Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 czerwca 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 15 – Drzewo genealogiczne


Augustyna pożegnała się z córką i wyszła z jej butiku, który znajdował się w Magowie. Małgorzata nie była wcale zdziwiona z powodu wizyty swojej matki. Nie raz staruszka pojawiała się w stolicy, aby spotkać się z którąś z koleżanek i czasem wpadała do jej pracy na szybką kawę po albo przed podróżą świstoklikiem. To stało się tak naturalne, że Małgorzacie nie przyszło do głowy, że jej matka może mieć tym razem inny cel.

Staruszka wyciągnęła z torebki mały arkusik papieru i przeczytała co jest na nim napisane. Upewniła się, że znalazła odpowiedni adres i weszła w bramę skromnej kamienicy. Jej wzrok prześlizgnął się po podwórku i zatrzymał na wejściu do klatki schodowej. Augustyna trochę się zasapała podczas wchodzenia na trzecie piętro, nie była już młoda i starość dawała jej się powoli we znaki. Miała 81 lat, przeżyła wojnę i śmierć męża. Czym wobec tego są dla niej schody? Da radę!

Biuro detektywa było równie skromne tak jak kamienica. Na ścianach i podłogach nie było ozdób, w których tak bardzo lubowali się czarodzieje, meble były proste. Augustyna usiadła na twardym krześle i popatrzyła się na człowieka, którego zamierzała wynająć. Na oko miał czterdzieści lat, ubrany był w czerń, przez którą przypominał księdza. Jasne włosy koloru czekolady miał przystrzyżone krótko. Spoglądał na staruszkę bystrymi, ciemnobrązowymi oczami, nad którymi umiejscowione były krzaczaste brwi.
- Czym mogę pani służyć? – spytał się po chwili ciszy.
- Chcę, aby ustalił pan pochodzenie pewnej dziewczynki.

Detektyw uniósł brew i spojrzał się na Augustynę z niedowierzaniem. Po chwili parsknął śmiechem.
- Droga pani, nie zajmuję się takimi pierdołami – stwierdził rozbawionym tonem. – Mam na swoim koncie odnalezienie mordercy Haliny Czartoryskiej i odnalazłem skradzioną biżuterię księcia Leonida! – wypiął dumnie pierś.
- Tak słyszałam o tych sprawach, dlatego uważam, że pan będzie najlepiej nadawał się do tej roboty – odparła Augustyna spokojnie.
- Moje usługi są jednymi z najdroższych w kraju! – oświadczył mężczyzna mając nadzieję, że to zniechęci starszą panią.
- Jestem w stanie zapłacić za wszystko – odparła czarownica z uśmiechem i wyjęła z torebki zdjęcia oraz zapisane kartki. – To jest moja wnuczka Amelia Ratine, chodzi do jednej klasy w Durentiusie z Patrycją Michalską, która wygląda identycznie jak ona. Chcę, aby sprawdził pan czy jest spokrewniona z tą rodziną – podała detektywowi kartkę, na której było zapisane nazwisko.

Mężczyzna popatrzył na nią rozbawionym wzrokiem i mina szybko mu zrzedła. Augustyna zobaczyła, że na jego czole pojawiają się kropelki potu, a palce zaciskają się nerwowo. Spojrzał się badawczo na czarownicę.
- Jest pani pewna…?
- To tylko domysły, możliwe, że to tylko zbieg okoliczności. Jeśli jest z nimi spokrewniona to przez matkę. Jej ojciec jest kompletnym mugolem.
- Ta rodzina… ja nie wiem czy się tego podejmę – oświadczył detektyw i głośno przełknął ślinę. – Musiałbym polecieć do Wielkiej Brytanii i do Rosji, ktoś mógłby coś zacząć podejrzewać. Ryzyko, spore ryzyko…
- Zapłacę za wszystko – powiedziała staruszka poważnym tonem. – Jeśli będzie pan ostrożny to nic się panu nie stanie. Jeden siedzi w Nurmengardzie, drugi nie żyje. Nie wiem jak potoczyły się losy ich kobiet oraz dzieci, może ktoś jest spokrewniony z dziewczynką. Na tej kartce napisałam wszystko co o niej wiem – wskazała odpowiedni arkusz papieru.
- Delikatna sprawa, bardzo delikatna. Już wiem, czemu pani do mnie przyszła.

Augustyna kiwnęła potakująco głową, postanowiła pochlebić człowiekowi, którego chciała wynająć:
- Jest pan najlepszy, wierzę, że dowie się pan wszystkiego. Nikt inny do tej roboty się nie nadaje.
Czarodziej zastanawiał się przez chwilę. Popatrzył się na swoje nagrody, które stały w gablocie przy drzwiach. Były to jedyne ozdobne rzeczy w pomieszczeniu. Po dłuższym namyśle zdecydował się na współpracę.
- Zgoda, ale to będzie kosztowało dwa razy więcej niż zwykle i jeśli pojawią się jakiekolwiek kłopoty od razu zrywam kontrakt!

***

Internet nie pozostawiał złudzeń: zrobienie testów genetycznych nie było ani prostą, ani tanią sprawą. Angela myślała, że wszystko będzie łatwiejsze. Jednak teoria teorią, a życie życiem. Miała dwie możliwości. Pierwsza obejmowała zebranie materiału genetycznego całej rodziny Patrycji oraz wszystkich krewnych jej i Amelii, co było bardzo drogą zabawą. Druga opcja polegała na wybraniu najbardziej prawdopodobnych osób, co było zdecydowanie tańsze, ale jeśli by się pomyliła to testy należało powtórzyć. Najgorsze, że nie mam kasy, aby przebadać wszystkich – jęknęła w myślach nauczycielka.

