poniedziałek, 16 maja 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 25 – Staż w Ministerstwie Magii


Lotka, sowa z rodzinny puszczykowatych, cieszyła się, że tym razem ma krótki lot. Niosła list z Ministerstwa Magii do dziewczyny o imieniu Hermiona, która mieszkała w Londynie. To było nic w porównaniu z tym gdzie ostatnio została wysłana. Musiała zanieść paczkę na daleką Syberię, gdzie zmarzła i prawie została zjedzona przez sobola. Dlatego sowa miała zdecydowanie dość długich tras.

Zapadał wieczór. Lotka patrzyła na zapalające się na ulicach i w oknach budynków światła. Szukała domu, którego adres widniał na kopercie. Nigdy nie zastanawiała się skąd właściwie wie, że to odpowiedni budynek. W końcu była tylko Lotką – sową z rodziny puszczykowatych. Rozterki filozoficzne zostawiała czarodziejom i czarownicom.

Jest! Znalazła go! Zniżyła lot i zwinnie wylądowała na parapecie, ponieważ okno było zamknięte. Lotka pomyślała, że to dziwne: był środek ciepłego lata. Zajrzała przez szybę i zobaczyła dwóch człowieków, którzy zajęci byli zabawą na tym miękkim czymś, co widywała w domach czarodziejów. Sowa mieszkała w Ministerstwie Magii od wyklucia się z jaja i nie miała zbyt wielkiego pojęcia o życiu poza tą instytucją. Dlatego z zaskoczeniem stwierdziła, że te dwa osobniki są nagie. To bardzo komplikowało jej misję dostarczenia listu. Lotka nigdy nie była orłem w rozróżnianiu czarodziejów, co doprowadzało do częstych pomyłek, na co narzekali pracownicy ministerstwa. Teraz zaś sowa nie wiedziała, który z człowieków jest Hermioną. Odkąd pamiętała miała problem z określeniem płci. Wiedziała tylko, że rodzaj żeński miał wypustki z przodu i nosił dużo materiału, pod którym ukrywał nogi. Męski zaś był płaski z przodu i nosił tkaninę owiniętą wokół każdej z kończyn. Lotka intensywnie myślała nad rozwiązaniem problemu:
- Jedno i drugie ma lekkie wypustki, na dodatek nie mogę nic dostrzec, bo ciągle się ruszają… – zastanawiała się. – Materiału nie mają, więc w ten sposób nie zgadnę, który człowiek jest dziewczyną. Zaraz, zaraz… - nagle wpadła jej myśl do głowy. – Przecież żeńskie człowieki mają długie pióra na głowie!

Ucieszona z rozwiązania zagadki zastukała energicznie dziobem w szybę. Człowieki od razu przerwali zabawę i zaczęli owijać się materiałem. Hermiona, a przynajmniej tak wytypowała Lotka, podeszła do okna i otworzyła je. Sowa wleciała do środka i podała jej list, po czym zaczęła pohukiwać cicho, aby dać do zrozumienia człowiekom, że zasłużyła na nagrodę. Mimo, że to był krótki lot i niedawno dostała pokarm, nie chciała przepuścić okazji najedzenia się przysmakiem dla sów.
- Ojejciujejciujejciu! Przyleciałaś! Z daleka czy bliska? Skąd jesteś? Jak się nazywasz? Zaraz moje człowieki dadzą ci jedzenie! Zobaczysz, oni są dobrzy! Pytałam się już skąd jesteś? A jak się nazywasz? A skąd jesteś? – mała sówka wylądowała przy koleżance i wyrzucała z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego.

Sowa z ministerstwa odsunęła się powoli od wariatki i złapała przysmak, rzucony przez człowieka płci męskiej. Hermiona w tym czasie rozerwała list i przeczytała go.
- Proponują mi staż przy samym Kingsleyu, ponieważ miałam najlepszy wynik z owutemów! Muszę im odpisać w ciągu tygodnia czy go przyjmuję – oznajmiła ucieszona i sięgnęła po pergamin i pióro. – Odpiszę im teraz! Ale się wszyscy zdziwią, gdy zobaczą, że wolę pracować w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami – zachichotała.
Lotka przełknęła ostatni kęs przysmaku i udawała, że nie słyszy świergotania małej sówki, która zdążyła spytać się sto razy o to samo. Człowiek płci żeńskiej skończył pisać i zapieczętował list.
- Masz, zanieś go do ministerstwa – powiedziała.
Sowa złapała kopertę i posłusznie wyleciała przez okno. Pomyślała, że bardzo lubi takie krótkie zlecenia.

***

Hermiona zamówiła w stołówce kotleta, surówkę i puree z groszku. Była bardzo głodna, jako że od rana segregowała papiery w archiwum i nie miała czasu, aby coś zjeść. Cieszyła się, że chociaż ręka przestała ją boleć od ciągłego rzucania zaklęć, którymi przenosiła setki pergaminów i ksiąg. Gdy zaczęła staż dwa tygodnie temu, myślała, że wszystko będzie łatwe i proste oraz… bardziej ambitne. Na swoje nieszczęście została oddelegowana do zrobienia porządku w archiwum departamentu, w miejscu gdzie nikt nie zaglądał od kilkunastu lat. Musiała uporać się z kurzem, brudem, pająkami i zostawionymi byle gdzie dokumentami. Na swoje szczęście potrafiła rzucać zaklęcia niewerbalnie, gdyby wymawiała inkantacje po dwóch dniach nie mogłaby wydobyć z siebie głosu.

Praca była ciężka i upierdliwa, ale jedyne, na co mogła tak naprawdę narzekać Hermiona to osoba Pansy Parkinson, która razem z nią dostała się na staż. Dziewczyna nigdy nie pomyślałaby, że wredna Ślizgonka wkuje materiał szkolny na tyle, że zdobędzie bardzo wysokie wyniki z owutemów. Jednak w przeciwieństwie do Hermiony, Pansy była jedną z ostatnich osób wybierających przydział i musiała zadowolić się Departamentem Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, z czego w ogóle nie była zadowolona. Gdy Amos Diggory nie patrzył, dopiekała Gryfonce zabierając jej spod nóg drabinę lub robiąc bałagan w posegregowanych dokumentach. Hermiona starała się zachować spokój, chociaż doprowadzało ją to do szewskiej pasji. Kilka razy nie wytrzymała i wygarnęła Ślizgonce co o niej myśli. Skończyło się to na porządnej kłótni.

Dafne Greengrass, która pracowała w „Czarownicy”, jako korektorka tekstu, siedziała przy stole z koleżanką ze Slytherinu i obgadywały Hermionę na tyle głośno, aby ta usłyszała. Ta zaś miała ochotę wytargać obydwie za kudły lub zmienić je w karaluchy, ale większość osób w ministerstwie była łasa na afery i ploteczki. Rita Skeeter siedziała po drugiej stronie sali i z chęcią opublikowałaby opis zdarzenia w „Czarownicy”.  Hermiona żałowała, że Harry miał wolne i nie mógł się do niej przysiąść. Opuściła głowę i zajęła się dziobaniem widelcem puree pogrążona w ponurych myślach.

Nagle poczuła, że ktoś przechodzi koło niej i poczuła zapach męskich perfum. Krzesło zostało odsunięte i zobaczyła szary uniform, który nosił tylko jeden człowiek w Ministerstwie Magii, a którego starała się unikać odkąd rozpoczęła staż. Podniosła powoli głowę, aby przekonać się, że usiadł koło niej Gawain Robards. Przełknęła z trudem ślinę i uśmiechnęła się słabo.
- Dzień dobry – przywitała się.
- Dzień dobry panno Granger! Byłem w twoim departamencie, ale Amos powiedział mi, że znajdę cię tutaj.
- O co chodzi? – spytała się Hermiona, ignorując szepty Pansy i Dafne.

Gawain pochylił się w jej stronę i dał znak, aby zrobiła to samo. Dziewczyna poczuła, że robi się jej gorąco. To będzie stanowczo za blisko! Przez cały sierpień wmawiała sobie, że to co się zdarzyło w jego gabinecie to był tylko zbieg okoliczności. Gdy dostała się na staż i pierwszego dnia wpadła na Robardsa poczuła, że kolana jej miękną. Nie chciała się przyznać, że kręci ją facet w wieku jej ojca, na dodatek będący szefem jej przyjaciela. Przecież była na tyle inteligentna, aby nie lecieć na mężczyznę, tylko dlatego, że jest podobny do znanego aktora i pochwalił jej sukienkę. Nie mogła jednak zaprzeczyć, że gdy widziała Gawaina to od razu miała zbereźne myśli. On ci się tylko podoba, tak jak… obraz albo… średniowieczny manuskrypt z numerologii – powtarzała sobie w duchu. Nie zmieniało to faktu, że czuła się źle wiedząc, że reaguje tak na kogoś innego niż na Rona.

Jej chłopak był… no cóż… jej chłopakiem. Znali się od początku szkoły, spędzili ze sobą naprawdę dużo czasu, przeżyli wiele: wzloty, upadki, radość, ból i zwątpienie. Ich miłość wyrosła na przyjaźni, rozumieli się bez słów. Dopóki nie zaczęła się z nim całować jakoś nie czuła do niego szczególnego pociągu fizycznego. Ron nie był przystojny, był przeciętnym chłopakiem, jakiego można spotkać na angielskich ulicach. Nie powalał wdziękiem, charyzmą czy ogładą. Nie miał wianuszka wielbicielek jak Draco. Był wesoły, ciepły i rzucał się w ogień dla niej i Harry’ego. Za to go kochała. Dlaczego więc mimo tego wszystkiego miała ochotę pocałować mężczyznę starszego od niej o jakieś trzydzieści lat?

