Czeeeeść wszystkim! Mam dostęp do neta to opisuje kolejne moje przygody u boku Voldka! Dzienx za te wszystkie meile! Wiem, że mnie kochacie i ja też was kocham!!! <3
Dzisiejszy dzień zaczął się
niezbyt przyjemnie. Voldemort dostał kilka razy napadu szału, obryzgał mnie
owsianką, wymazał kupą moją różdżkę oraz ugryzł w ucho małego Johna podczas
zabawy w piaskownicy. Ile ja się nasłuchałem od jego matki! Wstrętne babsko,
powiedziało mi, że nie potrafię wychować syna! Argh, ja jej dam! Nocą zakradnę
się pod jej dom i zamienię jej wszystkie kanały w telewizji na Telewizję Trwam!
Hahahaha, jestem taki mroczny i demoniczny!
- Glizdogonie!
Mój Pan mnie wolał. Zostawiłem
sweterek, który dziergałem na drutach i szybko do niego podbiegłem.
- Wzywałeś mnie Panie? – zgiąłem
się w ukłonie.
- Pakuj się! Wyjeżdżamy!
- Gdzie Panie? – spytałem się
spokojnie choć byłem wewnętrznie zdruzgotany.
A co z moją małą zemstą?
- Musimy uwolnić Barty’ego
Croucha z rąk Barty’ego Croucha!
- Tak jest, Wasza Jasność! – po
czym pognałem po walizki.
- Glizdogonie!
- Tak, Panie? – przybiegłem z
powrotem.
- Nie zapomnij o moich
nausznikach i szaliczku! Ostatnio mi ich nie założyłeś i podczas teleportacji
mnie przewiało!
- Oczywiście, Wasza Zmarzliwość!
– pobiegłem po jego ulubione, puchate nauszniki.
- Glizdogonie!
- Taaaaaaaaaak, Panie? – siliłem
się, aby zachować spokój.
- Widziałem w twoich myślach co
chcesz zrobić matce Johna…
- To sprytny plan, czyż nie? – zachichotałem.
- Ja mam lepszy! Lord Voldemort
zawsze ma lepsze pomysły!
- Tak, Panie, ja jestem tylko
szczurkiem o małym rozumku…
- Idź do niej i oprócz telewizora
zaczaruj jej radio by nadawało tylko Radio Maryja!
- Tak jest, Wasza Pomysłowość! –
zasalutowałem i wybiegłem z domu słysząc mroczny i demoniczny śmiech mojego
Pana.
Teleportowaliśmy się w pobliżu
domu Barty’ego Croucha nr 1 i nr 2. Znowu przebrałem się za starą cygankę z
dzieckiem. Był to MÓJ PRZEGENIALNY POMYSŁ. Nikt nie podejrzewał, że ta brzydka
stara baba to ja. Volduś był bezpieczny w beciku i miał schowaną w nim różdżkę.
Pod moją spódnicą czaiła się sycząca parówa.
O boże, ona chyba chce mi się dobrać do nabiału! – pomyślałem
czując jak Nagini przesuwa się wyżej.
Musiałem działać szybko,
podszedłem do rzeźbionych drzwi wejściowych i zastukałem kołatką w kształcie
lwa. Po chwili w drzwiach pojawił się Barty Crouch nr 1.
- Czego chcesz?
- Pooowróżyć panuuuu –
powiedziałem babskim głosem. – Ja być uczciwa! Chcieć powróżyć za pieniążki!
- Zjeżdżaj stąd! – warknął i
zamknął mi drzwi przed nosem.
Voldemort się zdenerwował.
Zwyzywał mnie od… bardzo różnych rzeczy, wyciągnął genealogię mojej matki do
dziesięciu pokoleń wstecz. Ciekawe skąd wiedział, że były kurtyzanami? Zastukałem
drugi raz czując, że Nagini szturcha mnie tam gdzie nie powinna. Barty Crouch
wyglądał na rozeźlonego gdy otworzył drugi raz drzwi.
- Co ty…
Nie zdążył dokończyć zdania gdy
ugodziło go zaklęcie Voldemorta.
- Zaprosisz nas na herbatkę, prawda
Crouch? – wycedził Czarny Pan.
- Taaaaaak – odpowiedział
mężczyzna patrząc na nas rozmarzonymi oczami.
Weszliśmy do domu i od razu
zrzuciłem spódnicę. Nagini nie chciała mnie puścić ale w końcu wyrwałem się z
jej szponów. Dostałam za to opierdziel od Voldka, który twierdził, że ją
krzywdzę nie oddając jej swojego nabiału na obiad. Pozostało nam odbić
Barty’ego Croucha nr 2.
- Gdzie młody Crouch!? – wrzasnął
Voldemort. – Stary Crouch! Gdzie ty polazłeś!?
Zza drzwi prowadzących do kuchni
wychyliła się zdumiona twarz mężczyzny.
- Kazałeś panie zrobić herbatę…
- A tak, tak – Voldemort sobie
przypomniał. – Gdzie twój syn?
- Za paprotką.
- Za paprotką?
- Tak, był niegrzeczny, oglądał
mugolskie pornosy, więc kazałem mu tam stać.
- Fuuuuuuj – wyrwało się mi i Voldemortowi
na myśl o takich obrzydlistwach.
Podszedłem do kwiatka i wymacałem
Juniora, zdjąłem z niego pelerynę niewidkę. Stał na jednej nodze, z rozłożonymi
na boki rękami, a w ustach trzymał łyżeczkę na której położone było jajko.
Biedak był spocony i czerwony na twarzy. Strzeliłem mu fotkę bo tak zabawnie
wyglądał:
- Cóż za wyrafinowane tortury –
Voldemort był pod wrażeniem. – Będę musiał je wprowadzić do swojego repertuaru.
- Dzięki ci Panie – jęknął Crouch
nr 1 i zgiął się w ukłonie.
- NIE DZIĘKUJ MI TYLKO GO
ODCZARUJ TY TĘPA KUPO ŁAJNOBOMB! – wrzasnął Czarny Pan.
Barty Crouch Junior padł
wyczerpany u stóp Czarnego Pana. Jęcząc i rzężąc mamrotał podziękowania.
Poczułem się dotknięty, to ja go wymacałem! Potem zaczął całować stopy
Voldemorta. Poczułem się zazdrosny! Tylko ja mogę całować jego tyciuszkie
stópeczki! A jak się Volduś wtedy chichra! Zwłaszcza lubi gdy udaję, że mu je
zjadam. Aż piszczy z uciechy! Żebyście widzieli mnie w akcji! Powinienem dostać
medal za bycie najlepszą nianią pod słońcem…
- Czy jesteś gotowy mi służyć
Barty? Zrobić dla mnie wszystko? Poświęcić się ciemnej stronie mocy?