Zarówno Patrycja jak i Amelia były mocno zawiedzione, gdy w poniedziałek przyszły do gabinetu Angelique, a ta musiała im powiedzieć, że na razie nic z tego. Obydwie zaczęły protestować i oznajmiły, że oddadzą całe swoje kieszonkowe, aby tylko dowiedzieć się czy są krewnymi. Patrycja była gotowa nawet oszukać swojego ojca i wmówić mu, że mają jakąś wycieczkę czy coś podobnego, ale Angela nie mogła jej na to pozwolić.
- Nadal nad tym siedzisz? – spytał się Miłosz, gdy wszedł do jej gabinetu.
- Nadal nie nauczyłeś się, że się puka do drzwi? – blondynka spojrzała na niego spode łba.
- Miałem nadzieję, że siedzisz naga albo coś…
- Bardzo zabawne!
- Kiedyś zdobędę twoje serce… – czarodziej westchnął ostentacyjnie i usadowił się na krześle przed biurkiem. – Mogę dać ci tysiaka na te badania, kiedyś oddasz.
- Nie, dziękuję, poradzę sobie.
- Mówiłaś, że najbardziej prawdopodobna jest twoja babcia. Bierz od niej materiał, jakieś włosy czy coś.
- Nie wiem, z której strony Patrycja może być ze mną spokrewniona, od ojca czy od matki.
- Masz pewność, że jej stary jest mugolem. Może jej matka była czarownicą, ale ukryła to przed rodziną – zauważył były auror.
- Możliwe – zgodziła się Angela. – Tylko jak to sprawdzić?
Ku jej zdumieniu Miłosz roześmiał się tak mocno, że pociekły mu łzy po policzkach.
- Pracujesz w szkole magii, która ma największą bazę danych czarownic i nie wiesz jak to sprawdzić? Ale z ciebie blondynka!

Angela fuknęła na niego i schowała notatki. Wiedziała, że nie jest w stanie gniewać się na Miłosza długo. Często jej dogryzał, ale robił to w tak serdeczny sposób, że złość szybko jej mijała. Spojrzała się wymownie na sufit i czekała.
- No dobra, przepraszam! – łysy czarodziej wytrzymał tylko kilka sekund jej focha. – Dowiedz się wszystkich szczegółów o matce Patrycji i sprawdź czy nie chodziła do Durentiusa.
- No dobra, powiem Pyśce aby zrobiła swoje drzewo genealogiczne. Zawsze może wytłumaczyć się w domu, że to praca na lekcję czy coś…
- Ha! Dobrze kombinujesz! – stwierdził z uznaniem Miłosz i puknął pięścią w ramię Angeli.
- Ała! Nie w szczepionkę brutalu!
- Sorry!

***

Patrycja leżała na brzuchu na łóżku z Zochą w ich pokoju w internacie. Obydwie pochylały się nad zeszytem, w którym wyższa z dziewczynek wypisywała członków swojej rodziny od strony ojca.
- Po co komu dziewięcioro dzieci? – wymamrotała Patrycja gniewnie. – W życiu nie dojdę kto jest kim! Tata prawie się z nikim nie spotyka, niektórych widziałam tylko raz na komunii kuzynki Weroniki, ale większości nie znam. Skąd mam wiedzieć jak się nazywają te wszystkie ciotki i wujkowie? Bawiłam się z jakimiś dzieciakami, ale nie pamiętam kto jest kim! Masakra! – poskarżyła się Zośce.
- Pisz i nie marudź, będziesz mieć mniej roboty w domu. Ojciec ci sprawdzi, podopisuje kto jest kim i oddasz sorce Angeli – stwierdziła czarnulka i wzięła do ust ostatniego krakersa. – Ftedy mofemy se sfotkać f Luflinie.
- Tata chyba by wiedział gdyby miał czarodzieja lub czarownicę w rodzinie… – stwierdziła z nadzieją w głosie Patrycja.
 - Taaa – prychnęła Zocha. – A te wszystkie formularze o tajemnicy są dla picu! – zmięła opakowanie i rzuciła nim w stronę kosza na śmieci. – Dziesięć punktów! Brawo ja! – wykrzyknęła ucieszona, gdy trafiła do pojemnika.
- Najgorsze, że prawie nic nie wiem o rodzinie mamy – ciągnęła Pyśka. – Opowiadała mi, że dziadek był marynarzem i jego okręt zatonął, gdy była bardzo mała. Nikt się nie uratował i nigdy nie odnaleziono jego ciała. Babcia za to zmarła kilka lat później, zachorowała na coś… chyba raka… nie pamiętam dokładnie.
- Wtedy twoja mama trafiła do sierocińca? – Zocha mimo wrodzonej gadatliwości potrafiła słuchać innych ludzi.
- Tak. Opowiadała, że miała ciotkę, chyba siostrę dziadka, ale ta była pokręconą kociarą czy coś i jej nie chciała wziąć do siebie. Za to była na nią strasznie obrażona i się do siebie nie odzywały. Nawet nie wiem czy ta ciotka żyje. Nigdy jej nie widziałam na oczy. W sumie to nie wiem czy chcę się z nią spotkać, straszna chamówa, że nie chciała zaap… zada… zadap…
- Mówi się „zaadoptować” miernoto! – wtrąciła Telimena, która weszła do pokoju. – To takie proste słowo, a ty go nie potrafisz wypowiedzieć. Nic dziwnego, że łapiesz kiepskie oceny! – popatrzyła się na koleżankę z góry, co było możliwe z tego powodu, że Patrycja leżała na łóżku i była po prostu niżej.
- Pyśka kiedyś się wszystkiego nauczy, a ty zostaniesz kretynką do końca życia – warknęła Zocha. – A tak swoją drogą… jak ci idzie samodzielne ubieranie się?

Od poniedziałku mieszkały razem we trójkę, ponieważ Kasię rozłożyła grypa czarodziejów, która przebiegała podobnie jak mugolska, z tą różnicą, że podczas kichania uwalniała się moc. Koleżankę zabrano do domu, ponieważ co chwila wyczarowywała wielkie stada robaków. Od tego czasu Telimena nie miała kim pomiatać. Musiała pojechać do Mystóp, aby kupić luźne ubrania, ponieważ nie potrafiła samodzielnie zasznurować gorsetu i założyć stelażu pod suknię. Dodatkowo nie miał kto jej ułożyć włosów, które zamiast prezentować się w ciasnych skrętach zwisały smętnie upięte byle jak na karku. Patrycja z Zochą zgodnie stwierdziły, że za służące nie będą robić i wyśmiewały się z Telimeny przy każdej możliwej okazji. Koleżanka z klasy nie zostawała im dłużna.
- Odczep się ode mnie! Ktoś pochodzący z rynsztoka nigdy nie zrozumie dobrze urodzonej panny! – odcięła się.
- Raczej kaleki życiowej!
- Przynajmniej moja matuś nie była płatną grzesznicą tak jak twoja!
- Ty wstrętna wywłoko!

