Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Pettigrew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Pettigrew. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 września 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 74 – Trudna decyzja


Minerwa McGonagall wpatrywała się w kamień, który leżał przed nią na biurku. Jej umysł nie chciał przyjąć do wiadomości, że coś tak małego może mieć tak wielką moc. Wielu próbowało wskrzesić zmarłych albo chociaż spróbować porozmawiać z nimi, oczywiście, jeśli ci nie skończyli jako duchy, ale nikomu się to nie udało. Mimo to Albus twierdził, że stara baśń o Insygniach Śmierci jest prawdziwa. To przeczyło zdrowemu rozsądkowi!
- Pomyśl o Peterze Pettigrew i obróć trzykrotnie kamień w ręku – poinstruowała postać z obrazu.
Dyrektorka posłusznie wykonała polecenie. Sceptycyzm zadomowił się w jej głowie, ale starała się nie dopuścić go do głosu. Przecież nie raz widziała, jak się sprawdzają najbardziej szalone pomysły Albusa. Wiele razy wątpiła, ale okazywało się, że niepotrzebnie. Może tym razem też tak było?
- C… co ja tu robię? – zaskoczony głos Petera rozbrzmiał w gabinecie.
Jego małe, wodniste oczka patrzyły pytająco na Minerwę McGonagall, która otworzyła usta ze zdumienia. Chociaż wiedziała, że tak się stanie, jeśli Albus ma rację, to i tak ciężko jej było uwierzyć, że przed jej biurkiem stał mężczyzna, który nie żył od kilku lat. Był bardziej materialny od ducha, ale nie dało się ukryć, że nie przeniknął całkowicie do materialnego świata. Jego postać była lekko zamazana, jakby znajdowała się za mgłą.
- Masz szansę odkupić częściowo swoje złe uczynki, pomagając nam w pewnej sprawie – odezwał się Dumbledore.
- Pomogę! Oczywiście, że pomogę! – Peter wyglądał, jakby wyjątkowo ucieszył się z tej możliwości. – Zrobię wszystko!
- Chcemy poznać eliksir, który pomógł Voldemortowi przemienić się w człowieka – wyjaśniła dyrektorka, która w międzyczasie odzyskała zimną krew. – Czy to prawda, że zawierał on Sylfion?
- Nie wiem, co to jest - zmartwił się Pettigrew.
- Jest to roślina podobna do kopru, która ma owoce w kształcie serca.
- Hmm – zamyślił się czarodziej. – Takich owoców nie widziałem, ale przywiozłem z Albanii coś, co wyglądało jak koper. Czarny Pan kazał mi go zabrać ze sobą.
- On tam rośnie!? – portret Albusa nie ukrywał podniecenia.
- Nie wiem – odparł Peter zmartwionym tonem. – Ta roślina była ususzona i schowana w dziupli drzewa razem z innymi składnikami. Zabrałem wszystko do Anglii i połowę wykorzystałem.
- Co zrobiłeś z resztą!? – Minerwa z powodu emocji aż wstała z fotela.
- Wszystko jest w Little Hangleton. Czarny Pan kazał mi schować niewykorzystane składniki, na wypadek, gdyby kiedyś znowu… - Glizdogonowi głos zamarł w gardle na wspomnienie o rytuale przeprowadzonym na cmentarzu.
- Gdzie są schowane składniki? Czy bronią ich jakieś czary? – dopytywał Albus.
- Są w piwnicy domu ogrodnika. Rzuciłem na nią najsilniejsze czary, jakie znałem.
Zarumieniona twarz dyrektorki zwróciła się w stronę portretu. Była gotowa zaraz udać się do miejsca, które wskazał Pettigrew. Wszelkie wątpliwości, które ją trapiły, zniknęły i zamiast nich pojawiła się chęć działania.
- Dziękuję, możesz odejść – oświadczył nieoczekiwanie Albus. – Myślę, że część twoich win została odkupiona.
- To wspaniale… - rozpromienił się Peter i rozpłynął się w powietrzu.
- A… ale… czemu… - McGonagal wpatrywała się w swojego poprzednika ze zdumieniem.
- On nie mógłby mi powiedzieć nic więcej. Wiem już wszystko – postać z portretu uśmiechnęła się szeroko. – Sprowadź do mnie Severusa – poprosił. – Zasłużył, aby otrzymać składniki i przepis w nagrodę.
- Ty chyba oszalałeś! – fuknęła Minerwa. – Dlaczego ze wszystkich czarodziejów akurat on ma go dostać!? Mało było osób, które poświęciły się w czasie wojny!?
- Tego eliksiru wystarczy tylko dla jednej osoby. Severus może wykorzystać go dla siebie albo odstąpić komuś innemu. Innymi słowy, będzie musiał podjąć decyzję… - Albus pozwolił sobie na chytry uśmieszek.
- Myślisz, że zrobi to dla niej…?
- Zobaczymy.

