poniedziałek, 16 listopada 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 4 – Niezwykły przypadek Severusa Snape’a


Bitwa o Hogwart została wygrana, nadszedł czas, aby opłakać zmarłych, zebrać gruz i usunąć ślady walk. Bill Weasley z Harrym Potterem weszli do Wrzeszczącej Chaty po ciało Severusa Snape’a. Wszystko było w takim samym stanie jak kilkanaście godzin temu. Kurz unosił się przy każdym ich ruchu. Severus leżał tam, gdzie zostawili go Harry, Ron i Hermiona. Chłopak nie powiedział jeszcze nikomu, co widział w myśloodsiewni. Nikt nie wiedział, że wojna została wygrana dzięki temu odważnemu mężczyźnie.  Chciał pochować swojego dawnego nauczyciela z wszelkimi honorami, dlatego postanowił, że ogłosi światu jakim bohaterem był Severus Snape. Kto wie… może nawet nazwie tak syna?
Bill rozejrzał się z ciekawością po zakurzonym wnętrzu.
- Nigdy bym nie pomyślał, że wejdę do Wrzeszczącej Chaty. Za moich czasów każdy się jej bał.
- A to był tylko hałasujący Remus… - głos Harry’ego zadrżał, gdy zobaczył w myślach ciało Lupina i Tonks.
Bill pochylił się nad Severusem, zmrużył oczy patrząc badawczo na mężczyznę.
- Coś nie tak? – spytał Harry, przyklękając obok brata Rona.
- Nie wiem… zdawało mi się… ale to chyba niemożliwe… - odpowiedział Bill i przyłożył palce do szyi Snape’a. Spojrzał na Harry’ego wzrokiem, które zdradzało głęboki szok. – Na brodę Merlina! ON  ŻYJE!
- Co!? – wrzasnął zszokowany Harry, zrywając się na równe nogi.
- On żyje! Szybko! Trzeba teleportować się z nim do Świętego Munga!
Dalsze wydarzenia Harry pamiętał jak przez mgłę. Przetransportowanie Severusa do szpitala, krzyki Billa, aby uzdrowiciele się pośpieszyli, gonitwa myśli. Najbardziej zaś dręczące go pytanie: jakim cudem Severus Snape przeżył?

***

Żył, ale ledwo. Właściwie to powinien już dawno umrzeć: atak wielkiego, jadowitego węża gwarantował śmierć. A jednak coś nie pozwoliło mu odejść w zaświaty. Uczepił się kurczowo tej cienkiej nici życia, którą przędła Kloto, jedna z trzech sióstr Mojr. Widocznie jego los nie został przesądzony i druga z sióstr – Lachesis, strzegła, aby ostatnia – Atropos, czyli ta, która wyznaczała kres życia, nie przecięła jej swoimi nożycami. Dyndał na tej delikatnej nici, a jego życie należało teraz do zespołu uzdrowicieli. Wszyscy dwoili się i troili, aby wyrwać go ze szponów śmierci.

Severus obudził się na oddziale Urazów magizoologicznych prawie trzy tygodnie po Bitwie o Hogwart. Nie wiedział, gdzie jest i ile czasu minęło od ataku Nagini. Wkrótce po jego pobudce został zbadany przez zespół uzdrowicieli. Pracownicy Szpitala świętego Munga debatowali nad nim godzinę i zgodnie stwierdzili, że przeżycie Severusa Snape’a to cud. Postanowili zostawić go jeszcze przez kilka dni na obserwacji.

Gdy Severus został sam, dotknął swojego karku. Głębokie rany zadane przez kły węża zniknęły. Ostrożnie wstał i podszedł do lustra wiszącego nad umywalką. Jego kroki były niepewne, kręciło mu się w głowie, ale musiał spojrzeć w swoje odbicie. W lustrze zobaczył swoją twarz, był chudy, bardzo chudy. Nos wydawał się jeszcze bardziej haczykowaty, kości policzkowe uwydatniły się jeszcze bardziej, był tak blady, że można by go było wziąć za wampira.

Wrócił powoli do łóżka, usiadł na nim i skierował swój wzrok na stolik, który stał obok niego. Nie było na nim różdżki, pod stolikiem były złożone jego ubrania – tam także nie znalazł cennego kawałka drewna. Już się zastanawiał czy kogoś nie wezwać w tej sprawie, gdy do pokoju wszedł nieznajomy mężczyzna. Stanął na środku pokoju, trzymając ręce za plecami i zmierzył Severusa badawczym spojrzeniem swoich błękitnych oczu. Jego wzrok zlustrował dokładnie sylwetkę byłego nauczyciela eliksirów i spoczął na twarzy.
- No, no, no... Severus Snape… - wycedził powoli. – Zabójca Dumbledore’a, największy zwolennik Sam-Wiesz-Kogo, zdrajca tworu zwanego Zakonem Feniksa, najbardziej znienawidzony dyrektor Hogwartu… Masz sporo na sumieniu Snape.
- Możliwe – zgodził się Severus, kładąc się na szpitalne łóżko. – A ty kim jesteś?
- Gawain Robards, Szef Biura Aurorów. Jak tylko się dowiedziałem, że się obudziłeś, to od razu przyleciałem. Informuję cię, że jesteś w izolatce w Szpitalu Świętego Munga…
- W życiu bym się tego nie domyślił – warknął słabym głosem Snape.
- … i jesteś pilnowany przez dwadzieścia cztery godziny na dobę przez aurorów – dokończył Gawain, nie zwracając uwagi na to co powiedział pacjent. – Twoja różdżka została skonfiskowana i poddana zostanie badaniom. Gdy zostaniesz wypisany ze szpitala, to przetransportujemy cię do Azkabanu, gdzie będziesz oczekiwał na proces. Na razie Główny Uzdrowiciel nie pozwolił cię przesłuchać, ale jak tylko udzieli zgody, to osobiście cię wypytam o twoje zbrodnie Snape.

