niedziela, 8 listopada 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 2 – Cudowny, wspaniały, jedyny i niepowtarzalny GLIZDOGON!

Poprzedni wpis na blogu pokazał wam jak na co dzień żyję. Wysyłaliście mi tyle e-maili z pytaniami kim jestem i prośbami abym opisał coś o sobie, że postanowiłem poświęcić temu osobny post. Aha, bardzo dziękuję tym którzy wysłali mi numery do poradni psychiatrycznych oraz dane swoich psychologów! Dbacie o mnie, jestem wdzięczny, kocham was!

Urodziłem się w rodzinie czystej krwi czarodziejów. Matka mnie uwielbiała… tak bardzo, że ojciec z zazdrości spakował manatki i uciekł z sekretarką.

Gdy zjawiłem się w Hogwarcie od razu wiedziałem, że będę KIMŚ. Zostałem przydzielony do Gryffindoru, ale ta stara czapka chciała mnie także mieć w Slytherinie. Nie mogłem się rozdwoić więc wybrałem ten pierwszy dom. Od razu znalazłem tam kumpli. James, Syriusz i Lupin błagali mnie na kolanach abym się z nimi przyjaźnił. Zgodziłem się, chciałem, aby mieli coś od życia i zasmakowali sławy w cieniu MNIE. Ha, ha, to były czasy. Czego my nie robiliśmy! Wymykaliśmy się ze szkoły, Remus bawił się w wilkołaka, a my w inne zwierzęta. Od razu zaznaczam, że miałem najlepsze oceny, ale w przeciwieństwie Lupina nie musiałem się uczyć. Patrzajcie jaki przaśny chłop ze mnie był:


Hmmm… wspomniałem, że ta ruda Lily Evans leciała na mnie? Przez pewien czas kręciliśmy ze sobą. Nawet wymyśliłem dla niej taką piosenkę, leciała jakoś tak:

„Nie brunetki, nie blondynki. Ja wolę rude!
Kilka drinków, dobry bajer. To nie będzie trudne.
Chociaż ludzie czasem mówią że rude są wredne
Ja nie wierze takim ludziom, ja nie wierze w takie brednie.”

Rozpaczała, gdy z nią zerwałem, potem się ogarnęła i wyszła za Jamesa.

Nie wierzycie? Macie tutaj dowód, to jest walentynka, którą mi przesłała w 6 klasie:



Tutaj zacznie się bardzo smutna historia. Ostrzegam! Weźcie chusteczki!

Syriusz, nasz wspaniały przyjaciel okazał się zdrajcą. Doprowadził do śmierci biednej Lily i Jamesa. Jak się o tym dowiedziałem to ogarnęła mnie taka wściekłość, że…. Argh! Wziąłem różdżkę i postanowiłem się z nim rozprawić. Dopadłem go na mugolskiej ulicy. Już mieliśmy się pojedynkować, gdy żal ścisnął me serce…

Nie zrozumcie mnie źle… jestem dzielny, mężny, wspaniały, potrafię latać na miotle do góry nogami bez trzymanki i przy okazji wygrywać hymn Mongolii na fujarce… Wspominałem, że mam Order Merlina Pierwszej Klasy? A, że wynalazłem w piątej klasie 12 sposobów na wykorzystanie smoczej krwi? Potem mi je gwizdnął Albus Dumbledore - a to podły kradziej!

O czym to ja…? A… jestem odważny i naprawdę chciałem pokonać Syriusza, ale w mojej naturze jest także dobroć i współczucie… Zapłakałem nad przyszłym losem mego dawnego przyjaciela i BUM!!!

Syriusz rozpizgnął wszystko w promieniu 20 metrów. Biedny, poraniony, bez jednego palca, ledwo żywy… skryłem się w kanałach… nikt nie mógł oglądać mej poparzonej przez zaklęcie twarzy… Kanałami trafiłem do Paryskiej Opery. Nałożyłem maskę na twarz… Nie poddałem się, nadal ćwiczyłem grę na pianinie, tam gdzie był potrzebny mój utracony palec wspomagałem się językiem. Później nauczyłem jakąś młódkę jak się śpiewa bo ona to, prawdę mówiąc, strasznie skrzeczała. Słyszałem, że grała w jakimś filmowym gniocie… Nazywało się to Smocze Jajca czy jakoś tak…


Wróciłem do Anglii i tam, kolejne BUM!!! Zostałem złapany przez wstrętną rodzinę rudych wypierdków. Wprawdzie karmili mnie, poili, pozwalali spać na miękkiej poduszeczce, ale zmuszali mnie do bycia szczurem na okrągło: w dzień i w noc! Dobrze czytacie! SZCZUR 24 NA DOBĘ, SIEDEM DNI W TYGODNIU. To już nawet korposzczury mają czasem wolne! Nabawiłem się traumy i zaczęło mi oko latać… Patrzcie, o tak!

Mrug, mrug, mrug.

Potem zostałem zabrany do Hogwartu gdzie czyhała na mnie wstrętna kreatura: krzyżówka kota z rozjechanym oposem. Takie to było krzywe, płaskie i śmierdziało. Przez to nabawiłem się drugiej traumy i zaczęło mi drugie oko latać. Dzięki temu mogę znowu mrugać nimi równo. O tak:

Mrug-mrug, mrug-mrug, mrug-mrug.

Uwaga! Teraz będzie drastycznie!

Okazało się że Syriusz uciekł z Azkabanu. No i umyślił sobie w tym głupim łbie, że musi mnie ukatrupić. Zgadał się z wilkołakiem Remusem. Musiałem uciekać! Jestem dzielny, mężny i wspaniały… ale wiecie, było ich dwóch więc to była niesamowita przewaga liczebna, macie tu dowód:

1 + 1 = 2
2 =/= 1
1 = śmierć na miejscu

Musiałem wybrać ucieczkę. Nie oceniajcie mnie źle, proszę!

Zacząłem podróżować, dotarłem do Albańskiej puszczy (nie wiedziałem, że taki kraj jak Albania istnieje) i tam medytowałem. Chciałem osiągnąć nirwanę albo oddać się pracy charytatywnej przy budowaniu gniazd dziubdziubów. Nie było mi to dane… Pewnego dnia, spotkałem małego przyjaznego duszka… czyli Voldemorta. No dobra, nie był przyjazny. Nie był mały. Zaczęliśmy rozmawiać i tak on do mnie mówi:

- Glizdogonie, nie zdajesz sobie nawet sprawy z tego, jak jesteś ważny. Dopiero zaczynasz odkrywać swoją moc. Przyłącz się do mnie. A ja dokończę twój trening i razem zaprowadzimy porządek w galaktyce!
- Nigdy się do ciebie nie przyłączę! – tak mu odpowiedziałem.
- Gdybyś znał tylko potęgę ciemnej strony… Albus Dumbledore nie powiedział ci nigdy, co się stało z twoim ojcem?
- Powiedział mi wystarczająco wiele. Uciekł z sekretarką!
- Fakt Glizdogonie… Ale potem go niedźwiedź zjadł w Kanadzie!
- Nie… nie… to nieprawda. To niemożliwe!
- Zaufaj swoim uczuciom. Wiesz, że to prawda. Zostałeś sam jak twój palec w szkatułce twojej zmarłej matki! Przyłącz się do mnie, a zostaniesz moim niewolnikiem, nianią, kucharką, praczką, sprzątaczką i okazjonalnie kozłem ofiarnym…

To była tak cudowna oferta, że nie mogłem odmówić. To znaczy, ten biedny mały duszek napełnił me serce taką ilością współczucia, że musiałem mu pomóc. Moje dobre, szlachetne wnętrze aż rwało się do bohaterskich czynów. A czymże to jest jak nie chęcią niesienia pomocy biednemu, niezrozumiałemu duszkowi ze skłonnościami do psychopatii? Razem odszukaliśmy Nagini, która jest wredną, syczącą parówą i która chyba wie, że jestem szczurem. To znaczy… że czasem zamieniam się w wyjątkowych okolicznościach w miłego i słodkiego szczurka…. Tak swoją drogą oglądaliście Ratatuja? Grałem tam główną rolę :D


O czym to ja…? A! Znaleźliśmy Nagini i dzięki jej jadowi Mój Pan został małym, słodkim brzdącem… który jest niezłym sadystą… ale może to tylko bunt dwulatka? Muszę zajrzeć na jakieś forum dla mamusiek. Tam na pewno znajdę odpowiedź… Chwilka… Nie, to nie bunt dwulatka - to kryzys wieku średniego.

