poniedziałek, 5 grudnia 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 45 – Szaleństwa panny Jean


Pielęgniarka sprawnym ruchem wbiła igłę w żyłę i pobrała krew. Chwilę później było już po wszystkim. Hermiona usiadła w poczekalni, czekając aż krwawienie ustanie. Wyniki miała odebrać po południu. Do tego czasu powinna coś ze sobą zrobić, ale nie bardzo wiedziała co. Harry poszedł do pracy, zabierając przy okazji list do Mafaldy, w którym Hermiona informowała, że potrzebuje wolnego dnia, aby dojść do siebie po wczorajszym upadku.

Czarownica nie chciała z nikim rozmawiać, ale jednocześnie przerażała ją wizja samotnego siedzenia w domu. Oczekiwanie na wyniki przerodziłyby się w tortury. Wiedziała, że nerwy nie dadzą jej nawet na chwilę odpocząć. Mimo, że od kilku dni męczyła ją senność, to teraz nie była w stanie zmrużyć oka. Adrenalina robiła swoje.

Wkłucie przestało krwawić i Hermiona zrozumiała, że musi podjąć decyzję. Jechać do domu czy szukać pocieszenia? Po chwili stwierdziła, że nie zniosłaby samej siebie zamkniętej w czterech ścianach. Wyjęła telefon komórkowy i wybrała numer.
- Cześć mamo, jesteś w domu? – spytała z nadzieją. – To dobrze, będę za chwilę u ciebie.

***

- Hermiono… dlaczego twoje życie nie może być równie nudne jak życie córek moich koleżanek? - Pani Granger spojrzała z bólem na załamaną Hermionę.
Siedziały w fotelach w salonie, a Suzanne bawiła się klockami Duplo na dywanie. Był piękny, słoneczny dzień, ale w pomieszczeniu zapanowała ponura atmosfera.
- Przecież nie robię tego specjalnie – odparła urażonym tonem Hermiona. – Mam po prostu strasznego pecha. Przeanalizowałam wszystkie możliwości i jestem prawie pewna, że jeśli eliksir nie podziałał to wina składników.
- Nie mogłaś używać tabletek antykoncepcyjnych?
- Przecież one też nie mają stuprocentowej pewności!
- Co zrobisz jak okaże się, ze jesteś w ciąży? – dopytywała pani Granger. – Robards może nie być szczęśliwy z tego powodu – zauważyła.

Hermiona westchnęła i popatrzyła się na mrożoną herbatę, w której zdążyły rozpuścić się kostki lodu. Przez całą noc wymyślała różne scenariusze, ale uznała, że jeden jest gorszy od drugiego. Bezsprzecznie ciąża rujnowała jej życie. Tylko tego było pewna.
- Liczę, że zrozumie – odparła ponuro czarownica. – Jest dorosły, jeśli mnie naprawdę kocha to zaakceptuje sytuację.
- A jeśli nie?
- Nie wiem, naprawdę nie wiem… - wyszeptała załamanym tonem Hermiona. – Na razie o wszystkim wie tylko Harry. Błagałam go aby nie mówił o niczym Ginny. Muszę mieć pewność zanim uznam co zrobię. Odbiorę wyniki i wtedy podejmę ostateczną decyzję.

Pani Granger przeniosła wzrok z jednej córki na drugą. Suzanne najspokojniej w świecie wkładała figurki ludzików do łóżeczek. Była za mała aby cokolwiek zrozumieć z toczącej się rozmowy. Hermiona spostrzegła, że wzrok matki stał się pusty, a twarz straciła jakikolwiek wyraz. Pani Granger odpłynęła myślami daleko od niej.
- Eeee, mamo… - odezwała się czarownica po dłuższej chwili. – Chyba się zacięłaś.
- Wiem jak możesz z tego wybrnąć – oświadczyła starsza z kobiet dziwnym głosem. – Wprawdzie ta opcja niezbyt mi się podoba, ale dzięki niej odzyskasz kontrolę nad swoim życiem, a na pewno tego pragniesz.
- Masz lampę Aladyna? – spytała z przekąsem Hermiona.
- Nie bądź taka ironiczna – fuknęła pani Granger. – Mówię o aborcji. Powiesz Harry’emu, że test się mylił, weźmiesz tabletkę i będzie po wszystkim.

Hermiona zaniemówiła wpatrując się szeroko otwartymi oczami w matkę. Zupełnie nie pomyślała o tej opcji. W ten sposób mogła pozbyć się problemu jeśli okaże się, że jest w ciąży. Nikt nie wiedziałby o tym. Tylko, że znowu musiałaby kłamać i nie czuła aby to było w pełni zgodne z jej sumieniem.
- Nie wiem czy mogłabym… - stwierdziła z wahaniem.
- Czasem nie ma innego wyjścia.
Pani Granger znowu zrobiła tak nieobecną minę, że Hermiona od razu zrozumiała, że kryje się za tym coś więcej. Zaczęła zastanawiać się co dokładnie to oznacza. Czy jej mama chciałaby mieć wnuka, ale tylko ze względu na nią namawia ją do czegoś czemu jest przeciwna? Może na swój sposób była religijna? Hermiona nie była przekonana co do tego ostatniego. Cała rodzina Grangerów była w mniejszym lub większym stopniu ateistami. Więc o co chodziło?
- Mamo, czy ty przypadkiem czegoś przede mną nie ukrywasz? – czarownica postanowiła zaryzykować.
- Ty masz wybór. Ja go tak naprawdę nie miałam – odparła pani Granger ze smutkiem.
- Nie mów, że…

Skinięcie głową. Tego Hermiona się nie spodziewała. Jej mama usunęła ciążę i nigdy o tym nie wspomniała! Poczuła się zdradzona. Traktowała mamę jak przyjaciółkę, mówiła o wszystkim, nawet najgorszych rzeczach. W zamian za to dowiaduje się, że mogła mieć rodzeństwo, o którym marzyła przez większość dzieciństwa! Może miałaby starszego brata, który broniłby jej w mugolskiej szkole kiedy inne  dzieci wyzywały ją od kujonów i mądralińskich? Albo siostrę, z którą bawiłaby się lalkami, a jako nastolatki chichotałyby opowiadając sobie historię o chłopakach. Dlaczego ojciec pozwolił na coś takiego?
- Jak mogłaś? – spytała Hermiona z goryczą. – Wiedziałaś o tym, że zawsze chciałam mieć rodzeństwo!
- Nie mogłaś mieć – odparła pani Granger ze spokojem.
- Jak to?
- A tak, że gdybym nie usunęła ciąży to ty i Suzanne nie pojawiłybyście się na świecie, ponieważ nie poznałabym twojego ojca.

Hermionie opadła szczęka, a jej mama zaczęła chichotać z tego powodu.
- Zamknij usta, kochanie – poprosiła. – Wyglądasz naprawdę głupio z taką miną.
- Dlaczego nic o tym nie wiem?
- Często rodzice starają się wypaść jak najlepiej w oczach swoich dzieci. Może to był błąd, że nie mówiłam ci jaka byłam. Chyba nie chciałam abyś poszła w moje ślady. Mam swoje grzeszki na sumieniu, ale kto ich nie ma? Może gdybym o wszystkim wspomniała to miałabyś mniejsze wyrzuty sumienia z powodu łamania zasad…
- Czyli moje wpakowanie się w romans z Gawainem to zasługa twoich genów? – spytała Hermiona kąśliwie.

Całe życie była przekonana, że jej rodzice są wzorem, a właśnie się przekonała, że tak nie jest. Co jeszcze matka przed nią ukrywała?
- To był twój wybór, słoneczko –odparła pani Granger z wrednym uśmieszkiem. – Co nie zmienia faktu, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Chociaż ja o wiele bardziej szalałam, gdy byłam panną niż ty…
- Sama mi o tym opowiesz czy mam cię błagać na kolanach?
- Skoro zaczęłam temat to jestem ci to winna – westchnęła mama Hermiony. – O tym wszystkim prawie nikt nie wie. Nawet twoi dziadkowie do końca życia byli przekonani, że byłam grzeczną dziewczynką. Prawda jest taka, że pod koniec szkoły średniej wdałam się w romans, który starannie ukrywałam. Nie tylko dlatego, że mój ojciec był bardzo surowy i wyrzuciłby mnie za coś takiego z domu. Głównym powodem było to, że moim wybrankiem był nauczyciel z mojej szkoły, starszy ode mnie o piętnaście lat i mający żonę oraz dzieci.
- Mamo… - jęknęła czarownica ze zgrozą. – Jak mogłaś?
- Głupia byłam i naiwna – mruknęła starsza z kobiet. – Obiecywał, że rozstanie się z żoną. Przynajmniej do czasu aż się nie okazało, że jestem w ciąży. Od razu podkulił ogon. Wiedziałam, że nikomu nie mogę się pochwalić tym co zaszło, ponieważ zostanę bez dachu nad głową z dzieckiem pod pachą. Nie poszłabym wtedy na studia, zostałabym w swoim rodzinnym miasteczku i klepała biedę pracując jako kelnerka czy sprzątaczka… o ile znalazłabym jakąkolwiek pracę. Do wyboru miałam to, albo pozbycie się problemu i pójście na uczelnię, na którą się dostałam. Wiesz, że na studiach poznałam twojego ojca…
- Dlatego wybrałaś aborcję – Hermiona stwierdziła fakt. – Teraz cię rozumiem – oświadczyła.
- Tak. Dogadałam się z byłym, że za wszystko zapłaci, a ja nigdy nikomu o tym nie powiem. Moi rodzice ani jego żona nigdy się o tym nie dowiedzieli.
- Tata wie?
- Wie.

Hermiona westchnęła. To z tego powodu jej mama wspierała ją mimo głupot, które ciągle robiła. Po prostu w czasach młodości wcale nie była lepsza.
- Żałowałaś tego?
Pani Granger zamyśliła się. Po chwili spojrzała na córkę, a na jej twarzy zagościł uśmiech.
- Nie. Nie wiem co by było gdyby postąpiła inaczej, ale sądzę, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Moje życie potoczyło się tak jak chciałam. Mam dwie kochane córki i męża.