***

W jego pokoju panowały kompletne ciemności, ponieważ ciężka zasłona nie przepuszczała świata, które chciało przeniknąć do pomieszczenia z ogrodu. Severus siedział w fotelu z założonymi rękami na piersi i rozmyślał. Od dawna nie miał aż tak parszywego humoru. Złość rozsadzała go od środka, przez co miał ochotę wyjąć różdżkę i obrócić w perzynę wszystko w promieniu mili. Miał wrażenie, że jest okropnym nieudacznikiem. Całe jego życie było tylko jedną, wielką porażką. Nic mu się nie udawało. Każdy jego plan spalał na panewce, gdy był już pewny, że wszystko idzie w jak najlepszym kierunku. Z tego powodu uznał, że czas zmienić swoje życie. Napisał list do redakcji „Magicznych Mikstur”, aby powiadomić, że rzuca pracę. Był zmęczony i znudzony ciągłym warzeniem Eliksiru Wielosokowego, aby przeobrazić się w Serge’a Rocheforta. Miał dość podbierania włosów sąsiadowi. Chciał pracować we własnej postaci, ale na terenie Wielkiej Brytanii nie miał ku temu możliwości. Gdziekolwiek się nie pojawił, tam wzbudzał tylko niechęć i odrazę.
Severus machnął różdżką i wyczarował kilka ogników, które oświetliły pomieszczenie. Chciał się upewnić jeszcze raz, że niczego nie zapomniał. Wszystkie jego rzeczy spoczywały w kufrze. Tylko pusta klatka Felixa stała na biurku, czekając na swojego mieszkańca. Po niepowodzeniu związanym z eliksirem Ekrizdisa Severus postanowił, że opuści swój kraj. Jego wybór padł na Nową Zelandię. Zastanawiał się nad miejscem, gdzie językiem urzędowym jest francuski, ponieważ dzięki Hermionie dość dobrze się nim posługiwał, ale żadne nie wydawało się dobrym miejscem do życia. Ostatecznie zdecydował się na wyspę, która była oddalona od Wielkiej Brytanii o tysiące mil.
W kieszeni koszuli czarodzieja spoczywały wszelkie niezbędne dokumenty, które uprawniały go do podróży. Wszystkie były fałszywe, ale żaden mugol nie był w stanie tego zauważyć, ponieważ zostały stworzone przy pomocy magii. Severus nie chciał podróżować oficjalnymi świstoklikami zatwierdzonymi przez Ministerstwo Magii, aby nikt nie dowiedział się, dokąd się udał. Inne sposoby, typowe dla czarodzieja, były zbyt wyczerpujące, niewygodne lub ryzykowne, jeśli chodziło o tak daleką podróż z kufrem i ptakiem. Kiedyś to było dla niego nie do pomyślenia, ale teraz nie miał nic przeciwko. Żył już prawie rok wśród mugoli i to było wystarczające, aby stwierdzić, że czasem trzeba wsadzić dumę do kieszeni. Chociaż równie dobrze mogła być to starość i chęć zaoszczędzenia sobie bólu pleców, rąk i czterech liter. Co jak co, ale lot na miotle przegrywał z kretesem z fotelem w pierwszej klasie, który Severus załatwił sobie, rzucając czar na mugola pracującego na lotnisku. Dzięki temu zaoszczędził pieniądze, które zamierzał wydać na pierwszy miesiąc swojego pobytu.
Czarodziej westchnął, gdy usłyszał stukanie w szybę. Trzeba było wstać do okna, a tak wygodnie mu się siedziało. Przerwało mu to rozmyślania, o tym, co będzie robił w Nowej Zelandii. Wątpił, aby jego osoba, była bardzo znana wśród tamtejszej społeczności czarodziejów, ale wolał dmuchać na zimne i nie integrować się z nią za bardzo. Miał plan, aby początkowo otworzyć punkt usługowy w świecie mugoli. Jakiś czas wcześniej zauważył, że zaklęcie reperujące przedmioty bywa bardzo użyteczne. Dzięki temu Hermiona nie zorientowała się, że zepsuł pralkę po pierwszym użyciu, tak samo, jak DVD, zalał klawiaturę winem, co zakończyło jej żywot, w ciągu kilku miesięcy przepaliło się kilka żarówek, parokrotnie zatkała się toaleta, Krzywołap zrzucił telewizor oraz żyrandol podczas dzikiej pogoni za Felixem, oraz jego pokój został połączony z jej pokojem przez wybuch spowodowany wadliwym przepisem na eliksir. Te doświadczenia sprawiły, że Severus zamierzał naprawiać różne rzeczy mugoli. W wolnych chwilach planował napisać książki o eliksirach i czarnej magii jako Serge Rochefort i wydać je w Europie. Co mogłoby pójść nie tak?
- Jesteś wreszcie! Już myślałem… - Severus chciał skarcić Felixa, wmawiając mu, że poleciałby bez niego, ale musiał przestać, ponieważ to nie był on.
Sowa śnieżna wskoczyła na parapet i podała czarodziejowi kopertę do ręki. Zahukała, czekając na nagrodę, ale Severus ją zignorował. Mimo panującego półmroku od razu rozpoznał pismo Minerwy i jej zielony atrament. Z ciekawością oderwał pieczęć i przeczytał krótką wiadomość:

Severusie,
przybądź jak najszybciej do mojego gabinetu. To bardzo ważne.
Minerwa
P.S. – Możesz użyć kominka.

