Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kingsley Shacklebolt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kingsley Shacklebolt. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 listopada 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 81 – Mam dla ciebie zadanie


Nie powinna była z nim spać, ale uznała, że co się stało, to się nie odstanie. Zdawała sobie sprawę z tego, że może tego pożałować w niedalekiej przyszłości, ale on tak na nią działał, że nie była w stanie odmówić. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi pokoju hotelowego, stało się dla niej jasne, że będzie jej trudno obronić się przed jego urokiem osobistym i  jej własnym pragnieniem intymnego kontaktu z mężczyzną. Romantyczne uczucie, którym go kiedyś darzyła, uleciało niczym aromat eliksiru, którego Neville zapomniał szczelnie zatkać. Zamiast tego zostało dzikie i nieokiełznane pożądanie. Hermiona poddała się temu i spędziła z Thierrym noc, zapominając o świecie, a zwłaszcza o Severusie. Skoro on mógł się gzić z Mopsem, to ona mogła pójść na całość z przystojnym Kanadyjczykiem. Wprawdzie trochę się wahała, ale gdy okazało się, że pisarz posiada prezerwatywy (twierdził, że na wszelki wypadek, na przykład, gdyby musiał nieść wodę w dżungli lub zabezpieczyć odciętą kończynę), to stwierdziła, że nie widzi innych przeszkód. Dzięki temu nie musiała uwarzyć eliksiru zapobiegającemu ciąży tuż pod nosem Severusa i nie ryzykowała, że złapie jakąś chorobę przenoszoną drogą płciową. Wprawdzie wiedziała, że jako czarownica jest odporna na większość rzeczy, które nękają mugoli, ale wolała dmuchać na zimne. Wystarczająco długo wymieniała z Thierrym e-maile, aby wiedzieć, że przed nią sypiał z kilkoma dziewczynami.
- Jesteś pewna, że z nami koniec? – zapytał, gdy wstał z łóżka. – W nocy było świetnie i podejrzewam, że jeszcze nie raz znaleźlibyśmy się w krainie zapomnienia – mrugnął do niej łobuzersko.
- To za mało, aby zasłużyć na związek ze mną – powiedziała Hermiona ochrypłym głosem, patrząc, jak Thierry paraduje po pokoju na golasa.
- A gdybym tak poszedł z tobą pod prysznic i porządnie umył ci plecki? – kusił, podczas zbierania z podłogi poszczególnych części garderoby.
- Mogłabym się zastanowić – odparła, przeciągając się kusząco.
Jeszcze zanim Hermiona poszła do łóżka z Thierrym, uznała, że nie ma zamiaru grać cnotki niewydymki. Była dorosłą kobietą, która nie musiała trzymać swojego skarbu dla „tego jedynego”, jak mawiała jej świętej pamięci babcia. Dziewictwo straciła lata temu i jak na razie miała stosunek tylko z półtora faceta. Czasem żałowała, że ta niedorzeczna liczba wynikała z tego, że nie wyszło jej z Gawainem, ale czasu nie mogła cofnąć. Wszystkie zmieniacze zostały bezpowrotnie zniszczone podczas walki w Departamencie Tajemnic.
- Specjalnie dla ciebie dorzucę masaż, a zapewniam, że jestem świetny w te klocki – oznajmił Thierry, szczerząc zęby do Hermiony.
- Zaraz sprawdzę, czy to są tylko twoje przechwałki – powiedziała i bez wstydu czy zażenowania stanęła koło łóżka tak, jak ją natura stworzyła.
Kompleksy, które hodowała w sobie jako nastolatka, zniknęły bezpowrotnie, zostawiając po sobie tylko ukłucie żalu, że tak długo pozwoliła im rosnąć w swoim umyśle. Co z tego, że nie miała krągłości niczym Pamela Anderson, skoro znała swoją wartość i mężczyźni byli nią zainteresowani.
- Zaraz się przekonasz, że mówię prawdę! – wykrzyknął Thierry i uniósł na rękach rozbawioną Hermionę. – Przygotuj się na najlepsze umycie plecków i masaż, jakie miałaś w życiu! – oznajmił i zaniósł chichoczącą czarownicę do hotelowej łazienki.