Ta odpowiedź usatysfakcjonowała Hermionę. Uznała, że jej życie także da się naprawić.
- Mówiłaś, że ja mam wybór, a tak naprawdę ciąża zrujnowałaby wszystkie moje plany.
- Masz ten luksus, że ktoś inny zajmie się dzieckiem, gdy wrócisz do pracy.
- Kto?
- Ja albo Molly. Jestem pewna, że ucieszy się z kolejnego wnuka. Suzanne i Victorie miałyby się z kim bawić.
- Myślałam, że chcesz wrócić do pracy – oznajmiła zaskoczona Hermiona.
- Z chęcią się poświęcę – zadeklarowała pani Granger z uśmiechem.
- Kocham cię mamo! – oznajmiła czarownica i rzuciła się aby uściskać rodzicielkę.

Poczuła, że ma wsparcie cokolwiek postanowi. Już nie musiała tak bardzo obawiać się wyniku badań. Miała świadomość, że Ron nie będzie chętny do opieki nad dzieckiem, ale za to będzie płacił alimenty. To wszystko sprawiało, że skłaniała się bardziej ku urodzeniu niż aborcji. Jak na razie jedynym jej problemem był Gawain i jego reakcja. Hermiona założyła, że stanie na wysokości zadania. W końcu był prawdziwym mężczyzną, a nie szczylem z mlekiem pod nosem. Na pewno będzie ją wspierał.

***

- Jak to możliwe, że jednego dnia wszystko idzie ci gładko, a następnego cały świat jest przeciwko tobie? – pomyślała Hermiona z rozpaczą.
Leżała na kanapie w swoim salonie i wpatrywała się pustym wzrokiem w sufit. Wszystkie jej plany i marzenia legły w gruzach. Rozmowa z mamą, gdy nic jeszcze nie było pewnego, podniosła ją na duchu. Jednak wszelkie pozytywne uczucia wyparowały z chwilą, gdy poznała wynik badań. Jedyne co Hermiona zdołała wtedy zrobić to poinformować mamę poprzez wiadomość tekstową. Potem wyruszyła w stronę domu. Sama nie wiedziała jak zdołała do niego wrócić. Złowieszcze myśli przytłoczyły ją i sprawiły, że poruszała się prawie po omacku.

Dzwonek do drzwi.
- Idź sobie – jęknęła Hermiona i przekręciła się na bok, a następnie zwinęła się w kłębek.
Mocne pukanie.
- Nie wstanę – oznajmiła dziewczyna szeptem.
Znowu dzwonek.
- Nie mam nastroju. Chcę być sama!
Z jej planów nic nie wyszło. Klucz tkwiący w zamku sam się przekręcił i do salonu weszła blondynka w średnim wieku, którą Hermiona kojarzyła z Ministerstwa Magii.
- Jest Ron? – spytała z powagą.
- Co cię to obchodzi? – odparła dziewczyna ze złością. – Jakim prawem wchodzisz do czyjegoś domu bez pozwolenia!
- Wiedziałam, że jesteś w środku. Co z twoim chłopakiem? Jest w pracy?

Hermiona uniosła się na łokciu. Czego ta baba chce od Rona? Niech poszuka go sobie gdzie indziej!
- Wyprowadził się – warknęła. – Nie jest już moim chłopakiem. Znajdziesz go na Pokątnej.
Błękitne oczy blondynki zdradziły zdumienie.
- Zerwaliście? Mówiłaś, że zrobisz to dopiero za jakiś czas! – oznajmiła oskarżycielskim tonem i usiadła na kanapie. – Czemu mnie nie poinformowałaś?
- Gawain! – wykrzyknęła ucieszona Hermiona i usiadła obok niego.
- Co ci jest kochanie? – spytał auror przemieniony w kobietę. – Słyszałem plotki o wypadku. Harry milczy na ten temat jakby ktoś go potraktował zaklęciem przyklejającym język do podniebienia. Dlatego postanowiłem, że cię odwiedzę. Zamieniłem się w Sarę aby zmylić Rona, ale teraz widzę, że było to zupełnie niepotrzebne.
- Kim ona jest? – spytała czarownica aby zmienić temat.
- Psychologiem więziennym. Wyprostowuje pokręcone dusze więźniów z Azkabanu – padła odpowiedź. – Pytałem się o coś. Nie zmieniaj tematu – Gawain nie dał zbić się z tropu.

Hermiona zrobiła minę zbitego psa. Chciała odpowiedzieć, ale jej usta i język odmówiły posłuszeństwa. Poczuła jakby jej gardło ściskała jakaś niewidzialna ręka. Strach sprawiał, że nie była w stanie wykrztusić nawet jednego słowa.
Auror widocznie zrozumiał, że coś jej nie tak. Przysunął się do dziewczyny i mocno przytulił. Hermiona pomyślała, że byłoby to pomocne, gdyby nie fakt, że nadal był przemieniony w Sarę. Poczuła się niezbyt pewnie gdy dotykała twarzą do jej piersi. Wolałaby aby Gawain wrócił do swojej normalnej postaci, dlatego wysunęła się z jego ramion i przechyliła do tyłu.
- Może najpierw… - zaczęła mówić niepewnie, ale nie dane jej było skończyć.

Znieruchomiała, gdy poczuła, że jest całowana. Zamrugała gwałtownie, ale nie była w stanie się odsunąć. Wiedziała, że to Gawain, ale w ogóle tego nie czuła. Miała wrażenie, że całuje ją zupełnie obca baba.
- Zamień się w siebie! – powiedziała z niesmakiem, gdy Sara przestała.
- Zapomniałem – oznajmił Gawain i zachichotał. – Daj mi chwilkę…

Hermiona ze zgrozą patrzyła jak blondynka robi striptiz w jej salonie. Miała całkiem niezłe ciało jak na kobietę w jej wieku, ale czarownica była pewna, że prawdziwa Sara mocno zdenerwowałaby się na wieść, co auror z nim robił. Pięć minut później Gawain zapinał guziki swojej koszuli i patrzył się z uśmiechem na Hermionę, która była na skraju załamania nerwowego. Męskiego, nagiego ciała także nie chciała widzieć. Obojętnie do kogo należało. Przez wieść o ciąży miała straszny uraz do facetów.
- Powiesz mi wreszcie o co chodzi? Zachowujesz się inaczej niż zwykle.

Dziewczyna stwierdziła, że nadal nie jest w stanie wyrzucić z siebie informacji. Dlatego sięgnęła do swojej koralikowej torebki i wyjęła wyniki badań. Podała je Gawainowi drżącą ręką. Auror od razu przeczytał co jest napisane na kartce. Uśmiech szybko znikł z jego twarzy.
- To niemożliwe… - wyjęczał. – Na Merlina, to straszne! – złapał się za głowę i spojrzał przerażonym wzrokiem na Hermionę. - Ron wie? – padło pytanie.
- Nie, nie mówiłam mu o tym – odparła Hermiona.
- Musisz mu o tym powiedzieć! – odparł auror tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Dlaczego? Przecież możemy razem…
- Nie możemy być razem! – oznajmił ostro Robards i zacisnął pięści.

Hermiona poczuła jakby dostała maczugą trolla górskiego po głowie. Wiązała z Gawainem wielkie nadzieje, myślała, że zrozumie, a on zamiast tego oznajmił jej, że nie mogą być razem! Popatrzyła się na niego z niemym błaganiem w oczach.
- Chcę być z tobą, naprawdę! Ale dziecko… Nie mogę! Nie dam rady! Co jeśli urodzi się rude? Każdy będzie wiedział, że to nie moje! – oznajmił rozgorączkowanym tonem.
- Usunę ciążę! – zapiszczała Hermiona w przypływie rozpaczy.
To nie było to co chciała zrobić, ale zrozumiała, że nie ma wyboru. Skoro ciąża stoi na drodze do ich szczęścia to nie warto było mieć wyrzutów sumienia. Jej matka też tak postąpiła i wcale nie żałowała. Ona także nie będzie.
- Nie! – wrzasnął Gawain, a jego oczy miotały błyski szaleństwa. – Nie zrobisz tego! - gwałtownie machnął różdżką i na stoliku pojawił się papier, pióro oraz kałamarz. – Masz poinformować Rona o ciąży! – rozkazał ostrym tonem wskazując na przybory do pisania.
- Nie będziesz mi rozkazywał! – padła błyskawiczna odpowiedź.

Hermiona przestraszyła się jego reakcji, ale uznała, że nikt nie ma prawa wtrącać się w jej życie. Rozkaz Gawaina sprawił, że zdenerwowała się na niego. Co on tym razem kombinuje? Nie chce cudzego bachora – to może zrozumieć. Nie będą razem. Nie będzie błagać go na kolanach. Ciąża jest jej sprawą i to ona będzie o niej decydować!
- Jeśli zaraz nie napiszesz mu o tym co się dzieje, to osobiście go o tym poinformuję – zagroził auror. – Przy okazji wspomnę co działo się we Francji.

Czarownica ze złości miała ochotę przywalić mu w twarz, tak samo jak Draconowi na trzecim roku nauki. Nie dość, że jej rozkazuje to jeszcze ją szantażuje!
- Jeśli za dziesięć sekund nie pojawi się na tym pergaminie zdanie „jestem w ciąży, przyleć do mnie” to Harry także dowie się co działo się podczas delegacji! Wiesz, że ja nie żartuję i zrobię wszystko aby osiągnąć swój cel!
Hermiona rzuciła mu spojrzenie pełne nienawiści i szybko napisała wiadomość. Kilka dni temu była przekonana, że jest zakochana w Gawainie. Teraz miała ochotę ukatrupić go na miejscu. Romans z nim był strasznym błędem. Powinna wiedzieć, że skoro wcześniej nie zachowywał się w porządku to teraz też nie będzie. Była głupia i naiwna. Zupełnie jak swoja matka.
- Dzięki mamusiu za geny – jęknęła w duszy, gdy podpisała się na pergaminie.

