów. Jej członkowie pochodzili przeważnie z arystokratycznych rodzin i była w stanie dawać spore dotacje na różne cele. Dzięki temu zdobyła dużą popularność. Na dodatek organizacja działała nie tylko na terenie Polski, ale w całej Europie. Chodziły słuchy, że ich tajnym celem jest zniesienie postanowień Międzynarodowego Kodeksu Tajności, ale nikt nie był tego w stanie potwierdzić. Większość czarodziejów twierdziła, że jest to totalna głupota z góry skazana na porażkę. Próbował tego Grindenwald w czasie II Wojny Światowej i każdy wiedział, że skończył w Nurmengardzie.
- Niestety tak – mruknęła Angela i upiła łyk wina. – Ludzie rzucili się na te dziesięć galeonów miesięcznie na dziecko. Mam dziwne wrażenie, że ktoś się wzorował na mugolach…
- Co jest bardzo ciekawie biorąc pod uwagę, że w programie mają ponowne wprowadzenie klasyfikacji krwi – zauważył Miłosz.
- Będziesz miał przesrane jak to wejdzie w życie…
- Będę… ale ty mnie obronisz – uśmiechnął się figlarnie.
- Już lecę, pędzę! – zachichotała Angela i stuknęła go lekko pięścią w ramię. – Taki duży facet jak ty na pewno będzie bezbronny!

Obydwoje się roześmiali. Angela miała dobry humor ponieważ w piątek po zakończonych lekcjach przyszedł do niej Konrad. Z rumieńcem na twarzy wydukał przeprosiny i dał jej wielki bukiet róż, które kupił w Mystopach za swoje kieszonkowe. Wyjaśnił, że chciał zrobić wrażenie na Jagnie, która jest jego dziewczyną. Nastolatka nie znosiła Angeli ponieważ w trzeciej klasie dostała z mugoloznastwa jedynkę na półrocze. Była to w pełni zasłużona ocena, ale Jagna nie zgadzała się z tym i prowadziła małą wojnę podjazdową. Ostatecznie niczego nie wskórała i była zmuszona zaliczyć materiał.

Angela trochę się obawiała czy nastolatka nie będzie miała złego wpływu na jej brata. Zapowiedziała mu, że daje mu ostatnią szansę i na razie nie powie niczego mamie. Konrad bardzo długo jej dziękował i wyleciał z jej gabinetu jak na skrzydłach. Siostra zdążyła tylko za nim krzyknąć, że ma jeszcze przeprosić Amelię.
- A co tam u mojej siostry i jej przyjaciół? – zapytała Miłosza po chwili milczenia.
- Z Amelią wszystko w porządku, dobrze się uczy – odparł mężczyzna. – Dobrze dobrała się z Mangusiem…
- Z kim? – przerwała mu zaskoczona Angela.
- Z Paulem, nazywam go Manguś bo mi przypomina tych ślicznych chłopczyków z japońskich bajek – Miłosz zachichotał.

Angela popatrzyła się w sufit starając się nie wybuchnąć śmiechem. Musiała przyznać racje koledze: Paul naprawdę wyglądał jakby uciekł z anime. Pomyślała, że pod koniec gimnazjum albo na początku liceum jego wygląd zmieni się. Do tego czasu dziewczyny będą traktować go jak młodszego braciszka.
- Chłopak jest największym mózgowcem w klasie. Biorąc pod uwagę, że mieszkał dotychczas w Niemczech i częściej mówił po niemiecku to go podziwiam – kontynuował Miłosz. – Ma problemy z ortografią, ale to zrozumiałe.
- A co u Zosi?
- Boże… mam z nią skaranie boskie… – jęknął mężczyzna łapiąc się za głowę. –  Miałaby najlepsze stopnie gdyby nie to, że co chwilę dostaje kiepskie oceny za schodzenie z tematu. Ostatnio zadałem im wypracowanie na temat boginów, a dostałem od niej rozprawkę pod tytułem „Czy dementorzy mogą wyssać duszę z horkruksów?”. Gdy się spytałem czemu mi to dała zamiast odrobić pracę domową to powiedziała, że ten temat ją bardziej interesuje, a boginy są głupie…
- Wiem, słyszałam, że gada na lekcjach o głupotach – westchnęła Angela. – Nadal jest w fazie Harry’ego Pottera i nie może uwierzyć, że Rowling połowę zmyśliła.
- Przez nią miałem na głowie wizytę matki Telimeny. Co za wstrętna baba! Typowa blondyna! O, sorry… – dodał, gdy zobaczył minę koleżanki. - Przyszła mi naskarżyć, że Zośka pokazała jej córce cycki!
- Jaja sobie robisz!
- Nie! Mówię prawdę! – Miłosz przybrał poważny wyraz twarzy. – Szybko wyszło na jaw, że Telimena pierwsza dogryzała Zośce, ale tej wariatki to nie przekonywało. Teraz rozumiem czemu ojciec oddał córkę do internatu, bał się, że będzie taka sama jak jego żona. Na moje oko jest już ciut za późno…
- Czekaj… - Angela zastanowiła się chwilę. – Czy jej matka nie działa aktywnie w CZORTach?
- Tak, to ona.
- Słyszałam o niej – stwierdziła blondynka. – Wyszła za mąż dla tytułu. On miał nazwisko, ona pieniądze. Chyba jej mąż teraz żałuje.
- Sądzę, że bardzo!