***

- Napisałeś, że to poważna sprawia, dlatego przybyłem tutaj, odwołując spotkanie z Kołem Gospodyń Magicznych. Mam nadzieję, że to prawda, bo inaczej Molly Weasley już nigdy nie usmaży mi moich ulubionych kotletów rybnych – oświadczył Kingsley, gdy zbliżył się do biurka Gawaina.
- Wiem, kto stał za atakami w Dniu Zwycięstwa – oznajmił szef aurorów, używając różdżki do wyprostowania leżących przed nim pergaminów.
- Dawaj – rzucił minister magii podnieconym tonem.
- Wszystko wskazuje na Severusa Snape’a – wargi Robardsa wykrzywił złośliwy uśmieszek.
- Uczepiłeś się go, jak druzgotek ogona trytona i zawsze starasz się nagiąć fakty, aby wyszło, że to on jest winny. Masz dowody?
- Mój pomysł, aby nie wzywać na przesłuchanie młodzieży, przyniósł efekty. Twierdziłeś, że to głupota, ale ja wiedziałem, że dzięki temu dojdę do prawdy – oświadczył auror z kamienną twarzą, ale iskierki w jego oczach wskazywały, że jest z siebie zadowolony. – Stali się nieostrożni, będąc przekonani, że są poza kręgiem podejrzanych.
- Gdzie w tym wszystkim Snape?
- Chwila, zaraz do tego dojdę – odparł Gawain zirytowanym tonem.
- Dobra, milczę niczym rodzinny grobowiec. Mów – powiedział pojednawczo Kingsley.
- W przeddzień Dnia Zwycięstwa w domu Pansy Parkinson odbyło się przyjęcie urodzinowe. Niby nic wielkiego, ale zastanowił mnie fakt, że jej data urodzin wypada w pierwszej połowie kwietnia, a nie na początku maja. Dowiedziałem się od informatorów, że jej gośćmi były głównie czystokrwiste dzieciaki, których rodzice i dziadkowie otwarcie popierali Voldemorta.
- To wszystko mogło być tylko zbiegiem okoliczności – zauważył minister magii.
- Mogło, ale nie było – oświadczył triumfalnie Gawain. – Potter w końcu na coś się przydał i dzięki niemu doszliśmy do osoby, która naprowadziła nas na trop.
- Czyżby Harry przestał szarżować?
- Trochę się uspokoił, ale nadal najpierw robi, a potem myśli – auror westchnął boleśnie. – Tym razem wiele zawdzięcza swojemu skrzatowi. Ten mu powiedział, że na kilka minut przed atakiem na Grimmauld Place na placu przed domem był bezdomny. Zajrzeliśmy do jego umysłu i zobaczyliśmy, jak mugol wygląda. Następnie zaangażowałem Mundungusa Fletchera w poszukiwania. Wpadł kilka tygodni temu, gdy chciał okraść Wiseacre’a. Dałem mu wybór: idzie do Azkabanu albo nam pomaga. Wybrał to drugie.
- Nic o tym nie wiedziałem! On przecież mógł uciec! Jak śmiałeś to zrobić bez mojej zgody!? – oburzył się Kingsley.
- Czasem trzeba zaryzykować – Robards nie wyglądał, aby wymówki ministra magii zrobiły na nim jakiekolwiek wrażenie. – Mundungus odnalazł mugola i dzięki niemu wiemy, że w ataku na dom Harry’ego brał udział Urquhart, który w tym czasie podobno był na imprezie u panny Parkinson.
- Jakim cudem bezdomny mugol rozpoznał czarodzieja? Dlaczego nie aresztowałeś tego… jak mu tam… Urquake’a? – zapytał czarnoskóry czarodziej, siląc się na spokój. – Gawain, nie podoba mi się, że robisz nielegalne rzeczy pod moim nosem! – dodał, gdy zrozumiał, jakie są odpowiedzi na jego pytania.
- Sam dałeś mi do zrozumienia, że zanosi się na następną wojnę – wycedził szef aurorów ze złością. – Trzeba wyplewić diabelskie sidła, zanim się rozrosną i nas poduszą. Chcesz trzeciej wojny? Musimy być o krok dalej niż nasi przeciwnicy!
- Jeśli ktoś się dowie… Rita, chociażby… o tym, że uzyskujesz dowody w sposób mocno godzący w prawo czarodziejów, to będziemy mieli przerąbane – odparł Kingsley, zniżając głos do szeptu. – Rozumiem twoje pobudki, ale to jest cholernie ryzykowne.
- Zwal to na mnie – odparł Robards z powagą. – Dla mnie ważniejsze jest bezpieczeństwo naszego społeczeństwa. Nie chcę łapać pojedynczych osób, mając jedynie nikłe poszlaki. Zamierzam przyłapać ich wszystkich na gorącym uczynku.
- Zgoda. Nie pomogę ci w razie wpadki. Po prostu powiem, że o niczym nie miałem pojęcia – oświadczył były auror. – Teraz mów, czego jeszcze się dowiedziałeś.
- Mam listę gości Pansy Parkinson i informację, że to ona była pomysłodawcą całej akcji. Ciężko było to zdobyć, ale udało mi się wcisnąć do jej domu skrzata, który jest mi posłuszny. Akurat wykończyła jednego ze swoich i szukała zastępstwa na jego miejsce. Dzięki odpowiednim roszadom jest przekonana, że dostała go od kogoś zaufanego – Gawain uśmiechnął się półgębkiem.
- Skoro wiesz, że to ona, to czemu oskarżyłeś Severusa?
- Kazałeś go obserwować, więc to robiliśmy. Zainteresowało mnie jego zachowanie. Wiem, że spotykał się z Dundym i Draco Malfoyem, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło…
- Dundy jest takim idiotą, że jeśli się w coś wpakował, to z powodu własnej głupoty – prychnął Kingsley.