Ale wróćmy do wspominek, ho, ho, tak, tak! Tyle się działo! W Albanii spotkałem Bertę Jorkins, Voldemort trochę się nią pozabawiał i dowiedzieliśmy się, że Barty Crouch Senior więzi Barty’ego Croucha Juniora. Nie pozostało nam nic innego jak przebrać się za cygankę z dzieckiem (bo Voldemort przybrał już postać oseska) i wyruszyć w podróż powrotną do Wielkiej Brytanii. Teraz siedzimy w Little Hangleton bo mojemu Panu sentymentów się zachciało. Pielgrzymki do domu swoich przodków uskutecznia… A ja cierpię łażąc po tej zapadłej wiosce z laptopem i szukając niezabezpieczonego hasłem internetu aby wysłać wam ten post! Widzicie jak się dla was poświęcam!?

P.s. – co sądzicie o tych śpioszkach? Będą się Voldusiowi podobać? Są takie słitaśne!

czwartek, 5 listopada 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 2 – Poszukiwań ciąg dalszy


Hermiona leżała na łóżku w ciemności. Między Wielką Brytanią a Australią było dwanaście godzin różnicy. Oznaczało to, że jej organizm myślał, że jest południe. Nie tylko z tego powodu nie mogła zasnąć. Zastanawiała się, co zrobić z listą podyktowaną przez informatorkę. Czy zadzwonić do tych par, czy jechać do nich? Jeśli to pierwsze, to co powiedzieć? Jak się przekonać, że to jej rodzice? Pozna ich po głosie? Co, jeśli się pomyli? A może zadać jakieś pytania dodatkowe? Tylko jakie? 

Następnym problemem był fakt, że tylko dwie z pięciu par mieszkały w Sydney. Pozostałe były w Canberze, Melbourne i w małym miasteczku pod Perth. Hermiona miała nadzieję, że jedna z nich to jej rodzice. Nie chciała się do tego przyznać, ale bała się, że cała piątka okaże się rozczarowaniem. Znowu strach – pomyślała. Miała go dosyć. Ostatnie miesiące to była ciągła trwoga o rodziców, przyjaciół, członków zakonu i powodzenie ich misji. Do tego wszystkiego dołączyły ból, zimno, samotność, rozczarowanie i strata. Albus, Moody, Fred, Syriusz, Lupin, Tonks, Zgredek, Lavender… a to tylko początek listy. Oczy dziewczyny zaszły łzami. Popatrzyła na pozostałe łóżka, z myślą, że szkoda, że nikt nowy do nich nie dołączył. Thierry z Ronem, mający tak samo, jak Hermiona problem ze zmianą czasu, postanowili pójść na dół do baru. Teraz zaczęła żałować, że została, aby zaplanować poszukiwania. Może Ron miał rację, że trzeba się wyluzować.

Uśmiechnęła się pod nosem. Ron coraz bardziej zaczął przypominać swojego ojca. Powiedział jej, że zamierza poznać mugolski świat, skoro są teraz razem. Chciał się dowiedzieć, jak żyje się bez magii. Dlaczego samoloty latają, do czego służy lodówka, co można kupić za funty i jak można podniecać się piłką nożną, która jest prymitywna w porównaniu do quidditcha. To wszystko to był jej dawny świat… Świat jej rodziców…
- To będzie długa noc – pomyślała Hermiona.

Po nieprzyjemnej nocy wstała koło południa. Czuła się strasznie - suszyło ją w gardle, jakby wypiła zbyt wiele wina poprzedniego wieczoru. Wszystko ją bolało i najchętniej zostałaby w łóżku. Mimo to zmusiła się do wstania i narzucenia na siebie bluzy. Zanim wyszła do łazienki, popatrzyła na śpiących chłopaków. Ron leżał na plecach, miał otwarte usta i chrapał, Thierry zakopał się w kołdrze i widać było tylko jego długie włosy na poduszce. Chyba będę musiała obudzić Rona i nie będzie to miła pobudka – pomyślała złośliwie Hermiona, idąc do toalety.

Ich śniadaniem i zarazem obiadem okazały się hot-dogi z obskurnej budki za rogiem. Siedząc na plastikowych krzesłach przy plastikowym stole, żuli bułki, które przypominały kapcia, a parówki smakowały jak zmielony troll z maczugą.
- Bleee, co za świństwo… już twoje grzyby i przypalone ryby były lepsze – mruknął Ron. Po pobudce czuł się gorzej niż Hermiona, ponieważ miał dodatkowe powody, aby jego organizm się buntował. – Niepotrzebnie piłem to mugolskie piwo…
- Jedz i nie wybrzydzaj – warknęła Hermiona. 

Była zła na Rona. Świtało, gdy w końcu udało jej się zasnąć, ale nie dane jej było spać długo. Chłopaki wrócili, śpiewając jakąś przyśpiewkę piłkarską, cuchnący alkoholem, papierosami i zielskiem. Chcieli dalej imprezować w pokoju, ale Hermiona rozgromiła towarzystwo, używając do tego najgorszego repertuaru przekleństw zapożyczonych od swojego chłopaka. 
- Na nic lepszego nas nie stać. Poza tym przypominam panie-lubię-sobie-wypić-z-dopiero-co-poznanym-wierszokletą, że mamy coś do roboty!
- Ale on stawiał… - zaczął Ron żałośnie.
- No tak, to tłumaczy wszystko… - Czarownica powiedziała z ironią.

Dokończyła hot-dogo-podobnego stwora. Wyjęła kartkę z numerami z torebki i wstała od stołu.
- Idę dzwonić!
- Poczefaj... Ejmiono… - powiedział Ron na tyle, ile pozwoliły mu zapchane resztką bułki usta. Zerwał się z krzesła i pobiegł za nią. – Idę z tobą!
Drżącymi rękami wybrała numer pary z Sydney. Pierwszy sygnał… drugi sygnał… trzeci sygnał… Proszę, odbierzcie!
- Halo? – Hermiona usłyszała męski głos. Czy to był głos jej ojca?
- Dź… dź... dzień dobry! – wydukała z trudem, ale szybko się opanowała po tym, jak wzięła głębszy oddech. – Czy dodzwoniłam się do państwa Moniki i Wendella Wilkins?
- Taaaaa… - odparłmężczyzna niezbyt grzecznie. 

Hermiona pomyślała, że to raczej nie jest jej ojciec. On nigdy by tak nie odpowiedział nikomu.
- Czy są państwo dentystami i pochodzą państwo z Anglii?
- Nie! – warknął. – Urodziliśmy się z żoną tutaj! Co to w ogóle za pytanie?
- Ach, to bardzo dziękuję… nie państwa szukałam… – wyszeptała. 
Wendell Wilkins się rozłączył. Hermiona powoli odłożyła słuchawkę i wciągnęła powietrze do płuc. Wdech – wydech.
- Pudło? – zapytał zmęczonym głosem Ron.
- Tak, dzwonię dalej – odpowiedziała Hermiona. - Znajdę ich, chociażbym miała przeszukać całą Australię wzdłuż i wszerz.
- Do boju moja miłości!
- Och, Ron! – serce Hermiony roztopiło się pod wpływem wyznania jej skacowanego chłopaka. Odwróciła się i pocałowała go namiętnie.
- Mhhhhmmm… Hermiono… - wydyszał z rumieńcami na twarzy, po czym odskoczył od niej i wydalił w krzakach swój posiłek.
- Żałosne – mruknęła zdegustowana czarownica, wyjęła z torebki chusteczki, rzuciła je mężczyźnie swojego życia i zabrała się za dzwonienie.