- O tak, Mój Panie! – chłopak aż
się rwał do czynów.
- Dobrzeeee, mój młody padawnie,
dobrzeeee – odrzekł zadowolony Voldemort. - Glizdogonie! Oddaj mu jego miecz
świetlny.
Musiałem mieć głupią minę bo
popatrzył się na mnie z wyrazem totalnego rozczarowania na… twarzy. Barty’emu
było wszystko jedno, chłonął każde słowo Czarnego Pana jak gąbka tłuszcz ze
starej patelni.
- Różdżkę głąbie! – wysyczał
Voldemort. – W ogóle nie myślisz! Ja się tutaj bawię w Star Warsy, a ty jesteś
tępy jak Jar Jar Binks!
- Tak, Panie! Już lecę!
- Więc mój młody padawanie… –
Volduś bawił się wyśmienicie. – … mam plan! A moje plany są tak wielkie jak
wielka jest nasza galaktyka!
- Mów, mów, ja słucham! – Barty
nr 2 wił się w ekstazie u jego stóp.
- Kto nas zawsze gnoił podczas
pierwszej wojny czarodziei? Kto nas wybijał, ranił i atakował?
- Eeeeeee… - popatrzyliśmy się z
Bartym Juniorem na siebie nic nie rozumiejąc.
- Otaczają mnie kretyni… - westchnął Voldemort i zaczął się bawić
swoją ulubioną grzechotką na macie edukacyjnej.
- Oooooch! – jęknęliśmy z Bartym
nr 1 i 2 w zachwycie. – Jaki jesteś słodki Nasz Panie!
- Wieeeeem – powiedział i zaczął
się bawić stópką. – Chodziło mi o Alastora Moody’ego!
- Aaaaaach! – wyrwało się nam.
- My jesteśmy imperium zła! On
jest rebeliantem! Jako imperium musimy kontratakować! – krzyczał Voldemort.
- Aaaahaaa! – stwierdziliśmy
zgodnym chórem.
- Mój plan jest tak genialny, że
Dumbledore może mi nocniki czyścić i butelki myć!
- Tak, to fakt! – chórkowaliśmy
dalej.
- Junior! Złapiesz z Glizdogonem
Alastora, wsadzisz go gdzieś by mu swobodnie kłaki rwać i pójdziesz nauczać w
Hogwarcie!
- Tak jest! – zasalutowaliśmy.
- A ty Senior! – wskazał na
zaimperiusowanego Croucha. – Będziesz się mną zajmował gdy Glizdek będzie
zajęty!
- Tak, Panie – powiedział.
Voldemort omiótł spojrzeniem jego
postać, zamyślił się i spytał:
- wąsiki a la Hitler? Masz niezły
gust! Myślisz, że mi będą pasować?
Tak minął mi kolejny dzień u boku
Czarnego Pana. Ktoś wie na co może być uczulony bobasek, gdy mu wyskakują takie
małe czerwone krostki na pupci? Podejrzewam, że to wina pieluszek… albo
jedzenia piasku… chyba go więcej nie wezmę na plac zabaw :(
Grzegorz
Michalski wziął do ręki komórkę i sprawdził godzinę. Była szósta rano, normalnie o
tej porze szykowałby się do pracy. Pomyślał, że obudził się tak wcześnie z
przyzwyczajenia. Czuł się nieswojo leżąc w łóżku, ale dyrekcja dała mu do
zrozumienia, że ma dzisiaj przymusowe wolne. Nie do końca rozumiał co się stało
poprzedniego dnia. Na zebraniu firmy nagle ni z tego, ni z owego, wstał Karol z
działu finansowego i oskarżył go o fałszowanie przychodów firmy. Skończyło się to
ogromną awanturą ponieważ nie miał nic na sumieniu i niczego złego nie zrobił.
Skontaktowano się z centralą i stwierdzono, że interwencja policji nie będzie w
tej chwili konieczna. Grzegorz i Karol zostali wysłani do domów, a specjalna
komisja będzie badać finansowe raporty. Miał nadzieję, że to nie jest jakiś
spisek w celu usunięcia go z pracy. Tyle osób ostrzyło sobie zęby na jego
stanowisko. Nagle wpadł na pomysł: zadzwoni do swojej asystentki Agnieszki z
którą miał bardzo dobre stosunki. Nie zwracając uwagi na godzinę wyszukał
nazwisko „Mazur” w komórce. Odebrała po trzecim sygnale.
-
Cześć słoneczko – zaczął przymilnie. - Ja wiem, że jest wcześnie…
-
Nie mogę z tobą rozmawiać – odpowiedziała zdenerwowanym tonem. – Mamy całkowity
zakaz kontaktowania się z wami do czasu wyjaśnienia sprawy. Więc…
-
Czekaj! – krzyknął do słuchawki. – Wierzysz, że jestem niewinny?
-
Wierzę – szepnęła po czym się rozłączyła.
Odrobinę
podniosło go to na duchu. Chociaż Aga mu wierzy. Stwierdził, że nie ma sensu o
tym myśleć. Może dobrze mu zrobi, gdy spędzi dzień ze swoją córką. Wychodził z
domu z samego rana, wracał późnym wieczorem więc nieczęsto ją widywał. W
weekendy zazwyczaj także nie miał dla niej czasu ponieważ siedział z nosem w
komputerze. Wstał z łóżka i poszedł do łazienki.
***
Patrycja
zeskakiwała ze schodów nucąc pod nosem wyhaczoną ostatnio na youtube piosenkę
zespołu Van Canto:
„I
feel the magic running through my veins
A prophecy is fulfilled these days”*
Nagle
usłyszała głos ojca, stanęła i słuchała. Było już po siódmej więc dawno powinien
wyjechać do pracy. Czuła, że coś jest nie tak. Zajrzała ukradkiem do kuchni
gdzie zobaczyła małżeństwo Wojtysiaków siedzących z jej ojcem przy stole. Właśnie
zabrali się za jedzenie jajecznicy z cebulką i pieczarkami. Pachniało kawą i
świeżo wyciśniętym sokiem pomarańczowym. Ciekawość zwyciężyła więc dziewczynka cichutko
podeszła do stołu, ojciec spojrzał na nią jakby zobaczył ją pierwszy raz od
dawna.
-
Patrycjo… co ty masz na sobie? – spytał z wielkim zdziwieniem. – To jakaś nowa
moda? Ty się tak ubierasz… nie mów, że chodziłaś w czymś takim do szkoły! – oburzył się.
