Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Voldemort. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Voldemort. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 lipca 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 70 – Smutne święta



Wściekłość ogarniała Severusa za każdym razem, gdy przypominał sobie, jak dał się oszukać. Księga, która miała zawierać najgorszą czarną magię, okazała się po prostu dziennikiem czarodzieja o imieniu Ekrizdis. Snape na początku miał trudności z rozszyfrowaniem piętnastowiecznej angielszczyzny, ale gdy mu się to udało, to przekonał się, że autor zapisków był szaleńcem, lubiącym torturować mugoli dla zabawy. Ze skóry jednego z tych nieszczęśników zrobiona była okładka. Severus widywał gorsze rzeczy, ale akurat ta księga napawała go odrazą. Gdyby trafiła w jego ręce w czasie, gdy był nastolatkiem, to byłby wniebowzięty. Teraz jednak sprawa rysowała się zupełnie inaczej. Ekrizdis zbudował Azkaban i uczynił go miejscem kaźni dla żeglarzy, a po jego śmierci czarodzieje uznali, że zrobienie z niego więzienia to dobry pomysł. Severus nie raz się wzdrygał i żołądek podchodził mu do gardła, gdy czytał, co się tam działo. Od razu przypominał sobie lata, które spędził wśród zimnych, wilgotnych murów, które zdawały się przelewać w niego cierpienie setek torturowanych więźniów.
- Na to wydałem pół mojej rocznej pensji – mruknął do siebie czarodziej.
Był mocno zirytowany. Po śmierci Albusa poczuł, jakby został spuszczony ze smyczy. W końcu nie musiał ukrywać przed nim faktu, że kupuje czarnomagiczne księgi i przedmioty. Dyrektor starał się trzymać go jak najdalej od tego. Wertując od niechcenia kolejne strony dziennika, Severus kolejny raz obwiniał samego siebie. Uważał, że był skończonym głupcem. Czemu nie kazał sprzedającemu pokazać zawartości? Powinien był sprawdzić, czy ten mówi prawdę.
- Kłamstwa także nie mogę mu zarzucić. Ta księga zionie złem. Problem w tym, że nie tego oczekiwałem – pomyślał czarodziej.
Decyzję musiał podjąć szybko. Wszystko wydarzyło się niecałe trzy tygodnie przed zakończeniem wojny, w czasie gdy Severus sprawował funkcję dyrektora Hogwartu. Musiał wtedy użerać się zarówno z nauczycielami, którzy byli pewni, że jest po stronie Voldemorta, jak i z rodzeństwem śmierciożerców, które lubiło torturować uczniów. Nie chciał, aby zarówno jedni, jak i drudzy dowiedzieli się, co zaoferował mu zakapturzony czarodziej, mówiący z silnym, wschodnim akcentem, który odwiedził go w szkole. Snape był przekonany, że w księdze znajdzie zaklęcia, które pomogą mu w walce. Nie miał żadnej pewności, że Potter sobie poradzi, mimo że pomagała mu Hermiona. Wolał zabezpieczyć się na przyszłość, gdyby to on musiał zmierzyć się z Voldemortem. Niestety, nie zdążył zajrzeć do księgi po skończonej transakcji. Gdy zaniósł ją do swojego gabinetu, przyszła Alecto Carrow, aby go poinformować, że Czarny Pan czeka na niego na błoniach. Wtedy Severus podjął decyzję, że schowa swój nowy nabytek w bezpiecznym miejscu i przeczyta dopiero w dogodnym momencie. Miał mało czasu, ale wszystko poszło zgodnie z planem. Voldemort powędrował w stronę grobu Dumbledore’a, a Snape w tym czasie poszedł po księgę ukrytą w Zakazanym Lesie, pobiegł z nią za granicę Hogwartu i teleportował się na cmentarz. Ledwie udało mu się uspokoić oddech, gdy Czarny Pan pojawił się w zamku.
Severus był pewny, że zrobił dobrze. Voldemort nie musiał wiedzieć o kolejnych czarnomagicznych zaklęciach, które pomogłyby mu w opanowaniu Europy po tym, jak podbił świat czarodziejów w Wielkiej Brytanii. To było pewne jak słońce, że po śmierci Pottera, jego żądza władzy nie będzie znała granic.
- Niepotrzebnie się starałem. Mogłem ją zostawić w gabinecie – oznajmił sam sobie Severus. – Co my tu mamy? Tortury… jakiś poemat, po którym przebiegł kot… przepis na przegrzebki w winie… znowu tortury… jeszcze więcej tortur… o, zatruł się przegrzebkami… jak miło… jeden z marynarzy uciekł, ale się utopił… kolejna porcja „zabaw”… facet był naprawdę monotematyczny… Na brodę Merlina!
Oczy Severusa błyskawicznie przemykały po zapisanych słowach. Ekrizdis żalił się na jednej ze stron, że mugole zbyt szybko umierali, a nowi nie raczyli się zjawić. Nie pomagały iluzje półnagich kobiet, które miały zwabiać marynarzy do Azkabanu. Czarnoksiężnik podejrzewał, że rozeszły się plotki o zgubie, która czyha na pływających po Morzu Niemieckim. Z tego powodu miał do wyboru oszczędzanie więźniów albo pozyskiwanie nowych na lądzie. Jak wynikało z notatek, druga opcja nie przypadła Ekrizdisowi do gustu, ponieważ odczuwał lęk, że społeczeństwo czarodziejów domyśli się czegoś. Dlatego musiał jakoś wzmocnić mugoli i po kilkunastu nieudanych próbach, stworzył eliksir, który to czynił. Ingrediencje oraz sposób ich łączenia zapisał na kartach pamiętnika.
Do Snape’a dotarło, że ma wielką szansę. Gdyby udało mu się wzmocnić organizm Jean Granger i dzięki temu uratować ją od śmierci, to Hermiona rzuciłaby mu się w ramiona bez żadnej wątpliwości. Severus nie raz wspominał ten błysk w jej oczach, gdy patrzyła na niego z niekłamanym podziwem. Pamiętał słowa, które wypowiadała i jej szczery śmiech, gdy ją rozbawił. Ty naprawdę potrafisz być wspaniały. Chciał to jeszcze raz usłyszeć z jej ust. Bardzo doskwierał mu brak zainteresowania z jej strony.
- To nie będzie proste. Nie znam nazw połowy tych ingrediencji. Możliwe, że ciężko będzie je dostać, gdy już rozszyfruję, co to jest. Przepis ma ponad pięćset lat, ale wiem, że dam sobie radę – Severus uśmiechnął się pod haczykowatym nosem i zabrał się za przepisywanie wytycznych Ekrizdisa.

***

Suzanne nie przestawała gadać o swoich wymarzonych prezentach, podczas gdy Hermiona starała przypomnieć sobie, jak działa DVD. Chciała puścić bajkę, którą wypożyczyła. Czarownica usłyszała, że to tegoroczny hit, który podoba się zarówno dzieciom, jak i dorosłym. Tak przynajmniej zapewniał pracownik wypożyczalni. Hermiona uwierzyła mu na słowo, ponieważ aktualnie nie miała głowy do takich rzeczy. Była coraz bardziej przygnębiona świadomością, że jej mama może w każdej chwili umrzeć. Obejrzenie lekkiej komedii było dla niej szansą na relaks. Miała nadzieję, że chociaż przez małą chwilę zapomni o problemach.
- Gotowe! – oznajmiła z uśmiechem, gdy na ekranie telewizora pojawiło się logo wytwórni filmowej i z głośników popłynęła miła dla ucha muzyka.
- Sev! Oglądaj z nami! – głosik Suzanne zdradził obecność czarodzieja w salonie.
Hermiona zdusiła przekleństwo, które cisnęło się jej na usta. Nie miała ochoty na jego towarzystwo. Odkąd przyniosła mu galeony od Harry’ego, to zrobił się dla niej bardzo nieprzyjemny. Miała dość przytyków i drobnych złośliwości z jego strony.
- Nie sądzę, abym był zainteresowany – mruknął Snape, wpatrując się w ekran, na którym widniała księga, wzorowaną na średniowiecznej.
- … czekała w smoczym zamczysku, w najwyższej komnacie, w najwyższej wieży. Czekała na pierwszy pocałunek miłości – głos lektora płynął z głośników. - He, he, he, no to se jeszcze poczeka! – zarechotał, wyrywając stronę z księgi.
Hermiona poczerwieniała na twarzy z oburzenia, gdy zobaczyła, że posłużyła ona do podtarcia się w wygódce. Po usłyszeniu odgłosu spuszczanej wody i komentarzu: „co to za szajs?”, miała pewność, że wypożyczenie tej bajki nie było dobrą decyzją. Ze zgrozą wpatrywała się w kolejne sceny, które przedstawiały goły tyłek zielonego stwora, który przy akompaniamencie popowego przeboju, mył się i pluł błotem.
- On zamiast pasty użył robaka! – zaśmiewała się na cały głos Suzanne. – Jest tak brzydki, że pękło lustro!
- Ja chyba to zaraz wyłączę – jęknęła Hermiona słabym głosem, gdy stwór pierdział w jeziorku, co sprawiło, że zdechłe ryby zaczęły unosić się na powierzchni wody.
- Zostaw, chętnie obejrzę to cudowne… dzieło – jadowity głos Severusa dotarł do uszu czarownicy, pomimo hałasu, jaki robiła Suzanne, która śmiała się tak, że na pewno wszyscy sąsiedzi w okolicy ją słyszeli.
Hermiona zerknęła na siedzącą na kanapie postać mężczyzny i się skrzywiła, jakby zjadła coś nieświeżego. Była pewna, że spędzi miły wieczór z siostrą w czasie, gdy ich ojciec dezynfekował dom, przed przyjazdem Jean na święta. Wypożyczył lampę bakteriobójczą i korzystając z nieobecności najmłodszej pociechy, naświetlał nią kolejne pomieszczenia. Trwało to długo, dlatego Hermiona zajęła się Suzanne po pracy. Severusa nie uwzględniała w swoich planach.
- Och, to jest ogr... – oświadczył kąśliwie czarodziej, gdy zobaczył, co stwór napisał na tablicy.
- To nawet nie stało koło ogra – mruknęła Hermiona, przypominając sobie, co czytała na ich temat w bibliotece Hogwartu.
- Siadaj i nie gadaj – rozkazał Severus, pokazując miejsce koło siebie na kanapie. – Daj mi się rozkoszować tym absurdalnym połączeniem debilizmu i kretynizmu – uśmiechnął się złośliwie, gdy wieśniacy z bajki łapali za widły oraz pochodnie, które zamierzali użyć przeciwko ogrowi.
Hermiona jęknęła i z ociąganiem usiadła koło mężczyzny. Przymknęła oczy, gdy tytułowy Shrek jadł gałki oczne i bekał na płomień. Gdyby nie to, że Suzanne bawiła się świetnie, to już dawno wyłączyłaby ten pozbawiony pozytywnych treści film. Nie miała ochoty na atak histerii w wykonaniu trzylatki.
- Wina?
Dziewczyna otworzyła oczy, aby zobaczyć butelkę, którą trzymał przed jej twarzą Severus. Była wypita w jednej czwartej, co tłumaczyło jego stosunkowo dobry humor.
- Mógłbyś to schować i dokończyć, gdy dziecka nie będzie w pobliżu – syknęła ze złością.
- Są święta. Mam prawo do drobnej przyjemności.
- Zamierzasz się schlać?
- Tak, taki mam zamiar – przytaknął i pociągnął porządny łyk z butelki. – Zdradzić ci pewien sekret? – zapytał szeptem.
- Nie, dzięki – mruknęła Hermiona, wpatrując się z niesmakiem w Shreka, który mówił o breloczkach z ludzkiej wątroby i wyciskaniu białka z oczu, które smakuje najlepiej na tostach.
- Nienawidzę świąt Bożego Narodzenia – Severus zignorował odmowę dziewczyny.
Nic nie powiedziała na jego wyznanie. Popatrzyła na świąteczne ozdoby, które porozwieszała tego dnia z Suzanne i zrozumiała, czemu czarodziej nagle zapragnął się upić. Obwieszona bombkami choinka stała w kącie, tuż obok telewizora. Migające światełka poprzyczepianie były do karniszy. Na żyrandolu wisiała jemioła, w której na pewno nie roiło się od Nargli, a na drzwiach przyozdobiony kokardami wieniec z ostrokrzewu. Suzanne udekorowała szyby okienne sprejem imitującym śnieg. Zupełnie nie przeszkadzało jej, że wizerunek kotka oraz słoneczka i serduszka nie pasują do świąt.
Hermiona westchnęła potężnie, gdy patrzyła, jak Gepetto sprzedaje Pinokia. Chciała się rozerwać i zapomnieć o wszystkim na chwilę, a tu życie znowu dało jej się we znaki. Nie chcąc zostawiać Suzanne samej, oglądała dalej animację, która po pewnym czasie z niestrawnej zmieniła się w całkiem znośną. Niektóre dowcipy okazały się nie takie złe. Hermionie zdarzyło się zachichotać i przestała zwracać uwagę na Severusa, który szybko opróżniał butelkę. Z tego powodu nie zauważyła, że kilkukrotnie uniósł kąciki ust w górę, na co wpłynęła mieszanina alkoholu i parę bardziej wysublimowanych dowcipów.
- No i koniec – oznajmiła Hermiona, wyłączając telewizor.
Po seansie musiała stwierdzić, że początek był mylący. Animacja może miała kilka prostackich dowcipów, ale im bliżej końca, tym bardziej widać było, że twórcy mieli dobry pomysł na historię i morał z niej płynący. Czarownica doszła do wniosku, że Suzanne, która nie zauważyła żartów skierowanych do dorosłego widza, mogła nauczyć się, że nie należy patrzeć na wygląd, a pokochać można nawet najbrzydszą osobę.
- Lecę się bawić! – zawołała Suzanne z entuzjazmem i pobiegła po schodach na górę.
Za każdym razem, gdy przyjeżdżała do Hermiony, w jej pokoju pojawiała się nowa zabawka lub książeczka. Starsza siostra lubiła kupować młodszej jakieś drobiazgi, gdy wracała do domu metrem. Sklepy i kioski umieszczone w podziemiach oferowały niejedną atrakcję dla małych dziewczynek i Hermiona nie była w stanie się powstrzymać.
- O, jemioła – powiedział Severus pijackim tonem, gdy położył się na kanapie.
- Równie dobrze mógłbyś podziwiać sufit w swoim pokoju – stwierdziła chłodno czarownica, gdy schyliła się po butelkę, którą czarodziej zostawił na podłodze.
- Mógłbym cię pocałować! – oznajmił nieoczekiwanie, łapiąc ją za ramię.
- Ani mi się waż! – warknęła Hermiona, gdy wyrwała się z uścisku jego długich palców.
- Miałem nadzieję, że Potter gdzieś się tu ukrywa… – mruknął Severus niepocieszonym tonem. – Lubię go denerwować.
- Masz głupie pomysły! – ofuknęła go dziewczyna. – Poza tym obiecał mi, że nie będzie nas więcej szpiegować.
- Ale miał rację… – alkohol sprawił, że Severus zaczął gadać, co mu ślina na język przyniosła – my skończymy ze sobą… przecież ty… – czknął – ty sobie nikogo nie znajdziesz.
- Proszę cię, zamilknij – Hermiona modliła się w duszy, aby udało się jej odnaleźć wewnętrzny spokój.
- W sumie to masz Gumochłona…
- Jesteś pijany, uspokój się.
- Myślę, że jednak będziesz starą panną hodującą kuguchary…
- Idź do siebie! Po prostu zejdź mi z oczu! – rozkazała ostro Hermiona, stojąc nad nim z groźną miną.
- Jak chcesz – powiedział, unosząc się na łokciu.
Zanim czarownica zdążyła cokolwiek zrobić, Severus złapał ją w pół i przyciągnął do siebie na kanapę.
- Jeśli odmówisz mężczyźnie pod jemiołą, to będziesz samotna aż do śmierci – wymruczał, trzymając ją najmocniej, jak mógł.
Zarumieniona z emocji Hermiona, próbowała wyśliznąć się z jego objęć. Suzanne mogła do nich zbiec w każdej chwili i nigdy nie uda jej się przekonać małej, aby nie mówiła rodzicom o tym, co zobaczyła.
- Daj… jednego… i… cię… puszczę… - powiedział Severus z wysiłkiem, starając się utrzymać dziewczynę.
- Po… moim… trupie… - wydyszała, czując, że od zapachu wina kręci się jej w głowie.
- Pomyśl, że jesteś Fioną, a ja Shrekiem – poprosił przymilnym tonem, zaraz po tym, jak wyszarpnęła się z jego uścisku i odeszła na bezpieczną odległość, aby mieć pewność, że ponownie jej nie złapie.
- To ty nie raz narzekaleś, że brak mi wyobraźni – zripostowała, patrząc w jego zasnute mgłą oczy. – Poza tym… mam kogoś na oku – burknęła, rozcierając nadgarstki.
- Kłamiesz – uśmiech momentalnie znikł z twarzy Severusa.
- Nie kłamię. Umówiłam się z nim po świętach.
Czarodziej z trudem wstał z kanapy i bez słowa ruszył w stronę schodów. Chwiejąc się, wspiął się na nie i doszedł do drzwi do swojego pokoju. Dopiero wtedy Hermiona pozwoliła sobie na to, aby jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Dziękowała niebiosom za to, że Severus nie dowiedział się, jak bliska była spełnienia jego zachcianki. Gdyby mocniej ją trzymał, to ugięłaby się i kto wie, co mogło się dalej stać.
- Na pewno nic dobrego – zawyrokowała, idąc do pokoju Suzanne.

***

Mimo czającej się groźby świąteczny obiad minął w przyjaznej atmosferze. Jean, która ukryła łysą głowę pod chustą, uśmiechała się szeroko i cieszyła każdym drobiazgiem. Pobyt w klinice dał jej w kość równie mocno, jak choroba. Widać było, że ma dość, ale nie skarżyła się nikomu. Suzanne była zachwycona, że w końcu ma mamę i nie odstępowała jej o krok. Tylko Hermiona z ojcem wymieniali znaczące spojrzenia, które mówiły, że zastanawiają się, co będzie, gdy Jean umrze. Przez to narastało w niej wewnętrzne napięcie. Nie mogąc tego znieść, przeprosiła rodzinę i uciekła do łazienki.
- Weź się w garść, dziewczyno – powiedziała do swojego odbicia w lustrze, gdy ciężko oparła się dłońmi o umywalkę.
Z całych sił powstrzymywała się przed płaczem. Najbardziej jej było żal Suzanne. To było małe dziecko, które potrzebowało obydwoje rodziców. Hermiona swoje przeżyła, dorosła, spędziła z mamą wiele pięknych chwil. Suzanne nie miałaby z nią właściwie wspomnień. Według książki o psychologii rozwoju dzieci rzadko pamiętały cokolwiek przed swoimi czwartymi urodzinami. Ta świadomość załamała czarownicę.
- Myśl o czymś innym – poleciła samej sobie, gdy poczuła, że łzy napływają jej do oczu. – Film… był śmieszny… i na swój sposób… uroczy – szeptała z trudem. – Severus… zdenerwował mnie… jak śmiał… on… - zadrżała.
Nie mogła sobie wyobrazić pocałunku z nim. Gdyby się ugięła i ich usta się złączyły… Jakby to było? Słodko i czule? A może szybko i brutalnie?
- Na pewno niezręcznie i o smaku wina – zachichotała bezgłośnie, wpatrując się w swoje zaciśnięte na umywalce dłonie.
Przypominała sobie coraz więcej szczegółów. Siłowanie się na kanapie było zarazem okropne i ekscytujące. Hermiona jęknęła i ukryła twarz w dłoniach, gdy sobie uświadomiła, że z jednej strony nie miała na to ochoty, a z drugiej strony jakaś jej część bardzo chciała, aby sytuacja wyrwała się spod kontroli. Były to niesamowicie głupie pragnienia, które nie powinny dojść do głosu.
- Potrzebuję faceta – oświadczyła samej sobie. – Muszę pójść z kimś na randkę, bo oszaleję.
Okłamała Severusa, że ma kogoś na oku. Może to był dobry powód, aby przestać unikać mężczyzn i rozejrzeć się za kimś ciekawym? Już miała w głowie ideał: nieinteresujący się czarną magią, niebędący mordercą oraz śmierciożercą, interesujący się książkami i zdobywaniem wiedzy. Nie musiał być przystojny, ponieważ tacy najczęściej byli zadufani w sobie. Miły chłopak, starszy od niej o maksymalnie kilka lat… to by było to.
- Hermiono, co się dzieje? – pani Granger weszła do łazienki bez pukania, gdzie zastała córkę przed lustrem z niewesołą miną. – Płaczesz? – zapytała, zamykając drzwi.
Czarownica przytaknęła. Czuła, że jej duszę rozpiera tyle emocji, że nie jest w stanie zbyt wiele mówić. Tak bardzo chciałaby wszystko wyrzucić z siebie. Odciąć niczym uschniętą gałąź drzewa. Tyle różnych uczuć walczyło w niej i sprawiało ból. Byłaby wdzięczna losowi, gdyby nagle to wszystko się skończyło i mogłaby kierować się w życiu tylko czystą logiką bez sentymentów.
- Nie trać nadziei – pocieszyła ją mama. – Nawet jeśli moja choroba nie skończy się dobrze to i tak się przecież spotkamy. – Uśmiechnęła się do córki promiennie.
- Jak możesz mieć tak dobry humor? – zdziwiła się Hermiona. – Jeśli… umrzesz…
- To będę na was patrzeć z góry – pani Granger wskazała na sufit.
- Skąd masz pewność, że to tak działa? - zapytała dziewczyna, głośno przełknęła ślinę i zamilkła, ponieważ poczuła, że ma mocno ściśnięte gardło.
Ku jej zdumieniu, Jean zaczęła się śmiać. To zbiło z tropu Hermionę. Przecież nie powiedziała niczego śmiesznego.
- Och, moja maleńka – pani Granger starła dłonią łzę z policzka czarownicy. – Czasem jak się skupisz na jednej rzeczy, to nie pomyślisz o innych – zachichotała. – Opowiadałaś mi o dementorach, które wysysają duszę. O Harrym, który umarł i rozmawiał z Dumbledorem oraz widział okaleczoną postać Voldemorta. Wcześniej miał kontakt ze swoimi zmarłymi rodzicami i duchami różnych ludzi.
- Rzeczywiście! – twarz Hermiony wyrażała zarazem zaskoczenie, jak i wstyd. – Jak mogłam o tym zapomnieć? – jęknęła.
- Właśnie dlatego nie boję się śmierci. Tylko żal mi, że nie będę przy was – wyjaśniła Jean.
- Nie chcę, abyś odeszła – wyszeptała czarownica. – Boję się, jak na to zareaguje Suzanne.
- Wy mnie zastąpicie. Będziecie o mnie opowiadać, pokażecie zdjęcia i filmy, które tata kręcił kamerą…
Hermiona czuła, że to nie będzie łatwe zadanie. Nie potrafiła sobie wyobrazić, aby jej ojciec dał sobie z tym radę. Obydwojgu zajmie lata, zanim będą mogli z uśmiechem wspominać Jean. Do tego czasu Suzanne będzie pozbawiona matki i dorośnie, nie mając jej w pamięci.
- Zmieńmy temat – poprosiła czarownica, czując, że zaraz się rozklei.
- Oczywiście kochanie – przytaknęła pani Granger. – Co u Harry’ego i Ginny?
- Pogodziliśmy się. Będę druhną.
- To bardzo dobrze – pochwaliła córkę. – Z kim idziesz na wesele? – zapytała niewinnym tonem, ale kryło się pod nim coś jeszcze.
- Eee… nie wiem – zmieszała się Hermiona.
Nie miała kogo wziąć ze sobą. Jej wszyscy znajomi byli w stałych związkach. Severus miał rację, mówiąc, że niedługo zostanie jej do wyboru albo on, albo Gawain.
- Czy uważasz… w tej sytuacji… bo nie chcę, abyś pomyślała… czy myślisz, że… mogłabym z kimś…
Pani Granger przytuliła Hermionę i wyszeptała:
- Ależ oczywiście, że możesz. Od wielu miesięcy czekam na wiadomość, że w końcu się z kimś związałaś na poważnie. Nie możesz wiecznie rozpamiętywać przeszłości. Na pewno znajdziesz kogoś, kto cię pokocha, a ty jego.
Czarownica po raz pierwszy od dawna odetchnęła z ulgą. Wyrzuciła z siebie część wątpliwości i nie sprawiło to przykrości jej mamie, a tego obawiała się najbardziej. Ulżyło jej, gdy zrozumiała, że może czasem skupić się na sobie i na swoich potrzebach.
- Suzanne upiera się, że dzisiaj trzeba otworzyć prezenty. Jak sądzisz? Pozwolić jej? – Jean mrugnęła łobuzersko do córki.
- Niech jej będzie – odparła Hermiona z uśmiechem. – Na pewno ucieszy się z tego wielkiego zestawu klocków Duplo.
- Ojciec kupił jej zdalnie sterowany samochód…
- Żartujesz!
Obydwie kobiety zachichotały i wyszły z łazienki. Hermiona nie mogła doczekać się reakcji mamy na prezent od niej. Kupiła piękną, naturalną perukę i dzięki czarom, rozmnożyła ją wielokrotnie, a potem, przy pomocy Ginny, przefarbowała je na różne kolory i przycięła. Oprócz standardowych znalazły się tam neonowe szaleństwa, długie loki i krótkie na „chłopczycę”. Czarownica uśmiechnęła się do siebie. Przekonała się po raz kolejny, że nawet w najgłębszej otchłani smutku, można czasem znaleźć promyk słońca, dla którego warto żyć.

***

Severus musiał uzbroić się w cierpliwość. Do pełni zostały dwa dni i dopiero w bladym świetle pełnego księżyca będzie mógł dodać krwi nietoperza do wywaru. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, to eliksir Ekrizdisa będzie gotowy dzień przed jego czterdziestymi drugimi urodzinami. Potem sprawi, że matka Hermiony dotrwa do przeszczepu i wszystko potoczy się gładko. Współlokatorka wróciła od rodziców w tak dobrym humorze, że nawet nie wypominała mu jego pijackiego zachowania pod jemiołą. Oczywiście nie odzywała się do niego, ale to było do przewidzenia. Gdyby był na jej miejscu, też by tak postąpił. Zachował się karygodnie i nie miał nic na swoje usprawiedliwienie. Przeklinał siebie, tym bardziej że obiecywał sobie, że nie będzie się więcej upijał.
Pogrążony w zadumie mężczyzna, dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że z piętra dochodzi jakiś dziwne stukanie. Zaintrygowało go to, dlatego wyjrzał z kuchni. Po chwili ukazała się na poręczy schodów dłoń Hermiony. Severus patrzył na nią z niedowierzaniem, ponieważ paznokcie miała pomalowane lakierem w kolorze krwistej czerwieni. Kilka sekund później pojawiła się w salonie właścicielka ręki, ubrana w długą, czarną sukienkę z rozcięciem na biodrze. Stukanie pochodziło od wysokich szpilek, które czarownica miała na nogach.
- Jak wyglądam? – pomalowane na karminowo wargi uśmiechnęły się do Severusa.
- Jak ofiara nieudanej transmutacji w żyrafę – prychnął. – Zabijesz się w tych butach.
- Możliwe – przyznała Hermiona, przeglądając się w lustrze i poprawiając naszyjnik.
- Istnieje możliwość, że zamarzniesz. Masz świadomość, że jest koniec grudnia?
- Mam, ale nie mogę pójść na randkę w byle czym – odparła słodkim tonem. – Kojarzysz Garetha Bloomsbury? Krukon, starszy ode mnie o trzy lata…
Severus uniósł brwi. Czy ona naprawdę uważała, że pamięta każdego ucznia, którego uczył w Hogwarcie?
- Zapamiętałem tylko tych, którzy byli wybitni lub wybitnie irytujący. On nie należy ani do jednych, ani do drugich – odparł chłodno. 
Dziewczyna wzruszyła ramionami i podeszła do szafy, aby wyjąć z niego płaszcz, czapkę, szalik i rękawiczki. Snape obserwował, jak wszystko zakłada na siebie i wychodzi. To zrodziło w jego duszy złość. Aby dać upust swoim emocjom, kopnął stołek, który wywinął koziołka i znieruchomiał po chwili na podłodze w kuchni. Severus nie mógł skojarzyć, kim jest Gareth Bloomsbury, ale miał nadzieję, że szybko przytrafi mu się naprawdę nieszczęśliwy wypadek, który odizoluje go od Hermiony na zawsze.

czwartek, 6 października 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 16 – Pierwszy miesiąc roku szkolnego!


Witam moich fanów!
Pisze dla was Glizdek :D

Minął pierwszy miesiąc nowego roku szkolnego! Jak ja się cieszę!

Ten przeklęty gówniarz Draco wrócił do budy, więc mam jego pokój tylko dla siebie. Wiecie, jakie to było okropne, gdy mieszkałem razem z nim? Lucek i Cyśka na początku nie chcieli o tym słyszeć, ale ostatnio Volduś jest dla mnie łaskawy, więc kazał im dać coś lepszego dla mnie niż komórkę na ziemniaki. Stwierdził, że jego sługa nie powinien spać na workach. Nawet nie wiecie jak okropnie mi się wszystko wżynało! Dlatego dostałem dmuchany materac i własny kąt u gówniaka.

Jeżuniu malusieńki! Jaki ten dzieciak jest wkurzający! Ciągle tylko mazgaił się i jęczał. Jestem pewny, że w wieku piętnastu lat nie byłem taki jak on! „Mameee! Wywal go!”. „Tateeee, on mi pornosy zabiera!”. Tak właśnie krzyczał. A ja tylko chciałem zabrać coś do poczytania do wygódki. Wiecie, kibelek, ciepło, wygodnie to pooglądać można panienki. Tylko trzeba uważać na „Kącik Miłości Ganimedesa” bo tam sami chłopcy są. Wiecie, oczy pękają na widok tych bezeceństw.

Przed chwilą poprawiałem poduszki aby mi się wygodniej siedziało podczas pisania dla was, gdy odkryłem, że Draco trzyma pod nimi zdjęcie laski! Łochochocho! Ale mam świetny materiał na szantaż! Ja wiedziałem, że młody robi sobie wieczorami dobrze, gdy myśli, że śpię, ale nie sądziłem, że czuje ciągoty do tej szlamowatej przyjaciółki Pottera! No, no! Jak by się Lucek z Cyśką dowiedzieli… Hłe, hłe. Zobaczymy kto w ferie będzie górą! :D

Pewnie spytacie się co tam słychać u Voldusia? Jak sobie radzi jako dorosły osobnik?

Jest bardzo dobrze. Nie raz mówiłem, że Mój Pan jest Miszczem Zua :D. Wiecie co wymyślił? Że siedzimy na dupie i prawie nic nie robimy. Nawet nie wiecie jak mi to dopowiada ^^. Mam czas aby całymi dniami oglądać anime i żłopać piwko. Czasem tylko Volduś do mnie wpadnie i każe mi napisać do Knota. Takie tam głupoty. Na przykład:

Śmierdzisz jak stara smocza wątroba, jesteś głupi i masz wszy na jajkach, a ja i tak przejmę władzę w ministerstwie przy pomocy Harry’ego!

Wydaje się niezbyt mądre prawda?

He, he, to poczekajcie, aż wam zdradzę wielki sekret mego Miszcza Zua!
W pięty wam pójdzie.
A więc…
Chwila napięcia!
Sekundka….
Już za chwilę poznacie sekret!
Prawie, prawie…
Ha, ha, żartuję nic nie powiem!
A może jednak?
Błagacie?
Prosicie?
Padacie na kolana!?
No dobra!
Zmusiliście mnie!
Znajcie moje miękkie serce!
Powiem wam!

…

Podpisuję te listy jako Dumbledore, ha, ha!

No czyż Volduś nie jest przegenialny? Knot gotuje się w środku, leci z mordą do Dumbla, ten patrzy się na niego jak na debila, tamten się wkurza, bo nie można patrzeć na niego jak na debila więc ucieka do Proroka aby zmówić artykuł o tym, że Dumbel jest głupi i ma wszy na jajkach, a Harry jest upośledzony i mózg mu przez bliznę wypłynął… I tak dalej, i tak dalej. Pewnie jesteście ciekawi skąd to wiem?
No to zdradzę wam kolejny sekret!

…

No dobra, tym razem nie będę przedłużał.

W gabinecie Dyrcia Junior zainstalował kamery. Wiecie, jak jeszcze żył. Bo nie wspominałem, że teraz jest warzywkiem po tym jak dementor dopadł. Chujowa sprawa, ale takie jest życie. Przynajmniej już nie będzie więcej pisał do mojego Voldusia na papeterii w Kucyki Pony <3.

Tak, wiem, że właśnie macie totalnego zonka. Jak to kamery? Od kiedy elektronika działa w Hogwarcie? Ha! Tym razem to mój przegenialny mózg zauważył, że jakoś mogę korzystać z laptopa. Wtedy zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się dzieje. W mojej głowie zaczęły pojawiać się pytania. Dokąd zmierzamy? Czy istnieje większa siła na świecie? Czemu Angelina i Brat się rozwodzą? Co jest po śmierci? Ile razy Maryla Rodowicz będzie śpiewać na Sylwestrze? Czy eutanazja jest odpowiedzią na ból i cierpienie? Czy telefon komórkowy będzie działać w Hogwarcie? Ostatnie pytanie było najważniejsze, inne rozwiążę w wolnej chwili.

Dałem komórkę Juniorowi i kazałem zadzwonić. Zadzwonił. Odebrałem. Czyli te wszystkie stwierdzenia, że sprzęt mugoli pod wpływem magii nie działa to była ściema! Później załapałem czemu: łatwiej opanować Draco i innych tego typu gówniarzy nie pozwalając im wrzucać słit foci na fejsika. Albo nie zadzwoni taki do matki aby poskarżyć się, że jego kolegę bazyliszek zamienił w kamień, albo, że troll se łazi po lochach, albo, że Severus się nad nim znęca psychicznie tak, że dzieciak się tnie przed każdą lekcją eliksirów. Ten Dumbldeore ma głowę nie od parady! O ile mniej problemów! Taki właśnie powinien być każdy pedagog :D.

Kurde… popisałbym jeszcze, ale Voldek ogłosił, że dzisiaj wszyscy muszą się stawić na ćwiczeniach antypożarowych. Lucek nie ma w domu nawet gaśnicy w razie pożaru! Voldemort się wkurzył bo jak to. Różdżka ci wypadnie i jak ugasisz płomienie? O tym ten blond kretyn nie pomyślał! Jejciu, Volduś jest taki kochany, że tak o nas dba <3

Lecę, bo nie chcę dostać Cruciem, a to mnie czeka jeśli się spóźnię.

Wiecie, że was kocham XOXOXOXO
Papatki :*

Wasz Glizduniek ^^

czwartek, 16 czerwca 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 15 – Król Volduś!

Hejka!

Już po wszystkim… Voldek urósł, już nie jest dzieciaczkiem, chlip :(. Już więcej nie będę mu zmieniał pieluszki… to takieee smutneeee (płaczę).

Ale! Ale!
Powinienem wam napisać co i jak. No więc to było tak: mieliśmy już gotowy eliksir, Gandalf podrzucił kocioł i poleciał po elfów, bo ich potrzebował do jakiejś bitwy pod Hełmowym Jar-Jarem. Barty Junior przysłał pocztówkę, że Potter jest gotowy do transportu. Voldek bardzo z tego powodu się ucieszył. Najpierw kazał się mi znowu przenieść do Little Hangleton (tam gdzie jest chata jego starego), a potem zorganizować mu imprezkę na cmentarzu.
– Super – pomyślałem. – Ja tu płaczę za moją ręką, a ten mi jeszcze roboty dowala!

Ale gdy później zacząłem to rozważać, to stwierdziłem, że Volduś się pewnie o mnie martwił i chciał zająć czymś moje myśli. Jaki on kochany <3 Gdy skończyłem spytałem się jaki jest harmonogram imprezy. Blab, bla, bla, wsadzisz mnie do kotła, bla, bla, bla, wrzucić kości mojego starego, bla, bla, bla, utniesz se rękę nożem…

Zaraz, zaraz! Uciąć rękę nożem!?

Powiedział to takim tonem jakby mi tłumaczył jak zbiera się grzyby. Wiecie: złapać, uciąć, wsadzić do koszyka (tylko, że w moim przypadku do kotła). No rzesz w mordę jeża! To klasyczne naruszenie nietykalności cielesnej! Co ja jestem? Występuję w jakimś filmie? W „Pile” może!?


Zdenerwowałem się. Stwierdziłem, że czegoś takiego na trzeźwo się nie da zrobić. Rozważałem najebanie się wódką, ale ostatnią wypiłem (tą od Lamii, dobra była!). Postanowiłem, że zajrzę do moich zapasów, aby sprawdzić co mogę łyknąć. Dobrze zrobiłem, znalazłem Ayahuasce w butelce co mi Indianie dali na drogę. Łyknąłem zdrowo, drugi raz, trzeci i… poczułem, że Voldemort jest Simbą, a ja jestem Rafiki. Musiałem mu pomóc stać się nowym królem po śmierci Mufasy! Wszystko ułożyło się w logiczną całość! :D Tak wiec pełny sił poleciałem na cmentarz. Voldek był już gotów, Nagini niedaleko krążyła i śpiewała „Krąg Życia”.


To było takie piękne! Chlip! Aż się popłakałem ze wzruszenia!
Kiedy wszystko było przygotowane, czekaliśmy na Skazę. Szybko przyleciał… ale nie był sam! Miał przy sobie hienę :/.

Voldek kazał jebnąć to jebnąłem, nie wiedziałem, w którego trafię, ale padł ten co miał paść więc było dobrze. Przywiązałem Skazę do nagrobka, aby mógł patrzeć jak Simba się odradza. Podniosłem go z szacunkiem i wrzuciłem do kotła:


Następnie doprawiłem wywar z Voldka kośćmi jego starego. Wprawdzie uważam, że rosołek jest lepszy na świeżych, ale skoro mój Pan życzył sobie stare gnaty, to ja tak robię. Potem uciąłem sobie rękę. Zdziwiłem się, że nawet mnie to nie obeszło. Krzyknąłem, bo byłem zdumiony efektem! Tak pięknie leciała posoka, jak w filmach typu gore!

Mały dopisek abyście zapamiętali: nie robiłem tego na trzeźwo, nikt na trzeźwo nie ucina sobie ręki! To tak jakby oglądać „Pasję” Gibsona nie najebawszy się wcześniej! Tylko psychopaci wytrzymują coś takiego bez używek! Dzieci! Nie próbujcie tego w domu! (ani ucinania ręki, ani oglądania „Pasji”)

Następnie spuściłem trochę krwi Skazie i wlałem do kotła. Mówię wam, jakie emocje: ja krwawię, Skaza krwawi, Voldek się topi, rosołek się pieni, a Nagini śpiewa „Hakuna Matata”!


Popłakałem się drugi raz, to było takie piękne i wzruszające! Voldek ostatecznie wylazł z kotła, jako dorosły Simba! Kazał podać sobie szatę i założył ją nucąc pod brakiem nosa „I'm too sexy for my Salazar”. Jego promienie zajebistości poleciały w górę i wypełniły wszechświat wezwaniem. Dlatego zaraz koło niego pojawiły się kociaki… to znaczy Śmierciożercy. Taka impreza! Zostaję do piątku! Tym bardziej, że Volduś wzruszył się moim poświęceniem i wyczarował mi nową rękę. Taką to ja rozumiem! Jestem jak jakiś Terminator czy Robocop! <3 Będę rwał panienki!

Co się później działo… nie wiem do końca. Film zaczął mi się urywać. Połączyłem się w jedność ze wszechświatem i próbowałem rozwiązać problemy egzystencjalne tego świata. Siedziałem obok Leonarda da Vinci i gadaliśmy jak chodzenie po księżycu wpływa na ekosystem dinozaurów za czasów panowania Ramzesa II. Totalny odlot! Gdy się obudziłem było po wszystkim: Voldek z Nagini przenieśli mnie do domu Lucka Malfoya, Skaza (czyli Harry jakbyście zapomnieli) spierdzielił w podskokach przy okazji zabierając resztki hieny…

Po wszystkim dochodziłem do siebie przez tydzień. Więcej nie piję Ayahuasca, nie ma głupich. Następnym razem wyląduje na innej planecie, albo wyda mi się, że mój świat jest nieprawdziwy, a ja nie istnieję. Na przykład, że jest to książka dla młodzieży napisana przez kobietę w średnim wieku pogrążoną w depresji. Nie, to byłby jakiś koszmar :(

Teraz idę skorzystać z łazienki dla gości w Malfoy Manor. Mówię wam, mają świetne Bio Eko Organic Cocos Mydłos! Czas na białe szaleństwo :D

Wasz pucu-pucu Glizdek :*

czwartek, 19 maja 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 14 – Ku pamięci

Witam was…
Jestem pogrążony w smutku…
Moje życie znowu jest do bani…
Ech… Buuuu… Chlip! Chlip! Cierpię!
Mą duszę rozrywają piekielne męki, oczodoły mi płoną, a trzewia wypełnia lawa…
Tak to wszystko widzę (wizualizacja w zaawansowanym programie graficznym):



Tak mniej więcej się czuję odkąd Volduś zdecydował, że mam mu oddać swoją rękę :(
Na początku myślałem, że chodzi mu o ślub, ale szybko wyprowadził mnie z błędu (a Nagini na mnie fochnęła, zazdrośnica jedna!). Mam sobie odciąć rąsię i oddać mu w ofierze! Buuu!

Staram się znaleźć plusy tej sytuacji: dobrze, że nie oko… albo nogę… albo wacusia. To ostatnie byłoby niefajne, naprawdę niefajne :( Może lepiej, że to tylko ręką, w końcu mam drugą. Bez dwóch byłoby ciężko. Ech, dlaczego nie poprosił o nerkę? Albo kawałek wątroby?

Te myśli powodują, że widzę małe promyki nadziei (wizualizacja w zaawansowanym programie graficznym):


Na cześć mojej ręki zrobiłem także coś takiego:


Ten obraz znakomicie oddaje co teraz właśnie czuję :(

Tak swoją drogą, czy mówiłem wam, co się ostatnio stało? Nie, nie napisałem… Senior zwiał! Brałem prysznic, a on puff i go nie ma. No to był cios poniżej pasa! Przecież nie zrobiliśmy mu nic złego! Był z nami na wakacjach, Voldek trochę się nad nim pastwił, ale przecież dziecku można wybaczyć te wszystkie cruciatusy. Traktowaliśmy go dobrze: mieszkaliśmy z nim, braliśmy kasę z jego konta (ale za to czasem mógł pograć na konsoli!), pozwalaliśmy spać w budzie, która stała w ogródku (kiedyś miał cerbera, ale głowy się zagryzły), nawet czasem spuszczaliśmy go z łańcucha, aby wypił ze mną piwko! Ja chłopa zupełnie nie rozumiem :(

Gdy Volduś odkrył jego ucieczkę, wpadł w szał. Już był o cal aby oddać mój nabiał Nagini, ale się powstrzymał (teraz wiem, ze chodziło mu o moja rąsię, buuu!). Za pomocą zainstalowanego pod skórą chipa namierzyliśmy Seniora (tak, weterynarz trochę się zdziwił, ale gdy dostał gotówkę do ręki to o nic nie pytał). Junior go dopadł i ukatrupił. Masz ci los, raz chwała, później chała. Miał chłop niefart w życiu, prawie jak ja…

Teraz tak wygląda:


Junior wysłał nam MMSa, aby pochwalić się dobrze wykonaną robotą. A to lizus jeden! Szkoda, że Volduś nie chce jego ręki… Mówił mi, że Barty będzie mu jeszcze potrzebny, aby ściągnąć tutaj Pottera. Nie mam pojęcia, co oni kombinują. Przecież chłopak jest silnie chroniony: Albus i reszta czuwają. Jeszcze się okaże, że Junior zmajstruje nielegalnego świstoklika i po prostu wyśle Harry’ego do nas. To by było totalnie głupie, gdyby nikt nie brał pod uwagę takiej możliwości…. Chociaż uważam, że lepiej by było po prostu chłopaka uśpić i wejść do kominka, po czym przylecieć tutaj siecią Fiuu, ewentualnie teleportować się. Ale mnie o zdanie nikt nigdy nie pyta, chlip…

Pozdrawiam smutno i idę topić lęki w wódce, co mi ostatnio Lamia przesłała.
Dziękuję, kochana jesteś! :*
Pa!

Wasz Glizdogon zwany Jędnorękim

czwartek, 5 maja 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 13 – O tym jak zostałem (prawie) wyruchany i w jaki sposób dokończyłem misję

Elooooo Zioooomy!
Przed wami… Dj Glizda!


He, he, taki żarcik :). Rozumiecie... tej piosenki nie stworzyłem :P

Obiecałem, że wam opowiem, co było jak dotarłem do Meksyku w Meksyku… tak się teraz zastanawiam czy opisywać, co się działo dalej, ponieważ to troszeczkę żenujące… ale obiecałem, to chyba muszę… :(

No dobra, może mnie nie ocenicie źle. Wierzę w was! <3

Byłem w Meksyku w Meksyku i stwierdziłem, że skoro mam główkę to mogę trochę poimprezować zanim wrócę do Voldusia. Szczerze mówiąc to odzwyczaiłem się trochę od gotowania zupek i wyrzucania kupki z nocnika. Pomyślałem: „niech się jeszcze trochę senior pomęczy!”. Tak też zrobiłem, złapałem ciężarówkę i pojechałem na Florydę do Disneylandu. Zawsze o tym marzyłem! Wybawiłem się jak jeszcze nigdy w życiu! Było super, kupiłem sporo pamiątek i wysłałem paczką do Anglii ^^.

Wiecie, musiałem kraść kasę… nie abym był z tego dumny, ale Voldek nie chciał mi niczego przesłać :/ (Sknerus jeden!). Ale wydawałem to wszystko na jedzenie i przetrwanie (w Disneylandzie musiałem wykupić wejściówkę, ponieważ ciężko jechać rollercoasterem, jako szczur – nie mają specjalnych zabezpieczeń dla nas! Skandal!). Trochę odłożyłem i kupiłem bilet na samolot, który miał mnie zabrać do Londynu. Była godzina dwudziesta, a lot miałem z samego rana, więc pomyślałem sobie, że zaszaleję! Ten jeden, jedyny raz…

Zwinąłem jakiemuś gościowi garniak i poszedłem w nim do jakiejś super-duper-ekstra-naładowanej-gwiazdkami restauracji. Chciałem spróbować jak smakuje wykwintne żarcie. Nie było mnie stać, ale pomyślałem, że znowu zrobię numer z pójściem do toalety, gdzie zamienię się w szczura i spierdzielę kanałami. Kelnera walnąłem „confundusem”, więc mnie wpuścił bez problemu. Powiem wam szczerze, że to żarcie za kilka tysięcy dolarów takie sobie było. Zamówiłem stek z krokodyla, którego upolował Chuck Norris, w sosie truflowym, stare śmierdzące sery sporządzone z mleka krów, które są masowane i pojone szampanem, wino pamiętające Napoleona (w smaku wykrzywiające ryj) i do tego lody z dwudziestu odmian czekolady pokryte złotem. Ohyda! Ale za to potem srałem złotem przez jakiś czas! :D

A teraz…. zaczyna się ta gorsza przygoda :(. Mój plan działał, najadłem się, napiłem, wszyscy wokół mnie skakali jakbym jakimś był królem czy co, ogólnie git-majonez-śmietana :). Gdy poczułem, że zbliża się czas ucieczki wstałem i poszedłem do toalety. No plan idealny! Co mogło pójść nie tak? Przy toalecie stała ONA.
- Nazywam się Conchita Lasencja Dupencja – mówi do mnie.
Nogi długie, aż do ziemi, pełne usta jak u glonojada, długie, rude włosy, cycki jak balony Pameli Anderson… Wyglądała mnie więcej tak:


Nawet Volduś by się skusił! Popatrzyła się na mnie tak jakbym był wielkim ciachem przekładanym malinowym kremem i posypanym wiórkami czekoladowymi. Przynajmniej tak mi się zdaje, ponieważ oblizała się jakby miała ochotę na deser. Musiałem coś wymyślić! No musiałem!
- Jestem Stephen Hawking! – oznajmiłem.



To było pierwsze nazwisko, które przyszło mi do głowy. Conchita uniosła pięknie narysowaną brew w górę.
- Ten naukowiec? – spytała.
- Tak – brnąłem w to dalej.
- Nie powinieneś jeździć na wózku?
- Jestem tak genialny, że sam siebie wyleczyłem – oznajmiłem i wypiąłem dumnie pierś. – Wiesz, jak na sławnego medyka przystało.

Zatkało ją z wrażenia! Pomyślałem sobie: „oj, poruchasz dzisiaj Glizduś, poruchasz!”. Byłem w siódmym niebie, ponieważ odgadła moje myśli. Złapała mnie za rękę i powiedziała, że chce iść ze mną do mojego pokoju hotelowego. Zgodziłem się od razu! Problemem było to, że miałem uciec… ale czekała na mnie gorąca laska… musiałem, no musiałem! Kazałem jej iść do wyjścia, a sam rzucałem na wszystkich „confundusa”. Wmówiłem kelnerowi, że jestem Stephen Hawking i zapłacę następnym razem. Zgodził się! Uffff…

Wylądowałem z Conchitą Dupencją w jakimś ekskluzywnym hotelu, gdzie zrobiłem to samo, co w super-duper-ekstra-naładowanej-gwiazdkami restauracji. Nie wiem czy to czyta Stephen Hawking, ale bardzo go przepraszam za nabicie mu rachunku na ponad sto tysięcy dolców. Oddam… na pewno kiedyś oddam…

Teraz będzie gorąco! Conchita zaczęła mnie namiętnie całować i rozbierać. Rzuciła mnie na łóżko! Była taka gorąca, że skończyłem w międzyczasie z dwa razy (ale chyba tego nie zauważyła). W pewnym momencie wyjęła z torebki kajdanki i powiedziała, że jestem niegrzecznym chłopcem, więc mnie przypnie do tego zajebistego, królewskiego łoża. Dla poruchania zgodziłbym się na wszystko i dlatego przytaknąłem. I to był błąd! Bo to zła kobieta była…

Przypięła mnie i… skoczyła od razu do moich ciuchów. Przegrzebała wszystkie kieszenie i wyciągnęła z nich różdżkę, portfel i tsantsę. Nie była zadowolona, gdy nie znalazła kasy i kard kredytowych. Szczerze mówiąc miałem w portfelu tylko dwa guziki od marynarki, zdjęcie nagiego Voldusia w wanience, ćwierć dolara i kawałek sznurka. Zdenerwowała się okropnie, krzyczała bardzo brzydkie rzeczy w moją stronę, ubrała się, zabrała tsantsę i wyszła z pokoju.

Na początku myślałem, że to taka gra wstępna, ale gdy tak leżałem przypięty do łóżka przez trzy godziny stwierdziłem, że jednak mnie okradła :(. Sytuacja zrobiła się groźna: jeśli się nie uwolnię to przepadnie mi samolot i obsługa hotelowa każe mi płacić za ten zajebiście drogi apartament! Na szczęście Conchita zostawiła różdżkę na łóżku i udało mi się ją dosięgnąć palcami stopy. Oswobodziłem się, ubrałem i teleportowałem na lotnisko.

Powiem wam, że ten lot był najdłuższym w moim życiu. Ciągle przed oczyma widziałem zawiedzioną minę Voldusia… Już mu dałem znać, ze wracam do domu i mam główkę. Co miałem robić, no co?

Rozważałem czy nie poszukać jakiejś w Londynie, na przykład gumowej w jakimś sklepie z gadżetami, albo włamać się do pracowni Severusa, bo on to zawsze miał jakieś obrzydlistwa w słoikach. Aż nagle mnie olśniło! Przecież w Błędnym Rycerzu wisiała tsantsa! Wprawdzie dość gadatliwa, ale Voldusiowi to nie będzie przeszkadzać. Powiem wam szczerze, że miałem ochotę pójść do kibla, włożyć głowę do muszli i pierdolnąć się porządnie deklem w ten pusty łeb. Kilka miesięcy spędziłem w podróżach, byłem na pustyni, w dżungli, żarłem robaki, prawie poruchałem, a tsantsa była na wyciągnięcie ręki! Argh!

Dalej możecie domyśleć się, co zrobiłem. Tych dwóch głupków z autobusu łatwo było przekonać, aby zrobili postój na siku. Stanęliśmy w jakimś polu, zawołałem ich na tył pojazdu twierdząc, że złapaliśmy gumę. Walnąłem w nich zaklęciem, wyczyściłem wspomnienia i zwinąłem główkę. Wprawdzie krzyczała, ale wsadziłem jej cukierka do ust to się zamknęła. Panie i panowie, o to ona!


Napisałem wam wszystko, niczego nie zataiłem, mam nadzieję, że nie ocenicie mnie zbyt surowo. Ja naprawdę jestem słodkim i niegroźnym, małym szczurkiem! Mówiłem, że was kocham? <3

Moja stylówka, może kogoś zainteresuje:


Ta na górze była pierwsza, ale Volduś stwierdził, że jest zbyt pedalska i kazał mi ubrać się w to:


Takie ubrania mógłby założyć każdy normalny facet ^^

Czas kończyć pisanie, obowiązki wzywają. Volduś niedługo dorośnie… chlip, wzruszyłem się. Nie wiem tylko, o co mu chodzi z tym, że mam oddać mu swoją rękę. Pewnie się wygłupia, słodki dzieciaczek <3

Pozdrófffka for all :*