poniedziałek, 21 listopada 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 43 – Dzień z życia Severusa


Rok dwutysięczny przyniósł znaczące zmiany w Azkabanie. Kingsley Shacklebolt co raz bardziej wzorował się na mugolskim systemie penitencjarnym co prowadziło do kolejnych reform. Pierwsza z nich sprawiła, że odseparowano więźniów osadzonych dożywotnio od tych, którzy mieli krótsze wyroki. Oddzielono także kobiety od mężczyzn po tym jak Alecto Carrow zaszła w ciążę. Nie wiadomo było w jaki sposób to się stało, ani kto jest ojcem, ponieważ sama zainteresowana milczała na ten temat, ale przypuszczano, że był to ktoś kto zamieszkał w Azkabanie na dłużej.

Specjalny zespół czarodziejów harował przez dwa miesiące, aby przy pomocy magii przeorganizować i powiększyć więzienie. Cele zyskały dodatkowy metraż dzięki czemu w jednej mogło mieszkać kilka osób. Azkaban dorobił się skrzydła szpitalnego, ponieważ wcześniej należało przetransportować chorych do Kliniki Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga. Kilku więźniów próbowało w tym czasie uciec, dlatego postanowiono, że trzeba zorganizować pomieszczenia medyczne na miejscu.

Oprócz tego w Azkabanie pojawiła się sala gimnastyczna, biblioteka oraz klasy, w których skazani mogli szkolić się w wybranym zawodzie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie dałby przestępcom różdżek do ręki, dlatego Kingsley zdecydował o nauczaniu mugolskich rzeczy. Pojawiły się takie kursy jak malowanie, garncarstwo, śpiew, instrumenty muzyczne, gotowanie lub hodowla warzyw oraz owoców w szklarni na dachu Azkabanu.

Zmieniono także organizację więzienia. Każde piętro miało swoje przeznaczenie. Te, na których mieszkali osadzeni zostały podzielone na oddziały, a każdy z nich miał swojego opiekuna. Głównym kryterium doboru był czas wyroku. Severus aktualnie przebywał w takim, w którym więźniom zostało kilka miesięcy do wyjścia na wolność. Mieli tam najwięcej swobody. Cele były otwierane o siódmej rano, aby osadzeni przed śniadaniem mogli udać się do łazienek ulokowanych na końcu korytarza. Do tego dochodziło obowiązkowe pościelenie łóżek. Każdy z więźniów musiał dbać o porządek, ponieważ było to sprawdzane przez służby porządkowe i odnotowywane.

Snape nie miał najmniejszej ochoty budzić się tak wcześnie, ale nie miał wyboru. Mieszkańcy innych cel zaczynali rozmawiać ze sobą, co sprawiało, że gruby mury wypełniały się większym lub mniejszym gwarem. Do tych dźwięków dołączał pośpieszny tupot stóp, kiedy grupki wyruszały ku łazience. Severus nadal nie rozumiał czemu większość osób tłoczy się w kolejce skoro można było poczekać pół godziny w celi. W tym czasie robiło się znacznie luźniej.  Mężczyzna westchnął z politowaniem dziwiąc się takiej głupocie i spojrzał w stronę kalendarza. Pod nazwą miesiąca widniał obrazek przedstawiający kotka bawiącego się ze szczeniakiem wśród kwiatów. Był to prezent Bożonarodzeniowy od Sary, która uważała za niezwykle zabawne podarowanie mu czegoś takiego. Severus w żaden sposób nie podzielał jej zdania. Najchętniej wydrapałby wszystkie obrazki przy pomocy łyżki. Nienawidził tych puchatych kulek szczęścia, nawet jeśli jego kobieta uważała je za przesłodkie.
- Jeszcze tylko pół roku odsiadki – oznajmił.

Każdego dnia obliczał ile mu zostało do wyjścia na wolność. Im bliżej końca, tym bardziej nieznośne zdawało mu się miejsce, w którym przebywał. Wprawdzie Sara załatwiła mu brak współlokatora powołując się na to, że przebywanie z Severusem w jednej celi może grozić poważnym uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym, ale to go nie zadowalało. Chciał jeszcze wymigać się od obowiązkowego kursu zawodowego. Przecież miał fach w ręku, a to oznaczało, że po wyjściu na wolność mógł wrócić do tworzenia eliksirów. Snape uważał się za geniusza w tej dziedzinie i twierdził, że inni mogą mu co najwyżej buty czyścić. To jednak nie przekonało Faxona Newmana do zwolnienia go z nauki i przez to więzień trafił na kurs gotowania.

Na początku Severus nie chciał się za bardzo przed sobą do tego przyznać, ale nawet spodobała mu się ta opcja. Gotowanie przypominało mu warzenie eliksirów. I w jednym, i drugim trzeba było przygotować składniki w określony sposób oraz je połączyć według  ustalonych zasad. Brakowało mu w tym wszystkim magii, ale ostatecznie stwierdził, że na bezrybiu i druzgotek ryba. To i tak było lepsze od siedzenia w celi albo szorowania korytarza. Każda osoba idąca na zajęcia była danego dnia zwalniana z obowiązków, dlatego wielu więźniów postanowiło się szkolić.

O godzinie ósmej do uszu osadzonych dobiegł dobrze znany odgłos otwierania ciężkich drzwi prowadzących do oddziału. Oznaczało to nic innego jak śniadanie, które wjeżdżało na wózku popychane przez dyżurujących tego dnia więźniów. Zaraz za nimi pojawiała się druga para osadzonych, która wiozła kawę oraz gazety, które otrzymywali dobrze sprawujący się skazani.
- Masz profesorku! – warknął Robin Poynter i rzucił w stronę Severusa owsiankę, która malowniczo rozlała się na tacy. – Żryj bo zdechniesz z głodu i będzie na nas.

Czarnoskóry chłopak dobrze pamiętał razy, które otrzymał od byłego nauczyciela. Z tego powodu starał się utrudnić życie Snape’owi jak tylko się dało. Jak na razie z marnym skutkiem, ponieważ byli dobrze pilnowani przez aurorów. Jedyne z czym się nie krył to drwienie i rzucanie obelgami. Jako, że większość oddziału składał się z młodych chłopaków, którzy również byli uczeni przez Severusa, szybko znalazł sprzymierzeńców. Krukoni, Gryfoni i jeden Puchon dobrze pamiętali co się działo na lekcji eliksirów, dlatego szybko dołączyli do Robina.
- Jak miło, że się o mnie troszczysz  – odparł Snape znudzonym tonem i ruszył, aby odebrać swój przydział kawy oraz gazetę.

Wiedział, że byli uczniowie niewiele mogą mu zrobić. Po kilku latach spędzonych w Azkabanie przestał przejmować się opinią konfidenta i od razu donosił o wszystkim opiekunowi oddziału. Nie przysporzyło mu to zwolenników, ale zapewniło spokój. Jego celi nikt nie odwiedzał, a on sam nie miał ochoty dołączyć do gry w karty. Chłopaki grali głównie na pieniądze oraz dobra luksusowe, które mogli kupić za własną gotówkę w sklepiku w zamian za dobre sprawowanie. Severusa nie kręciły czekoladowe żaby czy gazety z gołymi babami. Miał swój mały sekret z Sarą i to mu wystarczało.
- Co? Znowu nie dasz się namówić na walkę? – dopytywał się Robin natarczywym szeptem. – Wtedy mnie zaskoczyłeś, ale w ustawce nie masz ze mną szans!

Severus popatrzył się na niego jak na chorego umysłowo i minął bez słowa. Co jak co, ale Azkaban nauczył go jak być cierpliwym w stosunku do debili. Kiedyś pewnie zdenerwowałby się, wdałby się w pyskówkę i może nawet naprawdę zaczął się bić, ale teraz wiedział, że jest to bez sensu. Taki robak jak Robin nie był wart przedłużenia wyroku.
- Pewnie się boisz, profesorku. Trzęsiesz portkami na mój widok! – czarnoskóry chłopak próbował podjudzić byłego nauczyciela.
Severus odwrócił się powoli, westchnął ostentacyjnie, tak aby każdy wiedział co sądzi o stanie umysłowym Poyntera, pokazał mu wulgarny gest palcem i zamknął z hukiem drzwi do celi.

***

- Patrz! Są kobitki! – oznajmił Dundy zachwyconym tonem wyglądając na dziedziniec przez okno w celi Snape’a. – Zupełnie nie rozumiem czemu się nie przyłączysz. Po tylu latach siedzenia tutaj powinieneś obśliniać okiennicę!
Severus uniósł ostentacyjnie gazetę i zasłonił się nią czytając o oszustwach finansowych w Banku Gringotta. Dundy był jeszcze jednym powodem dla którego życie w Azkabanie stało się nieznośne. Amerykanin niedawno dostał wyrok miesiąca odsiadki za niewłaściwe używanie czarów. Mimo, że mieszkał w Anglii od roku to nadal nie załapał, że nie powinno się transmutować ludzi w kaczki, a zwłaszcza swojej teściowej. W Ministerstwie Magii patrzono przez palce na jego wybryki, ponieważ odpowiadał za kontakty z Magicznym Kongresem Stanów Zjednoczonych Ameryki, ale gdy zmienił w ptaka swojego szefa to Kingsleyowi puściły nerwy.