Wtedy
pani Jadwiga wstała od stołu i z gestem dziękczynnym skierowanym ku niebu
zaczęła mówić:
-
no! W końcu pan zauważył, chwała Bogu! Tyle razy panu mówiłam panie Grzegorzu,
że z Patrycją dzieje się coś niedobrego. Te dziwaczne stroje, te książki o
magii, te urodziny z bandą trzynastolatków poprzebieranych za wiedźmy i
czarnoksiężników oraz te wszystkie trupie czaszki! Mówię panu, ona wpadła w
sidła sekty, jest SZATANISTKĄ! NIE BYŁA W KOŚCIELE OD DWÓCH MIESIĘCY! – krzyknęła i
oskarżycielsko wskazała palcem na dziewczynkę.
Patrycja
i jej ojciec patrzyli to na siebie, to na szybko oddychającą starszą kobietę,
ani jedno, ani drugie nie wiedziało co powiedzieć. Po chwili Pan Jan złapał żonę
za sukienkę i pociągnął by usiadła z powrotem na krześle mrucząc coś o głupich
dewotkach.
-
To opowiesz mi o co chodzi z tym strojem, czarami, magią i… eee… trupimi
czaszkami? – zaczął łagodnie pan Michalski widząc, że jego córka zaczerwieniła
się i zaczęła miąć w rękach spódnicę. Nie znał za bardzo mody panującej wśród współczesnych trzynastolatek, ale
był pewien, że to co ma na sobie Patrycja jest mocno alternatywne. Przypominało
mu trochę punkowe klimaty z młodości, ale jednak różniło się to od tego co
nosiły kiedyś dziewczyny. Oskarżona miała na sobie białą, koronkowa bluzeczkę z
krótkim rękawkiem, na to założyła czarną kamizelkę wyszytą w kolorowe czaszki.
Pod szyją wisiał krawat w biało - czerwoną kratkę. Spódniczka sięgała kolan,
była w czarno-czerwoną kratkę, mocno rozkloszowana z powodu tiulowej halki pod
spodem. Na nogach miała założone białe skarpetki zakończone koronką, a na
stopach błyszczały lakierki na grubej podeszwie zapinane klamerkami w kształcie
trupich czaszek. Wyglądu dopełniały czarne koronkowe rękawiczki. Kasztanowe
włosy spięła w dwa kucyki, które były wyraźnie pokręcone na lokówce zaś równo
przycięta grzywka była wyprostowana prostownicą. Za gumki robiły dwie wstążki w
czarno-czerwoną kratkę. W uszach miała kolczyki w kształcie gałek ocznych. Zaś
jeśli chodzi o oczy, pan Michalski ze zgrozą zauważył, że bursztynowe tęczówki
chowają się za pomalowanymi na czarno rzęsami.
-
Matko Boska – pomyślał. – Czy ona nie powinna być jeszcze małą dziewczynką?
Miał
nadzieję, że idzie gdzieś na balangę do koleżanek, co niestety nie było zbyt
prawdopodobne biorąc pod uwagę wczesną porę. Albo to taki rodzaj przebrania, w
końcu są wakacje, może dziewczyna trochę poszaleć. Na satanistkę nie wygląda
ale kto wie, nigdy nic nie wiadomo.
-
Bo ja… to taki styl… z Japonii… - wydukała Patrycja. Z pani Jadwigi nic sobie
nie robiła, ale ojciec to trochę inny kaliber. Mógł ją odciąć od pieniędzy i
wygód do których przywykła.
-
Z Japonii? A skąd ty go wytrzasnęłaś? – zdziwił się.
-
Z internetu… bo wiesz tato ja lubię z Anką Cegielską oglądać anime… no takie
bajki z Japonii – dodała widząc, że ojciec nie załapał. – I my widziałyśmy
takie gdzie dziewczyny ubierały się w stylu gotyckich lolit. Wiesz, takie
ubrania jak kiedyś się w Anglii nosiło tylko takie trochę krótsze. No i Ance
się spodobały, ale mnie tak średnio. No i ona mnie katowała różnymi zdjęciami z
internetu z tym stylem i mi przesłała taki magazyn… no z Japonii tato, ale nie
prawdziwy tylko zdjęcia. Tam oprócz gotyckich lolit były punkowe lolity, no i
mi się spodobały te ciuchy, a ty mi dawałeś pieniądze tato więc je sobie
kupowałam przez internet i… Ja tego nie nosiłam w szkole! Tylko po domu i pani
Jadwiga jest wstrętnym kłamczuchem BO JA NIE WIEM CO TO JEST SZATANISTKA I NIĄ
NIE JESTEM!
Pani
Jadwiga krzyknęła z oburzenia, ojciec Patrycji zaczął ją uspokajać zaś pan Jan
poszedł odebrać dzwoniący telefon. Po chwili dziewczyna dokończyła opowieść:
-
kosmetyki kupiłam w sklepie z Anką, próbowałyśmy się malować, ale to była
masakra tata, my chyba jesteśmy beztalencia… czasem tylko rzęsy pomaluję, ale to
na chwilę bo zaraz wyglądam jak panda bo trę oczy, bo zapominam o nich. Kupiłam
sobie też buty na obcasie, ale nogi mi się rozjechały i prawie je sobie
połamałam więc je sprzedałam na eBay’u…
-
Ty masz dostęp do eBay’a? Przecież tam są zabezpieczenia przed dziećmi!
Myślałem, że robisz zakupy na mieście –
ojciec nie był zadowolony.
-
Aaaa… no bo ja… no to co mówiła pani Jadwiga, ja… ja chyba potrafię czarować –
wyjąkała i opowiedziała o dziwnych przypadkach, które miały miejsce w szkole
podstawowej. – No i wiesz tato, to jeszcze nie koniec. Bo na przykład ja bardzo
nie lubię być dyżurną i pani Wójcik nigdy nie zapisywała mi dyżuru, zawsze mnie
pomijała. A jak coś bardzo chciałam to się to spełniało, bo raz Zuzka przyszła
i powiedziała, że znalazła dziesięć złotych przed szkołą, a ja powiedziałam, że znajdę pięćdziesiąt złotych i to się zdarzyło! Dziewczyny wszystko potwierdzą! Dlatego ja tak lubię
książki o magii…
Pan
Michalski był wstrząśnięty tym wyznaniem. Nie wiedział jak zareagować,
zazwyczaj zbywał panią Jadwigę zrzucając na nią obowiązek użerania się z
rozpieszczoną jedynaczką, a teraz widział skutki swojego niedbalstwa. Myślał co
powinien zrobić: iść z nią do psychiatry czy stwierdzić, że po prostu
dziewczynka za dużo naoglądała się chińskich bajek i ich zakazać, a ciuchy
spalić? Dzięki panu Janowi dostał chwilę do namysłu ponieważ starszy człowiek
zawołał żonę i streścił odbytą rozmowę telefoniczną. Wynikało z niej, że
małżeństwo Wojtysiaków jest wzywane teraz - natychmiast do Urzędu Skarbowego z
powodu jakiegoś błędu. Nie wiedział zupełnie o co chodzi, ponieważ urzędniczka mówiła
strasznie trudnym językiem z mnóstwem artykułów i innych paragrafów. Zrozumiał
tylko, że to pilne. Razem z żoną szybko się przygotował do wyjścia i wsiedli do
samochodu. Ledwo zniknęli za zakrętem, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.
Patrycja szła otworzyć w złym humorze, wiedziała, że ojciec myśli co z nią zrobić. Wyglądał na to, że jest w lekkim szoku, ale pewnie niedługo mu przejdzie i zacznie się złościć.
-
Czego chcesz? – warknęła, gdy zobaczyła wysoką, chudą blondynkę ubraną w
elegancki czarno - biały kostium. W ręce trzymała skórzaną teczkę. Włosy miała
związane w koczek z tyłu głowy, na twarz opadało kilka falowanych kosmyków.
Makijaż był lekki i ledwo widoczny. Dziewczynka była przekonana, że to kolejna
akwizytorka z ofertą-nie-do-odrzucenia albo Jehowa. Upewniła się w swoim
spostrzeżeniu, gdy zobaczyła zdumione, szeroko otworzone zielone oczy.
-
Ekhm – blondynka kaszlnęła. – Czy… czy mam przyjemność z Patrycją Michalską?
Tata jest w domu?
To
zbiło dziewczynkę z tropu. Skąd nieznajoma wiedziała jak się nazywa? Po co
chciała widzieć tatę? Może jest pracownicą z firmy ojca. Patrycja machnęła ręką
w stronę pokoju. Blondynka zawahała się na moment, popatrzyła się badawczo na
trzynastolatkę i powoli ruszyła przed siebie.
-
Nie spodobało jej się jak wyglądam, pewnie większość ludzi patrzyłoby się na
mnie dziwnie gdybym tak wyszła na ulicę – pomyślała Patrycja idąc za
nieznajomą. Ta rozejrzała się po pokoju i powiedziała tonem jakby była u
siebie:
-
zapraszam państwa na kanapę.
Grzegorz
Michalski był zdumiony jej zachowaniem i miał ochotę wyrzucić bezczelną blondynę
z domu, ale było w niej coś co kazało posłuchać. Usiadł obok córki dziwiąc się
sam sobie.
-
Witam, nazywam się Angelique Ratine. Tak, naprawdę się tak nazywam ponieważ
jestem w połowie Francuzką – dodała widząc ich miny. Otworzyła teczkę i wyjęła
z niej plik papierów. – Siedzicie? Super, im szybciej tym lepiej... Przybywam w
imieniu Leokadii Bąk, dyrektorki Zespołu Szkół Magii i Czarodziejstwa imienia Mistrza
Jana Twardowskiego aby oświadczyć, że Patrycja Michalska, córka Grzegorza
Michalskiego, urodzona 11.06.2002 roku jest czarownicą i została przyjęta do pierwszej
gimnazjum, wychowawcą klasy ”c” jest…
To
było zbyt wiele jak na jeden dzień dla nerwów mężczyzny, wstał i zaczął
wrzeszczeć:
-
CZY PANIĄ KOMPLETNIE POKRĘCIŁO! TO JAKAŚ UKRYTA KAMERA, TAK!? TO MA BYĆ
ŚMIESZNE!? JESTEŚ W ZMOWIE Z MOJĄ CÓRKĄ!? TO DOWCIP, TAK!? PRZECIEŻ CZAROWNICE
NIE ISTNIEJĄ!!!
Na
Angelique ten wybuch nie zrobił wrażenia, nie była to pierwsza taka reakcja w
jej karierze i wiedziała, że nie ostatnia. Część rodziców, zwłaszcza jeśli byli
fanami Harry’ego Pottera, odpływało ze szczęścia. Nie pytali o szczegóły tylko
od razu podpisywali formularze. Osoby religijne, potrafiły rzucić się na
wysłannika szkoły, zwyzywać i nie wysłuchać niczego co ten miał do powiedzenia.
Większość jednak nie wierzyła w magię i trzeba było zrobić im pokaz. Angela wyjęła
z żakietu różdżkę, wyciągnęła ją przed siebie, uniosła i… wszystkie meble
zaczęły unosić się w powietrzu razem z panem Grzegorzem. Zakręciła dłonią
młynka – to samo zrobiły meble i pan Michalski. Kanapa na której siedziała
zszokowana i zarazem szczęśliwa Patrycja również. Pęd rozwiał jej włosy,
stwierdziła, że to jest cudowne. Zrozumiała, że spełnia się jej życzenie
urodzinowe. Ojciec zbladł i zaczął się trząść.
-
To niemożliwe, to niemożliwe… – bełkotał.
-
Ależ możliwe panie Michalski i pańska córka także będzie to potrafiła.
Oczywiście gdy skończy gimnazjum i liceum oraz zda maturę. Posiadanie w rodzinie czarownicy jest bardzo
korzystne. Na przykład mniej się człowiek męczy przy przemeblowaniu – Angela
uśmiechnęła się do latającego znerwicowanego człowieka.
-
Tatooo! Ja chcę iść do tej szkoły! Mówiłam, że jestem czarownicą! – Patrycja
postanowiła działać, zrozumiała, że to jej jedyna szansa. Blondynka odstawiła
meble oraz ojca dziewczynki na miejsce jednym machnięciem różdżki.
-
Ja, ja, ja, ja nie wiem… ja nie wiem – wyjąkał pan Michalski, podbiegł do barku
i łyknął sporo wódki prosto z butelki. Skrzywił się niemiłosiernie i puścił się
pędem do kuchni po popitkę. Dziewczyny stały w salonie czekając na jego powrót.
Patrycja była niesamowicie szczęśliwa – działo się to co w serii książek „Harry
Potter”. Doszła do wniosku, że jednak w tych powieściach opisana jest prawda.
Nagle dopadł ją straszliwy lęk. Co jeśli ojciec się nie zgodzi? Wrócił jednak bardziej
spokojny. Blondynka kontynuowała:
-
córka mówi, że informowała pana o swoich zdolnościach. To jest bardzo częste u
magicznych dzieci. Nie ma sensu wysyłać jej do mugolskiej szkoły ponieważ…
-
Do jakiej? – Zainteresował się pan Grzegorz.
-
Mugolskiej tato, normalnej, gdzie nie ma magii – powiedziała urażona niewiedzą
ojca Patrycja. – Nie czytałeś Harry’ego Pottera?
-
Nie, a powinienem? – spytał mocno zaniepokojony.
-
Mógłby pan, trochę więcej dzięki temu pan zrozumie. Wprawdzie to nie jest do
końca prawda… ale na początek wystarczy – oświadczyła Angelique. – Teraz musi
się pan uspokoić i pomyśleć. Decyzja musi zapaść dzisiaj. To jest bardzo ważne
aby magiczne dziecko poszło do odpowiedniej placówki edukacyjnej, w mugolskiej
szkole będzie nieszczęśliwa oraz zostanie wyrzutkiem. Tak zazwyczaj bywa z
dziećmi które są wyjątkowe, inne od zwykłych… – uderzyła w czułą strunę ponieważ nikt z rodziców nie chce aby jego dziecko było wyrzutkiem i było nieszczęśliwe.
Ojciec Patrycji popatrzył się wstrząśnięty na blondynkę, potem na swoją córkę i
po długim namyśle powiedział:
-
Maleńka… ja… nie jestem w stanie podjąć tej decyzji. Przepraszam, nie jestem w
stanie.. to zbyt, zbyt… nieoczekiwane. Mam mętlik w głowie… - Znowu się
zamyślił. – Chyba… mój Boże, daj znak, powiedz czy dobrze robię… Chyba mogę Ci
zaufać moje dziecko. Jesteś już dużą dziewczyną Patrycjo. Dotarło to do mnie
dzisiaj. Poświęcałem ci mało czasu, za dużo miałem pracy ale po śmierci twojej
mamy nie potrafiłem inaczej. Mój Boże, czemu jej z nami nie ma? – Zaszlochał. –
Ona by wiedziała co robić. Więc myślę… że ty zdecyduj. To twoja przyszłość.
Naprawdę mam nadzieję, że Anna mi wybaczy jeśli źle robię, gdy się z nią spotkam
kiedyś tam na chmurce…
Patrycja
była wstrząśnięta tym wyznaniem. Ojciec stwierdził, że może zdecydować o tak
ważnej kwestii. Była rozpieszczana to fakt, dostawała co tylko chciała, ale w
ważnych sprawach tata miał decydujące zdanie. To on stwierdził, że ma iść do
prywatnego Gimnazjum Paderewskiego mimo, że chciała iść do publicznej „piątki”
razem z koleżankami. Wycie przez miesiąc nic nie dało. Patrycja pomyślała o
mamie, nie wiedziała co ona by dla niej chciała. Czy byłaby dumna, że jej córka
jest czarownicą?
Angelique patrzyła się na nią oczekując odpowiedzi.
-
Myślę, że chcę być czarownicą… to znaczy… chcę iść do tej szkoły –
odpowiedziała Patrycja spokojnym głosem.
Ojciec ukrył twarz w dłoniach. Jego
życie zmieniło się w ciągu godziny prawie tak samo jak wtedy gdy usłyszał, że w
laboratorium nastąpił wybuch, w którym zginęła tylko jedna osoba. Jego ukochana
Anna, matka jedynej córki… która od września będzie zajmować się czymś co od
zawsze słyszał, że to coś złego i zakazanego. Pani Jadwiga dostanie szału jak
się dowie. Co on powie rodzinie, dziadkom Patrycji, swojemu rodzeństwu?
Angelique
podsunęła mu pod nos formularze:
-
wiem, że panu ciężko, ale trzeba to wszystko powypełniać... No niech pan się
weźmie w garść! – Powiedziała rozkazującym tonem. – To nie koniec świata! Magia
ma wiele zastosowań! Niektóre pańskie problemy znikną razem ze mną!
-
Czyli? – mruknął pan Grzegorz szukając długopisu w szafce przy stoliku.
-
Hmm, na przykład to oskarżenie o fałszerstwo finansowe w pracy – oznajmiła.
-
Że co? – jęknęła zdziwiona Patrycja.
Ojciec
zbladł, a następnie poczerwieniał na twarzy, patrzył oczekująco na blondynkę.
-
Ciężko było pana przekonać aby został pan cały dzień w domu. Więc eksperci z
Ministerstwa Magii podrzucili panu Karolowi Domańskiemu kilka fałszywych danych...
Ale spokojnie, spokojnie – powiedziała szybko Angela widząc, że ojcu Patrycji
rośnie niebezpiecznie ciśnienie. – Jutro wszystko będzie w porządku. Agenci
wyczyszczą wszystkim pamięć. Nawet dyrekcji w USA. Dane znowu będą się
zgadzały. To było potrzebne, tak samo jak telefon do małżeństwa Wojtysiaków.
Nie mogło ich tutaj być.
-
Suuuuper – mruknęła Patrycja patrząc się z zachwytem na czarownicę. Po czym
palnęła bez zastanowienia – jesteś czystej krwi?
-
Lekcja pierwsza: nigdy nie pytaj się o status krwi. W Polsce to oznaka złego
wychowania – odpowiedziała spokojnym głosem Angela. - Nie stosujemy tej
klasyfikacji od prawie 100 lat.
-
Czemu? W książkach pisało...
-
Druga lekcja: nie wszystko co jest w Harrym Potterze to prawda… weź też pod
uwagę to, że akcja książek dzieje się na Wyspach Brytyjskich. Między nami jest
sporo różnic. Wprawdzie znajdzie się kilka rodzin, które szczycą się tak zwaną
czystą krwią. Ale to naprawdę wyjątki. Historia Polski jest bardziej zawiła niż
Wielkiej Brytanii, mieliśmy o wiele więcej wojen niż oni, inne problemy. Nasza
kultura poszła przez to w inną stronę. Wszystkiego dowiesz się na lekcjach w
szkole. Lekcja trzecia: jako, że uczę mugoloznastwa wolałabym abyś w stosunku
do nauczyciela używała formy „pani profesor” ewentualnie tylko „pani” – tymi
słowami zakończyła wykład.
Pan
Michalski uważnie czytał formularze. Angela patrzyła się z zagadkowym wyrazem
twarzy na dziewczynkę. Patrycja nachmurzyła się z powodu monologu czarownicy.
-
Jakie różnice? Przecież to co jest w Harrym, to musi być prawda! – pomyślała.
-
Zanim podpiszę, muszę się jeszcze zastanowić! – wypalił nieoczekiwanie pan
Grzegorz znad sterty formularzy. – Ja nadal w to nie wierzę! Przecież to
absurd!
-
Tatooooooo! Podpisz! – zaczęła krzyczeć Patrycja.
-
Z tego co wyczytałem córka będzie chodzić do gimnazjum i liceum – ciągnął
mężczyzna nie zważając na krzyki latorośli. – Ale co dalej? Co ze studiami, co
z pracą? A jeśli będzie chciała żyć wśród… jak nas nazwałaś… mugoków…
-
Mugoli…
-
Mugoli… niech będzie… durna nazwa, naprawdę, skąd wy to wzięliście? – mruknął.
– I gdzie jest ta szkoła? W Warszawie?
Angelique
bez słowa wyjęła dwie kartki z teczki. Podała jedną panu Michalskiemu, a drugi
Patrycji z poleceniem zapoznania się z ich treścią. Mężczyzna zaczął czytać:
„Ja, Grzegorz Kazimierz Michalski,
zobowiązuję się do nie wyjawiania informacji uzyskanych od pracownika Zespołu
Szkół Magii i Czarodziejstwa im. Mistrza Jana Twardowskiego. Zakaz ten obejmuje
WSZYSTKIE niemagiczne osoby (rodzinę, przyjaciół, służbę, współpracowników,
przełożonych, itp.) oraz WSZYSTKIE sposoby (ustnie, pisemnie, przy pomocy
czarów, przedmiotów mugolskich, itp.)”.
-
Co to ma znaczyć? To jakieś brednie... – spojrzał na kartkę Patrycji. – Ona też
ma to podpisać? Ma dopiero trzynaście lat! To ma moc prawną?
- Oczywiście, że ma moc prawną. Chociaż w pana
przypadku konsekwencje będą trochę inne… - Angela spojrzała na Patrycję. –
Pamiętasz co się stało przyjaciółce Cho Chang? – dziewczynka kiwnęła głową. –
Mniej więcej to się tobie stanie, a głupio by było iść z pryszczami do nowej
szkoły. Zaś pan, po pierwsze, zostanie uznany za wariata – czarownica
uśmiechnęła się szeroko. – A po drugie czeka pana sąd w czarodziejskim świecie.
Po trzecie proszę to podpisać, a zobaczy pan więcej czarów ponieważ wybierzemy
się do stolicy polskich czarownic i czarodziejów pod Warszawą. Po drodze
wyjaśnię wszystko dokładnie i odpowiem na każde pytanie. Po powrocie zdecyduje
pan czy wypełni te formularze.
Patrycja
złapała długopis i od razu podpisała oświadczenie nie chcąc tracić nawet
sekundy cennego czasu. Domyślała się, że będzie jak na ulicy Pokątnej. Ona chce
to koniecznie zobaczyć! Wcisnęła długopis w rękę ojca i popatrzyła się na niego
oczami kota ze "Shreka". Pan Michalski popatrzył się w milczeniu na córkę. Ciężko
westchnął, pokręcił z rezygnacją głową mrucząc coś pod nosem o szalonych
blondynach i rozwydrzonych dzieciakach. Przyłożył długopis do kartki, zawahał
się na sekundę – Patrycja w tym momencie wstrzymała oddech – i złożył podpis we
wskazanym miejscu.
-
Hurra! – wrzasnęła dziewczynka po czym złapała ojca i zaczęła skakać trzymając
go za ręce. – Dziękuję-dziękuję-dziękuję-dziękuję!
Angela
patrzyła się na tę scenę z uśmiechem. Wiedziała, że po wycieczce do Magowa
mężczyzna zgodzi się na wysłanie córki do szkoły. Potrafiła przekonać większych
niedowiarków. Spakowała wszystkie papiery do teczki i wyciągnęła rękę w stronę
pana Michalskiego:
-
Proszę o kluczyki do pańskiego samochodu.
-
Zwariowała pani!?
-
Nie, ale za to pan łyknął niedawno sporą ilość alkoholu. Z tego co pamiętam
prowadzenie pod wpływem jest zakazane. Ja zaś mam prawo jazdy.
-
Czarownice mają prawko?
- Niektóre mają. Ja swoje zrobiłam, gdy studiowałam na Uniwersytecie Marii Curie
Skłodowskiej…
Hermiona
siedziała przy stole i piła herbatę rozkoszując się życiem rodzinnym, Ron
oglądał z jej ojcem mecz krykieta i co chwilę zasypywał go pytaniami na temat
gry. Mama dziewczyny miała za chwilę pojawić się w domu. Hermiona uśmiechnęła
się do samej siebie. Jej życie wracało do normy: rodzice postanowili wrócić do
Anglii, gdy pozałatwiają wszystkie sprawy. Sięgnęła pamięcią do wydarzeń z
poprzedniej nocy. Odczarowała swoją mamę i gdy nacieszyli się ze spotkania, Hermiona z Ronem zdali im relację z wojny. Jej rodzice byli przerażeni tym, co
opowiadała ich córka. Rozpłakali się, gdy wspomniała o torturach zafundowanych
jej przez Bellatriks oraz ucieszyli się na wieść o śmierci Voldemorta. Po tych
wszystkich rewelacjach opowiedzieli córce, jak polecieli do Sydney, ale nie mogli
znaleźć tam dobrej pracy. Dopiero po dwóch miesiącach ojcu Hermiony udało się
dostać posadę nauczyciela w szkole stomatologicznej w Canberze.
- Ha! Słyszałaś
Hermiono! – zawołał do niej Ron, a z jego twarzy można było wyczytać satysfakcję.
– Nauczyciel! Tak jak mówiłem! Miałem rację!
- Mówiłeś…
mówiłeś – odpowiedziała i pocałowała go.
Rodzice Hermiony
bardzo dobrze przyjęli wiadomość, że ten sympatyczny rudzielec jest chłopakiem
ich córki. Oczywiście wiedzieli o nim wszystko, ponieważ Hermiona zdawała
szczegółowe relacje z życia Hogwartu podczas wakacji i ferii. Uważali, że
najważniejsze, aby ich córka była szczęśliwa, a związanie się z czarodziejem było
tylko kwestią czasu, biorąc pod uwagę w jaki sposób potoczyło się jej życie.
- Przytyłaś
mamo, to od tutejszego jedzenia? – spytała z uśmiechem Hermiona.
Jej rodzice
spojrzeli się na siebie speszeni. Widać było, że mają jakiś sekret i
zastanawiają się jak zabrać się do jego wyjawienia. Hermiona zaczęła się
domyślać, o co chodzi.
- O boże… nie
mówcie że... – zaczęła totalnie zaskoczona.
- Hmmm, tak więc
córeczko... gdy rzuciłaś na nas ten czar… ja i twoja mama… hmmm… jakby to
powiedzieć… - pan Granger zaczerwienił się i spojrzał błagalnie na swoją
żonę. Ta kiwnęła głową i wzięła głęboki oddech.
- Więc gdy tutaj
przylecieliśmy, a twój tata zaczął dobrze zarabiać… nie pamiętaliśmy, że ciebie
mamy… ale zawsze wiedzieliśmy, że kogoś nam brakuje, a mamy już swoje lata i to
był ostatni dzwonek…
- Ostatni
dzwonek na co? – spytał niezbyt przytomnie Ron.
- Na dziecko –
szepnęła Hermiona.
- Dziecko? Takie
małe, wiecznie płaczące, srające i bekające? – rudzielec nie wykazał się taktem.
- Ron! –
ofuknęła go Hermiona.
- No co? Ginny
taka była!
- A ty niby to
pamiętasz!? Przecież między wami jest rok różnicy! Nie możesz tego pamiętać –
stwierdziła Hermiona z irytacją w głosie.
- Czyli będzie
mała Hermionka? – spytał rodziców swojej dziewczyny, próbując zachować
pogodny ton głosu.
- Jeszcze nie
wiemy, to dopiero czwarty miesiąc – powiedziała pani Granger.
- Dobrze się
czujesz mamo? Nic ci nie grozi? Z tego, co pamiętam, im późniejsza ciąża, tym
bardziej jest niebezpieczna zarówno dla matki, jak i dziecka – Hermiona była wyraźnie zaniepokojona.
- Wszystko w porządku
kochanie. Mama ma 46 lat… jeszcze możemy sobie pozwolić na malucha – jej ojciec
rozwiał wątpliwości. – Musi być tylko pod stałą opieką lekarza… A skoro o tym
mowa to idziemy wszyscy spać! Żono, przypominam ci, że masz wizytę u doktora Clintona o dziesiątej, a jest po trzeciej w nocy. Marsz do łóżka! Pościelę łóżko
Hermionie i Ronowi, o nic się nie martw.
- Hermiono! –
głos Rona wyrwał ją ze wspomnień. – Słyszałaś? Znowu miałem rację!
- Z czym miałeś
rację? – zaczęła niezbyt przytomnie.
- Twój tata
powiedział, dlaczego twoja mama zaprzeczyła, że są z Anglii.
- Tak? Czemu?
- Jako Wendell i
Monika mieliśmy wrażenie, że ktoś nas szpieguje i może nam zrobić krzywdę.
Dlatego staraliśmy się nie rozmawiać z obcymi – wyjaśnił ojciec dziewczyny.
- Widzisz
Hermiono? Ma się ten mózg… - powiedział
zadowolony z siebie Ron, przyjmując pozę modela i w majestatyczny sposób
poprawiając sobie rudą czuprynę. – Nasze dzieci będą bardzo mądre po tacie i
bardzo ładne po mamie.
- Hola, hola synu!
Nie śpieszno ci?
- Panie Granger!
Ja się chcę z nią ożenić! – Ron padł na kolana przed Hermioną. – Wyjdź za mnie!
- Ron! –
wykrztusiła zaskoczona Hermiona, przy okazji oblewając się herbatą. – Chyba
żartujesz!
- Nie żartuję! –
odpowiedział urażony chłopak.
Ojciec Hermiony
podszedł do Rona i położył mu rękę na ramieniu. W tym czasie jego córka
wymknęła się do sypialni dla gości, aby zmienić bluzkę.
- Jesteś spoko
chłop, ale poczekaj… Macie dopiero osiemnaście lat. Całe życie przed wami, pobądźcie ze
sobą i… kup jej porządny pierścionek – ojciec Hermiony służył przyjacielską
radą.
- No dobrze,
niech tak będzie – odpowiedział Ron. – Zanim będzie mnie stać na pierścionek, to
pewnie minie trochę czasu…
***
Tydzień później
Molly Weasley kłóciła się w kuchni ze swoimi najmłodszymi dziećmi. Ledwo Ron z
Hermioną przekroczyli próg Nory, gdy rozpoczęła się rozmowa na temat dokończenia
nauki w Hogwarcie. Okazało się, że zarówno Ginny, jak i najmłodszy syn Weasleyów, nie zamierzają dalej się edukować.
- Mamo! Mówiłem
już, że nie chcę kończyć szkoły! Harry został aurorem, ja też mogę nim być!
- Cudownie! Niewykształcony auror! To
niebezpieczna praca! Jeszcze zrozumiałabym, gdybyś został sprzedawcą – to jest
bezpieczna praca, do której nie jest potrzebne wykształcenie… Nie to, co auror! Masz
iść do Hogwartu!
- Przez ostatni
rok udowodniłem, że potrafię walczyć ze śmierciożercami!
- Hermiona wraca
do szkoły! Zostawisz ją samą!? – krzyczała pani Weasley.
- Nic jej się
nie stanie! Ona lubi naukę! Ja mam inne priorytety, chcę pracować! – Ronowi ze
złości poczerwieniały uszy. – Poza tym jestem pełnoletni! Nie możesz mi
rozkazywać!
- Mogę, dopóki
mieszkasz u mnie! Piorę twoje gacie i prasuję skarpetki Ronaldzie
Weasley! – matka patrzyła na niego spode łba, a jej oczy rzucały
groźne błyski. Odwróciła się do swojej córki. – To samo dotyczy ciebie moja
panno!
- Mamo! Ja też
chcę poszukać pracy, aby zamieszkać z Harrym! – Ginny siedziała przy stole z
założonymi rękami na piersiach.
- Dobrze,
zgadzam się na zamieszkanie razem… ALE PO ŚLUBIE! Pannie to nie przystoi!
- Średniowiecze
skończyło się pięćset lat temu!
- Mnie to nie
obchodzi! Masz skończyć szkołę! – matka rudzielców popatrzyła się na męża
jedzącego w pośpiechu sałatkę warzywną. – Arturze! Powiedz coś!
- Molly… są
pełnoletni… - powiedział, jednocześnie starając nie patrzeć na wykrzywioną ze złości
twarz żony.
- Ale nie są dorośli!
- Jeśli znajdą
pracę…
- Co sobie
ludzie pomyślą! Ronowi mogę odpuścić, ale Ginny ma skończyć szkołę!
- Mamo! To niesprawiedliwe! – Ginewra wstała gwałtownie od stołu. – Chłopakom można wszystko, a mnie nie bo jestem DZIEWCZYNĄ – ostatnie słowo wypowiedziała z naciskiem.
Hermiona
pomyślała, że powinna się wtrącić. W głębi serca była zła na Rona i Harry’ego,
że nie chcą wrócić do szkoły. Jednak oni w przeciwieństwie do Ginny mieli
zapewnioną pracę. No i nigdy, tak naprawdę, nie przykładali się do nauki. Najczęściej
bazowali na jej notatkach i wypracowaniach. Ginny powinna skończyć szkołę, aby
mieć szanse na rynku pracy. Hermiona podjęła decyzję: wstała i podeszła do
rudowłosej przyjaciółki i złapała ją za ramię.
- Możemy
porozmawiać w twoim pokoju? - powiedziała, uśmiechając się i mrugając
porozumiewawczo do pani Weasley.
W kuchni
zapanowała pełna napięcia cisza. Pani Weasley patrzyła się na dziewczyny z
wahaniem, pan Weasley starał się zniknąć, Bill miał wzrok pełny politowania,
Fleur zerkała z ciekawością, co się stanie, Ron atakował wściekle ziemniaki, a George grzebał smętnie widelcem w swojej sałatce, zajęty ponurymi myślami.
Ginny przeżuwała w ustach kolejny argument przeciwko szkole, ale gdy popatrzyła na Hermionę, odpuściła i poszła z nią na górę. Siadły obydwie na łóżku i
milczały przez chwilę. Gdy Hermiona stwierdziła, że przyjaciółka ochłonęła, zaczęła rozmowę.
- Ginny… myślę,
że powinnaś skończyć Hogwart… - zaczęła cicho. – Nie ze względu na mamę czy
bycie dziewczyną… tylko ze względu na to, że mimo wszystko przydałoby się
jakieś wykształcenie, aby zdobyć pracę.
- Dobrze ci
mówić! Ty miałaś Rona przez cały rok! A ja spędziłam ten czas w szkole, gdzie
mnie torturowano, a potem ukrywałam się z rodziną. Przez prawie rok nie
widziałam Harry’ego! – odparła zgryźliwie. – A teraz obydwie chcecie, abym nie
widziała go przez kolejny rok…
- Przecież, gdy
będziemy w Hogwarcie, chłopaki mogą nas odwiedzać w Hogsmeade.
- A jeśli nie
będą mieć wolnego?
- To damy radę,
jesteśmy twarde.
- Myślisz? –
Ginny łypnęła na Hermionę spode łba.
- Jasne, że tak!
W końcu brałyśmy udział w wojnie czarodziejów! Kilka tygodni rozłąki to pikuś
przy tym, co osiągnęłyśmy! – Hermiona starała się przekonać przyjaciółkę.
Ku jej uldze
Ginny zaczęła się robić weselsza i przestała traktować powrót do szkoły jako
coś złego. Spędziły w pokoju godzinę i jeszcze by ze sobą gadały, gdyby nie to,
że wpadł do nich podniecony Ron, aby się pochwalić, że znalazł pracę.
- Będę robić za
drugiego sprzedawcę u George’a – zaczął swoją opowieść. – Gdy wyszłyście z kuchni, jeszcze kłóciłem się z mamą. Krzyczała w najlepsze, gdy George wstał i
powiedział, że zamierza zlikwidować sklep. Stwierdził, że po śmierci… - głos zamarł Ronowi
w gardle. Przełknął z trudem ślinę i zaczął ponownie mówić. - Odkąd Fred… odszedł... to „Magiczne dowcipy Weasleyów”, nie mogą być dalej prowadzone. Pomyślałem
sobie, że to nie fair. To jest świetny sklep, to jest dziedzictwo Freda… nie
można tak go po prostu zostawić. Powiedziałem to George’owi… Mama się popłakała
ze wzruszenia, a Bill powiedział, że raz w życiu mam rację. George namyślił się
i zaproponował, abym mu pomógł w ponownym otwarciu sklepu, a ja się zgodziłem.
Będę mieszkał nad sklepem na Pokątnej, więc mama nie ma argumentu, aby mnie
wysłać do szkoły. Nie jestem typem naukowca… wiesz o tym Hermiono, wprawdzie
często mam przebłyski geniuszu (Ginny zachichotała złośliwie), pewnie zdałbym
wszystkie egzaminy śpiewająco (Hermiona mruknęła „hmph”), ale myślę, że muszę porzucić edukację na rzecz
pomocy starszemu bratu.
- Gratuluję Ron!
– ucieszyła się Hermiona. – To naprawdę wspaniałe co powiedziałeś George’owi.
- Zgadzam się z
Hermioną – rzekła Ginny. – A nie znalazłoby się miejsce dla siostry?
- Nie wiem,
spytaj George’a.
Okazało się, że
nawet jeśli by się znalazło, to pani Weasley nie pozwoli na to. George zrobił
zbolałą minę i oświadczył, że nie chce mu się kłócić z matką. Nadal był
niesamowicie przybity śmiercią Freda, ale po deklaracji Rona widać było, że
troszeczkę się rozchmurzył. Wieczorem do Nory wpadł Harry, zjadł późny obiad i
opowiedział, co się dzieje w pracy. Jego zespół miał za główne zadanie przegnać
dementorów. Jak powszechnie wiadomo, mnożą się one tam, gdzie panuje zwątpienie i
depresja, ale nienawidzą radości i szczęścia. Przełożony Harry’ego zauważył,
że gdzie jest Harry, tam dementorzy zwiewają, gdzie pieprz rośnie. Działo się tak
ponieważ pojawienie się Chłopca-Który-Skopał-Tyłek-Voldemortowi-Dwukrotnie
wyzwalało niesamowity entuzjazm w społeczności czarodziejów. Wystarczyło rzucić
Harry’ego w tłum, aby porozdawał autografy, a dementorzy sami stwierdzali, że nie
mają czego tam szukać i się ewakuowali w tylko sobie znanym kierunku. Poza
społecznością czarodziejów wystarczyło napuścić na nich patronusy albo zamówić
cyrk z klaunami, aby rozśmieszyć mugoli lub zorganizować koncert muzyki
popularnej.
W czasie narady
rodzinnej Harry wziął stronę pani Weasley i postanowiono, że Hermiona pomoże
Ginny w nadrobieniu materiału ze szkoły. Dziewczyna nie była za bardzo
zadowolona z tego powodu, ale fakt, że będzie razem ze swoją najlepszą
przyjaciółką w klasie, podniósł ją na duchu. Hermiona wiedziała, że ma przed
sobą co najmniej miesiąc zanim jej rodzice powrócą do Anglii. Z powodu
pani Murple nie mogli wrócić do swojego miasteczka, dlatego postanowili, że będą
szukać pracy w Londynie. Ułatwiałoby to bardzo widywanie się z córką w
przyszłości, jeśli znalazłaby pracę w Ministerstwie Magii lub na ulicy Pokątnej.
Hermiona pomyślała,
że będzie mieć miłe wakacje, o ile można tak powiedzieć o czasie odpoczynku od
wojny i żałoby po zmarłych znajomych. Najpierw spędzi je z Ginny, w końcu będą
mogły sobie spokojnie porozmawiać. Wyobraziła sobie randki z Ronem i oblała się
rumieńcem na myśl, co będą mogli robić w jego pokoju (o ile pani Weasley pozwoli – dodała w myślach). Drugą część wakacji
spędzi z rodzicami, pomoże wybrać im mieszkanie tudzież domek. Potem go
wyremontują, będzie mogła wybrać mebelki dla swojego przyszłego brata lub
siostry. To będą wspaniałe wakacje!
Zasłużyłam na nie! – pomyślała.
Jak bardzo się
pomyliła, dowiedziała się kilka minut później, gdy z kominka wyskoczył Percy, trzymający pod pachą kilka kopert. Podał je Harry’emu, Ronowi i Hermionie, po
czym powiedział, że Ministerstwo Magii wzywa ich do złożenia zeznań w sprawach
wojennych. Po czym spytał się zebranych osób:
- Wiedzieliście,
że Severus Snape został przed godziną wybudzony
ze śpiączki?