Hermiona totalnie się rozkleiła. Wyła w ramię Rona, a ten głaskał jej puszyste włosy. Kiedy zaczęła płakać, zmieszany Thierry wymamrotał coś o pilnej potrzebie udania się w jakimkolwiek kierunku i opuścił towarzystwo. Tama wszystkich jej negatywnych uczuć pękła i wypuściła wielką rzekę łez. Zadzwoniła do wszystkich par, do jednej musiała dzwonić co godzinę, bo nie odbierali. Jednak nikt się nie przyznał do bycia dentystami i anglikami.
- Hermiono… kochanie… to nie koniec świata, znajdziemy ich – powiedział Ron, starając się ją pocieszyć. Jedyną odpowiedzią był jęk i dalszy płacz. – Sama mówiłaś, że ta kobieta z Canberry miała angielski akcent. Pomyślałaś, że może… oszukała cię?
- Buuuuuuuuuu!
- Może nie chcieli powiedzieć prawdy… może, gdy rzucałaś zaklęcie, zagnieździłaś w ich umysłach pomysł, że mają trzymać się z dala od obcych…
- Buuuuuu!
- Może pomyśleli, że nie powinni być dalej dentystami… albo nie mogli znaleźć pracy w swoim zawodzie i są… no nie wiem… nauczycielami?
- Buuuu!
- Kochanie! Weź się w garść! – Ron delikatnie nią potrząsnął. – Nie znaleźliśmy horkruksów płacząc!
- Ronaldzie Weasley! Jesteś nieczułym dupkiem! – uderzyła go pięścią w ramię.
- Ała! Taka prawda!
- Co ja mam robić? Co ja mam robić? – Hermiona mamrotała nerwowo pod nosem.
- A bo ja wiem… - Ron zadumał się. - Można by włamać się do jakiegoś urzędu, przejrzeć akta… chyba mugole coś takiego mają?
- Mają.
- To co? Robimy wejście jak u Gringotta?
- Nie – prychnęła Hermiona. – To, że mugole nie używają magii, nie znaczy, że łatwiej się dostaniemy do akt Ron!
- To nie wiem! – powiedział urażonym tonem. – Nie to nie, ty jesteś od myślenia!
- Wyobraź sobie, że tym razem nie mam ani jednego pomysłu! – zapiszczała Hermiona. 

W Ronie coś się zagotowało, stwierdził, że w tym momencie to on musi się wykazać jako mężczyzna.
- Skoro nie masz pomysłów, to tym razem ja decyduję… idziemy pod adres każdej z tych par! – oznajmił zaskoczonej dziewczynie.
- Ale…
- Nie ma ”ale” Hermiono! Teraz ja decyduję, aż zaczniesz być sobą. Jutro rano dowiadujesz się, jak się do nich dostać i idziemy się z nimi zobaczyć!
Hermiona popatrzyła na Rona zdumionymi oczami. Widziała jego zdecydowaną postawę, zacięty wyraz twarzy, ledwo widoczny cień dumy, że coś postanowił. Rzuciła mu się na szyję ze szlochem, ale tym razem był to płacz ze szczęścia.
- Ron! Kocham Cię!
- Ja ciebie też, moja sklątko tylnowybuchowa…
- Ron!

***

Stali w dzielnicy domków jednorodzinnych. Pod pierwszym adresem znajdował się jasny budynek z jednym piętrem. Wszystko było w nim proste, zero ozdób, żadnej skomplikowanej formy. Gładki beton, szkło, tylko drzwi do garażu i domu były drewniane. W malutkim ogródku rosły niskie palmy. Hermiona powoli podeszła do drzwi.
- Nie sądzę, aby moi rodzice mogliby zamieszkać w takim klocu – szepnęła do Rona, przypominając sobie angielską zabudowę.
- Trzeba spróbować – odpowiedział. – Dzwoń!

Zadzwoniła. Usłyszeli szczekanie psa, a następnie czyjeś kroki. Wstrzymali oddechy… Chuda murzynka w markowych ciuchach otaksowała ich pogardliwym spojrzeniem.
- Taaaaaaaaak? – spytała, wkładając w swój ton głosu jak najwięcej dystansu i chłodu.
- Czy tu mieszkają państwo Monika i Wendell Wilkins?
- To ja. O co chodzi?
- Och! – wyrwało się zaskoczonej Hermionie. – My…
- …prowadzimy kampanię na rzecz uwolnienia skrzatów domowych, które są niewolnikami czarodziejów. Czy jest pani zainteresowana rozmową o tym? – wtrącił szybko Ron z obłędem w oczach i wielkim uśmiechem na twarzy.
- Nie gadam z wariatami! – krzyknęła murzynka i zatrzasnęła gwałtownie drzwi.
- Ron! Co ci do głowy strzeliło, aby wyskakiwać z takim pytaniem!? – wrzasnęła Hermiona, gdy szli, poszukując miejsca, gdzie można bezpiecznie się teleportować.
- No co? Chciałem się jej pozbyć, skoro już się dowiedzieliśmy, że to nie twoja mama – odpowiedział urażonym tonem Ron. – Przebywanie z tobą uświadomiło mi, że ludzie kiepsko reagują na W.E.S.Z., więc spróbowałem od tej strony…
- Ron, przysięgam Ci, że jeszcze jeden taki wyskok, a rzucę na ciebie urok!
- Oj tam, oj tam…

Kolejną parę z listy odnaleźli w białym domku szeregowym na pochyłej ulicy. Nad wejściem był daszek z falistej blachy, a w oknach wisiały żaluzje. Ten dom bardziej pasował do anglików. Hermiona nacisnęła guzik, czując, jak szybko bije serce w jej piersi. Zacisnęła palce na ręce Rona. Rozległ się odgłos otwieranych drzwi. Serce jej zamarło, ponieważ dostrzegła znajomą sylwetkę... ale to nie był jej ojciec. Mężczyzna miał bardzo podobną posturę i włosy, ale to jednak nie był on.
- Dzień dobry! Szukamy Moniki i Wendella Wilkins – zaczęła z nadzieją w głosie Hermiona. Może to tylko ich australijski znajomy?
- Witam – odparł nieznajomy. - Tak, mieszkam tutaj z żoną, o co chodzi?
- O boże, to nie oni – jęknęła Hermiona.
- Słucham panienko?
- Bardzo przepraszamy za najście! – odezwał się Ron, łapiąc Hermionę w pasie. – Szukamy kogoś o takim samym imieniu i nazwisku jak pan.
- Przykro mi młodzieńcze, nie znam nikogo innego, kto się nazywa jak ja. Ale życzę wam powodzenia – mężczyzna spojrzał na rozczarowaną Hermionę. – Będę trzymał kciuki, abyście ich znaleźli.
- Dziękujemy!
- Znowu pudło – powiedziała zrezygnowanym głosem Hermiona. – To nic nie da… to nic nie da…

Osunęła się na chodnik,  Ron usiadł obok niej. Sytuacja wydała im się beznadziejna. Rudzielec stwierdził, że to dobry moment, aby spróbować namówić czarownicę na swój poprzedni pomysł:
- To co? Włamujemy się do urzędu?
- Nie wiem, czy to coś da – powiedziała Hermiona, przygryzając wargę.
- Więc zostaje sprawdzenie pozostałych trzech par… jeśli okaże się, że to nie oni, to idziemy grzebać w aktach.
- No dobra… - zgodziła się niechętnie i wyjęła kartkę z adresami. – Najbliższa para znajduje się w Canberze. To stolica Australii, raczej nie możemy się deportować, bo nie wiemy, gdzie wylądujemy… Trzeba iść po rzeczy do hostelu i poszukać jakiegoś autobusu czy pociągu.
- Pociąg brzmi nieźle – powiedział z uśmiechem Ron. – Jedziemy!