Dundy był głośny, nie myślał o konsekwencjach i nie do końca łapał kto jest kim. Zupełnie nie przeszkadzał mu fakt, że Severus się do niego nie odzywa. Przychodził do jego celi aby popaplać oraz z tego powodu, że w swojej miał okno skierowane w stronę morza, a w innych tłoczyli się więźniowie, aby chociaż przez chwilkę zerknąć na płeć piękną, która grała w siatkówkę. Dundy miał w nosie, że Snape był mordercą. Ważne było dla niego, że miał całe okno dla siebie. Poza tym uznał, że skoro są jedynymi facetami koło czterdziestki na oddziale to powinni się trzymać razem.
- Szkoda, że nie mogę widywać się z żoną na małe co nieco – oznajmił z żalem. – Mówię ci, młodsza kobitka to jest to! Takie w naszym wieku to już nie chcą iść do łóżka… Moja teściowa jest zimna niczym lodowiec. Nic dziwnego, że nie ma faceta. Straszna baba – stwierdził wpatrując się w podskakujący biust jednej z młodszych więźniarek. – Ta blondyna po lewej ma fajne kształty, zerknij!
- Idź stąd – wycedził Severus przez zęby.
- Zaraz, zaraz, profesorku – Amerykanin pokazał swoje lśniące zęby. – Niech tylko się napatrzę. Zaraz mamy gotowanie z Meduzą, więc wolę mieć dobry humor, bo ona na pewno nam go zepsuje!

Snape wykrzywił się jakby zjadł coś nieświeżego i popatrzył się tępo na ścianę. Kurs gotowania byłby o wiele przyjemniejszy gdyby nie prowadziła go stara, zwariowana mugolka. Severus twierdził, że brakowało jej piątej klepki, a Dundy upierał się, że „baba bez bolca dostaje pierdolca”. Maddie Weiss lubiła rzucać mięsem i garnkami kiedy się wkurzyła. Mieszała z błotem każdego i nigdy nie widziała swojej winy. Zachowywała się jakby zjadła wszystkie rozumy. Severus raz był bliski oskalpowania jej przy pomocy obieraczki do warzyw. Wszystko przez to, że nie chciała przyjąć do wiadomości, że długi, kręcony, blond włos, który znalazła w jego zupie nie mógł należeć do niego. Według niej jego proste, czarne włosy jednoznacznie wskazywały na jego winę.

Na to wspomnienie Snape’owi zadrgała brew. W duszy rzucał najgorszymi przekleństwami. Nie rozumiał jak ktoś taki mógł zostać nauczycielem. Może i Meduza miała wiedzę, ale jej podejście sprawiało, że odechciewało się wszystkiego. Osobiście twierdził, że on nie był aż tak złym nauczycielem. Owszem, czasem musiał podnieść głos, ale to tylko dlatego, że za uczniów miał totalnych kretynów.
- Snape, Dundy, czas na was! – zakomunikował auror podczas otwierania drzwi.
Więźniowie westchnęli znacząco i z niechęcią wyszli z celi.

***

Klasa gotowania składała się z dwudziestu skazanych. Severus, Dundy i dwóch chłopaków z ich oddziału byli jedynymi, którzy niedługo mieli wyjść na wolność. Reszta była skazana na kilka lat. Wszyscy byli pilnowani przez czterech aurorów, którzy siedzieli w każdym z kątów sali. Tylko ta grupa wymagała takiej ilości strażników, ponieważ dostępność ostrych narzędzi sprawiała, że ryzyko wzrastało kilkukrotnie.   
- Dzień dobry! – ryknął męski chórek, gdy Maddie Weiss weszła do pomieszczenia.
- Jaki dobry skoro mam z wami zajęcia! – warknęła kobieta.

Była osobą korpulentną, ubraną w biały uniform kucharza. Mimo sześćdziesiątki na karku trzymała się nieźle. Swój pseudonim „Meduza” zawdzięczała burzy blond loków, których prawie nigdy nie związywała podczas gotowania mimo, że zdawały się żyć własnym życiem.
- Dzisiaj robimy tiramisu! – oznajmiła i przystąpiła do wykładu.

Severus zanotował wszystko w swoim zeszycie i stwierdził z zadowoleniem, że nie powinien mieć problemu z wykonaniem deseru. Wszystko wydawało mu się proste. Tym razem Meduza nie będzie miała do czego się przyczepić!
- Macie porządnie umyć jajka – rozkazała Maddie. – Wiem, że jako faceci macie z tym problem, ale w kuchni panują babskie zasady!
- Jak mamy często myć jajka skoro wolno korzystać nam z łaźni tylko raz w tygodniu? – wypalił Dundy.
- Jeszcze jedno słowo, a pokażę na twoich ustach jak się zaszywa kurczaka! – rzuciła nauczycielka w jego kierunku.
- Ja tylko stwierdziłem fakt… - jęknął Amerykanin i zajął się myciem swoich jajek.

Minuty mijały, a Severus ignorował otaczający go świat zajmując się tylko deserem. Żółtka należało połączyć z cukrem, a ponieważ czarodzieje nie znali mikserów to wszystko trzeba było robić ręcznie. Byłemu profesorowi wcale to nie przeszkadzało. Nie raz nie korzystał z czarów podczas robienia eliksirów. Lubił patrzeć jak składniki zmieniają konsystencję i łączą się. Ucieranie nie było dla niego czymś męczącym, wręcz przeciwnie, uspakajało go i relaksowało.
- Ruszaj tą łapą Kenny! Pomyślałby kto, że nie ćwiczysz ręki nocami! – Maddie zadrwiła głośno z jednego z więźniów i rozejrzała się po sali, aby zobaczyć efekt swoich słów.

Większość mężczyzn zachichotało, a ofiara docinka spłonęła czerwienią. W tym czasie Meduza szukała kolejnej osoby, na której mogłaby się wyżyć i od razu zauważyła kto się nawet nie uśmiechnął.
- Snape, te żółtka coś ci zrobiły? – zagaiła słodkim tonem. – Trzesz je jakbyś chciał się zemścić za doznane krzywdy…
Severus nawet nie podniósł głowy. Uznał, że ignorowanie baby będzie lepszym rozwiązaniem niż oznajmienie jej, że wyobraża sobie, że to jej twarz.
- To nie wie pani, że facet bez dziury jest bardzo ponury? Brakuje mu kobiecego towarzystwa… - Dundy próbował podbić serce nauczycielki śnieżnobiałym uśmiechem.
- Myślałam, że pomagacie sobie w tych sprawach – zakpiła Meduza i poszła dręczyć kolejną ofiarę.
Dundy przysunął się do Severusa i zachichotał.
- Widzisz jak się jej szybko pozbyłem? – wyszeptał z dumą.
Snape, jak to miał w zwyczaju, nie odezwał się ani słowem. Za to stwierdził w duchu, że chętnie poćwiczyłby zszywanie kurczaka na ustach Dundy’ego.

***

Tiramisu wyszło bardzo dobre. Severus dostał kawałek swojego deseru po obiedzie dzięki czemu mógł ocenić swój wysiłek. Meduza jak zwykle nie doceniła jego talentu i wystawiła mu średnią ocenę. Więzień był pewny, że Maddie jak większość kobiet w jego życiu go nie lubi. Nie było to nic nowego więc nie przejmował się za bardzo. Postanowił jednak, że któregoś dnia odnajdzie ją w mugolskim świecie i zemści się za wszystkie przytyki. Miał wystarczające umiejętności magiczne, aby przekonać kobietę, że wszystkie artykuły spożywcze do niej mówią. To była bardzo kusząca wizja.
- Moje tirandmisiu smakuje jak guano – zaskomlił Dundy wchodząc do celi Severusa. – Jest tak słone, że nie da się tego zjeść. Meduza napisała mi, że dostałem zero z dwoma minusami, ponieważ nie mieszczę się w standardowym systemie oceniania…

Severus nie skomentował. Nie rozumiał jak można było pomylić sól z cukrem. Nawet średnio rozgarnięty olbrzym zauważyłby różnicę, ale najwidoczniej było to powyżej możliwości Dundy’ego.
- Grasz dzisiaj w nogę? – Amerykanin spytał się z nadzieją w głosie.
Snape popatrzył się na niego spode łba. On i sport, a to dobre! Zamiast iść na dziedziniec, Severus wolałby sto razy bardziej siedzieć w celi i czytać książki wypożyczone z więziennej biblioteki. Ostatecznie mógłby mieć w niej codziennie dyżur. Niestety, regulamin zabraniał takich rzeczy.
- Ech, nie bez powodu nazywają cię profesorkiem – westchnął Dundy. – Ile można czytać? Przecież to strasznie nudne! – wyznał.
- Ja tak nie uważam – odrzekł Severus lodowatym tonem i zrobił minę, która wyraźnie mówiła „idź stąd albo cię zamorduję”.
To jednak nie zrobiło nawet najmniejszego wrażenia na gościu. Uśmiechnął się szeroko i stwierdził, że skoro Snape nie gra to on chętnie dotrzyma mu towarzystwa. Severus jęknął w duchu, ale wiedział, że protesty nie działają na Amerykanina.