Powoli pochyliła się ku Robardsowi, a ten szeptem powiedział jej, że śledztwo w sprawie wspomnień Severusa zostało zakończone. Auror wyprostował się i napił się soku dyniowego, który miał w pucharze. Hermiona nie poruszyła się, siedziała w tej samej pozycji jak spetryfikowana. Gdy poczuła jego oddech na swoim policzku przeszedł po jej plecach przyjemny „prąd”. Wdychała zapach jego perfum i czuła, że świat się zatrzymał.
- Wpadnij do mojego gabinetu po skończonej pracy, będę czekał! – oznajmił Gawain, dopił sok i wstał od stolika.

Hermiona poczuła, że zaczyna się denerwować. On chce, aby do niego przyszła! Kto wie, co się wtedy stanie? Na Merlina, nie! Jednak nie była w stanie nic odpowiedzieć. Kiwnęła tylko głową na znak zgody i odprowadziła aurora wzrokiem. Jak mamę kocham! Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego on tak mnie pociąga!?

Przerwa obiadowa skończyła się i Hermiona poszła z powrotem do archiwum. Po drodze myślała o Gawainie. Postanowiła, że pójdzie do niego, weźmie fiolkę i poleci do Azkabanu, aby oddać ją Snape’owi. Skoro walczyła na wojnie to opanowanie się przy Robardsie powinno być dziecinną igraszką! Tylko, czemu jej tak słabo to szło?
- Gawain cię szukał – rzucił apatycznie Amos Diggory, gdy weszła do biura.

Każdy wiedział, że czarodziej nie pozbierał się po śmierci Cedrika. Był zawsze ponury i nigdy się nie śmiał. Zabraniał też tego w swoim biurze, kłótnie Hermiony i Pansy prawie go nie irytowały. Za to, jeśli ktoś pozwolił sobie na wesołość w jego obecności, Amos odwracał się i odchodził na bok.
- Tak, znalazł mnie na stołówce – odparła Hermiona.
Mężczyzna popatrzył się na nią zdziwionym wzrokiem.
- Poszedł do ciebie? – zdziwił się. – Dziwne… on zawsze wzywa, nigdy nie idzie do kogoś. No chyba, że chodzi o Kingsleya.

Hermiona nie wiedziała, co odpowiedzieć. Robards specjalnie pofatygował się dla niej? Czemu? Czyżby naprawdę ją lubił? Odchrząknęła i spuściła wzrok, aby ukryć zakłopotanie.
- Biedny facet… - oznajmił Amos grobowym głosem. – Na wojnie stracił syna… tak jak ja… zabili go śmierciożercy. Nawet miał gorzej, bo zamordowali mu także żonę… to jednak nie umniejsza mojego cierpienia… - westchnął głęboko i zgarbił się przytłoczony ciężarem wspomnień.
- Och, to straszne! – wykrztusiła z siebie Hermiona.
- Tragiczne, okropne! – Amos zacisnął dłonie w pięści i poczerwieniał. – Te gnidy nie miały oporu, aby zabić każdego na swojej drodze! Syn Gawaina był jeszcze młodszy niż mój Ced… panie, świeć nad ich duszą… To wszystko po to, aby go ukarać, że walczy przeciwko Sam-Wiesz-Komu w Pierwszej Wojnie Czarodziejów… Ale te dranie się przeliczyły! – w oczach czarodzieja pojawił się błysk mściwej satysfakcji. – Gawain jeszcze bardziej zaczął ich ścigać. Gdy dostał pozwolenie, aby ich zabijać i torturować to robił to bez wahania! Rozumiem go! Gdybym dostał jakiegoś śmierciożercę w moje ręce to bym go…
- Może zaparzyć panu herbaty? – przerwała mu Hermiona.

Chciała zmienić temat, ponieważ bała się, że opiekun jej stażu dostanie zawału albo coś w tym stylu. Gdy opowiadał o śmierciożercach zrobił się czerwony na twarzy i ślina zaczęła mu lecieć z kącika ust.
- Co? –spytał się niezbyt przytomnie i wytarł brodę rękawem. – Herbata powiadasz? A… no dobrze… dobrze. Zrób.
Czarownica z uczuciem ulgi poszła do kuchni umieszczonej na końcu korytarza. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Gawain miał żonę i dziecko, a teraz jest sam… Podgrzała różdżką wodę i po chwili wróciła lewitując filiżankę. Podała ją szefowi i poszła do archiwum. Ledwo przekroczyła próg, gdy naskoczyła na nią Pansy:
- Znudził ci się Wieprzlej? – spytała złośliwie. – Zabierasz się za Robardsa?
- Odczep się ode mnie – warknęła Hermiona i poszła w stronę regałów.
- Snape’a przeleciałaś dla lepszych ocen, a teraz będziesz się pieprzyć z Gawainem. Znudził ci się nasz cudowny przydział? Chcesz dostać się do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów?
- Po pierwsze: nie zamierzam nikogo „pieprzyć” i nie miałam romansu ze Snapem! – rewelacje z książki Rity ciągnęły się za Hermioną jak smród po gaciach.
- Taaa, jasne…
- Po drugie: Kingsley po wygranej wojnie proponował mi posadę aurora, ale odmówiłam! A po trzecie: gdybyś czytała Proroka Codziennego to byś wiedziała, że dostałam propozycję stażu u niego, ale odmówiłam!
- Jasne, jasne, tłumacz się dalej! – mopsowatą twarz Pansy wykrzywił grymas. – Wiem od Dafne, że zmówiłaś się z Gawainem przeciwko niej!
- Dafne opowiada bajki – mruknęła Hermiona. – Poza tym, od kiedy jesteście przyjaciółeczkami? Przecież nie odzywała się do ciebie po tym jak wyrwałaś Draco!
- Malfoyowie są skończeni – oznajmiła Pansy machając lekceważąco ręką. – Żadna porządna dziewczyna się z Draco nie pokaże.
Hermiona nic nie odpowiedziała. Zabrała się za robotę marząc przy okazji, aby któryś z regałów ulitował się nad nią i przygniótł Pansy. Pomyślała, że musi koniecznie kupić biografię Snape’a napisaną przez Ritę, aby sprawdzić, co o niej napisała. Zawsze lepiej wcześniej wiedzieć, o co będzie ją oskarżać ten zakichany mops.

***

Serce biło jej gwałtownie, gdy przekraczała próg gabinetu Gawaina Robardsa. Usiadła na krześle stojącym przed jego biurkiem i czekała, co ma do powiedzenia.
- Panno Granger, śledztwo zostało umorzone. Niczego nie znaleźliśmy – rzekł rozczarowanym tonem.
- Nic? Zupełnie?
- Jedno wielkie nic. Nie mamy pojęcia, kto to mógł zrobić – Gawain bezradnie rozłożył ręce. – Nie pozostaje nic innego jak oddać ci wspomnienia – położył fiolkę przed Hermioną.
Wzięła ją do ręki, była jeszcze ciepła od jego dotyku.
- Nikt ich nie oglądał? – spytała się Hermiona.
- Nie, zdjęliśmy z niej klątwy, ale nikt jej nie otwierał.
- To dobrze.

Hermiona nawet nie chciała myśleć, co by było, gdyby Snape dowiedział się, że ktoś przeglądał jego wspomnienia. Teraz zaś będzie mogła z czystym sumieniem poinformować go, że nikt ich nie widział. Schowała ją do torebki.
- Muszę je oddać… - powiedziała cicho.
- Oczywiście – przytaknął i ruszył po świstoklika.
- A formularz?
- Wypełnisz go następnym razem – odparł Gawain i uśmiechnął się zagadkowo.

***

Severus ucieszył się, że tym razem Granger nie założyła sukienki. Z zadowoleniem stwierdził, że będąc w spodniach i żakiecie wcale go nie pociąga.
- Proszę, wspomnienia – podała mu fiolkę.
- Nikt ich…
- Nie – przerwała mu szybko.
- To dobrze.
Zapadła cisza, Hermiona ruszyła w stronę drzwi. Severus pomyślał, że może jest obrażona za ostatnią wiadomość, którą jej wysłał. W połowie sierpnia przeczytał w Proroku Codziennym, że otrzymała najlepsze oceny z owutemów. Kiedyś obiecał, że jej pogratuluje za to. Postanowił słowa dotrzymać. Teraz zrozumiał, że napisanie: „chociaż jedna rzecz wyszła ci w życiu” nie było zbyt dobrym pomysłem. W zamian za to przesłała mu kolejną, mugolską książkę. Wściekł się, gdy zerwał z niej papier i zobaczył tytuł: „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi”.
- Nie było innej książki? – spytał się.
- Chciał pan coś, co się panu przyda – odpowiedziała tonem bez emocji. – Radzę ją przeczytać.
Severus wymamrotał pod nosem „sama sobie czytaj” i patrzył jak auror wyprowadza dziewczynę z celi.