Gawain wziął od niej wiadomość. Przy pomocy różdżki przyzwał do siebie sowę, która pojawiła się z cichym pyknięciem i rozczochranymi piórami. Dał jej list i wypuścił przez otwarte okno.
- Dlaczego mi to robisz? – spytała Hermiona patrząc na niego przenikliwie.
- Ratuję twoją duszę – padła odpowiedź.
Kolejny raz tego dnia czarownicy opadła szczęka. Nie sądziła, że Robards jest religijny. Przecież jego moralność była sprawą umowną. Walczył z przestępcami wśród czarodziejów, ale jednocześnie lubił młode panienki, które szybko rzucał. Dziesięć przykazań nie szło z tym w parze.
- Miałem kiedyś przyjaciółkę, która to zrobiła. Nigdy się po tym nie pozbierała, do końca życia żałowała przez to jak postąpiła. Nie chcę abyś ty też przez to przechodziła – wyjaśnił ponuro. – Poza tym uważam, że Ron ma prawo wiedzieć. Nie lubię go, ale odczuwam pewnego rodzaju męską solidarność. A co do dziecka to jestem na nie po prostu za stary. Ron da radę zmieniać pieluchy i uganiać się za pełzakiem.
- Wynoś się! – warknęła Hermiona. – Wynoś się zanim on tu przyleci!

Miała dość wszystkiego. Nienawidziła facetów, nienawidziła ciąży i nienawidziła siebie. Postanowiła, że poinformuje Rona o tym, że nie będzie miał dziecka. Bez niego i faceta u boku będzie mogła skupić się na karierze i nikt jej nie odciągnie od obowiązków.
- Kocham cię nawet wtedy, gdy jesteś dla mnie taka nie miła – stwierdził Gawain ze smutkiem i ruszył w stronę kominka. – Mam nadzieję, że kiedyś zrozumiesz. Czasem trzeba porzucić swoje szczęście dla dobra innych…
Zanim auror znikł w szmaragdowych płomieniach Hermiona rzuciła w niego porcelanową figurką, którą dostała od Rona. Nie znalazła rozbitych skorup w kominku więc mogła podejrzewać, że osiągnęła swój cel. Miała nadzieję, że Gawain nabawił się dzięki temu niezłego bólu głowy.

***

Ron trzymał wyniki badań i wpatrywał się w nie z głupim wyrazem twarzy. Dopiero po dłuższej chwili podniósł głowę i popatrzył się na Hermionę.
- Te mugolskie czary-mary są pewne?
- W stu procentach – odparła czarownica.
Ron przejechał dłonią po włosach i westchnął ciężko.
- Na garbate gargulce, jak to się mogło stać? Przecież brałaś eliksir.
- Brałam, ale widać coś poszło nie tak – warknęła Hermiona. – Żaden środek zapobiegający ciąży nie ma pełnej skuteczności.
- Aha – mruknął rudzielec i zaczął wpatrywać się w kartkę z wynikami jakby miał nadzieję, że te nagle zmieniły się na negatywne. – Nie wiem jak się obsługuje dziecko. Ty masz wprawę dzięki Suzanne, ale ja jestem zupełnie zielony w tych sprawach. Ale chyba damy radę, prawda? – spytał niepewnie.
- Nie musimy dawać sobie z niczym rady.
- Czemu?
- Ponieważ usunę ciążę.
- Co!? – Ron wyglądał na wstrząśniętego. – Chyba żartujesz! Powiedz, że to nie prawda!

Hermionę dziwiła jego reakcja. Takie zachowanie bardziej pasowało do Harry’ego.
- Przecież nie lubisz dzieci. Rozstaliśmy się. To tylko utrudni nam życie – wyliczyła na chłodno wszystkie argumenty. – Usunę ciążę i będziemy z tego powodu szczęśliwi.
- Nie! Błagam, nie rób tego! – rudzielec dopadł swoją byłą narzeczoną i złapał ją za ramiona. – Ja chcę! Naprawdę chcę mieć z tobą dziecko! – powtórzył z naciskiem.
- Nie będziemy z tego powodu razem! – fuknęła gniewnie Hermiona. – Zaraz ci oddam pierścionek.
- Nie oddawaj – zaprotestował. – Kupiłem go specjalnie dla ciebie i nikt inny nie mógłby go mieć. Zachowaj go na pamiątkę, schowaj do szafy czy coś jeśli nie chcesz na niego patrzeć. To mój prezent dla ciebie – uśmiechnął się nieśmiało. – Proszę.
- No dobrze, skoro tak chcesz – odparła czarownica niepewnie. – Ale ciąża…
- Błagam, zostaw ją! Zrobię dla ciebie wszystko. Będę harował w twoim domu jak domowy skrzat. Gdy urodzisz to nawet nie poczujesz, że masz dziecko. Ja będę się nim zajmował!
- Oszalałeś!?
- Nie. Ja po prostu… - Ron zrobił ręką nieokreślony gest i westchnął. – Widziałem Billa i Fleur. Są zmęczeni, ale szczęśliwi. Może dziecko jest naprawdę dopełnieniem nas samych. Chcę się przekonać. Tym bardziej, że nie wiadomo czy znajdą drugą tak wspaniałą kobietę jak ty i będę z nią równie szczęśliwy…

Hermiona poczuła, że coś ją chwyta za serce. Ron mówił z takim uczuciem i z taką pasją, że nie była w stanie nie zareagować. Kochał ją, a ona wyrządziła mu takie świństwo. Poczuła się winna. Nie mogła do niego wrócić z powodu swoich grzechów, ale mogła mu to w pewnym sensie wynagrodzić.
- Jak ja nie będę w stanie zajmować się małym lub małą to wynajmę opiekunkę – rudzielec kontynuował przekonywanie swojej byłej narzeczonej. – Chociaż myślę, że mama będzie zachwycona, gdy ją weźmiemy do tego. Podejrzewam, że marzy o stadku wnuków, które będzie mogła rozpieszczać. Twoi rodzice pewnie też by tak chcieli – zauważył szczerząc zęby. – To jak? Proszę, zgódź się. Damy radę!

Hermiona patrzyła się na niego z wahaniem. To była bardzo ciężka decyzja i na pewno wiele zmieni w jej życiu. Może Gawain miał rację, że będzie żałować po latach? A co jeśli nigdy nie znajdzie szczęścia i zostanie starą panną, której jedynym zajęciem będzie hodowla kugucharów? Może dziecko nie jest takim złym pomysłem? Jej związek z Gawainem był skończony zanim na dobre się rozpoczął. Skoro teraz nie chciał wychowywać dziecka, to pewnie zareagowałby podobnie, gdyby to z nim zaszła w ciążę. To zdecydowanie nie był facet dla niej.
 - No dobrze – wyrzuciła z siebie. – Urodzę.
- Jesteś cudowna! – oznajmił Ron i uściskał Hermionę. – Na pewno nie wrócisz do mnie? – wyszeptał jej do ucha z nadzieją w głosie.
- Nie ma takiej opcji – oznajmiła czarownica. – Mam nadzieję, że dotrzymasz słowa bo jak nie to pójdę do twojej matki!
- Nie będziesz musiała – zapewnił rudzielec. – Będę wspaniałym ojcem, jeszcze się przekonasz!

poniedziałek, 28 listopada 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 44 – Wypadek


- Na Stana Lee! Udało się! – wrzasnął Dev, gdy wpadł do domu Hermiony. – Pokonałem Regana!
Skakał po pokoju niczym królik po amfetaminie i wznosił wiwaty. Czarownica nie wiedziała czy ma się śmiać, czy płakać. Stwierdziła, że na pewno musi iść po różdżkę do kuchni, aby zmodyfikować nastolatkowi pamięć. Następnie zaczaruje okna w ten sposób, aby nie można było zobaczyć niczego, co dzieje się w środku. Gdy zamieszkała z Ronem myślała, że wystarczy jeśli będą się pilnować albo zaciągać zasłony, ale życie pokazało, że to nie jest takie proste.
- Mój genialny plan zadziałał!  -  Hindus podskoczył do Hermiony i złapał ją za dłonie. – Wystarczyło, że nagadałem głupot, a on uwierzył!
- Dev…
- Możemy się pobrać! – uśmiechnął się ukazując pełne uzębienie. – Mama na pewno będzie zadowolona, bo nie raz słyszałem jak mówi o tobie dobre rzeczy!

Hermiona pomyślała, że musi koniecznie jakoś wybrnąć z tej sytuacji. Najpierw powinna zaprowadzić go do kuchni, a aby to zrobić wystarczy odrobina odpowiedniej perswazji.
- Wiesz, że jesteś moim bohaterem? – spytała i zamrugała zalotnie rzęsami.
- Wiem – oznajmił z dumą.
- Teraz, gdy dowiedziałeś się, że jesteśmy naprawdę czarodziejami…
- Och, to było super! – podniecał się nastolatek. – Nie lubię Regana, ale to jak zniknął w płomieniach było zajebiste!
- To ja też pokażę ci kilka sztuczek – oznajmiła Hermiona tajemniczo i uśmiechnęła się promiennie. – Skoro mamy się pobrać to musisz wiedzieć co potrafię.

Pociągnęła chłopaka w stronę kuchni, a ten posłusznie poszedł za nią. Po drodze wpadła na jeszcze jeden pomysł. Złapała różdżkę i odwróciła się do Deva z uśmiechem.
- Drętwota!
Nieprzytomny nastolatek runął na ziemię jak worek ziemniaków. Hermiona podeszła do drzwi na tyłach domu i otworzyła je.
- Accio książki Thierry’ego – wyszeptała.
W ciągu kilku sekund tomy posłusznie przyleciały do niej. Czarownica wzięła książki do ręki i szybko schowała je w kuchni. Następnie przeniosła wzrok na Deva. Ron proponował jej to dawno, ale ona uważała, że to zdecydowanie nie w porządku wobec Hindusa. Teraz zrozumiała, że nie ma wyboru. Musiała usunąć z jego pamięci przeczytane książki i miłość do niej. To było dobre zarówno dla jednej jak i drugiej strony. Wypuściła powoli powietrze z płuc i pogodziła się z myślą, że musi to zrobić.
- Obliviate!