***

- … wtedy wpadliśmy, rozumiesz. Uczyliśmy się do egzaminów i chyba za bardzo skupiliśmy się nie na tym co trzeba. Wiesz jakie tyłeczki mają murzynki. Nie mogłem się opanować… - Dundy opowiadał z zapałem o swojej byłej żonie. – Ożeniłem się z nią, bo matka mi kazała. Mieliśmy wtedy niecałe osiemnaście lat, to było stanowczo za wcześnie. Siano w głowie, sam z resztą wiesz jak to jest…
Severus ledwo zwracał uwagę o czym Amerykanin papla. Siedzieli w zacienionym miejscu pod murem i obserwowali toczący się mecz piłki nożnej. Severus miał szczególny powód, aby zwracać uwagę na otoczenie. Robin z kumplami lubili kopnąć piłkę w jego stronę licząc, że złamie mu nos. Jak na razie mieli kiepskiego cela i chybiali o całe stopy. Więzień podejrzewał, że nie starali się zbytnio, aby w razie czego kłócić się z aurorem, że był to wypadek.

- … sąd zadecydował, że syn ma zostać u niej. Trochę było mi przykro, ale okazało się, że tak jest lepiej. Matka to matka, ja się nie nadawałem do takiej roli. Jeremiah wyrósł na dobrego czarodzieja, teraz pracuje w Waszyngtonie jako auror. Ma się te geny – Dundy nie krył dumy z syna. – Drugą żonę poznałem w Nowym Jorku, gdy pracowałem w MACUSie. Była kierownikiem w archiwum. Taka szara myszka. Na początku ją olałem, ale później mnie zainteresowała. Szybko mnie zaciągnęła przed ołtarz, przez cały czas grała cnotkę niewydymkę. Wniosłem pozew o rozwód po tym jak przywiązała mnie do łóżka i wychłostała. To zła kobieta była – mężczyzna wzdrygnął się. – Do dzisiaj mam blizny na tyłku, chcesz zobaczyć?

Snape zmrużył oczy i posłał mu spojrzenie mówiące: „spróbuj tylko, a aurorzy będą cię zdrapywać ze ściany”.
- He, he, he – zarechotał Amerykanin. – Spokojnie profesorku, ja tylko żartowałem! Przecież nie rozebrałbym się przed tobą. Może przed jakąś gorącą laską to tak, ale ty nie jesteś w moim guście – zapewnił. – Opowiadałem ci o mojej trzeciej żonie? Pewnie nie. Więc posłuchaj…

Piłka posłana przez rudego współlokatora Robina odbiła się od ściany o stopę od głowy Severusa. Z boiska doleciał jęk zawodu. Snape uśmiechnął się paskudnie i pokazał gestem co o nich sądzi. Posypały się obelgi, ale nie trwały długo, ponieważ towarzystwo szybko zostało zagonione do dalszej gry przez pilnującego więźniów aurora.
- … mówiła, że mnie kocha, ale to nie była prawda. Dość późno odkryłem, że moje pieniądze utrzymują jej rodzinną wioskę. Miała czternaścioro rodzeństwa, a jej rodzice też nie byli jedynakami. Policz sobie ile mi wyprowadziła mamony przez te pięć lat! To była mała fortuna. Dobrze, że nie miałem z nią dzieci. Chciała, ale okazało się, że jest bezpłodna, a eliksiry nie działają na mugolki…

Tym razem Severus nie zwracał uwagi na przebieg gry. Patrzył się na mężczyznę, który wszedł na dziedziniec w towarzystwie Faxona i wyżej postawionych aurorów. Krew w żyłach zaczęła mu szybciej krążyć, gdy zdał sobie sprawę, że to Gawain Robards we własnej osobie.
- … przyleciałem za nią aż do Anglii. Myślałem sobie: Dundy, robisz źle, ona mogłaby być twoją córką! To na nic. Zakochałem się jak głupi. Wprawdzie gryzę się z jej matką, ale warto było. Jej rodzina ma kasę, więc byłem pewny, że mnie nie naciąga… - Dundy uniósł głowę i ujrzał szefa biura aurorów. – Hej, Gawain! – wrzasnął zanim Severus zdążył go powstrzymać. – Co u ciebie słychać!?
- Błagam, nie podchodź tutaj – pomyślał Snape w duchu.

Nie był pewny czy opanuje się w obecności gumochłona. Znokautowanie Robardsa byłoby przyjemną rzeczą, ale groziło za to wydłużenie wyroku, a wcześniej niezły wycisk z różdżek aurorów.
- Dundy… ty naprawdę nie masz z kim się zadawać? – Gawain zwrócił się Amerykanina. – Jako, że nie jesteś orłem intelektu to zdradzę ci, że to… - zrobił znaczącą pauzę, aby zlustrować Snape’a wzrokiem – coś… nie zasługuje na twoją uwagę.
- Wy Anglicy macie dziwne zwyczaje – odparł więzień. – Bawicie się w jakieś dziwne uprzedzenia. Severus to mój kumpel, świetnie mi się z nim rozmawia!

Robards ze Snapem pierwszy raz w życiu popatrzyli na siebie bez śladu wzajemnej nienawiści. Ich wzrok mówił wyraźnie, że obydwaj stracili nadzieję na to, że Dundy posiada chociaż kawałek mózgu w czaszce.
- W takim razie sądzę, że nie będziecie mili nic przeciwko temu, że razem zamieszkacie w celi – oznajmił Gawain z wrednym uśmiechem. – Sądzę, że pani psycholog zgodzi się, że skoro nawiązali nić przyjaźni to nie wolno nam ich rozdzielać – dodał do Faxona, który od razu kiwnął głową na znak zgody.
Severus miał ochotę udusić zarówno Dundy’ego jak i Robardsa gołymi rękami.

***

Auror bez większego problemu wyczarował drugie łóżko. Dundy w ciągu kilku chwil przeniósł cały swój dobytek do celi Severusa.
- Świetnie! Naprawdę się cieszę, że z tobą zamieszkam! – zakomunikował z radością. – Lepiej być z kimś, kto cię rozumie. Ten młody z którym wcześniej mieszkałem niczego nie czaił. Nie ten wiek… Młodsze dziewczyny są świetne, ale faceci w ich wieku, daj spokój – machnął lekceważąco ręką.

W czasie gdy Dundy paplał, Severus leżał na swoim łóżku zwrócony twarzą do ściany i gryzł język, aby nie wybuchnąć ze złości. Na usta cisnęły mu się wszystkie przekleństwa, które znał i kilka nowych, które wymyślił w międzyczasie. Robards nieźle go załatwił! To była kolejna osoba, która zasługiwała na zemstę po jego wyjściu na wolność. Ten przypadek był jednak trudniejszy niż Meduza. Mugolkę łatwo załatwić, ale aurora z dużym doświadczeniem nie. Severus był pewny, że prędzej czy później coś wymyśli, aby dać mu popalić i nie ściągnąć na siebie podejrzeń.
- … doceniam twój sposób bycia. Czasem mniej znaczy więcej i ty jesteś tego idealnym przykładem – Dundy produkował się nie zwracając uwagi na reakcję współlokatora.
- Dobrze, że on wyjdzie na wolność za trzy tygodnie – stwierdził Severus w duchu i przycisnął mocniej poduszkę do uszu.
Na wszelki wypadek narzucił jeszcze na siebie złożoną kołdrę. To wyciszyło monolog Dundy’ego na tyle, że mógł zacząć knuć swoją zemstę bez żadnych przeszkód. A przynajmniej mógł dotrwać do kolacji bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 42 – Hortensja


Ron poczekał aż Hermiona wyjdzie do pracy. Uważnie obserwował jak idzie w stronę metra do czasu, aż zniknęła za zakrętem. Wiedział, że Dev miał wakacje, dlatego założył, że będzie śledził jego narzeczoną. Nie minęły dwie minuty, gdy Hindus wyszedł ze swojego domu i podążył w tę samą stronę co czarownica. Ron tylko na to czekał. Przez otwarte drzwi rzucił na niego drętwotę. Chłopak zachwiał się i wpadł w krzak hortensji. Rudzielec podbiegł do nastolatka i wciągnął go do domu.
- Dobra, gadaj co wiesz o Hermionie – warknął, gdy cofnął działanie zaklęcia.
- Jak ty… co ty… - bełkotał przerażony Dev.
- Jestem Reganem, zapomniałeś!? – oznajmił Ron złowieszczym tonem i przyłożył różdżkę do nosa nastolatka. – Chcę się dowiedzieć o co ci chodziło z gotowaniem Hermiony! Jeśli mi zaraz nie powiesz to sprawię, że będziesz miał na całym ciele kurzajki!

Hindus patrzył się na niego przerażonymi oczami. Ron pomyślał, że trochę przesadził. Mógł go tak nie straszyć, ale chciał mieć pewność, że chłopak wyśpiewa wszystko. Wiedział, że Dev i tak nikomu nie powie o czarach, ponieważ po wszystkim będzie miał wyczyszczoną pamięć.
- Zgadały się z moją matką – nastolatek powiedział głosem podszytym strachem. – Mionka zamawia dania do nas do domu, a po pracy po nie przychodzi.
- Skąd zamawia?
- Z jadłodajni u Sama – padła błyskawiczna odpowiedź.
 - A niech ją szlag!