Po zapoznaniu się zawartością koperty zatopił się w myślach przez minutę lub dwie. Czyżby dyrektorka Hogwartu czegoś się dowiedziała? Czy znalazła sposób na uratowanie Jean Granger? A może chodziło o coś zupełnie innego? Domniemane odpowiedzi na te pytania nie były na rękę Severusowi. Podjął już decyzję i nie zamierzał jej zmieniać. Za pięć godzin miał odlecieć samolotem do Chin, gdzie miał przesiadkę do następnego, który sprawiłby, że za trzydzieści godzin byłby w Nowej Zelandii. Miałby wtedy w czterech literach swoje dotychczasowe życie, Pottera i Hermionę, którą nawet nie raczył powiadomić, że się wyprowadza.
- Nie wiem sam, czemu to robię. Chyba zwariowałem – mruknął ze złością, gdy wziął do ręki proszek Fiuu i wrzucił go do kominka. – Czego chcesz? Śpieszę się, więc się streszczaj! – rzekł ze zniecierpliwieniem w głosie, gdy wszedł do gabinetu Minerwy. – Gdzie ona jest? – zapytał, zbity z tropu, gdy zorientował się, że pomieszczenie jest puste.
- To ja chciałem z tobą porozmawiać – odezwał się portret Albusa – dlatego poprosiłem Minerwę, aby zostawiła nas samych.
- Co chciałeś mi powiedzieć? – Severus nieufnie łypnął na obraz.
- Mam coś dla ciebie. Na drugim regale na prawo od drzwi, na trzeciej półce od dołu, znajdziesz książkę pod tytułem „Skrócona historia Hogwartu”. Weź ją i otwórz na siódmej stronie.
Snape powoli podszedł do odpowiedniego mebla i wybrał wskazaną lekturę. Była to stara księga z pożółkłymi stronicami i obdartą okładką.
- Stuknij w nią różdżką i powiedz „śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony”.
- Co tam znajdę? – czarodziej poczuł, że jest zaintrygowany.
- Zobaczysz – Albus uśmiechnął się tajemniczo.
Ciekawość zwyciężyła i Severus zrobił to, czego chciał od niego portret. Gdy tylko wymówił hasło, litery, którymi była pokryta stronica, zaczęły się rozmywać i płynąć w kierunku jej środka, gdzie zawirowały, tworząc czarne koło. Po sekundzie znowu się wyodrębniły i utworzyły zdania. Tylko że tekst nie był taki sam.
- To przepis! – wykrzyknął Severus, chłonąc chciwie każde słowo. – Nie znałem go! – oznajmił z wyrzutem, gdy przeczytał wszystkie zdania.
- To jest eliksir, który przywrócił Voldemortowi jego postać – wyjaśnił były dyrektor Hogwartu.
Snape oderwał wzrok od stronicy i przeszył nim Albusa.
- Jest w nim Sylfion. Nie zadziała – mruknął z zawodem w głosie.
- Mylisz się. W miejscowości Little Hangleton stoi stary dwór, za którym jest ogród. Tam, w piwnicy małej chatki, odnajdziesz Sylfion. Jest chroniony zaklęciami, ale wierzę, że je złamiesz bez problemu.
Obrazy przedstawiające dawnych dyrektorów Hogwartu czekały na reakcje Severusa, który otworzył usta, ale ostatecznie nie wypowiedział ani jednego słowa. Od samego początku były cicho i obserwowały mężczyznę, będąc ciekawe, jak sytuacja się potoczy.
- Dlaczego nigdy nie powiedziałeś mi, że masz Sylfion i przepis na ten eliksir!? – zapytał ostro Snape, gdy w końcu zebrał myśli.
- Widzisz Severusie, jak tylko Voldemort się odrodził, to zainteresowałem się, w jaki sposób to uczynił. Nie chciałem cię angażować w tej sprawie, ponieważ wymagało to szukania w naprawdę mrocznych księgach…
- ... co by mi strasznie zaszkodziło! – zakpił czarodziej, przerywając Albusowi.
- Znalazłem wiele różnych czarnoksięskich eliksirów, które mogły być tym, którego użył Voldemort – ciągnęła postać z obrazu, nie zwracając uwagi na przytyk – ale tylko jeden był na tyle prosty, aby mógł sobie z nim poradzić Peter Pettigrew, który nie używał magii od wielu lat. Szkopuł w tym, że zawierał Sylfion, a ten przecież wyginął wieki temu.
- Jak go znalazłeś?
- Wszystko zawdzięczam panu Longbottomowi i tobie... ale bardziej jemu – były dyrektor Hogwartu uśmiechnął się promiennie do Severusa, który naburmuszył się i ostentacyjnie odwrócił się plecami do rozmówcy. – Dostarczyliście mi dowodu, że Sylfion mógł być gdzieś dostępny, a to oznaczało, że Voldemort użył tego eliksiru!
- Dajesz mi go, ponieważ mam uratować matkę Hermiony? – zapytał nieufnie Snape, zerkając przez ramię.
- Nie. Możesz zrobić z Sylfionem, co chcesz – odparł spokojnie Dumbledore.
- Nie?
- Nie mam pewności czy uleczy ciało mugolki, ale jestem przekonany, że może przedłużyć kiedyś twoje życie. Na przykład, gdy będziesz stary albo zachorujesz na coś. Wystarczy dla jednej osoby. To nagroda za poświęcenie w słusznej sprawie.
- Wiem, że tkwi w tym jakiś haczyk – burknął Severus.
- Oczywiście, że jest! – Albus uśmiechnął się niczym dziadek do dziecka. – Możesz zrobić eliksir wzmacniający dla niej! Tylko że wtedy na pewno nie wystarczy ci Sylfionu na przyszłe odrodzenie.
- Tak myślałem – czarodziej westchnął i zerknął na księgę. – Sądzę, że matce Hermiony już nic nie pomoże, a to oznacza, że mogę wykorzystać eliksir na własne potrzeby. Jednak… – zastanowił się – zawsze pragnąłeś odciągnąć mnie od czarnej magii, a w przepisie jest krew i ciało innej osoby. Z tego, co pamiętam, to Glizdogon wykorzystał siebie i Pottera. Gdzie ja znajdę kogoś, kto z własnej woli odetnie sobie rękę? Co z krwią wroga zabraną przemocą? Od kiedy to popierasz? – zachichotał złośliwie.
- Och, sądzę, że to kwestia interpretacji. Voldemort nigdy nie był subtelny. Dla niego oczywiste było, że muszą to być czarnoksięskie elementy. Dodał także kilka formułek, które były teatralne, ale nic nie wniosły. Nigdy nie pomyślał, że można inaczej – wyjaśnił Dumbledore. – Na dodatek nie doceniał potęgi…
- … miłości – dokończył Severus znudzonym tonem. – Ty ciągle tylko o jednym. Miłość, kwiatuszki, pszczółki i tęcza…
- Podziałało!
- Gdyby nie ty, ja i Hermiona, to Potter zginąłby w ciągu pięciu minut – oznajmił złośliwie czarodziej i zerknął na zegarek. – Muszę już iść. Mam mało czasu. Żegnaj i… dziękuję.
- Do zobaczenia, Severusie!
Snape zamknął książkę i przycisnął ją do piersi. Jakoś nie potrafił powiedzieć Albusowi, że nie zamierza już się tutaj więcej pojawić. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to może kiedyś spotkają się po śmierci, ale na razie miał co robić. Musiał znaleźć Sylfion, aby zabrać go ze sobą w podróż. Dlatego powrócił do domu, zostawił księgę w kufrze i odnalazł wioskę Little Hangleton w Internecie. Znając jej dokładną lokalizację, mógł się bezpieczniej teleportować, co szybko uczynił.
- Drobnostka – oznajmił sam sobie, gdy pojawił się w ogrodzie Riddle’ów.
Szybko odnalazł domek ogrodnika i rzucił czary, które ujawniły wejście do piwnicy. Złamanie tych, którymi była chroniona, zajęło Severusowi tylko pół godziny. Osoba, która je rzucała, była kiepska w zaklęciach. Pozwoliło to na dostanie się do ukrytej w ścianie skrytki. Zawierała ona średniej wielkości, drewnianą skrzynkę, której srebrne okucia zaśniedziały pod wpływem lat. Severus postanowił, że otworzy ją w swoim pokoju.
- Sylfion, prawdziwy Sylfion… - wyszeptał osłupiały ze zdumienia czarodziej, gdy wyjął jedno z zawiniątek.
Roślina była zasuszona, ale zachowała dawny kształt, który znany był z rycin starych ksiąg. Jej zapach był dobrze wyczuwalny, ale Severus nie był w stanie powiedzieć, z czym mu się kojarzy. To na pewno było roślina, z którą nigdy nie miał do czynienia. Dlatego prawie z nabożną czcią schował ją z powrotem do skrzynki, do reszty składników. Czarodziej przejrzał je i fachowym okiem ocenił, że wszystkie nadają się do uwarzenia eliksiru. To wprawiło go w doskonały nastrój.
- Dzisiejszy dzień okazał się jednym z niewielu dobrych, które miałem ostatnio – pomyślał z zadowoleniem, gdy zaczarował swój kufer tak, aby był wielkości pudełka od zapałek. – Albus miał naprawdę dobry pomysł, aby podarować mi to wszystko – stwierdził, wsadzając swój dobytek do torby podręcznej.
Severus rzucił ostatnie spojrzenie na swój pokój. Niczego w nim nie zostawił poza meblami. Uśpiony zaklęciem Felix, już dawno został ukryty w kufrze.
- Wspaniale – czarodziej uśmiechnął się sam do siebie i wyszedł z pokoju, aby wyruszyć w daleką podróż.