- … ale okazało się, że Snape ma romans z Parkinson!
Minister magii spojrzał spode łba na swojego byłego szefa. Ciężko mu było uwierzyć, że taki związek byłby możliwy.
- Jesteś pewny, że dobrze to zinterpretowałeś? – zapytał z powagą.
- Mam tutaj raport dwóch aurorów – Gawain pomachał pergaminami przed nosem Kingsleya. – Niektóre fragmenty są tak dokładne, że aż mnie mdli jak to czytam. Rączek od siebie nie mogli oderwać…
- Pokaż mi je!
Czarnoskóry czarodziej zabrał aurorowi pergaminy i zaczął pochłaniać każde słowo, które na nich widniało. Jego gałki oczne poruszały się błyskawicznie, a na czole rysowała się coraz głębsza zmarszczka.
- Hermiona go śledziła wraz ze swoim mugolem. Dlaczego? – zainteresował się, gdy skończył czytać.
- Nie uzyskałem informacji na ten temat. Wiem tylko, że nie wróciła do domu na noc – wyznał Robards. – Widocznie domyśliła się czegoś albo dowiedziała, dzięki czemu ma świadomość, że Snape’a trzeba pilnować. Jaki miałaby inny powód? To ewidentnie dowodzi jego winy. Na pewno namówił Parkinson na przeprowadzenie ataku, a jego pokój podpalono, aby odsunąć od niego oskarżenia. Był opiekunem większości z tych dzieciaków. Na pewno prał im mózgi przez te wszystkie lata, gdy nauczał w Hogwarcie. Teraz zbiera plon swojej pracy.
- Ciężko mi w to wszystko uwierzyć – skrzywił się Kingsley. – Już dawno udowodniono, że był po naszej stronie.
- Nawet Hermiona uważa, że tak nie było. Potter mi kiedyś o tym opowiedział. Ona jest przekonana, że gdyby nie jego pragnienie zemsty na Voldemorcie, to palcem by nie ruszył.
- Czemu jej jeszcze nie zaatakował? Dlaczego uratował jej matkę?
- Aby wkraść się w łaski osoby, która jest w stanie go obronić. Hermiona oświadczy, że skoro miał na tacy ją i jej rodzinę, a ich nie tknął, to na pewno się zmienił.
- Coś w tym jest – zgodził się minister magii, chociaż nie był do końca przekonany. – Jakie masz dalsze plany względem niego? Obydwoje wiemy, że pracuje nad czymś z Hermioną i wszystko wskazuje na to, że to eliksir leczący mugoli. Wolałbym, aby dokończyli, co zaczęli.
Szef biura aurorów wyglądał na niepocieszonego, gdy usłyszał te słowa. Wstał z krzesła, oparł ręce na biurku i przechylił się w stronę rozmówcy, patrząc mu prosto w oczy.
- Uważam, że ważniejsze jest bezpieczeństwo naszych ludzi. Zamierzam go zamknąć, jeśli tylko będę miał mocne dowody. Hermiona sama sobie poradzi.
- Niech ci będzie, chociaż wolałbym, abyś się ze mną skontaktował przed aresztowaniem go – westchnął Kingsley. – Teraz trzeba pomyśleć nad jakąś ochroną dla Hermiony.
- To się da załatwić – oświadczył Gawain z dziwnym błyskiem w oku.
Ruszył w stronę drzwi i otworzył je, krzycząc „Potter, do mnie!”. Po kilku chwilach czarodzieje usłyszeli kroki, które dowodziły, że osoba, która jest ich przyczyną, nosi ciężkie, wojskowe buty. Kingsley przesunął fotel bardziej w bok, aby zobaczyć młodego aurora, który wszedł do gabinetu Robardsa.
- Cześć Harry – powiedział z uśmiechem. – Wszystko w porządku?
- Bywało lepiej – chłopak wyszczerzył zęby.
- Mam dla ciebie zadanie – Gawain przespacerował się do biurka, trzymając ręce zaplecione za plecami. – Potrzebujemy kogoś, kto będzie pilnował Hermiony i Snape’a. Uznaliśmy, że ty się najlepiej nadajesz. Twoja obecność nie będzie dla niej niczym dziwnym, a nim nie musisz się przejmować.
Na te słowa Harry pobladł i zrobił minę, jakby nagle zabolał go brzuch.
- To nie jest dobry pomysł – oświadczył słabym głosem.
- Przecież się przyjaźnicie. Słyszałem, że będzie druhną na twoim ślubie – zauważył minister magii.
- Odbiło jej… kompletnie… – wymamrotał młody mężczyzna. – Uparła się, że cierpię na zespół stresu pourazowego i chce mnie zaprowadzić na terapię. Nawet Ginny uwierzyła w te bzdury i teraz nie mam życia w domu…
- Więc pójdziesz powiedzieć Hermionie, że przemyślałeś sprawę i się z nią zgadzasz – oświadczył szef aurorów. – Możesz pomóc jej w meblowaniu domu. Słyszałem plotki, że niedługo kończy remont. Pewnie będzie chciała go umeblować mugolskimi sposobami. Ponosisz ciężkie fotele, popracujesz nad tężyzną, polepszy ci się sylwetka przed ślubem… same plusy – wyjaśnił, uśmiechając się szeroko.
- To bardzo dobry pomysł – poparł Gawaina Kingsley.
Harry przeniósł wzrok z jednego czarodzieja na drugiego i westchnął potężnie. Zrozumiał, że nie ma szans z dwojgiem. Musiał się podporządkować zwierzchnikom i przyjąć zadanie, na które zupełnie nie miał ochoty.
- Co mam dokładnie robić i jak długo? – spytał bez entuzjazmu i zaczął przeklinać w myślach za to, że nie wybrał kariery profesjonalnego gracza quidditcha.