Ron zrozumiał, że jest poruszony do głębi. Hermiona go perfidnie okłamywała! Wiedziała, że nienawidzi jedzenia z takiego źródła, a mimo to serwowała mu je! Skoro oszukiwała go w takiej sprawie, to jaką ma pewność, że nie kłamała o innych?
- O nie, tak nie będziemy się bawili… – oznajmił rozgorączkowanym tonem. – Obliviate! – rzucił zaklęcie zapomnienia na Deva, po czym podniósł go, wrzucił w krzak hortensji i zamknął drzwi.

***

- Draco, zrób mi jeszcze jedną kawę – rzuciła Hermiona w kierunku blondyna.
Rano, po przebudzeniu z radością stwierdziła, że wymioty już jej nie męczą. Wprawdzie trochę ją mdliło, gdy patrzyła na Rona, ale przynajmniej dała radę zjeść coś mniej lekkostrawnego na śniadanie. Od piątku żywiła się głównie sucharkami, herbatą i sokami. Najprawdopodobniej z tego powodu czuła się słabo i bez przerwy była senna.
- Gdybyś spała w nocy to nie musiałbym usługiwać ci jak jakiś skrzat – warknął blondyn.
- Gdybyśmy nie uratowali ci kilkukrotnie życia w czasie bitwy o Hogwart to nie musiałabym się teraz z tobą użerać – Hermiona zakomunikowała mu dobitnie.

Draco skrzywił się jakby zabolał go brzuch i wyszedł bez słowa z pokoju. W ogóle nie byli zadowoleni z tego, że muszą razem pracować. Lata nienawiści zrobiły swoje i nie potrafili ze sobą normalnie rozmawiać. Tylko ze względu na Mafaldę gryźli się w język i nie obrzucali się błotem. Hermiona najchętniej wysłałaby Malfoya do archiwum, ale Pansy skończyła robić w nim porządki. W tym przypadku zmuszona była dawać chłopakowi prace, które wykonywał w biurze. Jego obecność jeszcze bardziej dobijała dziewczynę. Ron twierdził, że na jej miejscu mściłby się, ale ona nie miała na to ochoty. Miała wystarczająco kłopotów na głowie, a wojna z Draco dołożyłaby jej tylko trosk.
- Masz! – blondyn postawił na biurku Hermiony kawę. – Coś jeszcze sobie życzysz? - spytał się tonem, który mówił, że lepiej dla niej będzie jeśli odpowiedź będzie negatywna.
- Nie, dzięki – mruknęła Hermiona spoglądając krzywo na napój.

Poczuła, że ochota na kawę jej przeszła. Draco zauważył jej wzrok i zinterpretował go w tylko sobie znany sposób.
- Nie naplułem chociaż chciałbym – oznajmił. – Na razie zależy mi na tej pracy – zadeklarował sucho.
- Czemu? – Hermiona spytała się zanim ugryzła się w język.
Tak naprawdę wcale jej to nie obchodziło. Twarz Draco wyrażała zaniepokojenie.
- Co czemu? – bąknął.
- Czemu zależy ci na pracy? Przecież twój ojciec jest tak bogaty, że mógłbyś nic nie robić do końca życia.
- To moja sprawa Granger – odparł wymijająco. – Mam swoje powody.
- Nie chcesz to nie mów – mruknęła Hermiona. – Mi to jest obojętne. Masz tylko dobrze wykonywać swoje obowiązki.
- To co teraz mam zrobić?
- Idź do Lauren Kozlovsky, aby dała ci spis wszystkich przypadków złamania prawa od początku tego roku. Potem pomożesz mi zrobić statystykę z tego półrocza…

Draco lekko skinął głową na znak, że rozumie i wyruszył na poszukiwanie Lauren. Gdy to zrobił Hermiona popadła w zadumę. Jego wyraz twarzy, gdy wymigał się od odpowiedzi w sprawie pracy dały jej do myślenia. Coś się za tym kryło, a ona nie wiedziała co. Miała świadomość faktu, że Draco nauczył się oklumencji od Bellatriks, więc nie da rady niczego wyczytać z jego umysłu. Może kiedyś sam jej powie.
- Ja i Draco, rozmawiający jak najlepsi przyjaciele. A to dobre! -  Hermiona parsknęła śmiechem i zajęła się statystyką.

***

Ron siedział w domu i grał w grę na komputerze Hermiony. Jeszcze poprzedniego wieczoru wysłał George’owi Świstoświnkę z informacją, że nie przyjdzie do pracy, ponieważ musi opiekować się chorą narzeczoną. Było to kłamstwo, ale sytuacja go do tego zmusiła. Po odkryciu, że kosz na śmieci jest pusty poszedł sprawdzić kontener za domem. Zaklęciem próbował przywołać obierki z ziemniaków, ale żaden z worków nie wyskoczył ku niemu. To oznaczało, że Hermiona na pewno nie obierała tych warzyw, a pojawiły się na obiad. To utwierdziło go w przekonaniu, że powinien zostać w domu.

Po wydobyciu prawdy z Deva, poszedł w stronę stacji metra, aby walnięta sąsiadka nie skontaktowała się jakimś cudem z Hermioną i nie powiedziała jej, że coś jest nie tak. Gdy dotarł na miejsce, skierował swoje kroki ku toaletom i tam teleportował się do ogrodu. Rzucił na siebie zaklęcie kameleona i pędem dotarł do tylnych drzwi domu. Dzięki temu nikt nie powinien zauważyć, że nie poszedł do pracy.

Co jakiś czas zerkał przez okno. Żałował, że nie spytał się Deva kiedy dokładnie przyjeżdża zamówienie. To nie był zbyt wielki błąd, ale utrudniał mu życie, ponieważ nie mógł w pełni się skupić na Heroes of Might and Magic III. Miasta przecież same się nie podbiją. Musiał mieć silną armię, aby doprowadzić swoich do zwycięstwa.

Akurat był w kuchni po szklankę coli, gdy zobaczył, że przed domem staje zdezelowany samochód z obdrapanym logiem „Jadłodajnia u Sama”. Ron w ciągu sekundy znalazł się przy oknie i ukrył za zasłonami. W ogóle nie zwrócił uwagi, że po drodze wylał na dywan połowę słodkiego napoju, co doprowadziłoby Hermionę do szału, gdyby to widziała. Obserwował jak kierowca wyjmuje pakunek z samochodu i dzwoni do drzwi sąsiadki. Transakcja przebiegła szybko i sprawnie, dzięki czemu już po chwili samochód odjechał w siną dal. Ron spojrzał na zegarek. Hermiona za godzinę powinna przyjść z pracy. Już nie mógł doczekać się konfrontacji. Był niesamowicie ciekaw co narzeczona mu powie.

***

Hermiona jak zwykle wyszła z pracy przez publiczne toalety. Nie raz kłóciła się z Ronem o powroty przy pomocy magii. On kompletnie nie mógł zrozumieć, że gdy mieszka się w śród mugoli to się robi, to co oni. Teraz dodatkowo doszła sprawa z Devem i musieli się bardzo pilnować, aby nie zauważył czegoś niezwykłego. Kamini także lubiła szpiegować sąsiadów. Nie raz opowiadała Hermionie, która sąsiadka co zrobiła, albo jaki samochód kupił sąsiad pięć domów dalej.
Przeszła przez kilka ulic zmierzając w stronę stacji metra, gdy usłyszała, że ktoś trąbi.
- Podwieźć cię, panno Granger?

Czarownica uniosła głowę i ujrzała Gawaina siedzącego w czarnym, eleganckim samochodzie, który był tak wypucowany, że bił blaskiem po oczach. Mężczyzna uniósł okulary przeciwsłoneczne i kiwnął głową zachęcająco.
- Nie wiem czy to jest dobry pomysł, panie Robards – odparła podnosząc głos. – Dziękuję, poradzę sobie!
Wiedziała, że jeśli jakimś cudem w pobliżu będzie ktoś z Ministerstwa Magii to pomyśli, że ich rozmowa miała tylko i wyłącznie grzecznościowy charakter.
- Ostatnio jesteś bardzo blada – równie głośno odparł auror. – Boję się, że zemdlejesz z powodu gorąca. Zapraszam do mojego samochodu!

Mimo wyjątkowo upalnej pogody typowej dla końca czerwca, Hermionie było zimno. Specjalnie dla potencjalnych obserwatorów otarła ostentacyjnie nieistniejący pot z czoła.
- Dam sobie radę.
- Jeśli coś się stanie to sobie tego nie wybaczę!
- Skoro tak pan się upiera… – zgodziła się i szybko wskoczyła na miejsce pasażera.
- Co się z tobą dzieje? -  mruknął Gawain, gdy zamknęła drzwi i zapięła pas.
- Nerwy – odparła.
- Nie sądziłem, że mogą aż tak cię wykańczać – spojrzał na nią z troską.

