Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angelique Ratine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angelique Ratine. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 czerwca 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 15 – Drzewo genealogiczne


Augustyna pożegnała się z córką i wyszła z jej butiku, który znajdował się w Magowie. Małgorzata nie była wcale zdziwiona z powodu wizyty swojej matki. Nie raz staruszka pojawiała się w stolicy, aby spotkać się z którąś z koleżanek i czasem wpadała do jej pracy na szybką kawę po albo przed podróżą świstoklikiem. To stało się tak naturalne, że Małgorzacie nie przyszło do głowy, że jej matka może mieć tym razem inny cel.

Staruszka wyciągnęła z torebki mały arkusik papieru i przeczytała co jest na nim napisane. Upewniła się, że znalazła odpowiedni adres i weszła w bramę skromnej kamienicy. Jej wzrok prześlizgnął się po podwórku i zatrzymał na wejściu do klatki schodowej. Augustyna trochę się zasapała podczas wchodzenia na trzecie piętro, nie była już młoda i starość dawała jej się powoli we znaki. Miała 81 lat, przeżyła wojnę i śmierć męża. Czym wobec tego są dla niej schody? Da radę!

Biuro detektywa było równie skromne tak jak kamienica. Na ścianach i podłogach nie było ozdób, w których tak bardzo lubowali się czarodzieje, meble były proste. Augustyna usiadła na twardym krześle i popatrzyła się na człowieka, którego zamierzała wynająć. Na oko miał czterdzieści lat, ubrany był w czerń, przez którą przypominał księdza. Jasne włosy koloru czekolady miał przystrzyżone krótko. Spoglądał na staruszkę bystrymi, ciemnobrązowymi oczami, nad którymi umiejscowione były krzaczaste brwi.
- Czym mogę pani służyć? – spytał się po chwili ciszy.
- Chcę, aby ustalił pan pochodzenie pewnej dziewczynki.

Detektyw uniósł brew i spojrzał się na Augustynę z niedowierzaniem. Po chwili parsknął śmiechem.
- Droga pani, nie zajmuję się takimi pierdołami – stwierdził rozbawionym tonem. – Mam na swoim koncie odnalezienie mordercy Haliny Czartoryskiej i odnalazłem skradzioną biżuterię księcia Leonida! – wypiął dumnie pierś.
- Tak słyszałam o tych sprawach, dlatego uważam, że pan będzie najlepiej nadawał się do tej roboty – odparła Augustyna spokojnie.
- Moje usługi są jednymi z najdroższych w kraju! – oświadczył mężczyzna mając nadzieję, że to zniechęci starszą panią.
- Jestem w stanie zapłacić za wszystko – odparła czarownica z uśmiechem i wyjęła z torebki zdjęcia oraz zapisane kartki. – To jest moja wnuczka Amelia Ratine, chodzi do jednej klasy w Durentiusie z Patrycją Michalską, która wygląda identycznie jak ona. Chcę, aby sprawdził pan czy jest spokrewniona z tą rodziną – podała detektywowi kartkę, na której było zapisane nazwisko.

Mężczyzna popatrzył na nią rozbawionym wzrokiem i mina szybko mu zrzedła. Augustyna zobaczyła, że na jego czole pojawiają się kropelki potu, a palce zaciskają się nerwowo. Spojrzał się badawczo na czarownicę.
- Jest pani pewna…?
- To tylko domysły, możliwe, że to tylko zbieg okoliczności. Jeśli jest z nimi spokrewniona to przez matkę. Jej ojciec jest kompletnym mugolem.
- Ta rodzina… ja nie wiem czy się tego podejmę – oświadczył detektyw i głośno przełknął ślinę. – Musiałbym polecieć do Wielkiej Brytanii i do Rosji, ktoś mógłby coś zacząć podejrzewać. Ryzyko, spore ryzyko…
- Zapłacę za wszystko – powiedziała staruszka poważnym tonem. – Jeśli będzie pan ostrożny to nic się panu nie stanie. Jeden siedzi w Nurmengardzie, drugi nie żyje. Nie wiem jak potoczyły się losy ich kobiet oraz dzieci, może ktoś jest spokrewniony z dziewczynką. Na tej kartce napisałam wszystko co o niej wiem – wskazała odpowiedni arkusz papieru.
- Delikatna sprawa, bardzo delikatna. Już wiem, czemu pani do mnie przyszła.

Augustyna kiwnęła potakująco głową, postanowiła pochlebić człowiekowi, którego chciała wynająć:
- Jest pan najlepszy, wierzę, że dowie się pan wszystkiego. Nikt inny do tej roboty się nie nadaje.
Czarodziej zastanawiał się przez chwilę. Popatrzył się na swoje nagrody, które stały w gablocie przy drzwiach. Były to jedyne ozdobne rzeczy w pomieszczeniu. Po dłuższym namyśle zdecydował się na współpracę.
- Zgoda, ale to będzie kosztowało dwa razy więcej niż zwykle i jeśli pojawią się jakiekolwiek kłopoty od razu zrywam kontrakt!

***

Internet nie pozostawiał złudzeń: zrobienie testów genetycznych nie było ani prostą, ani tanią sprawą. Angela myślała, że wszystko będzie łatwiejsze. Jednak teoria teorią, a życie życiem. Miała dwie możliwości. Pierwsza obejmowała zebranie materiału genetycznego całej rodziny Patrycji oraz wszystkich krewnych jej i Amelii, co było bardzo drogą zabawą. Druga opcja polegała na wybraniu najbardziej prawdopodobnych osób, co było zdecydowanie tańsze, ale jeśli by się pomyliła to testy należało powtórzyć. Najgorsze, że nie mam kasy, aby przebadać wszystkich – jęknęła w myślach nauczycielka.

Zarówno Patrycja jak i Amelia były mocno zawiedzione, gdy w poniedziałek przyszły do gabinetu Angelique, a ta musiała im powiedzieć, że na razie nic z tego. Obydwie zaczęły protestować i oznajmiły, że oddadzą całe swoje kieszonkowe, aby tylko dowiedzieć się czy są krewnymi. Patrycja była gotowa nawet oszukać swojego ojca i wmówić mu, że mają jakąś wycieczkę czy coś podobnego, ale Angela nie mogła jej na to pozwolić.
- Nadal nad tym siedzisz? – spytał się Miłosz, gdy wszedł do jej gabinetu.
- Nadal nie nauczyłeś się, że się puka do drzwi? – blondynka spojrzała na niego spode łba.
- Miałem nadzieję, że siedzisz naga albo coś…
- Bardzo zabawne!
- Kiedyś zdobędę twoje serce… – czarodziej westchnął ostentacyjnie i usadowił się na krześle przed biurkiem. – Mogę dać ci tysiaka na te badania, kiedyś oddasz.
- Nie, dziękuję, poradzę sobie.
- Mówiłaś, że najbardziej prawdopodobna jest twoja babcia. Bierz od niej materiał, jakieś włosy czy coś.
- Nie wiem, z której strony Patrycja może być ze mną spokrewniona, od ojca czy od matki.
- Masz pewność, że jej stary jest mugolem. Może jej matka była czarownicą, ale ukryła to przed rodziną – zauważył były auror.
- Możliwe – zgodziła się Angela. – Tylko jak to sprawdzić?
Ku jej zdumieniu Miłosz roześmiał się tak mocno, że pociekły mu łzy po policzkach.
- Pracujesz w szkole magii, która ma największą bazę danych czarownic i nie wiesz jak to sprawdzić? Ale z ciebie blondynka!

Angela fuknęła na niego i schowała notatki. Wiedziała, że nie jest w stanie gniewać się na Miłosza długo. Często jej dogryzał, ale robił to w tak serdeczny sposób, że złość szybko jej mijała. Spojrzała się wymownie na sufit i czekała.
- No dobra, przepraszam! – łysy czarodziej wytrzymał tylko kilka sekund jej focha. – Dowiedz się wszystkich szczegółów o matce Patrycji i sprawdź czy nie chodziła do Durentiusa.
- No dobra, powiem Pyśce aby zrobiła swoje drzewo genealogiczne. Zawsze może wytłumaczyć się w domu, że to praca na lekcję czy coś…
- Ha! Dobrze kombinujesz! – stwierdził z uznaniem Miłosz i puknął pięścią w ramię Angeli.
- Ała! Nie w szczepionkę brutalu!
- Sorry!