***

Mimo sporej ilości pracy oraz obecności Draco Malfoya, Hermiona nie mogła przestać myśleć o tym, co wydarzyło się poprzedniego dnia. Zerwała z Ronem. Kazała mu się wyprowadzić. Nie poczuła nic gdy patrzył się na nią z miną zbitego psa. Fakt, że była zimna jak lód niepokoił ją samą. Kiedy się tak zmieniła? Czy sprawiła to wojna i całe zło, którego była świadkiem? Zawsze twierdziła, że jest osobą o wysokiej moralności, ale jej relacje z Gawainem dowodziły, że wcale tak nie jest.

Hermiona jeszcze nikomu nie powiedziała o zakończeniu związku. Na biurku rozłożyła papier, który służył do wysyłania wiadomości wewnętrznych, ale nie napisała ani słowa. Rozważała czy powiadomić Gawaina teraz, czy później. Powiedziała mu, że zerwie z Ronem za miesiąc, ale sytuacja rozwiązała się szybciej niż Hermiona chciałaby. To oznaczało, że będzie mogła wcześniej przyznać się do związku z aurorem. Z jednej strony cieszyła się z tego, ale z drugiej obawiała się reakcji otoczenia. Co zrobi Harry na wieść, że jego najlepsza przyjaciółka będzie z jego szefem? Przecież wie, że już wcześniej czuli do siebie miętę. Czy domyśli się, że coś wydarzyło się pomiędzy nimi we Francji? Hermiona miała nadzieję, że jej przyjaciel nie powiąże tego z wyjazdem.
- Muszę koniecznie z tobą porozmawiać, najlepiej podczas przerwy obiadowej. To bardzo ważne – czarownica przeczytała w myślach to co napisała.

Nie wiedziała czy Ron powiedział Harry’emu o rozstaniu. Nawet jeśli tak, to i tak powinna z nim porozmawiać. Nie zamierzała wyjawić dokładnej przyczyny rozpadu ich związku. Rodzina i przyjaciele wiedzieli, że ostatnio się im nie układało. Z tego powodu Harry nie powinien być za bardzo zaskoczony. Hermiona miała pewność, że rodzice Rona niczego nie wiedzą. Pan Weasley pozdrowił ją przy windach tak jak to miał w zwyczaju. Czarownicy zrobiło się smutno, ale na zewnątrz udawała, że wszystko jest w porządku. Na pewno spodziewali się ślubu, wesela i wnuków, a nie rozstania. Takie jednak było życie i niczego nie dało się zrobić.

Hermiona smagnęła różdżką dzięki czemu papier posłusznie złożył się w zgrabny samolocik i od razu wzbił się w powietrze. Dziewczyna obserwowała jego lot i przy pomocy magii otworzyła przed nim drzwi. Teraz pozostało jej czekać na odpowiedź Harry’ego. Szczerze mówiąc Hermiona nie miała ochoty z nikim rozmawiać na temat Rona. Koniec związku traktowała jako swoją porażkę. Nie lubiła gdy coś się jej nie udawało i nie szło zgodnie z jej planem.  Mimo niechęci czuła, że powinna poinformować Harry’ego, ponieważ sama chciałaby wiedzieć gdyby zerwał z Ginny albo ona z nim. Lepiej dowiedzieć się bezpośrednio niż od obcych osób, a w najgorszym wypadku z gazety.
- Powinnaś pracować, a nie wysyłać prywatne liściki – oznajmił chłodny głos.

Hermiona odwróciła twarz w stronę drzwi i już miała zamiar odpowiedzieć Draco, aby nie wściubiał nosa w nie swoje sprawy kiedy zorientowała się, że to nie on. Lucjusz Malfoy wszedł do biura i patrzył na nią z góry z miną wyrażającą pogardę. W ręku trzymał wiadomość do Harry’ego.
- Nie będziesz mi mówił co mam robić, a czego nie! – warknęła dziewczyna i przy pomocy różdżki sprawiła, że papier wyrwał się z uścisku mężczyzny, złożył się ponownie w samolocik i poleciał do adresata.
- Trochę grzeczniej – wycedził przez zęby. – Twoja pensja jest wypłacana z moich pieniędzy i oczekuję szacunku z twojej strony.
- Na szacunek trzeba sobie zasłużyć, a ja na pewno nie będę go okazywać śmierciożercy!

Szare oczy Lucjusza zwęziły się w wąskie szparki, podszedł szybko do biurka Hermiony.
- Gdybyś nie była pupilkiem Kingsleya już dawno sprawiłbym abyś wyleciała z ministerstwa na swój szlamowaty pysk – wyszeptał lodowatym tonem. – Jeśli się dowiem, że ty lub Potter jesteście nieuprzejmi w stosunku do Dracona to nic i nikt mnie nie powstrzyma! - zagroził dziewczynie.
- Wynoś się! – zakomunikowała ostro Hermiona ściskając mocno różdżkę. – Nie boję się ani ciebie, ani twoich koleżków!
- A powinnaś! – odrzekł gniewnym tonem Malfoy. – Mogę tak poharatać ci buźkę, że twój rudy kochaś ucieknie gdzie pieprz rośnie…

Hermiona nic nie odpowiedziała chociaż miała ochotę wspomnieć, że zostawiła Rona więc ta groźba nie robi na niej wrażenia. Zaczęła mierzyć się z Lucjuszem na spojrzenia. W pomieszczeniu zapanowała pełna napięcia atmosfera. Jedno i drugie czekało na ruch przeciwnika mając świadomość, że jeśli zaczną rzucać zaklęcia to nie obejdzie się bez skandalu.
- Tato! Zostaw ją! – krzyknął Draco, który wszedł do pomieszczenia z kawą. – Po co tu przyszedłeś? – burknął tonem pełnym niezadowolenia.
- Nie przeszkadza ci, że szlama wydaje ci rozkazy!? – zagrzmiał Lucjusz patrząc się ze złością na syna.
- To moja sprawa! – odparł chłopak czerwieniąc się gwałtownie. – I nie nazywaj jej tak – dodał szeptem.
- Usługujesz jej jak skrzat! To przez nią nasze sługi przestały się nas słuchać!

Hermiona uśmiechnęła się lekko słysząc te wiadomości. Czyli udało się jej poprawić los skrzatów domowych. Wprawdzie nie dała rady całkowicie ich uwolnić i sprawić, aby były postrzegane jako równe czarodziejom, ale zapoczątkowała lawinę, która kiedyś spowoduje, że tak się stanie. Zdenerwowanie Lucjusza z tego powodu bardzo ją cieszyło.
- Chcę tylko uczciwie pracować – odparł Draco i postawił na biurku Hermiony kawę.
- Załatwię ci przeniesienie do innego działu – oznajmił Lucjusz. – Kingsley chce zrobić nam na złość i dlatego przydzielił cię tutaj.
- Ja tak nie uważam – chłopak bąknął wymijająco i zabrał gotowe sprawozdania z biurka Hermiony. – Przeszkadzasz mi w pracy dlatego lepiej abyś już sobie poszedł – dodał nie patrząc na ojca.
- Przynosisz nam wstyd! – warknął Lucjusz, który poczerwieniał na twarzy ze złości. – Dobrze, że mój ojciec nie żyje! Nawet nie wiesz jaki byłby zawiedziony twoją postawą!

To było coś nowego. Hermiona ze zdumieniem patrzyła jak ojciec z synem się kłócą. Lucjusz zawsze stawał murem za Draco, ale tym razem był wyraźnie na niego zły. Możliwe, że oczekiwał, że ten nie będzie zwykłym urzędnikiem. Na pewno chciał aby syn dalej dawał znać, że jest lepszy od innych z powodu urodzenia. Logika podpowiadała Hermionie, że Draco z jakiegoś powodu tego nie chciał, co okazał broniąc jej. Była zaskoczona, że ktoś taki jak on mógł się w jakiś sposób zmienić.
- Jesteś niewdzięcznym gnojkiem! Łamiesz serce swojej matki! Przecz ciebie jest na skraju załamania! – wrzeszczał Lucjusz. – Ona zrobiłaby dla ciebie wszystko, a ty tak się jej odpłacasz!
- WYNOŚ SIĘ!

Hermiona nie wiedziała, że potrafi tak wrzasnąć. Starszy z Malfoyów odwrócił się do niej gwałtownie i popatrzył z nienawiścią.
- Wynoś się albo zawołam aurorów! – powtórzyła czarownica. – Draco jest jednym z najlepszych pracowników w tym dziale. Nie masz prawa przychodzić tutaj i go obrażać! Wynoś się! – wycelowała różdżkę w pierś mężczyzny.
Lucjusz podszedł do niej. Miał rozwiane włosy, a w oczach czaiło się szaleństwo. Przybliżył twarz do jej twarzy.
- Dobrze ci radzę szlamo, nie wtrącaj się w nie swoje sprawy bo może przydarzyć ci się jakiś wypadek…
- Wynoś się! - powtórzyła Hermiona z uporem.
Lucjusz zrobił grymas, który docelowo miał być drwiącym uśmiechem i wyprostował się.
- Jeszcze mnie popamiętasz… - wycedził przez zęby. – A z tobą porozmawiam sobie w domu! – rzucił ostro w stronę syna i wyszedł z pomieszczenia zatrzaskując z hukiem drzwi.