Dwa dni później Snape był na spacerniaku z innymi więźniami. Tak jak zwykle trzymał się z boku. Dzień był wyjątkowo upalny jak na połowę września. Dlatego usiadł przy murze w cieniu. Aurorzy leniwe przypatrywali się więźniom, którzy pozbijali się w małe grupki. Severus zazwyczaj nie słuchał, co mówią. Wolał zatopić się w swoich myślach. Ciągle miał problem z Sarą Jones. Myślał, że mu przejdzie pożądanie, gdy jego przyjaciółka przestanie przychodzić do pracy w sukienkach. Tak się jednak nie stało. Czy była w eleganckich spodniach i białej koszuli, czy przyszła zakatarzona w swetrze i jeansach, miał nadal na nią ochotę. Spotkania w jej gabinecie zaczęły być męczące, w końcu ile człowiek może się powstrzymywać i pilnować? Nie miał pomysłu jak do niej zagaić, nawet przeczytał książkę od Hermiony w poszukiwaniu wskazówek. Nic nie wydawało mu się odpowiednie…

Z rozmyślań wyrwał go głos więźnia, który wymienił imię Sary. Severus udawał obojętnego, ale nadstawił uszy, aby dowiedzieć się, o czym Robin Poynter mówi. Czarnoskóry chłopak był uczniem jego domu, kilka lat temu ukończył Hogwart. Snape pamiętał, że nie był zbyt chętny do nauki, za to kombinował za trzech. Z tego, co doszło do Severusa, Robin dostał rok odsiadki za to, że okradał mugolskich staruszków. Rzucał na nich confundusa i wmawiał im, że jest ich wnuczkiem.
- Stara, ale jara, a jaką ma dupcię – chwalił Sarę Robin. – Gdy wszedłem do jej gabinetu i zobaczyłem jej nogi i cycki to mi stanął od razu. Ta sukienka… uniosła ją niby przypadkiem i zobaczyłem, że nie ma bielizny.
- Tak, oczywiście – zakpił Avery.
-  Od samego początku przyglądała się mi jakby boga zobaczyła! Tylko czekała na okazję, aby mnie dosiąść! Wiem jak działam na kobiety!
- A kto by cię chciał? – fuknęła Alecto.

Robin przybliżył się do niej i objął ją, ta odskoczyła momentalnie jak poparzona. Śmierciożercy wybuchnęli gromkim śmiechem na widok jej miny.
- Udajesz cnotkę-niewydymkę, ale wiem, że chciałabyś się nadziać na mojego donga! - Robin stwierdził lubieżnie.
- No! Pokaż Alecto jak się ujeżdża donga! – drwił Rudolf Lestrange.
- Odpierdolcie się ode mnie! Może ta cała psycholog lubi takie bezmózgie małpy, ale nie ja! – warknęła i oddaliła się od grupy.
Robin nie przejął się niepochlebnym komentarzem. Zaczął zdawać relację jak wyglądają jego spotkania z Sarą, opowiadał ze szczegółami gdzie i co robili. Śmierciożercy wyli z uciechy. Severusa zaczęła ogarniać furia. Jakim prawem ten niedorobiony pawian obraża Sarę? Kto mu pozwolił szkalować tak cudowną kobietę, która stara się mu pomóc? Na dodatek używa najgorszych określeń, uważanych powszechnie za wulgarne! Krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach Snape’a. Był zawsze spokojny, opanowany i nic po sobie nie pokazywał. Teraz zaś miał ochotę rozszarpać chłopaka! Zdumiało go to, że czuł do Robina jeszcze większą nienawiść niż do młodego Pottera. Niech tylko powie coś jeszcze… niech powie…
- Mówię wam, jęczy jak świnia w korycie, gdy ją rucham ostro w du…
Chłopak nie zdążył dokończyć zdania. Padł jak rażony gromem, gdy dosięgnął go pierwszy cios Severusa. A po nim były kolejne i kolejne…

***

- Severusie, dlaczego to zrobiłeś? – spytała się Sara patrząc na niego z zatroskaną miną.
Nie wiedział czy jej powiedzieć. To, co mówił Robin było okropne, a on nie chciał sprawić jej bólu. Wiedział jednak, że prędzej czy później się dowie. O ile już nie wiedziała. Jego rzucenie się na Poyntera było sensacją. Każdy był podniecony tym, że chudy, czterdziestoletni Snape porządnie zlał młodego i krzepkiego dwudziestodwulatka. Severus wiedział, że pomógł mu w tym element zaskoczenia, a chłopak słabo się bronił po tym jak przywalił porządnie łbem o kamienną podłogę. Poza tym sama walka trwała chwilę, ponieważ szybko zostali unieruchomieni przez aurorów.
- Robert Poynter mówił o tobie wstrętne rzeczy – wyjaśnił cicho.
Oczy Sary rozszerzyły się ze zdumienia.
- O mnie? – spytała z niedowierzaniem. – Co mówił?
- Można to ująć tak, że publicznie zrobił z ciebie dziwkę, z którą zabawia się, co tydzień – niechętnie wyjaśnił Severus. – Oszczędzę ci opisów, to były najgorsze, rynsztokowe określenia.

Sara Jones wyglądała jakby dostała w twarz, poruszała bezgłośnie ustami i Snape przysiągłby, że słowo „dziwka” nie mogło jej przejść przez gardło. Nagle zgarbiła się i jakby skurczyła w sobie. Zaskoczony Severus zobaczył, że ukrywa twarz w dłoniach. Nie wiedział, co robić. Wyglądała jakby płakała, ale nie słyszał charakterystycznych dźwięków. Czy powinien ją jakoś pocieszyć? Dlaczego tak zareagowała? Co robić? W książkach nie było odpowiedzi na takie pytania!

Postanowił, że zrobi to samo, co ona, gdy zareagował identycznie na wspomnienie o Lily. Może Sara przeżyła kiedyś coś podobnego? Zsunął się z fotela i ukląkł przed nią, aby delikatnie odsłonić jej twarz. Dotknął jej dłoni i popatrzył się w jej oczy. Nie płakała, jej twarz była pełna cierpienia.
- Severusie… - wyszeptała i rzuciła mu się nagle na szyję. – Dziękuję… to dla mnie… dziękuję…


Na początku nie wiedział, co robić, ale szybko doszedł do wniosku, że powinien iść za radą Sary. „Nie czekaj, wyjaw swoje uczucia zanim ktoś inny to zrobi. Lepiej zostać odrzuconym niż pluć sobie przez pół życia w brodę, że się nie spróbowało” – tak mówiła na jednym ze spotkań. Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Spojrzała na niego zdziwiona.
- Co…
Nie zdążyła dokończyć pytania, ponieważ Severus wpił się zachłannie w jej usta.

czwartek, 12 maja 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 14 – Sarny Mniejsze


W korytarzu szkolnym przed klasą numer 121 nastąpił ogólny rozgardiasz. Ktoś złapał Małgorzatę, aby nie upadła, inna osoba wyczarowała kielich, aby nalać jej wody, jakaś kobieta podała jej eliksir przeciwko omdleniom. Patrycja nie wiedziała, co się dzieje. Co było w tym dziwnego, że wyglądała jak Amelia? Przecież wiele osób jest do siebie podobnych! Jednak rodzice jej koleżanek i kolegów z klasy patrzyli się na nią i szeptali między sobą. Co raz bardziej denerwowało to dziewczynkę. Zaczęła żałować, że nie jest w internacie.

Mama Amelii doszła do siebie w zadziwiająco krótkim czasie. Uśmiechnęła się słabo i podeszła do Michalskich.
- Nie mogę w to uwierzyć, po prostu nie mogę! Jaki cudem? – spytała patrząc się badawczo na Patrycję.
- To pani jest mamą tej drugiej dziewczyny? – zagaił pan Grzegorz. – Córka mi opowiadała, że są podobne, ale myślałem, że zmyśla.

Patrycja popatrzyła się na ojca z wyrzutem. Jak mógł coś takiego powiedzieć? Przecież nie miała, po co kłamać! Prychnęła ostentacyjnie na znak, że jest obrażona, ale tata nie zwrócił na nią uwagi.
- Podobne? – zdziwiła się Małgorzata. – One są identyczne!
- Naprawdę?
- Oprócz włosów… moja Amelia ma krótsze… i oczy! Tak, oczy, są innego koloru – czarownica jeszcze raz dokładnie obejrzała Patrycję od góry do dołu. – Pan nie widział mojej córki? No jasne, że nie, nie było jak… a tak w ogóle to chyba zapomniałam się przedstawić! Małgorzata Ratine! – podbiegła do ojca Patrycji i go uścisnęła. – Nadal jest pan w szoku? Nic dziwnego! Ja przed chwilą też byłam! Nasze rodziny muszą się koniecznie spotkać, wtedy zobaczymy jak dziewczynki wyglądają obok siebie. To doprawdy niesamowite! Niech tylko mój Pierre je zobaczy! Och, ciekawe co powie… - nabrała powietrza i odwróciła się do Patrycji. – Słyszałam, że jesteś miła i Amelia cię lubi. To dobrze, mam nadzieję, że będziecie najlepszymi przyjaciółkami! Nadal nie mogę uwierzyć, że jesteś prawdziwa! Chodź no tu! – złapała policzek dziewczyny i zaczęła nim trząść. – Jesteś tak samo słodka jak moja Amelcia.

Patrycja po tych pieszczotach odsunęła się od niej jak tylko mogła najdalej. Czuła się mocno zawstydzona tym, że matka jej koleżanki potraktowała ją publicznie jak niemowlaka. Miała ochotę wygarnąć, co myśli o takim traktowaniu, ale nie chciała zrobić przykrości Amelii. Powstrzymywało ją także to, że nie wiedziała, jaka będzie reakcja jej ojca. Patrząc jak wdał się w towarzyską pogawędkę z matką Ami mogła śmiało przypuszczać, że będzie niezadowolony.
- Wytargała cię jakbyś miała dwa lata – szepnęła jej do ucha Zocha. – Wariatka, no kompletna wariatka!
- Miałam ochotę odgryźć jej paluchy – bąknęła Patrycja i roztarła sobie bolący policzek.
- Szkoda, że tego nie zrobiłaś – koleżanka zachichotała. – Patrz, idzie pan Miłosz! Czeeeeeeeeeść sooooorzeeee! – wydarła się na cały korytarz.