Hermiona zrobiła cierpiącą minę, a Gawain położył swoją dłoń na jej dłoni i ścisnął w geście otuchy.
- Mogę się spytać o twoje dalsze plany?
Tylko czekała na to pytanie. Tak naprawdę to właśnie po to wsiadła do jego samochodu.
- Zerwę z Ronem – oznajmiła.
- Cieszę się – odparł Gawain z uśmiechem.
- Ale nie teraz. Za jakiś miesiąc – dodała Hermiona poważnym tonem. – Jeśli zrobię to za szybko, to może pomyśleć, że we Francji jednak coś się wydarzyło. Nie chcę, aby wiedział, że go zdradziłam – westchnęła z bólem.
- Tak naprawdę to jeszcze nie poszliśmy na całość – zauważył auror.
- Wiesz, w moim prywatnym rankingu seks oralny uznaje się za zdradę – fuknęła dziewczyna. – Uważam, że to co robiliśmy w piątek było błędem.
- Dobrze, rozumiem, niczego nikomu nie powiem. Nawet nie miałem tego zamiaru.
- Od razu chcę cię poinformować, że nie chcę abyśmy byli razem zaraz po zerwaniu z nim – wyjawiła Hermiona.
- Zgadzam się na wszystko – zgodził się auror i wykorzystując czerwone światło pocałował czarownicę.
Dziewczyna poczuła, że do przyjemności dołączyły także mdłości. Wyrzuty sumienia zaatakowały ją nawet w takiej chwili! Szybko odsunęła głowę.
- Nie – zaprotestowała głęboko oddychając. – Chcę najpierw doprowadzić wszystko do końca. Poza tym ktoś mógłby nas zobaczyć!
- Hermiono, skarbie… to są przyciemniane szyby…
- Och!

***

Ron zakrył się firanką i patrzył jak Hermiona wysiada z czarnego samochodu. Rudzielec zastanawiał się kto ją podwiózł. Ciemne szyby nie pozwoliły dobrze dostrzec kto siedział za kierownicą. Dodatkowo widok utrudniało odbijające się od szyby słońce. Ron miał jednak nieprzyjemne wrażenie, że był to mężczyzna. Gdyby nie to, że nie lubiła Robardsa, to stawiałby na niego. A może podczas delegacji zaczęli się dogadywać?

Hermiona minęła drzwi do ich domu i zapukała do sąsiadki. Po dłuższej chwili pojawiła się na chodniku niosąc pakunek z Jadłodajni u Sama. Ron poczuł jakby w żołądku miał bryłę lodu. Nieprzyjemne uczucie zaczęło rozlewać się na całe ciało. Czyli to prawda. Hermiona perfidnie i z premedytacją oszukiwała go! Już miał pobiec, aby jej wszystko wygarnąć, gdy coś go powstrzymało.
- Ona zawsze narzeka, że najpierw robię, a później myślę – powiedział sam sobie. – Tym razem będę działał z rozmysłem i wszystko zrobię ze spokojem!

Ruszył po cichu do drzwi i ostrożnie doszedł do schodów. Uklęknął i obserwował jak Hermiona wchodzi do kuchni. Szybko rzucił zaklęcie zwodzące i jak najciszej zbiegł po schodach. Przebiegł przez salon i wyszedł głównymi drzwiami, po czym zamknął je jak najciszej. Wtedy dotarło do niego, że przydałoby się gdzieś schować na jakiś czas. Rozejrzał się z rozpaczą. O tym nie pomyślał!
- O, hortensja! – zauważył uradowany i błyskawicznie wskoczył w krzak.
- Ała! – jęknął Dev. – Uważaj!
- Kurwa! – zaklął Ron. – Czy nikt nigdy nie przyjebał ci za podglądanie? – warknął.
- Raz dostałem od chłopaka Alexis – oznajmił szeptem. – Ale to było dwa lata temu.
- Przydałaby się poprawka – oznajmił rudzielec.
- A ty czemu się chowasz skoro powinieneś być w pracy?

Ron spojrzał się groźnie na Deva. Chłopak miał w głowie cały ich grafik.
- To przez ciebie – oznajmił oskarżycielskim tonem. – Sam mi powiedziałeś, że Hermiona mnie oszukuje!
- A no tak – nastolatek nie ukrywał radości z tego powodu. – Wiesz, że dzisiaj wróciła z pracy takim ekstra samochodem?
- Wiem! Błyszczał się jak psu jajca! – prychnął Ron i już miał przestać odzywać się do Deva, gdy coś mu wpadło do głowy. – Skoro tutaj siedzisz to chyba widziałeś kto ją podwiózł? – spytał się z nadzieją w głosie.
- Facet.
- Stary czy młody?
- Starszy, coś koło pięćdziesiątki.
- Blondyn? – Ron poczuł, że ręce mu się trzęsą.
- Tak, koloru oczu nie widziałem bo miał ciemne okulary, ale zdawało mi się, że wydawał się jakiś taki znajomy. Jakbym gdzieś go kiedyś widział… Wiesz co?
- Co?
- Całowali się na pożegnanie…

***

Hermiona spojrzała się na zegar wiszący w kuchni i zauważyła, że Ron wróci z pracy za pół godziny. Wyjęła jedzenie z pudełek i przełożyła je do garnków. Wszystkich dowodów pozbyła się zaklęciem redukującym. Pomyślała, że Ron jak zwykle nie powinien się zorientować. Właśnie wyciągała ziarenko pieprzu, aby je przetransmutować w puszkę po fasolce, gdy usłyszała, że jej narzeczony otworzył drzwi wejściowe i zamknął je z hukiem.
- No nie – jęknęła. – Nie dość, że znowu się teleportował do parku to jeszcze zachowuje się jakby wszedł do obory!
- Hermiona! – wrzasnął Ron.
- Co? – odwarknęła, gdy wyszła z kuchni.

Jej narzeczony stał w salonie i oddychał ciężko. Jego uszy i kark były w kolorze buraka. Zrobił krok w jej stronę.
- Wiesz co mi powiedział Dev!?
- Pewnie jakieś głupoty – odpowiedziała Hermiona siląc się na spokój.
- Powiedział mi, że zostałaś podwieziona do domu przez kogoś!
Czarownica milczała, częściowo z tego powodu, że była zbyt przerażona, aby odpowiedzieć, a także dlatego, że znowu ją zemdliło.
- Powiesz mi kto to był? – Ron miał żądzę mordu wypisaną w oczach. – Czemu milczysz!? Powiedz coś! – warknął. – Wczoraj trajkotałaś jak katarynka, a dzisiaj zapomniałaś języka w gębie! Czyżby ci zdrętwiał po tym jak lizałaś się z Robardsem na do widzenia? – spytał ze złością.

Hermiona popatrzyła się na niego jakby był niespełna rozumu. Coś takiego uwłaczało jej inteligencji! Nie była na tyle głupia, aby robić coś takiego na oczach Deva i Kamini. Nawet chciała, aby Gawain wysadził ją koło stacji metra, ale uparł się, że ją odwiezie pod same drzwi. Specjalnie pożegnała się z nim bardzo oficjalnymi słowami. Nie! Tego było już za wiele!
- Przestań się śmiać! – ryknął Ron patrząc jak jego narzeczona pada na podłogę.
Czy to sprawiły hormony przed okresem, czy jej mózg nie wytrzymał ze zbyt wielkiej ilości stresu – tego nie wiedziała. Hermiona po prostu wyła ze śmiechu waląc dłonią w dywan. Łzy spływały ciurkiem po jej twarzy.
- Odbiło ci!?
- Nie! – wykrztusiła pomiędzy jednym napadem śmiechu, a drugim. – Jak mogłeś mu uwierzyć…

Ron zrobił głupią minę. Widać było jak intensywnie myśli nad jej słowami. Założył ręce na piersi i patrzył się na nią ze zmarszczonymi brwiami.
- Może rzeczywiście Dev w tej sprawie kłamał… - zaczął mówić z goryczą – ale jak wytłumaczysz mi to, że mnie oszukujesz od kilku tygodni?
- Słucham?
- Jedzenie. Specjalnie nie poszedłem dzisiaj do pracy, aby przekonać się na własne oczy, że zamawiasz je w Jadłodajni u Sama. Jaką mam gwarancję, że skoro okłamujesz mnie w tej sprawie, to nie oszukujesz w innych!?

Hermiona poczuła się jakby dał jej w twarz. Oblał ją zimny pot i znowu poczuła niesamowite mdłości.
- Ja… to… to robiłam… dla ciebie… - wybełkotała.
- Dla mnie!? – Ron zawył. – Oszukujesz mnie i wciskasz mi jedzenie, którego nienawidzę!? Nie uważasz, że to duża przesada!? Przecież wiesz co przeżywałem po tamtym zatruciu!
- Bo ty chciałeś…
- Tak, chciałem! Chciałem abyś pokazała, że mnie kochasz i nauczyła się gotować! – kontynuował wątek wrzeszcząc. – Skoro oszukiwałaś w takiej sprawie to czego jeszcze mi nie powiedziałaś? Co jeszcze przede mną ukrywasz!? Może tylko udajesz chorą?

Czarownica siedziała nadal na dywanie niezdolna do choćby najmniejszego ruchu. Łzy nadal spływały jej po twarzy, ale tym razem nie było jej do śmiechu. Nie była w stanie nic powiedzieć. Żadne słowo nie przeszłoby jej przez gardło. Rona co raz bardziej rozjuszało jej milczenie. Podszedł do niej i pociągnął brutalnie za ramię.
- Wstawaj! – zagrzmiał i potrząsnął Hermioną. – Chcesz mi coś powiedzieć!? – spytał się ostro.