***

Pociąg ruszył, najpierw powoli toczył się po torach, ale szybko nabrał prędkości. Wyjechał ze stacji akurat wtedy, gdy zdyszana Hermiona wbiegła z Ronem na peron.
- Cholera! – krzyknęła tak głośno, że ludzie stojący w pobliżu popatrzyli się na nią z zainteresowaniem. – To był ostatni pociąg!
Droga na stację kolejową wydłużyła im się, ponieważ najpierw Thierry nie chciał ich puścić, dopóki nie dostał ich adresów (Rona domowy, a Hermiony e-mail). Następnie autobus, którym jechali, utknął w korku, który powstał z powodu wypadku na trasie. Para czarodziejów postanowiła nie teleportować się w dużym, nieznanym mieście, ponieważ nie mieli pewności czy ktoś ich nie zobaczy. Poskutkowało to dużym opóźnieniem i koniecznością zmiany planów.
- Co robimy? – spytał się Ron. – Może jednak teleportujemy się do Canberry? – dodał cicho, pochylając się nad głową Hermiony.

Dziewczyna nie odpowiedziała, zamknęła oczy i dumała nad ich położeniem. Owszem, mogli użyć magii, ale było to zbyt ryzykowne… Mogli sprawdzić, czy są jakieś autobusy, ale sama w to wątpiła. Było już późno, raczej niczego nie znajdą. Najprawdopodobniej musieli wrócić do hostelu. Podejrzewała, że Thierry się ucieszy i z chęcią zaciągnie ich do baru. Gdy odchodzili, wspomniał coś, że dali mu natchnienie. Miała nadzieję, że nie znajdzie się na kartach książki niskich lotów.
- Te, dzieciaki… pociąg wam uciekł? – podszedł do nich niepozorny, niski mugol. Palił papierosa i przypatrywał się im uważnie. – Jak chcecie, podwiozę was do Canberry.
- Super! – zawołał uradowany Ron. – Hermiono! Zobacz, jakie mamy szczęście!

Hermiona była bardziej sceptyczna. Mężczyzna miał w sobie coś… niepokojącego. Jego ubrania, tak jak sama fizjonomia, były bezbarwne. Wszystko, od włosów po buty było w odcieniach brązu, beżu i szarości. Jasne oczy patrzyły się na nią w sposób, który Hermionie przypominał wzrok Fenrira Greybacka. Wilkołaka, który chciał jej rozerwać gardło…
- Bardzo dziękujemy, ale poradzimy sobie – powiedziała i pociągnęła Rona za rękę. – Wracamy do hostelu!
- A-ale Hermiono! – wyjąkał zaskoczony Ron. – Ten mug… pan nas podwiezie!
- Dzieciaki! Nie zedrę z was! I tak miałem jechać do stolicy – mężczyzna poszedł za nimi. – Wiecie, głupio tak samemu… przyjemniej po nocy grzać po trasie, gdy się ma kompanów obok… Kopsniecie dziesiątkę i będziemy kwita! Zawiozę was pod same drzwi, gdziekolwiek chcecie jechać!
- Nie jesteśmy zainteresowani! – odpowiedziała piskliwym głosem Hermiona.
- O nie! Tym razem ja decyduję! – Ron zatrzymał swoją dziewczynę i złapał ją w pasie. – Pojedziemy z tym mug… khem, panem. On chce mniej kasy, niż wyniosą nas bilety! Za to kupimy sobie porządne śniadanie!

Hermiona jęknęła na wspomnienie tego, czym ostatnio się żywili. Była pewna, że jej żołądek będzie dochodził do siebie przez miesiąc po powrocie do Anglii przez to tanie, syfiaste żarcie, które kupowali w obdrapanych budkach. Z drugiej strony nie ufała temu mężczyźnie. Za to Ron wydawał się zadowolony z tego, że podjął kolejną decyzję.
- Richie jestem... – mugol przywitał się, ściskając im ręce. - Nie patrz się tak na mnie panienko – dodał, widząc nieufny wzrok Hermiony. – Nie zrobię wam krzywdy! Wprawdzie mój gruchot nie jest limuzyną, ale jest sprawny, dojedziemy do Canberry w trzy godzinki, zaoszczędzicie pieniążki, pogadamy… zakumplujemy się… - poklepał Rona poufale po plecach. – To, co kolego? Dogadujemy się? Dziesiątka pasi?
- Pasi – powiedział Ron, zachwycony, że łapie mugolski slang, po czym zwrócił się do swojej dziewczyny. – Daj pieniążki naszemu nowemu koledze...
- Nadal nie jestem przekonana… - mruknęła Hermiona pod nosem, grzebiąc w torebce.
- Oj daj spokój! Będzie dobrze! Przecież jak ja mówię, że będzie dobrze, to będzie, nie? – Ron powiedział z uśmiechem.

***

Ron przestał się uśmiechać, zamiast tego na jego twarzy malowało się przerażenie. Mylił się i to bardzo. Nie było dobrze, było bardzo źle. Richie zatrzymał się na jakimś odludziu, mówiąc, że samochód złapał gumę. Gdy wszyscy wysiedli, wyjął nóż, kazał swoim pasażerom oddać pieniądze i wszystkie kosztowne rzeczy. Złowrogi błysk w jego oczach wskazywał, że wcale nie żartuje.
- No laluniu, sięgaj do swojej torebeczki i dawaj pieniążki… - powiedział nabrzmiałym z emocji głosem. – Dawaj wszystko!

Hermiona drżącymi rękami otworzyła swoją koralikową torbę, szukając portfela. Schowali z Ronem swoje różdżki w wewnętrznych kieszeniach kurtek i nie mieli czasu, aby po nie sięgnąć. Długi nóż mężczyzny mógł w każdej chwili pchnąć ją lub jej chłopaka, jeśli zrobią nieostrożny ruch.
- Ooooch tak laluniu… Gdybyś jechała sama, to jeszcze bym skorzystał z twoich wdzięków… - wychrypiał rzezimieszek, oblizując się lubieżnie. – STÓJ TAM, GDZIE STOISZ RUDY ALBO POTNĘ JEJ BUŹKĘ!!!! – ryknął, gdy Ron poruszył się pod wpływem złości na jego ostatni komentarz. – Jeśli będziecie grzeczni, to zostawię was tutaj i kiedyś ktoś was znajdzie! A jak nie, to zaszlachtuję jak świnie!
- Mam! Mam portfel! – krzyknęła Hermiona.
- DAWAJ GO! – Richie wyciągnął lewą rękę po łup, ponieważ w prawej ciągle trzymał nóż.

W tym momencie Hermiona rzuciła ciężki, pełny monet portfel w twarz złodzieja. 
– Ałaaa! – ryknął zbir i złapał się za nos, lekko się pochylając.
Ron nie czekał, aż złodziej się wyprostuje, miał długie nogi - na tyle długie, aby trafić stopą w dłoń trzymającą nóż.
- JUŻ PO WAS!!! – ryknął Richie, starając się złapać narzędzie zbrodni, które leżało teraz z metr od niego.
- Drętwota!!!

Rabuś padł jak rażony gromem. Ron z Hermioną popatrzyli na siebie. Obydwoje trzymali różdżki, celując nimi w mężczyznę. Ich oddechy powoli zwalniały i zaczynali się rozluźniać. W końcu obezwładniony mugol nie miał szans z czarodziejem z różdżką, a co dopiero z dwojgiem. Ron podbiegł do leżącego noża, po czym rzucił go daleko w krzaki. Hermiona podeszła do samochodu i wyjęła plecaki, cały czas zerkając nieufnie na leżącego Richiego.
- Co robimy? – spytała się Rona.
- Możemy zabrać mu samochód i pojechać dalej.
- Nie mamy prawa jazdy – jęknęła dziewczyna. – Poza tym to nie fair go tu zostawić, kto wie, kiedy ktoś go znajdzie…
- Hermiono! Ten gość chciał nas okraść albo i zabić! Nie wspominając, co o tobie mówił! – krzyknął wstrząśnięty Ron.

W głowie rudzielca od zawsze było przekonanie, że mugole to nieszkodliwe osobniki. Głupie i niezdolne zagrozić czarodziejom, a teraz na własnej skórze przekonał się, że to nieprawda. Przypomniał sobie, co kiedyś Harry i Dean mówili o broni zwyczajnych ludzi, takiej co zabijała tak szybko, jak Avada Kedavra. Oblał go zimny pot, gdy pomyślał, co by było, gdyby Richie ją wyciągnął i im groził.
- Odczarujemy go i teleportujemy się do Canberry – oznajmiła Hermiona po chwili milczenia.
- Ale… - zaczął Ron.
- Nie możemy teraz niczego innego zrobić! Nie zostawimy go tutaj, nie możemy go oddać w ręce policji… już i tak złamaliśmy zasadę tajności! 
- No dobra… daj mi chwilę… - powiedział Ron, po czym podbiegł szybko do mężczyzny i kopnął go z całej siły. – TO ZA MOJĄ DZIEWCZYNĘ, GNIDO! TO ZA OSZUSTWO! TO ZA KRADZIEŻ! TO… - ostatni z serii kopniak nie został wymierzony, ponieważ Hermiona złapała go i odciągnęła na bok.
- USPOKÓJ SIĘ! CO TY DO CHOLERY ROBISZ!? – krzyknęła.
- Teraz wiem, że ma nauczkę na przyszłość – powiedział Ron z zawziętym wyrazem twarzy. – Łapmy plecaki i uciekajmy.
- Ale Ron…
- Liczę do trzech! Jak się nie pośpieszysz, to przywalę mu jeszcze kilka razy! 

Założyli plecaki na plecy, złapali się za ręce, po czym Hermiona odczarowała Richiego i z głośnym trzaskiem teleportowali się pod trzeci adres z listy. Wpadli na pojemnik na śmieci, który przewrócił się razem z nimi, robiąc przy tym hałas. Hermiona szybko zerwała się na równe nogi. Ron zrobił to samo, przy okazji ustawiając kosz w pozycji pionowej. Posesja, na której się znajdowali, była słabo oświetlona, widać było tylko blade światło latarni, która ginęła w gałęziach jakiegoś iglastego drzewa. Gdzieś w sąsiedztwie szczekał pies. Zanim zdążyli naradzić się co dalej robić, zapaliło się światło przed domem i wyszedł szczupły mężczyzna w szlafroku.
- Co wy tu robicie!? – krzyknął.

Hermiona poczuła, że ciężko jej oddychać. Ten wzrost, ta postura, te włosy, oczy… To był jej ojciec. Znaleźliśmy ich! Znaleźliśmy! – krzyczał głos w jej głowie.
- Tato!
- Słucham? – spytał zaskoczony Wendell, patrząc na nieznajomych. – Chyba coś ci się pomyliło dziewczyno, nie jestem twoim ojcem.
- Bardzo przepraszamy – powiedział szybko Ron, podchodząc do mężczyzny. – Uciekaliśmy przed rabusiem, zaatakował nas i groził nam nożem! Czy możemy skorzystać z telefonu?

Ojciec Hermiony stał, nie wiedząc, co ma zrobić. Patrzył to na Hermionę, to na Rona. Dziewczyna wyczuła, że nie jest przekonany. Nie dziwiła mu się, było dawno po północy, a dwoje przestraszonych nastolatków oświadczyło, że potrzebuje pomocy. Wiedziała, że muszą wejść do środka, aby mogła rzucić zaklęcie, które zdejmie poprzednie. Postanowiła działać.
- Bardzo pana prosimy… nie mamy gdzie się podziać. On obiecał, że nas podwiezie i… i… chciał nam zrobić krzywdę... Proszę… - ostatnie słowo powiedziała, łkając. 
Nie mogła dłużej powstrzymywać łez. Sama nie wiedziała, czy są oznaką radości, ulgi czy strachu. Podejrzewała, że wszystkiego na raz.
- Nooooo dobrze… - powiedział niechętnie Wendell, po czym odwrócił się i poszedł w stronę drzwi wejściowych. – Chodźcie za mną. Zadzwonię po policję, pewnie przyjedzie po was patrol i złożycie zeznania na komisariacie. Tylko tyle mogę dla was zrobić w tej chwili.

Ulga Hermiony była prawie namacalna, gdy na drżących nogach poszła za swoim ojcem. Ron objął ją ramieniem i pocałował w skroń. Popatrzyła się na niego, a on uśmiechając się do niej, starł łzę z jej policzka. Gdy weszli do domu, zobaczyli, że Wendell podchodzi do telefonu stojącego na stoliku przy szafie. Zaczął wybierać numer, gdy Hermiona wyciągnęła różdżkę i szybko wypowiedziała odpowiednie zaklęcie. Oczy mężczyzny otworzyły się szeroko ze strachu. Przez sekundę Ron z Hermioną bali się, że zaklęcie nie podziałało. Popatrzyli się na siebie po czym…
- Her - Hermiona! – ojciec dziewczyny podskoczył do niej, upuszczając po drodze słuchawkę telefonu, z którego dobiegało nawoływanie dyspozytorki. Wziął córkę w ramiona i przytulił mocno. – Maleńka, co ty nam zrobiłaś?
- Tato! Och, tato… musiałam… wybacz mi – mówiła głosem drżącym od łkania. – Nie chciałam… aby Voldemort… was dopadł… musiałam… przepraszam…
Tulili się do siebie, zapominając o całym świecie. Ron podszedł do słuchawki, rzucił krótkie „nieaktualne” i ostrożnie odłożył telefon na swoje miejsce.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 2 - Wakacyjne plany Angeli


Mieszkańców wsi Sarny Duże od dawna intrygowała ta dziwna, starsza pani. Przychodziła co niedzielę do kościoła na ostatnią mszę, zawsze w czerni. Jej ubiór zdradzał zamiłowanie do ekstrawagancji. Nie jedna wiejska baba mówiła, że nigdy nie ubrałaby się w to coś co przypomina szlafrok. Dzieci mówiły, że przypomina to bardziej pelerynę czarodzieja, ale kto by się słuchał najmłodszych - im tylko zabawa w głowie. Kobieta nigdy nie rozmawiała z żadnym mieszkańcem wsi, modliła się tylko żarliwie i gorąco. Nie chodziła do spowiedzi więc nawet ksiądz nie wiedział co jej w duszy gra. Jednakże działo się to przez tyle lat, że starzy mieszkańcy Saren Dużych przyzwyczaili się do tego widoku, tylko dla dzieci było to dziwne. 
- Babciu, kto to jest? - spytała się kiedyś mała Agatka nie wiedząc, że wskazywanie palcem jest niegrzeczne. – Czy ona mieszka w naszej wsi? 
- Nie wnuczko – odpowiedziała Babcia Agatki. – Jest ze wsi Sarny Mniejsze.
- A czemu jest ubrana tak dziwnie?
- Nie wiem wnusiu. 
- Jak ona to robi, że się nie starzeje? – Wtrąciła Babcia małego Józia. – Pamiętasz Halino, że ona tu się kręciła gdy my byłyśmy pannami na wydaniu, a wyglądała na starszą od nas? Przecież musi mieć ze sto lat!
- Gadasz głupoty Stanisławo! Pamiętaj, że oni w Sarnach Mniejszych to wielcy panowie! Zawsze mieli bogate stroje. Pewnie jeździ do miasta wydawać pieniądze na te... Pani kochana... jak to się nazywa? Operacje plastikowe?
- Plastyczne, program w telewizji o tym oglądałam – odpowiedziała Babcia małego Józia. – Pewnie ją stać, dla mnie to wyrzucenie pieniędzy w błoto, lepiej kupić nowy traktor.
- Pewnie o to chodzi, niemożliwe by miała tyle lat. Ciekawa jestem co się stało z tymi dziećmi co to z nimi przychodziła do kościółka…
- O tak pamiętam! Dwie dziewczynki i chłopiec. Ta pierwsza była taka ładna, te jasne włoski! Ale mówiła jakoś dziwnie, kiedyś przed nimi stałam. Tak mocno „r” wymawiała. Pomyślałam sobie, że zza granicy jest. Była dużo starsza niż rodzeństwo. Ten chłopiec wyglądał jak aniołek, taki grzeczniusi był. Najmłodsza – słodkie dziecko. Ciekawe czyi oni byli, bo ona to za stara na matkę…
- O tak, tak, pamiętasz? My zadzwoniliśmy po policjanta Maruszkiewicza aby sprawdził co się z dziećmi dzieje. Powiadał potem, że za granicę gdzieś ich wysłali do rodziny. Wyobrażasz sobie Stanisławo? Takie małe dzieci… - głos Babci małej Agatki załamał się pod wpływem wyobrażeń o cierpieniach jakich doznaje samotna dziewczynka i chłopiec z dala od domu. 

Najstarszej dziewczyny nikt nie żałował, ponieważ na oko miała z piętnaście lat to na pewno sobie poradziła.
- Gdyby Józia mój syn z synową chcieli wysłać gdzieś samego to bym się zamknęła z nim w stodole! – Krzyknęła starsza kobieta wymachując dodatkowo zaciśniętą pięścią aby nikt nie śmiał wątpić w jej słowa. - Widłami bym kuła każdego kto by chciał się zbliżyć!
- Straszne, to powinno być zakazane! Ale nie od dziś wiadomo, że ci z Saren Mniejszych to dziwacy, pewnie to przez te pieniądze…
Tak właśnie rozmawiały baby wiejskie, jednakże żadna nie odkryła kim jest kobieta w czerni. Obiekt ich obgadywań jak zawsze wyszedł z kościoła nie odpowiadając na zaczepki. Skierowała swoje kroki do pobliskiego lasu. Wchodząc do niego sięgnęła do wewnętrznej kieszeni „szlafroka” gdzie czekała na nią różdżka. Wypowiedziała cicho zaklęcie. Chłopcy, którzy od miesiąca próbowali ją śledzić znowu przypomnieli sobie, że muszą koniecznie odrobić lekcje zadane na przyszły tydzień, zapominając o pierwotnym celu.
- Ich rodzice powinni mi podziękować – pomyślała wesoło kobieta czerni. – Poprawiły im się oceny.
Upewniwszy się, że nie ma nikogo w pobliżu teleportowała się do domu.

Wieś Sarny Mniejsze leżała w środku lasu, nie miała nawet asfaltowej drogi. Nie zaglądał tutaj nikt niepożądany, czasem przybłąkał się jakiś pies. Starsi mieszkańcy Saren Dużych nie mieli ani czasu, ani ochoty przedzierać się przez leśną ścieżkę. Młodzież, która miewała takie ciągoty opowiadała o drzewach rosnących za potężnymi ogrodzeniami, które zasłaniały domostwa. Wiedziano tylko, że był to domy duże i bogate. Stwierdzano zazwyczaj jednogłośnie, że muszą tam mieszkać potomkowie jakiś Amerykanów czy innych obcokrajowców, którzy mają za dużo kasy przez co nie pracują. Szeptem powtarzano, że może to jakaś sekta, a ta kobieta w czerni próbowała ratować swoje wnuki poprzez pokazanie im dobrej wiary. Ktoś kiedyś coś słyszał o takich dziwnych ludziach zza granicy, którzy nie używają nowoczesnych urządzeń co by pasowało do tych dziwaków z Saren Mniejszych. Jednakże nikt nic nie wiedział na pewno, a policjant Maruszkiewicz po wizycie w tamtych stronach nie mógł w ogóle sobie przypomnieć szczegółów wizyty. Tak wiec wymyślano różne teorie na tych dziwaków z Saren Mniejszych co bardzo odpowiadało tamtejszym mieszkańcom. Wieś liczyła sobie trzy domy, w których mieszkały rodziny czarodziejów bardzo zadowolonych, że mugole nie wtrącają się w ich sprawy.

Pod adresem Sarny Mniejsze 2 mieszkało pięć osób, gdy przyjeżdżała Angelique sześć, nie licząc naturalnie domowych skrzatów. Jeden z nich, pomarszczony i lekko garbiący się podszedł do swojej pani i pomógł jej zdjąć wierzchnią szatę.
- Bardzo Ci dziękuję Remplir - powiedziała Augustyna Banach uśmiechając się do sługi. – Jak zwykle jesteś bardzo uczynny, jest Gosia w domu?
- Oui, Madame – odpowiedział skrzat. 
Mimo, że przebywał w Polsce dobre dwadzieścia trzy lata nadal wtrącał francuskie słowa.
- Mamo, już jesteś? – Krzyknęła z gabinetu Małgorzata. Była to czarownica wyglądająca na czterdzieści lat, krótkie kasztanowe włosy tworzyły na jej głowie artystyczny nieład, była mocno opalona. Chuda sylwetka spowita była w wymyślną szatę koloru śliwkowego. Zielone oczy krytycznie patrzyły na układające się na manekinie fałdy materiału. – Spojrzysz na to? Myślisz, że pasować będzie do pozostałych sukni?

W świecie polskich czarodziei mało kto nie kojarzył nazwiska Ratine. Butik z autorskimi ubraniami Małgorzaty znajdował się na głównej ulicy w Magowie. Była to stolica polskich czarodziei i czarownic, bardzo dokładnie ukryta przed mugolami, położona pod Warszawą. W butiku przy ulicy Michała Sędziwoja sprzedawano drogie, ale zarazem piękne stroje. Tylko nielicznych było na nie stać. Dziennik „Czarodziejskie Fakty” często pokazywał lokalne gwiazdy, które ubrane były w szaty od Małgorzaty Ratine. Dziennikarze gazety chętnie opisywałby skandale związane z projektantką mody jednakże ta od lat była przykładną żoną i matką. Po skończeniu nauki w Zespole Szkół Magii i Czarodziejstwa imienia Mistrza Jana Twardowskiego w Mystopach dostała się na studia w Akademii Czarodziejskich Sztuk Artystycznych w Paryżu, tam poznała Pierre’a Ratine – syna starego czarodziejskiego rodu, zawsze pogodnego blondyna o niebieskich oczach. Ślub był cichy i skromny, a niedługo po nim pojawiła się na świecie pierwsza córka: Angelique. Małgorzata próbowała podbić stolicę światowej mody jednakże nie zdobyła uznania. Młodzi, mimo sprzeciwu rodziców Pierre’a postanowili pojechać do Polski. W tym jakże barbarzyńskim i zimnym kraju, jak myślała teściowa Małgorzaty, udało się jej zbudować znaną i pewną markę. Tutaj też, po dziesięciu latach od narodzin pierwszego dziecka, przyszedł na świat Konrad a po kolejnych trzech latach Amelia.
- Sądzę, że będzie pasować – powiedziała matka do córki patrząc na latające wokoło sprzęty do szycia i cięcia. – Nadal jesteś w złym humorze?
- W złym humorze! – Krzyknęła Małgorzata. – Jestem wściekła! Tyle lat, tyle pracy! Ta gówniara nie wie co traci! – Siadła ciężko na pobliskiej kanapie. – Myślałam, że przejmie po mnie firmę, że będzie moją dziedziczką… naturalnie Konradowi i Amelii też bym coś zostawiła, ale Angela... przecież ona zawsze pięknie malowała, odziedziczyła zdolności po mnie...
- Córko, przecież poszła na takie studia jakie poszła, to było do przewidzenia – starała się ją uspokoić Augustyna. 


***

W Zespole Szkół Magii i Czarodziejstwa imienia Mistrza Jana Twardowskiego trwało właśnie zebranie rady nauczycielskiej. Zaczarowane kogucie pióro należące kiedyś do założyciela tej placówki wisiało w powietrzu i pisało po małych arkusikach pergaminu podawanych przez sekretarkę Dobromiłę Dudek. Na każdym znalazło się imię, nazwisko, data urodzenia i dokładny adres dziecka, które zostało przyjęte do tutejszego gimnazjum. Karteczka wędrowała następnie do wielkiej chińskiej wazy. Gdy pióro kończyło swoją robotę dyrektorka szkoły losowała skrawki papieru aby przydzielić poszczególne dzieciaki do klas. Od osiemnastu lat sprawowała tę funkcję Leokadia Bąk, jak większość czarownic wyglądała młodziej niż jej mugolskie rówieśniczki, często uczniowie myśleli, że ma najwyżej sześćdziesiątkę. Pulchna kobieta z siwym, długim warkoczem tworzącym koronę wokół jej głowy, którego koniec zdradzał, że w dawnych czasach była brunetką. Patrząc na jej twarz każdy wiedział, że jest to kobieta ciepła, dobra i sprawiedliwa, pracowała w szkole od prawie sześćdziesięciu pięciu lat. Znała ją jak własną kieszeń i pamiętała wielu uczniów, którzy opuścili mury placówki edukacyjnej. Mimo, że robiła losowanie wiele razy to nadal chętnie przydzielała dzieciaki do klas. Wkładała pomarszczoną rękę do wazy, wyciągała pergamin, głośno go odczytywała i podczas odkładania na swoje miejsce myślała kim może być ta młoda osoba. Jaki los ją czeka, czy będzie dumą szkoły, czy jej hańbą?

Przedstawiciel Ministerstwa Magii z wydziału do spraw edukacji magicznej sporządzał listę dzieci pochodzących z mugolskich rodzin. Była to bardzo ważna czynność. Młodzi czarodzieje i czarownice jeśli urodzili się w pozamagicznej rodzinie mieli wielkie problemy by dostać się do szkoły. Nauczyciel mugoloznastwa musiał pójść do takiego ucznia, wyjaśnić co się dzieje, przekonać rodzinę do wysłania dziecka do magicznej placówki. Następnie należało wypełnić mnóstwo dokumentów, wybrać się z rodziną czarodzieja lub czarownicy do świata magicznych ludzi by kupić potrzebne rzeczy i wyjaśnić szczegóły transportu oraz zakwaterowania. W międzyczasie należało odpowiedzieć na mnóstwo pytań i wątpliwości.

Takim przedstawicielem szkoły była aktualnie Angelique Ratine. Spisywała od urzędnika Ministerstwa Magii dane, które były jej bardzo potrzebne do rozpoczęcia pracy. Wymagało to bardzo wiele wysiłku zarówno od niej jak i czarodziejów z Wydziału Magicznej Edukacji. Aby nauczycielka mogła działać, specjalna grupa musiała przygotować jej grunt: upewnić się, że w wybranym terminie rodzina będzie w domu sama. Spotkanie odbywało się w czasie tygodnia więc oznaczało to często zaczarowanie szefów, ich pracowników oraz domowników. Wszystko musiało też spełniać przepisy dotyczących właściwego traktowania mugoli przez osoby magiczne. Dodatkowo jeden agent zawsze musiał czuwać w pobliżu na wypadek gdyby nauczycielka została zaatakowana. Niedawno w czarodziejskim świecie było głośno o sprawie w USA, gdy mugol próbował zastrzelić magicznego przedstawiciela ponieważ wziął go za wariata.

- Angie, zgadnij co? – Powiedział do blondynki łysy czarodziej koło trzydziestki. 
Miał na sobie skórzaną kurtkę, sprane i poszarpane jeansy, obcisły T-shirt na którym wisiały okulary przeciwsłoneczne oraz glany na nogach. Od razu było widać, że ceni sobie ubrania ze świata mugoli. Nazywał się Miłosz Chmielewski i był nauczycielem obrony przed czarną magią. Przy okazji sprawował opiekę nad klasą pierwszą "c". 
- Co? – odpowiedziała blondynka nie bawiąc się w zgadywanie, miała aktualnie co innego na głowie. 
- Jeśli się nie mylę mam Twoją małą siostrzyczkę w swojej klasie... – stwierdził śpiewnym głosem. 
- Nie żartuj! Amelia u ciebie? – Angelique udała, że nie jest tym zachwycona. – Gorzej nie mogła trafić, czego ty ją nauczysz? Zdegenerujesz wszystkie te dzieciaki świrze. 
- Zobaczysz, zrobię z nich moją małą prywatną armię. Ubiorę w takie tycie mundurki, nauczę rozpalać ogniska, czołgać się w błocie, jeździć na Harley’u i grać na kobzie! 

Miłosz i Angelique roześmiali się. Większość nauczycieli nie miała pojęcia czym jest Harley. Czym jest kobza też co najmniej połowa nie wiedziała. Miłosz pochodził z rodziny mugoli i nie wsiąkł do końca w świat czarodziei. Lubił sporty ekstremalne, a zwłaszcza związane z nimi ryzyko. Gdy był uczniem, w czasie letnich wakacji, uległ poważnemu wypadkowi podczas skakania na bungee. Mugol by zginął, jednak czarodziej nie pada tak łatwo. Jako, że był wtedy w świecie pozamagicznym lekarze utrzymywali go w śpiączce aby go poskładać. Jego przypadek został uznany za cud w medycynie i powstały nawet dwie prace na jego temat. Zamiast długiej, mugolskiej rehabilitacji wybrał magiczne sposoby dochodzenia do zdrowia. W psychice Miłosza został uraz i postanowił trochę przystopować. Jednak jego natura pchała go w objęcia adrenaliny. Po skończeniu szkoły (rok później niż jego rówieśnicy) przeszedł szkolenie na aurora. Popracował trochę wśród ciemnych typów, złapał kilku czarnoksiężników i dostał medal za odwagę. Wtedy właśnie niespodziewanie odwiedziła go Leokadia Bąk i poprosiła by objął posadę nauczyciela obrony przed czarną magią. 

Poprzedni belfer przestał się dokształcać i zaczął uczyć archaicznych metod. Na dodatek jego tusza zaczęła mu przeszkadzać w poruszaniu się. Dyrektorka pamiętała Miłosza jako tego, który podrywał tłumy i poprowadził bunt przeciwko jedzeniu w stołówce szkolnej. Akcje były iście spektakularne, dopracowane co do najmniejszego szczegółu, przez co zmieniono sposób żywienia uczniów (z czego wielu nauczycieli także się cieszyło). Pomyślała, że kogoś takiego jej trzeba. Kogoś kto ma ciekawe metody nauczania, kto zyska sobie szacunek wśród młodzieży oraz da sobie radę z rozbrykaną magiczną dziatwą. Jej pomysł nie spotkał się początkowo z uznaniem jednak po jakimś czasie przyszły nauczyciel stwierdził, że to kolejne wyzwanie w jego życiu. 

Miłosz podał Angelique listę dzieci z mugolskich rodzin. Czarownica zobaczyła na niej pięć nazwisk. 
- Sporo mugolaków w tym roku, z klasy „a” mam dwoje uczniów, a w „b” troje – powiedziała. - O, dwie dziewczynki są z Lublina! Świetnie, to moje okolice…



sobota, 31 października 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 1 – Mój zwyczajny dzień

W ogrodzie było ciemno, jak to zazwyczaj bywa w środku nocy. Znajdowałem się w miasteczku Little Hangleton, które akurat w tym momencie spało jak zabite. Też bym chciał wskoczyć do łóżka, ale miałem inne rzeczy na głowie. Pot leciał mi po karku, w ręku ściskałem szklaną butelkę.

Gdzie jest ten cholerny wąż? Musiał wpełznąć na jakieś drzewo…

To była pora polowania Nagini, łapie sobie jakieś małe stworzonka, a to myszki, ptaszki,  wiewiórki, psa czy świnię... Była zajęta, a ja musiałem ją szybko znaleźć.

Skąd, na gacie Merlina, mam wiedzieć gdzie pełza ten oślizgły gad? Ta sycząca parówa mnie nie lubi.

Dojenie jej to zbyt wiele na moje nerwy… A skoro o nerwach mowa poczułem ból w lewym ramieniu. To czarny znak palił żywym ogniem. Mój Pan mnie wzywa.

Mój Pan. Mój szef. ON. Wielki-Władca-Ciemności. Który dał się zniknąć rocznemu dzieciakowi… VOLDEMORT

Teleportowałem się. Zgiąłem się w ukłonie.
- Tak Panie?
- Wydoiłeś ją?
- Nie znalazłem jej jeszcze…
- Ty przerośnięty szczurze! Co tak długo!?
- Minęły dopiero 3 minuty, zdążyłem tylko zejść po schodach do ogrodu!
- DOŚĆ! Nie interesują mnie szczegóły twojej niekompetencji! Chcę się NAPIĆ!
- Tak, tak, mój Panie, zaraz, już, chwilkeeeeee!
Ostatnie słowo krzyknąłem zbiegając po schodach. Drżały mi ręce, ciśnienie podskoczyło do niebezpiecznego poziomu.

Na pierd sklątki tylnowybuchowej! Jeszcze tylko brakuje abym padł na zawał!

Podszedłem do pierwszego drzewa i zacząłem cicho wołać węża. Nie wiedziałem czy jest w tym jakiś sens, ale trzeba było spróbować:
- Cip cip paróweczko! Chodź do Glizdogonka! Twój pan czeka na papuuuu!

Zajrzałem pod kamień, nie wiem czemu, chyba zszargane nerwy każą mi robić głupie rzeczy. Podszedłem do kolejnego drzewa. Nagini nigdzie nie było widać… co było oczywiste ponieważ była noc, a ja nie mogłem zapalić różdżki bo mugole by się skapnęli, że ktoś łazi po ogrodzie Riddle’ów. Poczułem coś na ramieniu.
- Oooch! Nagini! – powiedziałem uradowany. – Chodź do wujcia Glizdogonka, nadstaw kiełki… później je wyszorujemy tą super miękką szczoteczką co ją kupiłem w zeszłym tygodniu… daj trochę jadziku dla tatusia…
- Ssssss – syknęła Nagini co oznaczało, że chce pastę do zębów o smaku bekonu bo truskawkowa jej nie smakuje.

Nie znałem mowy węży więc jej nie zrozumiałem. Wziąłem butelkę i próbowałem wsadzić ją wężowi do pyska. Nagini, widocznie rozeźlona brakiem odpowiedzi co do pasty do zębów, owinęła się wokół mnie.
- Dobry wężyk, miły wężyk… to taka zabawa prawda?
Szybko zrozumiałem, że nie jest to zabawa. Już się żegnałem ze światem gdy poczułem ból w lewym ramieniu. Od razu się teleportowałem. Nagini opadła na trawę z sykiem oznaczającym najgorsze, rynsztokowe przekleństwa.
- Masz jad Glizdogonie?
- Nie – nie - nie Mój Panie… - wydukałem.
- Czemu!?
- Już miałem doić Nagini, gdy mnie wezwałeś…
- Dość! Nie interesują mnie szczegóły twojej niekompetencji! CHCĘ JADU!
- Tak, tak, mój Panie, zaraz, już, chwilkeeeeee!
Zbiegłem kolejny raz ze schodów.

Ta praca mnie wykończy… trzeba było uciec na Wyspy Kanaryjskie… Nie! Wielkanocne!

Wpadłem do ogrodu, podbiegłem pod drzewo, ale węża już nie było. Zakląłem siarczyście i od razu zapiekła mnie lewa ręka.

Na gacie Merlina! Czego on znowu chce!?

Teleportowałem się.
- Pamiętaj Glizdogonie, aby delikatnie traktować Nagini! Skarżyła się ostatnio, że tak szybko uciekała przed tobą, że obtarła sobie brzuszek!
- Oczywiście, Wasza Oczywistość… - tak się zgiąłem w pół, że aż zamiotłem łysiną dywan.
- Masz już jad?
- Panie…. Ledwo wszedłem do ogrodu, a Nagini gdzieś uciekła!

Voldemort popatrzył się na mnie z obłędem w oczach. Był zły… w sumie to zawsze jest zły… ale tym razem był bardziej zły niż normalnie zły.
- Oj, chyba będzie crucio… - wysyczał.
- Panie… Mój Panie… - odpowiedziałem przymilnym głosikiem. – Pieściłeś mnie tak kilka godzin temu… nie trzeba więcej… nie trzeba…
- CHCĘ… MOJEGO… JADZIKU!
- Zaraz, zaraz, tylko znajdę Nagini…
- Oszczędź sobie! – Voldemort ryknął, a ja się zgiąłem w pół czekając na ból. – Zanieś mnie do okna.

Zaniosłem go. Był mały jak roczne dziecko. Swoje potrzeby fizjologiczne też załatwiał jak małe dziecko. Od tygodnia namawiałem go na nocnik. Jak na razie wolał pampersy, a czerwony nocniczek z Myszką Miki, różowy z kaczuszką oraz żółty z Kubusiem Puchatkiem stopił zaklęciem. Pomyślałem, że będę musiał poszukać czarnego z pentagramem.
- SHHHDSDSAHHAAAAADDASSGAA – wysyczał Czarny Pan.

Odłożyłem go na miejsce i poprawiłem śpioszki (czarne z napisem „Hell’s Angel” na plecach – czego to mugole nie wymyślą) oraz założyłem czapeczkę, aby nie zmarzł. Nagini wpełzła do pokoju.
- Widzisz? Tak to się robi! – Voldemort był z siebie dumny. – Wołasz i przychodzi! Zrozumiałeś!?

Zrozumiałem? Na dziurawe gacie Merlina, ja nie znam mowy węży! Parówa mnie nie znosi i specjalnie przede mną ucieka! Zaraz mnie coś strzeli! Arghhhhh!

- Zrozumiałem – powiedziałem miękko i przykryłem mojego pana kocykiem w zielone czaszki.
- No! To teraz wydój Nagini!
Chwilę później Mój Pan z lubością wypisaną na… hmm… powiedzmy, że twarzy, ssał jad przez smoczek. Przyglądałem mu się ukradkiem.

Jest taki słodziutki gdy nie traktuje mnie jak szmaty od podłogi…

Moje życie na co dzień było straszne, ale miało też swoje dobre strony. Czułem się czasami jakbyśmy byli rodziną. Taką dysfunkcyjną… patologiczną… psychopatyczną… z alkoholowym syndromem płodowym oraz obarczoną stresem pourazowym. Rodziną tego typu gdzie jeden brat obija drugiego bo tamten nie dał mu na wódkę, nieletnia siostra jest w drugiej ciąży, matka oddaje się chłopom na rogu ulicy bo lubi, a tatuś jest alfonsem... Stwierdziłem filozoficznie, że rodziny trzeba się trzymać, nawet jeśli jej członkowie to chore pojeby.

Selfik z moją „rodzinką”: