poniedziałek, 13 czerwca 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 28 – Dziwne zachowanie


Hermiona bała się, co będzie, gdy spotka Robardsa w Ministerstwie Magii. Myśli o tym jakby wyglądał seks z nim nie dawały jej spokoju. Nawet podczas jechania metrem wdzierał się do jej głowy powodując rozmarzone spojrzenie i mokrą bieliznę. Im była bliżej pracy tym bardziej się denerwowała. Czy znowu się zaczerwieni się na jego widok? Czy ktoś coś zauważy? Co powie Ronowi, jeśli jakieś plotki do niego dotrą? Te pytania nie dawały jej spokoju na równi z marzeniami o Robardsie.

Trasę prowadzącą z głównego holu Ministerstwa Magii do swojego departamentu pokonała błyskawicznie. Po drodze powitała kilku współpracowników i znajomych, ale nie wdała się z nimi w pogawędkę. Z ulgą stwierdziła, że nie było wśród nich Gawaina. Po wejściu do biura Amos poinformował ją o tym, że Pansy Parkinson wylądowała w Szpitalu Świętego Munga z wyjątkowo paskudną odmianą smoczej ospy. Hermiona wcześniej była przekonana, że jej rówieśniczka kłamała o chorobie, aby wymigać się od żmudnej pracy. Teraz odczuwała lekkie wyrzuty sumienia, że nie potraktowała wiadomości od niej poważnie, ale jednocześnie doświadczyła sporej ulgi, że nie będzie musiała się z nią użerać przez najbliższy miesiąc. Westchnęła i zabrała się do pracy, pocieszając się, że doszła już do kartotek zaczynających się od litery "k".

***

Było czwartkowe popołudnie, gdy Hermiona stwierdziła, że coś jest nie tak. Nie widziała Gawaina od zeszłego tygodnia i o ile początkowo specjalnie starała się unikać miejsc, w których mogła się z nim zobaczyć, o tyle teraz musiała przyznać, że w ogóle nie pojawił się od kilku dni w Ministerstwie. Spojrzała się ze złością na swój obiad jakby to on był przyczyną nagłego zniknięcia szefa aurorów. Nabiła gwałtownie groszek na zęby widelca, patrząc z ponurą satysfakcją jak metal wchodzi w jego wnętrze. Następnie zaczęła kroić agresywnie kotleta, jakby chciała zmusić go do mówienia.
- Cześć, mogę się dosiąść? - pytanie Harry'ego wyrwało ją z rozmyślań.
- Nie rób sobie jaj - fuknęła.
- Co ty taka nie w sosie?
- Przeznacz większość tygodnia na sortowanie kartoteki i dojdź przy tym od "k" do litery "l" to wtedy pogadamy.
- Przynajmniej nie musisz szorować kibli! - odciął się Harry.

Hermiona popatrzyła się na niego spode łba. Miała wyjątkowo zły humor, a jej przyjaciel zamiast ją pocieszyć dobijał. Przez sekundę wpadła jej do głowy myśl, aby pożegnać się z nim pod byle, jakim pretekstem, ale szybko zrozumiała, że Harry jest jedną z niewielu osób, które mogą dostarczyć jej informacji o Gawainie. Postanowiła być dla niego o wiele milsza.
- Przepraszam... kobiece dni i takie tam, rozumiesz... - wyszeptała.
- Wiem, wiem - odrzekł szybko i popatrzył się wymownie w sufit.
- Co u ciebie słychać? - Hermiona przystąpiła do działania.
- Nuda. Ginny ostro trenuje przed meczem, a ja siedzę nadal nad sprawą fałszywych kamieni u Gringotta, zero poszlak, paskudna sprawa - skrzywił się. - Gobliny niezbyt mnie lubią za to, że zrobiliśmy im dodatkowe wyjście ewakuacyjne ze skarbca... Jedyny plus, że często widzę się z Billem i Fleur.
- To super - mruknęła niezbyt entuzjastycznie Hermiona. - Zastanawiałam się niedawno, co tak cicho w waszym departamencie... - dodała mając nadzieję, że jej przyjaciel złapie przynętę.
- Co masz na myśli?
- No... zazwyczaj słyszy się jakieś plotki, co tam porabiacie, jakieś sensacyjne historie i w ogóle - dziewczyna nabrała powietrza i przeszła do tego, co najbardziej ją interesowało. - Amos wspominał, że dawno nie widział twojego szefa...
- Och, o to chodzi - Harry podrapał się po głowie. - Pojechał na kilka dni do Holandii, odbyła się tam konferencja na temat najnowszych czarów ochronnych. Powinien wrócić dzisiaj, ale sądzę, że...

Hermiona przestała słuchać przyjaciela, ponieważ na stołówkę wszedł Gawain Robards we własnej osobie. Zmierzał prosto w ich stronę nie pokazując po sobie żadnych emocji, na jego twarzy nie było cienia uśmiechu lub złości. Na padające zewsząd powitania odpowiadał krótkim skinieniem głowy. Hermiona poczuła, że robi się jej gorąco i na policzkach pojawiają się rumieńce. Jednocześnie jej serce biło jakby oszalało. Dlaczego? Dlaczego musiałam zadurzyć się akurat w nim?
- Zbieraj się Potter, za pięć minut odbędzie się pogadanka u Kingsleya. Dowiedziałem się, że mamy ochraniać szczyt Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów - oznajmił chłodno i ruszył dalej bez słowa pożegnania.

Harry zrobił minę do przyjaciółki, która wyrażała jednocześnie przeprosiny za nagłe wezwanie jak i żal za niezjedzonym kotletem. Wepchnął porządny kęs w usta i poszedł szybkim krokiem w stronę wyjścia, zerkając z niepokojem na Hermionę, która siedziała przy stole jakby była spetryfikowana. Krew błyskawicznie odpłynęła jej z twarzy, gdy zorientowała się, że Gawain ją po prostu olał. Nie przywitał się, nie spojrzał w jej stronę, nic do niej nie powiedział. Potraktował jak powietrze!

***

Przez cały tydzień Hermiona obserwowała ukradkiem szefa Harry’ego. Odkąd wrócił z Holandii nie zamienili ze sobą nawet słowa. Dziewczyna wiedziała, że auror jej unika i specjalnie udaje, że jej nie widzi oraz nie słyszy jej pozdrowień. Hermiona nie wiedziała, czemu to robi. Czyżby domyślił się, że jej się podoba? Może ktoś zaczął plotkować na ich temat? Czarownica potrząsnęła głową. To na pewno nie było to. Wszystkie ich kontakty dało się wytłumaczyć obowiązkami służbowymi. Więc o co mu chodziło?

Hermiona czuła się dotknięta tą całą sytuacją. Najpierw Gawain robił wszystko, aby się do niej zbliżyć, a teraz nie miał czasu nawet na głupie powitanie! Wiedziała, że to okoliczność sprzyjająca: oddalali się od siebie, wiec mogła skupić się na swoim związku z Ronem. Jednak tkwiła w niej cząstka domagająca się kontaktu z szefem aurorów. Sączyła w duszę dziewczyny uczucia, które były dla niej nowe, i z którymi nie potrafiła sobie poradzić. Hermiona miotała się pomiędzy miłością i pożądaniem oraz poczuciem obowiązku i beztroską. Rozważała, co inni powiedzieliby na jej temat, gdyby odważyła się zerwać z Ronem, aby być z Gawainem. Wnioski, które wyciągnęła nie nastrajały optymistycznie.

Gdy wszystkie, sprzeczne uczucia zaczęły w niej walczyć, dziewczyna poczuła, że ma dość.  Wóz albo przewóz. Chciała dowiedzieć się, o co Gawainowi chodzi, a aby tego dokonać musiała z nim porozmawiać. Postanowiła, że pójdzie do niego pod pretekstem ponownego podziękowania za książkę i przy okazji wybada jego stosunek do niej. Amos bez problemu wypuścił ją wcześniej z biura, gdy powiedziała, że ma kobiece problemy. Jak zdecydowana większość mężczyzn bał się tego tematu. Hermiona uśmiechnęła się pod nosem – ta część planu poszła udała jej się znakomicie.

Podczas przemierzania korytarzy prowadzących do biura aurorów fantazjowała o tym, co się stanie w gabinecie Gawaina. Czy przyzna się, że jej unika? Może oznajmi, że miał zły okres w pracy? Jest jeszcze możliwość, że wyzna jej, ze się w niej zakochał i musi ukrywać swoje uczucia… Domysły splatały się z fantazjami, uczucia walczyły ze sobą. Hermiona dotarła przed drzwi kwatery aurorów z duszą na ramieniu.
- Znowu do Gawaina? – dziewczyna podskoczyła, gdy usłyszała pytanie Harry’ego.
Stał za nią i patrzył się na nią badawczo. Czyżby coś sobie pomyślał?
- Tak, mam do niego sprawę dotyczącą wspomnień! – wypaliła bez zastanowienia.
- Aha – mruknął i wpuścił ją do pomieszczenia. – Robards jest teraz u Kingsleya, ale niedługo powinien wrócić. W tym czasie możesz mi o tym opowiedzieć – wskazał głową swoje biurko.

Hermiona poczuła, że ma pustkę w głowie. Co ma powiedzieć przyjacielowi? Tak pogrążyła się w fantazjach, że nie zdążyła wymyślić dobrej wymówki.
- Ja… wolę najpierw się z nim skonsultować – odparła szybko i zrozumiała, że to był błąd. Harry nie wyglądał na przekonanego. Patrzył się na nią podejrzliwie. Miał swoją standardową minę, która mówiła, że wyczuwa tajemnicę, którą powinien odkryć. Hermiona zrozumiała, że musi działać. – Jak tylko od niego wyjdę to opowiem ci wszystko ze szczegółami – oznajmiła z uśmiechem i poklepała go uspakajająco po plecach. – Nie chcę ci przeszkadzać w pracy. Przyjdę gdy Robards wróci od Kingsleya. Teraz skoczę do toalety, pa!