Na twarzy aurora można było zobaczyć mściwą satysfakcję. Severus wpatrywał się w niego. Postawa Gawaina Robardsa nie zachęcała do zwierzeń. Przypomniał sobie, że po ataku węża oddał Potterowi swoje wspomnienia. Nie wiedział jaki użytek zrobił z nich chłopak. Nie wiedział nawet, jaki jest dzień ani jak się tutaj znalazł, a z rozmowy uzdrowicieli wywnioskował, że był w śpiączce przez dwa lub trzy tygodnie.
- Mogę zadać kilka pytań?
- Co taka gnida jak ty chce wiedzieć?
- Jaki mamy dzień? Co z Czarnym Panem? Jak się tutaj znalazłem?
- Dziś jest dwudziesty drugi maja, byłeś nieprzytomny przez prawie trzy tygodnie. Sam-Wiesz-Kto został pokonany przez Harry’ego Pottera i zginął, co zakończyło wojnę.
- Chłopak… żyje? – Snape był wstrząśnięty.
- Co? Jesteś zdziwiony, że nie udało ci się go wykończyć? – odparł Gawain złośliwie. – Sam-Wiesz-Kto ogłosił, że zabił Pottera, nawet przyszedł pod Hogwart z jego ciałem… a tu czekała go niespodzianka, bo Harry żył! Pojedynkowali się i Sam-Wiesz-Kto zginął z jego ręki. Potem poszło gładko: wyłapaliśmy większość twoich znajomych… A Harry’emu powinieneś być wdzięczny, bo to on wraz z synem Artura Weasleya przytargał cię tutaj. Nawet słyszałem, że prosił Kingsleya o łaskę dla ciebie!
- Kingsleya Shacklebolta?
- Tak, jest tymczasowym ministrem magii, ale sądzę, że zostanie nim na stałe, ponieważ za dwa tygodnie będą oficjalne wybory, a jak na razie nie ma innego kandydata. Zaraz po nich zamierza przeprowadzić procesy śmierciożerców. Będzie się działo – Gawain uśmiechnął się i przymknął oczy, najwyraźniej wyobrażając sobie przyjemne rzeczy.
- Nie wątpię.
- Przygotuj się na najgorsze Snape. Osobiście dopilnuję, aby spotkała cię zasłużona kara!
- Wynoś się!

Gawain Robards wyszedł, parskając szyderczym śmiechem. Zaraz po nim pojawiła się młoda uzdrowicielka, która przyniosła na tacy kolację razem z kilkoma starannie odmierzonymi eliksirami. Snape rzucił się na jedzenie: pomyślał, że minie wiele dni, zanim nabierze sił. Wypijając eliksiry, stwierdził, że zrobiłby lepsze… a przynajmniej smaczniejsze. Gdy opadł na poduszki, zastanawiał się, co się właściwie stało. Był pewny, że umiera – dlatego podarował Potterowi swoje wspomnienia. Teraz nie wiadomo co się z nimi stanie, pewnie chłopak pokaże im innym. Ciałem Severusa wstrząsnęły dreszcze na myśl, że wszyscy poznają jego najgłębsze tajemnice. Zrobiło mu się niedobrze.

Na dodatek Potter żył! Nie wiedział co o tym sądzić – Albus wyraźnie powiedział, że chłopak musi umrzeć i to z ręki samego Voldemorta. Teraz dowiedział się, że Potter go pokonał… Nie, to stanowczo nie trzymało się kupy… to nie miało sensu! Severus rozmyślał nad tym wszystkim do samego rana i jedynym jego wnioskiem było to, że Albus okrutnie sobie z niego zażartował…

***

Harry wpadł jak burza do Biura Aurorów, odpowiedział na dobiegające zza biurek pozdrowienia i ruszył prosto do gabinetu swojego szefa. Zapukał, gdy usłyszał pozwolenie, otworzył drzwi. Na jego widok Gawain rozpromienił się i wskazał na stojący przed biurkiem fotel.
- To ty Potter! Siadaj! Czego chcesz?
- Proszę o pozwolenie, aby zobaczyć się z Severusem Snape'em – rzekł Harry, stojąc w miejscu.
- Słucham? – Gawainowi zrzedła mina. – Po co?
- Muszę z nim porozmawiać.
- Nie widzę takiej potrzeby.
- Jestem mu coś winny – Harry popatrzył szefowi w oczy.
- Ty? Jemu? – Gawain popatrzył na chłopaka, jakby oświadczył, że potrafi zaśpiewać arię operową, siedząc na galopującym Hipogryfie i przygrywając sobie na harfie.
- Tak, dzięki niemu pokonałem Voldemorta.
- Pfffff - mężczyzna wypuścił gwałtownie powietrze. – Dobrze się czujesz Harry? Nie potrzebujesz zrobić sobie wolnego? Mogę dać ci spokój przez dzień czy dwa… odpoczniesz sobie…
- Mówię poważnie! – Harry zaczął się irytować. – Złożyłem dzisiaj obszerne wyjaśnienia na piśmie, może pan je sobie przeczytać, są obecnie u Kingsleya. Gdyby nie Snape pewnie nie dokonałbym tego wszystkiego.
- Chyba przez przypadek…
- On był po naszej stronie! Cały czas szpiegował dla Dumbledore’a!
- Którego zabił.
- Na jego wyraźną prośbę! Przekazał mi informacje, które pozwoliły mi przeżyć podczas pojedynku z Voldemortem.
- Śmierciożerca zawsze zostanie śmierciożercą, cokolwiek by nie zrobił! A już zwłaszcza Severus Snape! - Gawain był tak wściekły, że gdyby był metamorfomagiem, to jego blond włosy zapłonęłyby żywą czerwienią. – Mam wystarczającą ilość zeznań jego kumpli, aby wiedzieć, że był czymś w rodzaju prawej ręki Sam-Wiesz-Kogo!
- Mimo wszystko chcę się z nim zobaczyć. I tak mam wartę w szpitalu od czwartej po południu…
- Może być niebezpieczny!
- Nie ma nawet różdżki – chłopak wzruszył ramionami. – Z tego, co słyszałem, ledwo może wstać z łóżka, a ja jestem młody, silny i mam różdżkę. Co najwyżej może rzucić we mnie poduszką, o ile uniesie rękę…
- Nie bądź głupi! – Gawain wstał i zaczął spacerować nerwowo po pokoju. – Co mu chcesz powiedzieć?
- Chcę podziękować – rzekł Harry i popatrzył mężczyźnie prosto w oczy. – To dla mnie bardzo ważne.
- Dziękować śmierciożercy… a to dobre – szef parsknął wymuszonym śmiechem.
- Proszę o chwilę…  kilka minut… błagam!

Gawain odwrócił się do Harry’ego plecami. Każdy wiedział, że darzy chłopaka wielką sympatią. Miał do niego słabość nie tylko dlatego, że Harry okazał się wybrańcem, pokonał Voldemorta i został najmłodszym aurorem w historii. Nikomu się nie przyznał, ale Potter przypominał mu z charakteru i sposobu bycia jego zmarłego syna, który zginął podczas Pierwszej Wojny Czarodziejów. Teraz chłopak prosił go o rozmowę z Severusem Snape'em! Nienawidził tego starego nietoperza… Byłoby najlepiej, gdyby mógł go wrzucić do najgłębszego lochu w Azkabanie! Szkoda, że dementorzy musieli odejść: z rozkoszą patrzyłby, jak wysysają duszę Snape’owi. Z rozmyślań wyrwał go głos Harry’ego.
- Rozumiem… nie ufa mi pan… - chłopak zaczął powoli iść w stronę drzwi.
Gawain odwrócił się gwałtownie i spojrzał na plecy chłopaka. Skarcił się w duchu za swoją słabość do niego.
- No dobra! – warknął. – Pięć minut! I chcę przy tym być!

***

Snape nie był zachwycony, gdy zobaczył ponownie Gawaina Robartsa. Uważał go za kompletnego kretyna. Zastanawiał się jakim cudem człowiek o umyśle gumochłona został szefem w Biurze Aurorów. Skrzywił się, gdy Gawain się odezwał.
- Masz gościa Snape!
- Niby kto chciałby się ze mną spotkać?
- On – Gawain wskazał kciukiem drzwi, przez które wszedł Harry.
- Witam panie profesorze…

Severus pomyślał, że jednak nie żyje. On umarł… a to, co się teraz działo to było po prostu piekło. Potter przyszedł go odwiedzić i uśmiechał się do niego. Snape zastanawiał się, czy włożenie głowy pod kołdrę dałoby efekt w postaci zniknięcia… obojętnie kogo. Byleby cała ta sytuacja nie miała miejsca.
- Nie jestem już twoim nauczycielem Potter – warknął.
- Grzeczniej! – głos Gawaina dobiegł z kąta, gdzie przymocowana była umywalka.
Harry nie zwrócił uwagi na ton wypowiedzi mężczyzny, przysunął sobie stołek i usiadł przy łóżku. Snape rozważał przez sekundę czy da radę wylecieć przez okno i uciec albo ostatecznie tylko wyskoczyć i roztrzaskać sobie czaszkę.
- Chcę panu podziękować – chłopak powiedział zdecydowanym tonem.
-  Podziękować? – odrzekł Snape z ironią. – Za zabicie twoich rodziców?
- Nie… - Potter odparł cicho po dłuższej chwili. – Chcę podziękować za to, że starał się pan naprawić ten błąd. Za to, że uratował pan mnóstwo osób, pomagając mi pokonać Voldemorta i ryzykował przy tym swoim życiem…

Snape nie odezwał się ani słowem, przekręcił głowę w bok, aby nie patrzeć na chłopaka. Czuł się strasznie. Wolałby, aby Potter zrobił mu awanturę albo pokazał, jak bardzo go nienawidzi.
- …będę zeznawał na pańską korzyść, ponieważ zamierzam oczyścić pana z zarzutów i chcę, aby każdy dowiedział się, że jest pan bohate… - nie dokończył, gdyż Snape usiadł gwałtownie.
- Nie! – wrzasnął na tyle, ile pozwalał jego stan.
- Spokój gnido! – Gawain celował  w niego różdżką.
- Nie potrzebuję twojej litości Potter! Myślisz, że po tym wszystkim, co się stało, pójdziemy razem na herbatkę i będziemy plotkować jak stare baby!? Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi taka ochota, to prędzej się powieszę!
- Przynieść ci sznur!? – szef aurorów zrobił kilka kroków w stronę Snape’a.
- Nie! – Harry wstał i wyciągnął rękę do Gawaina. – Jest chory! Nie wie, co mówi!
- Doskonale wiem, co mówię Potter! Nie chcę byś robił ze mnie, nie wiadomo co!
- Raz w życiu się z nim zgadzam – powiedział błękitnooki mężczyzna.
- Nie zostawię tak pana! – Harry popatrzył Snape’owi prosto w oczy. - Nie ukryję wszystkiego, co jest w panu najlepsze!
Severus po tych słowach wyglądał, jakby dostał w twarz. Zrozumiał aluzję. Z nerwów zaczęły drżeć mu ręce.
- Potter! Masz mi oddać moje wspomnienia!
- Dobrze… - zaczął mówić Harry z leciutkim uśmiechem. - … ale najpierw pokażę je odpowiednim osobom...
- Ani mi się waż!
- Bo co? Da mi pan szlaban? – odparł bezczelnie chłopak, idąc w stronę drzwi.
Severus rzucił w niego basenem. Na szczęście Harry’ego, a nieszczęście Snape’a był pusty i nie poleciał daleko. Gawain zaśmiał się szyderczo i wyszedł, przepuszczając chłopaka w drzwiach. Severus opadł bezsilnie na poduszki, przeklinając to coś lub tego kogoś, kto go uratował i stwierdził, że los zdecydowanie zafundował mu piekło na ziemi.

sobota, 14 listopada 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 3 – Kolejne osobniki dołączają do naszej rodzinki

Czeeeeść wszystkim! Mam dostęp do neta to opisuje kolejne moje przygody u boku Voldka! Dzienx za te wszystkie meile! Wiem, że mnie kochacie i ja też was kocham!!! <3

Dzisiejszy dzień zaczął się niezbyt przyjemnie. Voldemort dostał kilka razy napadu szału, obryzgał mnie owsianką, wymazał kupą moją różdżkę oraz ugryzł w ucho małego Johna podczas zabawy w piaskownicy. Ile ja się nasłuchałem od jego matki! Wstrętne babsko, powiedziało mi, że nie potrafię wychować syna! Argh, ja jej dam! Nocą zakradnę się pod jej dom i zamienię jej wszystkie kanały w telewizji na Telewizję Trwam!

Hahahaha, jestem taki mroczny i demoniczny!

- Glizdogonie!
Mój Pan mnie wolał. Zostawiłem sweterek, który dziergałem na drutach i szybko do niego podbiegłem.
- Wzywałeś mnie Panie? – zgiąłem się w ukłonie.
- Pakuj się! Wyjeżdżamy!
- Gdzie Panie? – spytałem się spokojnie choć byłem wewnętrznie zdruzgotany.

A co z moją małą zemstą?

- Musimy uwolnić Barty’ego Croucha z rąk Barty’ego Croucha!
- Tak jest, Wasza Jasność! – po czym pognałem po walizki.
- Glizdogonie!
- Tak, Panie? – przybiegłem z powrotem.
- Nie zapomnij o moich nausznikach i szaliczku! Ostatnio mi ich nie założyłeś i podczas teleportacji mnie przewiało!
- Oczywiście, Wasza Zmarzliwość! – pobiegłem po jego ulubione, puchate nauszniki.
- Glizdogonie!
- Taaaaaaaaaak, Panie? – siliłem się, aby zachować spokój.
- Widziałem w twoich myślach co chcesz zrobić matce Johna…
- To sprytny plan, czyż nie? – zachichotałem.
- Ja mam lepszy! Lord Voldemort zawsze ma lepsze pomysły!
- Tak, Panie, ja jestem tylko szczurkiem o małym rozumku…
- Idź do niej i oprócz telewizora zaczaruj jej radio by nadawało tylko Radio Maryja!
- Tak jest, Wasza Pomysłowość! – zasalutowałem i wybiegłem z domu słysząc mroczny i demoniczny śmiech mojego Pana.


Teleportowaliśmy się w pobliżu domu Barty’ego Croucha nr 1 i nr 2. Znowu przebrałem się za starą cygankę z dzieckiem. Był to MÓJ PRZEGENIALNY POMYSŁ. Nikt nie podejrzewał, że ta brzydka stara baba to ja. Volduś był bezpieczny w beciku i miał schowaną w nim różdżkę. Pod moją spódnicą czaiła się sycząca parówa.

O boże, ona chyba chce mi się dobrać do nabiału! – pomyślałem czując jak Nagini przesuwa się wyżej.

Musiałem działać szybko, podszedłem do rzeźbionych drzwi wejściowych i zastukałem kołatką w kształcie lwa. Po chwili w drzwiach pojawił się Barty Crouch nr 1.
- Czego chcesz?
- Pooowróżyć panuuuu – powiedziałem babskim głosem. – Ja być uczciwa! Chcieć powróżyć za pieniążki!
- Zjeżdżaj stąd! – warknął i zamknął mi drzwi przed nosem.

Voldemort się zdenerwował. Zwyzywał mnie od… bardzo różnych rzeczy, wyciągnął genealogię mojej matki do dziesięciu pokoleń wstecz. Ciekawe skąd wiedział, że były kurtyzanami? Zastukałem drugi raz czując, że Nagini szturcha mnie tam gdzie nie powinna. Barty Crouch wyglądał na rozeźlonego gdy otworzył drugi raz drzwi.
- Co ty…
Nie zdążył dokończyć zdania gdy ugodziło go zaklęcie Voldemorta.
- Zaprosisz nas na herbatkę, prawda Crouch? – wycedził Czarny Pan.
- Taaaaaak – odpowiedział mężczyzna patrząc na nas rozmarzonymi oczami.

Weszliśmy do domu i od razu zrzuciłem spódnicę. Nagini nie chciała mnie puścić ale w końcu wyrwałem się z jej szponów. Dostałam za to opierdziel od Voldka, który twierdził, że ją krzywdzę nie oddając jej swojego nabiału na obiad. Pozostało nam odbić Barty’ego Croucha nr 2.
- Gdzie młody Crouch!? – wrzasnął Voldemort. – Stary Crouch! Gdzie ty polazłeś!?
Zza drzwi prowadzących do kuchni wychyliła się zdumiona twarz mężczyzny.
- Kazałeś panie zrobić herbatę…
- A tak, tak – Voldemort sobie przypomniał. – Gdzie twój syn?
- Za paprotką.
- Za paprotką?
- Tak, był niegrzeczny, oglądał mugolskie pornosy, więc kazałem mu tam stać.
- Fuuuuuuj – wyrwało się mi i Voldemortowi na myśl o takich obrzydlistwach.

Podszedłem do kwiatka i wymacałem Juniora, zdjąłem z niego pelerynę niewidkę. Stał na jednej nodze, z rozłożonymi na boki rękami, a w ustach trzymał łyżeczkę na której położone było jajko. Biedak był spocony i czerwony na twarzy. Strzeliłem mu fotkę bo tak zabawnie wyglądał:


- Cóż za wyrafinowane tortury – Voldemort był pod wrażeniem. – Będę musiał je wprowadzić do swojego repertuaru.
- Dzięki ci Panie – jęknął Crouch nr 1 i zgiął się w ukłonie.
- NIE DZIĘKUJ MI TYLKO GO ODCZARUJ TY TĘPA KUPO ŁAJNOBOMB! – wrzasnął Czarny Pan.

Barty Crouch Junior padł wyczerpany u stóp Czarnego Pana. Jęcząc i rzężąc mamrotał podziękowania. Poczułem się dotknięty, to ja go wymacałem! Potem zaczął całować stopy Voldemorta. Poczułem się zazdrosny! Tylko ja mogę całować jego tyciuszkie stópeczki! A jak się Volduś wtedy chichra! Zwłaszcza lubi gdy udaję, że mu je zjadam. Aż piszczy z uciechy! Żebyście widzieli mnie w akcji! Powinienem dostać medal za bycie najlepszą nianią pod słońcem…

- Czy jesteś gotowy mi służyć Barty? Zrobić dla mnie wszystko? Poświęcić się ciemnej stronie mocy?
- O tak, Mój Panie! – chłopak aż się rwał do czynów.
- Dobrzeeee, mój młody padawnie, dobrzeeee – odrzekł zadowolony Voldemort. - Glizdogonie! Oddaj mu jego miecz świetlny.

Musiałem mieć głupią minę bo popatrzył się na mnie z wyrazem totalnego rozczarowania na… twarzy. Barty’emu było wszystko jedno, chłonął każde słowo Czarnego Pana jak gąbka tłuszcz ze starej patelni.
- Różdżkę głąbie! – wysyczał Voldemort. – W ogóle nie myślisz! Ja się tutaj bawię w Star Warsy, a ty jesteś tępy jak Jar Jar Binks!
- Tak, Panie! Już lecę!
- Więc mój młody padawanie… – Volduś bawił się wyśmienicie. – … mam plan! A moje plany są tak wielkie jak wielka jest nasza galaktyka!
- Mów, mów, ja słucham! – Barty nr 2 wił się w ekstazie u jego stóp.
- Kto nas zawsze gnoił podczas pierwszej wojny czarodziei? Kto nas wybijał, ranił i atakował?
- Eeeeeee… - popatrzyliśmy się z Bartym Juniorem na siebie nic nie rozumiejąc.
- Otaczają mnie kretyni…  - westchnął Voldemort i zaczął się bawić swoją ulubioną grzechotką na macie edukacyjnej.
- Oooooch! – jęknęliśmy z Bartym nr 1 i 2 w zachwycie. – Jaki jesteś słodki Nasz Panie!
- Wieeeeem – powiedział i zaczął się bawić stópką. – Chodziło mi o Alastora Moody’ego!
- Aaaaaach! – wyrwało się nam.
- My jesteśmy imperium zła! On jest rebeliantem! Jako imperium musimy kontratakować! – krzyczał Voldemort.
- Aaaahaaa! – stwierdziliśmy zgodnym chórem.
- Mój plan jest tak genialny, że Dumbledore może mi nocniki czyścić i butelki myć!
- Tak, to fakt! – chórkowaliśmy dalej.
- Junior! Złapiesz z Glizdogonem Alastora, wsadzisz go gdzieś by mu swobodnie kłaki rwać i pójdziesz nauczać w Hogwarcie!
- Tak jest! – zasalutowaliśmy.
- A ty Senior! – wskazał na zaimperiusowanego Croucha. – Będziesz się mną zajmował gdy Glizdek będzie zajęty!
- Tak, Panie – powiedział.
Voldemort omiótł spojrzeniem jego postać, zamyślił się i spytał:
- wąsiki a la Hitler? Masz niezły gust! Myślisz, że mi będą pasować? 

Tak minął mi kolejny dzień u boku Czarnego Pana. Ktoś wie na co może być uczulony bobasek, gdy mu wyskakują takie małe czerwone krostki na pupci? Podejrzewam, że to wina pieluszek… albo jedzenia piasku… chyba go więcej nie wezmę na plac zabaw :(

czwartek, 12 listopada 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 3 – Wszystko się wyjaśnia


Grzegorz Michalski wziął do ręki komórkę i sprawdził godzinę. Była szósta rano, normalnie o tej porze szykowałby się do pracy. Pomyślał, że obudził się tak wcześnie z przyzwyczajenia. Czuł się nieswojo leżąc w łóżku, ale dyrekcja dała mu do zrozumienia, że ma dzisiaj przymusowe wolne. Nie do końca rozumiał co się stało poprzedniego dnia. Na zebraniu firmy nagle ni z tego, ni z owego, wstał Karol z działu finansowego i oskarżył go o fałszowanie przychodów firmy. Skończyło się to ogromną awanturą ponieważ nie miał nic na sumieniu i niczego złego nie zrobił. Skontaktowano się z centralą i stwierdzono, że interwencja policji nie będzie w tej chwili konieczna. Grzegorz i Karol zostali wysłani do domów, a specjalna komisja będzie badać finansowe raporty. Miał nadzieję, że to nie jest jakiś spisek w celu usunięcia go z pracy. Tyle osób ostrzyło sobie zęby na jego stanowisko. Nagle wpadł na pomysł: zadzwoni do swojej asystentki Agnieszki z którą miał bardzo dobre stosunki. Nie zwracając uwagi na godzinę wyszukał nazwisko „Mazur” w komórce. Odebrała po trzecim sygnale.
- Cześć słoneczko – zaczął przymilnie. - Ja wiem, że jest wcześnie…
- Nie mogę z tobą rozmawiać – odpowiedziała zdenerwowanym tonem. – Mamy całkowity zakaz kontaktowania się z wami do czasu wyjaśnienia sprawy. Więc…
- Czekaj! – krzyknął do słuchawki. – Wierzysz, że jestem niewinny?
- Wierzę – szepnęła po czym się rozłączyła.
Odrobinę podniosło go to na duchu. Chociaż Aga mu wierzy. Stwierdził, że nie ma sensu o tym myśleć. Może dobrze mu zrobi, gdy spędzi dzień ze swoją córką. Wychodził z domu z samego rana, wracał późnym wieczorem więc nieczęsto ją widywał. W weekendy zazwyczaj także nie miał dla niej czasu ponieważ siedział z nosem w komputerze. Wstał z łóżka i poszedł do łazienki.

***

Patrycja zeskakiwała ze schodów nucąc pod nosem wyhaczoną ostatnio na youtube piosenkę zespołu Van Canto:

„I feel the magic running through my veins
A prophecy is fulfilled these days”
*

Nagle usłyszała głos ojca, stanęła i słuchała. Było już po siódmej więc dawno powinien wyjechać do pracy. Czuła, że coś jest nie tak. Zajrzała ukradkiem do kuchni gdzie zobaczyła małżeństwo Wojtysiaków siedzących z jej ojcem przy stole. Właśnie zabrali się za jedzenie jajecznicy z cebulką i pieczarkami. Pachniało kawą i świeżo wyciśniętym sokiem pomarańczowym. Ciekawość zwyciężyła więc dziewczynka cichutko podeszła do stołu, ojciec spojrzał na nią jakby zobaczył ją pierwszy raz od dawna.
- Patrycjo… co ty masz na sobie? – spytał z wielkim zdziwieniem. – To jakaś nowa moda? Ty się tak ubierasz… nie mów, że chodziłaś w czymś takim do szkoły! – oburzył się.

Wtedy pani Jadwiga wstała od stołu i z gestem dziękczynnym skierowanym ku niebu zaczęła mówić:
- no! W końcu pan zauważył, chwała Bogu! Tyle razy panu mówiłam panie Grzegorzu, że z Patrycją dzieje się coś niedobrego. Te dziwaczne stroje, te książki o magii, te urodziny z bandą trzynastolatków poprzebieranych za wiedźmy i czarnoksiężników oraz te wszystkie trupie czaszki! Mówię panu, ona wpadła w sidła sekty, jest SZATANISTKĄ! NIE BYŁA W KOŚCIELE OD DWÓCH MIESIĘCY! – krzyknęła i oskarżycielsko wskazała palcem na dziewczynkę.

Patrycja i jej ojciec patrzyli to na siebie, to na szybko oddychającą starszą kobietę, ani jedno, ani drugie nie wiedziało co powiedzieć. Po chwili Pan Jan złapał żonę za sukienkę i pociągnął by usiadła z powrotem na krześle mrucząc coś o głupich dewotkach.
- To opowiesz mi o co chodzi z tym strojem, czarami, magią i… eee… trupimi czaszkami? – zaczął łagodnie pan Michalski widząc, że jego córka zaczerwieniła się i zaczęła miąć w rękach spódnicę. 
Nie znał za bardzo mody panującej wśród współczesnych trzynastolatek, ale był pewien, że to co ma na sobie Patrycja jest mocno alternatywne. Przypominało mu trochę punkowe klimaty z młodości, ale jednak różniło się to od tego co nosiły kiedyś dziewczyny. Oskarżona miała na sobie białą, koronkowa bluzeczkę z krótkim rękawkiem, na to założyła czarną kamizelkę wyszytą w kolorowe czaszki. Pod szyją wisiał krawat w biało - czerwoną kratkę. Spódniczka sięgała kolan, była w czarno-czerwoną kratkę, mocno rozkloszowana z powodu tiulowej halki pod spodem. Na nogach miała założone białe skarpetki zakończone koronką, a na stopach błyszczały lakierki na grubej podeszwie zapinane klamerkami w kształcie trupich czaszek. Wyglądu dopełniały czarne koronkowe rękawiczki. Kasztanowe włosy spięła w dwa kucyki, które były wyraźnie pokręcone na lokówce zaś równo przycięta grzywka była wyprostowana prostownicą. Za gumki robiły dwie wstążki w czarno-czerwoną kratkę. W uszach miała kolczyki w kształcie gałek ocznych. Zaś jeśli chodzi o oczy, pan Michalski ze zgrozą zauważył, że bursztynowe tęczówki chowają się za pomalowanymi na czarno rzęsami.
- Matko Boska – pomyślał. – Czy ona nie powinna być jeszcze małą dziewczynką?

Miał nadzieję, że idzie gdzieś na balangę do koleżanek, co niestety nie było zbyt prawdopodobne biorąc pod uwagę wczesną porę. Albo to taki rodzaj przebrania, w końcu są wakacje, może dziewczyna trochę poszaleć. Na satanistkę nie wygląda ale kto wie, nigdy nic nie wiadomo.
- Bo ja… to taki styl… z Japonii… - wydukała Patrycja. 
Z pani Jadwigi nic sobie nie robiła, ale ojciec to trochę inny kaliber. Mógł ją odciąć od pieniędzy i wygód do których przywykła.
- Z Japonii? A skąd ty go wytrzasnęłaś? – zdziwił się.
- Z internetu… bo wiesz tato ja lubię z Anką Cegielską oglądać anime… no takie bajki z Japonii – dodała widząc, że ojciec nie załapał. – I my widziałyśmy takie gdzie dziewczyny ubierały się w stylu gotyckich lolit. Wiesz, takie ubrania jak kiedyś się w Anglii nosiło tylko takie trochę krótsze. No i Ance się spodobały, ale mnie tak średnio. No i ona mnie katowała różnymi zdjęciami z internetu z tym stylem i mi przesłała taki magazyn… no z Japonii tato, ale nie prawdziwy tylko zdjęcia. Tam oprócz gotyckich lolit były punkowe lolity, no i mi się spodobały te ciuchy, a ty mi dawałeś pieniądze tato więc je sobie kupowałam przez internet i… Ja tego nie nosiłam w szkole! Tylko po domu i pani Jadwiga jest wstrętnym kłamczuchem BO JA NIE WIEM CO TO JEST SZATANISTKA I NIĄ NIE JESTEM!

Pani Jadwiga krzyknęła z oburzenia, ojciec Patrycji zaczął ją uspokajać zaś pan Jan poszedł odebrać dzwoniący telefon. Po chwili dziewczyna dokończyła opowieść:
- kosmetyki kupiłam w sklepie z Anką, próbowałyśmy się malować, ale to była masakra tata, my chyba jesteśmy beztalencia… czasem tylko rzęsy pomaluję, ale to na chwilę bo zaraz wyglądam jak panda bo trę oczy, bo zapominam o nich. Kupiłam sobie też buty na obcasie, ale nogi mi się rozjechały i prawie je sobie połamałam więc je sprzedałam na eBay’u…
- Ty masz dostęp do eBay’a? Przecież tam są zabezpieczenia przed dziećmi! Myślałem, że robisz zakupy  na mieście – ojciec nie był zadowolony.
- Aaaa… no bo ja… no to co mówiła pani Jadwiga, ja… ja chyba potrafię czarować – wyjąkała i opowiedziała o dziwnych przypadkach, które miały miejsce w szkole podstawowej. – No i wiesz tato, to jeszcze nie koniec. Bo na przykład ja bardzo nie lubię być dyżurną i pani Wójcik nigdy nie zapisywała mi dyżuru, zawsze mnie pomijała. A jak coś bardzo chciałam to się to spełniało, bo raz Zuzka przyszła i powiedziała, że znalazła dziesięć złotych przed szkołą, a ja powiedziałam, że znajdę pięćdziesiąt złotych i to się zdarzyło! Dziewczyny wszystko potwierdzą! Dlatego ja tak lubię książki o magii…

Pan Michalski był wstrząśnięty tym wyznaniem. Nie wiedział jak zareagować, zazwyczaj zbywał panią Jadwigę zrzucając na nią obowiązek użerania się z rozpieszczoną jedynaczką, a teraz widział skutki swojego niedbalstwa. Myślał co powinien zrobić: iść z nią do psychiatry czy stwierdzić, że po prostu dziewczynka za dużo naoglądała się chińskich bajek i ich zakazać, a ciuchy spalić? Dzięki panu Janowi dostał chwilę do namysłu ponieważ starszy człowiek zawołał żonę i streścił odbytą rozmowę telefoniczną. Wynikało z niej, że małżeństwo Wojtysiaków jest wzywane teraz - natychmiast do Urzędu Skarbowego z powodu jakiegoś błędu. Nie wiedział zupełnie o co chodzi, ponieważ urzędniczka mówiła strasznie trudnym językiem z mnóstwem artykułów i innych paragrafów. Zrozumiał tylko, że to pilne. Razem z żoną szybko się przygotował do wyjścia i wsiedli do samochodu. Ledwo zniknęli za zakrętem, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.

Patrycja szła otworzyć w złym humorze, wiedziała, że ojciec myśli co z nią zrobić. Wyglądał na to, że jest w lekkim szoku, ale pewnie niedługo mu przejdzie i zacznie się złościć.
- Czego chcesz? – warknęła, gdy zobaczyła wysoką, chudą blondynkę ubraną w elegancki czarno - biały kostium. 
W ręce trzymała skórzaną teczkę. Włosy miała związane w koczek z tyłu głowy, na twarz opadało kilka falowanych kosmyków. Makijaż był lekki i ledwo widoczny. Dziewczynka była przekonana, że to kolejna akwizytorka z ofertą-nie-do-odrzucenia albo Jehowa. Upewniła się w swoim spostrzeżeniu, gdy zobaczyła zdumione, szeroko otworzone zielone oczy.
- Ekhm – blondynka kaszlnęła. – Czy… czy mam przyjemność z Patrycją Michalską? Tata jest w domu?

To zbiło dziewczynkę z tropu. Skąd nieznajoma wiedziała jak się nazywa? Po co chciała widzieć tatę? Może jest pracownicą z firmy ojca. Patrycja machnęła ręką w stronę pokoju. Blondynka zawahała się na moment, popatrzyła się badawczo na trzynastolatkę i powoli ruszyła przed siebie.
- Nie spodobało jej się jak wyglądam, pewnie większość ludzi patrzyłoby się na mnie dziwnie gdybym tak wyszła na ulicę – pomyślała Patrycja idąc za nieznajomą. 
Ta rozejrzała się po pokoju i powiedziała tonem jakby była u siebie:
- zapraszam państwa na kanapę.

Grzegorz Michalski był zdumiony jej zachowaniem i miał ochotę wyrzucić bezczelną blondynę z domu, ale było w niej coś co kazało posłuchać. Usiadł obok córki dziwiąc się sam sobie.
- Witam, nazywam się Angelique Ratine. Tak, naprawdę się tak nazywam ponieważ jestem w połowie Francuzką – dodała widząc ich miny. 
Otworzyła teczkę i wyjęła z niej plik papierów. 
– Siedzicie? Super, im szybciej tym lepiej... Przybywam w imieniu Leokadii Bąk, dyrektorki Zespołu Szkół Magii i Czarodziejstwa imienia Mistrza Jana Twardowskiego aby oświadczyć, że Patrycja Michalska, córka Grzegorza Michalskiego, urodzona 11.06.2002 roku jest czarownicą i została przyjęta do pierwszej gimnazjum, wychowawcą klasy ”c” jest…
To było zbyt wiele jak na jeden dzień dla nerwów mężczyzny, wstał i zaczął wrzeszczeć:
- CZY PANIĄ KOMPLETNIE POKRĘCIŁO! TO JAKAŚ UKRYTA KAMERA, TAK!? TO MA BYĆ ŚMIESZNE!? JESTEŚ W ZMOWIE Z MOJĄ CÓRKĄ!? TO DOWCIP, TAK!? PRZECIEŻ CZAROWNICE NIE ISTNIEJĄ!!!

Na Angelique ten wybuch nie zrobił wrażenia, nie była to pierwsza taka reakcja w jej karierze i wiedziała, że nie ostatnia. Część rodziców, zwłaszcza jeśli byli fanami Harry’ego Pottera, odpływało ze szczęścia. Nie pytali o szczegóły tylko od razu podpisywali formularze. Osoby religijne, potrafiły rzucić się na wysłannika szkoły, zwyzywać i nie wysłuchać niczego co ten miał do powiedzenia. Większość jednak nie wierzyła w magię i trzeba było zrobić im pokaz. Angela wyjęła z żakietu różdżkę, wyciągnęła ją przed siebie, uniosła i… wszystkie meble zaczęły unosić się w powietrzu razem z panem Grzegorzem. Zakręciła dłonią młynka – to samo zrobiły meble i pan Michalski. Kanapa na której siedziała zszokowana i zarazem szczęśliwa Patrycja również. Pęd rozwiał jej włosy, stwierdziła, że to jest cudowne. Zrozumiała, że spełnia się jej życzenie urodzinowe. Ojciec zbladł i zaczął się trząść.
- To niemożliwe, to niemożliwe… – bełkotał.
- Ależ możliwe panie Michalski i pańska córka także będzie to potrafiła. Oczywiście gdy skończy gimnazjum i liceum oraz zda maturę.  Posiadanie w rodzinie czarownicy jest bardzo korzystne. Na przykład mniej się człowiek męczy przy przemeblowaniu – Angela uśmiechnęła się do latającego znerwicowanego człowieka.
- Tatooo! Ja chcę iść do tej szkoły! Mówiłam, że jestem czarownicą! – Patrycja postanowiła działać, zrozumiała, że to jej jedyna szansa. 
Blondynka odstawiła meble oraz ojca dziewczynki na miejsce jednym machnięciem różdżki.
- Ja, ja, ja, ja nie wiem… ja nie wiem – wyjąkał pan Michalski, podbiegł do barku i łyknął sporo wódki prosto z butelki. Skrzywił się niemiłosiernie i puścił się pędem do kuchni po popitkę. Dziewczyny stały w salonie czekając na jego powrót. 

Patrycja była niesamowicie szczęśliwa – działo się to co w serii książek „Harry Potter”. Doszła do wniosku, że jednak w tych powieściach opisana jest prawda. Nagle dopadł ją straszliwy lęk. Co jeśli ojciec się nie zgodzi? Wrócił jednak bardziej spokojny. Blondynka kontynuowała:
- córka mówi, że informowała pana o swoich zdolnościach. To jest bardzo częste u magicznych dzieci. Nie ma sensu wysyłać jej do mugolskiej szkoły ponieważ…
- Do jakiej? – Zainteresował się pan Grzegorz.
- Mugolskiej tato, normalnej, gdzie nie ma magii – powiedziała urażona niewiedzą ojca Patrycja. – Nie czytałeś Harry’ego Pottera?
- Nie, a powinienem? – spytał mocno zaniepokojony.
- Mógłby pan, trochę więcej dzięki temu pan zrozumie. Wprawdzie to nie jest do końca prawda… ale na początek wystarczy – oświadczyła Angelique. – Teraz musi się pan uspokoić i pomyśleć. Decyzja musi zapaść dzisiaj. To jest bardzo ważne aby magiczne dziecko poszło do odpowiedniej placówki edukacyjnej, w mugolskiej szkole będzie nieszczęśliwa oraz zostanie wyrzutkiem. Tak zazwyczaj bywa z dziećmi które są wyjątkowe, inne od zwykłych… – uderzyła w czułą strunę ponieważ nikt z rodziców nie chce aby jego dziecko było wyrzutkiem i było nieszczęśliwe. 

Ojciec Patrycji popatrzył się wstrząśnięty na blondynkę, potem na swoją córkę i po długim namyśle powiedział:
- Maleńka… ja… nie jestem w stanie podjąć tej decyzji. Przepraszam, nie jestem w stanie.. to zbyt, zbyt… nieoczekiwane. Mam mętlik w głowie… - Znowu się zamyślił. – Chyba… mój Boże, daj znak, powiedz czy dobrze robię… Chyba mogę Ci zaufać moje dziecko. Jesteś już dużą dziewczyną Patrycjo. Dotarło to do mnie dzisiaj. Poświęcałem ci mało czasu, za dużo miałem pracy ale po śmierci twojej mamy nie potrafiłem inaczej. Mój Boże, czemu jej z nami nie ma? – Zaszlochał. – Ona by wiedziała co robić. Więc myślę… że ty zdecyduj. To twoja przyszłość. Naprawdę mam nadzieję, że Anna mi wybaczy jeśli źle robię, gdy się z nią spotkam kiedyś tam na chmurce…

Patrycja była wstrząśnięta tym wyznaniem. Ojciec stwierdził, że może zdecydować o tak ważnej kwestii. Była rozpieszczana to fakt, dostawała co tylko chciała, ale w ważnych sprawach tata miał decydujące zdanie. To on stwierdził, że ma iść do prywatnego Gimnazjum Paderewskiego mimo, że chciała iść do publicznej „piątki” razem z koleżankami. Wycie przez miesiąc nic nie dało. Patrycja pomyślała o mamie, nie wiedziała co ona by dla niej chciała. Czy byłaby dumna, że jej córka jest czarownicą? 

Angelique patrzyła się na nią oczekując odpowiedzi.
- Myślę, że chcę być czarownicą… to znaczy… chcę iść do tej szkoły – odpowiedziała Patrycja spokojnym głosem. 

Ojciec ukrył twarz w dłoniach. Jego życie zmieniło się w ciągu godziny prawie tak samo jak wtedy gdy usłyszał, że w laboratorium nastąpił wybuch, w którym zginęła tylko jedna osoba. Jego ukochana Anna, matka jedynej córki… która od września będzie zajmować się czymś co od zawsze słyszał, że to coś złego i zakazanego. Pani Jadwiga dostanie szału jak się dowie. Co on powie rodzinie, dziadkom Patrycji, swojemu rodzeństwu?
Angelique podsunęła mu pod nos formularze:
- wiem, że panu ciężko, ale trzeba to wszystko powypełniać... No niech pan się weźmie w garść! – Powiedziała rozkazującym tonem. – To nie koniec świata! Magia ma wiele zastosowań! Niektóre pańskie problemy znikną razem ze mną!
- Czyli? – mruknął pan Grzegorz szukając długopisu w szafce przy stoliku.
- Hmm, na przykład to oskarżenie o fałszerstwo finansowe w pracy – oznajmiła.
- Że co? – jęknęła zdziwiona Patrycja.

Ojciec zbladł, a następnie poczerwieniał na twarzy, patrzył oczekująco na blondynkę.
- Ciężko było pana przekonać aby został pan cały dzień w domu. Więc eksperci z Ministerstwa Magii podrzucili panu Karolowi Domańskiemu kilka fałszywych danych... Ale spokojnie, spokojnie – powiedziała szybko Angela widząc, że ojcu Patrycji rośnie niebezpiecznie ciśnienie. – Jutro wszystko będzie w porządku. Agenci wyczyszczą wszystkim pamięć. Nawet dyrekcji w USA. Dane znowu będą się zgadzały. To było potrzebne, tak samo jak telefon do małżeństwa Wojtysiaków. Nie mogło ich tutaj być.
- Suuuuper – mruknęła Patrycja patrząc się z zachwytem na czarownicę. Po czym palnęła bez zastanowienia – jesteś czystej krwi?
- Lekcja pierwsza: nigdy nie pytaj się o status krwi. W Polsce to oznaka złego wychowania – odpowiedziała spokojnym głosem Angela. - Nie stosujemy tej klasyfikacji od prawie 100 lat.
- Czemu? W książkach pisało...
- Druga lekcja: nie wszystko co jest w Harrym Potterze to prawda… weź też pod uwagę to, że akcja książek dzieje się na Wyspach Brytyjskich. Między nami jest sporo różnic. Wprawdzie znajdzie się kilka rodzin, które szczycą się tak zwaną czystą krwią. Ale to naprawdę wyjątki. Historia Polski jest bardziej zawiła niż Wielkiej Brytanii, mieliśmy o wiele więcej wojen niż oni, inne problemy. Nasza kultura poszła przez to w inną stronę. Wszystkiego dowiesz się na lekcjach w szkole. Lekcja trzecia: jako, że uczę mugoloznastwa wolałabym abyś w stosunku do nauczyciela używała formy „pani profesor” ewentualnie tylko „pani” – tymi słowami zakończyła wykład.

Pan Michalski uważnie czytał formularze. Angela patrzyła się z zagadkowym wyrazem twarzy na dziewczynkę. Patrycja nachmurzyła się z powodu monologu czarownicy.
- Jakie różnice? Przecież to co jest w Harrym, to musi być prawda! – pomyślała.
- Zanim podpiszę, muszę się jeszcze zastanowić! – wypalił nieoczekiwanie pan Grzegorz znad sterty formularzy. – Ja nadal w to nie wierzę! Przecież to absurd!
- Tatooooooo! Podpisz! – zaczęła krzyczeć Patrycja.
- Z tego co wyczytałem córka będzie chodzić do gimnazjum i liceum – ciągnął mężczyzna nie zważając na krzyki latorośli. – Ale co dalej? Co ze studiami, co z pracą? A jeśli będzie chciała żyć wśród… jak nas nazwałaś… mugoków…
- Mugoli…
- Mugoli… niech będzie… durna nazwa, naprawdę, skąd wy to wzięliście? – mruknął. – I gdzie jest ta szkoła? W Warszawie?

Angelique bez słowa wyjęła dwie kartki z teczki. Podała jedną panu Michalskiemu, a drugi Patrycji z poleceniem zapoznania się z ich treścią. Mężczyzna zaczął czytać:

„Ja, Grzegorz Kazimierz Michalski, zobowiązuję się do nie wyjawiania informacji uzyskanych od pracownika Zespołu Szkół Magii i Czarodziejstwa im. Mistrza Jana Twardowskiego. Zakaz ten obejmuje WSZYSTKIE niemagiczne osoby (rodzinę, przyjaciół, służbę, współpracowników, przełożonych, itp.) oraz WSZYSTKIE sposoby (ustnie, pisemnie, przy pomocy czarów, przedmiotów mugolskich, itp.)”.

- Co to ma znaczyć? To jakieś brednie... – spojrzał na kartkę Patrycji. – Ona też ma to podpisać? Ma dopiero trzynaście lat! To ma moc prawną?
-  Oczywiście, że ma moc prawną. Chociaż w pana przypadku konsekwencje będą trochę inne… - Angela spojrzała na Patrycję. – Pamiętasz co się stało przyjaciółce Cho Chang? – dziewczynka kiwnęła głową. – Mniej więcej to się tobie stanie, a głupio by było iść z pryszczami do nowej szkoły. Zaś pan, po pierwsze, zostanie uznany za wariata – czarownica uśmiechnęła się szeroko. – A po drugie czeka pana sąd w czarodziejskim świecie. Po trzecie proszę to podpisać, a zobaczy pan więcej czarów ponieważ wybierzemy się do stolicy polskich czarownic i czarodziejów pod Warszawą. Po drodze wyjaśnię wszystko dokładnie i odpowiem na każde pytanie. Po powrocie zdecyduje pan czy wypełni te formularze.

Patrycja złapała długopis i od razu podpisała oświadczenie nie chcąc tracić nawet sekundy cennego czasu. Domyślała się, że będzie jak na ulicy Pokątnej. Ona chce to koniecznie zobaczyć! Wcisnęła długopis w rękę ojca i popatrzyła się na niego oczami kota ze "Shreka". Pan Michalski popatrzył się w milczeniu na córkę. Ciężko westchnął, pokręcił z rezygnacją głową mrucząc coś pod nosem o szalonych blondynach i rozwydrzonych dzieciakach. Przyłożył długopis do kartki, zawahał się na sekundę – Patrycja w tym momencie wstrzymała oddech – i złożył podpis we wskazanym miejscu.
- Hurra! – wrzasnęła dziewczynka po czym złapała ojca i zaczęła skakać trzymając go za ręce. – Dziękuję-dziękuję-dziękuję-dziękuję!

Angela patrzyła się na tę scenę z uśmiechem. Wiedziała, że po wycieczce do Magowa mężczyzna zgodzi się na wysłanie córki do szkoły. Potrafiła przekonać większych niedowiarków. Spakowała wszystkie papiery do teczki i wyciągnęła rękę w stronę pana Michalskiego:
- Proszę o kluczyki do pańskiego samochodu.
- Zwariowała pani!?
- Nie, ale za to pan łyknął niedawno sporą ilość alkoholu. Z tego co pamiętam prowadzenie pod wpływem jest zakazane. Ja zaś mam prawo jazdy.
- Czarownice mają prawko?
- Niektóre mają. Ja swoje zrobiłam, gdy studiowałam na Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej…

* Van Canto - Magic Taborea