***

Paul patrzył na biegnące ku niemu koleżanki. Mimo niskiej temperatury panującej na dworze umówili się, że pójdą po południu do lasu, aby poćwiczyć wyczarowanie patronusa. Sprawdzili w książkach, że jest to prawdziwe zaklęcie i razem z Amelią postanowili nauczyć się go. Teraz spotykali się we trójkę, ponieważ siostra Angelique musiała wracać do domu po lekcjach. Patrycja z Zochą wyszczerzyły zęby do przyjaciela, a ten od razu zrozumiał, że musiało się coś stać.
- Co wyście tym razem zrobiły? – spytał się wiedziony ciekawością.
- Telimena znowu się rzucała jak wesz na grzebieniu, więc postanowiłyśmy ją trochę uspokoić – wyjaśniła Zocha.
- Taaaa – Patrycja zachichotała. – Pomogłyśmy jej poszukać wejścia do Narnii.
- Do czego? – zdziwił się blondynek.
- Zamknęłyśmy cholerę w szafie. Wypuścimy ją jak wrócimy – Zocha była z siebie dumna.

Paul miał ochotę walnąć obydwie w pusty łeb. To co zrobiły były bardzo zabawne, ale na bank zarobią tygodniowy szlaban. Chrząknął i zapalił różdżką lampę, którą przyniósł ze sobą. Jeśli mieli siedzieć w lesie lepiej było to robić przy świetle.
- Za mną – rzucił krótko.
Odkąd zamieszkał w internacie często spacerował po lesie zapuszczając się w odległe miejsca. Wolał towarzystwo roślin i zwierząt niż kolegów z klasy, którzy preferowali głupie zabawy. Dobra książka o magii czytana na polanie to było coś, co Paul najbardziej cenił. Jako, że był najmniejszy w klasie i wyglądał jak dziecko od razu stał się wyrzutkiem. Dodatkowo naśmiewano się z niego za to, że zaprzyjaźnił się z dziewczynami. Nie rozumiał, jakie to miało znaczenie. Patrycja, Amelia i Zocha były fajne oraz zabawne, na dodatek nigdy się z niego nie naśmiewały. Teraz zaś prowadził je w miejsce gdzie będą osłonięci przed niepożądanym wzrokiem.
- Łał! Tu jest zajebiście! – zawołała Zocha i rozejrzała się dookoła.

Byli w rozpadlinie skalnej, na której dnie płynęła wąziutka wstążka wody, która wpadała do rzeki Czarnulki. Ściany porośnięte były mchem i ozdobione były różnymi formacjami kamieni. Nad nimi wznosił się las, który utracił już zdecydowaną większość liści.
- Dobra, pamiętajmy po co tu przyszliśmy! Skupiamy się na najszczęśliwszym wspomnieniu i przywołujemy patronusy! – zakomenderował Paul.

Trójka przyjaciół zamyśliła się. Nie mogli się doczekać, kiedy zobaczą, jakie zwierzęta są im przypisane. Nie robili tego z powodu dementorów, ponieważ te siedziały głównie w Anglii i okolicach. Ich celem było wyczarowanie cielesnych patronusów, aby móc się ze sobą kontaktować oraz wzbudzić podziw wśród nauczycieli i rówieśników.
- Expecto Patronum! – wrzasnęła Zocha.
Paul zerknął w jej stronę, ale nic się nie wydarzyło. Patrycji także się nie udało. Teraz była kolej na niego. Przypomniał sobie jak był szczęśliwy, gdy dostał od dziadków kota na urodziny. Czarną, włochatą kulkę, która wpatrywała się w niego swoimi intensywnie błękitnymi oczami.
- Expecto Patronum! – wrzasnął.

Nic. Kolejna nieudana próba. Ćwiczyli to zaklęcie od tygodnia, ale żadne z nich nie wyczarowało nawet strzępka mgły. Może bez dementorów czających się w pobliżu nie mieli odpowiedniej motywacji? Albo byli za słabi w czarach?
- Hmmm, myślicie, że znajdziemy w zamku jakiegoś bogina? Może z nim nam lepiej pójdzie? – zaczęła zastanawiać się głośno Zocha.
- Pomysł dobry, ale skąd wiesz, że zamieni się w dementora?
- No fakt – zasępiła się czarnowłosa czarownica. – Prędzej wyjdzie z szafy jako sorka Chruszczewska i zacznie się na mnie drzeć, że zasłużyłam na kolejną pałę…

Obydwoje popatrzyli się na Patrycję, która z zaciętą minął ciągle próbowała wyczarować patronusa.
- Expecto patronum! Expecto Patronum! Expecto Patronum! – krzyczała i wymachiwała dziko różdżką.
- Ta to ma zacięcie – mruknął Paul.
- Expecto patronum! Expecto Patronum! Expecto Patronum!
- Bierzmy z niej przykład i ćwiczmy – zadecydowała Zocha i już miała skupić się na swoim najszczęśliwszym wspomnieniu, gdy zobaczyła, że z różdżki Patrycji wypływa lekka mgiełka.
- Udało mi się! – zawołała czarownica. – Jest! W końcu udało mi się coś, jako pierwszej! – skakała z radości na jednej nodze. – Szkoda tylko, że nie był to cielesny patronus… - stanęła zakłopotana.

Zocha rzuciła się, aby ją wyściskać. Obydwie zwaliły się na butwiejące liście.
- Pyśka! Nie mogę się doczekać aż opowiemy o tym Ami! Ale się ucieszy! Gratulacje! – wrzeszczała czarnowłosa dziewczynka.
Paul zdecydował, że pogratuluje Patrycji zaraz po tym jak uratuje jej życie, ponieważ koleżanka wyraźnie dusiła się przygnieciona przez Zochę.