To wcale nie speszyło wychowawcy, zasalutował uczennicom i otworzył drzwi do klasy. Gestem zaprosił rodziców do środka. Poczekał aż wejdą wszyscy i zamknął powoli drzwi, przy okazji puszczając Zośce „oczko”.
- Uwielbiam tego człenia, zajebisty jest! – zachwyciła się czarnulka.
- No! – odrzekła Patrycja i usiadła na najbliżej stojącej ławce. – Mam nadzieję, że dostanę małą zjebę od ojca za oceny.
- Hej, to mój tekst! – Zocha udała, że się obraża. – Spoko, nie jest źle! Jakoś się je wyklepie do półrocza…
- Mam dwie tróje z matmy, a jest koniec października.
- Ja mam dwie lufy z magoznastwa za pyskowanie i nie płaczę z tego powodu.
- Bo masz wszystko w tyłku skoro nikt od ciebie nie przyszedł na wywiadówkę!
- Szczegóły! – odparła Zocha, wyjęła różdżkę i zmusiła do tańczenia sznurówki przy swoich trampkach.

***

Miłosz Chmielewski twierdził, że uczniów powinno się głośno chwalić, a ganić po cichu. To było pierwsze zebranie z rodzicami, odkąd został wychowawcą tej klasy i postanowił najpierw pochwalić swoich podopiecznych, a dopiero później rozdać kartki z ocenami. Problemem było to, że minęły niecałe dwa miesiące od początku roku szkolnego i nie miał za bardzo, o czym mówić. Dlatego skupił się na Otrzęsinach Pierwszaków. Starał się opowiedzieć coś dobrego o każdym ze swoich uczniów, ale nie udało mu się ukryć, że niektórzy się nie popisali. Przemilczał występ Telimeny, która spędziła całą potyczkę na próbach wygrzebania się z dołu wypełnionego błotem. Nie wspomniał również o Adamie, który na widok zaczarowanego kurczaka zemdlał ze strachu, ani o Lilianie, która uczepiła się żywopłotu i krzyczała, że umrze. Skupił się na brawurowej akcji Zochy, Patrycji, Paula i Amelii:
- … wtedy Patrycja złapała Paula! Taka akcja, jak w filmie! No… takim mugolskim! Chyba państwo pamiętają coś z mugoloznastwa… W tym czasie Zocha walczyła z Marią Dimitrową i Piotrem… jakimś tam, zapomniałem nazwiska! Zaklęcia śmigały, w lewo, w prawo, jak fajerwerki! Tłum wył! Takie widowisko! Proszę państwa, żałujcie, że tam nie byliście! Wydawało się, że klasa „d” wygra, ale wtedy…
- Yhm, yhm – przerwała mu matka Telimeny.
- Taaak? – Miłosz powoli zaczął wracać do rzeczywistości.
- Czy mógłby pan w końcu przejść do konkretów, a nie wychwalać pod niebiosa jakąś durną zabawę? – fuknęła ze złością.

Wychowawca zamrugał, próbując sobie przypomnieć gdzie się znajduje i co ma robić. Zupełnie zapomniał o bożym świecie, gdy relacjonował przebieg otrzęsin. Matka Telimeny stała i wpatrywała się w niego natarczywie, z miną świadczącą o tym, że ma lepsze rzeczy do roboty niż słuchanie o jakichś głupotach. Miłosz musiał przyznać, że nie znosi tej durnej baby. Co chwila nachodziła go, aby ponarzekać na wszystko: zacząwszy od Zochy, po jedzenie w stołówce, brak służby w internacie, kolejny raz na Zochę i złych nauczycieli, którzy nie stawiają Telci samych szóstek za to, że oddycha i pojawia się na lekcjach. Miał ochotę złapać ją za kudły i walnąć jej głową o ławkę, a później kopnąć z półobrotu. Niestety, nie złamała prawa, a on już nie był czynnie działającym aurorem. Czasem żałował, że odszedł ze służby, brakowało mu walki.
- A no dobrze… skoro pani chce… – z ociąganiem wziął stos kartek z biurka i zaczął wyczytywać nazwiska uczniów.

***

Grzegorz Michalski nie był zachwycony ocenami córki, ale wiedział, że Patrycja ma jeszcze czas na poprawę. Zawsze miała nierówne wyniki: potrafiła zebrać kiepskie noty, a później je poprawić bez żadnego wysiłku. Przyzwyczaił się do faktu, że matematyka idzie jej kiepsko. Pocieszał się, że z magicznych przedmiotów miała same piątki i czwórki. Siedząca obok niego w ławce Małgorzata Ratine mruczała z zadowolenia patrząc na bardzo dobre oceny Amelii.
- Musi pan załatwić Patrycji korepetycje – poradziła, zerkając na kartkę trzymaną przez mężczyznę.
- Eeee, no może… - stwierdził niepewnie. – Z magicznych przedmiotów jest dobra, resztę nadrobi.
- Edukacja jest bardzo ważna – oświadczyła stanowczo czarownica. – Obowiązkiem dzieci jest uczyć się i przynosić do domu same piątki i szóstki. Odpuściłam Angeli i została tylko nauczycielką – prychnęła z niezadowoleniem.
- A to źle? – zainteresował się ojciec Patrycji. – Chodzi o nauczycielkę mugoloznastwa? Pani jest jej matką? – spytał się z niedowierzaniem.

Matka Amelii nie wyglądała na kobietę w takim wieku, że mogłaby mieć dorosłą córkę. Gdy ją zobaczył myślał, że są w podobnym wieku, ale teraz dopadły go wątpliwości. Możliwe, że to prawda, co było napisane w „Harrym Potterze” i czarodzieje naprawdę starzeli się o wiele wolniej od mugoli.
- Oprócz Angeli i Amelii mam jeszcze szesnastoletniego syna – odpowiedziała z uśmiechem, mile połechtana przypadkowym komplementem. – Nauczycielka… to niezbyt prestiżowy zawód. Myślałam, że będzie artystką, tak samo jak ja z mężem.
- Dzieci mają różne pomysły na życie – odparł pan Grzegorz.
- Tak, ale powinny brać pod uwagę zdanie o wiele bardziej doświadczonej matki.
- Możliwe. Ja Patrycji nie mogę nic powiedzieć, ponieważ nie znam świata czarodziejów…
- Och, to nie problem! – czarownica położyła rękę na ramieniu Grzegorza. – Musicie koniecznie mnie odwiedzić… Porozmawiamy o wszystkim i o niczym… Sobota panu pasuje?

Mężczyzna popatrzył się na Małgorzatę nie wiedząc, co odpowiedzieć. Nieczęsto dostawał zaproszenie od osoby, którą znał od kilkudziesięciu minut. Pomyślał, że właściwie, co mu szkodzi. Może dzięki temu dowie się więcej na temat świata czarodziejów.
- Czemu nie? Pomoże mi pani w zrozumieniu tego wszystkiego – machnął ręką w stronę wypchanego ponuraka w kącie klasy. – Gdzie i o której mam przyjechać?
- Może po południu, czternasta, piętnasta?
- Piętnasta.
- Wspaniale! – ucieszyła się Małgorzata. – Mój adres to Sarny Mniejsze, numer dwa. Niestety, świstokliki do nas nie docierają, więc musi pan przybyć z Patrycją siecią kominkową…
- Ach tak, tak! – Grzegorz zdenerwował się, ale starał się mimo to uśmiechać. – Kupimy proszek Fiuu  i pojawiamy się u pani!

Jeszcze nie podróżował w ten sposób i nie był pewny czy chce. Pamiętał, co się stało z Harrym, gdy ten źle wypowiedział, gdzie ma lecieć. Może Patrycja będzie bardziej obeznana w tych sprawach. Powie mu, co ma robić i nie zrobi z siebie głupka przed czarodziejską rodziną. Miał szansę dowiedzieć się czegoś więcej na temat świata, do którego wkroczyła jego córka. Chciał także zobaczyć Amelię, aby stwierdzić, czy jej matka nie przesadza z opisem podobieństwa. Jeśli dziewczynki naprawdę wyglądały identycznie należałoby zbadać sprawę. Może są spokrewnieni? Był pewny, że ze swojej strony nie miał nikogo magicznego. Może Anna miała w rodzinie czarodzieja lub czarownicę? Może Małgorzata Ratine wspomni o kimś, o kim słyszał?

Z rozmyślań wyrwał go głos wychowawcy, który kłócił się z matką Telimeny na temat tego, że nie usunie z terenu szkoły magicznych stworzeń, które powodują objawy alergiczne u jej córki.

***

Chwilę przed piętnastą Patrycja stała z ojcem przed kominkiem w Wydziale Komunikacji Magicznej w Lublinie. Kupili odpowiednią ilość proszku Fiuu w kasie, aby polecieć do Saren Mniejszych i wrócić. Pracownica WKM odmierzyła odpowiednią ilość i zapakowała go w cztery woreczki. Patrycja widziała nie raz jak Ami wrzuca pakunek do kominka, wchodzi w płomienie i mówi adres swojego domu. Wydawało się to dziecinnie proste.
- Kto pierwszy? Ja czy ty? – spytała się niepewnie.
Nie wiedziała czy ojciec sobie poradzi z podróżowaniem za pomocą kominka. Co będzie, jeśli zachowa się jak Harry i wyląduje gdzieś daleko?
- Ty pierwsza.
- Jesteś pewny tato? A co jeśli…
- … pomylę się jak Harry? – ojciec wszedł jej w słowo. – Jeśli nie przylecę zaraz po tobie będziesz mogła zarządzić akcję poszukiwawczą. Mam nadzieję, że nie trafię do Afryki.
- Aha – odrzekła dziewczynka wyobrażając sobie tatę w otoczeniu czarnoskórych czarodziejów.