Odwróciła się na pięcie i wyszła szybkim krokiem z biura aurorów. Weszła do najbliższej toalety i zamknęła się w kabinie. Tam zaczęła głębiej oddychać. Jaką ja jestem idiotką! – warknęła sama do siebie. Miała ochotę wytargać się za kudły. Poczuła się strasznie zażenowana swoim postępkiem, jak mogła się tak zachować? Była dwudziestoletnią kobietą, a nie jedenastoletnim podlotkiem! Jeszcze tylko brakowało, aby Harry domyślił się czegoś! Niby jest taka inteligentna, a zapomniała, że jej przyjaciel jest aurorem i w każdej chwili może go spotkać. Widocznie zaczęła myśleć nie tą częścią ciała, którą powinna. Ewentualnie istniała możliwość, że mózg jej się skurczył do rozmiaru orzeszka i dyndał w czaszce przyklejony na gumę do żucia. Nic innego nie tłumaczyło jej debilnego zachowania i braku planowania czegokolwiek.

Długo musiała samą siebie przekonywać, że tak naprawdę nie robi niczego złego i skoro coś zaczęła to powinna dokończyć. Nawet, jeśli chodziło o wybadanie uczuć Robardsa wobec niej. Postanowiła, że powie później Harry’emu od kogo naprawdę dostała książkę i że wizyta u jego szefa dotyczyła ponownego podziękowania za nią. Tym samym uspokoi swoje sumienie i rozwieje wątpliwości przyjaciela, jeśli jakieś posiada. Tak, to był bardzo dobry pomysł. Hermiona sprawdziła w lustrze czy makijaż się jej nie rozmazał i dziarskim krokiem wyszła z toalety… wprost na wracającego od Kingsleya Gawaina.
- Ty tutaj? – spytał i rozejrzał się niespokojnie po korytarzu.
- Muszę z panem koniecznie porozmawiać! – pisnęła Hermiona.

Nie wyglądał na zachwyconego tym spotkaniem, ale po chwili namysłu rzucił krótkie „za mną” i ruszył szybki krokiem w stronę swojego gabinetu. Czarownica po drodze zerknęła w bok i zauważyła, że Harry’ego nie ma przy biurku. Pewnie gdzieś poszedł – stwierdziła z ulgą.
- Czego chcesz? – spytał Robards chłodno i spojrzał się na Hermionę ponuro.
- Ja chciałam jeszcze raz podziękować za książkę, tamtym razem nie zrobiłam… - dziewczyna bezwiednie zniżyła głos do szeptu.
- I tylko po tu przyszłaś? – przerwał jej Gawain i zmarszczył brwi.

Hermiona zrozumiała, że auror jest na nią zły, ale nie wiedziała z jakiej przyczyny. Nie czuła się winna, niczego mu nie zrobiła. Powinna otrzymać jakieś wyjaśnienie. Przecież nie można z dnia na dzień zacząć kogoś ignorować bez powodu!
- Nie rozumiem o co panu chodzi! – oznajmiła twardo Hermiona. – Chciałam już dawno podziękować, ale nie odzywał się pan do mnie i udawał, że nie istnieję! Chyba zasługuję na jakieś wyjaśnienie tej sytuacji?

Wpatrywała się w niego intensywnie jakby w ten sposób mogła przedrzeć się do jego duszy i wydobyć z niej wszelkie interesujące informacje. Szef aurorów znał się na oklumencji i nie pozwolił grzebać sobie w myślach. Wzniósł oczy do nieba i zrobił znudzoną minę.
- Chyba nie zrozumieliśmy się, panno Granger – prychnął. – Dałem ci książkę jako prezent urodzinowy. Pomagałem ci w sprawie wspomnień Snape’a. Nasze kontakty skończyły się, gdy oddałaś mu je. Nie masz po co się tutaj więcej pojawiać… no chyba, że chcesz odwiedzić Harry’ego.
- Tak? Skończyły się? – policzki dziewczyny zarumieniły się z gniewu. – Jakoś odniosłam wrażenie, że szukał pan pretekstu, aby się ze mną widzieć! Zabiegał pan o moje względy, a później odciął się bez wyraźnego powodu!
- Źle to zinterpretowałaś. Byłem miły, a ty pomyślałaś sobie, że coś do ciebie czuję. Zauważyłem jak na mnie reagujesz i chciałem to ukrócić, ale widocznie nie dostrzegłaś tego faktu skoro do mnie przyszłaś! – warknął. – Opanuj się dziewczyno! Jeszcze ktoś zacznie o nas gadać, a Ministerstwo Magii jest łase na plotki! Jestem poważnym mężczyzną i nie mam zamiaru wiązać się z dziewczyną, która mogłaby być moją córką! Zajmij się chłopcami w swoim wieku!

Hermiona nie wiedziała co powiedzieć. Otworzyła kilka razy usta, ale nie wydobył się z nich ostatecznie żaden dźwięk.  Nic nie poszło tak jak sobie zaplanowała. Nie spełniła się żadna z jej fantazji. Bladła i czerwieniła się na przemian szukając słów, które oddałyby co sądzi o słowach aurora. W końcu zdecydowała się na ucieczkę. Wypadła z gabinetu Gawaina ciesząc się w duchu, że Harry’ego nadal nie było przy jego biurku.

***

Następnego dnia Hermiona miała ochotę wysłać sowę do Amosa, że zachorowała. Przy Ronie i rodzicach zachowywała pozory normalności, ale w głębi duszy wyła z rozpaczy. Poczuła się jak zabawka, którą można chwilę się pobawić, a gdy się znudzi rzucić w kąt. Olała postanowienie, że do Ministerstwa będzie jechać mugolskimi środkami transportu i wzorem Rona teleportowała się do pracy. Tam zamknęła się w archiwum i starała się unikać nawet Amosa. Porządkowała wszystkie pergaminy i księgi ręcznie, ponieważ w ten sposób rozpraszały się niechciane myśli, które wdzierały się do jej głowy. Jak Gawain mógł tak postąpić? Niech sobie mówi co chce! Ona wie, że szukał kontaktu z nią, przecież nie wymyśliła sobie tego!

Załamana dziewczyna usiadła na stosie ksiąg, które były do wyrzucenia. Miała dość wszystkiego i wszystkich. Mroczne myśli krążyły w jej głowie. Była pora obiadowa, ale nawet nie pomyślała o tym, aby pójść do stołówki coś zjeść. Gdyby spotkała Gawaina nie wiedziałaby jak zareagować. Hermiona sama sobie nie ufała. Możliwe, że nie dałaby rady olać go i odwrócić się do niego plecami. W najgorszym wypadku mogłaby się rozpłakać… Stwierdziła rozsądnie, że nie ma co ryzykować.

Poderwała się z miejsca, ponieważ usłyszała, że ktoś wszedł do archiwum. W przerwie między regałami zauważyła czarną czuprynę i okulary. Hermiona od razu domyśliła się, że to Harry. Pewnie chciał z nią pogadać na temat wspomnień Severusa. A może chciał sprawdzić, dlaczego nie przyszła na obiad? Ogarnęła ją lekka panika. Nie chciała się z nikim widzieć. Bała się, że podczas rozmowy z nim padnie imię Gawaina i zareaguje na nie zbyt emocjonalnie. Popatrzyła się na przyjaciela i mina jej zrzedła, ponieważ Harry wyraźnie był zdenerwowany.
- Możesz mi powiedzieć, co ty wyprawiasz? – spytał się głosem kipiącym od gniewu. – Jesteś w związku z Ronem, a latasz za moim szefem! Wstydu nie masz!?

Hermiona miała wrażenie, że ziemia usunęła się jej spod stóp i spada w bezdenną przepaść. Skąd on o tym wiedział? Czy Gawain mu powiedział? A może plotki naprawdę zaczęły krążyć? Pobladła śmiertelnie.
- Harry, to nie tak… ja nie wiem co słyszałeś, ale to wszystko nie prawda… - zaskrzeczała ciężko oddychając.
- Hermiono! Nie wciskaj mi kitu! – oznajmił wzburzony. – Słyszałem i widziałem wystarczająco wiele!
- Niby co!?
- Najpierw zaczęłaś się dziwnie zachowywać. Wszyscy myśleliśmy, że denerwowałaś się wynikami owutemów, a potem z powodu pracy… Ron mi się żalił, że stałaś się bardziej milcząca, że wolisz czytać książki lub zajmować się siostrą niż z nim przebywać. Broniłem cię, twierdziłem, że to przejściowe… - Harry patrzył się na przyjaciółkę z wyrazem ogromnego rozczarowania na twarzy. – Domyśliłem się, że coś jest nie w porządku, gdy powiedziałaś, że dostałaś książkę od Kingsleya. Tak Hermiono, sama wiesz, że nie jestem aurorem bez powodu! Zauważyłem książkę u Robardsa i pytał się mnie czy lubisz alchemię. To wystarczyło abym zaczął się zastanawiać, czemu ten fakt przed nami ukrywasz. Dlatego też postanowiłem przyglądać się tobie. Że coś czujesz do mojego szefa zauważyłem na stołówce, gdy się wypytywałaś mnie o niego. Potwierdziło się to po chwili, najpierw się zaczerwieniłaś na jego widok, a później zbladłaś, gdy się okazało, że nie zwraca na ciebie uwagi. Znam cię nie od dziś, widziałam nie raz jak reagujesz i wiem, że to nie było normalne.
- Harry, proszę… - załkała Hermiona. – To nie tak..
- Już mówiłem, abyś nie wciskała mi kitu! – warknął. – Wczoraj także mnie okłamałaś! Niby chciałaś pogadać z Robardsem o wspomnieniach, ale tak naprawdę narzucałaś mu się, chociaż dawał ci do zrozumienia, że nic z tego nie będzie!
- Skąd to wiesz!? Powiedział ci!?
- Nie. Byłem w jego gabinecie. Przecież mam pelerynę-niewidkę, zapomniałaś?
- O matko! – Hermiona jęknęła i poczuła, że nogi się pod nią ugięły. – Harry, proszę… nie mów Ronowi! To nie tak… ja… ja tylko… - łkała w rękaw. – To prawda… Gawain mi się podoba, ale nie zamierzałam z nim być! Kocham Rona, naprawdę... nigdy bym go nie zdradziła… Harry, och, Harry! Czuję się strasznie i bez twoich wymówek! – przestała się powstrzymywać i wybuchnęła płaczem.