Chciała, ale nie mogła. Matka ją przestrzegała, aby się nie przyznawała. Opowiedziała jej jak to było z Karlem i Jewel. Lepiej było milczeć. Tylko, że Hermiona poczuła, że to jest ten moment na który czekała.
- Wyprowadź się – oznajmiła to tak spokojnym głosem, że aż sama się zdziwiła. – Jestem beznadziejną dziewczyną i narzeczoną. Będę równie beznadziejną żoną. Nigdy nie będę ci gotować i nie zaakceptuję kolorowych ubrań oraz krzykliwej biżuterii. Wolę zostać Ministrem Magii niż matką. Znienawidzisz mnie prędzej czy później.
- Jesteś pewna? – spytał Ron zbity z tropu.
- Tak – padła lodowata odpowiedź. – To koniec.
Rudzielec niepewnie puścił jej rękę i patrząc się na nią zaczął powoli cofać się w stronę schodów. Hermiona zachowała kamienną twarz. Nie czuła już nic. Nic się nie liczyło, niczego nie było. Miała wrażenie, że zamiast serca ma kamień. Nawet przestała płakać.

Ron spakował się błyskawicznie i zniósł swój kufer oraz klatkę ze Świstoświnką do salonu. Stojąc przed kominkiem spojrzał się na Hermionę z niemym błaganiem w oczach.
- Jeśli będziesz chciała pogadać to wiesz gdzie mnie znaleźć – wyszeptał załamany.

Rozpalił przy pomocy różdżki płomienie w kominku, wrzucił do nich proszek Fiuu i poleciał na ulicę Pokątną do Magicznych Dowcipów Weasleyów. Dopiero, gdy Ron znikł Hermiona zrozumiała, że wreszcie coś czuje. Nie był to wstyd albo wyrzuty sumienia. Nie poczuła się zrozpaczona lub załamana. Jedyne co jej towarzyszyło to wielka i nieopisana ulga, że jest już po wszystkim.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 41 – Nowy pracownik

Ron rzucił zaklęcie zwodzące i wyszedł z krzaków. Hermiona była od poniedziałku w delegacji więc mógł teleportować się do parku, który był położony w pobliżu ich domu. Było to konieczne, aby ich wścibska sąsiadka nie nabrała podejrzeń. Ron nienawidził tej nawiedzonej Hinduski i jej walniętego syna.

Idąc przez park cieszył się, że jego narzeczonej nie ma w domu, ponieważ, ochrzaniłaby go za to, że przyszedł za wcześnie. Zawsze wyliczała czas i wiedziała ile zajmuje mu powrót z pracy przy pomocy mugolskich środków transportu. Bardzo dbała o szczegóły i jej przesadny pedantyzm dobijał chłopaka. Zwłaszcza, że ostatnio robiła wszystko na pokaz. Rozumiał, że chciała wspiąć się na szczyt Ministerstwa Magii, ale uważał, że Hermiona zdecydowanie przesadza. Ciągle robiła mu awantury o jego zachowanie i sposób ubierania się. A on wcale nie chciał zakładać nudnych, czarnych garniturów i rozmawiać o polityce albo wystawionych w teatrze sztukach! Przy takich dyskusjach usypiał co jeszcze bardziej rozjuszało jego narzeczoną.

Po drodze minął zaparkowany samochód, w którym można było kupić hot-doga albo hamburgera. Mimo, że do jego nosa doleciał smakowity zapach, to rudzielec skrzywił się. Nie miał w ogóle zaufania do takich przybytków. Wolał renomowane restauracje, tudzież McDonalda albo KFC. Dzięki temu miał większą pewność, że nie powtórzy się historia jego zatrucia pokarmowego. Według niego, wszelkie tanie jadłodajnie powinny zostać prawnie zakazane.
- Hej, zdradzić ci pewną tajemnicę? – Ron usłyszał głos Deva, który wydobywał się z okazałego krzaka hortensji rosnącego koło drzwi.
Rudzielec westchnął znacząco i włożył klucz do zamka. Gówniarz działał mu na nerwy i chętnie skopałby go albo transmutował w skunksa, ale Hermiona mu nie pozwalała. Wprawdzie ostatnio trochę się uspokoił, ale nadal śledził jego narzeczoną i patrzył się na nią maślanym wzrokiem.
- Spierdalaj – Ron uraczył Hindusa miłą i kulturalną odpowiedzią.

Wszedł do domu i pociągnął mocno za klamkę. Wtedy wszystkie włosy na ciele stanęły mu dęba, ponieważ usłyszał mrożący w żyłach wrzask. Odwrócił się i zobaczył, że Dev włożył stopę pomiędzy drzwi i framugę.
- Przesadziłeś! – zaskomlał trzymając się za bolące miejsce. – Chciałem ci tylko powiedzieć co kombinuje Mionka!
Czarodziej pozwolił sobie na wredny uśmiech. Ból chłopaka podziałał na niego jak piwo w gorący dzień. W ogóle nie odczuwał wyrzutów sumienia.
- Tak, jasne, ona coś kombinuje – prychnął i spojrzał się na Deva jakby był niespełna rozumu. – Zacznij pisać bajki!
- Więc pewnie wiesz, że wcale ci nie gotuje! – krzyknął chłopak zanim Ron zamknął mu drzwi przed nosem.

Ron miał już prychnąć z pogardą, gdy dotarł do niego sens słów. Jak to mu nie gotuje? Ostatnio przygotowywała dość smaczne i porządne obiady. Miała wprawdzie jakieś obiekcje, ale zdołał ją przekonać. Czyżby Dev wiedział o czymś czego on nie wie? W końcu śledził ją przez cały czas…
- Nie, to niemożliwe – oznajmił sam sobie. – Gówniarz robi wszystko, aby nas rozdzielić!
Po dojściu do tego wniosku, wkroczył pewnie do kuchni, aby zagotować wodę na zupkę instant.

***

Hermiona uznała, że jej życie się wali. Siedziała w pokoju hotelowym w mugolskiej części Paryża i intensywnie myślała nad tym co wydarzyło się pomiędzy nią i Gawainem. Ciągle nie mogła uwierzyć, że po prostu upiła się i rzuciła na Robardsa. To co przeżyła było dziwne. Miała wrażenie, że zamiast niej była tam jakaś inna Hermiona, taka która miała Rona w głębokim poważaniu. Przecież nie raz piła wino i jeszcze nigdy tak na nią nie podziałało! Czarownica przeanalizowała dokładnie całe zajście i musiała przyznać rację Gawainowi, że nie mógł jej niczego dolać. Nie miał takiej możliwości. Poza tym amortencji działała błyskawicznie, a dziewczyna pamiętała, że stopniowo dochodziła do tego, że Ron może Robardsowi buty czyścić. To jednak nie zmieniało faktu, że po wymiotach zaczęła jasno myśleć i wróciły uczucia do jej narzeczonego.
- Ale czy to naprawdę miłość? – Hermiona spytała samą siebie.

Bardziej przeraziła ją myśl o tym co ludzie powiedzą na wieść o ich rozstaniu. W pierwszej kolejności zaczęła rozważać jaka będzie reakcja jej rodziców, Harry’ego i Weasleyów na wieść, że porzuciła narzeczonego dla Gawaina. Nie mogła zaprzeczyć, że pomysł związku z aurorem jej się podobał. Od razu znalazłaby się wyżej w hierarchii. Ona, dziewczyna pochodząca z rodziny mugoli, zostałaby drugą połową mężczyzny mającego czystą krew. Mówił, że ją kocha, więc pewnie ożeniłby się z nią po jakimś czasie. Mimo dużej różnicy wieku raczej nie powodowaliby zgorszenia. W świecie czarodziejów łagodniej patrzono na takie związki.
- Na Merlina, wszystko przemawia przeciwko Ronowi – jęknęła i ukryła twarz w dłoniach.

Nawet jeśli wino sprawiło, że poszła z Gawainem do łóżka, to niewątpliwym był fakt, że tego chciała. Auror rozpalał ja do czerwoności i gdy myślała o tym, co z nim robiła to od razu się podniecała. W głębi duszy żałowała, że nie skończyli tego, co zaczęli. Gdy przygwoździł ją do ściany na pewno nie była pod wpływem alkoholu. Nie miała nic na swoje usprawiedliwienie. Po prostu pragnęła go jak nikogo innego. Czy go kochała? Na pewno imponował jej wieloma rzeczami. Lubiła spędzać z nim czas i rozmawiać. Od poniedziałku powoli znikał mur między nimi. W Wersalu robiła wszystko, aby być jak najbliżej niego. Tak, chyba mogła uznać, że się zakochała w Gawainie.

W tym momencie pozostawała kwestia Rona. Jeśli zerwie z nim po powrocie do domu to jasne będzie, że rudzielec powiąże to z Robardsem. Jeśli mówiłby o tym na prawo i lewo to mogłyby powstać plotki, które wcale nie pomogłyby w karierze Hermiony. Najlepiej byłoby odczekać jakiś czas i poprosić Gawaina o dyskrecję. Na pewno zgodziłby spotykać się z nią ukradkiem. Pół roku to byłby dobry okres. Każdy uwierzyłby, że jej związek z aurorem rozwinął się kilka miesięcy po zerwaniu zaręczyn.
- Nie! Przestań! – krzyknęła i załkała.

Jak mogła coś takiego w ogóle rozważać! Jedynym powodem dla którego powinna odejść od Rona była zdrada. Musiała spojrzeć prawdzie w oczy: to co zrobiła było okropne i obrzydliwe. Jej narzeczony nie był bez wad, ale nigdy nie poszedłby do łóżka z inną. Hermiona zrozumiała, że musi odejść. Ron zasłużył, aby być z kobietą, która jest mu wierna.

Odgłos szlochania wypełnił pokój. Czarownica wylewała morze łez w hotelową poduszkę. Nie wiedziała co robić. Czy powinna się przyznać i odejść? A może lepiej nic nie mówić i znaleźć jakiś pretekst do zerwania? Ron tyle dni się do niej nie odzywał. Może ten argument wystarczy? Powie mu, że nie chce być z kimś kto obraża się o byle co. Na tę myśl Hermiona gwałtownie zadygotała na całym ciele. Jeśli tak zrobi cała wina spadnie na Rona. A to przecież ona jest winna i to ona nie zasługuje, aby być kiedykolwiek szczęśliwą. Mimo tego, nie chciała, aby świat czarodziejów dowiedział się o jej romansie z Gawainem. Wtedy urząd Ministra Magii przeszedłby jej koło nosa.

Dziewczyna gwałtownie zeskoczyła z łóżka i chwyciła wazon z kwiatami. Cisnęła nim z całej siły o ścianę i padła na kolana nie zważając na kawałki szkła. Nic nie robiła sobie z bólu fizycznego, który poczuła, gdy ostre kryształki wbiły się w jej ciało. W akcie rozpaczy złapała większe kawałki i ścisnęła z całej siły patrząc jak z jej dłoni zaczyna kapać krew.
- Jestem cholerną… pieprzoną… tchórzliwą… egoistką… - załkała i wyruszyła na poszukiwanie różdżki w celu uzdrowienia swoich ran.

***

Gdy w późniejszych latach Hermiona wracała pamięcią do soboty w Paryżu zastanawiała się jakim cudem dała radę ją przeżyć. Poczucie winy trawiło ją niczym ogień. Huśtawki nastrojów opanowały jej umysł i na przemian płakała albo wyzywała się. Ale to nie było najgorsze, ponieważ to dopiero miało nastąpić. Okazało się, że Ron przyjechał do niej bez zapowiedzi bowiem postanowił, że zrobi jej niespodziankę. Hermiona pamiętała, że nie raz w swoim krótkim życiu się bała. Przygody przeżywane z Harrym nie raz i nie dwa mroziły krew w żyłach. Nie zapomniała jak wiele razy wrzeszczała odchodząc od zmysłów. Jednak to co poczuła, gdy otworzyła hotelowe drzwi i ujrzała Rona, mogła porównać tylko do tortur Bellatriks. Myślała, że umarła i znalazła się w piekle. Aż do tej chwili nie wiedziała, że wyrzuty sumienia i poczucie winy potrafią męczyć człowieka na równi z Klątwą Cruciatus. Patrząc na uśmiechniętą twarz narzeczonego dostała takich mdłości, że jedyne co dała radę zrobić to dobiec do toalety i zwymiotować do niej.

To zdarzenie pozwoliło jej przekonać Rona, że jej stan to efekt choroby. Wprawdzie przysięgała sobie, że wyjawi mu prawdę, ale gdy przyszło co do czego to się okazało, że nie jest godna miana Gryfonki. Tak bardzo się bała, że nie była w stanie z nim zerwać. Przeżywała katusze łudząc się, że tak naprawdę czeka na odpowiedni moment. Ten jednak był co raz bardziej odległy. Ron zadecydował, że w obecnej sytuacji nie ma sensu pozostanie do niedzieli w Paryżu i razem z Hermioną wrócili do domu. Dziewczyna cieszyła się z tylko jednej rzeczy: łatwo przekonała rudzielca, że musi sam spać na kanapie. Jego dotyk powodował kolejne fale mdłości, z którymi wiązały się męczące wizyty w toalecie.

***

- Mamo, musimy iść do apteki – powiedziała Hermiona z naciskiem. – Tata z Ronem zajmą się Suzanne.
-  Nie wiem po co… - zaczęła mówić pani Granger, ale szybko zamilkła, gdy zobaczyła nieme błaganie w oczach córki.
- Muszę z tobą porozmawiać, to bardzo ważne – wyszeptała nerwowo czarownica. – Proszę, wymyśl coś, aby tata i Ron zostali.
Matka popatrzyła się badawczo na córkę, ale nic nie powiedziała. Poszła do salonu i przekonała męża, aby pochwalił się swoją nową konsolą do gier. Suzanne spała w swojej sypialni i nic nie zapowiadało, aby obudziła się wcześniej niż za trzy godziny. Gdy Hermiona z mamą wychodziły z domu Ron mocno obrywał w Tekkenie.
- Słoneczko, co się dzieje? – spytała się pani Granger, gdy odpaliła samochód.

Hermiona spuściła głowę starając się nie patrzeć na matkę. Było jej strasznie wstyd, ale wiedziała, że nie ma do kogo innego się zwrócić. Harry i Ginny z oczywistych względów odpadali. To samo dotyczyło reszty przyjaciół i znajomych. Dlatego w niedzielę rano czarownica przekonała Rona, że musi iść do rodziców, aby ci poradzili coś na jej mugolską chorobę. Ku jej rozpaczy narzeczony nie chciał wypuścić jej samej z domu. Nie mając mocnych argumentów musiała wziąć go ze sobą. Na szczęście udało jej się wyciągnąć mamę, aby porozmawiać z nią na osobności.
- Jest źle, bardzo źle – wydukała Hermiona i zaczerwieniła się ze wstydu.
- To widzę. Jesteś tak rozgorączkowana i wymęczona, że ślepy by to zauważył!
- Nie jestem chora – wypaliła dziewczyna. – To wyrzuty sumienia po tym jak zdradziłam Rona.
- Słucham!? – krzyknęła pani Granger i szarpnęła mocno kierownicą, aby w ostatniej chwili ominąć nastolatkę przechodzącą na pasach. – Co zrobiłaś!?

Hermiona przełknęła ślinę i co chwilę łkając opowiedziała wszystko co działo się w czasie delegacji.
- Boże… córeczko… to jest… - mama czarownicy z trudem wypowiadała słowa. – Ty i Robards…
Siedziały obydwie w samochodzie zaparkowanych na parkingu przy dużym centrum handlowym. Pani Granger wysłuchała relacji córki co raz bardziej blednąc i zaciskając nerwowo ręce na kierownicy.
- Czuję się brudna – oznajmiła Hermiona dygocąc. – Nie mogę być z Ronem. Nie po tym co zrobiłam.
- Jesteś pewna, że nie byłaś pod wpływem zaklęcia lub eliksiru? Może to nie wino tylko… eeee… sok jabłkowy albo croissant…?
- Nie, na pewno nie. Amortencja działa błyskawicznie i powoduje zadurzenie, a nie pożądanie. Czarodzieje wprawdzie mają odpowiednik Viagry, ale ona nie działa na kobiety – stwierdziła czarownica. – Ja ci nigdy o tym nie mówiłam, ale to co wcześniej było z Gawainem…
- Wiem, zadurzyłaś się w nim – przerwała jej matka. – Nie byłam przekonana, że mówisz prawdę, gdy twierdziłaś z Harrym, że tylko udawałaś, ale jednocześnie nie miałam podstaw aby ci nie wierzyć… Serce matki wie takie rzeczy, ale czasem wolimy nie przyjąć pewnych rzeczy do wiadomości. Och, Hermiono – przytuliła córkę. – Przecież on mógłby być twoim ojcem!
- Wiem – wyszeptała dziewczyna. – Ale ja się w nim chyba zakochałam… Jest zupełnie inny niż Ron… Nie wiem co robić! Błagam, pomóż mi!

Pani Granger zamyśliła się. Zarówno matka jak i córka wiedziały, że sytuacja jest trudna i bardzo delikatna.
- Nie mów Ronowi – poradziła starsza z kobiet. – Taka wiedza na nic mu się nie przyda. Zerwij z nim. I tak ostatnio bez przerwy się kłócicie, dlatego powiedz, że nie pasujecie do siebie. Jeśli chcesz poczekaj jeszcze chwilę, aby nie było podejrzeń.
- Och, mamo!
- Co do ciebie… Nie uważam, aby związek z Robardsem był dobry. Ten facet jest dla ciebie po prostu za stary! Poczekaj ze wszystkim. Przemyśl wszystko dokładnie tak jak ty to zawsze robisz. Dopiero po jakimś czasie, powiedzmy kilka miesięcy, zacznij rozglądać się za mężczyzną. Jesteś jeszcze młoda i zdążysz znaleźć kogoś, kto jest ci przeznaczony.
- Jesteś pewna, że tak to powinno wyglądać? – spytała się Hermiona.
- Nie jestem – wyjaśniła pani Granger. – Mam prawie pół wieku na karku i jedyne czego jestem pewno to tego, że umrzemy. Życie jest cholernie skomplikowane. Czasem trzeba wybrać mniejsze zło.
- Nie jesteś na mnie zła?
- Nie, kochanie – rodzicielka odparła miękko. – Zrobiłaś błąd i sądzę, że nie masz możliwości naprawić go. Nawet zmieniacz czasu tutaj nie pomoże. Staraj się wybrnąć z tej sytuacji tak, aby Ron był jak najmniej poszkodowany. Przyznanie się do zdrady brzmi szlachetnie, ale sprawi, że będzie jeszcze gorzej. Zauważyłam to na przykładzie moich znajomych. I przestań się martwić córeczko – poprosiła Hermionę z uśmiechem. – Nic nie powiem tacie. O pewnych rzeczach mężczyźni nie muszą wiedzieć… A teraz zostań w samochodzie, a ja pójdę do apteki i kupię ci coś, abyśmy nie wzbudziły podejrzeń.

Czarownica patrzyła jak jej mama idzie w stronę budynku. Odczuła ulgę, że została zrozumiana. Bardzo bała się jej reakcji, ale gdy się przekonała, że rodzicielka jest po jej stronie, to odzyskała dobry humor.
- Tylko jeszcze te mdłości mogłyby minąć – pomyślała.

***

Pójście do pracy nie sprawiło, że Hermiona zaczęła dobrze się czuć. Wprawdzie uwolniła się od stałej obecności Rona, który starała się jej nie wypuścić z domu, ale w Ministerstwie Magii czekał na nią Gawain. Starając się z nim nie spotkać lawirowała w tłumie czarownic i czarodziejów. Chyłkiem przemknęła do swojego departamentu i usiadła przy biurku czując chwilową ulgę. Mimo wszystko miała świadomość, że prędzej czy później auror znajdzie sposób, aby się z nią skontaktować w sposób nie budzący podejrzeń.
- Witaj Hermiono – Mafalda powitała ją z uśmiechem. – Jak było we Francji?
- Sukces – oznajmiła młodsza z czarownic i uniosła kciuki do góry.
- To dobrze – pochwaliła ją szefowa. – Gdy wyjechałaś Kingsley przysłał mi kogoś. Bez ciebie było ciężko, ale on nam bardzo pomógł. Na razie nie mam konkretnego stanowiska dla niego, dlatego skoro wróciłaś będziesz mówić mu co ma robić. Z tego co wiem to się znacie – wskazała na stojącego tyłem chłopaka, który szukał czegoś w szufladzie.

Gdy Hermiona na niego spojrzała poczuła, że śniadanie ma zamiar uciec z jej żołądka. Jak mogła go nie poznać? Od wielu lat był jej wrogiem! Nadal był wysoki i chudy, ubrany w ciemnoniebieską szatę uszytą z najlepszych materiałów. Długie, platynowe włosy związał czarną wstążką. Hermiona ze zgrozą stwierdziła, że Draco Malfoy co raz bardziej przypominał ojca.
- To kara za moje grzechy – uznała, gdy chłopak odwrócił się w jej stronę.
Wysłał jej wyzywające spojrzenie, ale nic nie powiedział. Hermiona starała się nie mrugnąć. Kto pierwszy to zrobi ten przegra. Musi wytrzymać! Ku jej rozpaczy nikt nie wygrał, ponieważ rywalizację przerwała Mafalda.
- Zapomniałam ci przekazać, że masz wstąpić do Kingsleya – zaświergotała i rzuciła na biurko Hermiony pokaźny stos pergaminów. – To zaległa robota. Zrobisz to jak już od niego wrócisz.
- O… oczywiście – wyjąkała dziewczyna i szybkim krokiem skierowała się do wyjścia.

Zanim dotarła do gabinetu Ministra Magii musiała zahaczyć o łazienkę. Złe samopoczucie i wymioty powróciły ze zdwojoną siłą. Zaczęła się zastanawiać czy dobrze zrobiła wracając do pracy. Może jednak Ron miał rację, że powinna leżeć w łóżku? Z drugiej strony dziwiła się mu, że łyknął jej kłamstwo. Przecież czarodzieje i czarownice nie chorują na mugolskie choroby!
 - Kingsley kazał mi przyjść – powiedziała sekretarce, która czytała jakieś babskie pisemko i żuła gumę.
- Siądź i poczekaj. Teraz jest zajęty – pracownica odparła znudzonym tonem i strzeliła balonem.

Hermiona poczuła, że ma dosyć wszystkiego. Wymiotów, nerwów, zrywania, facetów i cholernej gumy do żucia. Musi sterczeć przed gabinetem Kingsleya, akurat wtedy gdy ma mnóstwo roboty. Wisienką na torcie będzie użeranie się z Draco, który na pewno będzie starał się jej przeszkadzać ile tylko się da.
- Nie mam czasu! – warknęła ze złością. – Muszę nadrobić zaległości! Umów mnie na konkretną godzinę i wtedy przyjdę!
- Co ty taka rozgorączkowana? – spytała sekretarka i obdarzyła ją lekceważącym spojrzeniem. – Masz okres czy co?
- Nie! Mam kilka wrzodów na tyłku, których muszę się pozbyć!
- W takim razie proponuję wizytę w Świętym Mungu – zadrwiła czarownica i już miała znowu zająć się lekturą, gdy popatrzyła na kogoś kto stał za plecami Hermiony. – Pan Robards! Jak miło! – zaświergotała i uśmiechnęła się figlarnie.

Auror ewidentnie ją śledził! To nie był przypadek, że akurat teraz przyszedł zobaczyć się z Kingsleyem. Hermiona była więcej niż pewna. Zdziwiła się tylko tym, że nie poczuła mdłości. Ogarnęła ją złość. Ile jeszcze razy los sobie z niej zadrwi?
- Panno Granger, może ja bym mógł pomóc w sprawie tych wrzodów? – zażartował auror.
- Jeśli jest pan w stanie aresztować Draco Malfoya to tak! – oznajmiła rozdrażnionym tonem.
- Coś zrobił?
- Został przyjęty do pracy do mojego wydziału!
- Syn Lucjusza!?
- Więcej dzieci nie ma – zakpiła Hermiona i usiadła na jednym z wielu krzeseł stojących pod ścianą.
- A co z innymi wrzodami? – spytał się Gawain, który niby od niechcenia usiadł koło niej. – Uwolnisz się od nich w najbliższym czasie?
Czarownica nawet nie musiała na niego patrzeć, aby wiedzieć o co mu chodzi. Wzięła głęboki oddech i policzyła do pięciu. Znowu miała huśtawkę nastrojów przed okresem.
- Nie, na razie muszę z nimi żyć – odpowiedziała i zamilkła.
Gawain nie pytał się o nic więcej.

***

Ron nie do końca łapał co dzieje się z Hermioną. Wiedziała, że jest chora, ale nie chciała iść do Świętego Munga, mimo że nie działały na nią ani czary uzdrawiające, ani eliksiry. Twierdziła, że ledwo żyje, ale po pracy zrobiła dwudaniowy obiad. Podczas jedzenia trajkotała jak najęta na temat Draco i Kingsleya, nie dając mu nawet na chwilę dojść do głosu. To sprawiło, że Ron poczuł, że coś jest nie tak.

Od dawna wiedział, że jego narzeczona ma spaczone spojrzenie na świat. Osobiście bardzo cieszyłby się, gdyby Draco był jego asystentem. Stwarzało to wiele okazji, aby się na nim zemścić za wszystkie upokorzenia w czasach szkolnych. Kazałby mu przekopać się przez archiwum w poszukiwaniu jakiegoś dokumentu, który nie istniał. Albo wysyłał go ciągle na posyłki, aż Malfoy oblałby się potem i śmierdział jak świnia.

Hermiona nie podzielała jego entuzjazmu. Klęła na Kingsleya, który powiedział jej, że jest jedyną osobą, która będzie dobrze pilnować Draco. Czarnoskóry czarodziej musiał go przyjąć do pracy, ponieważ Lucjusz znowu zaczął wpłacać ogromne sumy na różne cele, a potem zażądał posady dla syna. Powiązani z Malfoyami pracownicy Ministerstwa Magii wymusili na Kingsleyu pozytywną decyzję.
- Zupełnie jej nie rozumiem – mruknął rudzielec pod nosem, gdy sprzątał po obiedzie.

Wyrzucając resztę ziemniaków do kosza spostrzegł, że ten jest pusty. Zastanowiło to Rona. Przypomniał sobie, że zazwyczaj niczego w nim nie było. Przecież jeśli Hermiona gotowała to musiały zostać w nim chociażby obierki. Czyżby Dev o czymś wiedział? Ona tak dziwnie się zachowywała, że może chodziło o coś więcej niż obiady.
- Bardzo napracowałaś się podczas gotowania? – spytał Hermiony, gdy wszedł do sypialni.
- Oczywiście, że tak! – warknęła. – Spij w drugim pokoju, bo czuję, że znowu będę wymiotować! – ostrzegła poważnym tonem.
- Jak sobie życzysz, moja karmelowa krajanko – odpowiedział Ron i postanowił, że następnego dnia zbada dokładnie sprawę obiadów.