***

Agent Thierry’ego naprawdę znał każdego. Okazało się, że jest w stanie dotrzeć do brytyjskiej rodziny królewskiej. Gdyby Hermiona nie usłyszała tego na własne uszy, to sądziłaby, że to jakiś żart. Według niej to musiał być wprost niesamowity zbieg okoliczności, że książę Harry był wielkim fanem książek o jej seksownej imienniczce. Zadzwonił do Thierry’ego, aby mu powiedzieć, że przeczytał najnowszą część książki, gdy był w styczniu na odwyku. To zapoczątkowało długą rozmowę, której Hermiona była świadkiem. Thierry opowiedział księciu o swoich doświadczeniach z narkotykami. Pod koniec rozmowy poprosił, aby więcej nie palił marihuany i nie pił tyle alkoholu. Książę obiecał, że się poprawi i w podziękowaniu za słowa otuchy, oznajmił, że porozmawia ze swoją babcią Elżbietą w sprawie przyśpieszenia ślubu. Słowa dotrzymał, ponieważ Hermiona otrzymała niedługo wiadomość z Pałacu Buckingham. Dowiedziała się z niego, że dostąpiła wyjątkowego zaszczytu, ponieważ Królowa wzruszona cierpieniem pani Granger, wydała odpowiednie pozwolenie na cywilną uroczystość.
W reakcji na list Thierry podskakiwał z radości, ale Hermiona nie była aż tak pozytywnie nastawiona. W ciągu całego tego zamieszania związanego ze ślubem Kanadyjczykowi umknął fakt, że jego dziewczyna nie powiedziała „tak”. Thierry od razu opowiedział o wszystkim jej rodzicom, którzy byli lekko zszokowani, ale zarazem zachwyceni, że Hermiona zostanie panią Bouchard. Szczerze polubili pisarza i uznali, że jest dobrym kandydatem na zięcia. Jako że nie słyszeli protestów z ust córki, to przyjęli, że wszystko jest w porządku. Pan Granger od razu zadecydował, że ślub odbędzie się w ich domu. Postanowił, że zabierze żonę z kliniki, aby spędziła ostatnie chwile życia u siebie, a nie w szpitalnym łóżku. Dzięki temu mogła być obecna na ceremonii.
Wszystko to było koszmarem dla poukładanego umysłu Hermiony. Miała wrażenie, że jej życie jest rozpędzonym hipogryfem, nad którym straciła kontrolę i który niesie ją na swoim grzbiecie w nieznane. Z jednej strony wiedziała, że kocha Thierry’ego, ale tak szybki ślub był czymś niesamowicie lekkomyślnym. Przecież się dobrze nie poznali. Owszem, ich znajomość zaczęła się cztery lata wcześniej, ale była sporadyczna i obejmowała głównie wiadomości, które nie wymieniali ze sobą zbyt często. Z drugiej strony chciała spełnić ostatnie życzenie umierającej matki. Thierry miał rację, twierdząc, że będzie żałowała, jeśli tego nie zrobi. Problem w tym, że przez to musiała zaryzykować, a tego bardzo nie lubiła. Chciała mieć czas, aby wszystko zaplanować, a teraz pozbawiono jej takiej możliwości. Miała zamiar zaprosić na swój ślub mnóstwo osób, a okazało się, że musi się zadowolić symboliczną uroczystością. Nawet rodzina Thierry’ego nie została poinformowana. Pisarz postanowił, że będzie bardziej romantycznie, gdy dowiedzą się po fakcie, a poza tym planował ślub kościelny w Kanadzie w przyszłym roku. Pozostawała także kwestia tego, że Kanadyjczyk nie był uświadomiony, kim tak naprawdę jest jego dziewczyna. Hermiona miała nadzieję, że jego gorliwość religijna kiedyś wypali się na tyle, że będzie mu mogła powiedzieć o tym, że jest czarownicą.
Wszystko tak bardzo ją męczyło, że stwierdziła, że musi w końcu podjąć decyzję. Lepiej byłoby, gdyby od razu powiedziała, że nic z tego nie będzie. Wtedy jej ojciec nie musiałby się ekscytować i przygotowywać domu. Z drugiej strony głupio jej było w związku z zaangażowaniem Królowej Elżbiety i księcia Harry’ego. Thierry miał nadzieję, że przyjdą na uroczystość, ponieważ będzie miał co wnukom opowiadać. Na szczęście było to mało prawdopodobne.
- Uspokój się. Wdech, wydech – poinstruowała się Hermiona, gdy weszła do swojego pokoju. – Czas określić, czego chcesz.
Usiadła przy biurku. Wzięła kartkę papieru i przy pomocy długopisu narysowała na jej środku linię. Następnie wypisała wszystkie „za” i „przeciw”. Gdy skończyła, popatrzyła na swoje dzieło i podjęła decyzję.
- Muszę poinformować Harry’ego i Ginny o moim ślubie – pomyślała, wychodząc na korytarz. – Severusie, mógłbyś pożyczyć mi Felixa? – zapytała czarodzieja, który akurat zamykał drzwi do swojego pokoju.
- Nie – padła krótka odpowiedź.
- Nie wrócił jeszcze?
- Nie.
- Zamierzasz gdzieś go wysłać?
- Nie. Wyprowadzam się – oznajmił Severus lodowatym tonem.
Przez głowę czarownicy przebiegło mnóstwo pytań. Czemu nic jej nie powiedział? Dokąd idzie? Dlaczego? Po co? Kto zapłaci za czynsz?
- Gdzie? – z trudem wyrzuciła z siebie pytanie.
- Daleko. Za granicę – burknął Severus i zaczął schodzić po schodach.
Dla Hermiony czas jakby się zatrzymał. To było równie nieoczekiwane, jak jej ślub. Kolejna niezaplanowana zmiana w życiu. On odchodzi, a ona nie była pewna czy tego chce. Od roku Severus był stałym elementem jej życia, nawet jeśli widywali się bardzo rzadko. Mieli okresy, gdy naprawdę dobrze się dogadywali. Dlaczego to zaprzepaścili? Pragnęła, aby to znowu wróciło.
- Chciałam cię zaprosić na mój ślub! – krzyknęła w akcie desperacji, schodząc za nim.
- Oszalałaś? – Severus wpatrywał się z niedowierzaniem na byłą współlokatorkę.
- Za dwa tygodnie, w środę, w domu moich rodziców.
Czarodziej uniósł brew i zrobił minę, która świadczyła, że z jednej strony jest rozbawiony, a z drugiej wątpi w intelekt Hermiony.
- Z tym pisarzyną, co wymyśla o tobie niestworzone historie? – zapytał ironicznym tonem. – Ile jesteście ze sobą? Dwa miesiące? To na pewno wielka miłość! – jego wargi wykrzywiły się w drwiącym uśmiechu. – Oczywiście wie, że jesteś czarownicą, prawda?
Czarownica zarumieniła się gwałtownie. W ustach Severusa wszystko brzmiało jak obelga. Poczuła, że musi się bronić.
- Po pierwsze, znamy się kilka lat. Po drugie, on się zmienił. Po…
- On. Się. Zmienił. – Snape wycedził powoli każde słowo. – Cudownie… rzekłbym, że… bajecznie…
Jego czarne oczy przebiegły po czerwonej niczym burak twarzy Hermiony. To było dla niej zbyt wiele.
- Wiem, że to głupie! – oświadczyła ze złością. – Robię to dla mojej umierającej matki! Ona chciałaby przed śmiercią zobaczyć mój ślub! I bez twoich docinków jest mi ciężko, dlatego nie musisz się nade mną dodatkowo znęcać!
Snape opuścił wzrok i wyglądał, jakby zastanawiał się nad czymś. Zrobił krok w stronę drzwi.
- A jeśli wam nie wyjdzie? – zapytał, zatrzymując się. – Coś się zmieni?
- Istnieją rozwody, wiesz? – Hermiona popatrzyła na niego, jakby był niespełna rozumu.
- To dobrze – mruknął pod nosem.
- Powiesz mi, gdzie jedziesz?
Odchrząknął i nie patrząc na Hermionę, sięgnął po płaszcz. Milcząc, założył szalik i rękawiczki. Dopiero gdy sięgnął po torbę, zwrócił twarz w stronę młodej kobiety, która stała tuż obok niego i czekała na odpowiedź.
- Wyślę ci ładną pocztówkę – obiecał Severus i wyszedł z domu, zostawiając ją samą.