***

Patrycja leżała na brzuchu na łóżku z Zochą w ich pokoju w internacie. Obydwie pochylały się nad zeszytem, w którym wyższa z dziewczynek wypisywała członków swojej rodziny od strony ojca.
- Po co komu dziewięcioro dzieci? – wymamrotała Patrycja gniewnie. – W życiu nie dojdę kto jest kim! Tata prawie się z nikim nie spotyka, niektórych widziałam tylko raz na komunii kuzynki Weroniki, ale większości nie znam. Skąd mam wiedzieć jak się nazywają te wszystkie ciotki i wujkowie? Bawiłam się z jakimiś dzieciakami, ale nie pamiętam kto jest kim! Masakra! – poskarżyła się Zośce.
- Pisz i nie marudź, będziesz mieć mniej roboty w domu. Ojciec ci sprawdzi, podopisuje kto jest kim i oddasz sorce Angeli – stwierdziła czarnulka i wzięła do ust ostatniego krakersa. – Ftedy mofemy se sfotkać f Luflinie.
- Tata chyba by wiedział gdyby miał czarodzieja lub czarownicę w rodzinie… – stwierdziła z nadzieją w głosie Patrycja.
 - Taaa – prychnęła Zocha. – A te wszystkie formularze o tajemnicy są dla picu! – zmięła opakowanie i rzuciła nim w stronę kosza na śmieci. – Dziesięć punktów! Brawo ja! – wykrzyknęła ucieszona, gdy trafiła do pojemnika.
- Najgorsze, że prawie nic nie wiem o rodzinie mamy – ciągnęła Pyśka. – Opowiadała mi, że dziadek był marynarzem i jego okręt zatonął, gdy była bardzo mała. Nikt się nie uratował i nigdy nie odnaleziono jego ciała. Babcia za to zmarła kilka lat później, zachorowała na coś… chyba raka… nie pamiętam dokładnie.
- Wtedy twoja mama trafiła do sierocińca? – Zocha mimo wrodzonej gadatliwości potrafiła słuchać innych ludzi.
- Tak. Opowiadała, że miała ciotkę, chyba siostrę dziadka, ale ta była pokręconą kociarą czy coś i jej nie chciała wziąć do siebie. Za to była na nią strasznie obrażona i się do siebie nie odzywały. Nawet nie wiem czy ta ciotka żyje. Nigdy jej nie widziałam na oczy. W sumie to nie wiem czy chcę się z nią spotkać, straszna chamówa, że nie chciała zaap… zada… zadap…
- Mówi się „zaadoptować” miernoto! – wtrąciła Telimena, która weszła do pokoju. – To takie proste słowo, a ty go nie potrafisz wypowiedzieć. Nic dziwnego, że łapiesz kiepskie oceny! – popatrzyła się na koleżankę z góry, co było możliwe z tego powodu, że Patrycja leżała na łóżku i była po prostu niżej.
- Pyśka kiedyś się wszystkiego nauczy, a ty zostaniesz kretynką do końca życia – warknęła Zocha. – A tak swoją drogą… jak ci idzie samodzielne ubieranie się?

Od poniedziałku mieszkały razem we trójkę, ponieważ Kasię rozłożyła grypa czarodziejów, która przebiegała podobnie jak mugolska, z tą różnicą, że podczas kichania uwalniała się moc. Koleżankę zabrano do domu, ponieważ co chwila wyczarowywała wielkie stada robaków. Od tego czasu Telimena nie miała kim pomiatać. Musiała pojechać do Mystóp, aby kupić luźne ubrania, ponieważ nie potrafiła samodzielnie zasznurować gorsetu i założyć stelażu pod suknię. Dodatkowo nie miał kto jej ułożyć włosów, które zamiast prezentować się w ciasnych skrętach zwisały smętnie upięte byle jak na karku. Patrycja z Zochą zgodnie stwierdziły, że za służące nie będą robić i wyśmiewały się z Telimeny przy każdej możliwej okazji. Koleżanka z klasy nie zostawała im dłużna.
- Odczep się ode mnie! Ktoś pochodzący z rynsztoka nigdy nie zrozumie dobrze urodzonej panny! – odcięła się.
- Raczej kaleki życiowej!
- Przynajmniej moja matuś nie była płatną grzesznicą tak jak twoja!
- Ty wstrętna wywłoko!

***

Paul patrzył na biegnące ku niemu koleżanki. Mimo niskiej temperatury panującej na dworze umówili się, że pójdą po południu do lasu, aby poćwiczyć wyczarowanie patronusa. Sprawdzili w książkach, że jest to prawdziwe zaklęcie i razem z Amelią postanowili nauczyć się go. Teraz spotykali się we trójkę, ponieważ siostra Angelique musiała wracać do domu po lekcjach. Patrycja z Zochą wyszczerzyły zęby do przyjaciela, a ten od razu zrozumiał, że musiało się coś stać.
- Co wyście tym razem zrobiły? – spytał się wiedziony ciekawością.
- Telimena znowu się rzucała jak wesz na grzebieniu, więc postanowiłyśmy ją trochę uspokoić – wyjaśniła Zocha.
- Taaaa – Patrycja zachichotała. – Pomogłyśmy jej poszukać wejścia do Narnii.
- Do czego? – zdziwił się blondynek.
- Zamknęłyśmy cholerę w szafie. Wypuścimy ją jak wrócimy – Zocha była z siebie dumna.

Paul miał ochotę walnąć obydwie w pusty łeb. To co zrobiły były bardzo zabawne, ale na bank zarobią tygodniowy szlaban. Chrząknął i zapalił różdżką lampę, którą przyniósł ze sobą. Jeśli mieli siedzieć w lesie lepiej było to robić przy świetle.
- Za mną – rzucił krótko.
Odkąd zamieszkał w internacie często spacerował po lesie zapuszczając się w odległe miejsca. Wolał towarzystwo roślin i zwierząt niż kolegów z klasy, którzy preferowali głupie zabawy. Dobra książka o magii czytana na polanie to było coś, co Paul najbardziej cenił. Jako, że był najmniejszy w klasie i wyglądał jak dziecko od razu stał się wyrzutkiem. Dodatkowo naśmiewano się z niego za to, że zaprzyjaźnił się z dziewczynami. Nie rozumiał, jakie to miało znaczenie. Patrycja, Amelia i Zocha były fajne oraz zabawne, na dodatek nigdy się z niego nie naśmiewały. Teraz zaś prowadził je w miejsce gdzie będą osłonięci przed niepożądanym wzrokiem.
- Łał! Tu jest zajebiście! – zawołała Zocha i rozejrzała się dookoła.

Byli w rozpadlinie skalnej, na której dnie płynęła wąziutka wstążka wody, która wpadała do rzeki Czarnulki. Ściany porośnięte były mchem i ozdobione były różnymi formacjami kamieni. Nad nimi wznosił się las, który utracił już zdecydowaną większość liści.
- Dobra, pamiętajmy po co tu przyszliśmy! Skupiamy się na najszczęśliwszym wspomnieniu i przywołujemy patronusy! – zakomenderował Paul.

Trójka przyjaciół zamyśliła się. Nie mogli się doczekać, kiedy zobaczą, jakie zwierzęta są im przypisane. Nie robili tego z powodu dementorów, ponieważ te siedziały głównie w Anglii i okolicach. Ich celem było wyczarowanie cielesnych patronusów, aby móc się ze sobą kontaktować oraz wzbudzić podziw wśród nauczycieli i rówieśników.
- Expecto Patronum! – wrzasnęła Zocha.
Paul zerknął w jej stronę, ale nic się nie wydarzyło. Patrycji także się nie udało. Teraz była kolej na niego. Przypomniał sobie jak był szczęśliwy, gdy dostał od dziadków kota na urodziny. Czarną, włochatą kulkę, która wpatrywała się w niego swoimi intensywnie błękitnymi oczami.
- Expecto Patronum! – wrzasnął.

Nic. Kolejna nieudana próba. Ćwiczyli to zaklęcie od tygodnia, ale żadne z nich nie wyczarowało nawet strzępka mgły. Może bez dementorów czających się w pobliżu nie mieli odpowiedniej motywacji? Albo byli za słabi w czarach?
- Hmmm, myślicie, że znajdziemy w zamku jakiegoś bogina? Może z nim nam lepiej pójdzie? – zaczęła zastanawiać się głośno Zocha.
- Pomysł dobry, ale skąd wiesz, że zamieni się w dementora?
- No fakt – zasępiła się czarnowłosa czarownica. – Prędzej wyjdzie z szafy jako sorka Chruszczewska i zacznie się na mnie drzeć, że zasłużyłam na kolejną pałę…

Obydwoje popatrzyli się na Patrycję, która z zaciętą minął ciągle próbowała wyczarować patronusa.
- Expecto patronum! Expecto Patronum! Expecto Patronum! – krzyczała i wymachiwała dziko różdżką.
- Ta to ma zacięcie – mruknął Paul.
- Expecto patronum! Expecto Patronum! Expecto Patronum!
- Bierzmy z niej przykład i ćwiczmy – zadecydowała Zocha i już miała skupić się na swoim najszczęśliwszym wspomnieniu, gdy zobaczyła, że z różdżki Patrycji wypływa lekka mgiełka.
- Udało mi się! – zawołała czarownica. – Jest! W końcu udało mi się coś, jako pierwszej! – skakała z radości na jednej nodze. – Szkoda tylko, że nie był to cielesny patronus… - stanęła zakłopotana.

