poniedziałek, 23 stycznia 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 50 – Wspomnienia Gilderoya


Severus starał się skupić na warzeniu Eliksiru Słodkiego Snu, ale nie był w stanie. Dłonie tak mu drżały, że pokrojenie składników w idealnie równą kosteczkę było poza jego możliwościami. Poderwał nerwowo głowę do góry, gdy usłyszał stukot w szybę. Wiedział, że to kolejna sowa z wiadomością. Od ponad tygodnia dostawał po kilkanaście dziennie. Prawie wszystkie zawierały pogróżki i obelgi. Co odważniejsze osoby, przybywały pod jego dom i obrzucały go zaklęciami oraz zgniłymi jajami. Snape przegonił już kilka zamaskowanych postaci. Najgorszy w tym wszystkim był fakt, że gdyby zrobił im krzywdę, to Robards znalazłby wspaniały pretekst, aby znowu umieścić go w Azkabanie.

Z napiętymi nerwami podszedł do okna ściskając różdżkę w ręku. Ptak, który siedział na parapecie nie był Felixem. Severus gwałtownie otworzył okno. Błysnęło zielone światło i sowa padła martwa. Czarodziej odwiązał od jej nogi wiadomość. Wiedział, że to kolejna z wielu, która zawierała opis jak zniszczył nadawcy życie. Jakby to go cokolwiek obchodziło.


Przez ciebie nie mogę nawet spojrzeć w kierunku eliksiru bez odczuwania mdłości. Nienawidziłam lekcji z tobą, byłeś gorszym nauczycielem niż Hagrid i Binns razem wzięci. Jesteś mniej warty niż odchody Firenzo. Harry może opowiadać jaki z ciebie bohater, ale ja wiem, że to kłamstwo. Jesteś żałosną padliną, która zmienia strony niczym tłuczek podczas meczu quidditcha. Tacy jak ty smażą się w piekle. Mam nadzieję, że twój koniec będzie marny i bolesny!


Przeczytany list powędrował na kupkę innych. Severus zbierał je wszystkie, aby mieć dowód na to, że jest prześladowany. Ostatnia wiadomość miała lekki ton w porównaniu do poprzednich i przez to pomyślał, że mógł nie zabijać sowy. Nie grożono mu w niej śmiercią poprzedzoną torturami, poderżnięciem gardła, stratowaniem przez hipogryfa, nasłaniem skrzatów domowych lub podaniem amortencji po którym zapała uczuciem do olbrzymki. Oczywiście, żaden z autorów lub autorek nie podał swojego imienia oraz nazwiska. Te wiadomości jeszcze bardziej utwierdzały Severusa w przekonaniu, że musi wyjechać. Po zniknięciu Sary zaczął być nerwowy bardziej niż zwykle. Zrozumiał, że nie ma oparcia w drugiej osobie. Reakcja Kingsleya i jego bagatelizacja problemu tylko tego dowodziła. Musiał sobie radzić sam. 

Felix nadal nie wrócił do domu, mimo że minęły ponad dwa tygodnie od czasu, gdy został wysłany z listem. Jego nieobecność jeszcze gorzej wpływała na Severusa niż wiadomości od byłych uczniów i przepełnionych nienawiścią czarodziejów. Co chwilę analizował co mogło się stać z sową. Czyżby ktoś go schwytał? Może niedoświadczony ptak zginął zagryziony przez jakiegoś drapieżnika? A co jeśli Sara przebywa w dalekim kraju? W Korei albo w Japonii na przykład. Wszystkie możliwości, które przyszły na myśl Severusowi wydawały się prawdopodobne i nie nastrajały go to pozytywnie.

Niechciane wiadomości były powiązane z brakiem Felixa. Snape nie mógł z jego powodu otoczyć swojego domu silną magią ochronną. Wcześniej tego nie potrzebował, ponieważ jego adres znało grono nielicznych osób, głównie śmierciożerców, a do Azkabanu nikt myślący nie wysłałby pogróżek. Większość popleczników Voldemorta zginęła podczas bitwy albo podczas łapanki. Brak zamówień na eliksiry niespecjalnie martwiła Severusa. Kiedy Dundy wyjawił kto dał ogłoszenie do Proroka Codziennego to wszyscy odwołali zlecenia.

Na wspomnienie byłego współlokatora Snape zgrzytnął zębami tak mocno, że jego szczękę przeszył ostry ból. Nadal był na niego wściekły, mimo że zrobił mu porządną awanturę i wygarnął co o nim myśli. Użył tak dosadnych słów, że Dundy obraził się. Zaskoczyło to Severusa, ponieważ myślał, że Amerykanin jest na tyle głupi, że nie zauważa obelg skierowanych w jego stronę. Kiedy zorientował się, że nie otrzymał adresu Meduzy było już za późno. Dundy znikł z głośnym trzaskiem. Severus później pluł sobie w brodę, że nie poprosił o podanie informacji przed urządzeniem awantury.
- Nie mogę dłużej czekać, muszę coś zrobić – powiedział sam do siebie, gdy wyszedł przed dom aby przetransmutować ciało sowy w kość.

Pomysł zaczerpnął od Barty’ego Juniora, ale nie zamierzał zakopywać jej w ziemi tak jak on. Wolał zostawić na widoku, aby bezpańskie psy ją znalazły. Kopnął gnata daleko przed siebie i już miał wrócić do domu, gdy przeczucie powiedziało mu aby spojrzał w niebo. Gęste, szare chmury zasłaniały słońce, a komin fabryczny prężył się dumnie na ich tle. Severus zmrużył oczy i wpatrywał się w zbliżający się ciemny punkt.
- Sowa – mruknął ponuro. – Pewnie kolejna wiadomość od moich fanów…

Ptak był co raz bliżej. Snape ujrzał jego szaro - brązowe pióra i zrozumiał, że to Felix lecący do niego z wiadomością. Ucieszony złapał ptaka i szybko wszedł do domu. Sowa zagruchała przyjaźnie, a Severus w nagłym przypływie wdzięczności poklepał ją po głowie.
- Dobrze się spisałeś – pochwalił pupila podczas otwierania koperty.


Severusie,
Wiesz, że jesteś wspaniałym facetem? Wiem, że pomógłbyś mi, ale bałam się o Twój los. Nawet czarodzieje są bezradni wobec broni palnej, a mój prześladowca ją posiada. Za bardzo mi na Tobie zależy, abym mogła Cię narażać na niebezpieczeństwo.

Pytałeś o mój dług. Jeśli jesteś posiadaczem dwustu tysięcy funtów to chętnie je od Ciebie pożyczę. Jeśli nie… no cóż. Będę pracować, aby odłożyć tę kwotę. Zdradzę Ci, że jestem w Afryce. Nie napiszę jaki kraj, a tym bardziej miasto, ze względów bezpieczeństwa. Znalazłam nawet przyjemną robotę.

Nie martw się o mnie i czekaj na wiadomość ode mnie. Twoja sowa przyleciała ledwo żywa. Szkoda, aby coś jej się stało, jest taka milusia.
Całuję,
Sara


- Dwieście tysięcy funtów? – Severus patrzył ze zgrozą na wiadomość. - O takiej kwocie mogę pomarzyć. Sporo odłożyłem, ale nie tyle aby mieć chociaż połowę tego! – stwierdził fakt. – Afryka? To dlatego Felix tak długo nie wracał…
Nie miał najmniejszych szans znaleźć Sary na tak wielkim kontynencie. Nawet po tym jak wykreślić kraje, w których nie mówi się po angielsku zostawało zbyt wiele możliwości. Podejrzewał, że dostała się tam za pomocą mugolskiego środka transportu. To oznaczało przeprowadzenie śledztwa na terenie, na którym Severus nie czuł się pewnie. Tak dawno odciął się od nieczarodziejskiego części swojego życia, że w mugolskim świecie czuł się jak przybysz z innej planety. Wyprawy do mieszkania Sary i zakupy były bardzo stresującą czynnością i gdyby nie jej obecność przy pierwszym razie, to pewnie by zrezygnował ze swoich zamiarów.
- Prześladowca… - Severus zatrzymał się przy tym wyrazie podczas ponownego czytania listu.

Jego mózg pracował na najwyższych obrotach. Przypomniał sobie poprzednią wiadomość. Sara pisała w nim, że narobiła długów w młodości. Istniała możliwość, że ktoś z jej rodziny wiedział coś na ten temat. Gdyby ich odnalazł i odkrył kim jest prześladowca, to mógłby go załatwić przy pomocy czarów i wtedy nic nie stałoby im na przeszkodzie, aby być znowu razem. Największym problemem było dotarcie do krewnych Sary. Severus nie wiedział jak się nazywają, ani gdzie mieszkają. Jej matka była czarownicą, więc jej dane powinny znajdować się w Ministerstwie Magii. Tylko, że nie miał możliwości, aby się do nich dostać. Musiałby prosić o pomoc, a w tym momencie nie miał za bardzo kogo. Dundy się obraził, a błaganie go o wybaczenie nie wchodziło w grę. Snape nie odczuwał także chęci, aby widzieć się z byłymi członkami Zakonu Feniksa. Uważał, że jest całkowicie samowystarczalny i sam sobie poradzi. Gdyby poprosił kogoś o pomoc to okazałby swoją słabość, a tego nie mógłby znieść.
- Przecież jest ktoś, kto mógłby mi pomóc – powiedział sam sobie Snape i uśmiechnął się nieznacznie. – Że też nie pomyślałem…

Wstąpiła w niego nowa nadzieja. Rzucił Felixowi karmę do miseczki, nalał wody do poidełka i poczochrał ptaka po głowie.
- Czekaj na mnie, muszę się gdzieś wybrać – oznajmił.
Zarzucił na siebie pelerynę i wyruszył na spotkanie z dawno nie widzianą osobą.

***

Gilderoy Lockhart mieszkał w szpitalu od wielu lat. Jego stan nie uległ zmianie, nawet po podjęciu eksperymentalnej terapii. Właściwie nie pamiętał niczego i jego największym osiągnięciem pozostało koślawe pisanie literek na listach do fanek, których było co raz mniej. Uzdrowicielki w średnim wieku traktowały go jak maskotkę oddziału Urazów Pozaklęciowych. Gilderoy był chłopcem w ciele trzydziestosiedmiolatka.
- Pamiętam cię! – wykrzyknął uradowany, gdy Severus zdjął kaptur z głowy.
- Mów, mój gołąbeczku! – zawołała rozpromieniona uzdrowicielka, którą zaalarmował okrzyk Lockharta.
- Piliśmy drinki w barze Coco Banana – oświadczył Gilderoy. – Byliśmy przebrani i śpiewaliśmy piosenki o transwestytach!

Zaskoczona czarownica przeniosła wzrok z podopiecznego na jego gościa. Na jej twarzy od razu pojawił się grymas głębokiej odrazy.
 - No tak, po kimś takim jak ty mogłabym się czegoś takiego spodziewać – warknęła ze złością patrząc krzywo na Severusa.
- Przecież on gada głupoty! – Snape poczuł, że powinien się obronić. – Nigdy nie byłem z nim w barze, ani nie śpiewałem piosenek!
- Miałem na sobie złote majtki, a ty gorset, pończochy i buty na obcasie! – Gilderoy radośnie kontynuował opowieść. – Dyrcio przebrany był w kostium pokojówki!

Te słowa sprawiły, że uzdrowicielka zrozumiała, że umysł Lockharta błądzi w jemu tylko znanym świecie. O ile mogła uwierzyć, że Snape źle się prowadzi, to nie dała wiary w to, że Albus Dumbledore mógłby coś takiego zrobić. Obrzuciła Severusa krótkim, badawczym spojrzeniem i spytała ze złością:
- Jaki jest cel wizyty!?
Snape opanował chęć rzucenia na nią klątwy i wyjaśnił, że szuka kontaktu z rodziną Gilderoya. Zdołał wyczytać w jej umyśle, że traktuje go jak syna. Z tego powodu dodał niby od niechcenia, że pracuje nad eliksirem przywracającym pamięć. To zainteresowało uzdrowicielkę na tyle, że przestała warczeć chociaż nadal pozostała nieufna.
- Czasem odwiedza go matka… – odparła z wahaniem.
- Kiedy?
- Jak jej się zechce – kobieta zacisnęła usta nadal mając wątpliwości co do motywacji Severusa.

Czarodziej momentalnie przybliżył się do uzdrowicielki i spojrzał jej głęboko w oczy. To ją wytrąciło z równowagi i pozwoliła, aby emocje wzięły górę nad rozsądkiem. Kontrola nad umysłem osłabła i Snape zobaczył wspomnienie jej rozmowy z panią Lockhart dotyczącego miejsca zamieszkania. Uśmiechnął się drwiąco.
- Dziękuję za pomoc – rzekł do oburzonej uzdrowicielki.
- Wyskoczymy jeszcze kiedyś do Coco Banana!? – krzyknął za nim Gilderoy.

Severus nie odpowiedział. Naciągnął kaptur na głowę, tak aby jak najmniej było widać twarz i ruszył szybko w stronę klatki schodowej. Chciał jak najszybciej znaleźć się w holu, aby teleportować się do wsi Pirbright położonej niedaleko miasta Guildford.

***

Znalezienie domu matki Sary i Gilderoya nie okazało się bardzo trudne. Severus teleportował się w pobliżu budynku, na którym widniał napis „Lord Pirbright's Hall”. Tam zapytał miejscowego pijaczka gdzie znajdzie kościół. Zaskoczony mężczyzna wpatrywał się w niego wybałuszonymi oczami, ale wskazał, lekko drżącą ręką, kierunek. Snape podążył drogą i po krótkim czasie zobaczył cmentarz, a zaraz za nim obiekt sakralny. Pani Lockhart mówiła uzdrowicielce, że niedaleko jej domu jest kościół, którego dzwony przerywają jej drzemkę. Pastor bez problemu odpowiedział na pytanie Severusa czy w okolicy mieszka starsza kobieta, której zachowanie odbiega od normy. W ten sposób czarodziej poznał adres.
- Proszę, proszę, kto mnie odwiedził – pani Lockhart otaksowała spojrzeniem Snape’a od góry do dołu. – Wejdź – wskazała dłonią wnętrze swojego domu.

Czarodziej przekroczył próg, ale nie wszedł do głównego pomieszczenia. Cały dom był przesycony aptecznym zapachem. Wszystko wskazywało na to, że matka Gilderoya lubiła warzyć eliksiry.
- Chciałem…
- Najpierw usiądź – przerwała mu czarownica i popchnęła bezceremonialnie w stronę fotela. – Kto by pomyślał, że Severus Snape mnie odwiedzi. To musi być naprawdę ważna sprawa związana z Gilderoyem!
- Czemu tak sądzisz? – spytał mężczyzna.
- A czemu mam tak nie uważać? – zdziwiła się pani Lockhart. – Tylko on jest warty uwagi. Gdyby nie ten okropny wypadek to… - głos się jej załamał.

Severus milczał przez chwilę jednocześnie przypatrując się czarownicy. Nie mógł nadziwić się jak ktoś tak brzydki może mieć tak ładne dzieci. Wyglądała jak stereotypowa wiedźma z mugolskich bajek. Posiadała długi, szpiczasty nos. Na końcu wystającej brody miała dużą brodawkę. Rude włosy sterczały jej na wszystkie strony i wystawały z nich gałązki oraz zioła, które musiały się tam zaplątać podczas tworzenia eliksirów.
 - Chciałem porozmawiać o Sarze – wypalił Severus bez ogródek.
- Leniwa, zazdrosna dziewucha. Nie chciała pomóc Gilderoyowi! - wypaliła pani domu ze złością. – Prosiłam ją aby spróbowała mugolskich metod, ale nie! Poszła do niego i powiedziała, że nic się nie da zrobić. Kłamała! Na pewno jej się nie chciało!

Kobieta nakręcała się co raz bardziej. Gdyby nie odległość jaka dzieliła ją od gościa, to opryskałaby go śliną. Po chwili jej tyrada zaczęła obejmować drugą córkę o imieniu Maya, oraz byłego męża. Była święcie przekonana, że wszyscy byli przeciwko jej ukochanemu synowi. Gdy zaczęła obrażać Albusa Dumbledore’a jako tego, który dopuścił do wypadku w Hogwarcie, Snape zabrał głos, aby jej przerwać:
- To wszystko wina Ronalda Weasleya i Harry’ego Pottera. To oni z nim byli w podziemiach szkoły. Merlin jeden wie co się tam działo…
- Oni z nim byli!? – czarownica obdarzyła gościa zdumionym spojrzeniem. – Jesteś pewien?
- Yhm – Severus potwierdził lekkim skinieniem głowy. Każdy powód był dobry, aby nastawić ludzi przeciwko Potterowi. – Zniknęli z Gilderoyem na kilka godzin, a gdy wrócili już nie miał pamięci. Pewnie któryś z nich maczał w tym różdżkę.
- Nie wiedziałam – szepnęła pani Lockhart. - Czemu to przede mną zatajono? – spytała z rozpaczą.
- To nie jedyny postępek Pottera, który został zatuszowany. Było tego o wiele więcej…

Brzydka twarz czarownicy najpierw wyrażała ból, ale po chwili pojawiła się na niej złość. Dopiero po kilku minutach milczenia uspokoiła się na tyle, aby podjąć rozmowę. Obdarzyła gościa trochę cieplejszym spojrzeniem.
- Czego chcesz od Sary? – zapytała. - Ta dziwka jest niewarta twojej uwagi.
Severus spiął się, gdy usłyszał jak kobieta obraża jego przyjaciółkę. Chciał powiedzieć co o tym myśli, ale ugryzł się w język. Wolał nie denerwować czarownicy. Jeszcze obraziłaby się jak Dundy i miałby kolejny problem.
- Czujesz coś do niej – stwierdziła pani Lockhart z błyskiem podniecenia w oczach.
- Wcale nie! – gość zaprotestował gwałtownie.
- Widzisz, znam się na oklumencji – powiedziała czarownica, a na jej brzydkiej twarzy pojawił się jadowity uśmiech. – Masz szczelnie zamknięty umysł, ale mnie nie oszukasz. Przez całe życie wyciągałam z mojego męża i córek informacje. Minęło sporo czasu zanim nauczyli się mi przeciwstawiać. To dowodzi, że jakaś kropelka czarodziejskiej krwi płynęła w tym nieudaczniku – na myśl o byłym mężu skrzywiła się jakby zjadła cytrynę. – Gdy straciłam możliwość patrzenia w ich umysły musiałam nauczyć się odczytywać drobne sygnały… tak jak to robią mugole. Najczęściej ciało zdradza co dzieje się w głowie.

Severus od razu rozluźnił mięśnie, ale było już za późno. Matka Sary zarechotała paskudnie, patrząc prosto w jego oczy.
- Eileen pewnie nie byłaby zachwycona, gdyby dowiedziała się, że jej syn zakochał się w mojej córce - oznajmiła nieoczekiwanie. – Byłyśmy w tym samym domu, ale się nie lubiłyśmy. Na czwartym roku nauki zarzuciła mi, że ukradłam jej gargulki - zachichotała na widok zdumionej miny Snape’a. - Gdy się okazało, że zrobiła to Amanda Renshaw, to nawet mnie nie przeprosiła. Miała paskudny charakter…
- Nie przyszedłem po to abyś obrażała moją matkę – warknął Severus. – Chciałem się dowiedzieć czy wiesz coś o długach Sary, które narobiła w młodości. Ewentualnie czy zauważyłaś, że ktoś jej groził.
- Niestety nic nie wiem – odparła czarownica, a w jej głosie dało się usłyszeć zawód. – Ciężko byłoby jej coś takiego przede mną ukryć. Może to było po rozwodzie z tym… jak mu tam…
- Michaelem. Wiesz może gdzie on mieszka? – czarodziej próbował zdobyć choć jedną informację, którą mógł wykorzystać w poszukiwaniach.
- Niech mu będzie nawet Burek. Nigdy mnie nie interesowało jak się nazywa, kim jest ani gdzie mieszka. Nie pomogę ci – odparła szczerze.
- To może Maya coś wie?
- Może wie – zgodziła się pani Lockhart. – Tylko, że wyprowadziła się do Kanady pół roku temu.
- Były mąż? – Severus uczepił się ostatniej deski ratunku.
- Wiem, że Jonathan jest w jakimś mugolskim domu starców w Londynie albo jego okolicach. Choruje na głowę – czarownica postukała się znacząco w czoło. - Nie słuchałam uważnie, gdy Maya mi o tym mówiła. W każdym razie na pewno gdzieś go umieściła. To chyba miało nazwę związaną z kościołem. Coś ze świętym…

Snape zrozumiał, że na więcej nie ma co liczyć. Wstał i oświadczył, że musi już iść. Po drodze do drzwi zapewnił panią domu, że jeśli odkryje eliksir przywracający pamięć to ona pierwsza się o tym dowie. Zmusił się także do podziękowania za informacje.
- Jeśli się dowiesz co zmalowała Sara to wpadnij do mnie z relacją. Uwielbiam ploteczki! – zarechotała paskudnie pani Lockhart.
 - Oczywiście – przytaknął Severus i uśmiechnął się niewyraźnie.
Nie był głupi. Wiedział, że może jeszcze potrzebować pomocy czarownicy. Z tego powodu postanowił nie palić za sobą mostów. Jednocześnie stwierdził, że nie ożeni się z Sarą. Zdecydowanie nie chciał mieć takiej teściowej.

***

Molly Weasley przygotowywała kolację dla siebie i Artura, który miał za chwilę wrócić z pracy. Kury gdakały cicho, zamknięte w kurniku. Sad szumiał poruszany marcowym wiatrem. Nora pogrążona była w mroku, tylko w kuchni paliło się światło. Pani domu kroiła mały chleb i wspominała czasy, gdy na kolację szły trzy duże bochenki. Wygłodniałe potomstwo potrafiło pochłonąć w pięć minut pieczonego kurczaka, tuzin pomidorów, kilka ogórków i sporą kostkę sera żółtego. Teraz wystarczyło, że zrobiła kilka kanapek. Razem z Arturem nie mieli dużych potrzeb.

Trzask towarzyszący teleportacji ożywił kury, których głośne gdakanie zaalarmowało Molly. Machnęła różdżką i pod czajnikiem buchnął płomień. Chciała, aby jej mąż miał gorącą herbatę. Postawiła dwa kubki przy kuchence i wsypała do nich suszone liście. Drzwi skrzypnęły i płomienie świec zadrżały od podmuchu wiatru, który wdarł się do domu.
- Chcesz do herbaty… - zaczęła mówić Molly, ale nie dokończyła, ponieważ zamiast Artura stał w kuchni ktoś, kogo wizyty się nie spodziewała. – Se… Severus! – wykrztusiła.
- Chętnie zostałbym na herbatę i pogaduszki, ale śpieszę się – oznajmił gość odziany w czerń. – Muszę wiedzieć gdzie mieszka Hermiona Granger.
- Chyba nie sądzisz, że nie spytam czego od niej chcesz? – czarownica wsparła ręce na biodrach i przeszyła Severusa wzrokiem.
- To było oczywiste – mężczyzna wzruszył ramionami. – Jest mi potrzebna, aby uporać się z technologią mugoli. Śmiem twierdzić, że jest z nią na zapoznana biorąc pod uwagę jej pochodzenie – wyjaśnił.
- Zaraz wróci Artur, on ci wszystko wyjaśni – stwierdziła Molly gasząc ogień pod czajnikiem, który gwizdał przeraźliwie. – Zostaw dziewczynę w spokoju.
- Wątpię, aby Artur potrafił używać tych nowych telefonów bez przewodów oraz komputera – rzekł Severus z powagą. – Zależy mi zwłaszcza na tym ostatnim. Teraz mugole mają sieć, dzięki której wymieniają się informacjami w ciągu jednej chwili.

Pani domu zamrugała gwałtownie powiekami, jakby nie rozumiejąc o czym Snape mówi. Popatrzyła na niego, a jej wzrok wyrażał niedowierzanie.
-  Naprawdę mają coś takiego?
- Pewna mugolka mi o tym powiedziała - potwierdził.
Severus bardzo żałował, że nie słuchał uważnie Sary, a jeszcze bardziej, że nie poprosił jej o naukę korzystania z komputera i telefonu komórkowego. Był święcie przekonany, że nie będzie mu to nigdy potrzebne w życiu. Jak bardzo się mylił przekonał się, gdy wyszedł od pani Lockhart. Nie miał pojęcia jak zdobyć informacje na temat miejsca pobytu jej byłego męża.

Pierwszym pomysłem było teleportowanie się do Londynu i odnalezienie budki telefonicznej. Jego ojciec nie chciał mieć telefonu w domu, ponieważ uważał, że rachunki za rozmowy to mniej pieniędzy na alkohol. To nie oznaczało jednak, że Severus był kompletnie był odcięty do technologii. Lily posiadała telefon oraz książkę telefoniczną. W czasie wakacji Severus namówił przyjaciółkę na zabawę polegającą na dzwonieniu do przypadkowych ludzi i udawaniu, że są policjantami szukających zbiegłego mordercy. To był jedyny raz kiedy namówił ją do czegoś złego, ponieważ Petunia szybko doniosła rodzicom, co wyprawia jej siostra z przyjacielem. Skończyło się to miesięcznym szlabanem dla Lily.

Szybko okazało się, że znalezienie budki telefonicznej w Londynie wcale nie jest takie proste. Mijani mugole używali telefonów komórkowych. Severus miał świadomość, że brak mu wiedzy i umiejętności, aby z takiego korzystać. Zupełnie nie przypominały swoich domowych odpowiedników, z którymi miał styczność. Gdy w końcu odnalazł to czego szukał, to okazało się, że obsługa tego typu telefonu jest zagadką. Severus stał w budce i rozpaczliwie próbował znaleźć instrukcję pomiędzy ogłoszeniami od lokalnych prostytutek. Po kilku minutach zrezygnował, gdy rosły młodzieniec, pochodzący najprawdopodobniej z krajów arabskich, zaczął walić w drzwi i krzyczeć, że chce pilnie zadzwonić. Czarodziej uznał, że nie ma co ryzykować konfrontacji i postanowił wprowadzić w życie swój drugi plan.

W czasach młodości Snape’a komputery dopiero powoli pojawiały się w mugolskich domach. U Sary był jeden, ale czarodziej nie miał z nim bezpośredniego kontaktu. Czasem zerknął jak psycholog puszczała muzykę, ale nigdy nie zwrócił uwagi jak włącza się maszynę. O możliwości wyszukania informacji dowiedział się, gdy Sara chciała zamówić pizzę. Powiedziała, że poszuka numeru telefonu w sieci i udało jej się to. Severus był zdziwiony, ale nie poruszył tego tematu nie chcąc wyjść w jej oczach na kogoś, kto niczego nie wie o jej świecie. Dlatego nie dał po sobie znać, że go to poruszyło. Z tego powodu musiał znaleźć osobę, która umiała posługiwać się komputerem. Po przeanalizowaniu wszystkich możliwości padło na Hermionę Granger.
- Skąd mam wiedzieć, że nie masz wobec niej złych zamiarów? – zaatakowała Molly. – Masz sporo rzeczy na sumieniu! – wybuchła.
- Odsiedziałem swoje w Azkabanie! – warknął Severus w odpowiedzi. – Nie śpieszy mi się tam z powrotem. Chcę, aby pomogła mi znaleźć pewną informację, a potem zamierzam zniknąć ze świata czarodziejów. Wiem, że jestem tutaj niemile widziany - parsknął wymuszonym śmiechem. – Listy od moich fanów wystarczająco mi to uświadomiły.
- Chcę ją obronić. Hermiona sporo wycierpiała. Nie trzeba jej dodatkowych kłopotów na głowie.
- Słuchaj Molly – Severus zbliżył się do czarownicy. – Ona broniła mnie przed Wizengamotem i nawet nieźle nam się współpracowało. Jakoś nie doprowadziłem jej do załamania nerwowego, nawet rzekłbym, że to ona znęcała się nade mną – zakpił. – Przysyłała mi do Azkabanu swoje książki. Chcę je oddać.
- Książki? – pani Weasley wyglądała na zbitą z tropu.
- Tak, książki! – odparł czarodziej zirytowanym tonem. – Mam ci je pokazać, abyś mi uwierzyła? Nie jestem święty, ale naprawdę mam lepsze rzeczy do roboty niż krzywdzić dziewczynę, która jak do tej pory była wystarczająco twarda, aby walczyć przeciwko Sama-Wiesz-Komu! Na Merlina, kobieto, daj mi jej adres!

Molly nie od razu się zgodziła. Skrzyżowała ramiona na piersi i nachmurzyła się. W jej głowie toczyła się walka pomiędzy chęcią ochrony, a argumentami Severusa. Dopiero po dłuższej chwili przemówiła:
- Dobrze, podam ci go. Tylko miej świadomość, że jeśli się dowiem, że coś jej zrobiłeś to podzielisz los Bellatriks!
- Jasne – odparł Snape chłodnym tonem. – Dziewczyna będzie zachwycona, że jej oddałem książki. Zobaczysz – zapewnił.
Pani Weasley przywołała różdżką przybory do pisania i zapisała na pergaminie adres Hermiony. Severus wykrzywił usta w coś, co miało być uśmiechem i bardziej wypluł słowo „dziękuję” niż je wypowiedział.
- Jeszcze jedno – zatrzymała go Molly, gdy chciał wyjść z domu. – Idź do niej jutro. O tej porze Suzanne już śpi, więc Hermiona nie będzie zadowolona jak ją obudzisz.
- Jak sobie życzysz… – rzekł czarodziej.
Nałożył kaptur na głowę i zniknął w ciemności nocy, zostawiając zatroskaną panię Weasley sam na sam ze swoimi wątpliwościami.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 49 – Żenujący dowcip Dundy’ego


Kingsley Shacklebolt był zadowolony z wyniku posiedzenia rady. Projekt budowy oddziału Świętego Munga w Hogsmeade został przegłosowany prawie jednogłośnie, a to oznaczało, że nie musiał się użerać z przekonywaniem niektórych czarodziejów i czarownic do swojego pomysłu. Percy podążający za nim także miał dobry humor. Nie musiał modyfikować planów, co oznaczało kupę roboty. Wszystko szło gładko i tak jak powinno.
- Czemu masz taką dziwną minę? – Minister Magii zadał pytanie sekretarce, gdy wszedł do biura.

Dziewczyna wyglądała jakby zaraz miała się rozpłakać. Pociągnęła znacząco nosem i wskazała podbródkiem na mężczyznę w czerni, który stał po drugiej stronie pokoju. Kingsleya od razu naszła refleksja, że przybycie Severusa Snape’a sprawia, że atmosfera się zagęszcza i robi się taka jakaś bardziej złowieszcza. Możliwe, że spowodowane to było kombinacją nietoperzowego stylu oraz odpychającego wyrazu twarzy.
- Muszę z tobą porozmawiać – rzekł były mistrz eliksirów, a ton jego wypowiedzi wskazywał, że jest mocno zniecierpliwiony.

Czarnoskóry czarodziej westchnął widząc nieme błaganie w oczach sekretarki, które wyraźnie mówiło „niech on sobie stąd pójdzie”. Widocznie Snape wystarczająco uprzykrzył życie Daisy, w czasie kiedy odbywało się posiedzenie rady. W krótkim czasie dziewczyna zaczęła przypominać cień samej siebie.
- Masz szczęście, akurat mam wolną godzinę – oznajmił Kingsley. – Następnym razem jeśli chcesz się ze mną spotkać to się umów, a nie wyżywasz się na Daisy – oświadczył stanowczo.
- Ja tylko powiedziałem jej, co myślę o malowaniu paznokci w pracy.

Na te słowa Percy zrobił minę, która wskazywała, że ma podobne zdanie na ten temat. Kingsley obdarzył go karcącym spojrzeniem i kazał zająć się zaległą robotą.
- Wszystko zrobiłem! – rudzielec dumnie wypiął pierś. – Nie mam niczego do nadrobienia!
- To znajdź sobie jakieś zajęcie do czasu, aż nie skończę z Severusem – Minister Magii odparł zniecierpliwionym tonem.
Percy uśmiechnął się od ucha do ucha i prawie wybiegł z biura. Kingsley był pewien, że poleciał motywować innych do pracy, czyli zrzędzić urzędnikom, że za mało przykładają się do swoich obowiązków. Był to denerwujący zwyczaj, ale dopóki nie przesadzał to nie można było się do niczego przyczepić.
- Czego chcesz? – padło pytanie, gdy dwaj mężczyźni znaleźli się w gabinecie.
- Chcę znaleźć Sarę Jones – wyjaśnił Severus.
- Złożyła wypowiedzenie pod koniec stycznia, tylko tyle wiem – Kingsley dał odpowiedź. – Zatrudniłem nowego psychologa na jej miejsce. Jeśli masz jakieś problemy to możesz się do niego zgłosić.
- Nie. Muszę odnaleźć Sarę. Wyprowadziła się ze swojego mieszkania i schowała się gdzieś, ponieważ ma kłopoty.
- Naprawdę? Skąd wiesz?

Słowa Severusa zainteresowały czarnoskórego czarodzieja. Minęło sporo czasu odkąd rozwiązywał sprawy kryminalne. Czasem tęsknił za życiem aurora. Pamiętał ten dreszczyk emocji, który mu towarzyszył, gdy dowiadywał się o nowym zadaniu. Wspominał podniecenie przed walką z czarnoksiężnikami. Uprawianie polityki nie sprawiało mu takiej przyjemności.
- Myślałem, że coś słyszałeś - odparł Snape rozczarowanym tonem i zrobił ruch jakby chciał pójść w stronę drzwi.
- Zaraz, zaraz! – Kingsley go zatrzymał. – Może Gawain wie coś więcej na ten temat…
- Nie mam ochoty się z nim widzieć! – warknął były więzień.
- W takim razie powiedz skąd wiesz, że ona może mieć kłopoty, a ja uruchomię śledztwo. Dobrze by było, gdybyś miał jakiś dowód.

Severus popatrzył się na Ministra Magii nieufnie. Widać było, że myśli co uczynić. Po chwili skrzywił się jakby zjadł cytrynę.
- Powiem ci wszystko jeśli przysięgniesz, że nie powiesz nikomu skąd to wiesz – oznajmił poważnym tonem.
- To jak mam ją odszukać, skoro nie będę mógł dać wskazówek ekipie śledczej?
- Hmm, zastanówmy się… - Severus udał zadumę – jesteś najważniejszą osobą w magicznym społeczeństwie… masz na każde skinienie aurorów… mnóstwo urzędników, a każdy może coś wiedzieć…
- Dobra, daruj sobie! – warknął Kingsley. – Przysięgam!
Snape sięgnął za pazuchę płaszcza i wyciągnął z niego złożony kawałek papieru. Rozprostował go i podał byłemu członkowi Zakonu Feniksa. Kingsley od razu pogrążył się w lekturze.
- Czy wy mieliście romans!? – zagrzmiał, a ton jego głosu zdradził oburzenie. – Nie mów, że zaczęliście jeszcze w Azkabanie!
- Tak wyszło – powiedział Severus z lekkim uśmiechem. – Byliśmy ze sobą przez półtora roku.

Kingsley jeszcze raz przeczytał list. Nawet jeden mięsień twarzy mu nie drgnął, chociaż wewnętrznie kipiał ze złości. Tego się po Sarze nie spodziewał. To było jawne pogwałcenie etyki pracy. Jak ona śmiała? Poczuł, że nie ma najmniejszej ochoty pomagać Severusowi, ani nie chce wiedzieć co się stało z Sarą. Ani jedno, ani drugie nie było tego warte.
- Nie pomogę ci. Musisz sam ją znaleźć – oznajmił chłodno. – Nie mogę wysyłać aurorów w teren z takiego powodu. Moim priorytetem są czarodzieje, a nie mugolki.
- Nie obchodzi cię jej los!?
- Obchodzi. Jednak wiesz, że dla mnie nasze społeczeństwo jest ważniejsze. Wyślij jej sowę, jeśli nie jest w miejscu, które ma na sobie zaklęcie maskujące, to ptak ją odnajdzie – wyjaśnił Kingsley siląc się na spokój. - Zrób to co napisała w liście, czyli znajdź pracę i czekaj na wiadomość. Do kwietnia zostało półtora miesiąca, jeśli się nie odezwie to skontaktuj się z mugolską policją - poradził.
- A niech cię avada trafi! – krzyknął rozzłoszczony Severus i wyszedł z komnaty, powiewając swoją czarną peleryną.

Minister Magii nie przejął się jego wybuchem złości. Skrzyżował wzrok z Daisy.
- Gawain ma być w moim gabinecie za pięć minut! – oznajmił donośnym głosem.
Sekretarka od razu zrozumiała, że jej szef nie żartuje i rzuciła się do pisania wiadomości. Zrobiła w niej dwa kleksy, ale nie przejęła się tym. Chciała jak najszybciej puścić samolocik do biura aurorów. Po tym jak to zrobiła, Gawain Robards przybył w przeciągu dwóch minut. Bez pukania wszedł do gabinetu Kingsleya i wysłuchał co ten ma do powiedzenia.
- Dobrze zrobiłeś – poparł jego decyzję. – Nie ma sensu pomagać Snape’owi.
- Ale ona może mieć naprawdę kłopoty – Kingsley zrobił zatroskaną minę. – Zdenerwowałem się i działałem impulsywnie. Widocznie mój instynkt aurora przytępił się.
- Sara napisała w liście, że go kocha?
- Nie. Wysyłała buziaki i stwierdziła, że gdy Severus załatwi jej kasę to wtedy z nim pojedzie gdzie on chce.

Twarz Gawaina rozjaśniła się, a na ustach pojawił się wredny uśmieszek.
- To proste – oznajmił tonem, który wyrażał pewność siebie. – Snape zakochał się w niej, a ta nie wiedziała jak z tego wybrnąć. W Azkabanie trzymała go na dystans, karmiąc złudzeniami, że z nim będzie, ale gdy wyszedł na wolność to zaczęła mieć problem. Z tego powodu wymyśliła bajeczkę o długach i uciekła. Sądzę, że nic jej nie jest.
- Severus nie jest osobą, którą da się łatwo wodzić za nos – stwierdził Kingsley. – Sądzę, że mógł mówić prawdę.
- Chyba nie myślisz, że jakakolwiek kobieta poleciałaby na tego zafajdanego nietoperza – Gawain pozwolił sobie na złośliwość. – Specjalnie kazała mu znaleźć pracę, aby czymś go zająć. Przecież wtedy nie może jej szukać, prawda?
- Coś w tym jest… – czarnoskóry czarodziej zgodził się z wahaniem. – Czyli jesteś pewny, że nie ma co wysyłać kogoś, aby się tym zajął?
- Mam stuprocentową pewność. Jak znowu tu przyjdzie Snape to przyślij go do mnie!

Uspokojony Kingsley usiadł za biurkiem i odetchnął. Podziękował Gawainowi i odesłał go do przerwanych obowiązków. Wprawdzie nie był do końca pewien, czy robi dobrze, ale wiedział, że ten list powinien trafić do mugolskiej policji, a nie do niego. Widocznie Sara była sprytną kobietą i postanowiła w ten sposób spławić niechcianego adoratora.

***

Zdenerwowany Severus wypadł z gabinetu Kingsleya jak burza i teleportował się na ulicę Pokątną. Zasłonięty szczelnie kapturem, ledwo widząc gdzie idzie, dotarł do Centrum Handlowego Eeylopa. Nigdy nie posiadał sowy i nie czuł potrzeby, aby ją mieć. Teraz jednak sytuacja uległa zmianie. Nieprzyjazne i pogardliwe spojrzenia czarownic oraz czarodziejów, których doświadczył po wyjściu z Azkabanu utwierdziło go w przekonaniu, że nie powinien za często pokazywać się publicznie. Dlatego nie chciał korzystać z sowiej poczty. Wolał mieć jednego ptaka na własność.

Przejrzawszy dokładnie ofertę, na którą składały się płomykówki, brązowe i śnieżne sowy, włochatki oraz syczonie, wybrał samca tego ostatniego gatunku. Ptak był szaro – brązowy i patrzył ufnie na Severusa swoimi wielkimi, złotymi oczami. Czarodziej w czasie drogi do domu wybrał dla niego imię Felix, ponieważ nawiązywało do nazwy eliksiru szczęścia. Miał nadzieję, że dzięki temu sprawy przyjmą korzystny obrót.

List do Sary był krótki i treściwy. Mimo, że Severus miał ochotę wygarnąć co o niej myśli za zatajenie prawdy, to nie zrobił tego. Nie chciał przeciągnąć struny. Zależało mu na niej pomimo braku miłości pomiędzy nimi. W świecie czarodziejów nie jedna para żeniła się z rozsądku. Severus nawet pomyślał o takiej opcji. W końcu byli przyjaciółmi i kochankami. Nic nie stało im na przeszkodzie. Z tego powodu zapewnił Sarę w liście, że pomoże jej się ukryć. Przypomniał, że jest czarodziejem, który nieźle zna się na magii. Zamienienie jej wrogów w żaby nie było problemem.

Felix był dobrze wytresowaną sową. Grzecznie wystawił nóżkę i pozwolił sobie przywiązać wiadomość. Zahukał cicho, na znak, że rozumie powagę zadania i wyleciał przez otwarte okno. Snape śledził jego lot do czasu, aż ptak zniknął mu z oczu. Dopiero wtedy podszedł do kominka, wrzucił do niego proszek Fiuu i wyruszył do Hogwartu.
- Severus! – zdumiony okrzyk Minerwy McGonagall zabrzmiał w gabinecie dyrektora.
Siedziała za biurkiem i pisała coś na pergaminie. W wyniku zaskoczenia jej dłoń trzymająca pióro zatrzymała się w powietrzu, a atrament zaczął kapać z jego końca. Postacie z obrazów zaczęły szeptać gorączkowo i przez to w pomieszczeniu zrobiło się głośno.
- Chciałem… - zaczął mówić Severus, gdy zbliżył się do byłej nauczycielki transmutacji.
- Moja odpowiedź brzmi nie – przerwała mu błyskawicznie.
- Nawet nie wiesz czego chcę!
- Szukasz pracy – odparła poważnym tonem. – Horacy stwierdził, że nudziło mu się na emeryturze i dlatego zostanie mistrzem eliksirów aż do śmierci. Chyba chce iść w ślady Binnsa…
- A obrona przed czarną magią? – spytał Severus z nadzieją w głosie.

Minerwa obdarzyła go przeszywającym spojrzeniem i pokręciła przecząco głową. Gwar dochodzący z obrazów nawet na chwilę nie ucichł.
- Klątwa Voldemorta przestała działać, dlatego  Oscar Williamson ciągle piastuje to stanowisko.
- Nic dla mnie nie masz? Może mógłbym…
- Nie – oznajmiła twardo Minerwa. – Nawet gdybym chciała to nie mogę cię przyjąć. Rada nadzorcza zjadłaby mnie żywcem. Musisz zrozumieć moją sytuację, przykro mi – dodała ze skruchą.
- Rozumiem – odparł Severus lodowatym tonem. – Ktoś taki jak ja nigdy nie będzie mile widziany. Dzięki mnie Potter pokonał Voldemorta, ale wszyscy mają to w dupie – stwierdził rozżalonym tonem.

Minerwa nic nie odpowiedziała. Snape wiedział, że go nie lubi. Żaden z nauczycieli Hogwartu nigdy go nie lubił. Nawet Albus przekonał się do niego po dłuższym czasie. Uczniowie w zdecydowanej większości go nienawidzili, nawet ci, którzy byli przydzieleni do jego domu. Było parę wyjątków, ale cóż… były to wyjątki.
- Czemu nie zajmiesz się produkcją eliksirów na zamówienie? – dobiegł głos ze ściany. – Jesteś w tym naprawdę dobry.
- Jeszcze ktoś pomyśli, że go otruję – powiedział Severus do portretu Albusa. – Przecież jestem mordercą, zapomniałeś kto cię zabił? – zakpił.
- Przecież nie muszą wiedzieć, że ty to ty – dodała Minerwa z niesmakiem. – Daj ogłoszenie do Proroka, nie podając swojego imienia i nazwiska. Na pewno ktoś zaryzykuje i coś od ciebie zamówi. Jeśli eliksir będzie dobry, to zacznie cię polecać znajomym i wtedy rozkręcisz biznes.

Severus miał ochotę zwyzywać siebie samego. Że też nie pomyślał o czymś tak oczywistym! To jeden z takich planów, który jest genialny w swojej prostocie. Dzięki temu będzie mógł siedzieć w domu i czekać na wiadomość od Sary. Nikt nie będzie go niepokoił oraz nie będzie musiał chodzić do pracy, aby użerać się z ludźmi, którzy go nienawidzą.
- Tak zrobię – oświadczył i kiwnął głową w stronę Minerwy, co miało oznaczać uznanie. – Mogę pożyczyć szkolną sowę?
- Możesz – zgodziła się dyrektorka. – A! I jeszcze jedno… - zwróciła się do wychodzącego Severusa.
- Tak?
- Następnym razem przybądź do Hogwartu inną drogą. Wolę zapowiedzianych gości.
Snape zrobił nieokreślony gest ręką, który równie dobrze mógł oznaczać „dobrze”, jak i „mam to gdzieś”. Jego głowę zaprzątała teraz myśl jak sformułować ogłoszenie, tak aby czarodzieje zaufali anonimowemu wytwórcy eliksirów, ale nie powiązali go z jego osobą.

***

- Słyszałeś ten nowy dowcip z kaczuszką i skunksikiem?
- Czy jeśli się zgodzę abyś go opowiedział to wyjdziesz stąd i dasz mi święty spokój?
Usta Dundy’ego rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Severus był bliski użycia różdżki na byłym współlokatorze, ale nawet nie wyciągnął jej z kieszeni. Sam nie wiedział czemu się przed tym powstrzymał. Kiedyś wywaliłby Dundy’ego na zbity pysk i nie czułby nawet odrobiny wyrzutów sumienia. Teraz coś go blokowało. Widocznie przeszedł w Azkabanie takie pranie mózgu, że się zmienił. Albo, co bardziej prawdopodobne, podświadomie bał się, że w jakiś pokrętny sposób Robards wsadzi go tam ponownie pod byle jakim pretekstem. Na przykład za to, że trochę sponiewierał Dundy’ego podczas wyrzucania ze swojego domu.

Ogłoszenie w Proroku Codziennym zdało egzamin. Kilka osób zamówiło niezbyt skomplikowane, a zarazem niedrogie, eliksiry. To ucieszyło Severusa i od razu zajął się pracą. Jednocześnie sprawy nie szły tak dobrze jakby tego sobie życzył. Niektórzy domyślili się kto stoi za ogłoszeniem i przysłały sowy z radami, które miały go zachęcić do usunięcia swojej osoby ze świata żywych. Nie zrobiło to zbytniego wrażenia na twórcy eliksirów. Odpisywał krótko, że to pomyłka, mając nadzieję, że twórcy listów nie zorientują się, że to kłamstwo. Nie chciał mieć na głowie niezapowiedzianych gości.

W ciągu półtora miesiąca wolności Severusa, tylko jedna osoba odwiedziła dom przy Spinner’s End i ku niezbyt dużemu zaskoczeniu gospodarza był to Dundy. Pojawił się z butelką wina i oświadczył, mrugając zawadiacko jednym okiem, że muszą koniecznie pogadać o życiu i śmierci. Okazało się, że szukanie adresu Snape’a powierzył swojej żonie, która pracowała w sieci Fiuu. Ta nie miała najmniejszego problemu ze znalezieniem odpowiednich informacji, mimo że były zastrzeżone przez właściciela kominka zaraz po wyjściu z Azkabanu. Na Spinner’s End można było dostać się tylko wybranym osobom. Pozostali musieli teleportować się w pobliżu i zapukać do drzwi. Właśnie w ten sposób Amerykanin pojawił się u Severusa późnym wieczorem. Siedząc w salonie i słuchając głupot wygadywanych przez gościa, były mistrz eliksirów stwierdził, że brakowało mu tego. 

Odkrycie było tak szokujące, że trzymany przez niego kielich z winem prawie poszybował na spotkanie z dywanem. Tego się po sobie kompletnie nie spodziewał! Zawsze uważał, że jest całkowicie samowystarczalny i nie potrzebuje nikogo, a tu nagle okazuje się, że bez kontaktu z drugim człowiekiem zaczyna czuć się źle. Severus spojrzał na Dundy’ego. Czarodziej tak był zajęty gadaniem, że kompletnie nie zauważył zmiany na twarzy osoby, którą uważał za przyjaciela. Ich związek opierał się na olewaniu siebie nawzajem. Amerykanin musiał się komuś wygadać, a Severus potrzebował, aby ktoś wyraził chęć przebywania w jego towarzystwie. Nie potrzebowali robić czegoś razem, woleli być obok siebie.
– Czasem ciebie kompletnie nie rozumiem. Co jest fajnego w samotności? Przecież lepiej się wygadać niż trzymać wszystko na wątrobie. Nie wiesz, że to jest niezdrowe? – Dundy zasypywał Severusa pytaniami.
- Opowiedz ten dowcip i spadaj - gospodarz wycedził powoli przez zęby.

Wiedział, że brakowało mu kontaktu z drugim człowiekiem, ale uznał, że co za dużo to nie zdrowo. Paplanina Amerykanina mogła zmęczyć nawet świętego. Severus nie mógł pochwalić się sporą cierpliwością. Dlatego bez ogródek dał znać, że chciałby zostać sam.
- No dobrze! – zgodził się Dundy i wyprostował się jak struna. – Widzę, że nie jesteś w humorze.
- Niesamowite. Ty w końcu coś załapałeś! – padła kąśliwa uwaga.
- Widzisz? – twarz Dundy’ego rozpromieniła się jeszcze bardziej. – Jestem bardzo bystry!
- Jak woda w klozecie – Severus zakpił w myślach.
- Yhm, yhm – zakasłał Amerykanin, szykując się do opowiedzenia dowcipu. – Szedł sobie skunksik przez leśną polanę, gdy nagle usłyszał płacz. Wszedł w krzaki i zobaczył małą kaczuszkę, której łzy skapywały z dzióbka – wszystko to mówił wyjątkowo słodkim głosikiem przywodzącym na myśl babcie cackające się z niemowlakiem. – Spytał się jej czemu płacze. Ta odpowiedziała, że nie wie kim jest. Wtedy skunksik objął delikatnie kaczuszkę i powiedział, że jej pomoże. „Zobacz kaczuszko, masz takie żółte piórka”, „tak, mam” odparła kaczuszka. „Masz taki śliczny, czerwony dzióbek kaczuszko” powiedział skunksik. Kaczuszka się z nim zgodziła. „Masz czerwone nóżki zakończone maleńkimi, słodkimi płetwami kaczuszko” dodał skunksik. Kaczuszka przestała płakać. „Dzięki temu wiem, że jesteś kaczuszką kaczuszko” wyjaśnił skunksik. Kaczuszka wyjątkowo się ucieszyła, z radości zaczęła skakać. Nagle skunksik zaczął płakać. „Czemu płaczesz?” spytała się go kaczuszka. „Bo ja teraz nie wiem kim jestem” padła odpowiedź. Kaczuszka objęła skunksika i powiedziała, że teraz ona mu pomoże. „Masz czarne, gęste futerko skunksiku, prawda?” spytała, a skunksik przytaknął. „Masz pręgę na grzbiecie skunksiku?”, „tak, mam” powiedział skunksik. „Śmierdzisz?” zadała pytanie kaczuszka, „ O, tak!” przytaknął skunksik i otarł łapką oczka. „To ja wiem kim jesteś!” wykrzyknęła kaczuszka. „Kim?” spytał uradowany skunksik. Kaczuszka poklepała skunksika po łapce i mówi: „z ciebie jest stara cipa!”. Ha, ha, ha! – tubalny rechot Dundy’ego wypełnił salon Severusa.

Były mistrz eliksirów poczuł, że jego ręce opadają pod wpływem głupoty Amerykanina. Dowcip był tak samo żenujący jak jego usposobienie. Chyba to był kolejny powód dla którego Severus jeszcze nie wypatroszył go za pomocą czarów. Tak żałosna forma życia nie zasługiwała na większą uwagę. Dundy był jak mucha, która irytuje, ale czasem można się jej było bezmyślnie przyglądać w czasie nudy. Jego mózg był jedną, wielką czarną dziurą i było dziwne, że jest w stanie samodzielnie egzystować oraz zdobywać kolejne kobiety. Jakie to musiały być idiotki skoro się z nim związały?

Ta myśl, w połączeniu z żenującą puentą dowcipu, zrodziła kolejną. Severus przypomniał sobie o planowanej zemście na Meduzie. A gdyby tak odpłacić się jej za docinki, które rzucała w czasie lekcji gotowania? To nie był głupi pomysł. Wąskie wargi Severusa rozciągnęły się w niewyraźnym uśmiechu.
- Dobry dowcip, nie? – zapytał Dundy. – Nawet taki ponurak jak ty się uśmiał!
- Ha, ha – mruknął Snape półgłosem. – Bardzo dobry. Masz talent do opowiadania dowcipów.
- Naprawdę?
- Naprawdę – przytaknął nieszczerze Severus. – Wiesz kto był tak samo zabawny jak ty?
- Kto?
- Meduza. Czasem pękałem ze śmiechu, gdy jeździła po chłopakach w Azkabanie…

Dundy zamilkł, wyraźnie próbując przypomnieć sobie śmiejącego w głos Severusa. Zmarszczył czoło i zrobił dziwny grymas. Snape przyglądając się temu wysiłkowi mógłby przysiąc, że spod gęstych włosów czarodzieja zaczęła wydobywać się para.
- No tak, przecież ty nie pokazujesz, że jesteś rozbawiony – Dundy walnął się w czoło pod wpływem odkrycia. – Zapomniałem! – zarechotał z głupią miną.
- Miałbym do ciebie prośbę…
- Dla mojego przyjaciela zrobię wszystko! – zareagował żywo Amerykanin.
- Czy mógłbyś zdobyć adres gdzie mieszka Meduza?
- Jasne! Nie ma problemu!
- Super – tym razem Severus naprawdę się ucieszył. – A teraz spadaj. Muszę zająć się eliksirami!


Pożegnał się z Dundym wyjątkowo wylewnie, czyli nie warczał na niego jak to miał w zwyczaju, po czym zamknął za nim drzwi. W jego głowie kłębiło się co najmniej tuzin pomysłów jak dopiec Meduzie. Każdy z nich związany był ze skunksem. Severus uśmiechnął się sam do siebie. Był to szczery, pełny uśmiech zadowolenia. Czekając na Felixa z wiadomością od Sary będzie tworzył eliksiry i mścił się na ludziach – czyli będzie robił to, co naprawdę kocha.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 48 - Wolność


- Masz gościa – oznajmił auror i pokazał gestem, że więzień ma pójść za nim.
Severus zastanawiał się podczas drogi kto mógł go odwiedzić. Było wiele możliwości, zaczynając od Kingsleya, a na jakimś urzędasie kończąc. Następnego dnia Snape miał opuścić Azkaban, co oznaczało sporo roboty dla Ministerstwa Magii. Severus dowiedział się od Sary, że więźniowie otrzymują propozycję pracy i pomoc w zaaklimatyzowaniu się w społeczeństwie. Niektórym przychodziło to gładko, innym szło gorzej.
- Wejdź – rozkazał auror otwierając drzwi do sali spotkań, która została wyczarowana podczas reorganizacji.

W przeciwieństwie do mugolskiego więzienia Azkaban nie miał wyznaczonych dni odwiedzin. Przyczyną był utrudniony dostęp. Tylko Gawain Robards, Kingsley Shacklebolt oraz kilku wysokich urzędników Ministerstwa Magii miało prawo wyczarować świstoklika przenoszącego do więzienia. Zwykli czarodzieje musieli wypełnić formularz i czekać na jego rozpatrzenie. Odpowiedź pozytywna sprawiała, że do osoby zainteresowanej przylatywała sowa z datą i godziną stawienia się w biurze aurorów. Terminy zazwyczaj były wyjątkowo odległe i niektórzy więźniowie kończyli w międzyczasie odsiadywać wyrok.
- Postarzałeś się – oznajmiła staruszka na widok Severusa.
- Ty też – odparł chłodno mężczyzna i zmierzył kobietę badawczym spojrzeniem.

Jej ciemne włosy pokryła całkowicie biel siwizny. Zachowała szczupłą sylwetkę, ale pod wpływem lat zgarbiła się i zaczęła wspomagać się laską przy chodzeniu. Podłużna twarz zdawała się mieć jeszcze bardziej surowy wyraz przez to, że przecinały ją głębokie zmarszczki. Ubiór zdradzał zamiłowanie do przeszłości, co nie było niczym niezwykłym biorąc pod uwagę, że staruszka miała ponad sto lat.

Severus czekał co Wilhelmina Prince mu powie. Jej wizyta nie była czymś normalnym biorąc pod uwagę, że ostatni raz widzieli się, gdy miał niecałe siedemnaście lat. Nienawidził jej i w normalnych okolicznościach kazałby pójść do diabła, ale ciekawość wzięła górę nad negatywnymi uczuciami.
- Nawet nie wiesz jak trudno było się do ciebie dostać – poskarżyła się.
- Po co w takim razie marnowałaś siły na to, aby tu przyjść? – spytał Severus z przekąsem. - Sądzę, że Aldous o tym nie wie – przez jego gardło nie było w stanie przejść słowo „dziadek”.
- Nie wiem czy wie bo nie żyje – rzekła Wilhelmina, uśmiechając się drwiąco. – Dostał zawału po tym jak przeczytał, że przyczyniłeś się do upadku Czarnego Pana.

Snape miał ochotę uśmiechnąć się. Kolejna znienawidzona przez niego osoba zmarła i nawet pośrednio się do tego przyczynił. Nigdy nie myślał o Aldousie jako o dziadku i nie czuł się z nim w żaden sposób związany.
- Przyszłaś do mnie dlatego, że zostałaś sama? Czyżbyś chciała prosić o przebaczenie? – szydził z babki.
Staruszka nie wyglądała na poruszoną jego pytaniem. Patrzyła na niego jak na dzieciaka, chcącego zrobić jej na złość.
- Sam wiesz najlepiej, że ludzie popełniają błędy. Ja przynajmniej nie wydałam miłości mojego życia na pewną śmierć – odparła niewinnym tonem, patrząc jak Severusowi podnosi się ciśnienie. – Od dawna chciałam z tobą porozmawiać. Pierwszy raz poczułam się dumna z ciebie, kiedy dowiedziałam się, że zostałeś dyrektorem Hogwartu. Nawet Aldous był pod wrażeniem! Żałuję, że później wszystko zepsułeś. Byłam zła, ale już mi przeszło. Po śmierci Aldousa doszłam do wniosku, że nie powinniśmy skreślać Eileen i ciebie ze swojego życia. To nie było dla was dobre.
- To nie było dla was dobre? – Severus powtórzył ze złością. – Ponad czterdzieści lat zajęło ci dojście do tego!
- Zdarza się – podsumowała Wilhelmina jakby to było niewinne podłożenie nogi rywalowi podczas wyścigu w przedszkolu. – Czytałam o tej całej mugolskiej głupocie, reso… coś tam. Zmieniłeś się? Czujesz, że jesteś gotowy wstąpić do naszego, cudownego społeczeństwa?

Severus patrzył się spode łba na babkę. Czekał milcząc. Wilhelmina spostrzegła to i uśmiechnęła się, ale jej ciemnoniebieskie, prawie granatowe oczy pozostały zimne.
- Wszystkim podpadłeś – oznajmiła. – Dosłownie wszystkim. Nienawidzą cię zarówno zwolennicy Czarnego Pana jak i Dumbledore’a. Mam dla ciebie radę. Gdy wyjdziesz z więzienia to schowaj się u swojej mugolskiej rodziny. Porzuć życie czarodzieja. W naszym świecie nie masz czego szukać.
- Nie potrzebuję twoich rad – prychnął więzień. – Nie powiesz mi chyba, że przyszłaś tu tylko dlatego, że przejęłaś się moim losem? Możesz wyłożyć różdżkę na ławę, najwyżej wyśmieję cię tak jak ty mnie po śmierci mamy.
- Nie musisz być taki wredny.
- Odziedziczyłem to po tobie.
- Bardzo zabawne – Wilhelmina parsknęła sztucznym śmiechem. – Chcesz abym była szczera? Dobrze, będę. Mam dla ciebie ofertę.
- Jaką? – zdziwił się Severus.
- Chcę abyś zamieszkał ze mną.
- Oszalałaś!
- Nie. Przemyślałam wszystko i chcę abyś zarządzał majątkiem – wyjaśniła chłodno staruszka. – Ktoś musi zagonić leniwe skrzaty do roboty. Przez twoją szlamowatą przyjaciółkę nie chcą pracować tak jak dawniej.
- Nie jest moją przyjaciółką – zaprotestował Severus na myśl o Hermionie. – I nie używaj przy mnie słowa „szlama”! – dodał ze złością.
- Będziesz zarządzał majątkiem Prince’ów. Aldous znał się na robieniu pieniędzy, nie ja. Skoro masz jego krew, wprawdzie w malutkim stopniu, to powinieneś się tym zająć - kobieta ciągnęła temat dalej nie zwracając uwagi na oburzenie wnuka. – W naszym majątku nikt nie będzie cię niepokoił. Będziemy żyć sobie na uboczu, a po mojej śmierci odziedziczysz wszystko. Wystarczy, że będziesz się mnie słuchał, a ja tak tobą pokieruję, że będziesz kimś wartym uwagi.

Severus nie musiał zbyt wiele myśleć, aby wiedzieć, że to pułapka. Wizja majątku była kusząca, ale czekanie aż babka zejdzie z tego świata mogło doprowadzić go do wrzodów żołądka. Wiedział, że Wilhelmina nigdy nie zaakceptuje Sary.
- Czego chcesz w zamian? – spytał z powagą. – Wiem co sądzisz na temat mieszanych małżeństw i dzieci z takich związków. Przebywanie ze mną będzie dla ciebie katorgą.
- Zmieniłam się – odparła staruszka z fałszywym uśmiechem. – Chcę się z tobą pojednać, to tyle. Ale… owszem… mam pewne warunki.
- Powiedz jakie to zastanowię się czy warto.
- Zmienisz nazwisko na Prince – padła odpowiedź.

Severus Prince. Siedemnastoletni Ślizgon, którym był w przeszłości, oddałby wszystko aby tak się nazywać. Jakikolwiek związek z Tobiaszem Snapem zostałby zerwany. To było jego dawne marzenie, nieaktualne od ponad dwudziestu lat.
- I jeszcze pasztecik z dyni do tego? – zakpił Severus, z góry wiedząc, że nie zgodzi się na żądanie babki.
- Zamknij się i słuchaj! – zirytowała się Wilhelmina. – Daję ci możliwości, których nigdy w życiu nie będziesz miał! Wystarczy, że porzucisz swoje mugolskie korzenie. Tfu! – splunęła. – Nie jesteś ani młody, ani przystojny, ale na szczęście nie jesteś na tyle stary aby nie mieć dzieci – zauważyła przyglądając mu się krytycznie. – Z moim majątkiem będziesz dobrą partią dla czystokrwistych panienek ze wschodu. Słowianki są ładne, zwłaszcza blondynki. Znajdziemy ci jakąś młodą, która szybko da ci dziedzica. Chyba jesteś w stanie spłodzić syna, co? – spytała. – Dasz mu na imię Aldous. Dzięki naszemu wysiłkowi ród Prince zostanie uratowany!

Staruszka miała bardzo zadowoloną minę. Widocznie uważała, że ten plan jest ziszczeniem marzeń Severusa. Za to on sam kipiał ze złości. Zrozumiał czemu Eileen uciekła z domu. Wilhelmina widocznie uwielbiała układać innym życie pod swoje dyktando. W zamian za pieniądze miał spełniać jej zachcianki. W życiu się na coś takiego nie zgodzi! Nie po tym jak potraktowała z Aldousem swoją jedyną córkę!
- Nigdy – warknął.
– Możesz sobie myśleć, że jesteś półkrwi, ale jak dla mnie niczym nie różnisz się od zwykłej szlamy – staruszka wycedziła przez żółtawe zęby. - Zatuszuję twoje haniebne pochodzenie i zaczniesz być szanowany w społeczeństwie. Jeśli tego nie chcesz to znaczy, że jesteś szalony!
- Może i jestem! – oświadczył Severus.
- Jeśli nie zgodzisz się na moje warunki to zapiszę cały majątek komuś innemu! Jeszcze pożałujesz, że mnie nie posłuchałeś!
- Rób co chcesz! – odparł więzień.

Severus załomotał w drzwi, dając do zrozumienia aurorowi, że chce wyjść z pomieszczenia. Nie zamierzał słuchać wrzasków Wilhelminy. Była bezczelna, że proponowała mu coś takiego po tym jak odmówiła pomocy w czasach, gdy Tobiasz Snape znęcał się nad rodziną. Mogła ich uwolnić od niego, ale nie zrobiła tego. Nawet nie pojawiła się z Aldousem na pogrzebie Eileen. Dlatego miał nadzieję, że babka szybko podzieli los dziadka i w końcu zamilknie na wieki.

***

Wolność ma smak ciasta pomarańczowego. Tak stwierdził Severus, gdy jadł swój kawałek w towarzystwie Sary. Byli sami w jej mieszkaniu i mogli robić na co tylko mieli ochotę. W końcu nie ograniczał ich dzień tygodnia oraz czas. Pod drzwiami nie stał auror, gotowy wejść do pokoju, gdy tylko usłyszał podejrzane odgłosy. Severus nie musiał bać się chwili, gdy zostanie wezwany do Voldemorta. Mroczny znak na jego lewym przedramieniu zupełnie stracił kolor, a kontury zamieniły się w cienkie, ledwo widoczne blizny. Nie było wojny. Nie było narad w Zakonie Feniksa. Nie musiał już nigdy więcej narażać swojego życia. Za to mógł je zaplanować od nowa i zrobić z nim co tylko chciał.

W czwartek rano do celi Severusa przyszedł auror. Przyniósł jego wszystkie ubrania i worek, do którego więzień miał spakować cały swój dobytek. W przypadku Snape’a okazało się to trudne z powodu sporej ilości książek od Hermiony. Wiedział, że mógł je zostawić, ale resztki przyzwoitości mu nie pozwoliły. Zbyt bardzo szanował literaturę piękną, aby narażać ją na kontakt z więźniami. Dundy dostał raz po łapach, gdy niechcący naderwał kawałek kartki „Trzech Muszkieterów”. Skomlał później przez godzinę żaląc się na swój los.

Zamiast książek w celi została stara szata Severusa. Ta, w której został zaatakowany przez Nagini. Ślady krwi zostały usunięte, ale miał związane z nią tak złe wspomnienia, że wolał jej ze sobą nie zabierać. Dlatego na wyjście ubrał się w zieloną szatę wyjściową, którą dostał od Hermiony.

Oprócz literatury spakował także wydarte strony z gazet, które dotyczyły wpadek znanych mu osób. Na ostatniej z nich widniała informacja, że Ron Weasley zerwał ze swoją narzeczoną, aby być z inną. Severus zupełnie mu się nie dziwił. Uważał, że nikt normalny nie był w stanie wytrzymać długo z przemądrzałą i wywyższającą się Granger.

Po śniadaniu więzień, razem z dobytkiem, został zaprowadzony do biura Faxona Newmana, gdzie dostał świstoklika z życzeniami trzymania się z dala od kłopotów i nie wracania ponownie do Azkabanu. Severus do ostatniej chwili miał dziwne wrażenie, że wszystko co przeżywa to sen, który za chwilę zostanie przerwany. Przebywanie w więzieniu sprawiło, że zapomniał jak to jest być wolnym człowiekiem. Nawet spotkanie z wrogo nastawionym Robardsem oraz przyjaznym Kingsleyem, który miał dla niego różdżkę nie sprawiło, że był w stu procentach pewny, że nie śni. Widok uśmiechającego do niego Pottera (kiedy gówniarz tak się zmienił?) oraz krzyki Dundy’ego w stylu „z drogi śledzie – Severus jedzie” (kiedyś tego pożałuje!) dało poczucie, że to nie sen, a koszmar. Dopiero ucieczka przed podnieconym i krzyczącym tłumem oraz dziennikarzami, pojawienie się w kominku swojego domu, a następnie spotkanie w Londynie z Sarą było wystarczającym dowodem, że naprawdę wyszedł z Azkabanu.
- Z tymi świeczkami przesadziłaś – Snape poinformował swoją kobietę, która przeciągała się na puchatym dywanie niczym kot.

Zdziwił się jak bardzo minimalistycznie urządzone jest jej mieszkanie. Jasne kolory. Kilka najpotrzebniejszych mebli. Tu i ówdzie trochę książek poukładanych w zgrabne stosy. Za to ozdobnych świeczek miała około pół setki i wszystkie były zapalone.
- Chciałam zrobić nastrój w dzień twoich czterdziestych pierwszych urodzin – wymruczała wyraźnie z siebie zadowolona. – Musiałabym za dużo ich wbić w ciasto, dlatego postanowiłam udekorować mieszkanie – wyjaśniła.
- Jeśli chcesz mogę sprawić, aby unosiły się w powietrzu – zaproponował.
- Zrób tak – poprosiła. – Lubię patrzeć jak sprawnie posługujesz się różdżką… - wyszeptała i uśmiechnęła się figlarnie.

Czarodzieje nie zdawali sobie sprawy jak się czuje człowiek, który został pozbawiony różdżki na prawie trzy lata. Niektórzy porównywali to do braku ręki. Severus twierdził, że rzeczywistość jest gorsza. Czuł się jakby zabrali mu duszę. Coś co zarazem dopełniało go i określało.
- Mówisz, masz – machnął różdżką i świeczki zaczęły unosić się w powietrzu.
Pierwsze zaklęcia po wyjściu z Azkabanu szły mu strasznie opornie. W końcu nie używał magii od kilku lat. Gdy wrócił do swojego domu w Cokeworth, pierwszym co zrobił to nie było sprzątanie zapuszczonych wnętrz. Od razu zaczął przypominać sobie skomplikowane zaklęcia. Uważał, że musi koniecznie wrócić do czasów swojej świetności.

Dom przy Spinner’s End dzięki magii nie został splądrowany ani przez mugoli, ani czarodziejów, jednak przez lata nieobecności właściciela zmienił się w zapuszczoną norę. Dywany i tapety zapleśniały z powodu wilgotnego klimatu i braku ciepła. Wiele eliksirów zamarzło w czasie zimy i rozsadziło szklane fiolki. Na Severusa czekało także niezłe pobojowisko zostawione przez ekipę śledczą Robardsa. Czarodziej podejrzewał, że auror specjalnie kazał zniszczyć to i owo. Na szczęście książki zostawił w spokoju, a tych schowanych, zawierających najgorszą czarną magię, nie odnalazł.

Doprowadzenie domu do porządku, mimo używania czarów, zajęło Severusowi kilka dni. Wprawdzie klął pod nosem, ale ostatecznie uznał, że dzięki temu przypomniał sobie jak używa się magii i doszedł do poprzedniej wprawy. Najbardziej zdenerwował go brak części eliksirów i składników, które najprawdopodobniej zostały zrzucone na podłogę i zdeptane w czasie śledztwa. Aby zrobić nowe musiał kupić sporo rzeczy, a to oznaczało pokazanie się w magicznej społeczności na co nie był gotów.
- Czemu nie przyjąłeś posady? – zapytała Sara wodząc palcem po udzie Severusa, co sprawiło, że przestał myśleć o eliksirach. – Ponoć ta robota dla Świętego Munga jest dobrze płatna.
- Nie interesowała mnie – padła sucha odpowiedź. – Mam inne plany.

Kingsley namawiał go na podjęcie pracy w ramach aktywizacji zawodowej więźniów, ale to nic nie dało. Severus miał jasno określoną wizję przyszłości. Chciał wyjechać z Sarą za granicę i nic nie mogło mu w tym przeszkodzić. Uznał, że gdyby jej nastawienie okazało się negatywne, to wystarczy, że użyje amortencji i przeszkody same znikną. Problemem było, że obecnie nie posiadał tego eliksiru.
- Jakie masz plany?
- Chcę z tobą wyjechać. Jak najdalej stąd – wyjaśnił Sarze całując ją w rękę. – Najlepiej poza Wielką Brytanię. Może inny kontynent…
- Nie – odparła błyskawicznie i wyrwała swoją dłoń z jego dłoni. -  Nie mogę, mam tu pracę, rodzinę, znajomych… - wyliczała.
- Możesz się z nimi kontaktować mugolskimi sposobami – oznajmił Snape tonem, który wskazywał, że każda myśląca osoba doszłaby do tego wniosku w sekundę.
- Nie ma mowy – Sara naburmuszyła się. – Myślałam, że weźmiesz pracę, którą proponował ci Kingsley i zamieszkasz ze mną – dodała urażonym tonem.
- Mistrz eliksirów nie przyjmuje pierwszej lepszej posady, która jest poniżej jego umiejętności – oznajmił Severus z przekąsem.
- Nie mydl mi oczu swoim byłym tytułem! – warknęła psycholog. – Mój brat był mistrzem obrony przed czarną magią, a nie potrafił dobrze transmutować torebki z herbatą!
- A ty nie udawaj, że wiesz cokolwiek o moim świecie! – czarodziej zareagował na atak. – Gdyby nie przypadek to byś nadal niczego o nas nie wiedziała głupia babo!
- Głupia babo!? – Sara powtórzyła ze złością. – Skoro tak uważasz to po co tu jesteś!? - spytała dysząc z wściekłości.
- Wiedz, że cię nie obraziłem, tylko stwierdziłem fakt! – rzucił twardo Severus i zaczął się ubierać. – Jeszcze za mną zatęsknisz! – oznajmił i wyszedł z jej mieszkania trzaskając drzwiami.

***

Zielone płomienie buchnęły w kominku w sklepie Borgina i Burkesa. Wyszedł z nich wysoki czarodziej odziany w czarną pelerynę. Narzucony kaptur dawał do zrozumienia, że jego właściciel nie chce być rozpoznany, co nie dziwiło biorąc pod uwagę, że ulica Śmiertelnego Nokturnu roiła się od podobnych osobników. Mężczyzna podszedł do lady i zastukał w nią niecierpliwie palcami. To przyciągnęło uwagę Borgina, który pracował na zapleczu.
- Och, pan Snape! – zawołał ze zdumieniem, kiedy spostrzegł kto ukrywa się pod kapturem. – Jak miło pana widzieć! Myślałem, że po tym wszystkim przestanie…
- Pół tuzina diabelskich pereł – Severus przerwał sprzedawcy chłodnym tonem. – Chcę te najlepsze.
- Oczywiście, już podaję – Borgin zgiął się w pół i poszedł po towar.

Do amortencji można było użyć normalnych pereł, ale przez to miała o wiele mniejszą moc. Weasleyowie właśnie taką sprzedawali w swoim sklepie. Działała dobrze na nastoletnie umysły, ale na starsze minimalnie. Te perły, które można było kupić na ulicy Śmiertelnego Nokturnu pozyskiwane były nielegalnie od Ostrea Diaboli, które były chronione przez prawo czarodziejów. Małże tego gatunku ukrywały się w najciemniejszych głębinach i tylko nieliczni do nich docierali. Aby wydobyć z nich perły trzeba było wykazywać się sporym refleksem, ponieważ zdenerwowane perłopławy pluły rozgrzaną do czerwoności masą, która bardzo długo utrzymywała ciepło i powodowała wrzenie wody. Nie jeden śmiałek zginął w straszliwych męczarniach. Wydobyte perły także były gorące niczym węgiel wyjęty prosto z ognia, a na dodatek mogły zmienić kształt pod wpływem własnej temperatury. Tylko niektóre zachowywały kulistość i te właśnie były najlepsze, a zarazem najdroższe.

Severus nie dał się wciągnąć w pogawędki Borgina. Otrzymał co chciał, zapłacił za to niemałą ilość pieniędzy i wyszedł ze sklepu. Skierował swoje kroki ku ulicy Pokątnej. Idąc zerkał na pozamykane, czarno-magiczne sklepy. Widocznie ich dobry okres zakończył się wraz ze śmiercią Voldemorta. Za to ulica Pokątna tętniła życiem jakby nigdy nie było wojny. Sklepy i kawiarnie ponownie zostały otworzone. Wiele osób robiło zakupy, a dzieci w wieku poniżej jedenastu lat, obrzucały się śnieżkami albo naciągały rodziców na kupno gorącej czekolady. Prawie nikt nie zwracał uwagi na mężczyznę w czerni zmierzającego do apteki. Severus był bardzo z tego powodu zadowolony.

***

- Walentynki, ble – skrzywił się czarodziej, gdy nasączał czekoladki amortencją.
Sara była twardą kobietą. Od czasu ich kłótni minął ponad miesiąc, a ona nie odezwała się ani razu. Denerwowało to Severusa, ale wiedział, że dzięki temu ma czas przygotować wszystko co zaplanował. Sporządził spory zapas eliksiru miłosnego i spakował swoje rzeczy, które umieścił w kufrze. Był to jeden z magicznych przedmiotów, które mogły pomieścić o wiele więcej niż ich mugolskie odpowiedniki. Jeśli wszystko poszłoby zgodnie z planem, to następnego dnia Severus z Sarą powinni znaleźć się w Hongkongu i tam zacząć nowe życie.

Czarodziej wiedział, że nie musi się martwić o pieniądze. Praca w Hogwarcie gwarantowała dach nad głową i posiłki. Albus bywał szczodry i czasem sypnął galeonami na jakąś książkę o eliksirach lub zaklęciach pod warunkiem, że nie dotyczyła ona czarnej magii. Z tego powodu większość wypłaty szła na konto Severusa. Czasem wydawał ją na niekoniecznie legalne rzeczy, ale nie musiał tego robić za często.
- Gotowe – powiedział z zadowoleniem do samego siebie.

Czekoladki wyglądały na nieruszone. Sara nie miała możliwości, aby domyślić się co kryją w środku. Severus przy pomocy magii zapakował pudełko tak, aby wyglądało jak nowe. Szybko ubrał się i teleportował do Londynu, gdzie po drodze do jej mieszkania kupił kwiaty od ulicznej handlarki. Sara mówiła, że kobiety to lubią, a ona przecież zaliczała się do tej płci.

Wszystko szło gładko do czasu, aż Severus znalazł się pod jej drzwiami. Zapukał raz, zapukał drugi, ale nikt nie otwierał. Była wystarczająco późna godzina, aby Sara była w domu, dlaczego więc nie dawała znaku życia? Czarodziej już miał wyjąć różdżkę zza pazuchy płaszcza, gdy sąsiednie drzwi otworzyły się i wyszła przez nie kobieta koło pięćdziesiątki z wałkami na rudoblond włosach, przy okazji rozsiewając wokół siebie smród palonych papierosów.
- Pan Snape? – spytała nieufnie.
- Tak – odparł zaskoczony czarodziej.
- Muszę zadać pytanie potwierdzające tożsamość – oznajmiła kobieta lekko zdenerwowanym tonem. – Ulubiona sukienka pani Jones?
- Krótka, różowa, cienkie ramiączka – odrzekł szybko.

Tak naprawdę tego nie wiedział, ale wyczytał w umyśle sąsiadki Sary jaka jest prawidłowa odpowiedź. Zobaczył jej wspomnienie jak psycholog wynosi swoje rzeczy z domu, a potem daje wiadomość do niego i instruuje kobietę co ma zrobić.
- To list do pana od niej – burknęła sąsiadka i podała Severusowi kopertę.

Gdy się poruszała ciągnęła się za nią fala smrodu. Snape nigdy nie lubił palenia papierosów, a zwłaszcza u kobiet. Uważał to za obrzydliwe i wlepiał drakońskie kary uczniom, których przyłapał na oddawaniu się tej czynności. Dlatego starał się mieć jak najmniej kontaktu z kopertą, która przesiąkła znienawidzonym smrodem. Szybko wyjął list i rozłożył go.


Severusie,

Na początku musisz mi wybaczyć, że nie byłam z Tobą szczera. Powinnam już dawno Ci o tym powiedzieć, ale wstyd odbierał mi odwagę. Kiedy będziesz to czytał, ja już będę daleko. Musiałam porzucić pracę i wyjechać.

Pewnie jesteś ciekawy dlaczego. Odpowiedź jest prosta: ponieważ byłam głupia. W czasach młodości narobiłam długów. Okropnych, nie chcesz znać kwoty. Osoba, której jestem winna pieniądze odnalazła mnie i dała mi tydzień na spłatę. Zagroziła, że jeśli mi się nie uda to konsekwencje będą bardzo nieprzyjemne. Nawet we dwoje nie dalibyśmy rady uzbierać tylu pieniędzy, dlatego uciekłam.

Nie powiem gdzie jestem na wypadek gdyby ten list trafił w niepowołane ręce. Obiecuję, że odezwę się do Ciebie jak tylko będę mogła. Teraz, gdy to piszę wiem, że powinnam była Cię posłuchać. Ten wyjazd za granicę był dobrym pomysłem. Miałeś rację, że jestem głupią babą. Przepraszam.

Błagam Cię abyś mi pomógł. Podejmij pracę i zbieraj pieniądze. Dużo odłożyłam przez te lata, ale jeszcze sporo mi brakuje. Jeśli pomożesz mi zebrać wyznaczoną kwotę to obiecuję, że zrobię co tylko zechcesz. Pójdę za Tobą wszędzie i będę z Tobą na zawsze.

Czekaj na kolejną wiadomość ode mnie. Jeśli się nie odezwę do kwietnia to wtedy możesz być pewny, że ten ktoś mnie dopadł. Dopiero wtedy pozwalam Ci poinformować o tym policję. Nie chcę abyś był ze mną, aby Tobie się nic nie stało. Ufam, że mi pomożesz.

Całuję,
Sara


Severus nie pamiętał kiedy ostatnim razem był tak zdumiony. Chyba wtedy, gdy się dowiedział, że żyje. Nie sądził, że Sara może mieć przed nim tajemnice. Myślał, że mówiła mu o wszystkim. Teraz zaś okazało się, że miała dla niego bardzo niemiłą niespodziankę. Przeczytał list drugi raz i stwierdził, że zawiera więcej pytań niż daje odpowiedzi. Nie zamierzał siedzieć i czekać na wiadomość od niej. Owszem, mógł podjąć pracę, ale wolał odnaleźć Sarę i pomóc jej uciec przed tym kimś. Postanowił, że zacznie działać od razu. Przy pomocy magii dostał się do mieszkania i zaczął je badać, ale nie odnalazł nawet najmniejszej wskazówki.