Tu znowu Szczęśliwa Trzynastka i moje wypociny nie zawsze związane z Harrym.
W ostatnim poście zaznaczyłam, że coś się dzieje w moim życiu, ale nie chciałam zdradzić szczegółów. Dopiero teraz jestem w stanie wyjaśnić, o co chodziło i dlaczego z tego powodu zniknęłam. W listopadzie bardzo bliska osoba z rodziny trafiła do szpitala, diagnoza: rak. Zmarła przed samą Wigilią, a tuż przed Sylwestrem ją pochowaliśmy. Jakby tego mało, okazało się, że druga bliska osoba z rodziny ma raka. To wszystko, połączone z ciągłymi chorobami córki i obowiązkami związanymi z wizytami w szpitalu, sprawiło, że bardzo emocjonalnie przeżywałam nawet najdrobniejszą rzecz. Cierpię na nerwicę, stany lękowe i epizody depresyjne, więc i tak było dobrze, że kompletnie się nie załamałam.
Obecnie już mi trochę lepiej (chociaż, gdy o tym piszę, nadal chce mi się płakać). Ta druga osoba kończy chemioterapię i jak na razie rokowania są dobre: to mnie podnosi na duchu. Aby śmierć pierwszej nie poszła na marne postanowiłam, że zacznę zdrowiej żyć i bardziej o siebie dbać. Dzięki temu powoli wracam do równowagi psychicznej i czasem w nocy udaje mi się spać przez kilka godzin bez przerwy (bezsenność to zło).
To teraz czas określić kiedy zamierzam wrócić z opowiadaniem: myślę, że najwcześniej przed końcem marca. Muszę pokonać swoje demony oraz ułożyć życie, ponieważ ktoś musi zająć się drugą połówką osoby zmarłej i padło na mnie (czego nie żałuję, ale zajmie mi to dużo czasu).
Tu znowu Szczęśliwa Trzynastka i moje wypociny nie zawsze związane z
Harrym.
W ciągu ostatnich dwóch tygodni miałam tyle pracy, że wstawałam o
siódmej rano i kładłam się spać o drugiej. Robię różne rękodzieła na
zamówienie, a w tym roku miałam ich wyjątkowo dużo. Ledwo się ze wszystkim
wyrobiłam, ponieważ mąż siedział za granicą, a ktoś musiał zająć się dzieckiem.
W każdym razie przez tydzień byłam na trybie „zombie” i ledwo na oczy widziałam,
tym bardziej, że prawie nic nie jadłam, ponieważ nie miałam czasu zrobić sobie
nawet kanapki. Nie trudno było schudnąć cztery kilo, gdy na śniadanie jadło się
jabłko, a kolejnym posiłkiem był jogurt o godzinie dwudziestej drugiej. Aby
jeszcze było trudniej, dziecko nie akceptowało faktu, że mama jest zajęta.
Owszem, mogła to przyjąć do wiadomości przez jeden dzień, ale później ostro
protestowała. Ciężkie jest życie wolnego strzelca… Dlatego nie wrzuciłam
rozdziału i nie odzywałam się: nie miałam czasu.
30 października mój blog miał drugie urodziny! Jak ten czas mija… mam
wrażenie, że rośnie mi kolejne dziecko :P Z tej okazji przygotowałam drugą część
ciekawostek o opowiadaniu „Powojenne życie Hermiony G.”. Trochę ich wyszło. Część
z nich to skopiowane moje odpowiedzi na pytania dotyczące bohaterów czy akcji.
Znajdują się one w komentarzach na blogu i Wattpadzie. Wiem, że nie wszyscy je
czytają, a czasem rzucam tam światło na daną sprawę. Tak więc zaczynajmy!
- Minister Francji, która przybywa do Hogwartu z Madame Maxime na
obchody Dnia Zwycięstwa, otrzymała swoje imię i nazwisko od postaci stworzonej
przez Aleksandra Dumasa, czyli Milady de Winter z „Trzech Muszkieterów”.
- Z naszym ministrem przybywa jego ochrona, która jest ubrana w zbroje
husarskie:
Hermiona wspomina, że Turcy patrzyli się na Polaków z niechęcią. Czyżby
przypomniał im się wpierdziel pod Wiedniem? :)
- Nie mogłam się powstrzymać i rolę Hermiony, w teatrzyku wystawionym
przez uczniów Hogwartu, grała czarnoskóra Noma (tak jak w „Harrym Potterze i
Przeklętym Dziecku”).
- Odpowiedź na pytanie Pani Snape dlaczego zrobiłam z Severusa takiego
napaleńca i mięczaka:
Severus nie jest
napaleńcem - jest zdrowym, 40 letnim mężczyzną, który ma najnormalniejsze
potrzeby seksualne, a które może spełnić tylko raz w tygodniu ze swoją kobietą.
Ja mu współczuję, ponieważ gdyby był na wolności mógłby robić to z Sarą
częściej :(.
Mięczakiem też nie
jest - psycholog szantażem zmusiła go do wykrztuszenia z trudem jednego słowa
(przy czym obydwoje wiedzieli, że Severus żadnej skruchy nie odczuwa). Miał do
wyboru albo stracić wiele rzeczy do których przywykł, albo zrobić coś czego nie
chce. Biorąc pod uwagę co musiał znosić u boku Voldemorta i Dumbledore'a to
było dla niego małe piwko :].
- Nazwisko właścicieli domu, w którym mieszka Hermiona nie padło w
opowieści ani razu. Uznałam, że są tak nieistotnymi postaciami, że nie ma sensu
ich nazywać.
- Tak wygląda rozkład pomieszczeń:
Hermiona mieszka w największym pokoju, Suzanne w najmniejszym, a
średnim Ron, a następnie Severus.
- Dev Shastri powstał pod wpływem serialu internetowego pod tytułem
„Guild”. Spodobała mi się postać Zaboo, który uznał za swoją dziewczynę główną
bohaterkę tylko dlatego, że mu wysłała uśmieszek podczas rozmowy w grze
komputerowej.
- Imię Dev oznacza „bóg” i pochodzi z sanskrytu.
- Kamini wzorowałam na prawdziwej osobie. Czytałam kiedyś bloga pewnej
polki, która za sąsiadkę miała hinduskę, której zachowanie odbiegało od naszych
norm kulturowych. Zainspirowało mnie to.
- Fragment książki Thierry’ego „Hermiona White i Pierścień
Czarnoksiężnika” to parodia „Pięćdziesięciu Twarzy Greya”.
- Feministyczne zapędy Hermiony wzięły się z tego, że Emma Watson,
która ją grała w filmach, walczy o prawa kobiet.
- Sprawa ojca Deana miała się wyjaśnić jeszcze podczas ostatniego roku
w Hogwarcie, ale stwierdziłam, że na razie są ważniejsze wątki do wyjaśnienia.
Dlatego dopiero po dłuższym okresie czasu dowiadujemy się, o co z nim chodziło.