Hermiona zerknęła w stronę Draco. Stał przodem do ściany w drugim końcu pokoju. Był zgarbiony i miał zaciśnięte pięści. Jego ciało drżało. Mimo nienawiści do niego, Hermionie zrobiło się go żal. Z wahaniem podeszła do chłopaka.
- Draco… - odezwała się niepewnie. – Czy… czy… mogłabym ci jakoś… eee… pomóc? – wydukała z trudem.
Nie doczekała się odpowiedzi. Nie była pewna czy Draco przypadkiem nie płacze. Z lekkim oporem dotknęła go delikatnie w ramię.
- Zostaw mnie! – zawył przenikliwym głosem. – Nie potrzebuję twojego współczucia! – warknął i wybiegł z gabinetu.
Hermiona dopiero po dłuższej chwili zamknęła usta. Była zdezorientowana i zszokowana. Dotarło do niej, że po raz pierwszy w życiu poczuła coś na kształt sympatii do Draco i wcale jej się to nie spodobało.

***

- O matko… gdzie ja jestem? – Hermiona wydukała z trudem i rozejrzała się po pomieszczeniu.
- W Świętym Mungu – padła odpowiedź z ust Harry’ego, który siedział na taborecie koło kozetki. – Nigdy nie sądziłem, że jesteś aż taką ofermą. Nie podejrzewałem cię o umiejętność zaplątania się we własne nogi i przywalenia głową w podłogę.
Po tych słowach do mózgu Hermiony zaczęły wracać wspomnienia. Pamiętała, że straciła równowagę wstając zza biurka, ale nie przypominała sobie uderzenia o podłogę. Ból w jej czaszce mówił wyraźnie, że Harry nie zmyślał. Jęknęła i złapała się za głowę.

- Rennervate nie podziałało, więc stwierdziliśmy z Mafaldą, że będzie lepiej jeśli zabiorę cię do szpitala – chłopak z blizną kontynuował opowieść. – Jesteśmy zwolnieni z dzisiejszych obowiązków. Cieszysz się?
- Aż podskakuję ze szczęścia – Hermiona wychrypiała z trudem i zwymiotowała gwałtownie na podłogę.
- Chłoszczyść! – uzdrowicielka w sekundę wyczyściła podłogę i buty Harry’ego. – Wymioty oznaczają, że doszło do uszkodzenia mózgu – zaświeciła różdżkę i przystawiła ją do twarzy Hermiony. – Źrenice reagują normalnie, a nie powinny… – oznajmiła zaskoczonym tonem. – Pamiętasz wszystko co stało się przed wypadkiem?

Hermiona zastanowiła się. Tak, pamiętała wszystko. Mogłaby z łatwością streścić cały swój dzień. Rano zastanawiała się co zrobić z pierścionkiem zaręczynowym, którego nie wziął Ron. Doszła do wniosku, że odda mu go w bliżej nieokreślonej przyszłości. Pamiętała, że jadąc do pracy o mało co nie przespała stacji metra, na której powinna wysiąść. Senność ostatnio nie dawała jej żyć i Hermiona była bliska jedzenia ziaren kawy zamiast śniadania. Dobrze, że miała Draco pod ręką. Mimo niezadowolenia robił jej napoje i przynosił bez większej zwłoki. Następnym co pamiętała Hermiona było wtargnięcie Lucjusza. Kłótnia i jego groźby oraz niespodziewana sympatia do Draco. Gdy wrócił do gabinetu chciała z nim porozmawiać o tym co zaszło, ale on udawał, że jej nie słyszy. W końcu dała sobie spokój i zajęła pracą aż do przerwy obiadowej. Wtedy wpadł po nią Harry, a ona wstała z krzesła aby pójść w jego stronę.
- Tak, pamiętam wszystko – czarownica odparła pewnym siebie głosem. – Tak naprawdę to nie mogę sobie przypomnieć tylko uderzenia o podłogę – dodała pośpiesznie aby nie było wątpliwości.

Uzdrowicielka spojrzała na nią badawczo.
- Nie masz problemów z oddychaniem? Jesteś zdezorientowana? A może nie czujesz jakiejś części ciała? – dopytywała się starsza z czarownic, a Hermiona żywo zaprzeczała. – W takim razie wstań i przejdź się w stronę ściany – poleciła.
Dziewczyna bez najmniejszego trudu wykonała polecenie i ponownie usiadła na kozetce.
- Brak zaburzeń równowagi – zapisała uzdrowicielka i spojrzała się nieodgadnionym wzrokiem na pacjentkę. – Mówisz, że nie pamiętasz uderzenia?
- Tego nie jestem w stanie sobie przypomnieć.
- Jesteś pewien, że nie zemdlała przed upadkiem? – starsza czarownica zwróciła się w stronę Harry’ego.

Chłopak na początku wyglądał na zaskoczonego, ale zmarszczył czoło i zamyślił się na chwilę.
- Pewny nie jestem – wyjawił. – To wyglądało jakby się potknęła, ale teraz jak o tym myślę, to mogła się złapać biurka, a tego nie zrobiła.
- Nie łapałeś mnie? – spytała się Hermiona z rozczarowaniem w głosie.
- Draco rzucił się w twoją stronę, ale nie zdążył – wyszeptał Harry z zakłopotaniem i nerwowo poczochrał sobie włosy.
Dziewczyna popatrzyła się na przyjaciela z niedowierzaniem. Draco próbował ją uratować? To było zupełnie nie w jego stylu! O co mu chodziło?
- Czy w ostatnich dniach czułaś się źle? – uzdrowicielka kontynuowała wypytywanie czym przerwała Hermionie przemyślenia.
- Tak. Kilka dni temu zatrułam się… czymś – wydukała młodsza czarownica starając się nie patrzeć na Harry’ego. – Wymiotowałam i czułam się słabo, ale już mi przeszło – dodała wesołym tonem.
- Coś jeszcze?
- Jestem strasznie senna – wyznała Hermiona. - To chyba z przemęczenia, ponieważ mam napięty okres w pracy i mało śpię – wyjaśniła błyskawicznie.

Uzdrowicielka uniosła jedną brew i zanotowała wszystko na pergaminie.
- Wyjdź chłopcze – rzuciła do Harry’ego nie przerywając pisania. – Muszę dokładniej przebadać twoją przyjaciółkę.
Chłopak nie protestował. Uśmiechnął się do Hermiony i szybko wyszedł z gabinetu.
- Kiedy był ostatni okres?
To było takie proste pytanie. Hermiona już otworzyła usta aby odpowiedzieć, gdy sobie uświadomiła, że nie zna odpowiedzi. To ją zaniepokoiło. Jak mogła nie wiedzieć kiedy miała ostatnio okres? Zawsze pamiętała o takich rzeczach. Miała dobrą pamięć do dat. Może to uderzenie spowodowało, że zapomniała?

Torebka! Hermiona przypomniała sobie, że w niej trzymała kalendarzyk. Tam zawsze wszystko zapisywała. Była osobą, która musiała mieć wszystko zorganizowane. Kalendarz był podstawą jej egzystencji. Planowała i zaznaczała w nim wszystko co się tylko dało. Nigdy nie wyrzucała swoich notatek. W szufladzie trzymała wszystkie kalendarze i mogła z łatwością sprawdzić ile miała okresów od czasu, gdy zaczęła miesiączkować.
- Dlaczego nie mówiłaś, że jesteś w ciąży? – spytała się z naganą uzdrowicielka, gdy zajrzała do otwartego przez dziewczynę terminarza. – Muszę wiedzieć takie rzeczy zanim podam ci eliksiry!
- Nie... nie… to nie tak! – zaprotestowała gwałtownie Hermiona. – Ja po prostu zapomniałam zapisać! Pamiętam, że miałam okres jakoś… tak… tak w okolicach… eee… - plątała się starając cokolwiek sobie przypomnieć. - Na pewno miałam go dostać w tym tygodniu!
- Czyli nie masz żadnej pewności, że nie jesteś w ciąży?

Hermiona poczuła, że zamiast mózgu ma czarną dziurę. Nigdy wcześniej nie spotkała jej taka sytuacja. Nawet jeśli nie znała odpowiedzi na jakieś pytanie to przy pomocy skojarzeń i logiki starała się dojść do niej. Teraz jednak nie mogła absolutnie nic sobie przypomnieć. Żadnej wskazówki, która naprowadziłaby ją na właściwy trop. Jakby ktoś wyczyścił jej pamięć.
- Na pewno nie jestem w ciąży – oznajmiła i uśmiechnęła się. – Doskonale przyrządzam eliksir zapobiegawczy i piję go kiedy trzeba.
- Gdyby mi płacono galeona za każdym razem, gdy to słyszę, a potem pacjentka ma dzieciaka to miałabym już domek w Honolulu i piłabym drinki z kokosa – stwierdziła ponuro starsza czarownica i kazała dziewczynie iść za sobą.

Podążając korytarzem za uzdrowicielką Hermiona obrzucała się najgorszymi wyzwiskami. Jak mogła zawalić tak sprawę? Dziurę w pamięci można było wytłumaczyć mocnym uderzeniem w głowę. To mogło spowodować czasową amnezję. Za to nie było usprawiedliwienia dla braku zapisu w kalendarzu. Lenistwo i gapiostwo – to było przyczyną. Była za bardzo beztroska i przestała zwracać uwagę na szczegóły.
- Idiotka, durna kretynka! – jęczała w myślach. – Dobrze, że eliksir nigdy mnie nie zawiódł i jego mogę być pewna – pocieszała się.

W gabinecie uzdrowicieli kręciło się sporo czarownic i czarodziejów. Część zawalona była robotą papierkową. Niektórzy przychodzili po eliksiry i lekarstwa, które znajdowały się w rzędzie szuflad, które zajmowały całą ścianę od podłogi do sufitu. Inni konsultowali przypadki ze swoimi kolegami i koleżankami.
- Sądzę, że dzieciaka ugryzł wilkołak, a nie psidwak. Rodzice nie chcą się przyznać, ponieważ boją się problemów – do uszu Hermiony doleciał głos młodego stażysty. – Mówiłem, że teraz jest dostępny eliksir, który znacznie łagodzi skutki, ale nie chcieli słuchać. Jeszcze sporo księżyców minie zanim ludzie zrozumieją, że to nie jest wyrok…
- Masz, idź do toalety i zrób co trzeba.