***

Severus czuł obrzydzenie w stosunku do samego siebie. Nie chodziło o to, co zrobił Pansy Parkinson. Obojętnie przeszedł od podania jej czekoladek (przeznaczonych dla Sary, które długo leżały na dnie jego kufra) do tortur w pokoju hotelowym. Nie ruszało go to, że podczas spaceru w parku dziewczyna go całowała, a jej ręce wędrowały tam, gdzie nie powinny. Dał się obmacywać, wiedząc, że musi to zrobić. Idąc z nią do pokoju hotelowego, czuł tylko dreszczyk emocji. Chciał się dowiedzieć prawdy i to rekompensowało mu wszelkie niedogodności. Po wykonaniu zadania czuł się trochę rozczarowany. Osoba, która pociągała za sznurki, dobrze ukryła swoją tożsamość. Myślenie nad tą zagadką, nie przeszkadzało mu w posprzątaniu pokoju i uleczeniu Pansy. Był profesjonalistą w każdym calu. Nie uszkodził dziewczynie mózgu, a jako że skupił się na zadawaniu cielesnych ran, to szybko ją uleczył. Dopiero ostatnia faza planu sprawiła, że go zemdliło. Musiał wszczepić swojej dawnej uczennicy wspomnienia, a przedstawiać one miały ich łóżkowe zabawy. Przed rozpoczęciem akcji Severus myślał, że to będzie proste. Planował nawet, że skorzysta z dobroczynnego wpływu Amortencji i po prostu wykorzysta fakt, że dziewczyna leciała na niego. Po przeprowadzeniu akcji wydobycia informacji okazało się, że nie jest w stanie tego zrobić. Coś go blokowało i sam nie wiedział co. Gdy wszczepiał w jej mózg wspomnienia, to ledwo dawał radę się skupić. Obrazy przedstawiające ich złączone ciała były dla niego bardziej obrzydliwe niż sekcja gumochłona w fazie głębokiego rozkładu. Jako że nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczył, nie wiedział, jak się zachować. Skończył, co zaczął, a później nie dał Pansy zbyt wiele czasu na pożegnanie. Nie mógł znieść jej języka w swoich ustach i rąk próbujących dostać się do jego spodni, ale musiał jeszcze kilka dni utrzymać ją w stanie zakochania, aby uwierzyła, że to było prawdziwe uczucie. Tłumaczył to sobie tym, że obudziła się w nim jakaś cząstka sumienia, która przypominała mu, że dziewczyna była jego uczennicą. Mimo to nie był w stanie patrzeć na Pansy przez pryzmat mundurka Hogwartu. Stała przed nim młoda, chętna kobieta, której nic nie brakowało, jeśli nie liczyć niezbyt urodziwej twarzy, a on nie mógł tego wykorzystać. To spowodowało chaos w jego głowie i obrzydzenie do samego siebie.
- Jesteś wreszcie – kąśliwa uwaga Hermiony dotarła do jego uszu, gdy wszedł wieczorem do domu Grangerów – mogłeś dać znać, że nie będzie cię aż dotąd.
- Przepraszam – wymamrotał Severus i aż stanął z wrażenia, ponieważ ku swojemu zaskoczeniu, naprawdę poczuł się winny.
Aby ukryć zakłopotanie, chciał przejechać dłonią po włosach, ale jego ręka zatrzymała się w powietrzu. W kuchni przy stole siedział niedoszły mąż czarownicy i wpatrywał się w Severusa, jakby był ósmym cudem świata. Obok mugola zajmował miejsce Potter i najspokojniej w świecie pił herbatkę z kubka „Kocham Paryż”, który dotychczas był ulubionym naczyniem Snape’a. Obydwaj wyglądali, jakby się cieszyli, że Mikołaj zrobił im niespodziankę i przyszedł z prezentami w maju.
- Zero informacji, że żyjesz albo czy przyjdziesz na kolację – złościła się Hermiona, wkładając jedzenie do mikrofalówki i włączając ją z taką siłą, że maszyna posunęła się o cal. – Siadaj! – warknęła.
- Nie byłaś przypadkiem z nimi pokłócona? – zapytał czarodziej szeptem.
Dziewczyna przeszyła go wzrokiem i bardziej rzuciła, niż postawiła talerz na stole.
- Jedz! – rozkazała. – Idę powiesić pranie – zakomunikowała i wyszła z kuchni.
Severus nie wiedział co o wszystkim myśleć, tym bardziej, że gdy tylko Hermiona zniknęła za drzwiami, młodzi mężczyźni zaczęli chichotać niczym nastolatki.
- Jest przed okresem, mogę się założyć – oświadczył Thierry z miną znawcy tematu.
- Też tak uważam – poparł go Harry i wziął łyka herbaty. – Ginny jest okropna na tydzień przed. Boję się wtedy oddychać.
- Powinno być jakieś miejsce, gdzie babki mogłyby przeczekać te dni – Kanadyjczyk pokiwał głową. – Musiałoby mieć mnóstwo poduszek, całe góry czekolady oraz szczeniaczki i małe kotki. Dziewczyny to uwielbiają.
- Powiecie mi, o co w tym wszystkim chodzi, czy będziecie nadal zachowywać się jak niedorozwinięte małpy? – wycedził Severus, patrząc ze złością na chłopaków.
Coraz mocniej czuł nieprzyjemny ciężar w żołądku, spowodowany przeczuciem, że to on jest źródłem irytacji Hermiony. Ta myśl była równie okropna, jak sztuczne wspomnienia, w których uprawiał seks z Pansy. Na dodatek czuł narastającą złość z tego powodu, że jego współlokatorka zaczęła rozmawiać z Potterem i Kanadyjczykiem.
- Pogodziliśmy się, panie psorze – Harry uśmiechnął się złośliwie, znakomicie udając sposób wymowy Hagrida.
- Jeszcze raz tak mnie nazwiesz, a twoja narzeczona cię nie pozna – zagroził Snape.
- Zamieni go pan w żabę? – zapytał Thierry, kładąc łokcie na stole i opierając głowę na dłoniach. – Super! Ciekawe jak to jest, gdy człowiek zamieni się w zwierzę…
- Musisz spytać Glizdogona. On był w skórze szczura przez trzynaście lat – wyjaśnił Harry, odkładając kubek po herbacie do zmywarki.
- Wasz świat jest zajebisty – westchnął pisarz i zrobił błogą minę.
- Ty o nas wiesz? – zdziwił się Severus.
- Oczywiście – przytaknął Thierry, robiąc do byłego mistrza eliksirów maślane oczy. – O panu też wiem wszystko. Jest pan zajebisty.
Snape zrobił krok do tyłu, czując, że poziom absurdu go przytłacza. Sprawę pogarszał fakt, że Potter stał przy oknie i z całych sił próbował nie wybuchnąć śmiechem. Thierry miał minę, która wydawała się bardzo podobna do wyrazu twarzy Pansy, gdy była pod wpływem Amortencji. Takie uwielbienie nie mogło być naturalne.
- Mówiłam, abyś usiadł i zjadł, a ty stoisz jak kołek! – gniewny głos Hermiony rozległ się za plecami Severusa.
- Nie jem czegoś, czego nie znam – odparł czarodziej, zerkając podejrzliwie na półmisek.
- Kurczak gongbao - Severus, Severus - kurczak gongbao – czarownica przedstawiła złośliwie potrawę.
- Miło mi – Thierry wydał z siebie głos przypominający postać z kreskówki, co doprowadziło Pottera do łez i kurczowego trzymania się parapetu, aby nie upaść na podłogę ze śmiechu.
- Chłopaki pomogą nam z wnoszeniem rzeczy. Dzwonił Ian, mówiąc, że w przyszłym tygodniu możemy się wprowadzić – oznajmiła Hermiona, odsuwając krzesło i dając do zrozumienia, że chce, aby jej współlokator usiadł.
Snape poczuł, że najchętniej poszedłby do swojego pokoju, olewając kolację. Wolał siedzieć głodny niż narażać się na przytyki i chichoty. Sam widok rozbawionego Pottera sprawiał, że żyła na jego skroni niebezpiecznie pulsowała. Jednocześnie czuł, że musi robić to, co Hermiona każe. Nie potrafił jej odmówić. Coś dziwnego pchało go w jej kierunku, dlatego posłusznie usiadł do stołu. Wtedy jej twarz przestała wyrażać taką irytację. Mina dziewczyny złagodniała, ale nadal ton jej głosu był ostry. Mimo tego Severus ucieszył się z powodu tej zmiany.
- Dziękuję – rzekła. – Ian chce, abyśmy wybrali proste i funkcjonalne meble z Ikei. Pokryje koszty, ale będziemy musieli je zostawić dla przyszłych lokatorów, jeśli się wyprowadzimy. Uważam, że to dobry pomysł, dlatego…
Severus bezmyślnie żuł kurczaka gongbao i przytakiwał, zapominając o całym świecie. Paplanina Hermiony uspokoiła wszelkie natrętne myśli i nieprzyjemne uczucia, które targały jego duszą. Mógłby jej słuchać godzinami i nie miałby dość. W tym czasie przestał zauważać obecność Pottera i Thierry’ego, którzy przytakiwali czarownicy.
- Czyli jesteśmy umówieni? – zapytała Hermiona i lekko się uśmiechnęła.
- Oczywiście – przytaknął Severus i odniósł pusty talerz do zmywarki.
Po powrocie do szarej rzeczywistości poczuł, że musi znaleźć się jak najdalej od kuchni i osób, które się w niej znajdowały. Chciał uciec od tego, co powróciło ze zdwojoną siłą. Denerwowało go uwielbienie, jakim darzył go Kanadyjczyk oraz lekceważący ton Pottera. Najbardziej zaś żałował, że nie mógł podzielić się z Hermioną tym, co odkrył. Zrozumiał, że nie chciałby widzieć potępienia, które pojawiłoby się w jej oczach po tym, gdyby dowiedziała się, w jaki sposób zdobył informacje. To była irracjonalna myśl, która nie miała racji bytu, ale na dobre zadomowiła się w jego głowie. Dobrze zatarł ślady i gdyby ktoś chciał wydobyć prawdziwe wspomnienia z mózgu Pansy, to zostałaby z niego papka. Nie bał się Robardsa i Azkabanu, ale drżał na myśl, że Hermiona dowie się o jego fałszywym romansie z byłą uczennicą. Wszystkie jego myśli krążyły wokół czarownicy, która przybyła do Hogwartu z mugolskiego świata i mocno namieszała w jego życiu.
- Cholera! Co się ze mną dzieje? – zapytał Felixa.
Niestety, nie uzyskał odpowiedzi na to pytanie.