Początkowo Harry nic nie mówił, ale w pewnym momencie musiała mu ujść złość, ponieważ usiadł przy niej i westchnął potężnie. Hermiona uspokoiła się po jakimś czasie i doprowadziła się do ładu. Przez dłuższy moment milczeli nie patrząc się na siebie. Wiedziała, że jej przyjaciel nie chce stracić ani jej, ani Rona. Nie była zła na Harry’ego, że podsłuchał jej rozmowę z Robardsem. Miała świadomość, że to co zrobiła było bardzo głupie. Zasłużyła na to, aby przyjaciel ochrzanił ją i przywołał do porządku.
- Skoro nie chcesz podrywać mojego szefa to zachowuj się normalnie – oznajmił. – Nie chcę cię więcej widzieć w biurze aurorów bez wyraźnego powodu! Jeśli będziesz czegoś chciała ode mnie to przyślij mi samolocik. Inaczej będę zmuszony powiedzieć o wszystkim Ronowi, a wiesz, że tego bym nie chciał… - zagroził.
- Przyrzekam… już nigdy więcej nie będę zbliżać się do Robardsa, chyba, że będę do tego zmuszona. Po tym co się wczoraj stało… on miał rację… - zakomunikowała ponuro. – Odbiło mi na jego punkcie…
- Trzymam cię za słowo – ucieszył się Harry. – Wierzę, że to był tylko mały błąd – objął ją ramieniem. – Wolę abyś zerwała z Ronem niż go oszukiwała. Za to teraz masz mu to wszystko wynagrodzić, rozumiesz?
- Tak, kocham go… - wyszeptała. – Ciebie też przepraszam za to, że cię okłamywałam… i dziękuję, że nie opowiedziałeś o tym Dafne – uśmiechnęła się słabo.
- Jesteśmy przyjaciółmi, daj spokój! – Harry wyszczerzył do niej zęby. – Uszy do góry, trzeba żyć dalej! Jednak pamiętaj, że będę cię nadal obserwował!

***

Hermiona musiała przyznać, że interwencja Harry’ego przyniosła skutek. Przestała myśleć o Gawainie, a gdy go spotykała w Ministerstwie Magii to udawała, że przestał istnieć. Na początku było jej ciężko, ale po kilku tygodniach jej uczucia do niego zaczęły znikać. Dodatkowo wróciła namiętność pomiędzy nią a Ronem. Atmosfera w jej pokoju znowu zaczęła się robić gorąca i aby mieć orgazm nie musiała sobie wyobrażać seksu z Robardsem. Rudzielec docenił to, że jego dziewczyna znowu stała się czuła. Wstąpił w niego nowy zapał i ponownie zaczął angażować się w prace domowe. Hermiona zaś przestała mieć wyrzuty sumienia. Książkę od Gawaina przeczytała i przekazała Harry’emu, aby oddał ją szefowi. Gawain, według słów Pottera, nie skomentował zwrotu prezentu. Czarownica miała wrażenie, że czasem przygląda się jej ukradkiem podczas pobytu na stołówce. Tylko, że tym razem nie robiło to na niej wrażenia i udawała, że tego nie widzi. Wszystko zdawało się układać idealnie, a ona nie chciała tego zepsuć.

W połowie października Hermiona otrzymała niespodziewany awans. Pansy Parkinson wróciła ze szpitala i została wysłana przez Amosa do dokończenia porządków w archiwum. W tym czasie Hermiona została oddelegowana do zajmowania się skrzatami domowymi. Wreszcie czuła, że dopięła swego. Dzięki swojej pracy mogła zmieniać sytuację tych wspaniałych istot. Uczniowie pod kierunkiem profesor McGonagall nadal prowadzili badania w Hogwarcie i przesyłali Hermionie wyniki. Okazało się, że nawet starsze pokolenie skrzatów zaakceptowało zapłatę i dzień wolny. To dawało czarownicy argumenty do ręki, które chętnie wykorzystywała ku utrapieniu Amosa. Szefowi niezbyt podobały się zapędy reformatorskie pracownicy, ale widząc, że ma ona poparcie u samego Ministra Magii dał jej wolną rękę. Dzięki temu, na tydzień przed świętami Bożego Narodzenia, zostało uchwalone prawo, które nakazywało płacenie wynagrodzenia skrzatom domowym. Z tego powodu Ron upiekł wspaniały tort w kształcie Zgredka, a rozpromieniona Hermiona rzuciła mu się na szyję krzycząc, że to najlepszy prezent jaki dostała.

Piątek był leniwym dniem w Ministerstwie Magii. Większość czarownic i czarodziejów wzięła wolne. Kupowali prezenty i piekli indyka na uczę Bożonarodzeniową. Znudzona Hermiona siedziała przy biurku i udawała, że pracuje jednocześnie błądząc myślami gdzie indziej. Następnego dnia miała wsadzić rodzinę do samochodu i wyruszyć w stronę Nory. Pan i pani Weasley wpadli na początku grudnia do domu jej rodziców i zaprosili ich do siebie. Harry z Ginny również mieli tam być, tak samo jak George z Angeliną oraz Percy ze swoją dziewczyną, której Hermiona nie znała. Fleur z Billem wybierali się do Francji, a Charlie miał dyżur przy smokach w Rumunii. Zapowiadało się ciekawie i czarownica już nie mogła się doczekać podróży, a jak na złość minuty mijały wyjątkowo wolno.

Leniwą atmosferę przerwał samolocik, który wleciał do pokoju i wylądował na biurku Hermiony. Dziewczyna wzięła go bez specjalnego entuzjazmu, modląc się w duchu, aby to nie była jakaś pilna sprawa. Jeszcze tylko tego brakowało, aby została gdzieś wezwana i spędziła tam kilka dodatkowych godzin. Siedząca po drugiej stronie pokoju Pansy przyglądała jej się znudzonym wzrokiem.
- Mam nadzieję, że wyślą cię na jakąś akcję – odezwała się z nadzieją w głosie i wrednym uśmieszkiem na twarzy.
- Spadaj do szklarni mandragory niańczyć – rzuciła jej Hermiona, zapożyczając powiedzenie Rona. – Pewnie Harry czegoś chce.

Rozłożyła zagięty pergamin i od razu zrozumiała, że to nie jest pismo jej przyjaciela. Litery były stawiane w taki sposób, aby czytający nie rozpoznał kto to napisał. Zdumiona Hermiona przeczytała treść listu:

„Spotkajmy się po pracy w McDonaldzie County Hall, bądź sama, będę czekać, mam dla ciebie informacje, które mogą cię zainteresować.”

Nie było żadnego podpisu. Czarownica nie miała najmniejszego pojęcia kto ani dlaczego chce się z nią spotkać. Jakie to mogły być informacje? Sprawa wspomnień Severusa została dawno zakończona. Może chodziło o pracę? Wszyscy wiedzieli, że troszczy się o skrzaty domowe, nie było wykluczone, że ktoś chciał dać jej cynk, że w którymś domu nie są przestrzegane ich prawa. Hermionę zaczęło zastanawiać czemu ta osoba chciała spotkać się w mugolskim McDonaldzie. Bardzo możliwe, że nie była czystej krwi. Może bała się czegoś?

Po przebytej wojnie Hermiona miała świadomość, że powinna być ostrożna. Dostała wiele listów z od niezadowolonych czarodziejów, którzy musieli zacząć płacić skrzatom domowym za pracę. Wiedziała tylko tyle, że ta osoba prawdopodobnie pracuje w Ministerstwie Magii skoro wysłała wiadomość wewnętrzną. Dziewczyna biła się z myślami przez godzinę i dopiero podczas zakładania kurtki zdecydowała, że sprawdzi o co chodzi. Kilka minut ją nie zbawi, jeśli użyje teleportacji. Postanowiła przenieść się do Waterloo Station, która powinna być na tyle zatłoczona, że nikt nie zwróci uwagi na jej nagłe pojawienie się. Stamtąd spacer do County Hall nie powinien zająć jej wiele czasu.

Pogoda na zewnątrz była okropna, nic nie zapowiadało, aby święta były białe. Zamiast śniegu padał lodowaty deszcz, który odbijał się od twarzy Hermiony. Z tego powodu szła szybkim krokiem w stronę McDonalda, aby jak najszybciej znaleźć się w ciepłym wnętrzu. Ulice były zatłoczone, wszędzie panowała świąteczna atmosfera. Budynki i drzewa przyozdobione były kolorowymi lampkami. Wszędzie było widać ubrane choinki i słychać było świąteczne piosenki. Hermiona wpadła do restauracji i rozejrzała się ciekawie dookoła. Nie zauważyła nikogo znajomego. Postanowiła, że kupi sobie kanapkę i poczeka jedząc. Stanęła w kolejce i już miała składać zamówienie, gdy poczuła znajome męskie perfumy. Odwróciła się powoli nie wierząc własnym zmysłom.
- Dwa razy Big Mac, do tego duże frytki… - powiedział Gawain Robards do kasjerki i zwrócił się do zszokowanej Hermiony. – Chcesz kawę czy herbatę?

czwartek, 9 czerwca 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 15 – Drzewo genealogiczne


Augustyna pożegnała się z córką i wyszła z jej butiku, który znajdował się w Magowie. Małgorzata nie była wcale zdziwiona z powodu wizyty swojej matki. Nie raz staruszka pojawiała się w stolicy, aby spotkać się z którąś z koleżanek i czasem wpadała do jej pracy na szybką kawę po albo przed podróżą świstoklikiem. To stało się tak naturalne, że Małgorzacie nie przyszło do głowy, że jej matka może mieć tym razem inny cel.

Staruszka wyciągnęła z torebki mały arkusik papieru i przeczytała co jest na nim napisane. Upewniła się, że znalazła odpowiedni adres i weszła w bramę skromnej kamienicy. Jej wzrok prześlizgnął się po podwórku i zatrzymał na wejściu do klatki schodowej. Augustyna trochę się zasapała podczas wchodzenia na trzecie piętro, nie była już młoda i starość dawała jej się powoli we znaki. Miała 81 lat, przeżyła wojnę i śmierć męża. Czym wobec tego są dla niej schody? Da radę!

Biuro detektywa było równie skromne tak jak kamienica. Na ścianach i podłogach nie było ozdób, w których tak bardzo lubowali się czarodzieje, meble były proste. Augustyna usiadła na twardym krześle i popatrzyła się na człowieka, którego zamierzała wynająć. Na oko miał czterdzieści lat, ubrany był w czerń, przez którą przypominał księdza. Jasne włosy koloru czekolady miał przystrzyżone krótko. Spoglądał na staruszkę bystrymi, ciemnobrązowymi oczami, nad którymi umiejscowione były krzaczaste brwi.
- Czym mogę pani służyć? – spytał się po chwili ciszy.
- Chcę, aby ustalił pan pochodzenie pewnej dziewczynki.

Detektyw uniósł brew i spojrzał się na Augustynę z niedowierzaniem. Po chwili parsknął śmiechem.
- Droga pani, nie zajmuję się takimi pierdołami – stwierdził rozbawionym tonem. – Mam na swoim koncie odnalezienie mordercy Haliny Czartoryskiej i odnalazłem skradzioną biżuterię księcia Leonida! – wypiął dumnie pierś.
- Tak słyszałam o tych sprawach, dlatego uważam, że pan będzie najlepiej nadawał się do tej roboty – odparła Augustyna spokojnie.
- Moje usługi są jednymi z najdroższych w kraju! – oświadczył mężczyzna mając nadzieję, że to zniechęci starszą panią.
- Jestem w stanie zapłacić za wszystko – odparła czarownica z uśmiechem i wyjęła z torebki zdjęcia oraz zapisane kartki. – To jest moja wnuczka Amelia Ratine, chodzi do jednej klasy w Durentiusie z Patrycją Michalską, która wygląda identycznie jak ona. Chcę, aby sprawdził pan czy jest spokrewniona z tą rodziną – podała detektywowi kartkę, na której było zapisane nazwisko.

Mężczyzna popatrzył na nią rozbawionym wzrokiem i mina szybko mu zrzedła. Augustyna zobaczyła, że na jego czole pojawiają się kropelki potu, a palce zaciskają się nerwowo. Spojrzał się badawczo na czarownicę.
- Jest pani pewna…?
- To tylko domysły, możliwe, że to tylko zbieg okoliczności. Jeśli jest z nimi spokrewniona to przez matkę. Jej ojciec jest kompletnym mugolem.
- Ta rodzina… ja nie wiem czy się tego podejmę – oświadczył detektyw i głośno przełknął ślinę. – Musiałbym polecieć do Wielkiej Brytanii i do Rosji, ktoś mógłby coś zacząć podejrzewać. Ryzyko, spore ryzyko…
- Zapłacę za wszystko – powiedziała staruszka poważnym tonem. – Jeśli będzie pan ostrożny to nic się panu nie stanie. Jeden siedzi w Nurmengardzie, drugi nie żyje. Nie wiem jak potoczyły się losy ich kobiet oraz dzieci, może ktoś jest spokrewniony z dziewczynką. Na tej kartce napisałam wszystko co o niej wiem – wskazała odpowiedni arkusz papieru.
- Delikatna sprawa, bardzo delikatna. Już wiem, czemu pani do mnie przyszła.

Augustyna kiwnęła potakująco głową, postanowiła pochlebić człowiekowi, którego chciała wynająć:
- Jest pan najlepszy, wierzę, że dowie się pan wszystkiego. Nikt inny do tej roboty się nie nadaje.
Czarodziej zastanawiał się przez chwilę. Popatrzył się na swoje nagrody, które stały w gablocie przy drzwiach. Były to jedyne ozdobne rzeczy w pomieszczeniu. Po dłuższym namyśle zdecydował się na współpracę.
- Zgoda, ale to będzie kosztowało dwa razy więcej niż zwykle i jeśli pojawią się jakiekolwiek kłopoty od razu zrywam kontrakt!

***

Internet nie pozostawiał złudzeń: zrobienie testów genetycznych nie było ani prostą, ani tanią sprawą. Angela myślała, że wszystko będzie łatwiejsze. Jednak teoria teorią, a życie życiem. Miała dwie możliwości. Pierwsza obejmowała zebranie materiału genetycznego całej rodziny Patrycji oraz wszystkich krewnych jej i Amelii, co było bardzo drogą zabawą. Druga opcja polegała na wybraniu najbardziej prawdopodobnych osób, co było zdecydowanie tańsze, ale jeśli by się pomyliła to testy należało powtórzyć. Najgorsze, że nie mam kasy, aby przebadać wszystkich – jęknęła w myślach nauczycielka.

Zarówno Patrycja jak i Amelia były mocno zawiedzione, gdy w poniedziałek przyszły do gabinetu Angelique, a ta musiała im powiedzieć, że na razie nic z tego. Obydwie zaczęły protestować i oznajmiły, że oddadzą całe swoje kieszonkowe, aby tylko dowiedzieć się czy są krewnymi. Patrycja była gotowa nawet oszukać swojego ojca i wmówić mu, że mają jakąś wycieczkę czy coś podobnego, ale Angela nie mogła jej na to pozwolić.
- Nadal nad tym siedzisz? – spytał się Miłosz, gdy wszedł do jej gabinetu.
- Nadal nie nauczyłeś się, że się puka do drzwi? – blondynka spojrzała na niego spode łba.
- Miałem nadzieję, że siedzisz naga albo coś…
- Bardzo zabawne!
- Kiedyś zdobędę twoje serce… – czarodziej westchnął ostentacyjnie i usadowił się na krześle przed biurkiem. – Mogę dać ci tysiaka na te badania, kiedyś oddasz.
- Nie, dziękuję, poradzę sobie.
- Mówiłaś, że najbardziej prawdopodobna jest twoja babcia. Bierz od niej materiał, jakieś włosy czy coś.
- Nie wiem, z której strony Patrycja może być ze mną spokrewniona, od ojca czy od matki.
- Masz pewność, że jej stary jest mugolem. Może jej matka była czarownicą, ale ukryła to przed rodziną – zauważył były auror.
- Możliwe – zgodziła się Angela. – Tylko jak to sprawdzić?
Ku jej zdumieniu Miłosz roześmiał się tak mocno, że pociekły mu łzy po policzkach.
- Pracujesz w szkole magii, która ma największą bazę danych czarownic i nie wiesz jak to sprawdzić? Ale z ciebie blondynka!

Angela fuknęła na niego i schowała notatki. Wiedziała, że nie jest w stanie gniewać się na Miłosza długo. Często jej dogryzał, ale robił to w tak serdeczny sposób, że złość szybko jej mijała. Spojrzała się wymownie na sufit i czekała.
- No dobra, przepraszam! – łysy czarodziej wytrzymał tylko kilka sekund jej focha. – Dowiedz się wszystkich szczegółów o matce Patrycji i sprawdź czy nie chodziła do Durentiusa.
- No dobra, powiem Pyśce aby zrobiła swoje drzewo genealogiczne. Zawsze może wytłumaczyć się w domu, że to praca na lekcję czy coś…
- Ha! Dobrze kombinujesz! – stwierdził z uznaniem Miłosz i puknął pięścią w ramię Angeli.
- Ała! Nie w szczepionkę brutalu!
- Sorry!

***

Patrycja leżała na brzuchu na łóżku z Zochą w ich pokoju w internacie. Obydwie pochylały się nad zeszytem, w którym wyższa z dziewczynek wypisywała członków swojej rodziny od strony ojca.
- Po co komu dziewięcioro dzieci? – wymamrotała Patrycja gniewnie. – W życiu nie dojdę kto jest kim! Tata prawie się z nikim nie spotyka, niektórych widziałam tylko raz na komunii kuzynki Weroniki, ale większości nie znam. Skąd mam wiedzieć jak się nazywają te wszystkie ciotki i wujkowie? Bawiłam się z jakimiś dzieciakami, ale nie pamiętam kto jest kim! Masakra! – poskarżyła się Zośce.
- Pisz i nie marudź, będziesz mieć mniej roboty w domu. Ojciec ci sprawdzi, podopisuje kto jest kim i oddasz sorce Angeli – stwierdziła czarnulka i wzięła do ust ostatniego krakersa. – Ftedy mofemy se sfotkać f Luflinie.
- Tata chyba by wiedział gdyby miał czarodzieja lub czarownicę w rodzinie… – stwierdziła z nadzieją w głosie Patrycja.
 - Taaa – prychnęła Zocha. – A te wszystkie formularze o tajemnicy są dla picu! – zmięła opakowanie i rzuciła nim w stronę kosza na śmieci. – Dziesięć punktów! Brawo ja! – wykrzyknęła ucieszona, gdy trafiła do pojemnika.
- Najgorsze, że prawie nic nie wiem o rodzinie mamy – ciągnęła Pyśka. – Opowiadała mi, że dziadek był marynarzem i jego okręt zatonął, gdy była bardzo mała. Nikt się nie uratował i nigdy nie odnaleziono jego ciała. Babcia za to zmarła kilka lat później, zachorowała na coś… chyba raka… nie pamiętam dokładnie.
- Wtedy twoja mama trafiła do sierocińca? – Zocha mimo wrodzonej gadatliwości potrafiła słuchać innych ludzi.
- Tak. Opowiadała, że miała ciotkę, chyba siostrę dziadka, ale ta była pokręconą kociarą czy coś i jej nie chciała wziąć do siebie. Za to była na nią strasznie obrażona i się do siebie nie odzywały. Nawet nie wiem czy ta ciotka żyje. Nigdy jej nie widziałam na oczy. W sumie to nie wiem czy chcę się z nią spotkać, straszna chamówa, że nie chciała zaap… zada… zadap…
- Mówi się „zaadoptować” miernoto! – wtrąciła Telimena, która weszła do pokoju. – To takie proste słowo, a ty go nie potrafisz wypowiedzieć. Nic dziwnego, że łapiesz kiepskie oceny! – popatrzyła się na koleżankę z góry, co było możliwe z tego powodu, że Patrycja leżała na łóżku i była po prostu niżej.
- Pyśka kiedyś się wszystkiego nauczy, a ty zostaniesz kretynką do końca życia – warknęła Zocha. – A tak swoją drogą… jak ci idzie samodzielne ubieranie się?

Od poniedziałku mieszkały razem we trójkę, ponieważ Kasię rozłożyła grypa czarodziejów, która przebiegała podobnie jak mugolska, z tą różnicą, że podczas kichania uwalniała się moc. Koleżankę zabrano do domu, ponieważ co chwila wyczarowywała wielkie stada robaków. Od tego czasu Telimena nie miała kim pomiatać. Musiała pojechać do Mystóp, aby kupić luźne ubrania, ponieważ nie potrafiła samodzielnie zasznurować gorsetu i założyć stelażu pod suknię. Dodatkowo nie miał kto jej ułożyć włosów, które zamiast prezentować się w ciasnych skrętach zwisały smętnie upięte byle jak na karku. Patrycja z Zochą zgodnie stwierdziły, że za służące nie będą robić i wyśmiewały się z Telimeny przy każdej możliwej okazji. Koleżanka z klasy nie zostawała im dłużna.
- Odczep się ode mnie! Ktoś pochodzący z rynsztoka nigdy nie zrozumie dobrze urodzonej panny! – odcięła się.
- Raczej kaleki życiowej!
- Przynajmniej moja matuś nie była płatną grzesznicą tak jak twoja!
- Ty wstrętna wywłoko!

***

Paul patrzył na biegnące ku niemu koleżanki. Mimo niskiej temperatury panującej na dworze umówili się, że pójdą po południu do lasu, aby poćwiczyć wyczarowanie patronusa. Sprawdzili w książkach, że jest to prawdziwe zaklęcie i razem z Amelią postanowili nauczyć się go. Teraz spotykali się we trójkę, ponieważ siostra Angelique musiała wracać do domu po lekcjach. Patrycja z Zochą wyszczerzyły zęby do przyjaciela, a ten od razu zrozumiał, że musiało się coś stać.
- Co wyście tym razem zrobiły? – spytał się wiedziony ciekawością.
- Telimena znowu się rzucała jak wesz na grzebieniu, więc postanowiłyśmy ją trochę uspokoić – wyjaśniła Zocha.
- Taaaa – Patrycja zachichotała. – Pomogłyśmy jej poszukać wejścia do Narnii.
- Do czego? – zdziwił się blondynek.
- Zamknęłyśmy cholerę w szafie. Wypuścimy ją jak wrócimy – Zocha była z siebie dumna.

Paul miał ochotę walnąć obydwie w pusty łeb. To co zrobiły były bardzo zabawne, ale na bank zarobią tygodniowy szlaban. Chrząknął i zapalił różdżką lampę, którą przyniósł ze sobą. Jeśli mieli siedzieć w lesie lepiej było to robić przy świetle.
- Za mną – rzucił krótko.
Odkąd zamieszkał w internacie często spacerował po lesie zapuszczając się w odległe miejsca. Wolał towarzystwo roślin i zwierząt niż kolegów z klasy, którzy preferowali głupie zabawy. Dobra książka o magii czytana na polanie to było coś, co Paul najbardziej cenił. Jako, że był najmniejszy w klasie i wyglądał jak dziecko od razu stał się wyrzutkiem. Dodatkowo naśmiewano się z niego za to, że zaprzyjaźnił się z dziewczynami. Nie rozumiał, jakie to miało znaczenie. Patrycja, Amelia i Zocha były fajne oraz zabawne, na dodatek nigdy się z niego nie naśmiewały. Teraz zaś prowadził je w miejsce gdzie będą osłonięci przed niepożądanym wzrokiem.
- Łał! Tu jest zajebiście! – zawołała Zocha i rozejrzała się dookoła.

Byli w rozpadlinie skalnej, na której dnie płynęła wąziutka wstążka wody, która wpadała do rzeki Czarnulki. Ściany porośnięte były mchem i ozdobione były różnymi formacjami kamieni. Nad nimi wznosił się las, który utracił już zdecydowaną większość liści.
- Dobra, pamiętajmy po co tu przyszliśmy! Skupiamy się na najszczęśliwszym wspomnieniu i przywołujemy patronusy! – zakomenderował Paul.

Trójka przyjaciół zamyśliła się. Nie mogli się doczekać, kiedy zobaczą, jakie zwierzęta są im przypisane. Nie robili tego z powodu dementorów, ponieważ te siedziały głównie w Anglii i okolicach. Ich celem było wyczarowanie cielesnych patronusów, aby móc się ze sobą kontaktować oraz wzbudzić podziw wśród nauczycieli i rówieśników.
- Expecto Patronum! – wrzasnęła Zocha.
Paul zerknął w jej stronę, ale nic się nie wydarzyło. Patrycji także się nie udało. Teraz była kolej na niego. Przypomniał sobie jak był szczęśliwy, gdy dostał od dziadków kota na urodziny. Czarną, włochatą kulkę, która wpatrywała się w niego swoimi intensywnie błękitnymi oczami.
- Expecto Patronum! – wrzasnął.

Nic. Kolejna nieudana próba. Ćwiczyli to zaklęcie od tygodnia, ale żadne z nich nie wyczarowało nawet strzępka mgły. Może bez dementorów czających się w pobliżu nie mieli odpowiedniej motywacji? Albo byli za słabi w czarach?
- Hmmm, myślicie, że znajdziemy w zamku jakiegoś bogina? Może z nim nam lepiej pójdzie? – zaczęła zastanawiać się głośno Zocha.
- Pomysł dobry, ale skąd wiesz, że zamieni się w dementora?
- No fakt – zasępiła się czarnowłosa czarownica. – Prędzej wyjdzie z szafy jako sorka Chruszczewska i zacznie się na mnie drzeć, że zasłużyłam na kolejną pałę…

Obydwoje popatrzyli się na Patrycję, która z zaciętą minął ciągle próbowała wyczarować patronusa.
- Expecto patronum! Expecto Patronum! Expecto Patronum! – krzyczała i wymachiwała dziko różdżką.
- Ta to ma zacięcie – mruknął Paul.
- Expecto patronum! Expecto Patronum! Expecto Patronum!
- Bierzmy z niej przykład i ćwiczmy – zadecydowała Zocha i już miała skupić się na swoim najszczęśliwszym wspomnieniu, gdy zobaczyła, że z różdżki Patrycji wypływa lekka mgiełka.
- Udało mi się! – zawołała czarownica. – Jest! W końcu udało mi się coś, jako pierwszej! – skakała z radości na jednej nodze. – Szkoda tylko, że nie był to cielesny patronus… - stanęła zakłopotana.

Zocha rzuciła się, aby ją wyściskać. Obydwie zwaliły się na butwiejące liście.
- Pyśka! Nie mogę się doczekać aż opowiemy o tym Ami! Ale się ucieszy! Gratulacje! – wrzeszczała czarnowłosa dziewczynka.
Paul zdecydował, że pogratuluje Patrycji zaraz po tym jak uratuje jej życie, ponieważ koleżanka wyraźnie dusiła się przygnieciona przez Zochę.

***

Ilona Jasińska nie za była bardzo zdziwiona, gdy Telimena wpadła do jej gabinetu z płaczem. Z tego co udało jej się ustalić została zamknięta w szafie przez Zochę Kowalską i Patrycję Michalską. Uspokoiła rozhisteryzowaną nastolatkę i odprowadziła ją do pokoju. Tam poczekała na swoje podopieczne, które miały wrócić przed kolacją.

Gdy Patrycja z Zochą weszły do pokoju zrozumiały, że mają przerąbane. Ich plan zakładał, że wypuszczą Telimenę i spróbują zmodyfikować jej pamięć. Wprawdzie żadna nie robiła czegoś takiego, ale stwierdziły, że należałoby poćwiczyć. Umiejętność rzucania takich czarów mogła im się kiedyś przydać, chociażby na klasówce z matmy (profesor mógłby zapomnieć, że mają ją pisać). Widok rozgniewanej pani Ilony uświadomił dziewczynkom, że ktoś wypuścił Telimenę, która zdążyła się poskarżyć opiekunce.

Jeden rzut oka w stronę koszy na śmieci rozwiązało sprawę. Patrycja zupełnie zapomniała, że tego dnia chimery chodziły po pokojach. Jacek, Wacek i Pankracek to były nazwy trzech ożywionych posągów, które miały za zadanie wyjadać śmieci z koszy. Pierwszy z nich preferował odpadki organiczne, drugi papier, a trzeci wszystko, co nie mieściło się w pozostałych kategoriach. Z Jackiem można było normalnie porozmawiać, ponieważ profesor od transmutacji przyłożył się do czaru. Jego chimera była smakoszem i uwielbiała raczyć dziewczynki opowiadaniem o smakach poszczególnych rzeczy. Wacek był mniej udany, burczał coś pod nosem i szatkował papier wielkimi zębiskami niczym niszczarka. Pankracek za to zaczarowany był przez jakiegoś ucznia i porozumiewał się ze światem gestami oraz chrząknięciami. Z jego manierami było na bakier i zawsze po jego uczcie trzeba było sprzątać. Widocznie chimery uwolniły Telimenę.
- Czy możecie mi wyjaśnić co się tutaj stało? – spytała się pani Ilona gniewnym tonem.
- Telimena chciała iść do Narni, ale widocznie zgubiła drogę – odpowiedziała błyskawicznie Zocha z miną niewiniątka.
- Mam z wami skaranie boskie – westchnęła opiekunka. – Do końca tygodnia macie szlaban na wychodzenie z pokoju!
- A na lekcje musimy chodzić?
- Musicie! – odwarknęła pani Ilona. – Jest prawie listopad, a nikt nie ma na koncie tyle szlabanów co wy! Przeproście koleżankę i jazda na kolację!

Telimena popatrzyła się na nią z niedowierzaniem malującym się na twarzy. Widocznie uważała, że to zbyt mała kara jak na to, co ją spotkało. Dziewczyny wyszczerzyły się do niej nieszczerze i wysylabizowały przeprosiny jakby była opóźniona umysłowo. Usatysfakcjonowało to opiekunkę, która wyszła z pokoju.
- Nawet ona cię nie lubi – oznajmiła głośno Zocha patrząc na Telimenę. – Przecież jest środa, a te dwa dni siedzenia w pokoju to pierdnięcie w oponkę.
Niska czarownica rzuciła się gwałtownie na łóżko i odwróciła się od niej ostentacyjnie plecami. Patrycja w ogóle się tym nie przejęła. Podeszła do biurka, wzięła zeszyt i zaczęła ponownie pracować nad swoim drzewem genealogicznym.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 27 – Tajemnica Hermiony


UWAGA, ROZDZIAŁ ZAWIERA SCENY POWSZECHNIE UWAŻANE ZA +18!

Wszystkie ustalenia, które poczynili w celi Severus z Sarą okazały się nietrafione. Zrozumieli to od razu jak tylko znaleźli się sami w gabinecie. Atmosfera była tak napięta, a oni tak podnieceni, że po kilku minutach znowu wylądowali na podłodze całując się jak szaleni. Severus musiał przyznać, że miło tak leżeć na dywanie trzymając w objęciach pół nagą kobietę. Sara błądziła palcem po jego ciele.
- To bez sensu – wyszeptała. – Nie damy rady z tym walczyć…
- Też tak sądzę – mruknął jej w ucho.
- Może umówmy się w ten sposób: najpierw seks, a później terapia?
- Jestem za.
- Muszę coś napisać w raporcie, a nie potrafię zmyślać – jęknęła.
- Gdybyśmy mogli się spotkać dwa razy w tygodniu... wtedy szybciej byśmy się sobą nacieszyli - stwierdził Severus i popatrzył się na nią znacząco.
- Dwa razy powiadasz? – spytała się Sara i zamyśliła się. – Gdybym napisała, że potrzebujesz intensywnej terapii…
- … ponieważ po odebraniu kawy i książek mam depresję i myśli samobójcze – podsunął Snape.
Sara popatrzyła się na niego z błyskiem w oku. Wstała i poprawiła sukienkę. Majtek nie założyła.
- To jest dobra myśl – oznajmiła sięgając po notatnik. – Mogło to by trwać przez jakieś dwa miesiące… Może udałoby mi się uzasadnić, dlaczego muszę przychodzić do twojej celi…
- Seks na materacu nie jest złym pomysłem, od podłogi ciągnie zimno, a ten dywan jest kiepską izolacją – stwierdził Severus i zapiął spodnie.

Psycholog zachichotała i popatrzyła się na niego figlarnie, po czym wróciła do notatek. Snape zauważył, że jej pismo jest proste, a litery wąskie i drobne. Każdy znak stawiała starannie i nie było problemu z rozczytaniem, tego co zanotowała. Poczuł się zadowolony z tego powodu, że mu zaufała. Wiedział, że Sara nie pokazuje więźniom swoich notatek. To mile połechtało próżność Severusa.
- Gotowe – oznajmiła Sara po kilku minutach. – Władze powinny szybko rozpatrzyć wniosek, będę ich nachodzić jęcząc, że to pilne – uśmiechnęła się do czarodzieja. – Podejrzewam, że wynik będzie pozytywny. Tutaj nikt się nie zna na psychologii i pewnie założą, że skoro coś napisałam to jest to prawda.
- Cieszę się – powiedział Severus i przyciągnął ja do siebie. – Czy możemy zacząć terapię po drugim razie?
- Hmmm, dzisiaj wyjątkowo – psycholog zamruczała z zadowolenia. – Za tydzień masz być grzecznym chłopcem…
- Uprawiałaś kiedyś seks na biurku?
Sara uśmiechnęła się do Severusa i posłusznie usiadła na meblu.

***

Dom pogrążony był w ciszy. Jedynym dźwiękiem, który psuł spokój było chrapanie Rona. Hermiona ostrożnie wyśliznęła się z łóżka, uważając, aby nie obudzić swojego chłopaka. Stąpając na palcach podeszła do biurka i delikatnie ujęła torebkę w dłonie. Z szybko bijącym sercem udała się do łazienki, gdzie zamknęła się i przez chwilę nasłuchiwała, czy nikt się nie obudził. Odpowiedziała jej cisza.

Ostrożnie wyjęła książkę Gawaina z torebki. Usiadła na zamkniętej klapie sedesu i położyła prezent na kolanach. Delikatnie wodziła palcami po okładce rozkoszując się jej dotykiem. Uwielbiała takie stare książki. Pochyliła się nad nią i powąchała. Do jej nosa doszedł zapach starych stronic i ulotny aromat perfum Gawaina. Hermionie zakręciło się od tego w głowie. Wiedziała, że gdyby uwarzyła teraz amortencję, te dwa zapachy na pewno dominowałyby w głównej nucie. To ją teraz najbardziej pociągało, tego najbardziej pragnęła.

Drgnęła, zaniepokojona dobiegającym z sypialni westchnieniem. Odczekała chwilę i gdy przekonała się, że wszyscy nadal śpią wróciła do rozmyślania o prezencie. Nie pokazała go dotychczas ani Ronowi, ani nikomu innemu. Nie wiedziała czy powiedzieć prawdę, czy skłamać. Cała sytuacja z Gawainem sprawiła, że miała mętlik w głowie. To było po prostu niemożliwe, aby coś do niej czuł! To ona zaczęła mieć jakieś dziwne ciągoty i wyobrażenia. Była Hermioną Granger, bohaterką wojenną, związaną z najlepszym przyjacielem Harry'ego Pottera. Nie powinna zachowywać się jak jakaś durna trzpiotka! Była zła sama na siebie: wiedziała, że kocha Rona, ale miała problem z opanowaniem się przy Robardsie. Nie powinna okłamywać swojego chłopaka, ale z drugiej strony wiedza o tym, co teraz przeżywa nie sprawi, że ich związek przetrwa długo. Ron miał spore kompleksy i oznajmienie mu, że kręci ją starszy facet o wyglądzie Richarda Gere'a będzie dla niego ciosem. Wizja rozstania się z miłością życia sprawiła, że w oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Hermiona złapała się za głowę, gdy pomyślała jak bardzo zawiedzeni będą Harry, Ginny czy pani Weasley, o reszcie rodziny rudzielców nie wspominając.  Nienawidziła siebie za to, że nie potrafiła przestać myśleć o Gawainie. Im bardziej się opierała tym częściej widziała w marzeniach jego twarz i czuła na skórze jego dotyk. Nienawidziła także tego, że nie potrafiła zapanować nad własnym ciałem. Ciągle rumieniła się na jego widok i czuła, że ma ochotę na bliższy kontakt fizyczny z szefem aurorów.

Hermiona stwierdziła, że musi coś zrobić, ponieważ zwariuje z powodu poczucia winy. Postanowiła wyciągnąć różdżkę. Tylko to da mi teraz odpowiedź - pomyślała. Bardzo cicho wypowiedziała czar i popatrzyła jak świetlista wydra biega po łazience. Westchnęła. Patronus nie zmienił się - to oznaczało, że nadal kocha Rona.

Wróciła na palcach do sypialni. Kładąc się koło niego poczuła, że jest zmęczona tym wszystkim. Ostatnio dużo czytała o związkach między kobietą i mężczyzną. Szukała odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Wiedziała, że po pewnym czasie zakochanie i chemia mijają. Nie sądziła jednak, że dzieje się to aż tak szybko. Jej związek z Ronem trwał ledwo półtora roku, nie powinna się nim znudzić po tak krótkim czasie. W niektórych książkach autorzy radzili, aby flirtować z innymi. Ponoć to dodawało pikanterii i scalało więź pomiędzy kochankami. Hermiona wiedziała, że gdyby spróbowała coś takiego robić z Gawainem, Rona szlag by trafił. Sama sobie nie ufała w tym momencie i czuła się, co raz bardziej zawiedziona samą sobą. Odczuwała silne poczucie winy przez to, że nie pociągał ją fizycznie jej własny chłopak. Wcześniej seks z nim był cudowny, ale odkąd zaczęła myśleć o Robardsie prawie straciła zainteresowanie tym tematem.

Przekręciła się plecami do rudzielca. Może tak naprawdę zbyt szybko się wszystko potoczyło? Kończyła dwadzieścia lat, Ron był jej pierwszym prawdziwym chłopakiem. Wcześniej wymieniła tylko kilka nieśmiałych pocałunków z Wiktorem. Nie było to zbyt przyjemne doświadczenie: obydwoje byli zdenerwowani i głównie zderzali się zębami. Może powinna zaszaleć zamiast wiązać się z Ronem na całe życie? Czyżby podświadomie chciała się przekonać jak wygląda seks z innymi? Szybko odgoniła takie myśli. To prowadziło prosto do zdrady, a ona uważała, że zaufanie i wierność to podstawa. Gdyby nakryła Rona na kontaktach fizycznych z inną to by jej świat się rozpadł. Nie mogłaby z nim dalej być, nigdy by mu nie wybaczyła. Tylko dlaczego sama miała ochotę na innego mężczyznę?

***

Przed przyjściem Harry'ego i Ginny na jej mini imprezkę urodzinową, Hermiona wyciągnęła prezent od Gawaina. Postanowiła, że nie będzie ukrywać książki przed światem. Nie miało to większego sensu i miała dość tajemnic. Przy okazji przypomniała sobie, że nie otworzyła prezentu od Robardsa z poprzednich urodzin. Rzuciła się do kufra, aby przeszukać jego zawartość. Paczuszka odnalazła się w jednej z bocznych kieszeni. Hermiona szybko ją rozpakowała i zobaczyła jak na jej dłoń wypada miniaturowy fałszoskop. Błyskawicznie pozbyła się go za pomocą różdżki. Tylko tego jej brakowało, aby odezwał się w najmniej spodziewanym momencie. Kilka minut później do jej pokoju wkroczył Ron.
- Wow! Od kogo dostałaś tę książkę? – chłopak stanął jak wryty na widok cennego prezentu.
- Od Kingsleya – odpowiedziała Hermiona udając obojętność. – Pamiętał o moich urodzinach.
- Przecież ona kosztuje majątek – stwierdził czarodziej. – Nie uważasz, że to trochę zbyt cenny prezent?
- Tak, starałam się jej nie wziąć, ale powiedział, że nie ma komu jej przekazać, a wie, że kocham alchemię.
- Ugh – Ron odchrząknął. – Myślałem, że to ja dam ci najlepszy prezent, ale widzę, że tego nie przebiję.

Hermiona podeszła do niego i przytuliła go. Chciała go pocieszyć i zaprzeczyć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Tę książkę dostała od Gawaina, trafił idealnie w jej gust, nie mogła wymarzyć sobie lepszego prezentu. Skarciła się w duchu za takie myśli. Kochała Rona, a Robardsa tylko pożądała. Powinna myśleć o swoim chłopaku, a o szefie Harry’ego zapomnieć. Tylko, że nie było to możliwe, skoro auror, co chwilę się z nią spotykał. Hermiona nie chciała przyjąć do wiadomości, że Gawain na nią leci. Uważała, że po prostu musiał ją polubić. Oscar Williamson twierdził, że jest pod wrażeniem jej umiejętności. To na pewno było to!

Ron odszedł od niej i zaczął grzebać w swojej torbie. Hermiona przyglądała mu się podejrzliwie. Miała nadzieję, że jej chłopak nie wyskoczy z czymś dziwnym. Ciężko byłoby jej teraz udawać, że się cieszy. Po chwili Ron był obok niej. Przystępował z nogi na nogę i wyglądał na podekscytowanego.
- Miałaś to dostać przy wszystkich, ale pomyślałem, że dam ci go teraz… - powiedział z nerwowym uśmiechem.
Wyciągnął zza pleców pudełeczko, które wyraźnie wskazywało, że zawiera biżuterię. Hermionie zabrakło tchu i zrobiło się jej niedobrze z przerażenia. Błagam, niech to nie będzie pierścionek zaręczynowy! Gdyby Ron jej się oświadczył nie wiedziałaby, co odpowiedzieć. Zamarła w pełnym napięcia oczekiwaniu. Chłopak otworzył prezent i wyciągnął złoty łańcuch, na którego końcu wisiała wysadzana wielkimi rubinami róża.
- Wszystkiego najlepszego z okazji dwudziestych urodzin! – zaświergotał rudzielec i wręczył prezent Hermionie.

Ta wpatrywała się z niedowierzaniem w biżuterię. Gdzie to będzie nosić? Czy to musi być takie wielkie? Przywołała na twarz krzywy uśmiech i popatrzyła się na swojego chłopaka.
- Dziękuję… eee… to jest bardzo ładne i takie… hmmm... oryginalne - wydukała.
- Wiedziałem, że ci się nie spodoba… - mruknął Ron i wyszedł z sypialni bez słowa.

Hermiona musiała sporo się namęczyć, aby pogodzić się ze swoim chłopakiem. Zamknął się w sobie i nie chciał w ogóle rozmawiać. Poszedł do kuchni i kazał przekazać pani Granger, że piecze tort. Hermiona pogratulowała mu w myślach. Znalazł dobry sposób, aby pilnowała ją jej własna rodzina i trzymała z daleka od niego. Dziewczyna postanowiła, że nie będzie naciskać. Nie to nie, prędzej czy później sam do niej przyjdzie. Dlatego zajęła się porządkami.

Harry z Ginny punktualnie zjawili się u niej w domu. Hermiona nie zapraszała nikogo innego, ponieważ bała się, że zbyt wiele osób przestraszy Suzanne. Zdecydowała się na domowy obiad, rozpoczęty zupą rybną, a zakończony kawą i tortem. Ron przez cały czas był dla niej miły, ale widać było, że odzywa się tylko, gdy musi. Hermiona dobrze się bawiła prosząc go ciągle o różne rzeczy. Chłopak zagryzał zęby, ale dalej grał w grę „udaję, że wszystko między nami w porządku”. Harry i Ginny od razu go rozgryźli i patrzyli się na niego z politowaniem.

Prezent od Gawaina wywołał wśród obecnych podziw. Hermiona brnęła dalej w kłamstwo, że otrzymała książkę od Kingsleya. Sama nie wiedziała, czemu to robi. Podświadomie czuła, że kontakty z szefem aurorów są złe i nie powinna się angażować. Wiedziała, że przyjęcie prezentu było błędem, ale zaszła tak daleko, że nie byłaby w stanie go zwrócić. Miała nadzieję, że sytuacja sama szybko się unormuje i będzie mogła wieść spokojne życie.

Dopiero po wyjściu Harry'ego i Ginny udało się przekonać Rona do rozmowy. Wytłumaczyła mu, że bardzo cieszy się z tego, że się stara, ale nie trafił w jej gust. Preferowała delikatną biżuterię, która nie była tak krzykliwa jak róża od Rona. Podejrzewała, że kupił ją z tego powodu, że była bardzo droga. Wspomnienia związane z brakiem pieniędzy ciągnęły się za rudzielcem, mimo że zaczął sporo zarabiać. Wydawał pieniądze na najdroższe ubrania nie patrząc, że były krzykliwe, niegustowne i nie potrafił ich ze sobą łączyć. Kupował tony jedzenia, którego nie znał, a które leżało w lodówce raz ugryzione, a następnie się psuło. Tak samo było z magicznymi przedmiotami: nabywał je tylko dlatego, że było go na nie stać. Hermiona próbowała z nim o tym porozmawiać, ale był to dla Rona wyraźnie drażliwy temat, dlatego po kilku razach przestała.
- Kup mi coś delikatniejszego, a ten wisior będzie idealny dla twojej mamy – poradziła i uśmiechnęła się do niego.
- No dobrze – mruknął. – Przyjdź po mnie do sklepu, gdy skończysz pracę w poniedziałek. Powiem George’owi, że muszę wcześniej wyjść i pójdziemy do jubilera. Wybierzesz sobie, co tylko ci się spodoba, a ja za wszystko zapłacę.
- Dobrze – Hermiona ucieszyła się i pocałowała go w nos.

***

Ministerstwo Magii powoli pustoszało. Większość czarodziejów i czarownic poszło już do domu. Hermiona kierowała swoje kroki w stronę biura aurorów. Była zła na Gawaina, że znowu chciał, aby przyszła do niego. Postanowiła, że to będzie ostatni raz i więcej się z nim nie zobaczy. Teraz nie mogła odmówić, ponieważ Robards dał jej do zrozumienia, że ma coś bardzo ważnego do powiedzenia. Może odkrył, kto ukradł wspomnienia Severusa?

Jej obcasy głośno stukały w podsadzkę i odbijały się echem po pustym korytarzu. Zazwyczaj nie nosiła takiego obuwia, ale tego dnia miała w tym cel. Wymyśliła w niedzielę jak poprawić swoje relacje z Ronem i wzbogacić ich życie seksualne. Plan obejmował spódnicę do kolan (na krótszą się nie odważyła), fikuśną bieliznę, pończochy, koszulę, buty na obcasie oraz prośbę po wizycie u jubilera, aby poszli do restauracji, a później do motelu.

Weszła do gabinetu Gawaina bez pukania, aby pokazać jak bardzo jest na niego zła.
- O co panu chodzi? Nie mam dzisiaj czasu na długie pogawędki! – oznajmiła od progu.
Szef aurorów nie poruszył się. Wpatrywał się w nią ze zdumieniem. Hermiona zobaczyła, że ogarnia wzrokiem całe jej ciało, od głowy do stóp. Poczuła, że po jej plecach przechodzi dreszcz podniecenia, gdy stwierdziła po jego minie, że spodobało mu się to, co zobaczył. Szef aurorów szybko opanował się i wstał zza biurka.
- Panno Granger, muszę z tobą koniecznie pomówić – oznajmił oficjalnym tonem.
- O  czym? – spytała się i zaczęła tupać z niecierpliwości nogą.
- O nas.

Hermionę zatkało. Jak to o nas? Ja mam chłopaka, a ty mógłbyś być moim ojcem! Gawain przybliżył się do niej, dziewczyna poczuła, że jej ciało nie może doczekać się kontaktu z nim.
- Chyba nie myślisz, że dałem ci tę książkę bez powodu? – spytał się i powoli wyciągnął ku niej rękę. – Szaleję za tobą od dawna. Jesteś inteligentną, czarującą, młodą kobietą. Nie spotkałem w swoim życiu takiej drugiej.
- Mam chłopaka! – odrzekła Hermiona dobitnie i odtrąciła jego rękę. – Myślałam, że to prezent na urodziny! Teraz widzę, że to była zapłata! Wobec tego oddam ją panu jutro! – mimo narastającego podniecenia, odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi.

Chciała jak najszybciej wybiec z pomieszczenia. Bała się, że zrobi coś, czego będzie żałowała. Ucieczka wydała się jej najlepszym wyjściem z sytuacji. Nie było jednak jej dane dojść do drzwi. Usłyszała, że Gawain rzuca zaklęcie i poczuła, że jej torebka, w której znajdowała się różdżka, wyrywa się jej i leci w stronę bardzo wysokiej szafy.
- Co to ma być!? – krzyknęła przerażona, jednocześnie patrząc jak jej jedyna broń zostaje w miejscu, w którym nie ma możliwości po nią sięgnąć.
- Biorę swoją zapłatę – powiedział Robards cicho i złapał Hermionę za rękę. – Jesteś moja! – warknął i wpił się brutalnie w jej usta.

Dziewczyna starała się wyrwać z jego uścisku. Czuła, że ma na niego ochotę, ale wiedziała, że umysł stoi ponad ciałem. Musiała się uwolnić ze względu na Rona! Nie udawało jej się to, ponieważ Gawain był od niej silniejszy. Przygwoździł ją całym ciałem do ściany i zaczął podgryzać jej szyję, jednocześnie jego dłonie trzymały jej ręce.
- Nie! Proszę mnie zostawić! – krzyknęła, ale wiedziała, że nikt jej nie usłyszy.
Domyślała się, że gabinet Robardsa był chroniony zaklęciami tak, aby żadne dźwięki nie wydostawały się na zewnątrz. Nagle auror puścił jedną jej rękę i wsunął swoją dłoń pomiędzy jej nogi. Jęknęła z zaskoczenia i rozkoszy.
- Nie myśl, że nie wiem, co do mnie czujesz – szepnął podczas drażnienia jej kobiecości. – Widziałem jak zachowujesz się w mojej obecności. Nie oszukuj się, pragniesz mnie!
- Nie prawda! – wydyszała Hermiona i spróbowała uderzyć wolną ręką Gawaina w twarz.

Błyskawicznie odchylił się i puścił ją. Upadła na podłogę i spojrzała się na swojego oprawcę.  Stał nad nią i wyglądał jakby napawał się faktem, że jest bezbronna. Hermiona oddychała z trudem z powodu zdenerwowania wymieszanego z podnieceniem.
- Tak nie będziemy się bawić panno Granger – oznajmił. – Zaraz sprawię, że będziesz błagała mnie o więcej!
Złapał ją, pociągnął do góry i rzucił w stronę biurka. Hermiona w ostatniej chwili oparła się o blat, aby nie upaść. Wtedy Gawain wyciągnął różdżkę i powiedział „Inkarserus”. Dziewczyna poczuła, że oplatają ją sznury. Robards kierował nimi i w ciągu kilkunastu sekund Hermiona została ciasno przywiązana plecami do blatu biurka.
- Proszę… niech pan przestanie – wychrypiała mając świadomość, że jej prośba nie zostanie spełniona.

Auror nie zwracał uwagi na jej słowa, podszedł i uwolnił jej włosy, które były zaplecione w warkocz. Następnie powoli zaczął rozpinać guziki jej białej koszuli mrucząc przy tym z zadowolenia.
- Sądzę, że trzeba pozbyć się stanika. Diffindo! – rozciął go zaklęciem i odrzucił za siebie. – Uwielbiam takie małe piersi uważam, że duże są zbyt wulgarne. Tylko inteligentni mężczyźni lubią takie. A ty masz cudowne, idealne do zabawy – pochylił się i zaczął je całować i lizać.
Hermiona poczuła, że robi się jej co raz bardziej gorąco. Nie mogła się pozbyć tej cząstki, która domagała się jak największego kontaktu fizycznego z Gawainem. Czuła zapach jego perfum, włosów i skóry. Zauważyła, że robi się co raz bardziej mokra. W akcie desperacji pomyślała o Ronie i to ją na chwilę otrzeźwiło. Muszę walczyć! – pomyślała. Zaczęła szarpać więzy z całej siły, ale nie mogła jednak nic zrobić. Liny były mocne, nie miała różdżki, a Robards ją miał. Pozostało jej modlić się o cud.

Auror całując ją posuwał się w górę i znowu zaczął ją całować w usta. Hermiona próbowała go ugryźć, ale nie udało się jej to. Gawain złapał ją za włosy i pociągnął boleśnie, drugą dłonią sięgnął pod jej spódnicę.
- No, no, no – zacmokał. – Myślałem, że jesteś grzeczną dziewczynką panno Granger. Kto by pomyślał, że chodzisz w pończochach? Wystroiłaś się tak na randkę?
Nic nie odpowiedziała. Poczuła, że wkłada rękę pod jej fikuśne majtki i zaczyna ją masować. Jęknęła, gdy poczuła nową falę ognia między nogami.
- Mówiłaś, że nie masz ochoty, a tak naprawdę jesteś bardzo mokra… – drwił Gawain i sięgnął wolną ręką po różdżkę. – Diffindo!

Bielizna zmieniła się w strzępy, które auror odrzucił na bok. Hermiona poczuła, że co raz bardziej pragnie, aby Gawain dokończył to, co zaczął. Miała ochotę zrzucić sznury i zatracić się w uścisku pełnym pożądania. Chciała poczuć jego skórę na swojej skórze, wdychać zapach jego perfum, poczuć w pełni smak pocałunków. Obraz Rona, który starała się utrzymać w myślach rozmył się i zniknął. Robards zobaczył pragnienie w jej oczach, ponieważ pochylił się i zaczął ją całować. Ich języki zaczęły tańczyć w idealnym rytmie. Hermiona była odurzona, nie wiedziała, że może być jej aż tak dobrze. Gawain oderwał się od jej ust i spojrzał na nią z lekkim uśmiechem. Powoli rozpiął spodnie i zsunął majtki, a Hermiona zaczęła drżeć z podniecenia. Jęknęła, gdy się o nią otarł.
- Proś! – rozkazał.
- Proszę… - jęknęła.
- Głośniej.
- Proszę!
- Przekonaj mnie.
- Błagam! – zaczęła szarpać się w więzach. – Chcę abyś to zrobił!
- Grzeczna dziewczynka – pochwalił ją i wszedł w nią. – Ale jesteś ciasna!

Hermiona zaczęła krzyczeć z rozkoszy. Ron nie był tak dobrze wyposażony, ani nie posiadał takiej techniki. Gawain potrafił doprowadzić ją na wyżyny doznań. Poddała mu się całkowicie. Nic nie istniało, tylko ona i on.
- Przyjdziesz… do… mnie… jutro… rozumiesz? – przy każdym słowie następowało pchnięcie. - Będziemy… to… robić… codziennie!
- Tak! Przyjdę! Przyjdę!
Gawain po tym zapewnieniu przestał się kontrolować. Złapał ją brutalnie za biodra i mocno pchał. Hermiona poczuła, że dochodzi.
- Aaaaach! – krzyknęła i otworzyła oczy.

 Ron patrzył się na nią ze zdumieniem.
- Niech mnie Godryk! Hermiono, dawno nie miałaś takiego orgazmu! – wydyszał.
- Tak, dawno… - stwierdziła dziewczyna i gdyby nie to, że była czerwona na twarzy to by się zarumieniła ze wstydu.
Właśnie osiągnęła jedną z najintensywniejszych rozkoszy, wyobrażając sobie, że Gawain zmusił ją do seksu. Ron zauważył, że coś jest nie tak, patrzył się na nią uważnie, jakby chciał odkryć, o czym myślała. Widocznie nie doszedł do żadnego wniosku, ponieważ uśmiechnął się i spytał, czemu miała zamknięte oczy przez cały czas, gdy się kochali. Hermiona zaczęła mieć wyrzuty sumienia: jak mogła się tak zatracić w fantazjach? Postanowiła, że zachowa tę tajemnicę tylko dla siebie.
- Skupiłam się na doznaniach. Następnym razem też spróbuj – wymruczała i przejechała dłonią po jego włosach.
Rudzielec kiwnął głową i położył się koło niej.
- Jestem niezły w te klocki skoro tak ci było dobrze – stwierdził z uśmiechem pełnym zadowolenia z siebie i po chwili zachrapał z miną wyrażającą błogość.

środa, 25 maja 2016

Przerwa!


Ogłaszam, że robię sobie małą przerwę od bloga. Przyczyną jest dobra pogoda, czyli innymi słowy, jadę za chwilę na działkę, gdzie czeka na mnie barak, woda i prąd. Pralki, kuchenki, komputera i internetu tam brak. Wyszło to dość nieoczekiwanie, więc nie napisałam wcześniej rozdziałów :(. Planuję wrócić za jakiś tydzień czy dwa (zależne od pogody i mojego zmęczenia wakacjami).

Postaram się wrzucić kolejny rozdział "Powojennego życia Hermiony G." 6 czerwca (poniedziałek), w czwartek 9 czerwca "Polską Szkołę Magii i Czarodziejstwa", a po tym wrócić do standardowego trybu dodawania.

Pozdrawiam i mam nadzieję, że nie zapomnicie o mnie!
Szczęśliwa Trzynastka

P.s. - czasem będę się logować przez telefon, aby odpisać na wiadomości i komentarze, więc jakby ktoś szukał kontaktu ze mną to proszę -> talienka2013@gmail.com