Zocha rzuciła się, aby ją wyściskać. Obydwie zwaliły się na butwiejące liście.
- Pyśka! Nie mogę się doczekać aż opowiemy o tym Ami! Ale się ucieszy! Gratulacje! – wrzeszczała czarnowłosa dziewczynka.
Paul zdecydował, że pogratuluje Patrycji zaraz po tym jak uratuje jej życie, ponieważ koleżanka wyraźnie dusiła się przygnieciona przez Zochę.

***

Ilona Jasińska nie za była bardzo zdziwiona, gdy Telimena wpadła do jej gabinetu z płaczem. Z tego co udało jej się ustalić została zamknięta w szafie przez Zochę Kowalską i Patrycję Michalską. Uspokoiła rozhisteryzowaną nastolatkę i odprowadziła ją do pokoju. Tam poczekała na swoje podopieczne, które miały wrócić przed kolacją.

Gdy Patrycja z Zochą weszły do pokoju zrozumiały, że mają przerąbane. Ich plan zakładał, że wypuszczą Telimenę i spróbują zmodyfikować jej pamięć. Wprawdzie żadna nie robiła czegoś takiego, ale stwierdziły, że należałoby poćwiczyć. Umiejętność rzucania takich czarów mogła im się kiedyś przydać, chociażby na klasówce z matmy (profesor mógłby zapomnieć, że mają ją pisać). Widok rozgniewanej pani Ilony uświadomił dziewczynkom, że ktoś wypuścił Telimenę, która zdążyła się poskarżyć opiekunce.

Jeden rzut oka w stronę koszy na śmieci rozwiązało sprawę. Patrycja zupełnie zapomniała, że tego dnia chimery chodziły po pokojach. Jacek, Wacek i Pankracek to były nazwy trzech ożywionych posągów, które miały za zadanie wyjadać śmieci z koszy. Pierwszy z nich preferował odpadki organiczne, drugi papier, a trzeci wszystko, co nie mieściło się w pozostałych kategoriach. Z Jackiem można było normalnie porozmawiać, ponieważ profesor od transmutacji przyłożył się do czaru. Jego chimera była smakoszem i uwielbiała raczyć dziewczynki opowiadaniem o smakach poszczególnych rzeczy. Wacek był mniej udany, burczał coś pod nosem i szatkował papier wielkimi zębiskami niczym niszczarka. Pankracek za to zaczarowany był przez jakiegoś ucznia i porozumiewał się ze światem gestami oraz chrząknięciami. Z jego manierami było na bakier i zawsze po jego uczcie trzeba było sprzątać. Widocznie chimery uwolniły Telimenę.
- Czy możecie mi wyjaśnić co się tutaj stało? – spytała się pani Ilona gniewnym tonem.
- Telimena chciała iść do Narni, ale widocznie zgubiła drogę – odpowiedziała błyskawicznie Zocha z miną niewiniątka.
- Mam z wami skaranie boskie – westchnęła opiekunka. – Do końca tygodnia macie szlaban na wychodzenie z pokoju!
- A na lekcje musimy chodzić?
- Musicie! – odwarknęła pani Ilona. – Jest prawie listopad, a nikt nie ma na koncie tyle szlabanów co wy! Przeproście koleżankę i jazda na kolację!

Telimena popatrzyła się na nią z niedowierzaniem malującym się na twarzy. Widocznie uważała, że to zbyt mała kara jak na to, co ją spotkało. Dziewczyny wyszczerzyły się do niej nieszczerze i wysylabizowały przeprosiny jakby była opóźniona umysłowo. Usatysfakcjonowało to opiekunkę, która wyszła z pokoju.
- Nawet ona cię nie lubi – oznajmiła głośno Zocha patrząc na Telimenę. – Przecież jest środa, a te dwa dni siedzenia w pokoju to pierdnięcie w oponkę.
Niska czarownica rzuciła się gwałtownie na łóżko i odwróciła się od niej ostentacyjnie plecami. Patrycja w ogóle się tym nie przejęła. Podeszła do biurka, wzięła zeszyt i zaczęła ponownie pracować nad swoim drzewem genealogicznym.

czwartek, 12 maja 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 14 – Sarny Mniejsze


W korytarzu szkolnym przed klasą numer 121 nastąpił ogólny rozgardiasz. Ktoś złapał Małgorzatę, aby nie upadła, inna osoba wyczarowała kielich, aby nalać jej wody, jakaś kobieta podała jej eliksir przeciwko omdleniom. Patrycja nie wiedziała, co się dzieje. Co było w tym dziwnego, że wyglądała jak Amelia? Przecież wiele osób jest do siebie podobnych! Jednak rodzice jej koleżanek i kolegów z klasy patrzyli się na nią i szeptali między sobą. Co raz bardziej denerwowało to dziewczynkę. Zaczęła żałować, że nie jest w internacie.

Mama Amelii doszła do siebie w zadziwiająco krótkim czasie. Uśmiechnęła się słabo i podeszła do Michalskich.
- Nie mogę w to uwierzyć, po prostu nie mogę! Jaki cudem? – spytała patrząc się badawczo na Patrycję.
- To pani jest mamą tej drugiej dziewczyny? – zagaił pan Grzegorz. – Córka mi opowiadała, że są podobne, ale myślałem, że zmyśla.

Patrycja popatrzyła się na ojca z wyrzutem. Jak mógł coś takiego powiedzieć? Przecież nie miała, po co kłamać! Prychnęła ostentacyjnie na znak, że jest obrażona, ale tata nie zwrócił na nią uwagi.
- Podobne? – zdziwiła się Małgorzata. – One są identyczne!
- Naprawdę?
- Oprócz włosów… moja Amelia ma krótsze… i oczy! Tak, oczy, są innego koloru – czarownica jeszcze raz dokładnie obejrzała Patrycję od góry do dołu. – Pan nie widział mojej córki? No jasne, że nie, nie było jak… a tak w ogóle to chyba zapomniałam się przedstawić! Małgorzata Ratine! – podbiegła do ojca Patrycji i go uścisnęła. – Nadal jest pan w szoku? Nic dziwnego! Ja przed chwilą też byłam! Nasze rodziny muszą się koniecznie spotkać, wtedy zobaczymy jak dziewczynki wyglądają obok siebie. To doprawdy niesamowite! Niech tylko mój Pierre je zobaczy! Och, ciekawe co powie… - nabrała powietrza i odwróciła się do Patrycji. – Słyszałam, że jesteś miła i Amelia cię lubi. To dobrze, mam nadzieję, że będziecie najlepszymi przyjaciółkami! Nadal nie mogę uwierzyć, że jesteś prawdziwa! Chodź no tu! – złapała policzek dziewczyny i zaczęła nim trząść. – Jesteś tak samo słodka jak moja Amelcia.

Patrycja po tych pieszczotach odsunęła się od niej jak tylko mogła najdalej. Czuła się mocno zawstydzona tym, że matka jej koleżanki potraktowała ją publicznie jak niemowlaka. Miała ochotę wygarnąć, co myśli o takim traktowaniu, ale nie chciała zrobić przykrości Amelii. Powstrzymywało ją także to, że nie wiedziała, jaka będzie reakcja jej ojca. Patrząc jak wdał się w towarzyską pogawędkę z matką Ami mogła śmiało przypuszczać, że będzie niezadowolony.
- Wytargała cię jakbyś miała dwa lata – szepnęła jej do ucha Zocha. – Wariatka, no kompletna wariatka!
- Miałam ochotę odgryźć jej paluchy – bąknęła Patrycja i roztarła sobie bolący policzek.
- Szkoda, że tego nie zrobiłaś – koleżanka zachichotała. – Patrz, idzie pan Miłosz! Czeeeeeeeeeść sooooorzeeee! – wydarła się na cały korytarz.