wtorek, 24 października 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 79 – Śmierciożercy nie wybaczają


- Musisz mi wybaczyć! Zrozum, po tym, czego się dowiedziałem, byłem wstrząśnięty. Miałem prawo czuć się źle i dlatego nie wytrzymałem. Nawet nie raczyłaś mnie poinformować, że coś jest na rzeczy. Przepraszam, że tak zareagowałem, ale spróbuj zrozumieć moją sytuację. Dowiedziałem się o rzeczach, które nie śniły się nikomu. Nawet gdybym komuś o tym powiedział, to i tak nikt by mi nie uwierzył bez żadnego dowodu, a sama wiesz, że go nie mam…
Hermiona wycelowała nos w sufit i wymownie milczała, co było jej jedyną reakcją na słowa mężczyzny. Jego przeprosiny niewiele ją obchodziły. Była obrażona, za to, jak ją potraktował. Na wybaczenie musiał sobie zasłużyć.
- Tak, wiem, że wziąłem ten kontrakt, ale chciałem was nastraszyć – tłumaczył Kingsley skruszonym tonem. – On tak naprawdę niczego nie dowodzi. Mogłaś razem z ojcem słuchać się Severusa z zupełnie innego powodu. Przecież niczego bym wam nie udowodnił.
- Trzeba było wyjść na dwór i wziąć kilka oddechów na uspokojenie. Teraz nie miałbyś problemów – rzuciła Hermiona z przekąsem.
Nie wzruszyła jej wiadomość, że Mafalda jest wściekła z powodu straty najlepszej asystentki, jaką dotychczas miała. Astoria Greengrass zajęła miejsce koleżanki i Hermiona nie zamierzała pozbawiać jej awansu. Miała teraz o wiele ważniejszy cel w życiu i to jemu poświeciła się w pełni. Thierry nie skontaktował się z nią od czasu feralnego wieczoru. Młoda kobieta przepłakała całą noc, aby rano zrozumieć, że religia i magia wykluczają się wzajemnie dla niektórych mugoli. Ona i jej rodzice nie mieli z tym problemu, ale najwidoczniej Thierry nie był w stanie tego faktu zaakceptować. Żałowała, że jej kolejny-już-były-narzeczony nie był w stanie pozbyć się uprzedzeń. Jego milczenie zinterpretowała jako koniec związku, ponieważ poprzednim razem dał znać, że żyje i pamięta o niej. Od dwóch tygodni nie wysłał pocztówki, nie napisał e-maila lub esemesa, a połączenia telefoniczne odrzucał. To utwierdziło Hermionę w przekonaniu, że powinna skupić się na odnalezieniu sposobu, aby ożywić Sylfion.
- Mam nadzieję, że pojawisz się na obchodach Dnia Zwycięstwa. Przecież impreza nie może się odbyć bez jednej z najważniejszych bohaterek – Kingsley uśmiechnął się do rozmówczyni.
- Niedoczekanie twoje! – pomyślała i powiedziała głośno, co o tym sądzi – po pierwsze, mam inne plany. Po drugie, nie zamierzam być twoją maskotką, po tym, jak mnie potraktowałeś. Kazałeś mi zniknąć ze świata czarodziejów, więc to robię.
- Ale zrozum…
- Nie! – warknęła czarownica. – Ty masz to zrozumieć! Nie pojawię się tam! Chociaż… - zamyśliła się na chwilę – nie, nie chcę pozować do zdjęć z Ronem.
- On nie przyjdzie – poinformował ją Kingsley.
- Harry ci wystarczy. Niech on robi za maskotkę – Hermiona wzruszyła ramionami. – Zamierzam w tym dniu pracować z Severusem. Tylko tyle mam ci do powiedzenia. Żegnam – oznajmiła ostro i wskazała palcem na drzwi.
- Coś jesteś dzisiaj przewrażliwiona, ale spróbuj pomyśleć logicznie. Gdybyś wróciła do Ministerstwa Magii, mogłabyś przeforsować ten swój projekt dotyczący skrzatów domowych, który przekazałaś mi pół roku temu… - kusił czarnoskóry czarodziej.
- Nie mam zamiaru być częścią tej patologii! – oburzyła się Hermiona. – Mam dość układów, układzików, trzymania na stanowiskach niekompetentnych jednostek, przekupstwa, szantaży i ukrywania prawdy! Jestem tym zmęczona! – oświadczyła z mocą.
- Wspominałem, że wysyłam Amosa Diggory’ego na emeryturę? – zapytał Kingsley niby mimochodem, co doprowadziło czarownicę do jeszcze silniejszego wzburzenia.
- Nie, znaczy nie! – krzyknęła. – Wynoś się z mojego domu!
Pokazała ministrowi magii swoją różdżkę, aby go postraszyć, że jest gotowa jej użyć. Przez niego traciła cenny czas, który mogła spożytkować na badania.
- Dobrze. Jak chcesz być taka uparta, to sobie bądź! – zirytował się Kingsley. – Pamiętaj, że więcej nie ponowię mojej oferty!
- Mam to w dupie – Hermiona oświadczyła złośliwie, powtarzając jego słowa, które wypowiedział w jej salonie przed dwoma tygodniami.
- Nie sądziłem, że z takiej mądrej czarownicy może wyrosnąć taka idiotka! – Kingsleyowi zaczęły puszczać nerwy, gdy zrozumiał, że jego przeprosiny i próby przekupstwa nie przyniosą rezultatu.
- Przecież jestem tylko durną mugolaczką – skwitowała Hermiona, otwierając drzwi. – Mam nadzieję, że się więcej nie zobaczymy w najbliższym czasie.
- Ja też mam taką nadzieję! – prychnął minister magii i opuścił dom czarownicy.

