czwartek, 12 maja 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 14 – Sarny Mniejsze


W korytarzu szkolnym przed klasą numer 121 nastąpił ogólny rozgardiasz. Ktoś złapał Małgorzatę, aby nie upadła, inna osoba wyczarowała kielich, aby nalać jej wody, jakaś kobieta podała jej eliksir przeciwko omdleniom. Patrycja nie wiedziała, co się dzieje. Co było w tym dziwnego, że wyglądała jak Amelia? Przecież wiele osób jest do siebie podobnych! Jednak rodzice jej koleżanek i kolegów z klasy patrzyli się na nią i szeptali między sobą. Co raz bardziej denerwowało to dziewczynkę. Zaczęła żałować, że nie jest w internacie.

Mama Amelii doszła do siebie w zadziwiająco krótkim czasie. Uśmiechnęła się słabo i podeszła do Michalskich.
- Nie mogę w to uwierzyć, po prostu nie mogę! Jaki cudem? – spytała patrząc się badawczo na Patrycję.
- To pani jest mamą tej drugiej dziewczyny? – zagaił pan Grzegorz. – Córka mi opowiadała, że są podobne, ale myślałem, że zmyśla.

Patrycja popatrzyła się na ojca z wyrzutem. Jak mógł coś takiego powiedzieć? Przecież nie miała, po co kłamać! Prychnęła ostentacyjnie na znak, że jest obrażona, ale tata nie zwrócił na nią uwagi.
- Podobne? – zdziwiła się Małgorzata. – One są identyczne!
- Naprawdę?
- Oprócz włosów… moja Amelia ma krótsze… i oczy! Tak, oczy, są innego koloru – czarownica jeszcze raz dokładnie obejrzała Patrycję od góry do dołu. – Pan nie widział mojej córki? No jasne, że nie, nie było jak… a tak w ogóle to chyba zapomniałam się przedstawić! Małgorzata Ratine! – podbiegła do ojca Patrycji i go uścisnęła. – Nadal jest pan w szoku? Nic dziwnego! Ja przed chwilą też byłam! Nasze rodziny muszą się koniecznie spotkać, wtedy zobaczymy jak dziewczynki wyglądają obok siebie. To doprawdy niesamowite! Niech tylko mój Pierre je zobaczy! Och, ciekawe co powie… - nabrała powietrza i odwróciła się do Patrycji. – Słyszałam, że jesteś miła i Amelia cię lubi. To dobrze, mam nadzieję, że będziecie najlepszymi przyjaciółkami! Nadal nie mogę uwierzyć, że jesteś prawdziwa! Chodź no tu! – złapała policzek dziewczyny i zaczęła nim trząść. – Jesteś tak samo słodka jak moja Amelcia.

Patrycja po tych pieszczotach odsunęła się od niej jak tylko mogła najdalej. Czuła się mocno zawstydzona tym, że matka jej koleżanki potraktowała ją publicznie jak niemowlaka. Miała ochotę wygarnąć, co myśli o takim traktowaniu, ale nie chciała zrobić przykrości Amelii. Powstrzymywało ją także to, że nie wiedziała, jaka będzie reakcja jej ojca. Patrząc jak wdał się w towarzyską pogawędkę z matką Ami mogła śmiało przypuszczać, że będzie niezadowolony.
- Wytargała cię jakbyś miała dwa lata – szepnęła jej do ucha Zocha. – Wariatka, no kompletna wariatka!
- Miałam ochotę odgryźć jej paluchy – bąknęła Patrycja i roztarła sobie bolący policzek.
- Szkoda, że tego nie zrobiłaś – koleżanka zachichotała. – Patrz, idzie pan Miłosz! Czeeeeeeeeeść sooooorzeeee! – wydarła się na cały korytarz.

To wcale nie speszyło wychowawcy, zasalutował uczennicom i otworzył drzwi do klasy. Gestem zaprosił rodziców do środka. Poczekał aż wejdą wszyscy i zamknął powoli drzwi, przy okazji puszczając Zośce „oczko”.
- Uwielbiam tego człenia, zajebisty jest! – zachwyciła się czarnulka.
- No! – odrzekła Patrycja i usiadła na najbliżej stojącej ławce. – Mam nadzieję, że dostanę małą zjebę od ojca za oceny.
- Hej, to mój tekst! – Zocha udała, że się obraża. – Spoko, nie jest źle! Jakoś się je wyklepie do półrocza…
- Mam dwie tróje z matmy, a jest koniec października.
- Ja mam dwie lufy z magoznastwa za pyskowanie i nie płaczę z tego powodu.
- Bo masz wszystko w tyłku skoro nikt od ciebie nie przyszedł na wywiadówkę!
- Szczegóły! – odparła Zocha, wyjęła różdżkę i zmusiła do tańczenia sznurówki przy swoich trampkach.

***

Miłosz Chmielewski twierdził, że uczniów powinno się głośno chwalić, a ganić po cichu. To było pierwsze zebranie z rodzicami, odkąd został wychowawcą tej klasy i postanowił najpierw pochwalić swoich podopiecznych, a dopiero później rozdać kartki z ocenami. Problemem było to, że minęły niecałe dwa miesiące od początku roku szkolnego i nie miał za bardzo, o czym mówić. Dlatego skupił się na Otrzęsinach Pierwszaków. Starał się opowiedzieć coś dobrego o każdym ze swoich uczniów, ale nie udało mu się ukryć, że niektórzy się nie popisali. Przemilczał występ Telimeny, która spędziła całą potyczkę na próbach wygrzebania się z dołu wypełnionego błotem. Nie wspomniał również o Adamie, który na widok zaczarowanego kurczaka zemdlał ze strachu, ani o Lilianie, która uczepiła się żywopłotu i krzyczała, że umrze. Skupił się na brawurowej akcji Zochy, Patrycji, Paula i Amelii:
- … wtedy Patrycja złapała Paula! Taka akcja, jak w filmie! No… takim mugolskim! Chyba państwo pamiętają coś z mugoloznastwa… W tym czasie Zocha walczyła z Marią Dimitrową i Piotrem… jakimś tam, zapomniałem nazwiska! Zaklęcia śmigały, w lewo, w prawo, jak fajerwerki! Tłum wył! Takie widowisko! Proszę państwa, żałujcie, że tam nie byliście! Wydawało się, że klasa „d” wygra, ale wtedy…
- Yhm, yhm – przerwała mu matka Telimeny.
- Taaak? – Miłosz powoli zaczął wracać do rzeczywistości.
- Czy mógłby pan w końcu przejść do konkretów, a nie wychwalać pod niebiosa jakąś durną zabawę? – fuknęła ze złością.

Wychowawca zamrugał, próbując sobie przypomnieć gdzie się znajduje i co ma robić. Zupełnie zapomniał o bożym świecie, gdy relacjonował przebieg otrzęsin. Matka Telimeny stała i wpatrywała się w niego natarczywie, z miną świadczącą o tym, że ma lepsze rzeczy do roboty niż słuchanie o jakichś głupotach. Miłosz musiał przyznać, że nie znosi tej durnej baby. Co chwila nachodziła go, aby ponarzekać na wszystko: zacząwszy od Zochy, po jedzenie w stołówce, brak służby w internacie, kolejny raz na Zochę i złych nauczycieli, którzy nie stawiają Telci samych szóstek za to, że oddycha i pojawia się na lekcjach. Miał ochotę złapać ją za kudły i walnąć jej głową o ławkę, a później kopnąć z półobrotu. Niestety, nie złamała prawa, a on już nie był czynnie działającym aurorem. Czasem żałował, że odszedł ze służby, brakowało mu walki.
- A no dobrze… skoro pani chce… – z ociąganiem wziął stos kartek z biurka i zaczął wyczytywać nazwiska uczniów.