***

Ilona Jasińska nie za była bardzo zdziwiona, gdy Telimena wpadła do jej gabinetu z płaczem. Z tego co udało jej się ustalić została zamknięta w szafie przez Zochę Kowalską i Patrycję Michalską. Uspokoiła rozhisteryzowaną nastolatkę i odprowadziła ją do pokoju. Tam poczekała na swoje podopieczne, które miały wrócić przed kolacją.

Gdy Patrycja z Zochą weszły do pokoju zrozumiały, że mają przerąbane. Ich plan zakładał, że wypuszczą Telimenę i spróbują zmodyfikować jej pamięć. Wprawdzie żadna nie robiła czegoś takiego, ale stwierdziły, że należałoby poćwiczyć. Umiejętność rzucania takich czarów mogła im się kiedyś przydać, chociażby na klasówce z matmy (profesor mógłby zapomnieć, że mają ją pisać). Widok rozgniewanej pani Ilony uświadomił dziewczynkom, że ktoś wypuścił Telimenę, która zdążyła się poskarżyć opiekunce.

Jeden rzut oka w stronę koszy na śmieci rozwiązało sprawę. Patrycja zupełnie zapomniała, że tego dnia chimery chodziły po pokojach. Jacek, Wacek i Pankracek to były nazwy trzech ożywionych posągów, które miały za zadanie wyjadać śmieci z koszy. Pierwszy z nich preferował odpadki organiczne, drugi papier, a trzeci wszystko, co nie mieściło się w pozostałych kategoriach. Z Jackiem można było normalnie porozmawiać, ponieważ profesor od transmutacji przyłożył się do czaru. Jego chimera była smakoszem i uwielbiała raczyć dziewczynki opowiadaniem o smakach poszczególnych rzeczy. Wacek był mniej udany, burczał coś pod nosem i szatkował papier wielkimi zębiskami niczym niszczarka. Pankracek za to zaczarowany był przez jakiegoś ucznia i porozumiewał się ze światem gestami oraz chrząknięciami. Z jego manierami było na bakier i zawsze po jego uczcie trzeba było sprzątać. Widocznie chimery uwolniły Telimenę.
- Czy możecie mi wyjaśnić co się tutaj stało? – spytała się pani Ilona gniewnym tonem.
- Telimena chciała iść do Narni, ale widocznie zgubiła drogę – odpowiedziała błyskawicznie Zocha z miną niewiniątka.
- Mam z wami skaranie boskie – westchnęła opiekunka. – Do końca tygodnia macie szlaban na wychodzenie z pokoju!
- A na lekcje musimy chodzić?
- Musicie! – odwarknęła pani Ilona. – Jest prawie listopad, a nikt nie ma na koncie tyle szlabanów co wy! Przeproście koleżankę i jazda na kolację!

Telimena popatrzyła się na nią z niedowierzaniem malującym się na twarzy. Widocznie uważała, że to zbyt mała kara jak na to, co ją spotkało. Dziewczyny wyszczerzyły się do niej nieszczerze i wysylabizowały przeprosiny jakby była opóźniona umysłowo. Usatysfakcjonowało to opiekunkę, która wyszła z pokoju.
- Nawet ona cię nie lubi – oznajmiła głośno Zocha patrząc na Telimenę. – Przecież jest środa, a te dwa dni siedzenia w pokoju to pierdnięcie w oponkę.
Niska czarownica rzuciła się gwałtownie na łóżko i odwróciła się od niej ostentacyjnie plecami. Patrycja w ogóle się tym nie przejęła. Podeszła do biurka, wzięła zeszyt i zaczęła ponownie pracować nad swoim drzewem genealogicznym.

czwartek, 11 lutego 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 12 – Pogawędki przy serze


Klasa I „c” bardzo ucieszyła się z faktu, że odpadają im dwie godziny łaciny. Jako, że nikt nie zorganizował zastępstwa na zajęciach, to uczniowie rozeszli się w różnych kierunkach. Patrycja z Zochą stwierdziły, że pójdą nakarmić Pokucie. Amelia z Paulem oznajmili, że z chęcią będą im towarzyszyć. Grupka przyjaciół wyszła z zamku i skierowała swoje kroki ku budynkom za internatem. Tam znajdował się Szkolny Ogród Zoologiczny, w którym trzymane były magiczne zwierzęta. Był to mały obiekt, przeznaczony do nauki. Nie mieszkały w nim niebezpieczne stworzenia typu smoki czy hipogryfy nad czym Patrycja z Zochą bardzo ubolewały.
- Mogliby sprowadzić tutaj jakiegoś sfinksa czy cerbera…
- Pyśka, nie przesadzaj! – jęknęła Amela krzywiąc się ponieważ słońce świeciło jej w oczy. – To są bardzo niebezpieczne zwierzęta.
- Ja kiedyś będę mieć cerbera – stwierdził Paul. – Nazwę go Szatan i będę nim straszył ludzi!
- Masz oryginalne marzenia – zachichotała Zocha wkładając do klatki sękacza.
- Uważaj! – krzyknęła Amelia i złapała Patrycję za rękę. – Ten pokuć lubi parmezan, a ty mu chciałaś dać camemberta!
- O kurczę – jęknęła Patrycja i zaczęła szukać odpowiedniego sera.

Czarodzieje nie używali lodówek ponieważ te nie działały w pobliżu źródła silnej magii. Żywność przechowywali w szafkach, na które rzucili zaklęcie chłodzące lub mrożące. Patrycja sprawdziła na wszystkich półkach, ale nie znalazła tego czego szukała. Zgłosiła sprawę nauczycielce przyrody, która akurat doglądała Ćmuchy – małe stworzenia przypominające żaby, które posiadały uszy i długi ogon. Ta od razu wyczarowała patronusa, który pobiegł do zamkowej kuchni aby przekazać wiadomość. Czwórka przyjaciół była pod wrażeniem. Dużo ćwiczyli, ale jak na razie żadnemu z nich nie udało się wyczarować czegoś więcej niż małej mgiełki.
- Zaraz ktoś przybiegnie z dostawą – powiedziała profesor Zięba. – Poczekacie na nią? Mam teraz lekcje z klasą trzecią gimnazjum…
- Się wie! – odezwała się Zocha. – Włożymy wszystko do lodowej szafki i nakarmimy Truśka!

Wszystko odbyło się tak jak powiedziała dziewczynka. Po jakimś czasie przyszedł Domowik, który wyglądał jak krasnolud z „Władcy Pierścieni”, z taczką załadowaną produktami spożywczymi. Czwórka przyjaciół szybko uwinęła się z zadaniem.
- Został camembert – powiedziała Zocha i spojrzała do rozpiski. – Żaden z Pokuciów go nie je… a ja zawsze chciałam go spróbować! – odgryzła kawałek zanim ktoś zdąrzył zareagować.
Paul, Amelia i Patrycja popatrzyli się na siebie zaskoczeni. Wiedzieli, że koleżanka jest zdolna do wielu rzeczy, ale tego się nie spodziewali.
- Dobry! – stwierdziła Zocha. – Nigdy wcześniej go nie jadłam! Chcecie gryza?
- Eeee, nie… - mruknęła Amelia. – Najadłam się go wystarczająco dużo w domu i u dziadków we Francji.
- A mnie daj! – stwierdził Paul i odłamał spory kawałek. – Głodny jestem, a do obiadu jeszcze trochę zostało!
- No dobra, zostawcie coś dla mnie – przyłączyła się po chwili wahania Patrycja.

Amelia zobaczyła, że jest pokonana, więc westchnąwszy głęboko też się poczęstowała.
- Ty... Paul… - zaczęła Patrycja. – Jak to z tobą jest? Jesteś Niemcem, a gadasz po naszemu… Czemu nie jesteś w Durmstrangu?
Paul położył się na małej kupce siana aby skorzystać z jednego z ostatnich słonecznych dni. Amelia siadła koło niego, a Zocha i Patrycja usiadły na płocie.
- No więc tak… tata jest Niemcem – zaczął opowiadać Paul. – Jest ze starej arystokratycznej rodziny czarodziejów. W pewnym momencie stwierdził, że czas się ożenić więc poszedł do swatki…
- Do czego? – spytała się Patrycja.
- Jaja sobie robisz! – Zocha patrzyła się na nią ze zdumieniem. -  Nigdy nie słyszałaś o swatce?
- Nie…
- Czarodzieje często używają swatek aby znaleźć sobie żonę lub męża – wyjaśniła Amelia. – Opisujesz kogo byś chciała, a taka specjalna osoba szuka ci kandydatów. Mama chciała tak znaleźć kogoś dla Angel, ale ta zrobiła taką awanturę, że musiała odpuścić.
- Małżeństwo bez miłości!? – oczy Patrycji mało nie wyszły z orbit.
- Jak ty nic o nas nie wiesz – Paul się wykrzywił. – No dobra, dobra, już mówię dalej, nie odchodź! – uspokoił koleżankę, która obrażona zaczęła iść w stronę internatu. – Tata chciał znaleźć sobie dziewczynę zza granicy ponieważ jesteśmy spokrewnieni z prawie wszystkimi niemieckimi rodami. Do dziś żartuje, że chciał dodać trochę świeżej krwi.
- Nie mógł sam kogoś poszukać? – spytała się Amelia.
- Twierdzi, że w okolicy akurat były albo brzydkie Niemki albo Arabskie księżniczki, które nie mogą wyjść za mąż za nie muzułmanina – wyjaśnił Paul. – Przestańcie mi przerywać! Zaraz będzie najlepsze! – dodał. – Więc tata poszedł do swatki i powiedział z kim chce się ożenić. Ponoć babka, aż złapała się za głowę, gdy usłyszała wymagania. Stwierdziła, że nawet mugolki nie spełniają połowy wymagań: miała być piękna, wysoka, zgrabna, wesoła, miła, mądra i tak dalej. Tata mówił, że miał trzy arkusze pergaminu zapisanych jaka ma być jego przyszła żona – chłopiec zachichotał.
- O matko – jęknęła Zocha. – Ale wymyślił!
- Poszukiwania trwały dwa lata. W końcu znaleziono aż cztery kandydatki… - Paul uśmiechnął się tajemniczo i zrobił pauzę. – Tata poszedł na randkę z każdą z nich i wszystkie mu się nie spodobały. Poleciał więc do swatki aby zrobić jej awanturę, ale gdy był pod drzwiami usłyszał, że nie tylko on jest niezadowolony. Mówił mi, że słyszał jak ktoś się strasznie drze łamanym niemieckim. Pomyślał, że w środku musi być jakaś straszna baba i bardzo się zdziwił, gdy wyszła po chwili niska blondynka z oczami miotającymi błyskawice…
- Niech zgadnę! To twoja mama! – wykrzyknęła ucieszona Patrycja.
- Tak! – twarz Paula rozpromieniła się. – Tata mi opowiadał, że jak ją zobaczył to od razu się zakochał! Wszedł do swatki i poprosił o kontakt z nią. Wtedy babka zaczęła mu tłumaczyć, że to jest zwykła stażystka z Polski i nie spełnia nawet jednej setnej jego wymagań. Tak długo ją prosił, że swatka się zgodziła i powiedziała mu, że ma się wynosić i nie wracać nigdy więcej. Tata od razu ją odszukał i się oświadczył. Mama mówiła, że na początku brała go za jakiegoś wariata. Dopiero, gdy oświadczył jej się piąty raz to się zgodziła.
- Fajna historia – Amelia spojrzała w niebo rozmarzonymi oczyma. – Chciałabym kiedyś spotkać chłopaka, który będzie tak o mnie zabiegał…
- To stąd znasz polski – podsumowała Patrycja. – Dlaczego nie poszedłeś do Durmstrangu?
- Bo wolę moją polską rodzinę – wyjaśnił Paul. – Rodzina taty jest jakaś taka… no… niezbyt ich lubię – zakończył i się zaczerwienił.
- Pewnie są bardziej sztywni? – spytała Amelia. – Moja rodzina we Francji jest strasznie przywiązana do tradycji. Gdy jadę do nich to co chwilę słyszę „stój prosto”, „zachowuj się jak dama” czy „dziewczynkom to nie przystoi”. Moi dziadkowie niezbyt lubią mamę…
- Przecież jest czystej krwi – stwierdziła Patrycja. – Mówiłaś, że od zawsze byliście czarodziejami.
- No… prawie… - wyjąkała prawie-bliźniaczka. – Babcia Gusia jest mugolaczką…
- Mama twojej mamy? – upewniła się Zocha.
- Tak. Ale tu chodzi o to, że mama nie jest z arystokracji.
- To może od tej strony jesteśmy spokrewnione! – wykrzyknęła Patrycja i złapała Amelię aby pokręcić się z nią w kółko.
- Wasze podobieństwo jest niesamowite – mruknął Paul. – Chciałbym wiedzieć jak do tego doszło… Jak będę dorosły to opanuję czary tak, że się dowiem!
- W mugolskim świecie możecie zrobić test DNA – rzuciła Zocha.
- Że co? – zdziwił się Paul.
- W laboratorium pobierają coś od ciebie i drugiej osoby, chyba ślinę i wtedy można stwierdzić czy jesteś spokrewniony.

Patrycja aż podskoczyła z radości i poleciała uściskać Zośkę.
- Jesteś genialna! Powiem tacie aby zrobił takie testy!
- Mówiłaś mu o nas? – spytała się zarumieniona Amelia.
- Tak... trochę… - zmieszała się dziewczynka. – Chyba mi nie uwierzył – wyznała po chwili.
- Gdybyś ścięła włosy to byłybyście identyczne – stwierdził Paul chwytając koleżankę za kucyk.
- Nie, nie mogę… – broda Patrycji zaczęła się trząść, a oczy zaszły łzami.
Trójka przyjaciół popatrzyła na siebie. Żadne z nich nie wiedziało czemu wzmianka o ścinaniu włosów spowodowała taką reakcję. Patrycja tarła gwałtownie oczy aby się nie rozpłakać.
- Hej, ja nie chciałem… - zaczął się tłumaczyć Paul chociaż nie wiedział o co chodzi.
- Nie… to… nic… ja… już… zaraz… - łkała Patrycja w ramię Amelii.
- Boisz się fryzjera? Może masz fobię? – zgadywała Zocha.
- Nie!
- Chcesz aby urosły ci za kostki?
- Nie!
- Boli cię to?
- Nie!
- To ja nie mam pomysłu! – jęknęła Zocha i padła na siano.
Po chwili Patrycja uspokoiła się na tyle aby wyznać przyjaciołom, że włosy zawsze ścinała jej mama i nie dała ich nikomu tknąć po jej śmierci. Paul patrzył się na nią z głupią miną. Zocha zaś z Amelią pocieszały koleżankę tak długo, aż się całkowicie nie uspokoiła.

***

- Konrad, dlaczego to zrobiłeś?
- A co ciebie to obchodzi?
Angelique popatrzyła się na swojego brata. Siedział na krześle z miną wyrażającą pogardę i lekceważenie, nie patrzył się na siostrę.
- Nazwałeś mnie dziwką, dlaczego?
- Bo tak! – warknął. – Te głupie bachory musiały ci naskarżyć!
- Amelia mówiła mi, że groziłeś jej i jej przyjaciołom jeśli mi powiedzą o tym.
- Jakby nie podsłuchiwali to by nie było afery!

Konrad odwrócił się ostentacyjnie na krześle. Angela westchnęła czując ból w sercu. Jej brat od jakiegoś czasu odnosił się do niej wyjątkowo paskudnie i nie miała pojęcia z jakiego powodu. Wiedziała, że nastolatkom często odbija, ale Konrad przechodził ten okres wyjątkowo burzliwie. Położyła mu rękę na ramieniu i odwróciła go do siebie. Pochyliła się nad nim i spojrzała mu prosto w oczy.
- Zachowujesz się wyjątkowo źle, jesteś moim bratem, ale jednocześnie jestem twoją nauczycielką…
- I co? – przerwał jej. – Napiszesz do mamy?
- Tak, zrobię to. Dostaniesz uwagę do dziennika i obniżoną ocenę z zachowania.
- Rób sobie co chcesz, mam to gdzieś! – krzyknął.
- Proszę, powiedz mi o co ci chodzi – Angela go błagała. – Dogadajmy się, jesteś już prawie dorosły. Chodzi ci o to, że się wyprowadziłam z domu?
- Nie.
- O tą trójkę z ostatniej klasówki?
- Nie! – fuknął. – Zostaw mnie!
- Jak sobie chcesz… - powiedziała Angela i podeszła do drzwi. – Pamiętaj tylko, że nie będziesz miał na moich zajęciach taryfy ulgowej…
- Jakbym ją miał – prychnął Konrad.
- … oraz napiszę do mamy aby zabrała cię z internatu, widocznie to była zła decyzja ponieważ odkąd tu zamieszkałeś jest co raz gorzej z tobą.
- Wal się!

***

Miłosz siedział w bokserkach i koszulce na materacu w kawalerce Angelique. Przyleciał do niej w piątek wieczorem, ponieważ robił aktualnie studia podyplomowe z pedagogiki. Była to sytuacja wyjątkowa ponieważ dostał od dyrektorki pozwolenie aby nie robić licencjatu i magisterki. W Durentiusie sprawa nauczycieli wyglądała zawsze tak samo: gdy nauczyciel zaczynał się zastanawiać nad odejściem szukał sobie następcy czyli zdolnego ucznia, którego przekonywał do pójścia na mugolskie studia. W świecie czarodziejów nie opłacało się otworzyć takiej placówki ponieważ rotacja była stosunkowo niska.

Angelique poszła na studia w Lublinie, dostała się na UMCS dzięki fałszywemu świadectwu maturalnemu. W czasie pięciu lat nauki wśród mugoli musiała pojawiać się na zajęciach w Durentiusie. Zaś w czasie wakacji jeździła z panem Ziemowitem po rodzinach aby przekazać, że dzieci są czarodziejami. W ten sposób zdobywała niezbędne doświadczenie i po obronieniu magisterki mogła zacząć nauczać.