Wzięła paczuszkę z proszkiem i wrzuciła ją do kominka. Od razu buchnęły szmaragdowe płomienie. Patrycja z łomoczącym sercem weszła w nie, bojąc się, że się poparzy. Okazało się, że wcale nie są gorące.
- Sarny Mniejsze numer dwa! – krzyknęła i poczuła jak leci w dół.
Uczucie, jakie towarzyszyło podróżowaniu za pomocą proszku Fiuu, Patrycja porównałaby do zjeżdżania rurą w aquaparku. Tyle, że było bardzo ciepło i woda nie chlapała w oczy. Nagle dziewczynka poczuła jakby coś ją wypchnęło z rury, przeturlała się po czymś miękkim i zatrzymała przy stopach Amelii.
- Jak na pierwszy raz to nieźle ci poszło – oznajmiła koleżanka szczerząc do niej zęby.

Patrycja nie zdążyła wstać z dywanu, gdy wpadł na nią koziołkujący ojciec.
- Tato! Wstawaj! – jęknęła czerwieniąc się gwałtownie.
Tylko tego brakowało, aby przy pierwszej wizycie u rodziny Amelii zrobili z siebie widowisko!
- Chyba wolę świstokliki – mruknął jej ojciec i wstał otrzepując popiół z kurtki.
- Niech pan to zostawi – usłyszeli głos Małgorzaty Ratine. – Skrzaty domowe zaraz was wyczyszczą!

Patrycja nie zdążyła przyjrzeć się tym stworzeniom, ponieważ z kominka wypadła Zocha i podcięła jej nogi.
- Jeeesteeem! – oznajmiła wesoło czarnulka spod koleżanki. – To nie było takie trudne! Myślałam, że będzie gorzej! Na przykład wypadnę gdzieś w Abu Dabi albo w Chinach…
Amelia ze swoją mamą zrobiły wielkie oczy. Patrycja przypomniała sobie, że Zocha nie otrzymała zaproszenia. Gdy wywiadówka się skończyła, ojciec powiedział jej, gdzie się wybierają w weekend. Obydwie z Zochą bardzo chciały wybrać się tam razem, ale pan Grzegorz stwierdził, że muszą się spytać o to mamy Amelii. Ta jednak zaraz po wywiadówce poszła do domu. Dlatego w czwartek spytały się o to Ami, ta obiecała, że da im znać w piątek. Słowa dotrzymała i Zocha dowiedziała się, że mama jest przeciwna: usłyszała od matki Telimeny to i owo na jej temat. Patrycja myślała, że koleżanka przyjęła do wiadomości odmowę, ale teraz się przekonała, że to były tylko pozory. Zanim ktokolwiek zdążył skomentować pojawienie się Zochy, z kominka zgrabnie wyskoczyła Angela.
- A ty tu po co? – mruknęła jej matka z wyraźnym niezadowoleniem. – Myślałam, że będziesz zajęta!
- Zmieniłam plany! Cieszysz się, prawda? – oznajmiła wesoło blondynka. – Witam wszystkich!
- O! Jak fajnie, że sorka jest! – zawołała Zocha. – Teraz nie tylko ja wbiłam się na krzywy ryj!

Mimo wyraźnego niezadowolenia Małgorzata rozkazała skrzatom wyjąć dwa dodatkowe talerze i podać podwieczorek. Do zebranych w holu dołączył ojciec Amelii, który przywitał się ze wszystkimi. Patrycja pomyślała, że mówi po polsku jak kucharz, którego programy ogląda z zapałem pani Jadwiga. Małgorzata zaprosiła wszystkich do jadalni, która okazała się dużym pomieszczeniem, w którym stał ciężki, drewniany stół, dość długi i szeroki, aby ugościć minimum dwadzieścia osób. Pozostałe meble, żyrandol i obrazy wyglądały na bardzo stare. Namalowane postacie szeptały między sobą i wyciągały szyje, aby zobaczyć gości. Patrycja usłyszała, że nie mogą uwierzyć w jej podobieństwo do Amelii.

Ten temat szybko został podjęty przez zgromadzonych. Podczas dyskusji do jadalni przyszła Augustyna, która zareagowała identycznie jak swoja córka przed wywiadówką. Skrzaty rozpierzchły się na wszystkie strony, aby być pierwszym, który poda staruszce eliksir przeciw omdleniom.
- Już mi lepiej… naprawdę… - wydyszała babcia Amelii. – Boże, jakim cudem? To musi być przypadek! Nie ma innej możliwości!
- Jesteś pewna, że nie jesteśmy spokrewnieni? – dopytywała się Małgorzata. – Pochodzisz z mugolskiej rodziny…
- Mówiłam, że wszyscy zginęli podczas wojny! – fuknęła Augustyna.
- Ale może jednak twoi wujkowie mieli jakieś kobiety…
- Nie mieli! – upierała się staruszka.
- Z mojej strony na pewno nie było żadnego czarodzieja – odezwał się ojciec Patrycji. – Nie mam pewności, co do rodziny mojej żony. Pochodziła z sierocińca, miała jakąś ciotkę w Gdańsku, ale nie utrzymywała z nią kontaktów.
- Pochodzę ze wsi spod Warszawy, gdzie mi tam do Gdańska! – zauważyła Augustyna. – Może to od strony mego świętej pamięci męża… nie, na pewno nie, on był czarodziejem czystej krwi…

Zapadła cisza. W ten sposób każdy mógł sobie gdybać od rana do nocy, ale nie wyjaśniało to, dlaczego dziewczynki były identyczne. Patrycja postanowiła coś zaproponować:
- Może zrobimy testy genetyczne? To najszybszy sposób.
- Pardon? – wyrwało się Pierre’owi.
- My, mugole, mamy technikę pozwalającą stwierdzić czy ktoś jest ze sobą spokrewniony, czy nie – wyjaśnił ojciec Patrycji.
- Głupoty! – stwierdziła Augustyna. - To zwykły przypadek, a wy się doszukujecie nie wiadomo czego! Jakieś testy chcą robić! Też mi coś! – prychnęła. – Sensację znaleźli! Pewnie kosztuje to majątek. Nie ma sensu bawić się w szukaniu rzeczy, których nie ma. Małgorzato! – zwróciła się do córki. – Miej choć trochę oleju w głowie i nie zgadzaj się na jakieś mugolskie sztuczki! Jeszcze to Amelii zaszkodzi, kto wie czy jej to nie napromieniuje czy co. Sama miałaś w klasie dwie podobne do siebie dziewczyny!
- Owszem miałam, ale one były tylko podobne, a nie identyczne – mruknęła Małgorzata.
- Zapewniam panią, że to badanie nie robi krzywdy – powiedział ojciec Patrycji.
- Nie zgadzam się! – krzyknęła staruszka i osunęła się na krześle. – Oj, jak mi słabo!

Rozpoczęła się ponowna akcja mająca na celu ratowanie Augustyny. Jej córka stwierdziła, że lepiej będzie, jeśli zakończą omawiać dotychczasowy temat. Wobec tego zaczęto rozmawiać o pogodzie, różnicach między światami oraz sytuacji materialnej. Patrycja z Amelią zaczęły się szybko nudzić, zaś Zocha bez krępacji wpatrywała się z zachwytem w Konrada, który w międzyczasie wrócił do domu. Chłopak udawał, że tego nie widzi i od niechcenia skubał swoją porcję tarty cytrynowej. Patrycja poczuła, że jest zazdrosna. Nie mogła pozwolić sobie na obnoszenie się ze swoimi uczuciami skoro nie wiedziała czy są spokrewnieni, czy nie. Już miała ochotę kopnąć Zochę pod stołem, aby dać jej do zrozumienia, by się opanowała, gdy zobaczyła, że Angelique daje siostrze dyskretny sygnał.
- Możemy iść na górę? – spytała się głośno Amelia. – Chcę pokazać koleżankom mój pokój.
- Idźcie sobie, co się tutaj będziecie nudzić – odpowiedziała Angela.
- Mogłabyś poczekać, aż ja się wypowiem – warknęła Małgorzata i zwróciła się do młodszej córki. – Jasne, że możecie.

Trójka dziewczynek poszła do holu, gdzie krętymi schodami dotarły na pierwsze piętro budynku. Gdy weszły do pokoju Amelii, Patrycja pomyślała, że wygląda tak jak powinien wyglądać pokój nastoletniej czarownicy. Meble były stare i bogato rzeźbione, dominowało kolory złota i granatu. Motyw rozgwieżdżonego nieba był widoczny w pościeli na łóżku, zasłonach i grubym dywanie. Na pufie stojącej pod oknem drzemał kot, pod żyrandolem wisiały zawieszone modele planet. Patrycja z Zochą zaczęły przyglądać się kolekcji komiksów, gdy zajrzała do nich Angela. Szybko weszła do pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Następnie wyciągnęła różdżkę i rzuciła „muffliato”.
- Dobra dziewczyny! – oznajmiła i ściszyła głos. – To co teraz powiem nie ma prawa wyjść poza ten pokój.

Nastolatki szybko kiwnęły głowami na znak, że się zgadzają. Angelique rozejrzała się niespokojnie na boki i zaczęła kontynuować:
- Babcia Gusia coś ukrywa, dawno nie widziałam jej tak zdenerwowanej. To jasne jak słońce, że sprawiło to wasze podobieństwo. Może to upór starszej osoby, ale jakoś nie wierzę, że boi się testów genetycznych. A to „oj, jak mi słabo” wyglądało na udawane. Dlatego zamierzam opłacić testy DNA. Może rzeczywiście nie jesteśmy spokrewnione i wasze podobieństwo to przypadek jeden na milion, ale uważam, że warto zobaczyć jak się sprawy mają. Amelio – zwróciła się do siostry – nie mów o tym nikomu, mama nie zrobi nic wbrew woli babci, a z tatą bywa różnie. Konrad zaś pierwsze co zrobi to pójdzie naskarżyć… Dlatego buzia na kłódkę!
- A co z moim tatą? – spytała się Patrycja.
- Hmmm, nie wiem jak zareaguje… - Angela skrzywiła się. – Może powiemy mu jak już będzie po wszystkim.
- Dobra, nie powiem mu.
- A więc do zobaczenia w poniedziałek po lekcjach – stwierdziła Angela z szelmowskim uśmiechem i wyszła z pokoju.

poniedziałek, 9 maja 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 24 – Przeciek


Była szósta rano, gdy Harry pożegnał Neville’a i Hannę, którzy zniknęli w kominku otoczeni zielonym płomieniem. Kilka minut wcześniej Dean i Seamus teleportowali się do domu, zaraz po bliźniaczkach Patil. Impreza urodzinowa Harry’ego dobiegła końca. Około piątej nad ranem towarzystwo zaczęło wracać do domu. W salonie na kanapie chrapał George, który tulił się do Angeliny. Ron, Stworek, Hermiona i Ginny nie spali: sprzątali bałagan, który powstał po wielogodzinnej zabawie Gwardii Dumbledore’a. Chłopak i skrzat domowy lewitowali wszystkie naczynia do kuchni, a dziewczyny przy pomocy magii opróżniały je i myły.
- Co z szarlotką? – spytała się Hermiona unosząc w górę półmisek z ciastem.
- Nie zjem jej nawet gdybym chciał – odpowiedział szczerze Harry i ziewnął.
- Zabierzmy ja do domu. Twoi rodzice będą mieli, co zjeść na deser – zadecydował Ron.
- Dobry pomysł! – ucieszyła się Hermiona i zrobiła zgrabny pakunek przy pomocy wyczarowanej przed chwilą folii aluminiowej.

Zdenerwowanie wywołane wyjcem od Snape’a zdecydowanie należało do przeszłości i teraz z chęcią pomagała w porządkach. Na początku mocno przejęła się tym, że wszyscy dowiedzieli się o skradzionych wspomnieniach. Ron z Harrym i Ginny musieli długo ją uspokajać. Dopiero po jakimś czasie była w stanie wyjść z kuchni i odpowiedzieć na pytania Gwardii.

Przyjaciele stanęli na wysokości zadania. Wszyscy zaczęli ją pocieszać i mówić, że skoro wspomnienia odzyskano w nienaruszonym stanie to nic się nie stało. Hermiona rozchmurzyła się, gdy została przekonana, że Snape zasłużył sobie na wszystko, co go spotkało. W końcu nawet nie podziękował jej za obronę przed Wizengamotem, a ma do niej obiekcje za jeden, mały błąd. George stwierdził, że Severus już nie jest nauczycielem i może rozkazy wsadzić sobie w cztery litery. Ron podsunął pomysł, aby w zamian wysłać mu dziesięć wyjców z przyjacielską radą, aby się zamknął w celi i nie wychylał z niej swojego długiego nochala.

Hermiona najpierw poinformowała Rona o wszystkim, co wydarzyło się w gabinecie Gawaina Robardsa, a później rozmawiała o tym przed imprezą z Harrym i Ginny. Wszyscy zastanawiali się kto ukradł wspomnienia. Padło wiele teorii, ale żadna nie była dość przekonywująca. Tak samo zagadkowe było to, że Snape dowiedział się o wszystkim. Gawain Robards zdecydował z Kingsleyem, że dochodzenie ma być tajne. Im dłużej nad tym myśleli, tym bardziej wszystko było poplątane. Harry oznajmił, że wątpi, aby poinformowanie Severusa o toczącym się śledztwie było na rękę aurorom. Może jednak jego szef zdecydował się na ten krok?
- Zmywanie skończone! – oznajmiła Ginny i posłała wytarty talerz do szafki.
- Super, można iść spać – ucieszył się Harry.
- Oj tak, przyda się trochę snu – przyznał Ron i objął Hermionę. – Musimy wracać do ciebie? Prześpijmy się tutaj.
- No dobrze – zgodziła się Hermiona. – Myślę, że moi rodzice dadzą sobie radę, jeśli wrócimy po południu.
Cała czwórka, w dobrych humorach, udała się na górę do sypialni.

***

Poniedziałek okazał się pięknym, letnim dniem. Jak to bywa na początku sierpnia, mimo wczesnej godziny słońce mocno grzało. Hermiona dziarskim krokiem przemierzała ulice, aby wejść do budki telefonicznej i dostać się do Ministerstwa Magii. Wprawdzie mogła teleportować się, ale nadal trzymała się zasady, że skoro mieszka wśród mugoli to powinna używać mugolskich środków transportu.

Podczas podróży myślała nad wyjcem od Severusa. W niedzielę dostała kolejnego, w którym wyraźnie zapowiedział, że będzie ją męczył w ten sposób, aż nie przyniesie mu wspomnień. Hermiona postanowiła, że nie odpowie mu listownie, ponieważ Snape nie zrozumie, dlaczego nie może ich otrzymać. Puszka z fiolką były aktualnie badane przez aurorów i nie było sensu im przerywać. Poza tym nie miała ochoty patrzeć na gębę Severusa i słuchać obelg pod swoim adresem, ale wiedziała, że musi do niego pójść i wszystko wyjaśnić. Owszem, zawaliła sprawę, ale to nie znaczy, że musiał przysyłać jej jednego wyjca, którego usłyszało ponad dwadzieścia osób i drugiego, który obudził Suzanne! Przecież tak naprawdę nic się nie stało, skąd miała wiedzieć, że ponad pół roku po ostatniej rozprawie ktoś połasi się na wspomnienia? Severus nie podziękował jej za obronę przed Wizengamotem i myśli, że będzie się starała. Nie jest psem na posyłki, którego można kopać. Za wysłane książki również podziękował. Wprawdzie nic mu nie napisała, ale wiedziała, że jest na tyle bystry, że bez problemu zauważył jej podpisy.

Ministerstwo Magii powoli budziło się do życia. Okazały hol był prawie pusty, co nie dziwiło Hermiony. Specjalnie wybrała się do Gawaina Robardsa przed siódmą rano, aby uniknąć tłumów. Minęła kilku czarodziejów, którzy kończyli nocną zmianę i skierowała swoje kroki ku windom. Harry mówił, że jego szef pojawia się w poniedziałki w biurze o szóstej, więc miała nadzieję, że uda jej się z nim zobaczyć. Trasę znała na pamięć, tyle razy tędy szła, aby spotkać się z Severusem. Wzdrygnęła się na myśl, że znowu będzie musiała przebywać w Azkabanie. Chociaż wolała to niż widzenie się ze Snapem. Na myśl o nim wzdrygnęła się drugi raz.
- Przynajmniej weźmiesz swoje książki – mruknęła sama do siebie, aby podnieść się na duchu.
Gdy weszła do Siedziby Aurorów powitało ją kilka zaciekawionych par oczu. Hermiona była w tym miejscu wiele razy, ale ostatni raz tak na nią patrzono, gdy przyszła, aby zobaczyć się z Severusem pierwszy raz. To było rok temu – pomyślała czarownica. Wtedy też był sierpień, a ona stała pod drzwiami i czekała na Harry’ego…

Tym razem nie musiała czekać, zapukała i gdy usłyszała komendę „wejść”, pchnęła zdecydowanie drzwi. Gawain Robards nie patrzył się na nią badawczo jak przy pierwszym spotkaniu, tym razem był lekko zdziwiony.
- Panno Granger, stało się coś? – spytał zanim zdążyła usiąść.
- Tak – przytaknęła. – Chcę wiedzieć, na jakim etapie jest śledztwo, ponieważ Severus Snape przysłał mi już dwa wyjce i zażądał oddania mu wspomnień.
- Żartujesz sobie ze mnie!