czwartek, 6 października 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 16 – Pierwszy miesiąc roku szkolnego!


Witam moich fanów!
Pisze dla was Glizdek :D

Minął pierwszy miesiąc nowego roku szkolnego! Jak ja się cieszę!

Ten przeklęty gówniarz Draco wrócił do budy, więc mam jego pokój tylko dla siebie. Wiecie, jakie to było okropne, gdy mieszkałem razem z nim? Lucek i Cyśka na początku nie chcieli o tym słyszeć, ale ostatnio Volduś jest dla mnie łaskawy, więc kazał im dać coś lepszego dla mnie niż komórkę na ziemniaki. Stwierdził, że jego sługa nie powinien spać na workach. Nawet nie wiecie jak okropnie mi się wszystko wżynało! Dlatego dostałem dmuchany materac i własny kąt u gówniaka.

Jeżuniu malusieńki! Jaki ten dzieciak jest wkurzający! Ciągle tylko mazgaił się i jęczał. Jestem pewny, że w wieku piętnastu lat nie byłem taki jak on! „Mameee! Wywal go!”. „Tateeee, on mi pornosy zabiera!”. Tak właśnie krzyczał. A ja tylko chciałem zabrać coś do poczytania do wygódki. Wiecie, kibelek, ciepło, wygodnie to pooglądać można panienki. Tylko trzeba uważać na „Kącik Miłości Ganimedesa” bo tam sami chłopcy są. Wiecie, oczy pękają na widok tych bezeceństw.

Przed chwilą poprawiałem poduszki aby mi się wygodniej siedziało podczas pisania dla was, gdy odkryłem, że Draco trzyma pod nimi zdjęcie laski! Łochochocho! Ale mam świetny materiał na szantaż! Ja wiedziałem, że młody robi sobie wieczorami dobrze, gdy myśli, że śpię, ale nie sądziłem, że czuje ciągoty do tej szlamowatej przyjaciółki Pottera! No, no! Jak by się Lucek z Cyśką dowiedzieli… Hłe, hłe. Zobaczymy kto w ferie będzie górą! :D

Pewnie spytacie się co tam słychać u Voldusia? Jak sobie radzi jako dorosły osobnik?

Jest bardzo dobrze. Nie raz mówiłem, że Mój Pan jest Miszczem Zua :D. Wiecie co wymyślił? Że siedzimy na dupie i prawie nic nie robimy. Nawet nie wiecie jak mi to dopowiada ^^. Mam czas aby całymi dniami oglądać anime i żłopać piwko. Czasem tylko Volduś do mnie wpadnie i każe mi napisać do Knota. Takie tam głupoty. Na przykład:

Śmierdzisz jak stara smocza wątroba, jesteś głupi i masz wszy na jajkach, a ja i tak przejmę władzę w ministerstwie przy pomocy Harry’ego!

Wydaje się niezbyt mądre prawda?

He, he, to poczekajcie, aż wam zdradzę wielki sekret mego Miszcza Zua!
W pięty wam pójdzie.
A więc…
Chwila napięcia!
Sekundka….
Już za chwilę poznacie sekret!
Prawie, prawie…
Ha, ha, żartuję nic nie powiem!
A może jednak?
Błagacie?
Prosicie?
Padacie na kolana!?
No dobra!
Zmusiliście mnie!
Znajcie moje miękkie serce!
Powiem wam!

…

Podpisuję te listy jako Dumbledore, ha, ha!

No czyż Volduś nie jest przegenialny? Knot gotuje się w środku, leci z mordą do Dumbla, ten patrzy się na niego jak na debila, tamten się wkurza, bo nie można patrzeć na niego jak na debila więc ucieka do Proroka aby zmówić artykuł o tym, że Dumbel jest głupi i ma wszy na jajkach, a Harry jest upośledzony i mózg mu przez bliznę wypłynął… I tak dalej, i tak dalej. Pewnie jesteście ciekawi skąd to wiem?
No to zdradzę wam kolejny sekret!

…

No dobra, tym razem nie będę przedłużał.

W gabinecie Dyrcia Junior zainstalował kamery. Wiecie, jak jeszcze żył. Bo nie wspominałem, że teraz jest warzywkiem po tym jak dementor dopadł. Chujowa sprawa, ale takie jest życie. Przynajmniej już nie będzie więcej pisał do mojego Voldusia na papeterii w Kucyki Pony <3.

Tak, wiem, że właśnie macie totalnego zonka. Jak to kamery? Od kiedy elektronika działa w Hogwarcie? Ha! Tym razem to mój przegenialny mózg zauważył, że jakoś mogę korzystać z laptopa. Wtedy zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się dzieje. W mojej głowie zaczęły pojawiać się pytania. Dokąd zmierzamy? Czy istnieje większa siła na świecie? Czemu Angelina i Brat się rozwodzą? Co jest po śmierci? Ile razy Maryla Rodowicz będzie śpiewać na Sylwestrze? Czy eutanazja jest odpowiedzią na ból i cierpienie? Czy telefon komórkowy będzie działać w Hogwarcie? Ostatnie pytanie było najważniejsze, inne rozwiążę w wolnej chwili.

Dałem komórkę Juniorowi i kazałem zadzwonić. Zadzwonił. Odebrałem. Czyli te wszystkie stwierdzenia, że sprzęt mugoli pod wpływem magii nie działa to była ściema! Później załapałem czemu: łatwiej opanować Draco i innych tego typu gówniarzy nie pozwalając im wrzucać słit foci na fejsika. Albo nie zadzwoni taki do matki aby poskarżyć się, że jego kolegę bazyliszek zamienił w kamień, albo, że troll se łazi po lochach, albo, że Severus się nad nim znęca psychicznie tak, że dzieciak się tnie przed każdą lekcją eliksirów. Ten Dumbldeore ma głowę nie od parady! O ile mniej problemów! Taki właśnie powinien być każdy pedagog :D.