Z Miłoszem wszystko odbyło się inaczej. Poprzedni nauczyciel został zwolniony więc nie było czasu aby przygotował następcę. Dyrektorka specjalnie wybrała osobę, która ma doskonały kontakt z ludźmi. Miłosz okazał się świetnym nauczycielem jednak musiał mieć jakiś papier upoważniający do uczenia. W drodze wyjątku otrzymał fałszywe świadectwo ukończenia studiów i poszedł na podyplomówkę. Jako, że zapisał się na nią w Lublinie to przeważnie spędzał weekendy u Angeli. Ta zaś wiedziała, że nie był to przypadkowy wybór.
- Skąpy jesteś – podsumowała patrząc się na Miłosza z błyskiem w oku. – Stać cię na akademik, a nawet na hotel gdybyś zechciał.
- Nie jestem skąpy! - bronił się mężczyzna. – Tak naprawdę zrobiłem to dla ciebie! Mam nadzieję, że rozkocham cię w sobie i pewnego pięknego dnia spędzisz ze mną noc na materacu…
- Jesteś szalony! – zachichotała.- Zawsze sobie stroisz żarty!
- Czy gdybym żartował zrobiłbym to? – spytał i padł przed nią na kolana.
Angela popatrzyła się na niego zaskoczona. Miłosz grzebał jedną ręką w swoim plecaku, cały czas patrząc koleżance w oczy.
- Angelique… Czy uczyniłabyś mi ten zaszczyt… - zaczął i wyciągnął coś z plecaka. – …i wypijesz ze mną to wino?
- Z przyjemnością – odrzekła Angela biorąc od niego butelkę i idąc do kuchni.

Kilka chwil później siedzieli na kanapie podgryzając różne gatunki serów i popijali je winem. Włączony telewizor nadawał wiadomości.
- Boże – jęknął Miłosz. – Muzułmanie wszędzie, do tego Rosjanie na Krymie, a teraz w Syrii. Co się porobiło w tym świecie.
- U nas jeszcze nie jest tak źle – zauważyła Angela. – Słyszałeś, że co czwarty uczeń w Durmstrangu to muzułmanin? Ostatnio chcieli zakazać podawania wieprzowiny na stołówce szkolnej…
- W dupach im się poprzewracało z tego całego dobrobytu, ot co!
- Mam nadzieję, że w mugolskim świecie nie będzie wojny. Gdy babcia Augustyna opowiada nam co się działo u niej na wsi to mi skóra cierpnie.
- Urodziła się przed wojną? – spytał się Miłosz, dolewając do kieliszków.
- Tak. Została sama ze swoimi dziadkami ponieważ jej rodzice zginęli w 1943 roku.
- Przykre… - stwierdził Miłosz i postanowił zmienić temat. – Słyszałaś, że CZORT wygra wybory?

Czarodziejska Organizacja Rodzin Tradycyjnych miała bardzo duże poparcie wśród czarodziejów. Jej członkowie pochodzili przeważnie z arystokratycznych rodzin i była w stanie dawać spore dotacje na różne cele. Dzięki temu zdobyła dużą popularność. Na dodatek organizacja działała nie tylko na terenie Polski, ale w całej Europie. Chodziły słuchy, że ich tajnym celem jest zniesienie postanowień Międzynarodowego Kodeksu Tajności, ale nikt nie był tego w stanie potwierdzić. Większość czarodziejów twierdziła, że jest to totalna głupota z góry skazana na porażkę. Próbował tego Grindenwald w czasie II Wojny Światowej i każdy wiedział, że skończył w Nurmengardzie.
- Niestety tak – mruknęła Angela i upiła łyk wina. – Ludzie rzucili się na te dziesięć galeonów miesięcznie na dziecko. Mam dziwne wrażenie, że ktoś się wzorował na mugolach…
- Co jest bardzo ciekawie biorąc pod uwagę, że w programie mają ponowne wprowadzenie klasyfikacji krwi – zauważył Miłosz.
- Będziesz miał przesrane jak to wejdzie w życie…
- Będę… ale ty mnie obronisz – uśmiechnął się figlarnie.
- Już lecę, pędzę! – zachichotała Angela i stuknęła go lekko pięścią w ramię. – Taki duży facet jak ty na pewno będzie bezbronny!

Obydwoje się roześmiali. Angela miała dobry humor ponieważ w piątek po zakończonych lekcjach przyszedł do niej Konrad. Z rumieńcem na twarzy wydukał przeprosiny i dał jej wielki bukiet róż, które kupił w Mystopach za swoje kieszonkowe. Wyjaśnił, że chciał zrobić wrażenie na Jagnie, która jest jego dziewczyną. Nastolatka nie znosiła Angeli ponieważ w trzeciej klasie dostała z mugoloznastwa jedynkę na półrocze. Była to w pełni zasłużona ocena, ale Jagna nie zgadzała się z tym i prowadziła małą wojnę podjazdową. Ostatecznie niczego nie wskórała i była zmuszona zaliczyć materiał.

Angela trochę się obawiała czy nastolatka nie będzie miała złego wpływu na jej brata. Zapowiedziała mu, że daje mu ostatnią szansę i na razie nie powie niczego mamie. Konrad bardzo długo jej dziękował i wyleciał z jej gabinetu jak na skrzydłach. Siostra zdążyła tylko za nim krzyknąć, że ma jeszcze przeprosić Amelię.
- A co tam u mojej siostry i jej przyjaciół? – zapytała Miłosza po chwili milczenia.
- Z Amelią wszystko w porządku, dobrze się uczy – odparł mężczyzna. – Dobrze dobrała się z Mangusiem…
- Z kim? – przerwała mu zaskoczona Angela.
- Z Paulem, nazywam go Manguś bo mi przypomina tych ślicznych chłopczyków z japońskich bajek – Miłosz zachichotał.