To wcale nie speszyło wychowawcy, zasalutował uczennicom i otworzył drzwi do klasy. Gestem zaprosił rodziców do środka. Poczekał aż wejdą wszyscy i zamknął powoli drzwi, przy okazji puszczając Zośce „oczko”.
- Uwielbiam tego człenia, zajebisty jest! – zachwyciła się czarnulka.
- No! – odrzekła Patrycja i usiadła na najbliżej stojącej ławce. – Mam nadzieję, że dostanę małą zjebę od ojca za oceny.
- Hej, to mój tekst! – Zocha udała, że się obraża. – Spoko, nie jest źle! Jakoś się je wyklepie do półrocza…
- Mam dwie tróje z matmy, a jest koniec października.
- Ja mam dwie lufy z magoznastwa za pyskowanie i nie płaczę z tego powodu.
- Bo masz wszystko w tyłku skoro nikt od ciebie nie przyszedł na wywiadówkę!
- Szczegóły! – odparła Zocha, wyjęła różdżkę i zmusiła do tańczenia sznurówki przy swoich trampkach.

***

Miłosz Chmielewski twierdził, że uczniów powinno się głośno chwalić, a ganić po cichu. To było pierwsze zebranie z rodzicami, odkąd został wychowawcą tej klasy i postanowił najpierw pochwalić swoich podopiecznych, a dopiero później rozdać kartki z ocenami. Problemem było to, że minęły niecałe dwa miesiące od początku roku szkolnego i nie miał za bardzo, o czym mówić. Dlatego skupił się na Otrzęsinach Pierwszaków. Starał się opowiedzieć coś dobrego o każdym ze swoich uczniów, ale nie udało mu się ukryć, że niektórzy się nie popisali. Przemilczał występ Telimeny, która spędziła całą potyczkę na próbach wygrzebania się z dołu wypełnionego błotem. Nie wspomniał również o Adamie, który na widok zaczarowanego kurczaka zemdlał ze strachu, ani o Lilianie, która uczepiła się żywopłotu i krzyczała, że umrze. Skupił się na brawurowej akcji Zochy, Patrycji, Paula i Amelii:
- … wtedy Patrycja złapała Paula! Taka akcja, jak w filmie! No… takim mugolskim! Chyba państwo pamiętają coś z mugoloznastwa… W tym czasie Zocha walczyła z Marią Dimitrową i Piotrem… jakimś tam, zapomniałem nazwiska! Zaklęcia śmigały, w lewo, w prawo, jak fajerwerki! Tłum wył! Takie widowisko! Proszę państwa, żałujcie, że tam nie byliście! Wydawało się, że klasa „d” wygra, ale wtedy…
- Yhm, yhm – przerwała mu matka Telimeny.
- Taaak? – Miłosz powoli zaczął wracać do rzeczywistości.
- Czy mógłby pan w końcu przejść do konkretów, a nie wychwalać pod niebiosa jakąś durną zabawę? – fuknęła ze złością.

Wychowawca zamrugał, próbując sobie przypomnieć gdzie się znajduje i co ma robić. Zupełnie zapomniał o bożym świecie, gdy relacjonował przebieg otrzęsin. Matka Telimeny stała i wpatrywała się w niego natarczywie, z miną świadczącą o tym, że ma lepsze rzeczy do roboty niż słuchanie o jakichś głupotach. Miłosz musiał przyznać, że nie znosi tej durnej baby. Co chwila nachodziła go, aby ponarzekać na wszystko: zacząwszy od Zochy, po jedzenie w stołówce, brak służby w internacie, kolejny raz na Zochę i złych nauczycieli, którzy nie stawiają Telci samych szóstek za to, że oddycha i pojawia się na lekcjach. Miał ochotę złapać ją za kudły i walnąć jej głową o ławkę, a później kopnąć z półobrotu. Niestety, nie złamała prawa, a on już nie był czynnie działającym aurorem. Czasem żałował, że odszedł ze służby, brakowało mu walki.
- A no dobrze… skoro pani chce… – z ociąganiem wziął stos kartek z biurka i zaczął wyczytywać nazwiska uczniów.

***

Grzegorz Michalski nie był zachwycony ocenami córki, ale wiedział, że Patrycja ma jeszcze czas na poprawę. Zawsze miała nierówne wyniki: potrafiła zebrać kiepskie noty, a później je poprawić bez żadnego wysiłku. Przyzwyczaił się do faktu, że matematyka idzie jej kiepsko. Pocieszał się, że z magicznych przedmiotów miała same piątki i czwórki. Siedząca obok niego w ławce Małgorzata Ratine mruczała z zadowolenia patrząc na bardzo dobre oceny Amelii.
- Musi pan załatwić Patrycji korepetycje – poradziła, zerkając na kartkę trzymaną przez mężczyznę.
- Eeee, no może… - stwierdził niepewnie. – Z magicznych przedmiotów jest dobra, resztę nadrobi.
- Edukacja jest bardzo ważna – oświadczyła stanowczo czarownica. – Obowiązkiem dzieci jest uczyć się i przynosić do domu same piątki i szóstki. Odpuściłam Angeli i została tylko nauczycielką – prychnęła z niezadowoleniem.
- A to źle? – zainteresował się ojciec Patrycji. – Chodzi o nauczycielkę mugoloznastwa? Pani jest jej matką? – spytał się z niedowierzaniem.

Matka Amelii nie wyglądała na kobietę w takim wieku, że mogłaby mieć dorosłą córkę. Gdy ją zobaczył myślał, że są w podobnym wieku, ale teraz dopadły go wątpliwości. Możliwe, że to prawda, co było napisane w „Harrym Potterze” i czarodzieje naprawdę starzeli się o wiele wolniej od mugoli.
- Oprócz Angeli i Amelii mam jeszcze szesnastoletniego syna – odpowiedziała z uśmiechem, mile połechtana przypadkowym komplementem. – Nauczycielka… to niezbyt prestiżowy zawód. Myślałam, że będzie artystką, tak samo jak ja z mężem.
- Dzieci mają różne pomysły na życie – odparł pan Grzegorz.
- Tak, ale powinny brać pod uwagę zdanie o wiele bardziej doświadczonej matki.
- Możliwe. Ja Patrycji nie mogę nic powiedzieć, ponieważ nie znam świata czarodziejów…
- Och, to nie problem! – czarownica położyła rękę na ramieniu Grzegorza. – Musicie koniecznie mnie odwiedzić… Porozmawiamy o wszystkim i o niczym… Sobota panu pasuje?

Mężczyzna popatrzył się na Małgorzatę nie wiedząc, co odpowiedzieć. Nieczęsto dostawał zaproszenie od osoby, którą znał od kilkudziesięciu minut. Pomyślał, że właściwie, co mu szkodzi. Może dzięki temu dowie się więcej na temat świata czarodziejów.
- Czemu nie? Pomoże mi pani w zrozumieniu tego wszystkiego – machnął ręką w stronę wypchanego ponuraka w kącie klasy. – Gdzie i o której mam przyjechać?
- Może po południu, czternasta, piętnasta?
- Piętnasta.
- Wspaniale! – ucieszyła się Małgorzata. – Mój adres to Sarny Mniejsze, numer dwa. Niestety, świstokliki do nas nie docierają, więc musi pan przybyć z Patrycją siecią kominkową…
- Ach tak, tak! – Grzegorz zdenerwował się, ale starał się mimo to uśmiechać. – Kupimy proszek Fiuu  i pojawiamy się u pani!

Jeszcze nie podróżował w ten sposób i nie był pewny czy chce. Pamiętał, co się stało z Harrym, gdy ten źle wypowiedział, gdzie ma lecieć. Może Patrycja będzie bardziej obeznana w tych sprawach. Powie mu, co ma robić i nie zrobi z siebie głupka przed czarodziejską rodziną. Miał szansę dowiedzieć się czegoś więcej na temat świata, do którego wkroczyła jego córka. Chciał także zobaczyć Amelię, aby stwierdzić, czy jej matka nie przesadza z opisem podobieństwa. Jeśli dziewczynki naprawdę wyglądały identycznie należałoby zbadać sprawę. Może są spokrewnieni? Był pewny, że ze swojej strony nie miał nikogo magicznego. Może Anna miała w rodzinie czarodzieja lub czarownicę? Może Małgorzata Ratine wspomni o kimś, o kim słyszał?

Z rozmyślań wyrwał go głos wychowawcy, który kłócił się z matką Telimeny na temat tego, że nie usunie z terenu szkoły magicznych stworzeń, które powodują objawy alergiczne u jej córki.