- Nazwę magicznej miejscowości we Francji, czyli „Chatelier” wzięłam z
listy 72 nazwisk na wieży Eiffla (źródło: Wikipedia).
Należy ono do Louisa Le Chatelier, który był inżynierem górnictwa.
- Nazwisko Madame Blaireau oznacza po polsku „borsuk”. To było
pierwsze lepsze słowo, które przyszło mi na myśl.
- Bardzo lubię rozdziały, gdy Hermiona jest z Gawainem w Paryżu. To
jedne z moich ulubionych.
- Opisując Wersal, sporo czasu spędziłam w Google Maps „chodząc” po
dostępnych pomieszczeniach. Polecam zrobić to samo!
- Hermiona podczas tańca z Gawainem, nuci piosenkę z „Pięknej i
Bestii”. To nawiązanie do filmu z Emmą Watson w roli głównej, gdzie grała
Bellę.
Razem z córką oglądałyśmy ten film już trzy razy i pewnie na tym się nie skończy :)
- Utożsamiam się z Panią Granger, ponieważ też jestem taką wspierającą
mamusią i wiem, że życie nie jest czarno-białe, a dodatkowo sama nie byłam
święta i popełniłam sporo błędów.
- Fajnie było wymyślać zmiany, które zaszły w Azkabanie dzięki
reformie Kingsleya. Rowling wymyśliła więzienie, które sprawiało, że
czarodzieje nie mieli nic do stracenia, a resocjalizacja nie miała racji bytu.
Wiedza, że po zamknięciu zwariują i/albo umrą na pewno sprawiała, że byli
bardziej agresywni oraz mniej chętnie darowali ofiarom życie. Tak samo jest w
naszym świecie. Tam gdzie jest kara śmierci, tam przestępcy są bardziej
bezwzględni i zabijają bez wahania nawet przypadkowych ludzi.
- Kursy, które mogli podjąć więźniowie w odnowionym Azkabanie nie
wymagały użycia różdżki. Rozkład dnia i organizację więzienia wzorowałam na
istniejących zakładach karnych, które są w Anglii.
- W pierwszej wersji mojej opowieści Dundy miał być Australijczykiem i
nazywać się Dundee. Tak się akurat złożyło, że akurat wtedy wyszedł film „Fantastyczne
zwierzęta i jak je znaleźć” więc zmieniłam mu nazwisko i zrobiłam Amerykaninem,
aby wprowadzić elementy magicznego świata z USA.
- Trudno ukryć, że Meduza, czyli Maddie Weiss, to parodia Magdy Gessler :D
- Hermiona wykonywała mugolski test ciążowy w Świętym Mungu, ponieważ
był najszybszą opcją. Napisałam, że istnieje magiczny sposób, ale nie
zdradziłam, jak on działa. Gdyby któraś czarownica była zainteresowana, to robi
się to tak: trzeba zerwać siedem liści bluszczu wróżebnego, następnie wziąć
szklankę wypełnioną wodą źródlaną i ostrożnie położyć je na powierzchni. Kolejnym
krokiem jest naplucie na nie i odstawienie wszystkiego na tydzień. Jeśli
czarownica jest w ciąży, to liście opadną na dno, jeśli nie, to zostaną na
powierzchni.
- Gdyby zekranizowano kiedyś moje opowiadanie, to rolę Sary Jones
powierzyłabym Jennifer Aniston :P
- Okrzyk bojowy Dundy’ego pochodzi z filmu „Szklana pułapka”. Te słowa
wypowiada John McClane (Bruce Willis) do Hansa Grubera, który był grany przez
Alana Rickmana. Stąd wiadomo dlaczego Severus nie był tym zachwycony :D
- Thierry’emu wcale nie przeszkadzał fakt, że Hermiona była w ciąży.
Już wtedy się do niej zalecał i gdyby odwzajemniła jego uczucia, to pewnie
zostałby całkiem szalonym ojczymem dla jej dziecka
- Podczas imprezy Halloweenowej Ron udawał Elżbietę I Tudor.
Zainspirowałam się informacją, że Rupert Grint, czyli aktor odgrywający tę rolę
w „Harrym Potterze”, przyszedł na przesłuchanie przebrany za kobietę.
- Wilhelmina Prince, czyli babka Severusa, pojawiła się, aby pokazać, że
on jednak ma rodzinę. Zawsze denerwował mnie w książkach Rowling fakt, że nikt
nie ma krewnych, a jeśli już, to zachowują się jakby oni nie istnieli. Dlatego
pozwoliła Sevowi dowiedzieć się, co się stało z jego dziadkiem i pokazać, jakie
relacje go łączyły z rodzicami matki. Dodatkowo Wilhelmina podkreśliła
sytuację, w której znalazł się jej wnuk: był znienawidzony zarówno przez
zwolenników Voldemorta, jak i ludzi Dumbledore’a oraz większość, która była
neutralna światopoglądowo, ale miała do niego uraz z powodu jego charakteru.
- Dowcip Dundy’ego pochodził od pewnego wykładowcy na pewnej
politechnice. Nie ma to jak imprezy w akademiku, należącym do tej uczelni.
- Gilderoy Lockhart na widok Severusa „przypomniał” sobie wydarzenia z
mojej miniaturki „Gilderoy Horror Picture Show” czyli drugiej części
„Zakręconych urodzin”. Ze względu na duże natężenie gejozy, nie umieściłam jej
na Wattpadzie, ale można ją znaleźć na blogu (Fanfik Trójmagiczny).
- Wieś Pirbright, niedaleko miasta Guildford naprawdę istnieje i można
znaleźć tam budynek z napisem „Lord Pirbright’s Hall”, cmentarz i kościół.
- Oficjalnie Hermiona ostrzygła się na krótko, ponieważ miała dość
użerania się ze swoimi niesfornymi włosami. Nieoficjalnie chciałam, aby
wyglądała, jak Emma Watson, która zrobiła ten krok, po tym, gdy zakończyła swoją
przygodę z „Harrym Potterem”. Uważam, że jej pasują :D
- Zazwyczaj wszystko piszę na bieżąco, mając tylko plan powieści pod
ręką, ale wizytę Severusa i Hermiony u ojca Gilderoya napisałam kilka miesięcy
wcześniej.
- Severus poczuł coś do Sary, gdy ją odnalazł w Irlandii, ale było za
późno na cokolwiek.
- Mój komentarz na temat psycholog i jej roli: Chciałam, aby przed odejściem z opowieści, Sara okazała się postacią
niejednoznaczną. Chciała być z Sevem, ale zarazem się go bała. Miała
umiejętności, które pozwoliłyby go zmienić, ale stwierdziła, że się poddaje.
Powiedziała mu prawdę o Lily, ale w takim momencie, że Severus miał prawo jej
nie uwierzyć. Nie wiadomo też, czy to, co mówili o niej inni to prawda. Matka
jej nienawidzi za bycie mugolką, ojciec jest religijnym oszołomem z demencją,
były mąż oszustem, a Arnold mógł być nastawiany przeciwko niej. To wszystko
zostawiłam do swobodnej interpretacji czytającego.
- Słowa z obraźliwego listu przysłanego do Severusa „twoja matka była
chomikiem, a twój ojciec śmierdział skisłymi jagodami! Pierdzę ogólnie w twoim
kierunku!” pochodzą z filmu „Monty Python i Święty Graal”. Kocham ten film!
- Severus raz stwierdza, że chce wyjechać do Szanghaju, a raz, że do
Hongkongu, co pokazuje, że mu obojętnie gdzie się znajdzie, byleby to było w
Chinach.
- W pewnym momencie Hermiona grozi Severusowi, że wyrwie mu serce
łyżką. Ten tekst pochodzi z filmu „Robin Hood” i wypowiada go Szeryf z
Nottingham czyli Alan Rickman.
- Ktoś mi kiedyś zarzucił, że Hermiona nie mogłaby zachorować na
depresję. Prawda jest taka, że nic nie stoi na przeszkodzie. Zaburzenia
depresyjne mogą dopaść każdego, niezależnie od płci, wieku czy sytuacji
społecznej lub ekonomicznej. To, że Hermiona walczyła podczas wojny nie znaczy,
że nie mogła się załamać po poronieniu. Coś co dla jednej osoby jest małą
przykrością, dla innej może być wieloletnią traumą. Wielokrotnie świat obiega
informacja, że ktoś popełnił samobójstwo, a przecież był znanym, zawsze
pogodnym komikiem lub aktorem z milionami na koncie i dziesiątkami
najpiękniejszych modelek u boku. Nie można powiedzieć, że ze stuprocentową pewnością
dany człowiek nie zachoruje nigdy na depresję. Należy pamiętać, że to nie jest
powód do wstydu. Depresję można pokonać, dlatego warto udać się po pomoc do
specjalisty. Piszę to jako osoba, która zmaga się z nią od wielu lat i
niejednokrotnie słyszała od innych, że ktoś tak wesoły i optymistyczny jak ja,
nigdy nie będzie jej mieć.
- Podstawową różnicą między Severusem a Hermioną jest to, że on jest
kreatywny i gdy ma jakiś problem, to próbuje sam dość do jego rozwiązania. Ona
za to skupia się na znalezieniu gotowca. Severus wymyśla nowe czary i eliksiry,
a Hermiona odnajduje je w księgach.
- Harry rzucił na dom Hermiony zaklęcie, które nie wpuszczało do
środka osób, które mają złe zamiary wobec niej. Jak wiadomo Severus nie miał
czystych intencji, ale jednak mógł wejść. To dlatego, że w czasie wizyty u
Dundy’ego zmienił zdanie (planował zemstę) i później jego jedynym celem było
odseparowanie dziewczyny od Harry’ego. Uznałam, że to nie podpadało pod „złe
zamiary wobec Hermiony”, ponieważ chciał zrobić na złość Potterowi, a ona była
tylko narzędziem (liczyła się intencja).
- Severus często miewał
koszmary związane z Azkabanem.
- Agentka zajmująca się sprawą Rona czyli Natalie Martinez wspomina,
że CIA ma kłopoty i tnie koszty. To wszystko prawda: przez całe lata dziewięćdziesiąte
agencja była zorientowana na technologię, a nie ludzi, co bardzo ułatwiło
terrorystom atak na World Trade Center.
- Postawiłam Rona w naprawdę kłopotliwej sytuacji: bez różdżki,
dokumentów i znajomości podstawowych rzeczy, ponieważ zawsze zastanawiałam się,
co się stanie, gdy wrzucimy bezbronnego czarodzieja do mugolskiego świata. Jak
sobie poradzi? Czy będzie w stanie poinformować swoich? Jak się okazało, to
wszystko wcale nie było takie proste.
- Irlandzcy Cyganie naprawdę istnieją -> ARTYKUŁ na ten temat.
- Harry specjalnie sfałszował swoje mugolskie akta, które twierdziły,
że uczył się w Ośrodku Wychowawczym im. Św. Brutusa dla Młodocianych
Recydywistów. To był ukłon w stronę jego wuja. Opisując swoją śmierć, miał
nadzieję, że ciotka będzie mieć wyrzuty sumienia, gdy się o niej dowie.
- Pomysł Rona, aby wyjawić, że Petunia go zna, był beznadziejny. To
było oczywiste, że zaprzeczy.
- Paul Ekman żyje i naprawdę jest amerykańskim psychologiem, który
specjalizuje się w wykrywaniu kłamstwa przez co często współpracuje z władzami.
- Ludzie zajmujący się przemytem narkotyków rzeczywiście każą je
zapakowywać nago (na pewno bywają wyjątki). Oglądałam dokument, w którym było
dokładnie pokazane, jak się wszystko odbywa.
- Uznałam, że Severus i Hermiona nie będą się kłócić o obowiązki
domowe. W ich wypadku wystarczyła magia, aby wszystko lśniło czystością,
produkty do jedzenia same się przygotowały, a ich pierwszą reakcją na
ewentualny konflikt było unikanie współlokatora.
- Dzięki podaniu kilku prawdziwych informacji w opowiadaniu, bardzo
łatwo jest ustalić dokładną datę, kiedy Hermiona przeczytała e-mail od
Thierry’ego informujący o losie Rona.
- Nie ma we Francji miejscowości Hautes Murailles, ale istnieje ona w
książce Noela Randona „Dwie rurki z kremem”. Jest to kryminał, którego akcja
toczy się na Lazurowym Wybrzeżu w latach pięćdziesiątych. Ze względu na
niesamowity klimat i wciągającą intrygę, gorąco polecam!
- Tak wyglądają niektóre miejsca opisane w rozdziale „Wakacje”:
Nicea
Cannes
Monako
To są zdjęcia z moich wakacji :D.
- Severus ukrywa przed Dundym jak ma na imię jego współlokatorka,
nazywając ją Hayde. Tak nazywała się niewolnica Hrabiego Monte Christo w
opowieści Aleksandra Dumasa.
- W pewnym momencie Sev stwierdza, że mógłby wyobrazić sobie seksowną
czarownicę siedzącą na wypchanym testralu. To nawiązanie do „Wiedźmina”, a
dokładniej Yennefer, która lubiła kochać się z Geraltem na wypchanym
jednorożcu.
- Hermiona przynosi z Hogwartu
książkę, która nosi tytuł „Żywot Linfreda ze Stinchcombe”. Severus wspomina, że
stworzył on podwaliny pod eliksiry, których używają w obecnych czasach. Nie
wiedział jednak, że był to założyciel dynastii Potterów. Ich nazwisko wzięło
się od przezwiska Linfreda „Potterer”, które można przetłumaczyć jako „babracz”
(źródło: Pottermore).
- Kłótnia Hermiony i Ginny dotycząca roli Rona podczas wesela była
zainspirowana… moim ślubem. Powód dla którego pokłóciłam się z przyjaciółką był
o wiele bardziej błahy (szczerze mówiąc dotyczył kompletnej pierdoły), ale
jedyne co uzyskałyśmy to koniec znajomości. Morał jest taki, że czasem warto
odpuścić.
- Gdyby Severus przytulił Hermionę, która płakała z powodu World Trade
Center, to dziewczyna byłaby jego.
- Nie zdradzę co Sev zrobił z pijaczkami ze Spinner’s End, czyli
Brianem i Frankiem. Zostawiam to do swobodnej interpretacji czytelnika, tak
samo jak w przypadku Sary Jones.
- Czarnoksiężnik Ekrizdis został wymyślony przez Rowling i można
przeczytać o nim w jej artykule na temat Azkabanu (źródło: Pottermore).
- Severus przeglądając księgę Ekrizdisa wspomina, że przebiegł po niej
kot. Skąd to wiedział? Rozwiązanie zagadki:
- Mimo, że Rowling napisała w artykule, że Azkaban znajduje się na
Morzu Północnym, to ja napisałam, że na Morzu Niemieckim. Dlaczego? Do
pierwszej wojny światowej w Anglii nadal obowiązywała druga nazwa. Severus
czyta pamiętnik, który powstał w piętnastym wieku, więc dla jego twórcy morze
miało jemu współczesną nazwę.
- Hermiona puściła Suzanne Shreka, ponieważ to jedna z ulubionych
bajek mojej córki. Stanowi także znacznik, w którym roku toczy się akcja (niektórzy czytający mają tendencję do zapominania i potem muszę się spierać o różne aspekty, głównie technologiczne). Z drugiej strony chciałam pokazać, że nawet Fiona (Hermi)
może pokochać Shreka (Sev).
- Gareth Bloomsbury to postać wzorowana na facecie, z którym byłam na
randce. Właściwie to perfidnie opisałam jego zachowanie. Gość musiał się upić,
aby ze mną normalnie pogadać. Tak jak Hermiona nie dałam mu drugiej szansy.
- Thierry ubiera się w stylu Elegant Gothic Aristocrat. Powstał on w
Japonii w latach dziewięćdziesiątych. W skrócie można powiedzieć, że polega na
ubieraniu się jak skrzyżowanie fana gotyku z XIX - wiecznym elegantem.
- Słowa Suzanne, która mówi o narzeczonym w przedszkolu należą do
mojej córki. Naprawdę stwierdziła, że jestem biedna, bo musiałam znaleźć sobie
męża, a ona nie musi, ponieważ ożeni się ze swoim „chłopakiem”.
- Nie uważam aby miłość Hermiony do Thierry’ego była zbyt szybka. W
końcu znali się od czterech lat i było wspomniane, że regularnie ze sobą
pisali. Ona nie „poleciała” na jego wygląd. Było odwrotnie: jego kolczyki i
image odrzucały go od niego i gdy z nich zrezygnował, uczucia mogły zakwitnąć.
Argument, że Hermiona jest zbyt poważna o rozsądna na taką miłość także jest
nietrafiony. Chcę zobaczyć osobę, która dała radę się „odkochać”, kiedy mózg
szalał pod wpływem endorfin.
- Sylfion naprawdę istniał i jest to jedyna roślina, która wyginęła z
powodu człowieka.
- Miałam problem z Kamieniem Wskrzeszenia. Było wspomniane, że
Insygniów Śmierci nie można przywołać. Dlatego stwierdziłam, że do odnalezienia
go przyda się armia skrzatów domowych. Harry powiedział portretowi Albusa, że
zgubił go w lesie. Ten znał go na tyle, że bez problemu domyślił się, że
chłopak chciał mieć towarzystwo do swoich ostatnich chwil, czyli do
czasu spotkania z Voldemortem. Świadkiem tego wydarzenia był Hagrid, a on znał
las jak nikt inny, więc mógł wskazać odpowiednie miejsce. Na rozkaz McGonagall
Skrzaty mogły przetrząsnąć polanę, cal po calu, dosłownie ryjąc teren.
- Minerwa wysłała do Severusa sowę, mimo że miał on na sobie czar
maskujący. Jak to zrobiła? Wiedziała, że Hermiona z nim mieszka, dlatego kazała
sowie lecieć do jej domu i oddać list komuś, kto nie jest nią. Takie obejście
magicznego systemu.
- Podczas rozmowy z obrazem Albusa Severus zrobił aluzję do
homoseksualizmu Dumbledore’a.
- Skąd Voldemort miał Sylfion? Nie wiem, możemy się tylko domyślać :P
- Narysowałam Hermionie taki sam płaszcz jaki nosiła w 2001 roku Gwyneth
Paltrow:
- W styczniu 2002 roku książę Harry naprawdę był na odwyku, wysłany
tam przez księcia Karola, który miał dosyć wyskoków syna pod wpływem używek.
- Severus nie dotarł do Nowej Zelandii. Został w Chinach i tam uwarzył
Eliksir Wskrzeszenia. Harry miał rację podejrzewając Snape’a o to, że chciał zepsuć
ślub Hermiony i Thierry’ego.
- Aby realistycznie opisać chorobę Jean Granger czytałam blogi osób
chorujących na białaczkę. Zdołowałam się przez to, ponieważ większość przegrała
walkę.
- Harry pojawił się w domu Hermiony przed nią, ponieważ podsłuchał co
Severus mówił jej i panu Grangerowi. Oni jechali samochodem, a Potter użył
teleportacji, a później magii (jako auror nie miał większego problemu, aby dostać
się do budynku, poza tym Sev zdjął czary z tego samego powodu). Nie spodziewał
się, że przyjaciółka go zaatakuje oszałamiaczem i dlatego spędził trochę czasu
na podłodze.
- Wielokrotnie to podkreślałam i powtórzę to jeszcze raz: Harry’emu
dużo brakuje, aby być dobrym aurorem. Pokonał Voldemorta dzięki pomocy innych,
znacznie mądrzejszych od siebie ludzi. Jest narwany i najpierw działa, a
dopiero potem myśli. Gdy wpadnie na trop, to dopowiada sobie różne teorie,
zamiast dojść do prawdy i bardzo często kieruje się emocjami, a nie rozsądkiem.
Z tego powodu cieszę się, że Gawain Robards zablokował mu wspinanie się po
szczeblach kariery do czasu aż chłopak zmądrzeje i się uspokoi.
- Cmentarz na którym pochowani są rodzice Jean jest w Corelaine w
Irlandii Północnej. Michelle Fairley czyli aktorka, która grała matkę Hermiony
w „Insygniach Śmierci”, urodziła się w tym mieście.
- Według Rowling zaklęcie zmniejszająco–zwiększające podlega ścisłemu
nadzorowi ze strony Ministerstwa Magii. Innymi słowy Hermiona złamała prawo
zaczarowując swoją torebkę, a Severus słoik na eliksir. Uważam to za kompletną
bzdurę. Jak można coś takiego sprawdzić? Aurorzy robią wyrywkowe kontrole w
domach czarodziejów sprawdzając każdy pokój, torebkę, pudełko czy garnek?
Autorka Harry’ego czasem odlatuje w zupełnie nieznane mi rejony kompletnego
braku logicznego myślenia.
- Mój stosunek do kwestii odciętej ręki pana Grangera (skopiowany z
sekcji komentarzy): znalazłam wypociny
Rowling na Pottermore. Ogólnie stwierdziła, że czarodzieje są odporni na
mugolskie choroby, ale wykańczają ich magiczne (mugoli z resztą też, mają
podwójny niefart). Napisała, że jeśli część ciała została nieodwracalnie
zniszczona, to nie można jej odtworzyć. Przywołała przykład Moody'ego, który
stracił oko i nogę w walce oraz ucho George'a.
Osobiście uważam, że o ile można uznać, że Szalonookiemu urwało
kończyny, np. zaklęcie wybuchu i rana została przypalona czy coś w tym stylu, o
tyle ciężko mi się zgodzić z przypadkiem Glizdogona i Weasleya. Gilderoy
wydrylował Harry'ego, czyli jego kości odeszły w niebyt, a jednak dało się je
odtworzyć. Voldemort zniknął, nie miał całego ciała, a mimo wszystko się
odrodził. Dlatego zwykłe odcięcie kończyny raczej nie powinno stanowić problemu
z jej odtworzeniem. Rowling jak zwykle nawymyślała :(
Dodam jeszcze, że przecież Severus uleczył rany Draco, które powstały
przy pomocy tego samego zaklęcia, co rana George’a i wcale nie przemawia do
mnie teoria, że to potrafił, ponieważ sam wymyślił Sectumsemprę.
- Meggie_Coslynn zapytała: Chwila,
chwila. Oni zdążyli się przenieść na cmentarz, odprawić rytuał, wrócić, pospać,
pogadać, rodzice wyjechać a ten się jeszcze nie ocknął? I taka Ginny nie
widziała w tym nic dziwnego?
Odpowiedź: Hermiona walnęła go
mocno, a potem Severus poprawił (on by się powstrzymał? Serio? :]). Tak
naprawdę długo nie byli na cmentarzu, z moich obliczeń wynika, że góra pół
godziny, ale to uznając, że chodzili spacerkiem. Przyjmijmy, że Harry
powiedział Ginny jakie ma plany. Czyli wiedziała, że nie ma co mu przeszkadzać
przez jakiś czas (przecież kilka godzin to jeszcze nie powód do niepokoju). Na
dodatek miała dziecko na głowie :P
Na koniec spytajmy się samych siebie szczerze: czy Severus nie
poprawiłby Harry’emu po powrocie do Londynu w czasie, gdy Jean była zajęta
upewnianiem się, że jej mąż i córka żyją? :]
Rodzice mogli szybko wyjechać (popędzani, co chwilę przez
czarodzieja). Hermiona razem z obrażonym Harrym teleportowała się w okolicę ich
domu. Z moich obliczeń wynika, że wszystko mogło zająć dwie - trzy godziny.
- Dzieciaki potrafią bardzo boleśnie odreagowywać przykrą dla nich
sytuację. Suzanne nie była wyjątkiem.
- Nie uważam, aby Harry cierpiał na zespół stresu pourazowego, ale
myślę, że jego psychika na pewno ucierpiała na wskutek wieloletniego zmagania
się z niebezpieczeństwem. Hermiona dała podejść się Severusowi, do którego
zaczęła mieć właściwie bezgraniczne zaufanie i dlatego męczy przyjaciela, aby zaczął
się leczyć. Z powodu przebytej depresji jest święcie przekonana, że lepiej wie
od innych jak się czują i co w ich głowach siedzi. Dlatego Harry zaczął jej
unikać (podobnie było ze skrzatami domowymi i czapeczkami w wieży Gryffindoru).
- Zawsze się zastanawiałam, jak czarodziej może zbić majątek w świecie
mugoli używając tylko minimum magii (tak, aby ludzie się o niej nie
dowiedzieli). Już Robin Poynter pokazał, że przy pomocy Confundusa można okradać staruszków (wmawiał im, że jest ich
wnuczkiem). Naprawianie sprzętów jest chyba najlepszą opcją, ponieważ rzuca się
Reparo i na tym polega cała robota.
- Severus z mojego opowiadania
prawdopodobnie nigdy nie będzie w stu procentach pozytywną postacią. Uważa się
za lepszego od mugoli, których bezlitośnie wykorzystuje, jest wredny, niemiły i
antypatyczny dla większości czarownic i czarodziejów. Mimo tego staram się
pokazać, że powoli przechodzi przemianę i potrafi pozbyć się swoich przywar,
gdy sytuacja tego wymaga.
- Uznałam, że Kingsleyowi mogą puścić nerwy. Wyobraziłam sobie, że ma
napiętą sytuację rodzinną, ciągle go męczą w Ministerstwie Magii oraz zbyt
wiele pracuje. Wtedy łatwo o wybuch gniewu i stracenie kontroli, co odbiło się
na Hermionie. Prawie każda pracująco zawodowo osoba ma historię, gdy przełożony
wyżywał się na kimś pod wpływem złego humoru itp. Czarodzieje są takimi samymi
ludźmi jak my.
- Suzanne nie lubi gotowanej marchewki - tak samo jak moja córka.
Szczerze mówiąc ja także za nią nie przepadam.
- Początkowo Thierry wcale nie był religijny. Miałam trochę inny
pomysł na jego postać, ale później stwierdziłam, że to fajny pretekst, aby
pokazać jak wierzenia mogą zniszczyć związek dwojga ludzi.
- Myślę, że idea czystości krwi nie upadła po śmierci Voldemorta. To
jest zbyt kusząca wizja, aby wszyscy przestali w nią wierzyć. W naszym świecie
Hitler nie żyje, a mimo to jest sporo neonazistów.
- Tak jak Hermiona mam piżamkę w tęczowe jednorożce i ją kocham. Mój
mąż nie jest nią zachwycony i zawsze marudzi, że powinnam w niej spać w pokoju
dziecka (w sensie, że pasuję do jej wszystkich zabawek).
- Zielony płomień, którym Śmierciożercy podpalali domy, miał
symbolizować Salazara Slytherina.
- „Śmierć wrogom czystokrwistych” to moja jawna kpina z hasła „śmierć
wrogom ojczyzny”. Obydwa zdania są tak samo głupie, zarówno w naszym, jak i
czarodziejskim świecie.
- Kingsley nie dał wiary Severusowi, że ten wykorzystał cały Sylfion.
Dlatego stara się odbudować swoje relacje z Hermioną (jak wiemy z marnym
skutkiem), która jest najlepszym połączeniem między nimi.
- Spalona garderoba Hermiony naprawdę sporo kosztowała. Gdy rozwinęła
się u niej depresja i pracoholizm, to dziewczyna skupiła się na zdobyciu
awansu. Jednym z elementów jej strategii było kupowanie drogich ubrań i
dodatków, w których wyglądała jak najbardziej profesjonalnie. Chcąc podkreślić
fakt, że pochodzi z rodziny mugoli, inwestowała w drogie marki typu Chanel,
Prada, Dior itp.
- Osobiście przeżyłam szok, gdy pochodząc z rodziny dysfunkcyjnej,
trafiłam na taką, w której panowały normalne (czyli życzliwe) stosunki.
Początkowo byłam święcie przekonana, że wszyscy tylko udają przyjaźń, ponieważ
z powodu wieloletnich, negatywnych doświadczeń mój mózg nie był w stanie
zaakceptować, że mogą istnieć relacje inne, niż wśród moich krewnych, którzy
głównie na siebie wrzeszczeli i podkładali świnie. Uznałam, że Severus także
będzie miał z tym problem, tym bardziej, że pochodził z rodziny typowo
patologicznej, gdzie było jeszcze gorzej.
- Ostatnio podczas pisania opowiadania namiętnie słucham „Two Steps
From Hell”.
- Wspominałam o tym w komentarzach, ale napiszę to oficjalnie: nie porzucę
opowiadania. Zamierzam je skończyć, nawet jeśli znajdę regularną pracę lub
wyprowadzę się za granicę. Mogą być wtedy przerwy we wrzucaniu rozdziałów, ale
zakończę to, co zaczęłam, ponieważ pisanie to moja pasja i wsadziłam w nie zbyt
wiele serca. Po zakończeniu sprawdzę jeszcze raz wszystkie rozdziały, poprawię
błędy, dodam okładkę oraz kilka bajerów (na przykład jakieś dodatkowe rysunki
czy teksty) i wrzucę książkę do ściągnięcia. Macie moje słowo!
Na razie to wszystko. Gdy zbierze się więcej rozdziałów, to znowu
powypisuję ciekawostki. Podejrzewam, że zajmie mi to kolejny rok :D. Kolejny rozdział
pojawi się pewnie w poniedziałek. Od razu mówię, że w przyszłości mogę mieć
małe kłopoty, ponieważ najprawdopodobniej wyjadę do babci na kilka dni, a nie
posiadam laptopa (ani ona). Ale jeszcze zobaczę, jak to wyjdzie…
Hermiona miała serdecznie dosyć
dwumiesięcznego leżenia w szpitalu na oddziale patologii ciąży i dlatego poród
przywitała z radością i nieopisaną ulgą. W końcu zobaczy swoją córkę i pojedzie
do domu, gdzie będą czekali na nią jej rodzice.
- Osiem centymetrów – zawołała
położna i uśmiechnęła się do rodzącej. – Jeszcze chwilę i będziesz mogła przeć.
- Ufff, świetnie – wydyszała
czarownica.
Skurcze porodowe były silne, ale
dawała radę. Ból nie był jakoś wyjątkowo straszny. Wiedziała, że poród to nie
spacerek po łączce i była na niego psychicznie przygotowana. Cieszyła się, że
jej mąż jest przy niej i wspiera ją jak tylko się da.
- Dasz radę? – spytał się Severus
i popatrzył się na swoją żonę z czułością.
- Tylko dwa centymetry, ufff, jest
dobrze – Hermiona uśmiechnęła się uspakajająco mimo przeszywającego jej ciała
bólu.
Aparat do mierzenia czynności
serca płodu wskazywał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jeszcze
chwila, chwileczka i ich pierwsza córka przyjdzie na świat…
- Kocham cię – powiedział
Severus.
- Ja ciebie… - Hermina już miała
odpowiedzieć, gdy poczuła, że z jej ciałem zaczyna się dziać coś niedobrego.
Jęknęła cicho i usłyszała, że na
aparacie gwałtownie spada tętno jej córki. Ostatnim co zapamiętała to okrzyk
położnej i gonitwę ludzi na korytarzu. Potem zapanowała ciemność.
***
Nie, nie, nie. To nie jest przyszłość Hermiony. To moja
przeszłość, tak wyglądał mój poród. Lekarze ledwo odratowali mnie i moją córkę.
Mąż się temu przyglądał i wspierał mnie. Samą jego obecność uważam za wsparcie
ponieważ ja nie byłam świadoma niczego co się wokół mnie działo. To on był świadkiem przerażających scen. Dalsza część
jest jak w filmach – wpadają lekarze, reanimują i biegiem pędzą szpitalnym
korytarzem do sali operacyjnej. Jak ktoś jest chętny mogę opowiedzieć jak to
jest mieć rozcięty brzuch bez znieczulenia. Nie polecam. Ból jest tak straszny,
że chcesz umrzeć.
Dlaczego o tym piszę? Ponieważ
boję się o swoją przyszłość. Spędziłam ponad dwa miesiące w szpitalu na
patologii ciąży. Widziałam wiele, chyba nawet za dużo. Nie chcę powtórki z tego
co przeżyłam. Nie chcę aby moja córka coś takiego przeżyła. Dlatego dzisiaj
protestuję.
Ktoś czytający to może
powiedzieć: „w necie jest mnóstwo tekstów na ten temat, nuda!”. W takim razie
chcę pokazać trochę inny punkt widzenia. Jak kiedyś wspomniałam na blogu - nie
jestem katoliczką, nie wierzę w Jezusa, Trójcę i tych wszystkich świętych.
Wierzę, że żyjemy wielokrotnie jako różni ludzie na przestrzeni wieków. Wierzę,
że istnieje Bóg, ale nie jest on brodatym starcem, który potrzebuje kultu na
ziemi i karze za wszystko. Dlatego pewnie znaczna część czytających będzie
zdziwiona, gdy powiem, że nie jestem za aborcją na życzenie.
Ogólnie to jest bardzo ciężki
temat, w którym wiele osób ma rację: aborcja jest zła, ale pozwalanie umrzeć
kobiecie też jest złe. Kto wie co jest słuszne? Czyje życie jest ważniejsze? Według
reinkarnacji nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Nie wiadomo od kiedy człowiek
jest człowiekiem. Pogląd jest taki, że dusza przychodzi raczej przed
narodzinami, kiedy jest pewne, że dziecko się urodzi lub zaraz po porodzie. Nie
wiemy jaki człowiek wyrośnie z tego małego zlepku komórek. Czy to będzie ktoś,
kto zaprowadzi pokój na świecie, czy to będzie drugi Hitler? Według reinkarnacji
otrzymujesz to na co zasłużyłeś. Jeśli byłeś dobrym człowiekiem w poprzednim
życiu to w nowym masz lepiej niż ktoś kto był zły. Ten pogląd pozwala ci
swobodnie podejmować decyzje. To ty za nie zapłacisz. Jeśli będziesz kobietą,
która robi sobie kilka aborcji według własnego widzimisię to w kolejnym
wcieleniu możesz pragnąć dziecka, ale każde poronisz. Chory od urodzenia
człowiek może cierpieć z powodu zła które wyrządził w byłym życiu, a osoba się
nim opiekująca może w ten sposób odkupić winy za porzucenie kogoś.
Wiara w reinkarnację pozwala mi
przypuszczać, że mam wybór, ponieważ to ja za niego zapłacę. Kościół katolicki
wrzeszczy, że życie płodu jest najważniejsze. Skąd wiedzą, że ich Bóg nie
twierdzi przypadkiem, że poświęcenie się dla zbitka komórek to samobójstwo?
Może stanie taka kobieta przed nim i powie: „zrobiłam wszystko aby uratować
dziecko, dlatego tu jestem”. A Bóg na to: „to dziecko i tak by nie przeżyło, dałem
rozum lekarzom, aby robili z niego użytek, ale ty postanowiłaś świadomie ich
zignorować i się zabić. Idź do piekła!”.
Nie wiadomo czyj pogląd jest
bardziej trafny. Nie ma stuprocentowej pewności, że istnieje jakikolwiek Bóg
albo reinkarnacja. Nikt nie wie co jest tam po śmierci. Nie wiemy nawet co się
dzieje na ziemi, tu i teraz. Naukowcy ciągle coś odkrywają. Dlatego uważam, że
nie można jednoznacznie powiedzieć, że aborcja w celu ratowania życia matki
jest zła. Tak samo jak w przypadku ciąży z gwałtu albo gdy płód jest
zdeformowany i ciężko chory. Czasem trzeba po prostu wybrać mniejsze zło, ale
gdy ten wybór zostanie nam odebrany to co zostanie?
Teraz chciałabym odnieść się
trochę do biologii i psychologii. Jak wspominałam spędziłam ponad dwa miesiące
na oddziale patologii ciąży. Tam się trafia, gdy coś zagraża albo dziecku albo
kobiecie. Czytając opinie innych ludzi mam wrażenie, że większość myśli, że „to
mi się nie przytrafi”. Tam była setka kobiet, codziennie któraś wychodziła i
przychodziły nowe. W kółko: bez znaczenia czy były święta, weekend czy wakacje.
To był tylko jeden szpital w mieście wojewódzkim, a w okolicy było ich jeszcze
kilka. Ciągła rotacja, ciągła walka o życie. Zwolennicy zaostrzenia przepisów
myślą, że na takich oddziałach to tylko usuwa się biedne dzieciaczki. Że umierają
śliczne dzidzie z reklamy pieluszek, które mogłyby się popatrzeć na kobietę
swoimi pięknymi oczętami i mamusia od razu by je pokochała. Życie to nie reklama, przykro mi. Te przyszłe
dzidzie potrafią usunąć się same z ciała matki chwilę po poczęciu. Pierwszej
nocy, gdy spałam na korytarzu szpitala, ponieważ nie było dla mnie miejsca,
jeden z takich płodów postanowił wykąpać się w klozecie. Kobieta poszła do
toalety, buchnęła krew i było po wszystkim. Siła wyższa, nic się nie dało
zrobić. Tylko, że tamtą kobietę musieli ratować lekarze z powodu krwotoku. Bieganina,
krzyki na korytarzu. Okropna codzienność, spaczona psychika… nie tylko tej
jednej dziewczyny, ale wszystkich innych. Ja do rana nie mogłam już spać.
Na tym oddziale kobiety się
wspierały. Opowiadały swoje historie. Jedna poroniła trzy razy, raz urodziła
martwe dziecko. Druga leżała od kilku miesięcy bez ruchu, zanikły jej mięśnie i
do dziecka woziły ją pielęgniarki na wózku inwalidzkim (było w inkubatorze).
Trzecia znalazła się na oddziale, ponieważ jej macica mogła w każdej chwili
pęknąć. Dziecko czwartej przestało rozwijać się. Piąta musiała zostać „wyskrobana”,
ponieważ płód obumarł. Szósta cierpiała straszliwy ból z powodu rozchodzących
się kości i nie dostawała żadnych środków przeciwbólowych, aby nie zaszkodzić
dziecku i tak przez jakiś miesiąc do porodu. Siódma… No właśnie, długo by
wymieniać. Czego chcę dowieść? Tego, że my kobiety jesteśmy bohaterkami. Nie
chcemy jeść tabletek wczesnoporonnych jak cukierków. Cierpimy straszliwie
byleby urodzić chociaż jedno dziecko. Modlimy się wspólnie mimo różnic i wyznawanych
religii. Decyzje o aborcji były cholernym, nieludzkim, straszliwym dramatem.
Myślicie, że potępiałyśmy te, które się jej poddały? Nie. Razem z koleżankami
widziałyśmy co się dzieje i wspierałyśmy się wzajemnie. Czasem życie daje kopa
w dupę i poprawia przywalając w twarz, a potem skacze po plecach. Czasem nie ma
innego wyjścia. Będąc tam nie zauważyłam, aby jakakolwiek kobieta powiedziała: ”wolę
umrzeć, pa mężu, pa koleżanki, pa mamusiu i tatusiu!”. Był lament, był płacz i skrzywiona psychika,
ale żadna nie oddała swojego życia w imię idei (powtarzam raz jeszcze: te
usunięte komórki to nie były dzidzie z reklam, nie miały dziewięć miesięcy i
zostały porozrywane jak to przedstawiają pro-life’owcy – to tak nie wygląda).
Myślę, że wiele kobiet i mężczyzn
nie zdaje sobie sprawy, że czasem tak się sprawy mają. To, że matka i babka
urodziły na polu, harując przez dziewięć miesięcy na wsi, nie znaczy, że tobie
nie pójdzie źle. Ja się nasłuchałam od wszystkich, że ciąża to nie choroba. I
co? W następnym stanie błogosławionym od razu idę na zwolnienie i uważam na
siebie o wiele bardziej niż poprzednio. Nie ja zawiniłam, ale wolę dmuchać na
zimne. Nigdy nie ma pewności, że coś się nie zdarzy. Dzisiaj zagłosujesz za
zakazem aborcji, a za kilka lat umrzesz wykrwawiając się z powodu pękniętego
jajowodu. Albo twoja żona, albo córka, albo wnuczka. Trzeba być tego świadomym,
że skazujesz kogoś na śmierć. I jeśli jesteś katolikiem powinieneś/powinnaś
wiedzieć, że twój Bóg raczej nie będzie z tego powodu zadowolony.
Teraz czas na „rozluźnienie”
tematu. Takie ciekawostki dotyczące biologii.
Po pierwsze – nawet nie
wyobrażacie sobie co w ciąży może pójść nie tak. Większość z nich kończy się
poronieniem. Nawet o tym się nie wie, takie życie. Nie zadziała jeden hormon,
nie przyjmiesz jakiejś witaminy, wdychasz skażone powietrze, albo pijesz nie
taką wodę i już jest po wszystkim.
Po drugie – większość zwolenników
życia myśli, że technologia tak poszła do przodu, że teraz nie jest problemem
uratować życie nawet bardzo słabego wcześniaka. Oczywiście, że tak. Te ważące
500 gram mają 60% szans na przeżycie. Tylko, że większość potem jest chora. O
tym już się tak chętnie nie mówi. Dziecko urodzone na miesiąc przed terminem ma
zazwyczaj jakieś komplikacje, a co dopiero trzy miesiące przed. Moja córka
przyszła na świat trzy tygodnie przed terminem i też muszę ją co jakiś czas
rehabilitować. Koleżanka z łóżka obok musiała być ciachnięta w siódmym
miesiącu. Jej dziecko jest teraz pod stałą opieką lekarzy, nie jest warzywem na
szczęście, ale jednak nigdy nie będzie zdrowe.
Po trzecie – uwaga, będzie trochę
makabrycznie. Co jakiś czas pojawia się w sieci informacja, że ktoś
przeprowadzał aborcję, załóżmy w piątym miesiącu i dziecko przeżyło. Krzyczało
i płakało, a bezduszni lekarze pozwolili mu umrzeć na podłodze. Nie, nie i
jeszcze raz nie. Nie wierzcie w to. Takie dziecko nie ma płuc! Bez nich nawet
nie piśnie i od razu umiera (poza organizmem matki nie ma możliwości przeżyć).
Ten organ wytwarza się pod koniec ciąży i dopiero niedługo przed porodem
dziecko potrafi ich używać. Wszystkie kobiety, które były w ciąży mającej
(bodajże, pewna nie jestem) 22 tygodnie otrzymywały zastrzyki ze sterydami,
które przyśpieszały rozwój płuc u płodu. Naturalnie to nie jest tak, że hop-siup
i po lekarstwie dziecko przeżyje i samo będzie oddychało. To trochę trwa, a i
tak nie są to płuca, które dobrze pracują. Dlatego dzieci ważące nawet 1500
gram trafiały do inkubatora i miały wspomagany oddech (co często prowadziło do dalszych
komplikacji).
Po czwarte – lekarze to też
ludzie. Nie są mordercami nastawionymi na zarobek. Pomagają na ile się da.
Pokazują wszystkie za i przeciw. Jeden ma lepszy humor, drugi gorszy. Żaden nie
wykazywał skłonności sadystycznych. Ale ja miałam szczęście i nie trafiłam na
religijnego oszołoma. Załóżmy, że będzie zakaz aborcji i ktoś taki się trafi.
Nie przerwie ciąży pozamacicznej dopóki kobieta nie dostanie krwotoku. Z tym
też nie wiadomo. Takich ludzi jest mało, ale kto wie…
Po piąte – psychika. Życie nie
jest czarne, albo białe. Ma mnóstwo odcieni szarości, a ja dodałabym od siebie,
że można zauważyć też mnóstwo kolorów. To co myślimy i czujemy też ma wielkie
znaczenie. Nie można nikogo zmusić do bohaterstwa. Rozumiem kobiety, które nie
chcą urodzić dziecka z gwałtu albo bardzo chorego. Można ten temat napisać
długi esej, a i tak nie da się pokazać jednego rozwiązania. Nie wiem co ja bym
zrobiła. Jako nauczycielka, która miała kontakt z pedagogiką specjalną i z dziećmi
upośledzonymi, mam świadomość, że choroba chorobie nie równa. To jest również
cholernie ciężki temat. Nikt nie ma w nim racji, dlatego wolę aby każdy miał
wybór i postąpił według własnego sumienia.
Po moim porodzie razem z mężem
wpadliśmy w depresję. Nie kochaliśmy córki. Okropne, wiem. Nawet rozważaliśmy
czy jej nie oddać. To co przeszliśmy tak nam wryło się w psychikę, że mieliśmy
straszny uraz. Trochę potrwało zanim nam przeszło i ją pokochaliśmy. Łatwo
powiedzieć: dziecko nie było temu winne, to wasza wina. W takim razie proszę
powiedzieć to osobom z chorobami psychicznymi: to twoja wina, że masz
schizofrenię/depresję/anoreksję. Nad tym się nie panuje, ludzki umysł jest
czasem wyjątkowo okrutny i nie ma w nim za grosz racjonalności.
Nie uważam, że jestem bezduszną
morderczynią małych, bezbronnych dzieci. Jestem przeciwna aborcji na życzenie.
To nie jest forma antykoncepcji. Jednak wiem, że w życiu zdarzają się takie
sytuacje, że trzeba wybrać mniejsze zło. Jeśli miałabym umrzeć z powodu źle
rozwijającego się płodu, to przykro mi… Ja mam męża, dziecko, rodzinę i nie
chcę odchodzić. Oni też nie chcą abym odeszła, ponieważ znamy się i kochamy. To
co być może będzie dzieckiem jest nieznane i większość osób nic do tego nie
czuje. Nie oszukujmy się: zazwyczaj rodzina cieszy się z powodu nowego życia,
ale o wielkiej miłości mowy nie ma. Dopiero po przyjściu na świat to się
zmienia.
Jeśli ta ustawa przejdzie, albo
jeden z trzech wyjątków z obowiązującej ustawy zniknie to wyjeżdżam za granicę.
Wcześniej chciałam z mężem zamieszkać gdzieś indziej aby przeżyć przygodę,
podróżować itd. Teraz widzimy, że trzeba wyjechać w trosce o naszą przyszłość.
Nie chcę patrzeć na męczarnie mojej córki, gdyby coś poszło źle. Nie chcę aby
rodzina patrzyła na moje męczarnie, ponieważ myślę, że kiedyś postaramy się o
drugie dziecko. Boję się zostać w Polsce. Chcę abyśmy miały wybór nawet jeśli
nigdy nie poddamy się aborcji. Pragnę, aby inne kobiety też go miały. Aby nie
bały się zajść piąty raz w ciążę i poronić jak moja koleżanka ze szpitala. Co
jeśli trafi na religijnego oszołoma, który stwierdzi, że jest seryjną
morderczynią, bo kto widział tyle niezakończonych ciąż? Nie chcę aby ona, albo
ja, albo jakakolwiek inna kobieta poszła za to do więzienia. Są ludzie i
parapety, są dzieci i kanapki, ale niektórzy rodzą się takim betonem, że nic
nie zrozumieją. Nigdy nie wiadomo kto stanie na naszej drodze i jakie to
przyniesie konsekwencje naszemu życiu. Dlatego wolę dmuchać na zimne. Idę
protestować, ponieważ chcę aby obowiązywała obecna ustawa.
Taka mała podpowiedź dla rządu: wystarczyłoby aby był swobodny dostęp do antykoncepcji, w tym pigułki "po" oraz większa opieka nad upośledzonymi dziećmi i ich opiekunami. Łatwiejsza i szybsza adopcja oraz lepsza edukacja seksualna. Sporo tego jest, ale gdyby system lepiej działał to wtedy aborcja nie byłaby potrzebna poza nielicznymi, medycznymi uzasadnieniami.