Angela popatrzyła się w sufit starając się nie wybuchnąć śmiechem. Musiała przyznać racje koledze: Paul naprawdę wyglądał jakby uciekł z anime. Pomyślała, że pod koniec gimnazjum albo na początku liceum jego wygląd zmieni się. Do tego czasu dziewczyny będą traktować go jak młodszego braciszka.
- Chłopak jest największym mózgowcem w klasie. Biorąc pod uwagę, że mieszkał dotychczas w Niemczech i częściej mówił po niemiecku to go podziwiam – kontynuował Miłosz. – Ma problemy z ortografią, ale to zrozumiałe.
- A co u Zosi?
- Boże… mam z nią skaranie boskie… – jęknął mężczyzna łapiąc się za głowę. –  Miałaby najlepsze stopnie gdyby nie to, że co chwilę dostaje kiepskie oceny za schodzenie z tematu. Ostatnio zadałem im wypracowanie na temat boginów, a dostałem od niej rozprawkę pod tytułem „Czy dementorzy mogą wyssać duszę z horkruksów?”. Gdy się spytałem czemu mi to dała zamiast odrobić pracę domową to powiedziała, że ten temat ją bardziej interesuje, a boginy są głupie…
- Wiem, słyszałam, że gada na lekcjach o głupotach – westchnęła Angela. – Nadal jest w fazie Harry’ego Pottera i nie może uwierzyć, że Rowling połowę zmyśliła.
- Przez nią miałem na głowie wizytę matki Telimeny. Co za wstrętna baba! Typowa blondyna! O, sorry… – dodał, gdy zobaczył minę koleżanki. - Przyszła mi naskarżyć, że Zośka pokazała jej córce cycki!
- Jaja sobie robisz!
- Nie! Mówię prawdę! – Miłosz przybrał poważny wyraz twarzy. – Szybko wyszło na jaw, że Telimena pierwsza dogryzała Zośce, ale tej wariatki to nie przekonywało. Teraz rozumiem czemu ojciec oddał córkę do internatu, bał się, że będzie taka sama jak jego żona. Na moje oko jest już ciut za późno…
- Czekaj… - Angela zastanowiła się chwilę. – Czy jej matka nie działa aktywnie w CZORTach?
- Tak, to ona.
- Słyszałam o niej – stwierdziła blondynka. – Wyszła za mąż dla tytułu. On miał nazwisko, ona pieniądze. Chyba jej mąż teraz żałuje.
- Sądzę, że bardzo!

Obydwoje popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem. Obydwoje byli przeciwni starej tradycji zawierania małżeństw z rozsądku. Angelique otrzymała kilka propozycji zaraz po ukończeniu liceum, ale wszystkie odrzuciła.
- A co u bliźniaczki?
- Patrycji? – Miłosz wzruszył ramionami. – Jest pod wpływem Zośki, ale tylko jeśli chodzi o głupie pomysły. Na początku myślałem, że będzie się dobrze uczyć, ale szybko straciła zapał. Ostatnio mam wrażenie, że przeczytanie czegokolwiek co ma więcej niż pięć stron sprawia jej trudność. Głupia nie jest, ale zamiast książek woli grać w Płonące Kule.

Uczniowie Durentiusa byli przekonani, że nauczyciele nie wiedzą co się wyprawia na boisku nad jeziorem. Oficjalnie gra była zakazana na terenie zamku, ale tradycją było łamanie tej reguły. Nauczyciele wiedzieli o wszystkim, a wynikało to głównie z faktu, że sami robili to samo w czasach szkolnych. Panowała niepisana zasada, że dopóki nie zdarzy się coś groźnego to nie reagują. Ostatnia ofiara gry zginęła ponad 200 lat wcześniej i to tylko dlatego, że przypadkowo strzeliła ogniem w przechodzącego jednorożca, który nie był z tego faktu zadowolony.
- Na dodatek portierka skarżyła mi się, że ma dość narzekań Lustra.

Był to przedmiot magiczny, który został zawieszony na ścianie przy wyjściu z internatu po wprowadzeniu mundurków w 1932 roku. Jego zadaniem było ocenianie czy uczennice ubrały się zgodnie z regulaminem. W męskiej części wisiało identyczne lustro. Portierka była zobowiązana do cofnięcia ucznia, który miał poprawić swój wygląd. Jeśli tego nie zrobił, bądź nie zrobiła wtedy sprawa lądowała u wychowawcy. Problemem było, że Lustro nadal trzymało się zasad sprzed prawie 100 lat.
- Niech zgadnę… wkurza się na plecak Patrycji?
- Tak! – jęknął Miłosz. – Lustro upiera się, że jest nieregulaminowy i uczennica nie powinna takiego nosić. Jednak nowe przepisy pozwalają na taki plecak, sprawdziłem dokładnie. Tylko teraz weź przekonaj takiego starocia… Złożyłem wniosek o zawieszenie nowego lustra, które będzie miało aktualne poglądy, ale wiesz ile to trwa…
- Oj wiem – stwierdziła Angela. – Ciągle czekam, aż kupią zmywarkę nowej generacji. Wiem, że mogę tłumaczyć uczniom jak się z niej korzysta za pomocą obrazków, ale jednak poglądu nic nie zastąpi.
- Odkryłaś już dlaczego Patrycja i Amelia są identyczne? – zainteresował się Miłosz.
- Nie – zasępiła się Angela. – Zrobiłam drzewo genealogiczne, pytałam się rodziny, ale nie znalazłam nawet najmniejszej wskazówki, która by wskazywała, że mogłybyśmy być spokrewnione.
- Może ktoś miał jakieś nieślubne dziecko? – podpowiadał mężczyzna.
- Też o tym myślałam… wszyscy twierdzą, że nie było takiego przypadku. Jedynym tropem wydawała mi się babcia Augustyna, która pochodzi z rodziny mugoli, ale ona twierdzi, że to niemożliwe – rzekła Angelique wpatrując się w swój pusty kieliszek. – Jej wujkowie zmarli nie mając żon ani kochanek. Dziadkowie byli w podeszłym wieku i odeszli zaraz po ukończeniu przez nią szkoły.
- Nie wierzę w to – stwierdził Miłosz. – Dorośli mężczyźni i nie przespali się z kimś?
- Babcia pochodzi z bardzo religijnej rodziny.
- Moher?
- Prawie – Angela zachichotała. – W naszym domu nie da się odebrać Radia Maryja, a babcia nie chce rozmawiać z mugolskimi babkami aby się niczego nie domyśliły.
- Czemu nie przylatuje do kościoła w Mystopach? – zdziwił się Miłosz.
- Pokłóciła się z proboszczem…
- Takie życie! – mężczyzna błysnął białymi zębami. – Jesz to? – wskazał na ostatni kawałek sera leżący na desce.
- Nie, bierz.
- Dzięki! – podrzucił camemberta do góry i złapał go ustami. – Teraz czas spać! Mam jutro ćwiczenia o ósmej…