***

Chwilę przed piętnastą Patrycja stała z ojcem przed kominkiem w Wydziale Komunikacji Magicznej w Lublinie. Kupili odpowiednią ilość proszku Fiuu w kasie, aby polecieć do Saren Mniejszych i wrócić. Pracownica WKM odmierzyła odpowiednią ilość i zapakowała go w cztery woreczki. Patrycja widziała nie raz jak Ami wrzuca pakunek do kominka, wchodzi w płomienie i mówi adres swojego domu. Wydawało się to dziecinnie proste.
- Kto pierwszy? Ja czy ty? – spytała się niepewnie.
Nie wiedziała czy ojciec sobie poradzi z podróżowaniem za pomocą kominka. Co będzie, jeśli zachowa się jak Harry i wyląduje gdzieś daleko?
- Ty pierwsza.
- Jesteś pewny tato? A co jeśli…
- … pomylę się jak Harry? – ojciec wszedł jej w słowo. – Jeśli nie przylecę zaraz po tobie będziesz mogła zarządzić akcję poszukiwawczą. Mam nadzieję, że nie trafię do Afryki.
- Aha – odrzekła dziewczynka wyobrażając sobie tatę w otoczeniu czarnoskórych czarodziejów.

Wzięła paczuszkę z proszkiem i wrzuciła ją do kominka. Od razu buchnęły szmaragdowe płomienie. Patrycja z łomoczącym sercem weszła w nie, bojąc się, że się poparzy. Okazało się, że wcale nie są gorące.
- Sarny Mniejsze numer dwa! – krzyknęła i poczuła jak leci w dół.
Uczucie, jakie towarzyszyło podróżowaniu za pomocą proszku Fiuu, Patrycja porównałaby do zjeżdżania rurą w aquaparku. Tyle, że było bardzo ciepło i woda nie chlapała w oczy. Nagle dziewczynka poczuła jakby coś ją wypchnęło z rury, przeturlała się po czymś miękkim i zatrzymała przy stopach Amelii.
- Jak na pierwszy raz to nieźle ci poszło – oznajmiła koleżanka szczerząc do niej zęby.

Patrycja nie zdążyła wstać z dywanu, gdy wpadł na nią koziołkujący ojciec.
- Tato! Wstawaj! – jęknęła czerwieniąc się gwałtownie.
Tylko tego brakowało, aby przy pierwszej wizycie u rodziny Amelii zrobili z siebie widowisko!
- Chyba wolę świstokliki – mruknął jej ojciec i wstał otrzepując popiół z kurtki.
- Niech pan to zostawi – usłyszeli głos Małgorzaty Ratine. – Skrzaty domowe zaraz was wyczyszczą!

Patrycja nie zdążyła przyjrzeć się tym stworzeniom, ponieważ z kominka wypadła Zocha i podcięła jej nogi.
- Jeeesteeem! – oznajmiła wesoło czarnulka spod koleżanki. – To nie było takie trudne! Myślałam, że będzie gorzej! Na przykład wypadnę gdzieś w Abu Dabi albo w Chinach…
Amelia ze swoją mamą zrobiły wielkie oczy. Patrycja przypomniała sobie, że Zocha nie otrzymała zaproszenia. Gdy wywiadówka się skończyła, ojciec powiedział jej, gdzie się wybierają w weekend. Obydwie z Zochą bardzo chciały wybrać się tam razem, ale pan Grzegorz stwierdził, że muszą się spytać o to mamy Amelii. Ta jednak zaraz po wywiadówce poszła do domu. Dlatego w czwartek spytały się o to Ami, ta obiecała, że da im znać w piątek. Słowa dotrzymała i Zocha dowiedziała się, że mama jest przeciwna: usłyszała od matki Telimeny to i owo na jej temat. Patrycja myślała, że koleżanka przyjęła do wiadomości odmowę, ale teraz się przekonała, że to były tylko pozory. Zanim ktokolwiek zdążył skomentować pojawienie się Zochy, z kominka zgrabnie wyskoczyła Angela.
- A ty tu po co? – mruknęła jej matka z wyraźnym niezadowoleniem. – Myślałam, że będziesz zajęta!
- Zmieniłam plany! Cieszysz się, prawda? – oznajmiła wesoło blondynka. – Witam wszystkich!
- O! Jak fajnie, że sorka jest! – zawołała Zocha. – Teraz nie tylko ja wbiłam się na krzywy ryj!

Mimo wyraźnego niezadowolenia Małgorzata rozkazała skrzatom wyjąć dwa dodatkowe talerze i podać podwieczorek. Do zebranych w holu dołączył ojciec Amelii, który przywitał się ze wszystkimi. Patrycja pomyślała, że mówi po polsku jak kucharz, którego programy ogląda z zapałem pani Jadwiga. Małgorzata zaprosiła wszystkich do jadalni, która okazała się dużym pomieszczeniem, w którym stał ciężki, drewniany stół, dość długi i szeroki, aby ugościć minimum dwadzieścia osób. Pozostałe meble, żyrandol i obrazy wyglądały na bardzo stare. Namalowane postacie szeptały między sobą i wyciągały szyje, aby zobaczyć gości. Patrycja usłyszała, że nie mogą uwierzyć w jej podobieństwo do Amelii.

Ten temat szybko został podjęty przez zgromadzonych. Podczas dyskusji do jadalni przyszła Augustyna, która zareagowała identycznie jak swoja córka przed wywiadówką. Skrzaty rozpierzchły się na wszystkie strony, aby być pierwszym, który poda staruszce eliksir przeciw omdleniom.
- Już mi lepiej… naprawdę… - wydyszała babcia Amelii. – Boże, jakim cudem? To musi być przypadek! Nie ma innej możliwości!
- Jesteś pewna, że nie jesteśmy spokrewnieni? – dopytywała się Małgorzata. – Pochodzisz z mugolskiej rodziny…
- Mówiłam, że wszyscy zginęli podczas wojny! – fuknęła Augustyna.
- Ale może jednak twoi wujkowie mieli jakieś kobiety…
- Nie mieli! – upierała się staruszka.
- Z mojej strony na pewno nie było żadnego czarodzieja – odezwał się ojciec Patrycji. – Nie mam pewności, co do rodziny mojej żony. Pochodziła z sierocińca, miała jakąś ciotkę w Gdańsku, ale nie utrzymywała z nią kontaktów.
- Pochodzę ze wsi spod Warszawy, gdzie mi tam do Gdańska! – zauważyła Augustyna. – Może to od strony mego świętej pamięci męża… nie, na pewno nie, on był czarodziejem czystej krwi…

Zapadła cisza. W ten sposób każdy mógł sobie gdybać od rana do nocy, ale nie wyjaśniało to, dlaczego dziewczynki były identyczne. Patrycja postanowiła coś zaproponować:
- Może zrobimy testy genetyczne? To najszybszy sposób.
- Pardon? – wyrwało się Pierre’owi.
- My, mugole, mamy technikę pozwalającą stwierdzić czy ktoś jest ze sobą spokrewniony, czy nie – wyjaśnił ojciec Patrycji.
- Głupoty! – stwierdziła Augustyna. - To zwykły przypadek, a wy się doszukujecie nie wiadomo czego! Jakieś testy chcą robić! Też mi coś! – prychnęła. – Sensację znaleźli! Pewnie kosztuje to majątek. Nie ma sensu bawić się w szukaniu rzeczy, których nie ma. Małgorzato! – zwróciła się do córki. – Miej choć trochę oleju w głowie i nie zgadzaj się na jakieś mugolskie sztuczki! Jeszcze to Amelii zaszkodzi, kto wie czy jej to nie napromieniuje czy co. Sama miałaś w klasie dwie podobne do siebie dziewczyny!
- Owszem miałam, ale one były tylko podobne, a nie identyczne – mruknęła Małgorzata.
- Zapewniam panią, że to badanie nie robi krzywdy – powiedział ojciec Patrycji.
- Nie zgadzam się! – krzyknęła staruszka i osunęła się na krześle. – Oj, jak mi słabo!

Rozpoczęła się ponowna akcja mająca na celu ratowanie Augustyny. Jej córka stwierdziła, że lepiej będzie, jeśli zakończą omawiać dotychczasowy temat. Wobec tego zaczęto rozmawiać o pogodzie, różnicach między światami oraz sytuacji materialnej. Patrycja z Amelią zaczęły się szybko nudzić, zaś Zocha bez krępacji wpatrywała się z zachwytem w Konrada, który w międzyczasie wrócił do domu. Chłopak udawał, że tego nie widzi i od niechcenia skubał swoją porcję tarty cytrynowej. Patrycja poczuła, że jest zazdrosna. Nie mogła pozwolić sobie na obnoszenie się ze swoimi uczuciami skoro nie wiedziała czy są spokrewnieni, czy nie. Już miała ochotę kopnąć Zochę pod stołem, aby dać jej do zrozumienia, by się opanowała, gdy zobaczyła, że Angelique daje siostrze dyskretny sygnał.
- Możemy iść na górę? – spytała się głośno Amelia. – Chcę pokazać koleżankom mój pokój.
- Idźcie sobie, co się tutaj będziecie nudzić – odpowiedziała Angela.
- Mogłabyś poczekać, aż ja się wypowiem – warknęła Małgorzata i zwróciła się do młodszej córki. – Jasne, że możecie.

Trójka dziewczynek poszła do holu, gdzie krętymi schodami dotarły na pierwsze piętro budynku. Gdy weszły do pokoju Amelii, Patrycja pomyślała, że wygląda tak jak powinien wyglądać pokój nastoletniej czarownicy. Meble były stare i bogato rzeźbione, dominowało kolory złota i granatu. Motyw rozgwieżdżonego nieba był widoczny w pościeli na łóżku, zasłonach i grubym dywanie. Na pufie stojącej pod oknem drzemał kot, pod żyrandolem wisiały zawieszone modele planet. Patrycja z Zochą zaczęły przyglądać się kolekcji komiksów, gdy zajrzała do nich Angela. Szybko weszła do pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Następnie wyciągnęła różdżkę i rzuciła „muffliato”.
- Dobra dziewczyny! – oznajmiła i ściszyła głos. – To co teraz powiem nie ma prawa wyjść poza ten pokój.

Nastolatki szybko kiwnęły głowami na znak, że się zgadzają. Angelique rozejrzała się niespokojnie na boki i zaczęła kontynuować:
- Babcia Gusia coś ukrywa, dawno nie widziałam jej tak zdenerwowanej. To jasne jak słońce, że sprawiło to wasze podobieństwo. Może to upór starszej osoby, ale jakoś nie wierzę, że boi się testów genetycznych. A to „oj, jak mi słabo” wyglądało na udawane. Dlatego zamierzam opłacić testy DNA. Może rzeczywiście nie jesteśmy spokrewnione i wasze podobieństwo to przypadek jeden na milion, ale uważam, że warto zobaczyć jak się sprawy mają. Amelio – zwróciła się do siostry – nie mów o tym nikomu, mama nie zrobi nic wbrew woli babci, a z tatą bywa różnie. Konrad zaś pierwsze co zrobi to pójdzie naskarżyć… Dlatego buzia na kłódkę!
- A co z moim tatą? – spytała się Patrycja.
- Hmmm, nie wiem jak zareaguje… - Angela skrzywiła się. – Może powiemy mu jak już będzie po wszystkim.
- Dobra, nie powiem mu.
- A więc do zobaczenia w poniedziałek po lekcjach – stwierdziła Angela z szelmowskim uśmiechem i wyszła z pokoju.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 13 – Przed wywiadówką


Zocha stała przy krzakach rosnących obok boiska do quidditcha i wymiotowała jak kot. Patrycja trzymała w rękach miotły i patrzyła się ze współczuciem na przyjaciółkę. Opiekun sekcji klepał czarnulkę po plecach i dawał wykład.
- Mówiłem, prosiłem i ostrzegałem! Lecieć prosto, pół metra nad ziemią! – profesor Zduński był zły. – Czemu mugolaki myślą, że jak tylko wsiądą pierwszy raz na miotłę to już potrafią latać jak zawodowcy?

Patrycja wiedziała, ale nic nie powiedziała, aby nie pogorszyć sytuacji Zochy. Gdy szły na pierwsze zajęcia latania, obydwie chełpiły się, że będą jak Harry i od razu zaczną śmigać na miotle. Wyobrażały sobie, że nauczyciel padnie z wrażenia na kolana i od razu zaproponuje im miejsce w drużynie. Życie szybko jednak pokazało, że jest duża różnica między prawdą i fikcją. Wzniesienie się na miotle na tyle, aby nie dotykać stopami ziemi było trudne. Zocha, która lubiła robić wszystko po swojemu, od razu wzbiła się wysoko w powietrze. W ciągu kilku sekund straciła panowanie nad miotłą i ta próbowała ją zrzucić wierzgając dziko i robiąc pętle. Dziewczynka trzymała się jej kurczowo, a pan Zduński próbował ją złapać. Gdy Zocha została uratowana, puściła się pędem w najbliższe krzaki i wyrzuciła z siebie obiad.
- Latanie na miotle wymaga wielu miesięcy ćwiczeń! Nawet czarodzieje nie potrafią od razu latać, to jest niemożliwe! – pieklił się nauczyciel. – Średnio po roku praktyki można zacząć ćwiczyć grę w quidditcha!
- Ja…. nie… chcę… latać… - wyrzuciła z siebie Zocha. – Nigdy więcej nie wsiądę na miotłę!
- Nie przesadzaj, jeszcze nie raz polecisz – Amelia przyszła obejrzeć lekcję, ale nie brała w niej udziału.
- Ami! Zwolniło się miejsce! – Zocha wytarła usta.
- I co z tego? – spytała się zaskoczona dziewczynka.
- A to, że zajmujesz moje miejsce! – oznajmiła czarnulka. – Pyśka, daj mi miotłę! – wyrwała ją zaskoczonej koleżance i wręczyła Amelii.
- Ale… mama mi nie pozwoliła…
- Masz, nie pierdol!
- Słownictwo!!! – ryknął profesor patrząc się groźnie na Zochę.
- Sorry! – krzyknęła dziewczynka. – W głowie mi się poprzestawiało od tych pętli!
- Znikaj zanim wlepię ci karę! – nauczyciel zagroził uczennicy, po czym zwrócił się do Amelii. – Bierz przykład z siostry i stawaj na linii!
- To nie moja siostra… - Amelia wymruczała pod nosem. – Mama twierdzi, że latanie na miotle nie przystoi damie.

Profesor Zduński wyglądał jakby wszystkie plagi świata zwaliły mu się na głowę. Z klaśnięciem przyłożył ręce do twarzy i przejechał nimi po przerzedzonych włosach.
- Właśnie dlatego łysieję – jęknął. – Gdy słyszę takie głupoty to włosy mi czwórkami z czaszki wyłażą…
- A nie mógłby pan ich przymocować jakimś zaklęciem, aby zostały na miejscu? – spytała się zaciekawiona Zocha.
Nauczyciel spojrzał na nią jakby była małym, obślizgłym robakiem, ale nie odpowiedział na to pytanie.
- To prawda, damy nie latają na miotłach! – oznajmiła Telimena unosząc wysoko podbródek. – Suknia się pomnie, stopy brzydko dyndają, a fe!

Patrycja wiedziała, że przewodnicząca klasy I c tylko czekała, aby się wtrącić. Ostentacyjnie okazywała pogardę do latania już wcześniej, a gdy zobaczyła, że dziewczyny idą na lekcję niby przypadkiem znalazła się w okolicy boiska do quidditcha.
- Zamknij się, bo cię obrzygam! – warknęła Zocha i zaczęła udawać, że zbiera jej się na mdłości.
Telimena pisnęła cicho i oddaliła się szybkim krokiem, ponieważ miała świadomość, że czarnowłosa koleżanka ma tendencję do spełniania swoich gróźb mimo wysokiego ryzyka kary. Będąc w bezpiecznej odległości krzyknęła tylko: „Amelio, powiem twojemu bratu, co robisz!”. Patrycja popatrzyła się na swoją niby-bliźniaczkę. Oczy Ami pociemniały z gniewu, usta zmieniły się w cienką linię i widocznie podejmowała jakąś decyzję.
- Idziecie latać? – spytał się niecierpliwym tonem nauczyciel. – Cała grupa tylko na was czeka!
- Dobra, latam! – oznajmiła Amelia, po czym ustawiła się razem z Pyśką w szeregu.

***

Angelique spojrzała na zegar wiszący w klasie mugoloznastwa i stwierdziła, że ma jeszcze godzinę do czasu rozpoczęcia wywiadówki. Nie była ani wychowawczynią, ani rodzicem jednak umówiła się ze swoją matką, że pójdzie za nią, aby wysłuchać, co Miłosz ma do powiedzenia. Uważała, że to trochę bez sensu, w końcu nie raz wypytywała się o Amelię, ale Małgorzata uparła się i nie chciała odpuścić. Wprawdzie Angelique i tak musiała zostać w zamku na wszelki wypadek, na przykład gdyby mugolscy rodzice mieli jakiekolwiek problemy, ale mogła poświecić ten czas na coś innego niż pokazywanie innym, że rodzina interesuje się jej siostrą. Sytuacja była tym bardziej denerwująca z tego powodu, że na wywiadówce Konrada nikt nie zamierzał się pojawić. Angela westchnęła głęboko i wróciła do sprawdzania kartkówek.

„Dlaczego współcześni mugole nie mogą obejść się bez internetu?” – niby proste pytanie, ale odpowiedzi były interesujące. „Bo jest fajny i można grać w gry, w których zabija się wszystkich, których się nie lubi”, „używają go do ściągania i piracenia, prawie jak piraci na morzu tylko teraz w domu”, „dzięki niemu mogą kontaktować się z rodziną i znajomymi, ale ja uważam, że to bez sensu, ponieważ lepiej polecieć do nich przy pomocy proszku Fiuu” oraz wygrywające w prywatnym rankingu nauczycielki „nie wiem”. Przy niektórych stwierdzeniach Angela miała ochotę przywalić głową w biurko. Większość uczniów była ogarnięta i pamiętała, co mówiła na lekcjach, ale zawsze zdarzały się osobniki, które wolały robić wszystko byleby nie słuchać.

Drzwi do klasy otworzyły się gwałtownie i weszła przez nie czarownica w średnim wieku. Angela podniosła głowę znad biurka i uniosła brwi ze zdziwienia.
- Nie garb się! – warknęła Małgorzata Ratine. – Siedzisz przy tym biurku jak jakaś pokraka.
- Tak, też się cieszę, że ciebie widzę mamo – odparła Angela grobowym tonem. – Drzwi się zamyka, wiesz? To po pierwsze, po drugie: czemu tu jesteś? Miałaś być dzisiaj zajęta…
Starsza z czarownic niedbale machnęła bogato zdobioną różdżką. Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Angela nic nie powiedziała patrząc jak jej matka wyczarowuje sobie barokowy fotel i siada na nim.
- Zmieniłam plany! – zaświergotała jakby takie rzeczy mogły się zdarzyć każdemu. – Ja pójdę na wywiadówkę do Amelii, a ty do Konrada.

Angela popatrzyła się na nią spode łba i zacisnęła usta w wąską kreskę, aby nie dać ujścia przekleństwom, które cisnęły się jej na język. To była cała jej matka: miała totalnie gdzieś, że córka ma 27 lat na karku, nie mieszka w domu od dawna i wszystko, co robi jest jej dobrą wolą, a nie przymusem. Ich spotkania zamieniały się prędzej czy później w kłótnię. Odkąd Angela weszła w wiek nastoletni nie mogła dogadać się z matką. Małgorzata była bardzo ambitna i uważała, że skoro odniosła sukces to jej dzieci muszą to powtórzyć. Przez to nie wybaczyła Angelique, że ta nie poszła na studia artystyczne do Paryża tak jak chciała. Zawód nauczyciela był dla niej za mało prestiżowy. Dodatkowo miała za złe córce, że jest starą panną i odrzuciła wszystkie korzystne oferty matrymonialne pochodzące od liczących się rodzin arystokratów.
- Miło by było gdybyś mnie o tym fakcie poinformowała za pomocą gołębia… wczoraj na przykład – skrzywiła się Angela.
- Jak śmiałaś pozwolić, aby Amelia latała na miotle jak jakiś zakichana czarownica z mugolskich bajek dla dzieci!? – wyrzuciła z siebie Małgorzata.
- A co? Miałam ją z niej zrzucić? – zadrwiła młodsza z kobiet. – Nie wiedziałam, że poszła na kurs, prowadziłam wtedy lekcję z drugą liceum.
- Siostra powinna być dla ciebie ważniejsza! – matka wycelowała oskarżycielsko palec w pierś córki. – Zrozumiałabym gdyby twoja praca była zajmująca, w co szczerze mówiąc wątpię. Tylko klepiesz te swoje wyuczone formułki. Taka rzecz jak przypilnowanie, aby młodsze rodzeństwo wyrosło na porządnych ludzi powinno być twoim priorytetem…
- Moja praca jest ważna – wycedziła Angela powtarzając sobie w duchu, że zamordowanie własnej matki nie będzie dobrze wyglądać w jej CV po wyjściu z Nurmengardu. – Przesadzasz, latanie na miotle nie jest czymś złym. Koleżanki z jej klasy także…
- To nie jest coś, co robią damy! – przerwała jej Małgorzata. – Taniec, haftowanie czy malarstwo to są rzeczy, które przydadzą się jej w życiu! Latając na miotle garbisz się, popatrz na siebie! Pierre ci pozwolił latać i wyglądasz jakby cię pogięło! Gdyby nie moje koneksje nie dostałabyś ani jednej oferty matrymonialnej!
- Czy ty nie możesz zrozumieć, że mam gdzieś koneksje, arystokrację i tego, co o mnie mówią inni? – Angela cedziła słowa czując, co raz większą złość. -  Robię, co kocham i dobrze mi z tym! Poza tym nie graj wielkiej damy skoro wszyscy wiedzą, że twoi dziadkowie to wiejscy mugole!
- Jak śmiesz! – Małgorzata zaczerwieniła się z gniewu. – Jestem bardziej podobna do rodziny od strony ojca, a oni byli czarodziejami od pokoleń! Ty odziedziczyłaś wszystko po mugolach ze strony mojej matki!

Angelique gryzła język do krwi powtarzając sobie w duchu: „jestem oazą spokoju. Zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jebanego jeziora. Jestem wręcz jak wagon pełen pierdolonych medytujących tybetańskich mnichów”. Nikt nie działał jej na nerwy tak jak Małgorzata. Wiedziała, że jak obydwie wybuchną to w powietrzu zaroi się od klątw. Podczas ostatniej kłótni kompletnie zdewastowały kuchnię w Sarnach Mniejszych, dlatego Angela starała się nie odzywać, aby klasa mugoloznastwa nie ucierpiała. Ostatnio otrzymała od dyrekcji wymarzoną zmywarkę i nie chciała jej zniszczyć.
- Skończyłaś już? – wymamrotała gniewnie. – Jak tak to idź na wywiadówkę, ja skończę kartkówki i wieczorem wyślę ci gołębia z wynikami Konrada!
- Konrad nigdy mnie…
- Tak wiem! – Angela błyskawicznie przerwała matce. – Konrad jest cudowny i wspaniały, a ja jestem najgorszą zakałą rodu!
- Nigdy tak nie powiedziałam – stwierdziła z wrednym uśmieszkiem Małgorzata. – Ale Konrad…
- Idź stąd mamo, naprawdę, idź już… - blondwłosa czarownica złapała rodzicielkę za ramię i zaprowadziła do wyjścia z klasy.
- Jaka ty jesteś obrażalska, nic ci nie można powie… - zaczęła się skarżyć Małgorzata, ale koniec jej zdania został zagłuszony przez głośny trzask drzwi.

Kartkówki czekały na biurku, ale Angelique była za bardzo zdenerwowana, aby dalej je sprawdzać. Popatrzyła na zegar, który pokazywał, że za piętnaście minut rozpoczną się w całym zamku wywiadówki. Czarownica zaczęła krążyć po klasie w celu ukojenia nerwów. Zawsze to tak się kończy… ona jest zadowolona z życia, a ja muszę odchorować… poniża mnie, a ja nie mogę odpowiedzieć, ponieważ od razu się obraża… Zawsze też mi wypomni, że nie jestem jak Konrad… Angela stanęła i popatrzyła się przez okno. Tak się złożyło, że ona z Konradem odziedziczyli wygląd po ojcu, a Amelia po matce. Za to charakter matki dostał brat: był cholernie ambitny, zawsze miał czerwony pasek na świadectwie, liczyły się dla niego znajomości oraz moda. Angelique nie mogła poszczycić się zbyt wysokimi ocenami, tylko z mugoloznastwa zawsze miała szóstki. W gimnazjum zaczęła przyjaźnić się z mugolakami, co denerwowało Małgorzatę. Później było jeszcze gorzej, jako nastolatka mocno się buntowała, objawiało się to głównie wypadami do mugolskiego świata i kupowaniem tam ubrań. Wszystko, co było nie magiczne znajdowało uznanie w oczach Angelique i doprowadzało do szewskiej pasji jej matkę.