Tą informacją zbiła go zupełnie z tropu, wpatrywał się w nią badawczo i myślał intensywnie. Hermiona nie odrywała wzroku od szefa aurorów, ponieważ dokonała pewnego odkrycia. W piątek wieczorem oglądała z Ronem i rodzicami film w telewizji pod tytułem „Rycerz Króla Artura”. Wiedziała, że aktor grający Lancelota bardzo jej kogoś przypominał, ale nie była w stanie przypomnieć sobie kogo. Nie myślała o tym więcej, ale teraz zrozumiała, że ta osoba siedzi po drugiej stronie biurka i nazywa się Gawain Robards. Gdyby nie to, że szef aurorów był blondynem o prostych włosach i miał niebieskie oczy, to Hermiona pomyślałaby, że Richard Gere to tylko przykrywka wśród mugoli.
- Jak on mógł się dowiedzieć? – spytał się głośno Gawain, wyrywając tym samym dziewczynę z zamyślenia.
- Nie wykrzyczał mi tego – błyskawicznie odpowiedziała.
- Chcesz abym złożył mu wizytę? Dopilnuję, aby się zamknął.
- Chyba będzie lepiej, jeśli sama do niego pójdę – zadeklarowała Hermiona.
- Nie musisz się nad nim rozczulać – stwierdził Robards. – Sukinsyn miał cholerne szczęście, że na ciebie trafił i nie potrafi się zachować. Mogę mu powiedzieć kilka słów na obślizgłe uszko…

Hermiona zachichotała, gdy wyobraziła sobie jak Severus zareagowałby na taką sytuację. Popatrzyła się na szefa Harry’ego i zauważyła, że uśmiechnął się do niej. Mało nie spadła z krzesła z powodu wrażenia. Uśmiechający się Gawain Robards! Zawsze uważała go za człowieka, który podnosi kąciki ust równie często jak Snape. W czasie rozpraw w Wizengamocie przez większą część czasu twarz miał wykrzywioną przez nienawiść do śmierciożerców. W gabinecie jedyne, na co sobie pozwalał to chłodny profesjonalizm. Gdy pojawił się na jej przyjęciu urodzinowym u profesora Slughorna traktował ją z lekceważeniem. Teraz zaś patrzył się na nią zupełnie inaczej. Ze zdumieniem stwierdziła, że jest równie przystojny jak Richard Gere. Spłonęła rumieńcem.
- Nieee… - oznajmiła. – Ja sama… poradzę sobie… dam radę… i w ogóle – język się jej plątał.

Gawain zerknął na nią niespokojnie, a Hermiona mogła przysiąc, że to z powodu jej reakcji. Wziął standardowy formularz podania o wizytę u więźnia i podał jej.
- Skoro twierdzisz, że wolisz sama… - westchnął. – Wspomnienia dostanie jak skończymy je badać. W piątek, po twoim wyjściu, zwołałem zespół, ale nadal niczego nie ustaliliśmy. Chciałem dzisiaj wysłać kilku ludzi, aby zbadali twój ogród. Zgadzasz się panno Granger?
Hermiona kiwnęła głową i pochyliła się jak najbardziej nad formularzem. Chciała, aby rumieńce zniknęły z jej twarzy zanim popatrzy się na Gawaina. Wypełniała rubryki najwolniej i najstaranniej jak tylko mogła, ale i tak strzeliła kleksa przy nazwisku Severusa. Mimo jej starań, pismo było szybko gotowe, podała je szefowi Harry’emu i patrzyła jak ten wyciąga piłeczkę i zamienia ją w świstoklik.
- Zasady te same, co zawsze – powiedział.
- Yhm – mruknęła i włożyła formularz do torebki.
- Panno Granger…
- Tak? – uniosła głowę.
- Ładna sukienka – wyszczerzył do niej zęby.
Hermiona nie zdążyła nic odpowiedzieć, ponieważ poczuła szarpnięcie i świstoklik zaniósł ją wprost do Azkabanu.

Idąc ponurymi korytarzami twierdzy, Hermiona starała się uspokoić. Nawet aurorzy widzieli, że jest z nią coś nie tak skoro przyleciała mając twarz czerwoną niczym dorodny pomidor. Wdech, wydech – instruowała się – on tylko powiedział miły komplement, to ty masz jakieś dziwne myśli. Masz chłopaka, opanuj się! Uśmiechnęła się jednak na myśl, że spodobała się Gawainowi jej nowa sukienka. Mama Hermiony oświadczyła któregoś dnia córce, że muszą koniecznie pójść na zakupy. Czarownica nie znosiła chodzenia po sklepach z ubraniami, ale nie chciała sprawić przykrości rodzicielce, która nie miała za często czasu na wypady z powodu Suzanne. W ten sposób stała się posiadaczką seledynowej sukienki, która sięgała do połowy łydki i odsłaniała ramiona. Razem z beżowym sweterkiem stanowiła miłą dla oka parę.

Auror otworzył drzwi do celi i zaprosił Hermionę gestem do środka. Ta weszła niepewnie, mając świadomość, że nadal ma rumieńce na twarzy. Severus zjadł śniadanie, co można było wywnioskować po pustych talerzach leżących na stole, które błyskawicznie zostały zabrane przez aurora.
- Przyszłaś – stwierdził z zadowoleniem. – Dawaj wspomnienia!
- Wypadałoby się najpierw przywitać – oznajmiła Hermiona i założyła ręce na klatce piersiowej.
- Nie pouczaj mnie dziewczyno! Chcę moje wspomnienia! – warknął Snape.
- Może jakbym usłyszała "dzień dobry", „proszę” i „dziękuję, że mnie broniłaś przed Wizengamotem” to wtedy byłabym bardziej skłonna do współpracy! – w Hermionę wstąpił duch walki.

Severus wyglądał jakby zjadł na śniadanie pół kilo cytryn, a nie jajecznicę z kiełbaskami. Jego twarz wykrzywiła się ze złości.
- Miałaś przechować wspomnienia i nawaliłaś! – prychnął. – Daj mi je i idź sobie!
- Skąd pan wiedział, że nawaliłam? – spytała się czarownica.
Snape najpierw zamrugał oczami jakby nie zrozumiał pytania, po czym popatrzył się wymownie w sufit.
- Co cię to obchodzi? – spytał się tonem, jakby rozmawiał z niedorozwiniętą istotą.
- A to, że pan mi o tym powie, a ja oddam panu wspomnienia…
- Nienawidzę jak się mnie szantażuje – wycedził Severus przez zęby.

Nastąpiła cisza, żadne nie chciało ustąpić. Hermiona stała nad swoim dawnym nauczycielem eliksirów, który siedział na materacu i patrzyła się na niego jakby był niesfornym dzieckiem. On za to lustrował jej sukienkę ze zmarszczonymi brwiami. Hermiona doszła do wniosku, że coś musi być w tym kawałku materiału, skoro dwaj dojrzali mężczyźni reagują tak, a nie inaczej. Jednak Severusa Snape’a nie podejrzewała o żaden przychylny komentarz.
- Czekam… - powiedziała cicho, ale ton jej głosu wskazywał, że to ostrzeżenie.

***

Severus był wkurzony: Granger przyszła do niego z samego rana i robiła problemy zamiast dać mu wspomnienia. Na dodatek była w dopasowanej sukience, która zaczęła działać mu na wyobraźnię. Zdumiało go to: nie była ponętna czy coś, nadal była to ta sama, prawie płaska Granger ze splątanymi włosami, którą miał głęboko w poważaniu. Gdyby nie półmrok panujący w celi przysiągłby, że jest jakoś dziwnie rozpromieniona i jej oczy błyszczą niż bardziej. Zaszła w niej jakaś zmiana, nie wiedział jednak jaka, dla niego niewiele zmieniła się od czasu, gdy ukończyła Hogwart. Tylko tego mu brakowało: mieć ochotę rzucić się na każdą osobę płci pięknej. Miał wystarczające problemy przebywając w jednym pomieszczeniu z Sarą. Sukienki, wszędzie te cholerne, mugolskie sukienki! Co te baby sobie wyobrażają? Nie mogą ubrać się w coś ze świata czarodziejów? Sukienki, które miała McGonagall odepchnęłyby każdego, czemu Sara i Granger nie mogą takich nosić?
- Czekam… - usłyszał cichy głos.
- Cholera, Granger, nie denerwuj mnie! – warknął.

Nie miał ochoty bawić się w kotka i myszkę. Chciał tylko odzyskać swoje wspomnienia i wrócić do czytania gazety. Spojrzał na nią i zrozumiał, że w ten sposób nie uda mu się wygrać. Był na straconej pozycji: samotny więzień w celi, bez różdżki.
- Podsłuchałem rozmowę aurorów, gdy byłem na spacerniaku – wyrzucił z siebie z całą nienawiścią do świata, jaką mógł z siebie wykrzesać. – Gadali o tym jak przekupki na mugolskim targu. Cud, że cokolwiek są wstanie rozwikłać, skoro trąbią o takich rzeczach na prawo i lewo.
- Dziękuję – Hermiona uśmiechnęła się do niego. – Wspomnienia są na razie badane i gdy nie będą już potrzebne dostanie je pan z powrotem – dodała.
- Myślałem, że masz je przy sobie! – krzyknął Severus wstając.
- Mówiłam, że je pan dostanie, nie mówiłam kiedy – oznajmiła złośliwie.
- ile to potrwa? – spytał się stając przed nią i patrząc się na nią z góry.
- Nie wiem, tyle ile trzeba… – hardo patrzyła mu się w oczy nie pokazując po sobie nawet śladu irytacji albo złości.

Severus pomyślał, że zaraz wybuchnie. Nie podobało mu się, że jego była uczennica nic sobie z niego nie robi. W Hogwarcie był szanowany, na jego lekcjach zawsze panowała cisza. Gdy tylko mógł wlepiał szlabany i odejmował punkty, a gdy ktoś miał jakieś obiekcje to szybko tego żałował. A teraz stał przed młodą dziewczyną i nie mógł nic zrobić, w żaden sposób na nią wpłynąć. Nie podobało mu się to, szczerze mówiąc bardzo mu się to nie podobało.
- … dlatego niech pan mi nie przysyła wyjców – kontynuowała Hermiona. – Tak się złożyło, że pierwszy otrzymałam akurat w trakcie przyjęcia, na którym było ponad dwudziestu gości… - zrobiła znaczącą pauzę. – Nie jestem w stanie niczego przyśpieszyć. Obiecuję, że oddam wspomnienia, ale proszę być cierpliwym (w tym momencie Severus prychnął na znak, że ma mnóstwo czasu) i jeśli trzeba przesyłać mi zwykłe listy…
- Nie chcę, aby ktoś oglądał moje wspomnienia z powodu twojej tępoty i niedociągnięć!
Hermiona popatrzyła się na niego jak na zdechłego gumochłona. Jej głos drżał z tłumionych emocji, gdy zaczęła mówić:
- Wie pan równie dobrze jak ja, że rzuciłam na nie takie zaklęcia, że niewiele osób byłoby w stanie je złamać. To po pierwsze… Po drugie: nikt nie zobaczy wspomnień, badane są tylko ewentualne ślady złodzieja! Rita także ich nie widziała, bo albo nie była w stanie ich złamać, albo miała jakieś… szlachetne pobudki.

Severus zamyślił się. Sam nie wiedział, czemu był przekonany, że wspomnienia zostały obejrzane przez Ritę. Nie mógł sobie przypomnieć czy coś takiego wynikało z rozmowy aurorów. Może źle coś zrozumiał. Popatrzył się na Granger i odwrócił wzrok. Miał ochotę nadal się z nią kłócić, ale dziewczyna miała rację: widział w jej umyśle, jakich klątw i zaklęć użyła. Sam z niektórymi miałby problem, a co dopiero jakaś dziennikarka… Ktoś, kto ukradł puszkę musiał być potężnym czarodziejem. Na dodatek Granger stwierdziła, że nikt nie dobrał się do zawartości fiolki. Nie musiał zaglądać do jej umysłu, aby wiedzieć, że mówi prawdę. W takich chwilach brała wszystko na siebie, tak między innymi, objawiała się jej denerwująca gryfońskość.

Sekundy mijały, a on nie wiedział, co powiedzieć. Słowa „dziękuję” i „przepraszam” nie były w stanie przejść mu przez gardło. Sara wspominała, że to przyjdzie z czasem. Kiedyś będzie mógł swobodnie wyrzucić z siebie to, co czuje, ale ta chwila jeszcze nie nadeszła… Spojrzał w kąt celi i znalazł pretekst do dalszego wytrząsania się nad Hermioną.
- Dobra! – warknął. - Nie będę przysyłał ci wyjców! Ale książki mogłabyś dawać lepsze, a nie te gnioty!
- Gnioty! – dziewczyna oburzyła się i w duchu Severus przyznał jej rację. – To są perły literatury światowej!
- To jest mugolskie! – czarodziej nakręcał się bardziej, wiedząc, że ma pretekst, aby sobie pokrzyczeć.
- A niby co pan by chciał nie-mugolskiego? – warknęła.
- Coś… co mi się przyda – oznajmił i uniósł wysoko podbródek starając się na nią nie patrzeć.

Hermiona patrzyła się na niego ze złością. Jej oczy zamieniły się w wąskie szparki. Wyglądała jakby chciała mu wygarnąć wszystko, co o nim myśli, ale ostatecznie nie zrobiła tego. Severus miał nadzieję, że uda się ją doprowadzić do furii. W jakiś pokręcony sposób bawiło go to.
- Po dzisiejszym dniu, niech pan się ucieszy, jeśli cokolwiek ode mnie dostanie – oświadczyła lodowatym tonem i odwróciła się do niego tyłem.

Stała tak, aż do czasu, gdy przyszedł auror i wyszła z celi bez słowa. Severus powoli opadł na materac. Czuł się nieswojo, chyba dlatego, że nie powiedziała „do widzenia” jak zwykle.
- Na kły bazyliszka, naprawdę wariuję – mruknął pod nosem.
Sięgając po Proroka Codziennego zauważył, że Hermiona zapomniała wziąć ze sobą książki. Westchnął i wziął się za czytanie gazety.

***

Hermiona wylądowała w gabinecie Gawaina, który na nią czekał. Od razu przeszedł do sedna sprawy:
- Skąd wiedział? – spytał się.
- Podsłuchał rozmowę aurorów podczas spaceru – odpowiedziała i oddała mu piłeczkę.
Szef aurorów nic nie odpowiedział, podszedł do szafy, odłożył byłego świstoklika i wyciągnął jakieś dokumenty.
- Kiedy dostałaś pierwszego wyjca? – spytał się.
- W sobotę wieczorem.
- Czyli musiał podsłuchać to przed południem… - Gawain przeglądał pergaminy. – Acha! Anderson i Goodman! Oni mieli wtedy dyżur… Snape napisał list po południu, Doris go zatwierdziła i wysłała… ona jest tak samo tępa jak reszta towarzystwa – westchnął znacząco.
Odłożył wszystkie dokumenty na biurko i podszedł do drzwi, wychylił przez nie głowę i krzyknął:
- Anderson, Goodman, do mnie!

Po chwili w gabinecie zjawili się wzywani aurorzy. Hermiona od razu rozpoznała, który jest który. Harry opowiadał, że Anderson był łysiejącym szatynem lubiącym ubierać się w starodawne ubrania. Teraz stał przed szefem w kryzie, haftowanym kaftanie i luźnych spodniach kończących się nad kolanem. Goodman za to był młodym aurorem, miał najwyżej dwadzieścia pięć lat i był tak rudy, że mógłby należeć do rodziny Weasleyów. Obydwaj starali się zachować spokój, ale widać było, że się denerwują.
- Patałachy jedne! – zagrzmiał Robards. – Powiecie mi, czemu mielicie ozorem na temat wspomnień Severusa w Azkabanie!? Zwłaszcza przy nim!?
- My wcale nie gadaliśmy przy nim… - zaczął niepewnie Anderson.
- Snape twierdzi inaczej!
- Gadaliśmy o tym – przyznał Goodman. – Każdy gadał, bo wszyscy się zastanawiali, kto jest złodziejem… ale jestem pewny, że nie mówiliśmy o tym przy więźniach – bronił się.
- Gdy więźniowie byli na dziedzińcu nie gadaliśmy za bardzo – dodał Anderson i szarpiąc nerwowo kryzę. – Na pewno powiedziałem, że ładna dziś pogoda…
- … a ja powiedziałem, że tak, a później spytałem się, co słychać u jego wnuczki… - wtrącił Goodman.
- … odpowiedziałem, że wszystko w porządku, zaczęła chodzić. Potem spytałem się jak idą przygotowania do ślubu Irvina, a on…
- Dość! Dość! – jęknął Gawain łapiąc się za głowę. – Nie interesuje mnie, o czym gadaliście! Faktem jest, że Severus Snape dowiedział się o wszystkim! A nie miał prawa dowiedzieć się o tajnym śledztwie! – ryknął i walnął pięścią w biurko. - Czemu ja pracuję z takimi tłumokami? To już twoja kolejna wpadka Anderson! – warknął.
- Ja wcale… - zaczął się bronić auror.
- Jeszcze jeden raz nawalisz, a będę musiał potrącić ci z pensji!

Atmosfera się zagęściła. Hermiona pomyślała, że wolałaby nie być świadkiem tej rozmowy. Aurorzy patrzyli się bezradnie na siebie nie wiedząc jak przekonać szefa do swoich racji. Dopiero Anderson przerwał ciszę:
- Tak jest szefie! – zasalutował. – Postaram się więcej nie nawalić!
- Ja to samo! – Goodman naśladował starszego towarzysza.
- Dobrze, że się rozumiemy – stwierdził Gawain. – Możecie wracać na swoje stanowiska.

Aurorzy popędzili w kierunku drzwi jakby bali się, że jeśli nie zrobią tego dostatecznie szybko, to szef ich zawróci i powtórzy połajankę. Hermiona pomyślała, że ona także powinna już iść. Odwróciła głowę w stronę biurka i zobaczyła, że Gawain patrzy się na nią.
- Przykro mi, że byłaś tego świadkiem, panno Granger, ale teraz wiesz, kto jest winny przecieku – powiedział i westchnął. – Muszę być ostry, w tym zawodzie wszystko powinno być jak w zegarku, ale jest ciężko, gdy mam takich ludzi… - uśmiechnął się przepraszająco.

Hermiona nadal nie mogła się powstrzymać od myśli, że jak na mężczyznę, który ma koło pięćdziesiątki, Gawain Robards jest wyjątkowo przystojny, gdy się uśmiecha.
- Och! Ja rozumiem… naprawdę – odpowiedziała szybko, modląc się w duchu, aby nie dostać rumieńców. – Ja… ja już pójdę… nie będę… eee… przeszkadzać – wydusiła z siebie i zaczęła się cofać ku drzwiom. – Dziękuję za wszystko i do widzenia! – krzyknęła i wyszła z gabinetu nie czekając na reakcję Gawaina.

Szła ku windom szybciej niż by chciała. Zachowujesz się gorzej niż nastolatka, która dowiedziała się, co robi się z facetem! – była zła na samą siebie. Gdy dopadła kabiny, wcisnęła guzik i powoli wydmuchiwała powietrze z płuc w miarę jak winda jechała w górę. Nie będę tutaj przychodzić, chyba, że po wspomnienia. Oddam je Severusowi i nigdy więcej się tutaj nie pojawię! – postanowiła. Nie chciała robić z siebie idiotki kolejny raz przed Gawainem Robardsem. Zobaczyła w nim podobieństwo do przystojnego aktora i od razu zaczęła myśleć o głupotach. Zachowała się prawie identycznie jak podczas lekcji z Gilderoyem Lockhartem. Była w nim porządnie zadurzona, tak bardzo, że nie dostrzegała jego wad. Tylko, że wtedy miała dwanaście lat, a teraz zbliżała się wielkimi krokami do dwudziestki. Miała poukładane życie i nie potrzebowała zmian: niedługo dostanie się na staż i zacznie pracować w Ministerstwie Magii, wyjdzie kiedyś za Rona i będą mieli dzieci. To jest dobry plan – stwierdziła i poszła w stronę przystanku autobusowego.