Obydwoje popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem. Obydwoje byli przeciwni starej tradycji zawierania małżeństw z rozsądku. Angelique otrzymała kilka propozycji zaraz po ukończeniu liceum, ale wszystkie odrzuciła.
- A co u bliźniaczki?
- Patrycji? – Miłosz wzruszył ramionami. – Jest pod wpływem Zośki, ale tylko jeśli chodzi o głupie pomysły. Na początku myślałem, że będzie się dobrze uczyć, ale szybko straciła zapał. Ostatnio mam wrażenie, że przeczytanie czegokolwiek co ma więcej niż pięć stron sprawia jej trudność. Głupia nie jest, ale zamiast książek woli grać w Płonące Kule.

Uczniowie Durentiusa byli przekonani, że nauczyciele nie wiedzą co się wyprawia na boisku nad jeziorem. Oficjalnie gra była zakazana na terenie zamku, ale tradycją było łamanie tej reguły. Nauczyciele wiedzieli o wszystkim, a wynikało to głównie z faktu, że sami robili to samo w czasach szkolnych. Panowała niepisana zasada, że dopóki nie zdarzy się coś groźnego to nie reagują. Ostatnia ofiara gry zginęła ponad 200 lat wcześniej i to tylko dlatego, że przypadkowo strzeliła ogniem w przechodzącego jednorożca, który nie był z tego faktu zadowolony.
- Na dodatek portierka skarżyła mi się, że ma dość narzekań Lustra.

Był to przedmiot magiczny, który został zawieszony na ścianie przy wyjściu z internatu po wprowadzeniu mundurków w 1932 roku. Jego zadaniem było ocenianie czy uczennice ubrały się zgodnie z regulaminem. W męskiej części wisiało identyczne lustro. Portierka była zobowiązana do cofnięcia ucznia, który miał poprawić swój wygląd. Jeśli tego nie zrobił, bądź nie zrobiła wtedy sprawa lądowała u wychowawcy. Problemem było, że Lustro nadal trzymało się zasad sprzed prawie 100 lat.
- Niech zgadnę… wkurza się na plecak Patrycji?
- Tak! – jęknął Miłosz. – Lustro upiera się, że jest nieregulaminowy i uczennica nie powinna takiego nosić. Jednak nowe przepisy pozwalają na taki plecak, sprawdziłem dokładnie. Tylko teraz weź przekonaj takiego starocia… Złożyłem wniosek o zawieszenie nowego lustra, które będzie miało aktualne poglądy, ale wiesz ile to trwa…
- Oj wiem – stwierdziła Angela. – Ciągle czekam, aż kupią zmywarkę nowej generacji. Wiem, że mogę tłumaczyć uczniom jak się z niej korzysta za pomocą obrazków, ale jednak poglądu nic nie zastąpi.
- Odkryłaś już dlaczego Patrycja i Amelia są identyczne? – zainteresował się Miłosz.
- Nie – zasępiła się Angela. – Zrobiłam drzewo genealogiczne, pytałam się rodziny, ale nie znalazłam nawet najmniejszej wskazówki, która by wskazywała, że mogłybyśmy być spokrewnione.
- Może ktoś miał jakieś nieślubne dziecko? – podpowiadał mężczyzna.
- Też o tym myślałam… wszyscy twierdzą, że nie było takiego przypadku. Jedynym tropem wydawała mi się babcia Augustyna, która pochodzi z rodziny mugoli, ale ona twierdzi, że to niemożliwe – rzekła Angelique wpatrując się w swój pusty kieliszek. – Jej wujkowie zmarli nie mając żon ani kochanek. Dziadkowie byli w podeszłym wieku i odeszli zaraz po ukończeniu przez nią szkoły.
- Nie wierzę w to – stwierdził Miłosz. – Dorośli mężczyźni i nie przespali się z kimś?
- Babcia pochodzi z bardzo religijnej rodziny.
- Moher?
- Prawie – Angela zachichotała. – W naszym domu nie da się odebrać Radia Maryja, a babcia nie chce rozmawiać z mugolskimi babkami aby się niczego nie domyśliły.
- Czemu nie przylatuje do kościoła w Mystopach? – zdziwił się Miłosz.
- Pokłóciła się z proboszczem…
- Takie życie! – mężczyzna błysnął białymi zębami. – Jesz to? – wskazał na ostatni kawałek sera leżący na desce.
- Nie, bierz.
- Dzięki! – podrzucił camemberta do góry i złapał go ustami. – Teraz czas spać! Mam jutro ćwiczenia o ósmej…