***

Drugiego maja dwa tysiące drugiego roku przypadała czwarta rocznica śmierci Voldemorta, upadku śmierciożerców i końca wojny czarodziejów. Właśnie ten dzień został uznany za idealny do przeprowadzenia ataku. Zegar stojący w salonie wskazywał czwartą nad ranem, gdy zamaskowane postaci zbliżyły się do domu Hermiony i Severusa.
- Gotowy? – zapytała pierwsza z nich.
Odpowiedziało jej skinienie czarnego kaptura.
- W takim razie zaczynamy.
Uliczne lampy zgasły i jedna z postaci przeskoczyła płot, a następnie pobiegła na tył domu. Druga ustawiła się przed frontem i uniosła różdżkę w górę, celując w okno na piętrze.
- Trzy, dwa, jeden – odliczył głos i zaklęcie poleciało w stronę pokoju Hermiony.
Dźwięk stłuczonej szyby i odgłos płomieni gwałtownie obudziły czarownicę. Natychmiast wyskoczyła z łóżka, chwytając różdżkę, która leżała na małej szafce koło lampki nocnej i z instynktem godnym aurora, oceniła błyskawicznie sytuację. Firanki, biurko, szafa i dywan trawił zielony ogień, który zaczynał pełznąć w jej stronę. Z ulgą stwierdziła, że to nie Szatańska Pożoga, ponieważ już by nie żyła, ale nadal nie było jej do śmiechu. Musiała jakoś wydostać się z pomieszczenia, w którym zaczęło robić się gęsto od dymu. Hermiona padła na podłogę i na czworakach starała się posuwać w stronę drzwi.
- Aquamenti! – wydusiła z siebie z trudem, ponieważ gryzący dym dostał się do jej płuc.
Z różdżki wypłynął silny strumień wody i zaczął zalewać pokój, ale czarownica zrozumiała, że to było zbyt mało, aby zgasić płomienie. Jedynym wyjściem z niebezpiecznej sytuacji było utorowanie sobie drogi do drzwi i wzięcie nóg za pas. Pierwsza część planu poszła jej bardzo dobrze. Z ucieczką z domu był problem, ponieważ przedpokój również był pełen dymu. Hermiona padła na podłogę i zaczęła pełznąć w stronę schodów, starając się nie wciągać toksycznych wyziewów do płuc. Będąc prawie u celu, usłyszała, jak coś ciężkiego walnęło w drzwi do pokoju Severusa, które otworzyły się gwałtownie i ich właściciel padł nieprzytomny koło współlokatorki. Mimo panującego mroku i gryzącego dymu, który sprawiał, że oczy miała pełne łez, Hermiona zdołała złapać czarodzieja za ramiona i pociągnęła go w dół schodów, starając się jednocześnie robić to w miarę łagodnie. Była w połowie drogi, gdy jakiś mężczyzna wyważył drzwi wejściowe i krzyknął:
- Jest tu ktoś!?
- Jesteśmy… tutaj! – pisnęła Hermiona, czując, że ledwo może oddychać.
Silne, męskie ręce złapały ją i wyniosły na ulicę przed domem, gdzie od razu zebrał się wokół niej tłum gapiów i osób chętnych do pomocy.
- Żyjesz kochanieńka? Nic ci nie jest? – dopytywała Kamini, która wyraźnie zapomniała, że ma uraz do niedoszłej dziewczyny Deva.
- Co z Severusem? – wychrypiała Hermiona, nie będąc w stanie myśleć o sobie.
- Dzwonił ktoś po karetkę!? – krzyknął jeden z sąsiadów, który brał udział w akcji ratunkowej. – On ledwo oddycha!
Jak na zawołanie rozległy się syreny i przed dom podjechały dwa wozy straży pożarnej. Wyskoczyli z nich strażacy, którzy rozpędzili tłum i przystąpili do gaszenia pożaru, który zaczął trawić także parter i dach sąsiadów.
- Czemu to się pali na zielono!? – Hermiona usłyszała zdumiony okrzyk.
Nawet gdyby ktoś się jej spytał o przyczynę, to i tak nic by nie odpowiedziała. Wykorzystała zamieszanie i podbiegła do Severusa, który leżał na trawniku w pozycji bocznej ustalonej. Nie zważając na protesty czuwających przy nim sąsiadów, padła przy nim na kolana i przejechała zdrową dłonią po jego długich włosach.
- Nie odchodź, proszę – szepnęła, gdy pochyliła się nad nim, a jej gorące łzy znalazły się na jego policzku. – Potrzebuję cię…
Poczuła, jakby żelazna dłoń zacisnęła się wokół jej serca, gdy patrzyła na jego trupiobladą twarz. Modliła się w duchu, aby przeżył. Dopiero gdy ktoś się odsunął, aby zrobić miejsce dla ratowników, którzy przyjechali na miejsce zdarzenia, Hermiona dostrzegła błysk światła, które odbiło się od czegoś, co Severus miał w kieszeni piżamy. Szybko wyjęła z niej fiolkę z Sylfionem i przycisnęła do swojej piersi, dziękując niebiosom, że pomyślał o nim.
- Proszę pójść z nami do karetki – Hermiona poczuła dłoń na swoim ramieniu, zanim usłyszała głos ratowniczki medycznej, która najwyraźniej dowiedziała się od kogoś, kogo ma przebadać.
- A on?
- Moi koledzy się nim zajmą – odparła kobieta, prowadząc czarownicę do żółto-zielonego samochodu.
Tam zrobiła standardowe badania, które wykonuje się w takich sytuacjach. Ku zdziwieniu ratowniczki, Hermiona nie wykazywała nawet najmniejszych oznak zatrucia dymem lub poparzenia dróg oddechowych. Czarownica zachowała dla siebie fakt, że magia w jej krwi sprawiła, że zdrowiała szybciej niż mugole, a niektóre choroby w ogóle się jej nie imały.
- Zostawcie mnie! Jeśli jeszcze raz poczuję, że któryś mnie dotknął, to przysięgam, że już nigdy więcej nie użyje tej ręki! – Hermiona prawie podskoczyła z radości, gdy usłyszała znajome warczenie, tak bardzo charakterystyczne dla Severusa.
Odwróciła się do niego i wyszczerzyła zęby.
- Ty żyjesz!
- A czemu niby miałbym nie żyć!? – Snape parsknął i wyskoczył z karetki, umykając ratownikom.
- Panie, tak nie można! – krzyknął z oburzeniem jeden z nich. – Przed chwilą umierałeś!
- Ale już mi przeszło – wycedził czarodziej, zapinając koszulę na piersi, która została rozpięta do badania.
- Jeśli nie zgadza się na leczenie, to musi pan podpisać odpowiednie oświadczenie…
- Podpiszę cokolwiek, tylko dajcie mi już spokój!
Hermiona poszła w ślady Severusa i także złożyła swój podpis, który świadczył, że nie chce pojechać do szpitala na badania. Tłum rozszedł się powoli do domów, gdy zobaczył, że pogorzelcom nic nie jest, a straż pożarna zgasiła płomienie.
- Chyba Ian nie będzie zadowolony – mruknął czarodziej, obserwując strażaków oraz policję wchodzących i wychodzących z domu.
- Jesteś pewien, że nie powinieneś jechać do szpitala? – zapytała czarownica, gdy Severus mocno zakaszlał.
- Nie przesadzaj! Wiesz, że zaraz mi przejdzie – odparł ochrypłym głosem.
Dziewczyna nic nie powiedziała. Zrozumiała, że właśnie straciła dorobek swojego życia. Różdżka musiała jej wypaść, gdy ciągnęła Severusa po schodach. Koralikowa torebka wisiała na oparciu krzesła, które stało przy biurku. W niej miała swoje dokumenty, klucze do samochodu i domu, komórkę oraz portfel. Skoro płomienie wyszły na dach, to oznaczało, że ogień strawił także szafę z ubraniami, łazienkę z kosmetykami i pokój Suzanne z zabawkami oraz biblioteczką.
- Twój pokój też ktoś podpalił? – zapytała szeptem Hermiona, gdy wspięła się na palce, aby być jak najbliżej ucha Severusa.
- Tak – odparł cicho, pochylając się do niej i muskając jej twarz swoimi włosami. – Wszystko przepadło. Dobrze, że Felixa nie było…
- Na szczęście mamy to – Hermiona ostrożnie otworzyła dłoń, w której trzymała fiolkę.
- No, no, no! – rozległ się za ich plecami podniecony okrzyk Rity Skeeter. – Miałam nosa, aby tutaj zajrzeć!
Hermiona szybko schowała fiolkę w dłoni. Właśnie wtedy błysnął flesz z aparatu pomagiera dziennikarki. Dziewczyna zaczerwieniła się, gdy oświeciło ją, że ma na sobie spraną piżamę w tęczowe jednorożce, którą dostała od mamy w zeszłe święta.
- Pamiętaj, że miałaś nic nie pisać na… - zaczęła mówić, ale została uciszona.
- Tak, tak, wiem – oznajmiła Rita z miną wyrażającą znudzenie. – Zapewniam cię, że mój artykuł nie dotyczy was, tylko tego, co się stało w ciągu ostatniej godziny.
- Czyli co? – zainteresował się Severus.
- To – dziennikarka wskazała na dom, z którego ciągle wydobywał się dym. – Ktoś postanowił uświetnić Dzień Zwycięstwa i zaatakował wszystkich waszych znajomych z Zakonu Feniksa oraz Gwardii świętej pamięci Albusa.
Hermiona jęknęła ze zgrozy, czując nieprzyjemny dreszcz, który przebiegł po jej kręgosłupie. Co z innymi? Czy ktoś zginął? Jaki jest bilans strat? Nie zdążyła dowiedzieć się nic na ten temat, ponieważ podszedł do niej policjant, pytając, czy to jej dom się spalił. Była zmuszona wyjaśnić mu parę kwestii, a potem pożyczyła od niego telefon komórkowy.
- Ian? Mamy problem. Dom się spalił. Musisz koniecznie tutaj przyjechać – oznajmiła zaspanemu mężczyźnie, gdy odebrał połączenie.
Rita była zła, ponieważ policjanci kazali jej się niezwłocznie oddalić, gdy perfidnie podsłuchiwała, co Hermiona z Severusem mówili na temat pożaru. Ani jedno, ani drugie nie zdradziło jego magicznej przyczyny i twierdzili, że nie mają pojęcia, skąd się wziął zielony płomień. Ian szybko przyjechał na miejsce i załamał się pod wpływem tego, co zobaczył. Karetka zabrała go do szpitala, ponieważ padł na kolana i przestał kontaktować się z otoczeniem. W tym czasie Hermiona powiadomiła swojego ojca, a ten przyjechał po nią oraz Severusa i zabrał ich do siebie do domu.

***

Gawain Robards potarł ręką zmęczone oczy. Nie spał od prawie dwudziestu sześciu godzin i zaczynał mieć tego dość. Tegoroczny Dzień Zwycięstwa okazał się naprawdę niezapomniany. Śmierciożercy pokazali, że istnieją i potrafią terroryzować społeczeństwo, jeśli zechcą. Gawaina zwłaszcza niepokoił fakt, że zaczęli wpływać na młodsze pokolenie. W Hogwarcie ukazały się napisy na ścianie: „śmierciorzercy żondzą” oraz „śmierć wrogom czystokrwistych”, a także dokonano kilka drobnych aktów wandalizmu, jak wpuszczenie powiększonych ślimaków do ogródka Hagrida. Szkoła była bezpiecznym miejscem dla osób, które otwarcie sprzeciwiły się Voldemortowi. Reszta nie miała tyle szczęścia. Ucierpiała właściwie cała rodzina Weasleyów, którym spalono domy, oprócz Muszelki Billa, który nigdy nie zdjął z niej Zaklęcia Fideliusa. George dodatkowo stracił towar w sklepie na ulicy Pokątnej. Augusta Longbottom złamała nogę, gdy zmuszona była skakać z okna z pierwszego piętra, Gospoda pod Świńskim Łbem została zrujnowana, Lovegood stracił maszyny do drukowania „Żonglera”, Harry był akurat na służbie, a Ginny na wyjeździe, więc tylko ich skrzat uległ poparzeniom, a Kingsley sam opanował pożar. Wszystko było zorganizowaną akcją, która miała na celu pokazać, że śmierciożercy nie zapominają i nie wybaczają. To był bardzo zły znak i Gawain o tym wiedział.
- Gdzie raport? – Kingsley wpadł do jego gabinetu bez pukania. – Miał być na moim biurku pół godziny temu! – warknął.
- Robię, co mogę! – Robards odpowiedział mu takim samym tonem.
- Czy policja, straż i pogotowie, które przyjechało do Hermiony, ma wymazaną pamięć?
- Tak, grupa amnezjatorów dopiero przed chwilą wróciła – rzucił gniewnie szef aurorów.
- Ty się tak nie denerwuj – ostrzegł minister magii. – Wiem, jak to jest, ale po wszystkim dostaniecie wolne i dodatkowy zastrzyk galeonów.
- Na razie to marzę o wyspaniu się.
- A ja marzę o społeczeństwie, w którym śmierciożercy nie grasują po nocy, paląc domy bohaterów wojennych, w tym mój. Złapaliście kogoś?
- Nie, ale umieściliśmy w Azkabanie wszystkich, których podejrzewaliśmy o związek z atakami. Czekają na przesłuchanie – mruknął Gawain. – Szkoda, że nie pozwalasz mi przymknąć Snape’a – dodał ze złością.
- Nie, jego musimy tylko obserwować – oświadczył Kingsley z powagą.
- Co ci na nim tak zależy? Myślałem, że masz go dość po aferze z Sarą Jones – zauważył Robards.
- Nie możemy ignorować dłużej faktu, że jest jednym z najbardziej utalentowanych czarodziejów. Ostatnio popełniłem błąd i muszę to naprawić…
- Chyba nie wierzysz, że to on uratował matkę Hermiony? To śmieszne!
- Mógłbyś się zdziwić, gdybyś wiedział, w co wierzę – odparł Kingsley. – On ma wielkie możliwości i to byłby błąd, gdybyśmy zaprzepaścili szansę na to, aby się do nas przyłączył. Trzeba się wkupić w jego łaski.
- Gadasz jakby trwała wojna – Gawain skrzywił się z niesmakiem.
- Kto wie… - odparł czarnoskóry czarodziej i zamyśliwszy się, wyszedł z gabinetu kolegi.

***

Severus myślał, że mieszkanie u państwa Granger sprawi, że w ciągu kilku dni będzie miał dość i przeniesie się na zaplecze swojego zakładu. Miał w planach kupno materaca i spędzenie kilku samotnych tygodni, zanim ekipa budowlana upora się z remontem domu, ale jego plany kompletnie nie wypaliły. Najpierw ze zdumieniem stwierdził, że całkiem nieźle mu się mieszka w starym pokoju Hermiony, który teraz był przerobiony na pokój dla gości. Okazało się, że pożar nie uszkodził mocno jego zaczarowanego kufra i większość rzeczy ocalała. Dlatego od razu mógł się wprowadzić do nowego miejsca. Gorzej było z Hermioną, która musiała zamieszkać z Suzanne. Jej rzeczy akurat przepadły i jej nowym hobby było narzekanie, że jej starannie wybrana garderoba, kosztująca majątek, znalazła się w niebycie. Stopniowo to nadrabiała, racząc Severusa monologami na temat stosunku ceny do jakości oraz dlaczego warto inwestować w znaną markę. Czarodziej szybko zdał sobie sprawę, że wcale nie przeszkadza mu jej paplanina. Może nie słuchał jej wyjątkowo uważnie, ale często przyznawał jej w duchu rację. Podchodziła do zakupów, jak do elementów układanki, które zostały porozrzucane w różnych miejscach. Miała cel i strategię, a to stanowczo odstawało od informacji, które posiadał Severus. Został nauczony, że baby kupują byle co i działają impulsywnie. Sam sobie się dziwił, że temat zakupów go zainteresował. Tłumaczył to tym, że wolał jej słuchać i być z nią w dobrych stosunkach, niż wrócić do wielotygodniowego milczenia i ignorowania się wzajemnie. Przyzwyczaił się do jej obecności i nie w smak by mu było, gdyby to się skończyło.
Kolejną rzeczą, która zaskoczyła Severusa, były jego stosunki z rodziną Hermiony. Fakt, że Suzanne go uwielbiała, już dawno zaakceptował i był dla niego tak oczywisty, jak to, że słońce świeci. Nadal uważał dzieci za przebrzydłe bachory, które powinny zniknąć z powierzchni ziemi, ale tę jedną trzylatkę mógłby adoptować, gdyby okazała się czarownicą. Dziewczynka miała potencjał. Słuchała się go i była całkowitym przeciwieństwem rozwydrzonej dzieciarni, która działała mu na nerwy. Jako że jej rodzice żyli, to na razie nie było szansy, aby Suzanne potrzebowała opieki. Pani Granger była wyjątkowo miła dla swojego gościa i robiła wszystko, aby uprzyjemnić mu pobyt. Gotowała, sprzątała i starała się zabawiać go rozmową. Zawsze miała dla niego jakieś miłe słowo, a ostatnio nawet kupiła mu bambosze, twierdząc, że nie chce, aby zmarzły mu nogi. Severus uważał, że taki prezent w maju jest bezsensowny, ale zmusił się do uśmiechu i wymamrotania podziękowania. Pan Granger siedział zazwyczaj w pracy, ale starał się dorównać żonie. Nigdy nie zapomniał zapytać gościa o to, jak mu dzień minął, zapraszał na piwko, czy oglądanie meczu. Severus wprawdzie miał uraz do wszystkiego, co mugolskie, ale po jakimś czasie stwierdził, że niektóre rzeczy wcale nie są takie złe.
U niego w domu nigdy nie panowała atmosfera życzliwości i wzajemnego zrozumienia. Grangerowie bez wątpienia kochali się i wspierali. Nie mieli oporów, aby śmiać się i wygłupiać w swoim towarzystwie. Tego Snape nigdy nie doświadczył. Ze swojego mugolskiego życia pamiętał tylko gniew, ból i upokorzenie. Dlatego początkowo trudno było zaakceptować fakt, że wszyscy go lubią i szanują. Podświadomość szeptała mu, że ich zachowanie jest tylko na pokaz, że tak naprawdę nim gardzą. Wiedział, co zrobił i jak wiele mu zawdzięczają, ale jednocześnie nie rozumiał, dlaczego go za to po prostu lubią, zamiast wielbić i podlizywać się mu na każdym kroku, skrycie zazdroszcząc umiejętności. Z tego powodu chwilę trwało, zanim uświadomił sobie, że inni mogą go akceptować takim, jakim jest.
- Chcesz coś mocniejszego do kolacji, Severusie? – pan Granger mrugnął do niego łobuzersko, gdy szedł do barku z alkoholami.
- Miałeś rację, ta mieszanka przypraw jest świetna! Dobrze, że posypałam nią kurczaka – chwaliła czarodzieja Jean, podczas krojenia mięsa.
- Jeśli chcesz Suzanne, to mogę ci opowiedzieć po kolacji historię o smokach, które widziałam – Hermiona rozbudzała wyobraźnię siostry.
- Super! – ucieszyła się dziewczynka. – Sev! Ty też je widziałeś?

- Tak, widziałem. Miałem nadzieję, że zjedzą kilkoro uczniów, ale nie udało się – oznajmił, siląc się na obojętność.

Hermiona z rodzicami parsknęła śmiechem w reakcji na to wyznanie i usiedli do stołu, gdzie zajęli się wesołą rozmową. Wszyscy się do siebie uśmiechali i dawali rady, gdy wychodziły na jaw jakieś problemy. Był to kolejny wieczór, podczas którego Severus obserwował uważnie tę cząstkę ich świata. Tylko że tym razem do jego głowy wpadła nowa, niespodziewana myśl. Poczuł, że od tej pory nie musi już nigdy wątpić. Zrozumiał, że w jakiś magiczny sposób, stał się częścią rodziny, o jakiej marzył, gdy był dzieckiem.