***

Grzegorz Michalski nie był zachwycony ocenami córki, ale wiedział, że Patrycja ma jeszcze czas na poprawę. Zawsze miała nierówne wyniki: potrafiła zebrać kiepskie noty, a później je poprawić bez żadnego wysiłku. Przyzwyczaił się do faktu, że matematyka idzie jej kiepsko. Pocieszał się, że z magicznych przedmiotów miała same piątki i czwórki. Siedząca obok niego w ławce Małgorzata Ratine mruczała z zadowolenia patrząc na bardzo dobre oceny Amelii.
- Musi pan załatwić Patrycji korepetycje – poradziła, zerkając na kartkę trzymaną przez mężczyznę.
- Eeee, no może… - stwierdził niepewnie. – Z magicznych przedmiotów jest dobra, resztę nadrobi.
- Edukacja jest bardzo ważna – oświadczyła stanowczo czarownica. – Obowiązkiem dzieci jest uczyć się i przynosić do domu same piątki i szóstki. Odpuściłam Angeli i została tylko nauczycielką – prychnęła z niezadowoleniem.
- A to źle? – zainteresował się ojciec Patrycji. – Chodzi o nauczycielkę mugoloznastwa? Pani jest jej matką? – spytał się z niedowierzaniem.

Matka Amelii nie wyglądała na kobietę w takim wieku, że mogłaby mieć dorosłą córkę. Gdy ją zobaczył myślał, że są w podobnym wieku, ale teraz dopadły go wątpliwości. Możliwe, że to prawda, co było napisane w „Harrym Potterze” i czarodzieje naprawdę starzeli się o wiele wolniej od mugoli.
- Oprócz Angeli i Amelii mam jeszcze szesnastoletniego syna – odpowiedziała z uśmiechem, mile połechtana przypadkowym komplementem. – Nauczycielka… to niezbyt prestiżowy zawód. Myślałam, że będzie artystką, tak samo jak ja z mężem.
- Dzieci mają różne pomysły na życie – odparł pan Grzegorz.
- Tak, ale powinny brać pod uwagę zdanie o wiele bardziej doświadczonej matki.
- Możliwe. Ja Patrycji nie mogę nic powiedzieć, ponieważ nie znam świata czarodziejów…
- Och, to nie problem! – czarownica położyła rękę na ramieniu Grzegorza. – Musicie koniecznie mnie odwiedzić… Porozmawiamy o wszystkim i o niczym… Sobota panu pasuje?

Mężczyzna popatrzył się na Małgorzatę nie wiedząc, co odpowiedzieć. Nieczęsto dostawał zaproszenie od osoby, którą znał od kilkudziesięciu minut. Pomyślał, że właściwie, co mu szkodzi. Może dzięki temu dowie się więcej na temat świata czarodziejów.
- Czemu nie? Pomoże mi pani w zrozumieniu tego wszystkiego – machnął ręką w stronę wypchanego ponuraka w kącie klasy. – Gdzie i o której mam przyjechać?
- Może po południu, czternasta, piętnasta?
- Piętnasta.
- Wspaniale! – ucieszyła się Małgorzata. – Mój adres to Sarny Mniejsze, numer dwa. Niestety, świstokliki do nas nie docierają, więc musi pan przybyć z Patrycją siecią kominkową…
- Ach tak, tak! – Grzegorz zdenerwował się, ale starał się mimo to uśmiechać. – Kupimy proszek Fiuu  i pojawiamy się u pani!

Jeszcze nie podróżował w ten sposób i nie był pewny czy chce. Pamiętał, co się stało z Harrym, gdy ten źle wypowiedział, gdzie ma lecieć. Może Patrycja będzie bardziej obeznana w tych sprawach. Powie mu, co ma robić i nie zrobi z siebie głupka przed czarodziejską rodziną. Miał szansę dowiedzieć się czegoś więcej na temat świata, do którego wkroczyła jego córka. Chciał także zobaczyć Amelię, aby stwierdzić, czy jej matka nie przesadza z opisem podobieństwa. Jeśli dziewczynki naprawdę wyglądały identycznie należałoby zbadać sprawę. Może są spokrewnieni? Był pewny, że ze swojej strony nie miał nikogo magicznego. Może Anna miała w rodzinie czarodzieja lub czarownicę? Może Małgorzata Ratine wspomni o kimś, o kim słyszał?

Z rozmyślań wyrwał go głos wychowawcy, który kłócił się z matką Telimeny na temat tego, że nie usunie z terenu szkoły magicznych stworzeń, które powodują objawy alergiczne u jej córki.

***

Chwilę przed piętnastą Patrycja stała z ojcem przed kominkiem w Wydziale Komunikacji Magicznej w Lublinie. Kupili odpowiednią ilość proszku Fiuu w kasie, aby polecieć do Saren Mniejszych i wrócić. Pracownica WKM odmierzyła odpowiednią ilość i zapakowała go w cztery woreczki. Patrycja widziała nie raz jak Ami wrzuca pakunek do kominka, wchodzi w płomienie i mówi adres swojego domu. Wydawało się to dziecinnie proste.
- Kto pierwszy? Ja czy ty? – spytała się niepewnie.
Nie wiedziała czy ojciec sobie poradzi z podróżowaniem za pomocą kominka. Co będzie, jeśli zachowa się jak Harry i wyląduje gdzieś daleko?
- Ty pierwsza.
- Jesteś pewny tato? A co jeśli…
- … pomylę się jak Harry? – ojciec wszedł jej w słowo. – Jeśli nie przylecę zaraz po tobie będziesz mogła zarządzić akcję poszukiwawczą. Mam nadzieję, że nie trafię do Afryki.
- Aha – odrzekła dziewczynka wyobrażając sobie tatę w otoczeniu czarnoskórych czarodziejów.

Wzięła paczuszkę z proszkiem i wrzuciła ją do kominka. Od razu buchnęły szmaragdowe płomienie. Patrycja z łomoczącym sercem weszła w nie, bojąc się, że się poparzy. Okazało się, że wcale nie są gorące.
- Sarny Mniejsze numer dwa! – krzyknęła i poczuła jak leci w dół.
Uczucie, jakie towarzyszyło podróżowaniu za pomocą proszku Fiuu, Patrycja porównałaby do zjeżdżania rurą w aquaparku. Tyle, że było bardzo ciepło i woda nie chlapała w oczy. Nagle dziewczynka poczuła jakby coś ją wypchnęło z rury, przeturlała się po czymś miękkim i zatrzymała przy stopach Amelii.
- Jak na pierwszy raz to nieźle ci poszło – oznajmiła koleżanka szczerząc do niej zęby.

Patrycja nie zdążyła wstać z dywanu, gdy wpadł na nią koziołkujący ojciec.
- Tato! Wstawaj! – jęknęła czerwieniąc się gwałtownie.
Tylko tego brakowało, aby przy pierwszej wizycie u rodziny Amelii zrobili z siebie widowisko!
- Chyba wolę świstokliki – mruknął jej ojciec i wstał otrzepując popiół z kurtki.
- Niech pan to zostawi – usłyszeli głos Małgorzaty Ratine. – Skrzaty domowe zaraz was wyczyszczą!