Kurde… popisałbym jeszcze, ale Voldek ogłosił, że dzisiaj wszyscy muszą się stawić na ćwiczeniach antypożarowych. Lucek nie ma w domu nawet gaśnicy w razie pożaru! Voldemort się wkurzył bo jak to. Różdżka ci wypadnie i jak ugasisz płomienie? O tym ten blond kretyn nie pomyślał! Jejciu, Volduś jest taki kochany, że tak o nas dba <3

Lecę, bo nie chcę dostać Cruciem, a to mnie czeka jeśli się spóźnię.

Wiecie, że was kocham XOXOXOXO
Papatki :*

Wasz Glizduniek ^^

czwartek, 16 czerwca 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 15 – Król Volduś!

Hejka!

Już po wszystkim… Voldek urósł, już nie jest dzieciaczkiem, chlip :(. Już więcej nie będę mu zmieniał pieluszki… to takieee smutneeee (płaczę).

Ale! Ale!
Powinienem wam napisać co i jak. No więc to było tak: mieliśmy już gotowy eliksir, Gandalf podrzucił kocioł i poleciał po elfów, bo ich potrzebował do jakiejś bitwy pod Hełmowym Jar-Jarem. Barty Junior przysłał pocztówkę, że Potter jest gotowy do transportu. Voldek bardzo z tego powodu się ucieszył. Najpierw kazał się mi znowu przenieść do Little Hangleton (tam gdzie jest chata jego starego), a potem zorganizować mu imprezkę na cmentarzu.
– Super – pomyślałem. – Ja tu płaczę za moją ręką, a ten mi jeszcze roboty dowala!

Ale gdy później zacząłem to rozważać, to stwierdziłem, że Volduś się pewnie o mnie martwił i chciał zająć czymś moje myśli. Jaki on kochany <3 Gdy skończyłem spytałem się jaki jest harmonogram imprezy. Blab, bla, bla, wsadzisz mnie do kotła, bla, bla, bla, wrzucić kości mojego starego, bla, bla, bla, utniesz se rękę nożem…

Zaraz, zaraz! Uciąć rękę nożem!?

Powiedział to takim tonem jakby mi tłumaczył jak zbiera się grzyby. Wiecie: złapać, uciąć, wsadzić do koszyka (tylko, że w moim przypadku do kotła). No rzesz w mordę jeża! To klasyczne naruszenie nietykalności cielesnej! Co ja jestem? Występuję w jakimś filmie? W „Pile” może!?


Zdenerwowałem się. Stwierdziłem, że czegoś takiego na trzeźwo się nie da zrobić. Rozważałem najebanie się wódką, ale ostatnią wypiłem (tą od Lamii, dobra była!). Postanowiłem, że zajrzę do moich zapasów, aby sprawdzić co mogę łyknąć. Dobrze zrobiłem, znalazłem Ayahuasce w butelce co mi Indianie dali na drogę. Łyknąłem zdrowo, drugi raz, trzeci i… poczułem, że Voldemort jest Simbą, a ja jestem Rafiki. Musiałem mu pomóc stać się nowym królem po śmierci Mufasy! Wszystko ułożyło się w logiczną całość! :D Tak wiec pełny sił poleciałem na cmentarz. Voldek był już gotów, Nagini niedaleko krążyła i śpiewała „Krąg Życia”.


To było takie piękne! Chlip! Aż się popłakałem ze wzruszenia!
Kiedy wszystko było przygotowane, czekaliśmy na Skazę. Szybko przyleciał… ale nie był sam! Miał przy sobie hienę :/.

Voldek kazał jebnąć to jebnąłem, nie wiedziałem, w którego trafię, ale padł ten co miał paść więc było dobrze. Przywiązałem Skazę do nagrobka, aby mógł patrzeć jak Simba się odradza. Podniosłem go z szacunkiem i wrzuciłem do kotła:


Następnie doprawiłem wywar z Voldka kośćmi jego starego. Wprawdzie uważam, że rosołek jest lepszy na świeżych, ale skoro mój Pan życzył sobie stare gnaty, to ja tak robię. Potem uciąłem sobie rękę. Zdziwiłem się, że nawet mnie to nie obeszło. Krzyknąłem, bo byłem zdumiony efektem! Tak pięknie leciała posoka, jak w filmach typu gore!

Mały dopisek abyście zapamiętali: nie robiłem tego na trzeźwo, nikt na trzeźwo nie ucina sobie ręki! To tak jakby oglądać „Pasję” Gibsona nie najebawszy się wcześniej! Tylko psychopaci wytrzymują coś takiego bez używek! Dzieci! Nie próbujcie tego w domu! (ani ucinania ręki, ani oglądania „Pasji”)

Następnie spuściłem trochę krwi Skazie i wlałem do kotła. Mówię wam, jakie emocje: ja krwawię, Skaza krwawi, Voldek się topi, rosołek się pieni, a Nagini śpiewa „Hakuna Matata”!


Popłakałem się drugi raz, to było takie piękne i wzruszające! Voldek ostatecznie wylazł z kotła, jako dorosły Simba! Kazał podać sobie szatę i założył ją nucąc pod brakiem nosa „I'm too sexy for my Salazar”. Jego promienie zajebistości poleciały w górę i wypełniły wszechświat wezwaniem. Dlatego zaraz koło niego pojawiły się kociaki… to znaczy Śmierciożercy. Taka impreza! Zostaję do piątku! Tym bardziej, że Volduś wzruszył się moim poświęceniem i wyczarował mi nową rękę. Taką to ja rozumiem! Jestem jak jakiś Terminator czy Robocop! <3 Będę rwał panienki!