Amelia na razie uczyła się dobrze i nie buntowała się za bardzo. Małgorzata początkowo była zadowolona z tego, że jej młodsza córka utrzymuje kontakty z Telimeną i Paulem, ale mocno ją niepokoiły mugolaczki. Zwłaszcza Patrycja, o której tyle słyszała od innych. Angela podejrzewała, że taki był cel dzisiejszej wizyty matki na wywiadówce: poznanie pana Grzegorza i sprawdzenie czy nie są spokrewnieni…
Zegar tykał przypominając o upływającym czasie. Angelique już się uspokoiła, wyciągnęła różdżkę i posłała kartkówki do biurka. Popatrzyła się na fotel wyczarowany przez Małgorzatę.
- Incendio!

Mebel zaczął gwałtownie płonąć, Angela różdżką podsycała i formowała płomienie w różne kształty. W ciągu minuty było już po wszystkim. Czarownica w ciągu kilku chwil sprzątnęła popiół, otworzyła okno, aby przewietrzyć pomieszczenie i wyszła z klasy w o wiele lepszym humorze.

***

Pan Grzegorz zorientował się, że posiadanie córki czarownicy zmieniło go. Przyczyną było zaskoczenie, gdy otrzymał list z zawiadomieniem o wywiadówce. Po pierwsze: nie wyobrażał sobie, że coś takiego odbywa się w magicznej szkole. Przecież w serii o Harrym Potterze rodzice nie chodzili na wywiadówki, właściwie prawie w ogóle nie kontaktowali się ze swoimi dziećmi. Po drugie: list przybył za pomocą mugolskiej poczty, a nie gołębia. Na co dzień Patrycja wysyłała do niego wiadomości w typowy dla czarodziejów sposób.

Jego mina, gdy czytał list zwróciła uwagę pani Jadwigi.
- Patrycja coś przeskrobała? – spytała się podejrzliwie.
- Czemu miałaby coś przeskrobać? – zdziwił się pan Grzegorz.
- Ma pan minę jakby ducha zobaczył…
- Wywiadówka będzie za tydzień – oznajmił niepewnie.
Zaczął się zastanawiać jak ma dotrzeć do szkoły. Jako mugol nie widział wejścia na ulicę Ustronną, więc nie mógł skorzystać z magicznego środka transportu.
- Wypadło coś panu! – oznajmiła pani Jadwiga i schyliła się po kartonik, który musiał wyśliznąć się z koperty.

Ojciec Patrycji w jednej sekundzie oblał się zimnym potem i rzucił się na podłogę zwalając gosposię z nóg. Odetchnął z ulgą, gdy poczuł pod palcami wizytówkę. Szybki rzut oka wystarczył, aby upewnić się, ze dobrze zrobił. Zauważył na nim słowa takie jak „świstoklik”, „mugolskim”, „zamkiem” i „uważać”.
- Co w pana wstąpiło? – piekliła się pani Jadwiga wstając z podłogi.
- Przepraszam! – wydyszał. - Ja nie chciałem…
- Tak, tak! Niech pan nic mi nie mówi! Ja wiem, że wy wszyscy macie jakieś sekrety przede mną! Nie jestem taka głupia, aby niczego nie zauważyć! – wypaliła starsza kobieta.

Pan Grzegorz patrzył się na nią ze strachem i nie wiedział, co na to powiedzieć. Co będzie, jeśli pani Jadwiga domyśliła się prawdy?
- Na co się tak pan gapi!? – warknęła gosposia. – Mimo, że jestem stara to mam swój rozum! Wysyła pan Patrycję do jakiejś dziwnej szkoły. Niby dla zdolnych dzieciaków, ale ja w to nie wierzę! Przecież ona nigdy orłem nie była! Leniwa, rozkapryszona…
- Eeee… bo… bo ja pomyślałem, że tam ją przycisną do nauki… - wydukał zestresowany pan Grzegorz. – Będzie miała lepsze oceny, dobrze napisze test gimnazjalny i…
- Tak daleko od domu? Z dala od rodziny i znajomych? – pani Jadwiga drążyła dalej. – Miała chodzić do szkoły w Lublinie. Po co ją było wysyłać tak daleko? Internat! Taż mi coś! – łypnęła złowrogo na swojego pracodawcę.
- Żeby… żeby ją odciąć… od złego towarzystwa… może się poprawi, znajdzie takich przyjaciół, co lubią naukę… - wyartykułował z trudem ojciec Patrycji.
- Niech mi pan kitu nie wciska! Ja tam swoje wiem! – pani Jadwiga machnęła lekceważąco ręką i poszła do kuchni przygotować obiad.

Zestresowany pan Grzegorz stał przez chwilę w salonie. Gdy się upewnił, że gosposia nie będzie pytać się o nic więcej skierował swoje kroki do gabinetu. Starannie zamknął drzwi na klucz i wyjął wizytówkę.

Świstoklik
Służący mugolskim rodzicom do podróży między miejscem zamieszkania, a zamkiem Durentius.
Właściciel: Grzegorz Michalski.
Najbliższa aktywacja: środa, 21 października 2015, godzina 18.43
(trzymać w ręce od godz. 18.40, uważać, aby nie zgubić i nie pokazywać osobom niepowołanym)

Ojciec Patrycji od razu miał lepszy humor. Problem rozwiązał się sam! Wystarczyło tylko pojechać w ustronne miejsce i skorzystać ze świstoklika. Co postanowił, tak uczynił. W środę o godzinie 18.41 stał samotnie w zamkniętym na klucz pokoju hotelowym i z wywieszoną na klamce zawieszką „nie przeszkadzać”. Pan Grzegorz przejrzał się ostatni raz w lustrze by sprawdzić czy prezentuje się wystarczająco elegancko. Nie miał zamiaru udawać czarodzieja, ale nie chciał też paradować w garniturze. Dlatego założył swoje najlepsze jeansy, koszulę i marynarkę.
- Dobra, Grzesiu, show must go on! – mruknął do swojego odbicia i ścisnął mocniej wizytówkę, która zaświeciła się na błękitno.

Uderzył stopami w kamienne płyty ułożone na wewnętrznym dziedzińcu szkoły. Gdy podniósł wzrok zauważył, że jest we wnętrzu okręgu narysowanego kredą.
- Pan się odsunie, bo zaraz zwalą się panu na głowę państwo Nieprawscy – usłyszał za plecami głos, który musiał należeć do kogoś bardzo młodego. – Przylatują świstoklikiem o 18.46.
Grzegorz Michalski posłusznie wycofał się z pola rażenia. Zobaczył, że właścicielem głosu jest uczeń szkoły, który mógł mieć maksymalnie siedemnaście lat. W rękach trzymał podkładkę i długopis.
- Poproszę świstoklik… tak… pan Michalski, ojciec Patrycji, klasa I c… tu podpisać… dziękuję – mruczał pod nosem. – Klasa numer 121, tamto wejście – wskazał niedbałym ruchem głowy.

Pan Grzegorz już miał się udać na poszukiwanie sali, gdy usłyszał głośne „taaaatoooo”. Odwrócił się i zobaczył biegnącą ku niemu Patrycję z Zochą. Dziewczynka rzuciła mu się w ramiona.
- Już jesteś! Zaprowadzimy cię do naszej klasy!
- Dobry panu! – krzyknęła z entuzjazmem Zocha.
- Cześć dziewczynki! – mężczyzna ucieszył się, ale zaraz spoważniał. - Nie powinnyście być o tej porze w internacie?
- Pani Ilona nas wypuściła, powiedziała, że dzisiaj można trochę nagiąć zasady, aby zobaczyć się z rodzicami – oznajmiła uradowana Patrycja. – Chodź szybko! Musisz zobaczyć zamek w środku!

Co było dalej pan Grzegorz pamiętał jak przez mgłę. Dziewczynki prowadziły go przez niezliczone ilości korytarzy paplając ile się tylko dało. Gdzie się nie rozejrzał widział ruszające się obrazy, różne dziwne stworzenia oraz zabawnie ubierających się ludzi. Czuł się jakby trafił na plan filmowy Harry’ego Pottera tyle, że to działo się w rzeczywistości. W końcu, jak mu się zdawało, po długim czasie (a minęło ledwo 7 minut) doszli do klasy numer 121, gdzie zobaczyli podniecony tłum rodziców. Pan Michalski skierował swoje kroki w stronę najbliżej stojącej, wolnej ławki i udałoby mu się to zrobić niepostrzeżenie gdyby nie głośny okrzyk:
- Na koguta Twardowskiego! Ona jest identyczna jak moja Amelia!

Wszystkie pary oczu skierowały się w stronę Michalskich i Zochy. Pan Grzegorz za to patrzył się na krótkowłosą kobietę w wymyślnej sukni, która dyszała ciężko i trzymała rękę w okolicy serca.