Patrycja nie zdążyła przyjrzeć się tym stworzeniom, ponieważ z kominka wypadła Zocha i podcięła jej nogi.
- Jeeesteeem! – oznajmiła wesoło czarnulka spod koleżanki. – To nie było takie trudne! Myślałam, że będzie gorzej! Na przykład wypadnę gdzieś w Abu Dabi albo w Chinach…
Amelia ze swoją mamą zrobiły wielkie oczy. Patrycja przypomniała sobie, że Zocha nie otrzymała zaproszenia. Gdy wywiadówka się skończyła, ojciec powiedział jej, gdzie się wybierają w weekend. Obydwie z Zochą bardzo chciały wybrać się tam razem, ale pan Grzegorz stwierdził, że muszą się spytać o to mamy Amelii. Ta jednak zaraz po wywiadówce poszła do domu. Dlatego w czwartek spytały się o to Ami, ta obiecała, że da im znać w piątek. Słowa dotrzymała i Zocha dowiedziała się, że mama jest przeciwna: usłyszała od matki Telimeny to i owo na jej temat. Patrycja myślała, że koleżanka przyjęła do wiadomości odmowę, ale teraz się przekonała, że to były tylko pozory. Zanim ktokolwiek zdążył skomentować pojawienie się Zochy, z kominka zgrabnie wyskoczyła Angela.
- A ty tu po co? – mruknęła jej matka z wyraźnym niezadowoleniem. – Myślałam, że będziesz zajęta!
- Zmieniłam plany! Cieszysz się, prawda? – oznajmiła wesoło blondynka. – Witam wszystkich!
- O! Jak fajnie, że sorka jest! – zawołała Zocha. – Teraz nie tylko ja wbiłam się na krzywy ryj!

Mimo wyraźnego niezadowolenia Małgorzata rozkazała skrzatom wyjąć dwa dodatkowe talerze i podać podwieczorek. Do zebranych w holu dołączył ojciec Amelii, który przywitał się ze wszystkimi. Patrycja pomyślała, że mówi po polsku jak kucharz, którego programy ogląda z zapałem pani Jadwiga. Małgorzata zaprosiła wszystkich do jadalni, która okazała się dużym pomieszczeniem, w którym stał ciężki, drewniany stół, dość długi i szeroki, aby ugościć minimum dwadzieścia osób. Pozostałe meble, żyrandol i obrazy wyglądały na bardzo stare. Namalowane postacie szeptały między sobą i wyciągały szyje, aby zobaczyć gości. Patrycja usłyszała, że nie mogą uwierzyć w jej podobieństwo do Amelii.

Ten temat szybko został podjęty przez zgromadzonych. Podczas dyskusji do jadalni przyszła Augustyna, która zareagowała identycznie jak swoja córka przed wywiadówką. Skrzaty rozpierzchły się na wszystkie strony, aby być pierwszym, który poda staruszce eliksir przeciw omdleniom.
- Już mi lepiej… naprawdę… - wydyszała babcia Amelii. – Boże, jakim cudem? To musi być przypadek! Nie ma innej możliwości!
- Jesteś pewna, że nie jesteśmy spokrewnieni? – dopytywała się Małgorzata. – Pochodzisz z mugolskiej rodziny…
- Mówiłam, że wszyscy zginęli podczas wojny! – fuknęła Augustyna.
- Ale może jednak twoi wujkowie mieli jakieś kobiety…
- Nie mieli! – upierała się staruszka.
- Z mojej strony na pewno nie było żadnego czarodzieja – odezwał się ojciec Patrycji. – Nie mam pewności, co do rodziny mojej żony. Pochodziła z sierocińca, miała jakąś ciotkę w Gdańsku, ale nie utrzymywała z nią kontaktów.
- Pochodzę ze wsi spod Warszawy, gdzie mi tam do Gdańska! – zauważyła Augustyna. – Może to od strony mego świętej pamięci męża… nie, na pewno nie, on był czarodziejem czystej krwi…

Zapadła cisza. W ten sposób każdy mógł sobie gdybać od rana do nocy, ale nie wyjaśniało to, dlaczego dziewczynki były identyczne. Patrycja postanowiła coś zaproponować:
- Może zrobimy testy genetyczne? To najszybszy sposób.
- Pardon? – wyrwało się Pierre’owi.
- My, mugole, mamy technikę pozwalającą stwierdzić czy ktoś jest ze sobą spokrewniony, czy nie – wyjaśnił ojciec Patrycji.
- Głupoty! – stwierdziła Augustyna. - To zwykły przypadek, a wy się doszukujecie nie wiadomo czego! Jakieś testy chcą robić! Też mi coś! – prychnęła. – Sensację znaleźli! Pewnie kosztuje to majątek. Nie ma sensu bawić się w szukaniu rzeczy, których nie ma. Małgorzato! – zwróciła się do córki. – Miej choć trochę oleju w głowie i nie zgadzaj się na jakieś mugolskie sztuczki! Jeszcze to Amelii zaszkodzi, kto wie czy jej to nie napromieniuje czy co. Sama miałaś w klasie dwie podobne do siebie dziewczyny!
- Owszem miałam, ale one były tylko podobne, a nie identyczne – mruknęła Małgorzata.
- Zapewniam panią, że to badanie nie robi krzywdy – powiedział ojciec Patrycji.
- Nie zgadzam się! – krzyknęła staruszka i osunęła się na krześle. – Oj, jak mi słabo!

Rozpoczęła się ponowna akcja mająca na celu ratowanie Augustyny. Jej córka stwierdziła, że lepiej będzie, jeśli zakończą omawiać dotychczasowy temat. Wobec tego zaczęto rozmawiać o pogodzie, różnicach między światami oraz sytuacji materialnej. Patrycja z Amelią zaczęły się szybko nudzić, zaś Zocha bez krępacji wpatrywała się z zachwytem w Konrada, który w międzyczasie wrócił do domu. Chłopak udawał, że tego nie widzi i od niechcenia skubał swoją porcję tarty cytrynowej. Patrycja poczuła, że jest zazdrosna. Nie mogła pozwolić sobie na obnoszenie się ze swoimi uczuciami skoro nie wiedziała czy są spokrewnieni, czy nie. Już miała ochotę kopnąć Zochę pod stołem, aby dać jej do zrozumienia, by się opanowała, gdy zobaczyła, że Angelique daje siostrze dyskretny sygnał.
- Możemy iść na górę? – spytała się głośno Amelia. – Chcę pokazać koleżankom mój pokój.
- Idźcie sobie, co się tutaj będziecie nudzić – odpowiedziała Angela.
- Mogłabyś poczekać, aż ja się wypowiem – warknęła Małgorzata i zwróciła się do młodszej córki. – Jasne, że możecie.

Trójka dziewczynek poszła do holu, gdzie krętymi schodami dotarły na pierwsze piętro budynku. Gdy weszły do pokoju Amelii, Patrycja pomyślała, że wygląda tak jak powinien wyglądać pokój nastoletniej czarownicy. Meble były stare i bogato rzeźbione, dominowało kolory złota i granatu. Motyw rozgwieżdżonego nieba był widoczny w pościeli na łóżku, zasłonach i grubym dywanie. Na pufie stojącej pod oknem drzemał kot, pod żyrandolem wisiały zawieszone modele planet. Patrycja z Zochą zaczęły przyglądać się kolekcji komiksów, gdy zajrzała do nich Angela. Szybko weszła do pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Następnie wyciągnęła różdżkę i rzuciła „muffliato”.
- Dobra dziewczyny! – oznajmiła i ściszyła głos. – To co teraz powiem nie ma prawa wyjść poza ten pokój.

Nastolatki szybko kiwnęły głowami na znak, że się zgadzają. Angelique rozejrzała się niespokojnie na boki i zaczęła kontynuować:
- Babcia Gusia coś ukrywa, dawno nie widziałam jej tak zdenerwowanej. To jasne jak słońce, że sprawiło to wasze podobieństwo. Może to upór starszej osoby, ale jakoś nie wierzę, że boi się testów genetycznych. A to „oj, jak mi słabo” wyglądało na udawane. Dlatego zamierzam opłacić testy DNA. Może rzeczywiście nie jesteśmy spokrewnione i wasze podobieństwo to przypadek jeden na milion, ale uważam, że warto zobaczyć jak się sprawy mają. Amelio – zwróciła się do siostry – nie mów o tym nikomu, mama nie zrobi nic wbrew woli babci, a z tatą bywa różnie. Konrad zaś pierwsze co zrobi to pójdzie naskarżyć… Dlatego buzia na kłódkę!
- A co z moim tatą? – spytała się Patrycja.
- Hmmm, nie wiem jak zareaguje… - Angela skrzywiła się. – Może powiemy mu jak już będzie po wszystkim.
- Dobra, nie powiem mu.
- A więc do zobaczenia w poniedziałek po lekcjach – stwierdziła Angela z szelmowskim uśmiechem i wyszła z pokoju.

poniedziałek, 9 maja 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 24 – Przeciek


Była szósta rano, gdy Harry pożegnał Neville’a i Hannę, którzy zniknęli w kominku otoczeni zielonym płomieniem. Kilka minut wcześniej Dean i Seamus teleportowali się do domu, zaraz po bliźniaczkach Patil. Impreza urodzinowa Harry’ego dobiegła końca. Około piątej nad ranem towarzystwo zaczęło wracać do domu. W salonie na kanapie chrapał George, który tulił się do Angeliny. Ron, Stworek, Hermiona i Ginny nie spali: sprzątali bałagan, który powstał po wielogodzinnej zabawie Gwardii Dumbledore’a. Chłopak i skrzat domowy lewitowali wszystkie naczynia do kuchni, a dziewczyny przy pomocy magii opróżniały je i myły.
- Co z szarlotką? – spytała się Hermiona unosząc w górę półmisek z ciastem.
- Nie zjem jej nawet gdybym chciał – odpowiedział szczerze Harry i ziewnął.
- Zabierzmy ja do domu. Twoi rodzice będą mieli, co zjeść na deser – zadecydował Ron.
- Dobry pomysł! – ucieszyła się Hermiona i zrobiła zgrabny pakunek przy pomocy wyczarowanej przed chwilą folii aluminiowej.

Zdenerwowanie wywołane wyjcem od Snape’a zdecydowanie należało do przeszłości i teraz z chęcią pomagała w porządkach. Na początku mocno przejęła się tym, że wszyscy dowiedzieli się o skradzionych wspomnieniach. Ron z Harrym i Ginny musieli długo ją uspokajać. Dopiero po jakimś czasie była w stanie wyjść z kuchni i odpowiedzieć na pytania Gwardii.

Przyjaciele stanęli na wysokości zadania. Wszyscy zaczęli ją pocieszać i mówić, że skoro wspomnienia odzyskano w nienaruszonym stanie to nic się nie stało. Hermiona rozchmurzyła się, gdy została przekonana, że Snape zasłużył sobie na wszystko, co go spotkało. W końcu nawet nie podziękował jej za obronę przed Wizengamotem, a ma do niej obiekcje za jeden, mały błąd. George stwierdził, że Severus już nie jest nauczycielem i może rozkazy wsadzić sobie w cztery litery. Ron podsunął pomysł, aby w zamian wysłać mu dziesięć wyjców z przyjacielską radą, aby się zamknął w celi i nie wychylał z niej swojego długiego nochala.

Hermiona najpierw poinformowała Rona o wszystkim, co wydarzyło się w gabinecie Gawaina Robardsa, a później rozmawiała o tym przed imprezą z Harrym i Ginny. Wszyscy zastanawiali się kto ukradł wspomnienia. Padło wiele teorii, ale żadna nie była dość przekonywująca. Tak samo zagadkowe było to, że Snape dowiedział się o wszystkim. Gawain Robards zdecydował z Kingsleyem, że dochodzenie ma być tajne. Im dłużej nad tym myśleli, tym bardziej wszystko było poplątane. Harry oznajmił, że wątpi, aby poinformowanie Severusa o toczącym się śledztwie było na rękę aurorom. Może jednak jego szef zdecydował się na ten krok?
- Zmywanie skończone! – oznajmiła Ginny i posłała wytarty talerz do szafki.
- Super, można iść spać – ucieszył się Harry.
- Oj tak, przyda się trochę snu – przyznał Ron i objął Hermionę. – Musimy wracać do ciebie? Prześpijmy się tutaj.
- No dobrze – zgodziła się Hermiona. – Myślę, że moi rodzice dadzą sobie radę, jeśli wrócimy po południu.
Cała czwórka, w dobrych humorach, udała się na górę do sypialni.

***

Poniedziałek okazał się pięknym, letnim dniem. Jak to bywa na początku sierpnia, mimo wczesnej godziny słońce mocno grzało. Hermiona dziarskim krokiem przemierzała ulice, aby wejść do budki telefonicznej i dostać się do Ministerstwa Magii. Wprawdzie mogła teleportować się, ale nadal trzymała się zasady, że skoro mieszka wśród mugoli to powinna używać mugolskich środków transportu.

Podczas podróży myślała nad wyjcem od Severusa. W niedzielę dostała kolejnego, w którym wyraźnie zapowiedział, że będzie ją męczył w ten sposób, aż nie przyniesie mu wspomnień. Hermiona postanowiła, że nie odpowie mu listownie, ponieważ Snape nie zrozumie, dlaczego nie może ich otrzymać. Puszka z fiolką były aktualnie badane przez aurorów i nie było sensu im przerywać. Poza tym nie miała ochoty patrzeć na gębę Severusa i słuchać obelg pod swoim adresem, ale wiedziała, że musi do niego pójść i wszystko wyjaśnić. Owszem, zawaliła sprawę, ale to nie znaczy, że musiał przysyłać jej jednego wyjca, którego usłyszało ponad dwadzieścia osób i drugiego, który obudził Suzanne! Przecież tak naprawdę nic się nie stało, skąd miała wiedzieć, że ponad pół roku po ostatniej rozprawie ktoś połasi się na wspomnienia? Severus nie podziękował jej za obronę przed Wizengamotem i myśli, że będzie się starała. Nie jest psem na posyłki, którego można kopać. Za wysłane książki również podziękował. Wprawdzie nic mu nie napisała, ale wiedziała, że jest na tyle bystry, że bez problemu zauważył jej podpisy.

Ministerstwo Magii powoli budziło się do życia. Okazały hol był prawie pusty, co nie dziwiło Hermiony. Specjalnie wybrała się do Gawaina Robardsa przed siódmą rano, aby uniknąć tłumów. Minęła kilku czarodziejów, którzy kończyli nocną zmianę i skierowała swoje kroki ku windom. Harry mówił, że jego szef pojawia się w poniedziałki w biurze o szóstej, więc miała nadzieję, że uda jej się z nim zobaczyć. Trasę znała na pamięć, tyle razy tędy szła, aby spotkać się z Severusem. Wzdrygnęła się na myśl, że znowu będzie musiała przebywać w Azkabanie. Chociaż wolała to niż widzenie się ze Snapem. Na myśl o nim wzdrygnęła się drugi raz.
- Przynajmniej weźmiesz swoje książki – mruknęła sama do siebie, aby podnieść się na duchu.
Gdy weszła do Siedziby Aurorów powitało ją kilka zaciekawionych par oczu. Hermiona była w tym miejscu wiele razy, ale ostatni raz tak na nią patrzono, gdy przyszła, aby zobaczyć się z Severusem pierwszy raz. To było rok temu – pomyślała czarownica. Wtedy też był sierpień, a ona stała pod drzwiami i czekała na Harry’ego…

Tym razem nie musiała czekać, zapukała i gdy usłyszała komendę „wejść”, pchnęła zdecydowanie drzwi. Gawain Robards nie patrzył się na nią badawczo jak przy pierwszym spotkaniu, tym razem był lekko zdziwiony.
- Panno Granger, stało się coś? – spytał zanim zdążyła usiąść.
- Tak – przytaknęła. – Chcę wiedzieć, na jakim etapie jest śledztwo, ponieważ Severus Snape przysłał mi już dwa wyjce i zażądał oddania mu wspomnień.
- Żartujesz sobie ze mnie!

Tą informacją zbiła go zupełnie z tropu, wpatrywał się w nią badawczo i myślał intensywnie. Hermiona nie odrywała wzroku od szefa aurorów, ponieważ dokonała pewnego odkrycia. W piątek wieczorem oglądała z Ronem i rodzicami film w telewizji pod tytułem „Rycerz Króla Artura”. Wiedziała, że aktor grający Lancelota bardzo jej kogoś przypominał, ale nie była w stanie przypomnieć sobie kogo. Nie myślała o tym więcej, ale teraz zrozumiała, że ta osoba siedzi po drugiej stronie biurka i nazywa się Gawain Robards. Gdyby nie to, że szef aurorów był blondynem o prostych włosach i miał niebieskie oczy, to Hermiona pomyślałaby, że Richard Gere to tylko przykrywka wśród mugoli.
- Jak on mógł się dowiedzieć? – spytał się głośno Gawain, wyrywając tym samym dziewczynę z zamyślenia.
- Nie wykrzyczał mi tego – błyskawicznie odpowiedziała.
- Chcesz abym złożył mu wizytę? Dopilnuję, aby się zamknął.
- Chyba będzie lepiej, jeśli sama do niego pójdę – zadeklarowała Hermiona.
- Nie musisz się nad nim rozczulać – stwierdził Robards. – Sukinsyn miał cholerne szczęście, że na ciebie trafił i nie potrafi się zachować. Mogę mu powiedzieć kilka słów na obślizgłe uszko…

Hermiona zachichotała, gdy wyobraziła sobie jak Severus zareagowałby na taką sytuację. Popatrzyła się na szefa Harry’ego i zauważyła, że uśmiechnął się do niej. Mało nie spadła z krzesła z powodu wrażenia. Uśmiechający się Gawain Robards! Zawsze uważała go za człowieka, który podnosi kąciki ust równie często jak Snape. W czasie rozpraw w Wizengamocie przez większą część czasu twarz miał wykrzywioną przez nienawiść do śmierciożerców. W gabinecie jedyne, na co sobie pozwalał to chłodny profesjonalizm. Gdy pojawił się na jej przyjęciu urodzinowym u profesora Slughorna traktował ją z lekceważeniem. Teraz zaś patrzył się na nią zupełnie inaczej. Ze zdumieniem stwierdziła, że jest równie przystojny jak Richard Gere. Spłonęła rumieńcem.
- Nieee… - oznajmiła. – Ja sama… poradzę sobie… dam radę… i w ogóle – język się jej plątał.

Gawain zerknął na nią niespokojnie, a Hermiona mogła przysiąc, że to z powodu jej reakcji. Wziął standardowy formularz podania o wizytę u więźnia i podał jej.
- Skoro twierdzisz, że wolisz sama… - westchnął. – Wspomnienia dostanie jak skończymy je badać. W piątek, po twoim wyjściu, zwołałem zespół, ale nadal niczego nie ustaliliśmy. Chciałem dzisiaj wysłać kilku ludzi, aby zbadali twój ogród. Zgadzasz się panno Granger?
Hermiona kiwnęła głową i pochyliła się jak najbardziej nad formularzem. Chciała, aby rumieńce zniknęły z jej twarzy zanim popatrzy się na Gawaina. Wypełniała rubryki najwolniej i najstaranniej jak tylko mogła, ale i tak strzeliła kleksa przy nazwisku Severusa. Mimo jej starań, pismo było szybko gotowe, podała je szefowi Harry’emu i patrzyła jak ten wyciąga piłeczkę i zamienia ją w świstoklik.
- Zasady te same, co zawsze – powiedział.
- Yhm – mruknęła i włożyła formularz do torebki.
- Panno Granger…
- Tak? – uniosła głowę.
- Ładna sukienka – wyszczerzył do niej zęby.
Hermiona nie zdążyła nic odpowiedzieć, ponieważ poczuła szarpnięcie i świstoklik zaniósł ją wprost do Azkabanu.

Idąc ponurymi korytarzami twierdzy, Hermiona starała się uspokoić. Nawet aurorzy widzieli, że jest z nią coś nie tak skoro przyleciała mając twarz czerwoną niczym dorodny pomidor. Wdech, wydech – instruowała się – on tylko powiedział miły komplement, to ty masz jakieś dziwne myśli. Masz chłopaka, opanuj się! Uśmiechnęła się jednak na myśl, że spodobała się Gawainowi jej nowa sukienka. Mama Hermiony oświadczyła któregoś dnia córce, że muszą koniecznie pójść na zakupy. Czarownica nie znosiła chodzenia po sklepach z ubraniami, ale nie chciała sprawić przykrości rodzicielce, która nie miała za często czasu na wypady z powodu Suzanne. W ten sposób stała się posiadaczką seledynowej sukienki, która sięgała do połowy łydki i odsłaniała ramiona. Razem z beżowym sweterkiem stanowiła miłą dla oka parę.

Auror otworzył drzwi do celi i zaprosił Hermionę gestem do środka. Ta weszła niepewnie, mając świadomość, że nadal ma rumieńce na twarzy. Severus zjadł śniadanie, co można było wywnioskować po pustych talerzach leżących na stole, które błyskawicznie zostały zabrane przez aurora.
- Przyszłaś – stwierdził z zadowoleniem. – Dawaj wspomnienia!
- Wypadałoby się najpierw przywitać – oznajmiła Hermiona i założyła ręce na klatce piersiowej.
- Nie pouczaj mnie dziewczyno! Chcę moje wspomnienia! – warknął Snape.
- Może jakbym usłyszała "dzień dobry", „proszę” i „dziękuję, że mnie broniłaś przed Wizengamotem” to wtedy byłabym bardziej skłonna do współpracy! – w Hermionę wstąpił duch walki.

Severus wyglądał jakby zjadł na śniadanie pół kilo cytryn, a nie jajecznicę z kiełbaskami. Jego twarz wykrzywiła się ze złości.
- Miałaś przechować wspomnienia i nawaliłaś! – prychnął. – Daj mi je i idź sobie!
- Skąd pan wiedział, że nawaliłam? – spytała się czarownica.
Snape najpierw zamrugał oczami jakby nie zrozumiał pytania, po czym popatrzył się wymownie w sufit.
- Co cię to obchodzi? – spytał się tonem, jakby rozmawiał z niedorozwiniętą istotą.
- A to, że pan mi o tym powie, a ja oddam panu wspomnienia…
- Nienawidzę jak się mnie szantażuje – wycedził Severus przez zęby.

Nastąpiła cisza, żadne nie chciało ustąpić. Hermiona stała nad swoim dawnym nauczycielem eliksirów, który siedział na materacu i patrzyła się na niego jakby był niesfornym dzieckiem. On za to lustrował jej sukienkę ze zmarszczonymi brwiami. Hermiona doszła do wniosku, że coś musi być w tym kawałku materiału, skoro dwaj dojrzali mężczyźni reagują tak, a nie inaczej. Jednak Severusa Snape’a nie podejrzewała o żaden przychylny komentarz.
- Czekam… - powiedziała cicho, ale ton jej głosu wskazywał, że to ostrzeżenie.

***

Severus był wkurzony: Granger przyszła do niego z samego rana i robiła problemy zamiast dać mu wspomnienia. Na dodatek była w dopasowanej sukience, która zaczęła działać mu na wyobraźnię. Zdumiało go to: nie była ponętna czy coś, nadal była to ta sama, prawie płaska Granger ze splątanymi włosami, którą miał głęboko w poważaniu. Gdyby nie półmrok panujący w celi przysiągłby, że jest jakoś dziwnie rozpromieniona i jej oczy błyszczą niż bardziej. Zaszła w niej jakaś zmiana, nie wiedział jednak jaka, dla niego niewiele zmieniła się od czasu, gdy ukończyła Hogwart. Tylko tego mu brakowało: mieć ochotę rzucić się na każdą osobę płci pięknej. Miał wystarczające problemy przebywając w jednym pomieszczeniu z Sarą. Sukienki, wszędzie te cholerne, mugolskie sukienki! Co te baby sobie wyobrażają? Nie mogą ubrać się w coś ze świata czarodziejów? Sukienki, które miała McGonagall odepchnęłyby każdego, czemu Sara i Granger nie mogą takich nosić?
- Czekam… - usłyszał cichy głos.
- Cholera, Granger, nie denerwuj mnie! – warknął.

Nie miał ochoty bawić się w kotka i myszkę. Chciał tylko odzyskać swoje wspomnienia i wrócić do czytania gazety. Spojrzał na nią i zrozumiał, że w ten sposób nie uda mu się wygrać. Był na straconej pozycji: samotny więzień w celi, bez różdżki.
- Podsłuchałem rozmowę aurorów, gdy byłem na spacerniaku – wyrzucił z siebie z całą nienawiścią do świata, jaką mógł z siebie wykrzesać. – Gadali o tym jak przekupki na mugolskim targu. Cud, że cokolwiek są wstanie rozwikłać, skoro trąbią o takich rzeczach na prawo i lewo.
- Dziękuję – Hermiona uśmiechnęła się do niego. – Wspomnienia są na razie badane i gdy nie będą już potrzebne dostanie je pan z powrotem – dodała.
- Myślałem, że masz je przy sobie! – krzyknął Severus wstając.
- Mówiłam, że je pan dostanie, nie mówiłam kiedy – oznajmiła złośliwie.
- ile to potrwa? – spytał się stając przed nią i patrząc się na nią z góry.
- Nie wiem, tyle ile trzeba… – hardo patrzyła mu się w oczy nie pokazując po sobie nawet śladu irytacji albo złości.

Severus pomyślał, że zaraz wybuchnie. Nie podobało mu się, że jego była uczennica nic sobie z niego nie robi. W Hogwarcie był szanowany, na jego lekcjach zawsze panowała cisza. Gdy tylko mógł wlepiał szlabany i odejmował punkty, a gdy ktoś miał jakieś obiekcje to szybko tego żałował. A teraz stał przed młodą dziewczyną i nie mógł nic zrobić, w żaden sposób na nią wpłynąć. Nie podobało mu się to, szczerze mówiąc bardzo mu się to nie podobało.
- … dlatego niech pan mi nie przysyła wyjców – kontynuowała Hermiona. – Tak się złożyło, że pierwszy otrzymałam akurat w trakcie przyjęcia, na którym było ponad dwudziestu gości… - zrobiła znaczącą pauzę. – Nie jestem w stanie niczego przyśpieszyć. Obiecuję, że oddam wspomnienia, ale proszę być cierpliwym (w tym momencie Severus prychnął na znak, że ma mnóstwo czasu) i jeśli trzeba przesyłać mi zwykłe listy…
- Nie chcę, aby ktoś oglądał moje wspomnienia z powodu twojej tępoty i niedociągnięć!
Hermiona popatrzyła się na niego jak na zdechłego gumochłona. Jej głos drżał z tłumionych emocji, gdy zaczęła mówić:
- Wie pan równie dobrze jak ja, że rzuciłam na nie takie zaklęcia, że niewiele osób byłoby w stanie je złamać. To po pierwsze… Po drugie: nikt nie zobaczy wspomnień, badane są tylko ewentualne ślady złodzieja! Rita także ich nie widziała, bo albo nie była w stanie ich złamać, albo miała jakieś… szlachetne pobudki.

Severus zamyślił się. Sam nie wiedział, czemu był przekonany, że wspomnienia zostały obejrzane przez Ritę. Nie mógł sobie przypomnieć czy coś takiego wynikało z rozmowy aurorów. Może źle coś zrozumiał. Popatrzył się na Granger i odwrócił wzrok. Miał ochotę nadal się z nią kłócić, ale dziewczyna miała rację: widział w jej umyśle, jakich klątw i zaklęć użyła. Sam z niektórymi miałby problem, a co dopiero jakaś dziennikarka… Ktoś, kto ukradł puszkę musiał być potężnym czarodziejem. Na dodatek Granger stwierdziła, że nikt nie dobrał się do zawartości fiolki. Nie musiał zaglądać do jej umysłu, aby wiedzieć, że mówi prawdę. W takich chwilach brała wszystko na siebie, tak między innymi, objawiała się jej denerwująca gryfońskość.

Sekundy mijały, a on nie wiedział, co powiedzieć. Słowa „dziękuję” i „przepraszam” nie były w stanie przejść mu przez gardło. Sara wspominała, że to przyjdzie z czasem. Kiedyś będzie mógł swobodnie wyrzucić z siebie to, co czuje, ale ta chwila jeszcze nie nadeszła… Spojrzał w kąt celi i znalazł pretekst do dalszego wytrząsania się nad Hermioną.
- Dobra! – warknął. - Nie będę przysyłał ci wyjców! Ale książki mogłabyś dawać lepsze, a nie te gnioty!
- Gnioty! – dziewczyna oburzyła się i w duchu Severus przyznał jej rację. – To są perły literatury światowej!
- To jest mugolskie! – czarodziej nakręcał się bardziej, wiedząc, że ma pretekst, aby sobie pokrzyczeć.
- A niby co pan by chciał nie-mugolskiego? – warknęła.
- Coś… co mi się przyda – oznajmił i uniósł wysoko podbródek starając się na nią nie patrzeć.

Hermiona patrzyła się na niego ze złością. Jej oczy zamieniły się w wąskie szparki. Wyglądała jakby chciała mu wygarnąć wszystko, co o nim myśli, ale ostatecznie nie zrobiła tego. Severus miał nadzieję, że uda się ją doprowadzić do furii. W jakiś pokręcony sposób bawiło go to.
- Po dzisiejszym dniu, niech pan się ucieszy, jeśli cokolwiek ode mnie dostanie – oświadczyła lodowatym tonem i odwróciła się do niego tyłem.

Stała tak, aż do czasu, gdy przyszedł auror i wyszła z celi bez słowa. Severus powoli opadł na materac. Czuł się nieswojo, chyba dlatego, że nie powiedziała „do widzenia” jak zwykle.
- Na kły bazyliszka, naprawdę wariuję – mruknął pod nosem.
Sięgając po Proroka Codziennego zauważył, że Hermiona zapomniała wziąć ze sobą książki. Westchnął i wziął się za czytanie gazety.

***

Hermiona wylądowała w gabinecie Gawaina, który na nią czekał. Od razu przeszedł do sedna sprawy:
- Skąd wiedział? – spytał się.
- Podsłuchał rozmowę aurorów podczas spaceru – odpowiedziała i oddała mu piłeczkę.
Szef aurorów nic nie odpowiedział, podszedł do szafy, odłożył byłego świstoklika i wyciągnął jakieś dokumenty.
- Kiedy dostałaś pierwszego wyjca? – spytał się.
- W sobotę wieczorem.
- Czyli musiał podsłuchać to przed południem… - Gawain przeglądał pergaminy. – Acha! Anderson i Goodman! Oni mieli wtedy dyżur… Snape napisał list po południu, Doris go zatwierdziła i wysłała… ona jest tak samo tępa jak reszta towarzystwa – westchnął znacząco.
Odłożył wszystkie dokumenty na biurko i podszedł do drzwi, wychylił przez nie głowę i krzyknął:
- Anderson, Goodman, do mnie!

Po chwili w gabinecie zjawili się wzywani aurorzy. Hermiona od razu rozpoznała, który jest który. Harry opowiadał, że Anderson był łysiejącym szatynem lubiącym ubierać się w starodawne ubrania. Teraz stał przed szefem w kryzie, haftowanym kaftanie i luźnych spodniach kończących się nad kolanem. Goodman za to był młodym aurorem, miał najwyżej dwadzieścia pięć lat i był tak rudy, że mógłby należeć do rodziny Weasleyów. Obydwaj starali się zachować spokój, ale widać było, że się denerwują.
- Patałachy jedne! – zagrzmiał Robards. – Powiecie mi, czemu mielicie ozorem na temat wspomnień Severusa w Azkabanie!? Zwłaszcza przy nim!?
- My wcale nie gadaliśmy przy nim… - zaczął niepewnie Anderson.
- Snape twierdzi inaczej!
- Gadaliśmy o tym – przyznał Goodman. – Każdy gadał, bo wszyscy się zastanawiali, kto jest złodziejem… ale jestem pewny, że nie mówiliśmy o tym przy więźniach – bronił się.
- Gdy więźniowie byli na dziedzińcu nie gadaliśmy za bardzo – dodał Anderson i szarpiąc nerwowo kryzę. – Na pewno powiedziałem, że ładna dziś pogoda…
- … a ja powiedziałem, że tak, a później spytałem się, co słychać u jego wnuczki… - wtrącił Goodman.
- … odpowiedziałem, że wszystko w porządku, zaczęła chodzić. Potem spytałem się jak idą przygotowania do ślubu Irvina, a on…
- Dość! Dość! – jęknął Gawain łapiąc się za głowę. – Nie interesuje mnie, o czym gadaliście! Faktem jest, że Severus Snape dowiedział się o wszystkim! A nie miał prawa dowiedzieć się o tajnym śledztwie! – ryknął i walnął pięścią w biurko. - Czemu ja pracuję z takimi tłumokami? To już twoja kolejna wpadka Anderson! – warknął.
- Ja wcale… - zaczął się bronić auror.
- Jeszcze jeden raz nawalisz, a będę musiał potrącić ci z pensji!

Atmosfera się zagęściła. Hermiona pomyślała, że wolałaby nie być świadkiem tej rozmowy. Aurorzy patrzyli się bezradnie na siebie nie wiedząc jak przekonać szefa do swoich racji. Dopiero Anderson przerwał ciszę:
- Tak jest szefie! – zasalutował. – Postaram się więcej nie nawalić!
- Ja to samo! – Goodman naśladował starszego towarzysza.
- Dobrze, że się rozumiemy – stwierdził Gawain. – Możecie wracać na swoje stanowiska.

Aurorzy popędzili w kierunku drzwi jakby bali się, że jeśli nie zrobią tego dostatecznie szybko, to szef ich zawróci i powtórzy połajankę. Hermiona pomyślała, że ona także powinna już iść. Odwróciła głowę w stronę biurka i zobaczyła, że Gawain patrzy się na nią.
- Przykro mi, że byłaś tego świadkiem, panno Granger, ale teraz wiesz, kto jest winny przecieku – powiedział i westchnął. – Muszę być ostry, w tym zawodzie wszystko powinno być jak w zegarku, ale jest ciężko, gdy mam takich ludzi… - uśmiechnął się przepraszająco.

Hermiona nadal nie mogła się powstrzymać od myśli, że jak na mężczyznę, który ma koło pięćdziesiątki, Gawain Robards jest wyjątkowo przystojny, gdy się uśmiecha.
- Och! Ja rozumiem… naprawdę – odpowiedziała szybko, modląc się w duchu, aby nie dostać rumieńców. – Ja… ja już pójdę… nie będę… eee… przeszkadzać – wydusiła z siebie i zaczęła się cofać ku drzwiom. – Dziękuję za wszystko i do widzenia! – krzyknęła i wyszła z gabinetu nie czekając na reakcję Gawaina.

Szła ku windom szybciej niż by chciała. Zachowujesz się gorzej niż nastolatka, która dowiedziała się, co robi się z facetem! – była zła na samą siebie. Gdy dopadła kabiny, wcisnęła guzik i powoli wydmuchiwała powietrze z płuc w miarę jak winda jechała w górę. Nie będę tutaj przychodzić, chyba, że po wspomnienia. Oddam je Severusowi i nigdy więcej się tutaj nie pojawię! – postanowiła. Nie chciała robić z siebie idiotki kolejny raz przed Gawainem Robardsem. Zobaczyła w nim podobieństwo do przystojnego aktora i od razu zaczęła myśleć o głupotach. Zachowała się prawie identycznie jak podczas lekcji z Gilderoyem Lockhartem. Była w nim porządnie zadurzona, tak bardzo, że nie dostrzegała jego wad. Tylko, że wtedy miała dwanaście lat, a teraz zbliżała się wielkimi krokami do dwudziestki. Miała poukładane życie i nie potrzebowała zmian: niedługo dostanie się na staż i zacznie pracować w Ministerstwie Magii, wyjdzie kiedyś za Rona i będą mieli dzieci. To jest dobry plan – stwierdziła i poszła w stronę przystanku autobusowego.

czwartek, 5 maja 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 13 – O tym jak zostałem (prawie) wyruchany i w jaki sposób dokończyłem misję

Elooooo Zioooomy!
Przed wami… Dj Glizda!


He, he, taki żarcik :). Rozumiecie... tej piosenki nie stworzyłem :P

Obiecałem, że wam opowiem, co było jak dotarłem do Meksyku w Meksyku… tak się teraz zastanawiam czy opisywać, co się działo dalej, ponieważ to troszeczkę żenujące… ale obiecałem, to chyba muszę… :(

No dobra, może mnie nie ocenicie źle. Wierzę w was! <3

Byłem w Meksyku w Meksyku i stwierdziłem, że skoro mam główkę to mogę trochę poimprezować zanim wrócę do Voldusia. Szczerze mówiąc to odzwyczaiłem się trochę od gotowania zupek i wyrzucania kupki z nocnika. Pomyślałem: „niech się jeszcze trochę senior pomęczy!”. Tak też zrobiłem, złapałem ciężarówkę i pojechałem na Florydę do Disneylandu. Zawsze o tym marzyłem! Wybawiłem się jak jeszcze nigdy w życiu! Było super, kupiłem sporo pamiątek i wysłałem paczką do Anglii ^^.

Wiecie, musiałem kraść kasę… nie abym był z tego dumny, ale Voldek nie chciał mi niczego przesłać :/ (Sknerus jeden!). Ale wydawałem to wszystko na jedzenie i przetrwanie (w Disneylandzie musiałem wykupić wejściówkę, ponieważ ciężko jechać rollercoasterem, jako szczur – nie mają specjalnych zabezpieczeń dla nas! Skandal!). Trochę odłożyłem i kupiłem bilet na samolot, który miał mnie zabrać do Londynu. Była godzina dwudziesta, a lot miałem z samego rana, więc pomyślałem sobie, że zaszaleję! Ten jeden, jedyny raz…

Zwinąłem jakiemuś gościowi garniak i poszedłem w nim do jakiejś super-duper-ekstra-naładowanej-gwiazdkami restauracji. Chciałem spróbować jak smakuje wykwintne żarcie. Nie było mnie stać, ale pomyślałem, że znowu zrobię numer z pójściem do toalety, gdzie zamienię się w szczura i spierdzielę kanałami. Kelnera walnąłem „confundusem”, więc mnie wpuścił bez problemu. Powiem wam szczerze, że to żarcie za kilka tysięcy dolarów takie sobie było. Zamówiłem stek z krokodyla, którego upolował Chuck Norris, w sosie truflowym, stare śmierdzące sery sporządzone z mleka krów, które są masowane i pojone szampanem, wino pamiętające Napoleona (w smaku wykrzywiające ryj) i do tego lody z dwudziestu odmian czekolady pokryte złotem. Ohyda! Ale za to potem srałem złotem przez jakiś czas! :D

A teraz…. zaczyna się ta gorsza przygoda :(. Mój plan działał, najadłem się, napiłem, wszyscy wokół mnie skakali jakbym jakimś był królem czy co, ogólnie git-majonez-śmietana :). Gdy poczułem, że zbliża się czas ucieczki wstałem i poszedłem do toalety. No plan idealny! Co mogło pójść nie tak? Przy toalecie stała ONA.
- Nazywam się Conchita Lasencja Dupencja – mówi do mnie.
Nogi długie, aż do ziemi, pełne usta jak u glonojada, długie, rude włosy, cycki jak balony Pameli Anderson… Wyglądała mnie więcej tak:


Nawet Volduś by się skusił! Popatrzyła się na mnie tak jakbym był wielkim ciachem przekładanym malinowym kremem i posypanym wiórkami czekoladowymi. Przynajmniej tak mi się zdaje, ponieważ oblizała się jakby miała ochotę na deser. Musiałem coś wymyślić! No musiałem!
- Jestem Stephen Hawking! – oznajmiłem.



To było pierwsze nazwisko, które przyszło mi do głowy. Conchita uniosła pięknie narysowaną brew w górę.
- Ten naukowiec? – spytała.
- Tak – brnąłem w to dalej.
- Nie powinieneś jeździć na wózku?
- Jestem tak genialny, że sam siebie wyleczyłem – oznajmiłem i wypiąłem dumnie pierś. – Wiesz, jak na sławnego medyka przystało.

Zatkało ją z wrażenia! Pomyślałem sobie: „oj, poruchasz dzisiaj Glizduś, poruchasz!”. Byłem w siódmym niebie, ponieważ odgadła moje myśli. Złapała mnie za rękę i powiedziała, że chce iść ze mną do mojego pokoju hotelowego. Zgodziłem się od razu! Problemem było to, że miałem uciec… ale czekała na mnie gorąca laska… musiałem, no musiałem! Kazałem jej iść do wyjścia, a sam rzucałem na wszystkich „confundusa”. Wmówiłem kelnerowi, że jestem Stephen Hawking i zapłacę następnym razem. Zgodził się! Uffff…

Wylądowałem z Conchitą Dupencją w jakimś ekskluzywnym hotelu, gdzie zrobiłem to samo, co w super-duper-ekstra-naładowanej-gwiazdkami restauracji. Nie wiem czy to czyta Stephen Hawking, ale bardzo go przepraszam za nabicie mu rachunku na ponad sto tysięcy dolców. Oddam… na pewno kiedyś oddam…

Teraz będzie gorąco! Conchita zaczęła mnie namiętnie całować i rozbierać. Rzuciła mnie na łóżko! Była taka gorąca, że skończyłem w międzyczasie z dwa razy (ale chyba tego nie zauważyła). W pewnym momencie wyjęła z torebki kajdanki i powiedziała, że jestem niegrzecznym chłopcem, więc mnie przypnie do tego zajebistego, królewskiego łoża. Dla poruchania zgodziłbym się na wszystko i dlatego przytaknąłem. I to był błąd! Bo to zła kobieta była…

Przypięła mnie i… skoczyła od razu do moich ciuchów. Przegrzebała wszystkie kieszenie i wyciągnęła z nich różdżkę, portfel i tsantsę. Nie była zadowolona, gdy nie znalazła kasy i kard kredytowych. Szczerze mówiąc miałem w portfelu tylko dwa guziki od marynarki, zdjęcie nagiego Voldusia w wanience, ćwierć dolara i kawałek sznurka. Zdenerwowała się okropnie, krzyczała bardzo brzydkie rzeczy w moją stronę, ubrała się, zabrała tsantsę i wyszła z pokoju.

Na początku myślałem, że to taka gra wstępna, ale gdy tak leżałem przypięty do łóżka przez trzy godziny stwierdziłem, że jednak mnie okradła :(. Sytuacja zrobiła się groźna: jeśli się nie uwolnię to przepadnie mi samolot i obsługa hotelowa każe mi płacić za ten zajebiście drogi apartament! Na szczęście Conchita zostawiła różdżkę na łóżku i udało mi się ją dosięgnąć palcami stopy. Oswobodziłem się, ubrałem i teleportowałem na lotnisko.

Powiem wam, że ten lot był najdłuższym w moim życiu. Ciągle przed oczyma widziałem zawiedzioną minę Voldusia… Już mu dałem znać, ze wracam do domu i mam główkę. Co miałem robić, no co?

Rozważałem czy nie poszukać jakiejś w Londynie, na przykład gumowej w jakimś sklepie z gadżetami, albo włamać się do pracowni Severusa, bo on to zawsze miał jakieś obrzydlistwa w słoikach. Aż nagle mnie olśniło! Przecież w Błędnym Rycerzu wisiała tsantsa! Wprawdzie dość gadatliwa, ale Voldusiowi to nie będzie przeszkadzać. Powiem wam szczerze, że miałem ochotę pójść do kibla, włożyć głowę do muszli i pierdolnąć się porządnie deklem w ten pusty łeb. Kilka miesięcy spędziłem w podróżach, byłem na pustyni, w dżungli, żarłem robaki, prawie poruchałem, a tsantsa była na wyciągnięcie ręki! Argh!

Dalej możecie domyśleć się, co zrobiłem. Tych dwóch głupków z autobusu łatwo było przekonać, aby zrobili postój na siku. Stanęliśmy w jakimś polu, zawołałem ich na tył pojazdu twierdząc, że złapaliśmy gumę. Walnąłem w nich zaklęciem, wyczyściłem wspomnienia i zwinąłem główkę. Wprawdzie krzyczała, ale wsadziłem jej cukierka do ust to się zamknęła. Panie i panowie, o to ona!


Napisałem wam wszystko, niczego nie zataiłem, mam nadzieję, że nie ocenicie mnie zbyt surowo. Ja naprawdę jestem słodkim i niegroźnym, małym szczurkiem! Mówiłem, że was kocham? <3

Moja stylówka, może kogoś zainteresuje:


Ta na górze była pierwsza, ale Volduś stwierdził, że jest zbyt pedalska i kazał mi ubrać się w to:


Takie ubrania mógłby założyć każdy normalny facet ^^

Czas kończyć pisanie, obowiązki wzywają. Volduś niedługo dorośnie… chlip, wzruszyłem się. Nie wiem tylko, o co mu chodzi z tym, że mam oddać mu swoją rękę. Pewnie się wygłupia, słodki dzieciaczek <3

Pozdrófffka for all :*