Co się później działo… nie wiem do końca. Film zaczął mi się urywać. Połączyłem się w jedność ze wszechświatem i próbowałem rozwiązać problemy egzystencjalne tego świata. Siedziałem obok Leonarda da Vinci i gadaliśmy jak chodzenie po księżycu wpływa na ekosystem dinozaurów za czasów panowania Ramzesa II. Totalny odlot! Gdy się obudziłem było po wszystkim: Voldek z Nagini przenieśli mnie do domu Lucka Malfoya, Skaza (czyli Harry jakbyście zapomnieli) spierdzielił w podskokach przy okazji zabierając resztki hieny…

Po wszystkim dochodziłem do siebie przez tydzień. Więcej nie piję Ayahuasca, nie ma głupich. Następnym razem wyląduje na innej planecie, albo wyda mi się, że mój świat jest nieprawdziwy, a ja nie istnieję. Na przykład, że jest to książka dla młodzieży napisana przez kobietę w średnim wieku pogrążoną w depresji. Nie, to byłby jakiś koszmar :(

Teraz idę skorzystać z łazienki dla gości w Malfoy Manor. Mówię wam, mają świetne Bio Eko Organic Cocos Mydłos! Czas na białe szaleństwo :D

Wasz pucu-pucu Glizdek :*

czwartek, 19 maja 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 14 – Ku pamięci

Witam was…
Jestem pogrążony w smutku…
Moje życie znowu jest do bani…
Ech… Buuuu… Chlip! Chlip! Cierpię!
Mą duszę rozrywają piekielne męki, oczodoły mi płoną, a trzewia wypełnia lawa…
Tak to wszystko widzę (wizualizacja w zaawansowanym programie graficznym):



Tak mniej więcej się czuję odkąd Volduś zdecydował, że mam mu oddać swoją rękę :(
Na początku myślałem, że chodzi mu o ślub, ale szybko wyprowadził mnie z błędu (a Nagini na mnie fochnęła, zazdrośnica jedna!). Mam sobie odciąć rąsię i oddać mu w ofierze! Buuu!

Staram się znaleźć plusy tej sytuacji: dobrze, że nie oko… albo nogę… albo wacusia. To ostatnie byłoby niefajne, naprawdę niefajne :( Może lepiej, że to tylko ręką, w końcu mam drugą. Bez dwóch byłoby ciężko. Ech, dlaczego nie poprosił o nerkę? Albo kawałek wątroby?

Te myśli powodują, że widzę małe promyki nadziei (wizualizacja w zaawansowanym programie graficznym):


Na cześć mojej ręki zrobiłem także coś takiego:


Ten obraz znakomicie oddaje co teraz właśnie czuję :(

Tak swoją drogą, czy mówiłem wam, co się ostatnio stało? Nie, nie napisałem… Senior zwiał! Brałem prysznic, a on puff i go nie ma. No to był cios poniżej pasa! Przecież nie zrobiliśmy mu nic złego! Był z nami na wakacjach, Voldek trochę się nad nim pastwił, ale przecież dziecku można wybaczyć te wszystkie cruciatusy. Traktowaliśmy go dobrze: mieszkaliśmy z nim, braliśmy kasę z jego konta (ale za to czasem mógł pograć na konsoli!), pozwalaliśmy spać w budzie, która stała w ogródku (kiedyś miał cerbera, ale głowy się zagryzły), nawet czasem spuszczaliśmy go z łańcucha, aby wypił ze mną piwko! Ja chłopa zupełnie nie rozumiem :(

Gdy Volduś odkrył jego ucieczkę, wpadł w szał. Już był o cal aby oddać mój nabiał Nagini, ale się powstrzymał (teraz wiem, ze chodziło mu o moja rąsię, buuu!). Za pomocą zainstalowanego pod skórą chipa namierzyliśmy Seniora (tak, weterynarz trochę się zdziwił, ale gdy dostał gotówkę do ręki to o nic nie pytał). Junior go dopadł i ukatrupił. Masz ci los, raz chwała, później chała. Miał chłop niefart w życiu, prawie jak ja…

Teraz tak wygląda:


Junior wysłał nam MMSa, aby pochwalić się dobrze wykonaną robotą. A to lizus jeden! Szkoda, że Volduś nie chce jego ręki… Mówił mi, że Barty będzie mu jeszcze potrzebny, aby ściągnąć tutaj Pottera. Nie mam pojęcia, co oni kombinują. Przecież chłopak jest silnie chroniony: Albus i reszta czuwają. Jeszcze się okaże, że Junior zmajstruje nielegalnego świstoklika i po prostu wyśle Harry’ego do nas. To by było totalnie głupie, gdyby nikt nie brał pod uwagę takiej możliwości…. Chociaż uważam, że lepiej by było po prostu chłopaka uśpić i wejść do kominka, po czym przylecieć tutaj siecią Fiuu, ewentualnie teleportować się. Ale mnie o zdanie nikt nigdy nie pyta, chlip…

Pozdrawiam smutno i idę topić lęki w wódce, co mi ostatnio Lamia przesłała.
Dziękuję, kochana jesteś! :*
Pa!

Wasz Glizdogon zwany Jędnorękim

czwartek, 5 maja 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 13 – O tym jak zostałem (prawie) wyruchany i w jaki sposób dokończyłem misję

Elooooo Zioooomy!
Przed wami… Dj Glizda!


He, he, taki żarcik :). Rozumiecie... tej piosenki nie stworzyłem :P

Obiecałem, że wam opowiem, co było jak dotarłem do Meksyku w Meksyku… tak się teraz zastanawiam czy opisywać, co się działo dalej, ponieważ to troszeczkę żenujące… ale obiecałem, to chyba muszę… :(

No dobra, może mnie nie ocenicie źle. Wierzę w was! <3

Byłem w Meksyku w Meksyku i stwierdziłem, że skoro mam główkę to mogę trochę poimprezować zanim wrócę do Voldusia. Szczerze mówiąc to odzwyczaiłem się trochę od gotowania zupek i wyrzucania kupki z nocnika. Pomyślałem: „niech się jeszcze trochę senior pomęczy!”. Tak też zrobiłem, złapałem ciężarówkę i pojechałem na Florydę do Disneylandu. Zawsze o tym marzyłem! Wybawiłem się jak jeszcze nigdy w życiu! Było super, kupiłem sporo pamiątek i wysłałem paczką do Anglii ^^.

Wiecie, musiałem kraść kasę… nie abym był z tego dumny, ale Voldek nie chciał mi niczego przesłać :/ (Sknerus jeden!). Ale wydawałem to wszystko na jedzenie i przetrwanie (w Disneylandzie musiałem wykupić wejściówkę, ponieważ ciężko jechać rollercoasterem, jako szczur – nie mają specjalnych zabezpieczeń dla nas! Skandal!). Trochę odłożyłem i kupiłem bilet na samolot, który miał mnie zabrać do Londynu. Była godzina dwudziesta, a lot miałem z samego rana, więc pomyślałem sobie, że zaszaleję! Ten jeden, jedyny raz…

Zwinąłem jakiemuś gościowi garniak i poszedłem w nim do jakiejś super-duper-ekstra-naładowanej-gwiazdkami restauracji. Chciałem spróbować jak smakuje wykwintne żarcie. Nie było mnie stać, ale pomyślałem, że znowu zrobię numer z pójściem do toalety, gdzie zamienię się w szczura i spierdzielę kanałami. Kelnera walnąłem „confundusem”, więc mnie wpuścił bez problemu. Powiem wam szczerze, że to żarcie za kilka tysięcy dolarów takie sobie było. Zamówiłem stek z krokodyla, którego upolował Chuck Norris, w sosie truflowym, stare śmierdzące sery sporządzone z mleka krów, które są masowane i pojone szampanem, wino pamiętające Napoleona (w smaku wykrzywiające ryj) i do tego lody z dwudziestu odmian czekolady pokryte złotem. Ohyda! Ale za to potem srałem złotem przez jakiś czas! :D

A teraz…. zaczyna się ta gorsza przygoda :(. Mój plan działał, najadłem się, napiłem, wszyscy wokół mnie skakali jakbym jakimś był królem czy co, ogólnie git-majonez-śmietana :). Gdy poczułem, że zbliża się czas ucieczki wstałem i poszedłem do toalety. No plan idealny! Co mogło pójść nie tak? Przy toalecie stała ONA.
- Nazywam się Conchita Lasencja Dupencja – mówi do mnie.
Nogi długie, aż do ziemi, pełne usta jak u glonojada, długie, rude włosy, cycki jak balony Pameli Anderson… Wyglądała mnie więcej tak:


Nawet Volduś by się skusił! Popatrzyła się na mnie tak jakbym był wielkim ciachem przekładanym malinowym kremem i posypanym wiórkami czekoladowymi. Przynajmniej tak mi się zdaje, ponieważ oblizała się jakby miała ochotę na deser. Musiałem coś wymyślić! No musiałem!
- Jestem Stephen Hawking! – oznajmiłem.



To było pierwsze nazwisko, które przyszło mi do głowy. Conchita uniosła pięknie narysowaną brew w górę.
- Ten naukowiec? – spytała.
- Tak – brnąłem w to dalej.
- Nie powinieneś jeździć na wózku?
- Jestem tak genialny, że sam siebie wyleczyłem – oznajmiłem i wypiąłem dumnie pierś. – Wiesz, jak na sławnego medyka przystało.

Zatkało ją z wrażenia! Pomyślałem sobie: „oj, poruchasz dzisiaj Glizduś, poruchasz!”. Byłem w siódmym niebie, ponieważ odgadła moje myśli. Złapała mnie za rękę i powiedziała, że chce iść ze mną do mojego pokoju hotelowego. Zgodziłem się od razu! Problemem było to, że miałem uciec… ale czekała na mnie gorąca laska… musiałem, no musiałem! Kazałem jej iść do wyjścia, a sam rzucałem na wszystkich „confundusa”. Wmówiłem kelnerowi, że jestem Stephen Hawking i zapłacę następnym razem. Zgodził się! Uffff…

Wylądowałem z Conchitą Dupencją w jakimś ekskluzywnym hotelu, gdzie zrobiłem to samo, co w super-duper-ekstra-naładowanej-gwiazdkami restauracji. Nie wiem czy to czyta Stephen Hawking, ale bardzo go przepraszam za nabicie mu rachunku na ponad sto tysięcy dolców. Oddam… na pewno kiedyś oddam…

Teraz będzie gorąco! Conchita zaczęła mnie namiętnie całować i rozbierać. Rzuciła mnie na łóżko! Była taka gorąca, że skończyłem w międzyczasie z dwa razy (ale chyba tego nie zauważyła). W pewnym momencie wyjęła z torebki kajdanki i powiedziała, że jestem niegrzecznym chłopcem, więc mnie przypnie do tego zajebistego, królewskiego łoża. Dla poruchania zgodziłbym się na wszystko i dlatego przytaknąłem. I to był błąd! Bo to zła kobieta była…

Przypięła mnie i… skoczyła od razu do moich ciuchów. Przegrzebała wszystkie kieszenie i wyciągnęła z nich różdżkę, portfel i tsantsę. Nie była zadowolona, gdy nie znalazła kasy i kard kredytowych. Szczerze mówiąc miałem w portfelu tylko dwa guziki od marynarki, zdjęcie nagiego Voldusia w wanience, ćwierć dolara i kawałek sznurka. Zdenerwowała się okropnie, krzyczała bardzo brzydkie rzeczy w moją stronę, ubrała się, zabrała tsantsę i wyszła z pokoju.

Na początku myślałem, że to taka gra wstępna, ale gdy tak leżałem przypięty do łóżka przez trzy godziny stwierdziłem, że jednak mnie okradła :(. Sytuacja zrobiła się groźna: jeśli się nie uwolnię to przepadnie mi samolot i obsługa hotelowa każe mi płacić za ten zajebiście drogi apartament! Na szczęście Conchita zostawiła różdżkę na łóżku i udało mi się ją dosięgnąć palcami stopy. Oswobodziłem się, ubrałem i teleportowałem na lotnisko.

Powiem wam, że ten lot był najdłuższym w moim życiu. Ciągle przed oczyma widziałem zawiedzioną minę Voldusia… Już mu dałem znać, ze wracam do domu i mam główkę. Co miałem robić, no co?

Rozważałem czy nie poszukać jakiejś w Londynie, na przykład gumowej w jakimś sklepie z gadżetami, albo włamać się do pracowni Severusa, bo on to zawsze miał jakieś obrzydlistwa w słoikach. Aż nagle mnie olśniło! Przecież w Błędnym Rycerzu wisiała tsantsa! Wprawdzie dość gadatliwa, ale Voldusiowi to nie będzie przeszkadzać. Powiem wam szczerze, że miałem ochotę pójść do kibla, włożyć głowę do muszli i pierdolnąć się porządnie deklem w ten pusty łeb. Kilka miesięcy spędziłem w podróżach, byłem na pustyni, w dżungli, żarłem robaki, prawie poruchałem, a tsantsa była na wyciągnięcie ręki! Argh!

Dalej możecie domyśleć się, co zrobiłem. Tych dwóch głupków z autobusu łatwo było przekonać, aby zrobili postój na siku. Stanęliśmy w jakimś polu, zawołałem ich na tył pojazdu twierdząc, że złapaliśmy gumę. Walnąłem w nich zaklęciem, wyczyściłem wspomnienia i zwinąłem główkę. Wprawdzie krzyczała, ale wsadziłem jej cukierka do ust to się zamknęła. Panie i panowie, o to ona!


Napisałem wam wszystko, niczego nie zataiłem, mam nadzieję, że nie ocenicie mnie zbyt surowo. Ja naprawdę jestem słodkim i niegroźnym, małym szczurkiem! Mówiłem, że was kocham? <3

Moja stylówka, może kogoś zainteresuje:


Ta na górze była pierwsza, ale Volduś stwierdził, że jest zbyt pedalska i kazał mi ubrać się w to:


Takie ubrania mógłby założyć każdy normalny facet ^^

Czas kończyć pisanie, obowiązki wzywają. Volduś niedługo dorośnie… chlip, wzruszyłem się. Nie wiem tylko, o co mu chodzi z tym, że mam oddać mu swoją rękę. Pewnie się wygłupia, słodki dzieciaczek <3

Pozdrófffka for all :*