Hermiona zobaczyła, że uzdrowicielka podaje jej mugolski test ciążowy. Wzięła go i popatrzyła się pytająco na czarownicę, która westchnęła i przewróciła oczami.
 - Tak jest szybciej – wyjaśniła. – Na wynik z bluszczu wróżebnego trzeba czekać tydzień. Dlatego postanowiliśmy przyjąć mugolskie sposoby wykrywania ciąży.
Idąc w stronę toalet Hermiona pomyślała, że to straszne marnotrawstwo jej czasu. Uśmiechnęła się do Harry’ego promiennie i wyjaśniła, że niedługo wypuszczą ją do domu, ale najpierw musi wykonać test. Nie miała czym się martwić. Nawet Snape nie mógł przyczepić się do jej eliksirów na lekcjach. Była po prostu dobra w tej dziedzinie.

***

- Naprawdę zerwaliście!? – Harry usiadł na kanapie w salonie po tym jak użyli sieci Fiuu, aby dostać się do domu jego przyjaciółki.
Wyglądał na wstrząśniętego. Hermiona nie wyglądała lepiej od niego. Z nerwów znowu zaczęła odczuwać mdłości.
- Tak – wyjęczała opadając na fotel. – Zaręczyny były błędem. Powinnam odejść dawno temu, ale przyzwyczajenie sprawiało, że tego nie zrobiłam. To wszystko moja wina… – załkała chowając twarz w dłoniach.
- Jesteś pewna, że go nie kochasz?
- Tak. Nie mogę z nim być.
- Na Merlina… Co teraz zrobisz?
- Poradzę sobie jakoś…

Harry westchnął znacząco. Hermiona była pewna, że mimo wielu jej kłótni z Ronem, przyjaciel nie wyobrażał sobie ich rozstania.
- Nie mogliśmy inaczej – wyjaśniła cichym głosem. – Poza tym Dev wtrącił swoje trzy knuty do wszystkiego.
- Jak?
- Wmówił Ronowi, że całowałam się z twoim szefem oraz zdradził, że nie gotowałam mu obiadów – padła zwięzła odpowiedź.
- Co!?

Hermiona opowiedziała o tym jak zamawiała jedzenie oraz że Gawain podwiózł ją raz pod dom. Wspomniała obojętnym tonem, że ich relacje trochę się poprawiły. Harry i tak dowiedziałby się o przebiegu wydarzeń od Rona, dlatego wcale tego faktu nie ukrywała. Wyjaśniła dlaczego postanowiła wymazać Devowi pamięć. Przemilczała tylko to co stało się we Francji.
- Naprawdę nie pasujemy do siebie. Mamy inne cele i spojrzenie na świat…
- To jednak nie zmienia faktu, że teraz musicie się jakoś dogadać – zauważył Harry. – Nie macie innego wyjścia.
- Wiem… – odparła Hermiona cicho.
- Kiedy mu powiesz?

Czarownica przygryzła wargę. Nawet nie chciała o tym myśleć. Tak naprawdę chciała, aby Harry już sobie poszedł. Wtedy będzie mogła rzucić się na łóżko i płakać. Dopiero jak się uspokoi pomyśli o tym co zrobi dalej.
- Powiem, na pewno powiem – odparła wymijająco.
Harry wbił w nią wzrok. Hermiona zrozumiała, że ta odpowiedź go nie usatysfakcjonowała.
- Ten test mógł się mylić – wyszeptała. – Chcę najpierw zrobić badanie krwi. To niemożliwe abym była w ciąży. Moje eliksiry są dobre. To jakaś pomyłka!
- Miejmy taką nadzieję  - odparł Harry wstając. – A teraz proponuję coś zjeść. Zamówić chińszczyznę?
- Zamów – odparła Hermiona i uśmiechnęła się delikatnie do przyjaciela. – Dziękuję, że jesteś przy mnie.

Chłopak z blizną zbliżył się do przyjaciółki, klęknął przy niej i łagodnie ujął jej dłoń.
- Wiesz, że jesteś dla mnie jak siostra i nigdy nie zostawiłbym cię w potrzebie – zakomunikował ciepło.
- Wiem – odparła ze łzami w oczach. - Jesteś dla mnie jak brat. Kocham cię za to, wiesz? – spytała się obejmując go.
- Wiem. Ja ciebie też – padła odpowiedź.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 43 – Dzień z życia Severusa


Rok dwutysięczny przyniósł znaczące zmiany w Azkabanie. Kingsley Shacklebolt co raz bardziej wzorował się na mugolskim systemie penitencjarnym co prowadziło do kolejnych reform. Pierwsza z nich sprawiła, że odseparowano więźniów osadzonych dożywotnio od tych, którzy mieli krótsze wyroki. Oddzielono także kobiety od mężczyzn po tym jak Alecto Carrow zaszła w ciążę. Nie wiadomo było w jaki sposób to się stało, ani kto jest ojcem, ponieważ sama zainteresowana milczała na ten temat, ale przypuszczano, że był to ktoś kto zamieszkał w Azkabanie na dłużej.

Specjalny zespół czarodziejów harował przez dwa miesiące, aby przy pomocy magii przeorganizować i powiększyć więzienie. Cele zyskały dodatkowy metraż dzięki czemu w jednej mogło mieszkać kilka osób. Azkaban dorobił się skrzydła szpitalnego, ponieważ wcześniej należało przetransportować chorych do Kliniki Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga. Kilku więźniów próbowało w tym czasie uciec, dlatego postanowiono, że trzeba zorganizować pomieszczenia medyczne na miejscu.

Oprócz tego w Azkabanie pojawiła się sala gimnastyczna, biblioteka oraz klasy, w których skazani mogli szkolić się w wybranym zawodzie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie dałby przestępcom różdżek do ręki, dlatego Kingsley zdecydował o nauczaniu mugolskich rzeczy. Pojawiły się takie kursy jak malowanie, garncarstwo, śpiew, instrumenty muzyczne, gotowanie lub hodowla warzyw oraz owoców w szklarni na dachu Azkabanu.

Zmieniono także organizację więzienia. Każde piętro miało swoje przeznaczenie. Te, na których mieszkali osadzeni zostały podzielone na oddziały, a każdy z nich miał swojego opiekuna. Głównym kryterium doboru był czas wyroku. Severus aktualnie przebywał w takim, w którym więźniom zostało kilka miesięcy do wyjścia na wolność. Mieli tam najwięcej swobody. Cele były otwierane o siódmej rano, aby osadzeni przed śniadaniem mogli udać się do łazienek ulokowanych na końcu korytarza. Do tego dochodziło obowiązkowe pościelenie łóżek. Każdy z więźniów musiał dbać o porządek, ponieważ było to sprawdzane przez służby porządkowe i odnotowywane.

Snape nie miał najmniejszej ochoty budzić się tak wcześnie, ale nie miał wyboru. Mieszkańcy innych cel zaczynali rozmawiać ze sobą, co sprawiało, że gruby mury wypełniały się większym lub mniejszym gwarem. Do tych dźwięków dołączał pośpieszny tupot stóp, kiedy grupki wyruszały ku łazience. Severus nadal nie rozumiał czemu większość osób tłoczy się w kolejce skoro można było poczekać pół godziny w celi. W tym czasie robiło się znacznie luźniej.  Mężczyzna westchnął z politowaniem dziwiąc się takiej głupocie i spojrzał w stronę kalendarza. Pod nazwą miesiąca widniał obrazek przedstawiający kotka bawiącego się ze szczeniakiem wśród kwiatów. Był to prezent Bożonarodzeniowy od Sary, która uważała za niezwykle zabawne podarowanie mu czegoś takiego. Severus w żaden sposób nie podzielał jej zdania. Najchętniej wydrapałby wszystkie obrazki przy pomocy łyżki. Nienawidził tych puchatych kulek szczęścia, nawet jeśli jego kobieta uważała je za przesłodkie.
- Jeszcze tylko pół roku odsiadki – oznajmił.

Każdego dnia obliczał ile mu zostało do wyjścia na wolność. Im bliżej końca, tym bardziej nieznośne zdawało mu się miejsce, w którym przebywał. Wprawdzie Sara załatwiła mu brak współlokatora powołując się na to, że przebywanie z Severusem w jednej celi może grozić poważnym uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym, ale to go nie zadowalało. Chciał jeszcze wymigać się od obowiązkowego kursu zawodowego. Przecież miał fach w ręku, a to oznaczało, że po wyjściu na wolność mógł wrócić do tworzenia eliksirów. Snape uważał się za geniusza w tej dziedzinie i twierdził, że inni mogą mu co najwyżej buty czyścić. To jednak nie przekonało Faxona Newmana do zwolnienia go z nauki i przez to więzień trafił na kurs gotowania.

Na początku Severus nie chciał się za bardzo przed sobą do tego przyznać, ale nawet spodobała mu się ta opcja. Gotowanie przypominało mu warzenie eliksirów. I w jednym, i drugim trzeba było przygotować składniki w określony sposób oraz je połączyć według  ustalonych zasad. Brakowało mu w tym wszystkim magii, ale ostatecznie stwierdził, że na bezrybiu i druzgotek ryba. To i tak było lepsze od siedzenia w celi albo szorowania korytarza. Każda osoba idąca na zajęcia była danego dnia zwalniana z obowiązków, dlatego wielu więźniów postanowiło się szkolić.

O godzinie ósmej do uszu osadzonych dobiegł dobrze znany odgłos otwierania ciężkich drzwi prowadzących do oddziału. Oznaczało to nic innego jak śniadanie, które wjeżdżało na wózku popychane przez dyżurujących tego dnia więźniów. Zaraz za nimi pojawiała się druga para osadzonych, która wiozła kawę oraz gazety, które otrzymywali dobrze sprawujący się skazani.
- Masz profesorku! – warknął Robin Poynter i rzucił w stronę Severusa owsiankę, która malowniczo rozlała się na tacy. – Żryj bo zdechniesz z głodu i będzie na nas.

Czarnoskóry chłopak dobrze pamiętał razy, które otrzymał od byłego nauczyciela. Z tego powodu starał się utrudnić życie Snape’owi jak tylko się dało. Jak na razie z marnym skutkiem, ponieważ byli dobrze pilnowani przez aurorów. Jedyne z czym się nie krył to drwienie i rzucanie obelgami. Jako, że większość oddziału składał się z młodych chłopaków, którzy również byli uczeni przez Severusa, szybko znalazł sprzymierzeńców. Krukoni, Gryfoni i jeden Puchon dobrze pamiętali co się działo na lekcji eliksirów, dlatego szybko dołączyli do Robina.
- Jak miło, że się o mnie troszczysz  – odparł Snape znudzonym tonem i ruszył, aby odebrać swój przydział kawy oraz gazetę.

Wiedział, że byli uczniowie niewiele mogą mu zrobić. Po kilku latach spędzonych w Azkabanie przestał przejmować się opinią konfidenta i od razu donosił o wszystkim opiekunowi oddziału. Nie przysporzyło mu to zwolenników, ale zapewniło spokój. Jego celi nikt nie odwiedzał, a on sam nie miał ochoty dołączyć do gry w karty. Chłopaki grali głównie na pieniądze oraz dobra luksusowe, które mogli kupić za własną gotówkę w sklepiku w zamian za dobre sprawowanie. Severusa nie kręciły czekoladowe żaby czy gazety z gołymi babami. Miał swój mały sekret z Sarą i to mu wystarczało.
- Co? Znowu nie dasz się namówić na walkę? – dopytywał się Robin natarczywym szeptem. – Wtedy mnie zaskoczyłeś, ale w ustawce nie masz ze mną szans!

Severus popatrzył się na niego jak na chorego umysłowo i minął bez słowa. Co jak co, ale Azkaban nauczył go jak być cierpliwym w stosunku do debili. Kiedyś pewnie zdenerwowałby się, wdałby się w pyskówkę i może nawet naprawdę zaczął się bić, ale teraz wiedział, że jest to bez sensu. Taki robak jak Robin nie był wart przedłużenia wyroku.
- Pewnie się boisz, profesorku. Trzęsiesz portkami na mój widok! – czarnoskóry chłopak próbował podjudzić byłego nauczyciela.
Severus odwrócił się powoli, westchnął ostentacyjnie, tak aby każdy wiedział co sądzi o stanie umysłowym Poyntera, pokazał mu wulgarny gest palcem i zamknął z hukiem drzwi do celi.

***

- Patrz! Są kobitki! – oznajmił Dundy zachwyconym tonem wyglądając na dziedziniec przez okno w celi Snape’a. – Zupełnie nie rozumiem czemu się nie przyłączysz. Po tylu latach siedzenia tutaj powinieneś obśliniać okiennicę!
Severus uniósł ostentacyjnie gazetę i zasłonił się nią czytając o oszustwach finansowych w Banku Gringotta. Dundy był jeszcze jednym powodem dla którego życie w Azkabanie stało się nieznośne. Amerykanin niedawno dostał wyrok miesiąca odsiadki za niewłaściwe używanie czarów. Mimo, że mieszkał w Anglii od roku to nadal nie załapał, że nie powinno się transmutować ludzi w kaczki, a zwłaszcza swojej teściowej. W Ministerstwie Magii patrzono przez palce na jego wybryki, ponieważ odpowiadał za kontakty z Magicznym Kongresem Stanów Zjednoczonych Ameryki, ale gdy zmienił w ptaka swojego szefa to Kingsleyowi puściły nerwy.

Dundy był głośny, nie myślał o konsekwencjach i nie do końca łapał kto jest kim. Zupełnie nie przeszkadzał mu fakt, że Severus się do niego nie odzywa. Przychodził do jego celi aby popaplać oraz z tego powodu, że w swojej miał okno skierowane w stronę morza, a w innych tłoczyli się więźniowie, aby chociaż przez chwilkę zerknąć na płeć piękną, która grała w siatkówkę. Dundy miał w nosie, że Snape był mordercą. Ważne było dla niego, że miał całe okno dla siebie. Poza tym uznał, że skoro są jedynymi facetami koło czterdziestki na oddziale to powinni się trzymać razem.
- Szkoda, że nie mogę widywać się z żoną na małe co nieco – oznajmił z żalem. – Mówię ci, młodsza kobitka to jest to! Takie w naszym wieku to już nie chcą iść do łóżka… Moja teściowa jest zimna niczym lodowiec. Nic dziwnego, że nie ma faceta. Straszna baba – stwierdził wpatrując się w podskakujący biust jednej z młodszych więźniarek. – Ta blondyna po lewej ma fajne kształty, zerknij!
- Idź stąd – wycedził Severus przez zęby.
- Zaraz, zaraz, profesorku – Amerykanin pokazał swoje lśniące zęby. – Niech tylko się napatrzę. Zaraz mamy gotowanie z Meduzą, więc wolę mieć dobry humor, bo ona na pewno nam go zepsuje!

Snape wykrzywił się jakby zjadł coś nieświeżego i popatrzył się tępo na ścianę. Kurs gotowania byłby o wiele przyjemniejszy gdyby nie prowadziła go stara, zwariowana mugolka. Severus twierdził, że brakowało jej piątej klepki, a Dundy upierał się, że „baba bez bolca dostaje pierdolca”. Maddie Weiss lubiła rzucać mięsem i garnkami kiedy się wkurzyła. Mieszała z błotem każdego i nigdy nie widziała swojej winy. Zachowywała się jakby zjadła wszystkie rozumy. Severus raz był bliski oskalpowania jej przy pomocy obieraczki do warzyw. Wszystko przez to, że nie chciała przyjąć do wiadomości, że długi, kręcony, blond włos, który znalazła w jego zupie nie mógł należeć do niego. Według niej jego proste, czarne włosy jednoznacznie wskazywały na jego winę.

Na to wspomnienie Snape’owi zadrgała brew. W duszy rzucał najgorszymi przekleństwami. Nie rozumiał jak ktoś taki mógł zostać nauczycielem. Może i Meduza miała wiedzę, ale jej podejście sprawiało, że odechciewało się wszystkiego. Osobiście twierdził, że on nie był aż tak złym nauczycielem. Owszem, czasem musiał podnieść głos, ale to tylko dlatego, że za uczniów miał totalnych kretynów.
- Snape, Dundy, czas na was! – zakomunikował auror podczas otwierania drzwi.
Więźniowie westchnęli znacząco i z niechęcią wyszli z celi.

***

Klasa gotowania składała się z dwudziestu skazanych. Severus, Dundy i dwóch chłopaków z ich oddziału byli jedynymi, którzy niedługo mieli wyjść na wolność. Reszta była skazana na kilka lat. Wszyscy byli pilnowani przez czterech aurorów, którzy siedzieli w każdym z kątów sali. Tylko ta grupa wymagała takiej ilości strażników, ponieważ dostępność ostrych narzędzi sprawiała, że ryzyko wzrastało kilkukrotnie.   
- Dzień dobry! – ryknął męski chórek, gdy Maddie Weiss weszła do pomieszczenia.
- Jaki dobry skoro mam z wami zajęcia! – warknęła kobieta.

Była osobą korpulentną, ubraną w biały uniform kucharza. Mimo sześćdziesiątki na karku trzymała się nieźle. Swój pseudonim „Meduza” zawdzięczała burzy blond loków, których prawie nigdy nie związywała podczas gotowania mimo, że zdawały się żyć własnym życiem.
- Dzisiaj robimy tiramisu! – oznajmiła i przystąpiła do wykładu.

Severus zanotował wszystko w swoim zeszycie i stwierdził z zadowoleniem, że nie powinien mieć problemu z wykonaniem deseru. Wszystko wydawało mu się proste. Tym razem Meduza nie będzie miała do czego się przyczepić!
- Macie porządnie umyć jajka – rozkazała Maddie. – Wiem, że jako faceci macie z tym problem, ale w kuchni panują babskie zasady!
- Jak mamy często myć jajka skoro wolno korzystać nam z łaźni tylko raz w tygodniu? – wypalił Dundy.
- Jeszcze jedno słowo, a pokażę na twoich ustach jak się zaszywa kurczaka! – rzuciła nauczycielka w jego kierunku.
- Ja tylko stwierdziłem fakt… - jęknął Amerykanin i zajął się myciem swoich jajek.

Minuty mijały, a Severus ignorował otaczający go świat zajmując się tylko deserem. Żółtka należało połączyć z cukrem, a ponieważ czarodzieje nie znali mikserów to wszystko trzeba było robić ręcznie. Byłemu profesorowi wcale to nie przeszkadzało. Nie raz nie korzystał z czarów podczas robienia eliksirów. Lubił patrzeć jak składniki zmieniają konsystencję i łączą się. Ucieranie nie było dla niego czymś męczącym, wręcz przeciwnie, uspakajało go i relaksowało.
- Ruszaj tą łapą Kenny! Pomyślałby kto, że nie ćwiczysz ręki nocami! – Maddie zadrwiła głośno z jednego z więźniów i rozejrzała się po sali, aby zobaczyć efekt swoich słów.

Większość mężczyzn zachichotało, a ofiara docinka spłonęła czerwienią. W tym czasie Meduza szukała kolejnej osoby, na której mogłaby się wyżyć i od razu zauważyła kto się nawet nie uśmiechnął.
- Snape, te żółtka coś ci zrobiły? – zagaiła słodkim tonem. – Trzesz je jakbyś chciał się zemścić za doznane krzywdy…
Severus nawet nie podniósł głowy. Uznał, że ignorowanie baby będzie lepszym rozwiązaniem niż oznajmienie jej, że wyobraża sobie, że to jej twarz.
- To nie wie pani, że facet bez dziury jest bardzo ponury? Brakuje mu kobiecego towarzystwa… - Dundy próbował podbić serce nauczycielki śnieżnobiałym uśmiechem.
- Myślałam, że pomagacie sobie w tych sprawach – zakpiła Meduza i poszła dręczyć kolejną ofiarę.
Dundy przysunął się do Severusa i zachichotał.
- Widzisz jak się jej szybko pozbyłem? – wyszeptał z dumą.
Snape, jak to miał w zwyczaju, nie odezwał się ani słowem. Za to stwierdził w duchu, że chętnie poćwiczyłby zszywanie kurczaka na ustach Dundy’ego.

***

Tiramisu wyszło bardzo dobre. Severus dostał kawałek swojego deseru po obiedzie dzięki czemu mógł ocenić swój wysiłek. Meduza jak zwykle nie doceniła jego talentu i wystawiła mu średnią ocenę. Więzień był pewny, że Maddie jak większość kobiet w jego życiu go nie lubi. Nie było to nic nowego więc nie przejmował się za bardzo. Postanowił jednak, że któregoś dnia odnajdzie ją w mugolskim świecie i zemści się za wszystkie przytyki. Miał wystarczające umiejętności magiczne, aby przekonać kobietę, że wszystkie artykuły spożywcze do niej mówią. To była bardzo kusząca wizja.
- Moje tirandmisiu smakuje jak guano – zaskomlił Dundy wchodząc do celi Severusa. – Jest tak słone, że nie da się tego zjeść. Meduza napisała mi, że dostałem zero z dwoma minusami, ponieważ nie mieszczę się w standardowym systemie oceniania…

Severus nie skomentował. Nie rozumiał jak można było pomylić sól z cukrem. Nawet średnio rozgarnięty olbrzym zauważyłby różnicę, ale najwidoczniej było to powyżej możliwości Dundy’ego.
- Grasz dzisiaj w nogę? – Amerykanin spytał się z nadzieją w głosie.
Snape popatrzył się na niego spode łba. On i sport, a to dobre! Zamiast iść na dziedziniec, Severus wolałby sto razy bardziej siedzieć w celi i czytać książki wypożyczone z więziennej biblioteki. Ostatecznie mógłby mieć w niej codziennie dyżur. Niestety, regulamin zabraniał takich rzeczy.
- Ech, nie bez powodu nazywają cię profesorkiem – westchnął Dundy. – Ile można czytać? Przecież to strasznie nudne! – wyznał.
- Ja tak nie uważam – odrzekł Severus lodowatym tonem i zrobił minę, która wyraźnie mówiła „idź stąd albo cię zamorduję”.
To jednak nie zrobiło nawet najmniejszego wrażenia na gościu. Uśmiechnął się szeroko i stwierdził, że skoro Snape nie gra to on chętnie dotrzyma mu towarzystwa. Severus jęknął w duchu, ale wiedział, że protesty nie działają na Amerykanina.

***

- … wtedy wpadliśmy, rozumiesz. Uczyliśmy się do egzaminów i chyba za bardzo skupiliśmy się nie na tym co trzeba. Wiesz jakie tyłeczki mają murzynki. Nie mogłem się opanować… - Dundy opowiadał z zapałem o swojej byłej żonie. – Ożeniłem się z nią, bo matka mi kazała. Mieliśmy wtedy niecałe osiemnaście lat, to było stanowczo za wcześnie. Siano w głowie, sam z resztą wiesz jak to jest…
Severus ledwo zwracał uwagę o czym Amerykanin papla. Siedzieli w zacienionym miejscu pod murem i obserwowali toczący się mecz piłki nożnej. Severus miał szczególny powód, aby zwracać uwagę na otoczenie. Robin z kumplami lubili kopnąć piłkę w jego stronę licząc, że złamie mu nos. Jak na razie mieli kiepskiego cela i chybiali o całe stopy. Więzień podejrzewał, że nie starali się zbytnio, aby w razie czego kłócić się z aurorem, że był to wypadek.

- … sąd zadecydował, że syn ma zostać u niej. Trochę było mi przykro, ale okazało się, że tak jest lepiej. Matka to matka, ja się nie nadawałem do takiej roli. Jeremiah wyrósł na dobrego czarodzieja, teraz pracuje w Waszyngtonie jako auror. Ma się te geny – Dundy nie krył dumy z syna. – Drugą żonę poznałem w Nowym Jorku, gdy pracowałem w MACUSie. Była kierownikiem w archiwum. Taka szara myszka. Na początku ją olałem, ale później mnie zainteresowała. Szybko mnie zaciągnęła przed ołtarz, przez cały czas grała cnotkę niewydymkę. Wniosłem pozew o rozwód po tym jak przywiązała mnie do łóżka i wychłostała. To zła kobieta była – mężczyzna wzdrygnął się. – Do dzisiaj mam blizny na tyłku, chcesz zobaczyć?

Snape zmrużył oczy i posłał mu spojrzenie mówiące: „spróbuj tylko, a aurorzy będą cię zdrapywać ze ściany”.
- He, he, he – zarechotał Amerykanin. – Spokojnie profesorku, ja tylko żartowałem! Przecież nie rozebrałbym się przed tobą. Może przed jakąś gorącą laską to tak, ale ty nie jesteś w moim guście – zapewnił. – Opowiadałem ci o mojej trzeciej żonie? Pewnie nie. Więc posłuchaj…

Piłka posłana przez rudego współlokatora Robina odbiła się od ściany o stopę od głowy Severusa. Z boiska doleciał jęk zawodu. Snape uśmiechnął się paskudnie i pokazał gestem co o nich sądzi. Posypały się obelgi, ale nie trwały długo, ponieważ towarzystwo szybko zostało zagonione do dalszej gry przez pilnującego więźniów aurora.
- … mówiła, że mnie kocha, ale to nie była prawda. Dość późno odkryłem, że moje pieniądze utrzymują jej rodzinną wioskę. Miała czternaścioro rodzeństwa, a jej rodzice też nie byli jedynakami. Policz sobie ile mi wyprowadziła mamony przez te pięć lat! To była mała fortuna. Dobrze, że nie miałem z nią dzieci. Chciała, ale okazało się, że jest bezpłodna, a eliksiry nie działają na mugolki…

Tym razem Severus nie zwracał uwagi na przebieg gry. Patrzył się na mężczyznę, który wszedł na dziedziniec w towarzystwie Faxona i wyżej postawionych aurorów. Krew w żyłach zaczęła mu szybciej krążyć, gdy zdał sobie sprawę, że to Gawain Robards we własnej osobie.
- … przyleciałem za nią aż do Anglii. Myślałem sobie: Dundy, robisz źle, ona mogłaby być twoją córką! To na nic. Zakochałem się jak głupi. Wprawdzie gryzę się z jej matką, ale warto było. Jej rodzina ma kasę, więc byłem pewny, że mnie nie naciąga… - Dundy uniósł głowę i ujrzał szefa biura aurorów. – Hej, Gawain! – wrzasnął zanim Severus zdążył go powstrzymać. – Co u ciebie słychać!?
- Błagam, nie podchodź tutaj – pomyślał Snape w duchu.

Nie był pewny czy opanuje się w obecności gumochłona. Znokautowanie Robardsa byłoby przyjemną rzeczą, ale groziło za to wydłużenie wyroku, a wcześniej niezły wycisk z różdżek aurorów.
- Dundy… ty naprawdę nie masz z kim się zadawać? – Gawain zwrócił się Amerykanina. – Jako, że nie jesteś orłem intelektu to zdradzę ci, że to… - zrobił znaczącą pauzę, aby zlustrować Snape’a wzrokiem – coś… nie zasługuje na twoją uwagę.
- Wy Anglicy macie dziwne zwyczaje – odparł więzień. – Bawicie się w jakieś dziwne uprzedzenia. Severus to mój kumpel, świetnie mi się z nim rozmawia!

Robards ze Snapem pierwszy raz w życiu popatrzyli na siebie bez śladu wzajemnej nienawiści. Ich wzrok mówił wyraźnie, że obydwaj stracili nadzieję na to, że Dundy posiada chociaż kawałek mózgu w czaszce.
- W takim razie sądzę, że nie będziecie mili nic przeciwko temu, że razem zamieszkacie w celi – oznajmił Gawain z wrednym uśmiechem. – Sądzę, że pani psycholog zgodzi się, że skoro nawiązali nić przyjaźni to nie wolno nam ich rozdzielać – dodał do Faxona, który od razu kiwnął głową na znak zgody.
Severus miał ochotę udusić zarówno Dundy’ego jak i Robardsa gołymi rękami.

***

Auror bez większego problemu wyczarował drugie łóżko. Dundy w ciągu kilku chwil przeniósł cały swój dobytek do celi Severusa.
- Świetnie! Naprawdę się cieszę, że z tobą zamieszkam! – zakomunikował z radością. – Lepiej być z kimś, kto cię rozumie. Ten młody z którym wcześniej mieszkałem niczego nie czaił. Nie ten wiek… Młodsze dziewczyny są świetne, ale faceci w ich wieku, daj spokój – machnął lekceważąco ręką.

W czasie gdy Dundy paplał, Severus leżał na swoim łóżku zwrócony twarzą do ściany i gryzł język, aby nie wybuchnąć ze złości. Na usta cisnęły mu się wszystkie przekleństwa, które znał i kilka nowych, które wymyślił w międzyczasie. Robards nieźle go załatwił! To była kolejna osoba, która zasługiwała na zemstę po jego wyjściu na wolność. Ten przypadek był jednak trudniejszy niż Meduza. Mugolkę łatwo załatwić, ale aurora z dużym doświadczeniem nie. Severus był pewny, że prędzej czy później coś wymyśli, aby dać mu popalić i nie ściągnąć na siebie podejrzeń.
- … doceniam twój sposób bycia. Czasem mniej znaczy więcej i ty jesteś tego idealnym przykładem – Dundy produkował się nie zwracając uwagi na reakcję współlokatora.
- Dobrze, że on wyjdzie na wolność za trzy tygodnie – stwierdził Severus w duchu i przycisnął mocniej poduszkę do uszu.
Na wszelki wypadek narzucił jeszcze na siebie złożoną kołdrę. To wyciszyło monolog Dundy’ego na tyle, że mógł zacząć knuć swoją zemstę bez żadnych przeszkód. A przynajmniej mógł dotrwać do kolacji bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym.