Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Volduś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Volduś. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 października 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 16 – Pierwszy miesiąc roku szkolnego!


Witam moich fanów!
Pisze dla was Glizdek :D

Minął pierwszy miesiąc nowego roku szkolnego! Jak ja się cieszę!

Ten przeklęty gówniarz Draco wrócił do budy, więc mam jego pokój tylko dla siebie. Wiecie, jakie to było okropne, gdy mieszkałem razem z nim? Lucek i Cyśka na początku nie chcieli o tym słyszeć, ale ostatnio Volduś jest dla mnie łaskawy, więc kazał im dać coś lepszego dla mnie niż komórkę na ziemniaki. Stwierdził, że jego sługa nie powinien spać na workach. Nawet nie wiecie jak okropnie mi się wszystko wżynało! Dlatego dostałem dmuchany materac i własny kąt u gówniaka.

Jeżuniu malusieńki! Jaki ten dzieciak jest wkurzający! Ciągle tylko mazgaił się i jęczał. Jestem pewny, że w wieku piętnastu lat nie byłem taki jak on! „Mameee! Wywal go!”. „Tateeee, on mi pornosy zabiera!”. Tak właśnie krzyczał. A ja tylko chciałem zabrać coś do poczytania do wygódki. Wiecie, kibelek, ciepło, wygodnie to pooglądać można panienki. Tylko trzeba uważać na „Kącik Miłości Ganimedesa” bo tam sami chłopcy są. Wiecie, oczy pękają na widok tych bezeceństw.

Przed chwilą poprawiałem poduszki aby mi się wygodniej siedziało podczas pisania dla was, gdy odkryłem, że Draco trzyma pod nimi zdjęcie laski! Łochochocho! Ale mam świetny materiał na szantaż! Ja wiedziałem, że młody robi sobie wieczorami dobrze, gdy myśli, że śpię, ale nie sądziłem, że czuje ciągoty do tej szlamowatej przyjaciółki Pottera! No, no! Jak by się Lucek z Cyśką dowiedzieli… Hłe, hłe. Zobaczymy kto w ferie będzie górą! :D

Pewnie spytacie się co tam słychać u Voldusia? Jak sobie radzi jako dorosły osobnik?

Jest bardzo dobrze. Nie raz mówiłem, że Mój Pan jest Miszczem Zua :D. Wiecie co wymyślił? Że siedzimy na dupie i prawie nic nie robimy. Nawet nie wiecie jak mi to dopowiada ^^. Mam czas aby całymi dniami oglądać anime i żłopać piwko. Czasem tylko Volduś do mnie wpadnie i każe mi napisać do Knota. Takie tam głupoty. Na przykład:

Śmierdzisz jak stara smocza wątroba, jesteś głupi i masz wszy na jajkach, a ja i tak przejmę władzę w ministerstwie przy pomocy Harry’ego!

Wydaje się niezbyt mądre prawda?

He, he, to poczekajcie, aż wam zdradzę wielki sekret mego Miszcza Zua!
W pięty wam pójdzie.
A więc…
Chwila napięcia!
Sekundka….
Już za chwilę poznacie sekret!
Prawie, prawie…
Ha, ha, żartuję nic nie powiem!
A może jednak?
Błagacie?
Prosicie?
Padacie na kolana!?
No dobra!
Zmusiliście mnie!
Znajcie moje miękkie serce!
Powiem wam!

…

Podpisuję te listy jako Dumbledore, ha, ha!

No czyż Volduś nie jest przegenialny? Knot gotuje się w środku, leci z mordą do Dumbla, ten patrzy się na niego jak na debila, tamten się wkurza, bo nie można patrzeć na niego jak na debila więc ucieka do Proroka aby zmówić artykuł o tym, że Dumbel jest głupi i ma wszy na jajkach, a Harry jest upośledzony i mózg mu przez bliznę wypłynął… I tak dalej, i tak dalej. Pewnie jesteście ciekawi skąd to wiem?
No to zdradzę wam kolejny sekret!

…

No dobra, tym razem nie będę przedłużał.

W gabinecie Dyrcia Junior zainstalował kamery. Wiecie, jak jeszcze żył. Bo nie wspominałem, że teraz jest warzywkiem po tym jak dementor dopadł. Chujowa sprawa, ale takie jest życie. Przynajmniej już nie będzie więcej pisał do mojego Voldusia na papeterii w Kucyki Pony <3.

Tak, wiem, że właśnie macie totalnego zonka. Jak to kamery? Od kiedy elektronika działa w Hogwarcie? Ha! Tym razem to mój przegenialny mózg zauważył, że jakoś mogę korzystać z laptopa. Wtedy zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się dzieje. W mojej głowie zaczęły pojawiać się pytania. Dokąd zmierzamy? Czy istnieje większa siła na świecie? Czemu Angelina i Brat się rozwodzą? Co jest po śmierci? Ile razy Maryla Rodowicz będzie śpiewać na Sylwestrze? Czy eutanazja jest odpowiedzią na ból i cierpienie? Czy telefon komórkowy będzie działać w Hogwarcie? Ostatnie pytanie było najważniejsze, inne rozwiążę w wolnej chwili.

Dałem komórkę Juniorowi i kazałem zadzwonić. Zadzwonił. Odebrałem. Czyli te wszystkie stwierdzenia, że sprzęt mugoli pod wpływem magii nie działa to była ściema! Później załapałem czemu: łatwiej opanować Draco i innych tego typu gówniarzy nie pozwalając im wrzucać słit foci na fejsika. Albo nie zadzwoni taki do matki aby poskarżyć się, że jego kolegę bazyliszek zamienił w kamień, albo, że troll se łazi po lochach, albo, że Severus się nad nim znęca psychicznie tak, że dzieciak się tnie przed każdą lekcją eliksirów. Ten Dumbldeore ma głowę nie od parady! O ile mniej problemów! Taki właśnie powinien być każdy pedagog :D.

Kurde… popisałbym jeszcze, ale Voldek ogłosił, że dzisiaj wszyscy muszą się stawić na ćwiczeniach antypożarowych. Lucek nie ma w domu nawet gaśnicy w razie pożaru! Voldemort się wkurzył bo jak to. Różdżka ci wypadnie i jak ugasisz płomienie? O tym ten blond kretyn nie pomyślał! Jejciu, Volduś jest taki kochany, że tak o nas dba <3

Lecę, bo nie chcę dostać Cruciem, a to mnie czeka jeśli się spóźnię.

Wiecie, że was kocham XOXOXOXO
Papatki :*

Wasz Glizduniek ^^

czwartek, 16 czerwca 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 15 – Król Volduś!

Hejka!

Już po wszystkim… Voldek urósł, już nie jest dzieciaczkiem, chlip :(. Już więcej nie będę mu zmieniał pieluszki… to takieee smutneeee (płaczę).

Ale! Ale!
Powinienem wam napisać co i jak. No więc to było tak: mieliśmy już gotowy eliksir, Gandalf podrzucił kocioł i poleciał po elfów, bo ich potrzebował do jakiejś bitwy pod Hełmowym Jar-Jarem. Barty Junior przysłał pocztówkę, że Potter jest gotowy do transportu. Voldek bardzo z tego powodu się ucieszył. Najpierw kazał się mi znowu przenieść do Little Hangleton (tam gdzie jest chata jego starego), a potem zorganizować mu imprezkę na cmentarzu.
– Super – pomyślałem. – Ja tu płaczę za moją ręką, a ten mi jeszcze roboty dowala!

Ale gdy później zacząłem to rozważać, to stwierdziłem, że Volduś się pewnie o mnie martwił i chciał zająć czymś moje myśli. Jaki on kochany <3 Gdy skończyłem spytałem się jaki jest harmonogram imprezy. Blab, bla, bla, wsadzisz mnie do kotła, bla, bla, bla, wrzucić kości mojego starego, bla, bla, bla, utniesz se rękę nożem…

Zaraz, zaraz! Uciąć rękę nożem!?

Powiedział to takim tonem jakby mi tłumaczył jak zbiera się grzyby. Wiecie: złapać, uciąć, wsadzić do koszyka (tylko, że w moim przypadku do kotła). No rzesz w mordę jeża! To klasyczne naruszenie nietykalności cielesnej! Co ja jestem? Występuję w jakimś filmie? W „Pile” może!?


Zdenerwowałem się. Stwierdziłem, że czegoś takiego na trzeźwo się nie da zrobić. Rozważałem najebanie się wódką, ale ostatnią wypiłem (tą od Lamii, dobra była!). Postanowiłem, że zajrzę do moich zapasów, aby sprawdzić co mogę łyknąć. Dobrze zrobiłem, znalazłem Ayahuasce w butelce co mi Indianie dali na drogę. Łyknąłem zdrowo, drugi raz, trzeci i… poczułem, że Voldemort jest Simbą, a ja jestem Rafiki. Musiałem mu pomóc stać się nowym królem po śmierci Mufasy! Wszystko ułożyło się w logiczną całość! :D Tak wiec pełny sił poleciałem na cmentarz. Voldek był już gotów, Nagini niedaleko krążyła i śpiewała „Krąg Życia”.


To było takie piękne! Chlip! Aż się popłakałem ze wzruszenia!
Kiedy wszystko było przygotowane, czekaliśmy na Skazę. Szybko przyleciał… ale nie był sam! Miał przy sobie hienę :/.

Voldek kazał jebnąć to jebnąłem, nie wiedziałem, w którego trafię, ale padł ten co miał paść więc było dobrze. Przywiązałem Skazę do nagrobka, aby mógł patrzeć jak Simba się odradza. Podniosłem go z szacunkiem i wrzuciłem do kotła:


Następnie doprawiłem wywar z Voldka kośćmi jego starego. Wprawdzie uważam, że rosołek jest lepszy na świeżych, ale skoro mój Pan życzył sobie stare gnaty, to ja tak robię. Potem uciąłem sobie rękę. Zdziwiłem się, że nawet mnie to nie obeszło. Krzyknąłem, bo byłem zdumiony efektem! Tak pięknie leciała posoka, jak w filmach typu gore!

Mały dopisek abyście zapamiętali: nie robiłem tego na trzeźwo, nikt na trzeźwo nie ucina sobie ręki! To tak jakby oglądać „Pasję” Gibsona nie najebawszy się wcześniej! Tylko psychopaci wytrzymują coś takiego bez używek! Dzieci! Nie próbujcie tego w domu! (ani ucinania ręki, ani oglądania „Pasji”)

Następnie spuściłem trochę krwi Skazie i wlałem do kotła. Mówię wam, jakie emocje: ja krwawię, Skaza krwawi, Voldek się topi, rosołek się pieni, a Nagini śpiewa „Hakuna Matata”!


Popłakałem się drugi raz, to było takie piękne i wzruszające! Voldek ostatecznie wylazł z kotła, jako dorosły Simba! Kazał podać sobie szatę i założył ją nucąc pod brakiem nosa „I'm too sexy for my Salazar”. Jego promienie zajebistości poleciały w górę i wypełniły wszechświat wezwaniem. Dlatego zaraz koło niego pojawiły się kociaki… to znaczy Śmierciożercy. Taka impreza! Zostaję do piątku! Tym bardziej, że Volduś wzruszył się moim poświęceniem i wyczarował mi nową rękę. Taką to ja rozumiem! Jestem jak jakiś Terminator czy Robocop! <3 Będę rwał panienki!

Co się później działo… nie wiem do końca. Film zaczął mi się urywać. Połączyłem się w jedność ze wszechświatem i próbowałem rozwiązać problemy egzystencjalne tego świata. Siedziałem obok Leonarda da Vinci i gadaliśmy jak chodzenie po księżycu wpływa na ekosystem dinozaurów za czasów panowania Ramzesa II. Totalny odlot! Gdy się obudziłem było po wszystkim: Voldek z Nagini przenieśli mnie do domu Lucka Malfoya, Skaza (czyli Harry jakbyście zapomnieli) spierdzielił w podskokach przy okazji zabierając resztki hieny…

Po wszystkim dochodziłem do siebie przez tydzień. Więcej nie piję Ayahuasca, nie ma głupich. Następnym razem wyląduje na innej planecie, albo wyda mi się, że mój świat jest nieprawdziwy, a ja nie istnieję. Na przykład, że jest to książka dla młodzieży napisana przez kobietę w średnim wieku pogrążoną w depresji. Nie, to byłby jakiś koszmar :(

Teraz idę skorzystać z łazienki dla gości w Malfoy Manor. Mówię wam, mają świetne Bio Eko Organic Cocos Mydłos! Czas na białe szaleństwo :D

Wasz pucu-pucu Glizdek :*

czwartek, 19 maja 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 14 – Ku pamięci

Witam was…
Jestem pogrążony w smutku…
Moje życie znowu jest do bani…
Ech… Buuuu… Chlip! Chlip! Cierpię!
Mą duszę rozrywają piekielne męki, oczodoły mi płoną, a trzewia wypełnia lawa…
Tak to wszystko widzę (wizualizacja w zaawansowanym programie graficznym):



Tak mniej więcej się czuję odkąd Volduś zdecydował, że mam mu oddać swoją rękę :(
Na początku myślałem, że chodzi mu o ślub, ale szybko wyprowadził mnie z błędu (a Nagini na mnie fochnęła, zazdrośnica jedna!). Mam sobie odciąć rąsię i oddać mu w ofierze! Buuu!

Staram się znaleźć plusy tej sytuacji: dobrze, że nie oko… albo nogę… albo wacusia. To ostatnie byłoby niefajne, naprawdę niefajne :( Może lepiej, że to tylko ręką, w końcu mam drugą. Bez dwóch byłoby ciężko. Ech, dlaczego nie poprosił o nerkę? Albo kawałek wątroby?

Te myśli powodują, że widzę małe promyki nadziei (wizualizacja w zaawansowanym programie graficznym):


Na cześć mojej ręki zrobiłem także coś takiego:


Ten obraz znakomicie oddaje co teraz właśnie czuję :(

Tak swoją drogą, czy mówiłem wam, co się ostatnio stało? Nie, nie napisałem… Senior zwiał! Brałem prysznic, a on puff i go nie ma. No to był cios poniżej pasa! Przecież nie zrobiliśmy mu nic złego! Był z nami na wakacjach, Voldek trochę się nad nim pastwił, ale przecież dziecku można wybaczyć te wszystkie cruciatusy. Traktowaliśmy go dobrze: mieszkaliśmy z nim, braliśmy kasę z jego konta (ale za to czasem mógł pograć na konsoli!), pozwalaliśmy spać w budzie, która stała w ogródku (kiedyś miał cerbera, ale głowy się zagryzły), nawet czasem spuszczaliśmy go z łańcucha, aby wypił ze mną piwko! Ja chłopa zupełnie nie rozumiem :(

Gdy Volduś odkrył jego ucieczkę, wpadł w szał. Już był o cal aby oddać mój nabiał Nagini, ale się powstrzymał (teraz wiem, ze chodziło mu o moja rąsię, buuu!). Za pomocą zainstalowanego pod skórą chipa namierzyliśmy Seniora (tak, weterynarz trochę się zdziwił, ale gdy dostał gotówkę do ręki to o nic nie pytał). Junior go dopadł i ukatrupił. Masz ci los, raz chwała, później chała. Miał chłop niefart w życiu, prawie jak ja…

Teraz tak wygląda:


Junior wysłał nam MMSa, aby pochwalić się dobrze wykonaną robotą. A to lizus jeden! Szkoda, że Volduś nie chce jego ręki… Mówił mi, że Barty będzie mu jeszcze potrzebny, aby ściągnąć tutaj Pottera. Nie mam pojęcia, co oni kombinują. Przecież chłopak jest silnie chroniony: Albus i reszta czuwają. Jeszcze się okaże, że Junior zmajstruje nielegalnego świstoklika i po prostu wyśle Harry’ego do nas. To by było totalnie głupie, gdyby nikt nie brał pod uwagę takiej możliwości…. Chociaż uważam, że lepiej by było po prostu chłopaka uśpić i wejść do kominka, po czym przylecieć tutaj siecią Fiuu, ewentualnie teleportować się. Ale mnie o zdanie nikt nigdy nie pyta, chlip…

Pozdrawiam smutno i idę topić lęki w wódce, co mi ostatnio Lamia przesłała.
Dziękuję, kochana jesteś! :*
Pa!

Wasz Glizdogon zwany Jędnorękim

czwartek, 5 maja 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 13 – O tym jak zostałem (prawie) wyruchany i w jaki sposób dokończyłem misję

Elooooo Zioooomy!
Przed wami… Dj Glizda!


He, he, taki żarcik :). Rozumiecie... tej piosenki nie stworzyłem :P

Obiecałem, że wam opowiem, co było jak dotarłem do Meksyku w Meksyku… tak się teraz zastanawiam czy opisywać, co się działo dalej, ponieważ to troszeczkę żenujące… ale obiecałem, to chyba muszę… :(

No dobra, może mnie nie ocenicie źle. Wierzę w was! <3

Byłem w Meksyku w Meksyku i stwierdziłem, że skoro mam główkę to mogę trochę poimprezować zanim wrócę do Voldusia. Szczerze mówiąc to odzwyczaiłem się trochę od gotowania zupek i wyrzucania kupki z nocnika. Pomyślałem: „niech się jeszcze trochę senior pomęczy!”. Tak też zrobiłem, złapałem ciężarówkę i pojechałem na Florydę do Disneylandu. Zawsze o tym marzyłem! Wybawiłem się jak jeszcze nigdy w życiu! Było super, kupiłem sporo pamiątek i wysłałem paczką do Anglii ^^.

Wiecie, musiałem kraść kasę… nie abym był z tego dumny, ale Voldek nie chciał mi niczego przesłać :/ (Sknerus jeden!). Ale wydawałem to wszystko na jedzenie i przetrwanie (w Disneylandzie musiałem wykupić wejściówkę, ponieważ ciężko jechać rollercoasterem, jako szczur – nie mają specjalnych zabezpieczeń dla nas! Skandal!). Trochę odłożyłem i kupiłem bilet na samolot, który miał mnie zabrać do Londynu. Była godzina dwudziesta, a lot miałem z samego rana, więc pomyślałem sobie, że zaszaleję! Ten jeden, jedyny raz…

Zwinąłem jakiemuś gościowi garniak i poszedłem w nim do jakiejś super-duper-ekstra-naładowanej-gwiazdkami restauracji. Chciałem spróbować jak smakuje wykwintne żarcie. Nie było mnie stać, ale pomyślałem, że znowu zrobię numer z pójściem do toalety, gdzie zamienię się w szczura i spierdzielę kanałami. Kelnera walnąłem „confundusem”, więc mnie wpuścił bez problemu. Powiem wam szczerze, że to żarcie za kilka tysięcy dolarów takie sobie było. Zamówiłem stek z krokodyla, którego upolował Chuck Norris, w sosie truflowym, stare śmierdzące sery sporządzone z mleka krów, które są masowane i pojone szampanem, wino pamiętające Napoleona (w smaku wykrzywiające ryj) i do tego lody z dwudziestu odmian czekolady pokryte złotem. Ohyda! Ale za to potem srałem złotem przez jakiś czas! :D

A teraz…. zaczyna się ta gorsza przygoda :(. Mój plan działał, najadłem się, napiłem, wszyscy wokół mnie skakali jakbym jakimś był królem czy co, ogólnie git-majonez-śmietana :). Gdy poczułem, że zbliża się czas ucieczki wstałem i poszedłem do toalety. No plan idealny! Co mogło pójść nie tak? Przy toalecie stała ONA.
- Nazywam się Conchita Lasencja Dupencja – mówi do mnie.
Nogi długie, aż do ziemi, pełne usta jak u glonojada, długie, rude włosy, cycki jak balony Pameli Anderson… Wyglądała mnie więcej tak:


Nawet Volduś by się skusił! Popatrzyła się na mnie tak jakbym był wielkim ciachem przekładanym malinowym kremem i posypanym wiórkami czekoladowymi. Przynajmniej tak mi się zdaje, ponieważ oblizała się jakby miała ochotę na deser. Musiałem coś wymyślić! No musiałem!
- Jestem Stephen Hawking! – oznajmiłem.



To było pierwsze nazwisko, które przyszło mi do głowy. Conchita uniosła pięknie narysowaną brew w górę.
- Ten naukowiec? – spytała.
- Tak – brnąłem w to dalej.
- Nie powinieneś jeździć na wózku?
- Jestem tak genialny, że sam siebie wyleczyłem – oznajmiłem i wypiąłem dumnie pierś. – Wiesz, jak na sławnego medyka przystało.

Zatkało ją z wrażenia! Pomyślałem sobie: „oj, poruchasz dzisiaj Glizduś, poruchasz!”. Byłem w siódmym niebie, ponieważ odgadła moje myśli. Złapała mnie za rękę i powiedziała, że chce iść ze mną do mojego pokoju hotelowego. Zgodziłem się od razu! Problemem było to, że miałem uciec… ale czekała na mnie gorąca laska… musiałem, no musiałem! Kazałem jej iść do wyjścia, a sam rzucałem na wszystkich „confundusa”. Wmówiłem kelnerowi, że jestem Stephen Hawking i zapłacę następnym razem. Zgodził się! Uffff…

Wylądowałem z Conchitą Dupencją w jakimś ekskluzywnym hotelu, gdzie zrobiłem to samo, co w super-duper-ekstra-naładowanej-gwiazdkami restauracji. Nie wiem czy to czyta Stephen Hawking, ale bardzo go przepraszam za nabicie mu rachunku na ponad sto tysięcy dolców. Oddam… na pewno kiedyś oddam…

Teraz będzie gorąco! Conchita zaczęła mnie namiętnie całować i rozbierać. Rzuciła mnie na łóżko! Była taka gorąca, że skończyłem w międzyczasie z dwa razy (ale chyba tego nie zauważyła). W pewnym momencie wyjęła z torebki kajdanki i powiedziała, że jestem niegrzecznym chłopcem, więc mnie przypnie do tego zajebistego, królewskiego łoża. Dla poruchania zgodziłbym się na wszystko i dlatego przytaknąłem. I to był błąd! Bo to zła kobieta była…

Przypięła mnie i… skoczyła od razu do moich ciuchów. Przegrzebała wszystkie kieszenie i wyciągnęła z nich różdżkę, portfel i tsantsę. Nie była zadowolona, gdy nie znalazła kasy i kard kredytowych. Szczerze mówiąc miałem w portfelu tylko dwa guziki od marynarki, zdjęcie nagiego Voldusia w wanience, ćwierć dolara i kawałek sznurka. Zdenerwowała się okropnie, krzyczała bardzo brzydkie rzeczy w moją stronę, ubrała się, zabrała tsantsę i wyszła z pokoju.

Na początku myślałem, że to taka gra wstępna, ale gdy tak leżałem przypięty do łóżka przez trzy godziny stwierdziłem, że jednak mnie okradła :(. Sytuacja zrobiła się groźna: jeśli się nie uwolnię to przepadnie mi samolot i obsługa hotelowa każe mi płacić za ten zajebiście drogi apartament! Na szczęście Conchita zostawiła różdżkę na łóżku i udało mi się ją dosięgnąć palcami stopy. Oswobodziłem się, ubrałem i teleportowałem na lotnisko.

Powiem wam, że ten lot był najdłuższym w moim życiu. Ciągle przed oczyma widziałem zawiedzioną minę Voldusia… Już mu dałem znać, ze wracam do domu i mam główkę. Co miałem robić, no co?

Rozważałem czy nie poszukać jakiejś w Londynie, na przykład gumowej w jakimś sklepie z gadżetami, albo włamać się do pracowni Severusa, bo on to zawsze miał jakieś obrzydlistwa w słoikach. Aż nagle mnie olśniło! Przecież w Błędnym Rycerzu wisiała tsantsa! Wprawdzie dość gadatliwa, ale Voldusiowi to nie będzie przeszkadzać. Powiem wam szczerze, że miałem ochotę pójść do kibla, włożyć głowę do muszli i pierdolnąć się porządnie deklem w ten pusty łeb. Kilka miesięcy spędziłem w podróżach, byłem na pustyni, w dżungli, żarłem robaki, prawie poruchałem, a tsantsa była na wyciągnięcie ręki! Argh!

Dalej możecie domyśleć się, co zrobiłem. Tych dwóch głupków z autobusu łatwo było przekonać, aby zrobili postój na siku. Stanęliśmy w jakimś polu, zawołałem ich na tył pojazdu twierdząc, że złapaliśmy gumę. Walnąłem w nich zaklęciem, wyczyściłem wspomnienia i zwinąłem główkę. Wprawdzie krzyczała, ale wsadziłem jej cukierka do ust to się zamknęła. Panie i panowie, o to ona!


Napisałem wam wszystko, niczego nie zataiłem, mam nadzieję, że nie ocenicie mnie zbyt surowo. Ja naprawdę jestem słodkim i niegroźnym, małym szczurkiem! Mówiłem, że was kocham? <3

Moja stylówka, może kogoś zainteresuje:


Ta na górze była pierwsza, ale Volduś stwierdził, że jest zbyt pedalska i kazał mi ubrać się w to:


Takie ubrania mógłby założyć każdy normalny facet ^^

Czas kończyć pisanie, obowiązki wzywają. Volduś niedługo dorośnie… chlip, wzruszyłem się. Nie wiem tylko, o co mu chodzi z tym, że mam oddać mu swoją rękę. Pewnie się wygłupia, słodki dzieciaczek <3

Pozdrófffka for all :*

czwartek, 21 kwietnia 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 12 – Powrót

Heeeeeeeeeejkaaaaaaaaaaa!!!
Jak ja się za wami stęskniłem, mordki wy moje!

Jestem już w Anglii, moja wyprawa zajęła kilka miesięcy, ale właśnie w tej chwili siedzę sobie w cieplutkim domku Barty’ego i stukam w klawiaturę popijając „Pędzącego Hipogryfa”. Mówię wam, ten to potrafi sponiewierać!

Miałem tyle przygód… znowu nie wiem, od czego zacząć… może zacznę od początku…

Wylądowałem w Meksyku w Meksyku. Mówię wam: jakim trzeba być ćwokiem aby nazwać tak samo kraj i stolicę? Wyobraźcie sobie: stoicie sobie na poboczu, łapiecie stopa, kierowca staje i się pyta:
- Dokąd jedziesz?
- Do Meksyku!
- Już jesteś w Meksyku! Hłe, hłe!
I pojechał… (a ja biedny nadal łapałem tego stopa podziwiając kaktusy i krążące nade mną sępy).

W końcu dostałem się do tego Meksyku (w Meksyku, bleh!). Tam postanowiłem odpocząć chwilkę i poszukać kogoś, kto zabierze mnie bezpośrednio do Indian Jivaro, którzy bawią się w robienie Tsantsy (tych takich małych główek, które kiedyś były dużymi ludzkimi). Powęszyłem trochę tu, powęszyłem trochę tam i znalazłem!

Złapałem gościa z ekipą telewizyjną, który miał podróżować po różnych indiańskich miejscach. Miał tak na imię, że tego się wypowiedzieć nie da. Większość gadała po polsku, a że trochę czaję ten język to mnie przygarnęli. Moim zadaniem było zajmowanie się stopami tego gościa prowadzącego. Chodził boso, koszmar! Co chwilę w coś właził. Jak nie szkło, to psia kupa! Ledwo mu wyczyściłem, a zaraz wlazł w kocią kupę, potem w pinezki, a na końcu przeszedł się po rozjechanej śwince morskiej!

Mówiłem mu:
- kupimy ci buciki, takie ładne, kowbojskie lub jakieś meksykańskie.
A on na to: nie i nie.

Jak z dzieckiem! Pamiętam jak ciągle powtarzałem Voldusiowi aby założył buciki, a ten biegał na bosaka i potem chorował. Zgadnijcie, kto musiał mu czopki wkładać na zbicie temperatury? Zgadliście! Ja!

Dobrze, że ten z telewizji sam sobie wkładał, gdy zachorował :D

Dostałem się do Indian, ale zdobycie tsantsy wcale nie było proste! W ogóle co to za pomysł aby akurat to wrzucać do kotła :(. Voldek mógł wybrać jakiś inny eliksir, nie wiem, na przykład taki, w którym musi się znaleźć ciupaga, albo klapki „Kubota”. Wtedy poleciałbym do Polski, pochlałbym tam przez tydzień i zdobyłbym potrzebne przedmioty…

Tak, więc Indianie nie za bardzo chcieli mi zrobić tsantsy. Problemem było to, że nie bardzo było, kogo przerobić, ponieważ ostatni poborca podatkowy uciekł, a kolejny chyba się bał bo nikt nie przybył od wielu miesięcy. Ekipa telewizyjna była nie do ruszenia, wódz mówił, że ich potrzebuje, aby później zarobić kasę na naturalnych i ekologicznych produktach made in las and zadupie. No wszystko przeciwko mnie!

A tak swoją drogą, jeśli o zarabianiu mowa. Junior rozkręcił spiralę nienawiści wobec Harry’ego przez co cały Ravenclaw, Hufflepuff i Slytherin noszą plakietki „Potter cuchnie”. Naturalnie stoi za tym Volduś, który zarobił grube miliony na tych przypinkach, a drugie tyle na mydłach. Obczajcie:


Voldemort jest taki genialny <3

Wracając do mojej opowieści: czekaliśmy miesiąc, ale poborca podatkowy nie przybył, a czas mi się kończył. Spędzałem bezsenne noce w hamaku myśląc jak bardzo zawiodę Voldusia. Jak bardzo będzie płakał i walił głową w podłogę… moją głową oczywiście. Będzie torturował mnie od rana do nocy, Seniorowi też da popalić. Sąsiedzi będą cierpieć, gdy w szale zacznie puszczać Behemotha i Dodę na całą parę… Wszyscy w promieniu kilku mil będą nieszczęśliwi przeze mnie! Wyrzuty sumienia mnie gryzły jak komary i piranie podczas kąpieli :(

W końcu starszyzna plemienni zlitowała się na de mną i zrobili główkę z upolowanego leniwca. Nawet nie wiecie jak się ucieszyłem! Nie da się jej odróżnić od prawdziwej tsantsy! Nie zostało mi nic innego jak pożegnać się z plemieniem i wyruszyć w drogę powrotną (dałem im swojego e-maila oraz numer telefonu, ale do dzisiaj się nikt nie odezwał, buuu). Powiem wam, że łapanie stopa w dżungli to droga przez mękę (zapomniałem wspomnieć, że ekipa z bosym zwinęła się wcześniej). Nikt tam nie jeździ! No weźcie… mamy XXI wiek, a oni nie używają transportu… Po kilku dniach błądzenia w gąszczu i uciekaniu przed krewnymi Syczącej Parówy przypomniałem sobie, że jestem czarodziejem! He, he, Glizduś… jaki ty czasem jesteś głupi…

Teleportowałem się aż do Meksyku! Yay! Czego to człowiek nie zrobi jak się boi! I tam łapałem stopa do stolicy („Meksyk? Jesteś w Meksyku, hłe, hłe, hłe” <- nienawidzę Meksykanów! Grrr!). Za dwudziestym razem się udało… ale to materiał na kolejną historię!

Teraz wrzucam moją obecną stylówkę!


Naprawdę się za wami stęskniłem!
Pozdrawiam i lecę prać gatki Voldusiowi!
Pa :*

sobota, 9 stycznia 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział prawie 11 – Ja i moja rodzinka

Witam wszystkich!

Dzisiaj będzie doniośle i w ogóle. No bo jak inaczej miałoby być skoro dotarłem do swojej rodziny? Zastanawiacie się pewnie o co mi chodzi? Myślicie sobie „przecież jego rodzice nie żyją”. Ha! Macie rację! Ale zacznijmy od początku…

Złapałem taką fajną amerykańską ciężarówkę. Jechałem nią przez tydzień razem z Eddem – spoko koleś. Taki spasiony, zarośnięty, nie mył się przez ten czas ani razu, ale za to, gdy odkrył moje towarzystwo to mnie karmił hamburgerami i colą. Bo jechałem w swojej szczurzej postaci, rozumiecie.

W pewnym momencie spadł śnieg, dużo śniegu. Pomyślałem sobie „w październiku? Ktoś robi jakieś czary czy co?”. No i niestety to nie były czar… chlip… pomyliłem ciężarówkę i wylądowałem na Alasce :(. Normalnie pizgało złem! Kląłem prawie jak Madame Malkin przy naszym ostatnim spotkaniu. Tak swoją drogą ciekawe co u niej i czy uszyła te zajebiste śpiochy dla Voldzia:


Ostatnio obejrzał „Ojca Chrzestnego” i się zainspirował. Mam nadzieję, że nie obejrzy  „Pięćdziesięciu Twarzy Greya”, bo jak wróci do swojej normalnej postaci to będę miał prze… rąbane :(. Muszę przyznać, że stęskniłem się za nim. Nawet Sycząca Parówa wydaje się sympatyczna… to pewnie przez tą odległość. Ale ja nie o tym miałem pisać!

Edd wyrzucił mnie gdzieś na rozdrożu stwierdzając, że sobie poradzę, a jak znajdą w jego ciężarówce szczura to mu pojadą po wypłacie. Wiózł puszki z colą i innymi gazowanymi napojami. Sprawdziłem o co ludziom chodzi z tym wszystkim i patrzajcie co znalazłem:


To oczywista nieprawda, TUTAJ macie sprostowanie. Muszę dbać o dobre imię moich małych, szczurzych braci! My nie sikamy na puszki! My sikamy do nich!!! W fabryce, rzecz jasna :) Znowu zszedłem z tematu… na łapkę kulawego jeżozwierza… nie wiem co się ze mną dzieje… To stres, na pewno stres…

Błąkałem się po Alasce aż złapałem stopa w drugą stronę. Dotarłem do Kanady, do małej wioski indiańskiej. Poczułem pieczone mięcho nad ogniem i nie mogłem się powstrzymać!  Głodny byłem, chciałem zwinąć trochę pod szczurzą postacią. Biegnę na ile łapki mi pozwalają, patrzę po zgromadzonych ludziach i… część wygląda jakoś znajomo. Stanąłem jak wryty. Zobaczyłem babkę, która przypominała sekretarkę, z którą uciekł mój ojciec. Zbaraniałem i z tego całego zamętu w głowie zamieniłem się w człowieka!
Mówię wam, jaka była jazda! Prawie się pozabijali tak uciekali :D. Już wiem co czuje Volduś, gdy wszyscy spierdzielają na jego widok. Skorzystałem z okazji i najadłem się mięsem łosia, sądząc po skórze wiszącej nieopodal. Ciepło mi było bo siedziałem przy samym ognisku. Indianie powoli podchodzili do mnie.
- Ty jesteś synem Stepującego z Żółwiami? – spytał się taki jeden w pióropuszu.
- Że kogo? – odparłem nic nie rozumiejąc.
- Wiele księżyców temu przybył tutaj mężczyzna, który potrafił przemienić się w żółwia i stepował – mówił Indianin.

Zamyśliłem się, rzeczywiście mój stary potrafił zamieniać się w żółwia i stepować, hodował nawet sporą gromadkę i w postaci zwierzęcia uczył je tańczyć. Jeździł z nimi po różnych mugolskich centrach handlowych i zbijał majątek na pokazach. Ale to mógł być tylko zbieg okoliczności – każdy przecież może się zajmować stepującymi żółwiami.
- Niedźwiedź go zjadł podczas nauki stepowania – dodał. – Nosisz jego marynarkę, którą wydarliśmy z paszczy zwierzęcia.
Wtedy byłem pewny, że to on. Wstałem, wyprostowałem się dumnie i beknąłem przejmująco.
- Tak, to ja!
Wszyscy wstrzymali oddech na kilka sekund wpatrując się we mnie z szeroko otwartymi oczami. Po czym nagle zostałem wyściskany przez całe plemię. Po dłuższym powitaniu okazało się, że ojciec z sekretarką rozbili się niedaleko, gdy jechali na kolejny występ. Obydwoje byli niezdolni do dalszej jazdy, a z drugiej strony i tak nie mieli po co wracać do miasta bo żółwie im pouciekały. Tak więc plemię przygarnęło ich i tatuś dostał dwie córki wodza do ożenku. Ponoć nikt ich nie chciał bo były takie brzydkie, ale mój tatuś stwierdził, że jak dają to trzeba brać. W ten sposób dorobił mi piętnastkę przyrodnich braci i sióstr! Mówię wam, to jest super, widzieć swoją twarz gdziekolwiek się nie spojrzy! Yay ^^ Patrzajcie na zdjęcie rodzinne:



Od lewej z góry: sekretarka ojca – Wąsata Brzoza, pierwsza żona mojego tatuśka – Zimna Wódka, żona mojego brata – Skacząca z Kangurami, brat – Stanisław, mąż siostry – Zręczny w Łapie, siostra – Łaskoczące Piórko, mąż siostry – Okrągłe Uszy, druga żona tatuśka – Pęknięta Gumka.

Od lewej niżej: Wódz – Pędząca Strzała, siostra – Britney, ja w pióropuszu pożyczonym od wodza, kolejna siostra – Skacząca Żaba, jej mąż – Poważny Niedźwiedź, następna siostra – Smukła Palemka, kolejny brat – Richard.

Jeszcze niżej, od lewej: mąż Britney – Słodki Lolo, jego brat – Słony Pretzel, siostra ma – Adelajda, moja najstarsza siostra – Kalina, jej mąż – Fantazyjny Gęgacz, siostra bliźniaczka Kaliny – Malina, jej mąż – Pędzący Struś.

Tutaj rzędy się rozjechały więc tak od lewej, krzywo ku górze: córka Kaliny – Pocahontas , pod nią najstarszy brat – Zenon, siostra – Rącza Gazela, córka Skaczącej Żaby – Powolna Langusta, któraś tam z kolei siostra – Błyszczący Klejnot, brat w kapeluszu – Ślepy Sokół, z chustką siostra – Akwamaryna, po jej prawej… tak siostra (Merlinie, abym był tak samo jurny jak tatuś!) – Żółwiowa Skorupka.

Na samym dole od prawej do lewej: syn Zenona – Wykopyrtnięty Byk, syn Maliny – Boksujący Niedźwiedź oraz syn Stanisława – Mieszko.

Trochę się tatuś narobił, ale efekt jest tego wart! Najmłodszych dzieciaków nie dało rady sfotografować ponieważ rozbiegły się po lesie i nie chciały wrócić bo się przestraszyły komórki. Wiecie, jak Voldemort dzwoni to mi leci Behemoth „Decade of Therion” – wersja alternatywna:


Mimo, że utwór jest zły i posępny to wersja alternatywna sprawia, że mam dobry humor mimo, że to Voldek dzwoni. No bo jak nie lubić tekstu:

„Siedzi hydraulik,
nie może wyruszyć
-bo się śmieje (LOL )”

albo

„Golonke masz Pan?
Jak Hitler nasz kraj
Lawl - a, Tato - Biorę wam to samo!
Mentos Kako Demon ass!
Wyzwał mnie dałn!
i mjutujki(?) Delmy!
Chciałbym Lego, bardzo chcę!”

Sikam po nogach ze śmiechu! Niestety, Indianie nie za dobrze go przyjęli…

Pobyłem u rodzinki przez tydzień i stwierdziłem, że muszę jechać do Meksyku, co też uczyniłem łapiąc kolejnego trucka. Obecnie kierowca śpi, a ja korzystam z jego laptopa :D. Jutro powinniśmy przejechać przez granicę USA. Jestem dobrej myśli. Dostałem zapas suszonego mięsa łosia na drogę oraz ręcznie dziergane papucie!

Kończę ponieważ za 10 minut zadzwoni budzik Teda.
Kocham was tak samo jak swoją rodzinkę!

Wasz Wyleniały Szczur (tak mnie nazwali) :***
Pa,pa, pa, całuski 102!

P.s. – prawie bym zapomniał! Mój ałtfit w wiosce:


Bo nawet tam trzeba mieć stylówkę!