czwartek, 24 grudnia 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 9 – Amelia


- Zosiu, uważaj na słownictwo!
- Sorki sorko!
- To jest moja młodsza siostra, będzie z wami w jednej klasie – mówiła Angelique trzymając ręce na ramionach Amelii. – Pomyślałam, że jakbyście się spotkały jutro to byłby za duży szok dla was. Dzisiaj możecie się na spokojnie poznać. Ja pójdę na chwilkę do Ilony – obdarzyła ich uśmiechem i wyszła przez drzwi.
Angela dobrze przewidziała reakcję: dziewczyny były w szoku. Patrycja miała wrażenie, że patrzy się w lustro. Amelia była obdarzona taką samą twarzą jak ona. Mała tak samo zaskoczoną minę oraz proste włosy, które różniły się tylko tym, że nie sięgały do pasa, a były ścięte tuż poniżej linii szczęki. Tylko oczy miała inne, Patrycja posiadała brązowe tęczówki, zaś Amelia miała zielone. Poza tym miały ten sam wzrost i identyczną budowę ciała.
- Gdybym tego nie widziała to bym nigdy nie uwierzyła – stwierdziła Zocha patrząc się to na jedną, to na drugą. – Jesteście spokrewnione? Może was podmienili w szpitalu czy co…
- Jesteś mugolaczką? – spytała Patrycja. – Ja się urodziłam w Lublinie.
- Moja rodzina jest czarodziejska odkąd pamiętamy – wyjaśniła Amelia. – Urodziłam się w naszym domu.
- Głosy też macie identyczne – stwierdziła Zocha. – Przypadek jeden na milion! Zagrajcie w totka!
- Co to jest totek? - spytała się Amelia.
- Eeee, taka mugolska gra w której możesz wygrać mnóstwo pieniędzy…
- Nie trzeba, nie narzekam na brak kieszonkowego.
- Chciałabym tak powiedzieć – stwierdziła Zocha i popatrzyła się w sufit.

Nastała chwila ciszy. Piątka dziewczyn była nadal skrępowana i nie wiedziała co powiedzieć. Nieoczekiwanie odezwała się Katarzyna. Mówiła cichutkim głosikiem.
- To może… tak… powiemy… jak się nazywamy? – zaczerwieniła się i schowała twarz w dłoniach.
- To ja pierwsza! – krzyknęła Zośka. – Zocha Kowalska, mugolaczka! Pół Polka, pół Hinduska!
- Patrycja Michalska, też mugolaczka. Pochodzę z Lublina.
- Amelia Ratine, mama Polka, tata Francuz…
Telcia zerwała się z łóżka i podbiegła do Amelii.
- Ta Ratine? – spytała się podniecona. – Twoja mama to Małgorzata?
- Tak!
- Ona szyje dla nas ubrania! – krzyknęła Telcia i okręciła się w koło aby każda z dziewcząt mogła podziwiać strojną suknię. – Dla mnie, mojej mamy i taty!
- A ty to kto? – spytała się Zocha.
- Telimena Delfina Fryderyka Potocka, herbu Ciołek – napuszyła się niska dziewczynka.
Patrycja z Zochą patrzyły się na nią z niedowierzaniem. Telcia to zauważyła i się zaczerwieniła.
- Nie wierzycie mi? – powiedziała gniewnie. – Pochodzę z prostej linii od mugolskiego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego!
Zocha miała minę jakby gwiazdka przyszła wcześniej.
- Ja bym się tak tym nie chwaliła…
- Czemu?
Patrycja zakasłała, a jej kaszel brzmiał jak „cio-ta-na-tro-nie”*. Obie z Zochą zaczęły szaleńczo chichotać. To rozgniewało Telimenę jeszcze bardziej.
- Moja mama mówiła, że mugole są mocno ograniczeni – warknęła.
- One po prostu nie znają rodów szlacheckich w naszym świecie – zaczęła je bronić Amelia.
- Ale ty znasz! Mając taką matkę musisz znać wszystkich! – odezwała się Telimena i podskoczyła do niej i ją złapała za rękę. – Od dzisiaj jesteś moją najlepszą przyjaciółką! – odwróciła się aby pokazać język Zośce i Patrycji.
- Ja… eeee… - Amelia nie wyglądała na zachwyconą.
- Kaśka, może się odezwiesz! – powiedziała Zocha.
- Katarzyna Wiśniewska – wydukała cicho blondynka. – Z czarodziejskiej rodziny…
- Jesteś jak Fluttershy – stwierdziła Patrycja.
- Kto?
- Kucyk pony!

Amelia, Telimena i Kasia miały niewyraźne miny. Zocha stanęła koło Patrycji i szepnęła jej do ucha, że one chyba nie znają tej bajki. Znowu zapadła cisza, którą przerwało wejście Angeli. Współlokatorki pożegnały się z nową koleżanką i nauczycielką. Chwilę później Ilona Jasińska zebrała swoje podopieczne na kolację. Okazało się, że w internacie z klasy „a” były trzy dziewczyny, a z „b” cztery. Rosyjskojęzycznych uczennic było o wiele więcej, Patrycja stwierdziła, że coś koło dwudziestu, zaś angielskojęzycznych powyżej dziesięciu. Stołówka była wielkim pomieszczeniem mieszczącym się w środkowej części budynku. Patrycji skojarzył się z tymi nowymi salami weselnymi, z wielkimi oknami i obramowane kolumienkami. Tylko, że tutaj wszystko było stare i pięknie zdobione. Dziewczęta wchodziły wielkimi, dwuskrzydłowymi drzwiami po prawej stronie, a chłopcy takimi samymi, tylko że z lewej.
Patrycja zobaczyła wielki tłum młodych czarownic i czarodziejów. Starsi od razu siadali przy jednym z kilkudziesięciu okrągłych stolików, przy którym mieściło się dziesięć osób. Pierwszoroczni byli oszołomieni taką ilością nastolatków.
- To mi przypomina wesele ciotki Hanki, które było na sali gimnastycznej! – stwierdziła Zocha starając się przekrzyczeć gwar rozmów. – Zaproszona była cała wieś, z czterysta osób. Tutaj jest chyba tyle samo!
- Usiądźmy gdzieś, zanim pozajmują wszystkie miejsca!

Razem z nadal obrażoną Telcią i Katarzyną dosiadły się do dwóch nastolatek ze starszej klasy przy najbliższym stole. Pierwsza z nich, miała niesamowicie gęste i poskręcane blond włosy, które przypominały afro. Spod loków błyskały wesoło oczy, których niebieski kolor przywodził na myśl ślepia psów rasy husky. Druga dziewczyna była przeciwieństwem pierwszej: jej krótkie, czarne włosy były cienkie i jakby przylizane. Oczy bardzo ciemne i lekko skośne, do tego była niesamowicie chuda, czego nie można było powiedzieć o jej koleżance.
Patrycja popatrzyła się na stół. Zastawa była zwykła, jednak nie było po niej widać zużycia. Nic nie wyglądało inaczej niż w mugolskim domu. Na środku stołu leżało kilka, niedbale rzuconych kartek. Dziewczyny rozejrzały się wokoło szukając bufetu, jednak niczego takiego nie zobaczyły. Zauważyła to blondynka.
- Nie wiecie jak się obsługiwać w stołówce? Pomóc wam?
- Tak! Prosimy!
Dziewczyna podała im leżące na środku menu. Opowiedziała, że są różne zestawy. Nie chce ci się dużo jeść? Dostaniesz połowę porcji! Jesteś bardzo głodna? Wybierasz zestaw powiększony. Jesteś wegetarianką albo weganką? Są i takie opcje! Trzeba tylko stuknąć różdżką w talerz i powiedzieć numer zestawu. Po około pięciu minutach, pojawi się przed tobą to co zamawiałaś. Patrycja z Zochą były zachwycone. Pierwsza z nich wzięła zestaw powiększony, w którego skład wchodziła herbata, trzy kanapki z szynką i serem żółtym oraz różnymi warzywami, a na deser owoce. Zocha wzięła wegetariańskiego kebaba, plus sok pomarańczowy. Obydwie były bardzo zadowolone ze swojego wyboru. Gdy skończyły, musiały stuknąć dwa razy w talerz, a ten znikał i pojawiał się nowy. Już się miały zbierać do wyjścia, gdy Zocha złapała Patrycję za ramię i pokazała jej wchodzącego na salę przystojnego chłopaka. Był wysoki i miał długie, falowane złoto-blond włosy, które związał czarną wstążką. Jego strój był żywcem wyjęty ze starych obrazów, jednak nie był on oparty na kontuszu, a na modzie zachodniej. Niewielu uczniów było podobnie ubranych.
- Łaaaał –  powiedziała zachwycona Patrycja.
- Przystojniejszy niż Draco – Zocha zachichotała.
- Następnym razem trzeba z nim usiąść…
- Ciężko wam będzie – powiedziała brunetka. – On jest z liceum. Gimnazjum je posiłki pół godziny wcześniej, bo gdyby cały internat jadł razem, to byłoby tutaj koło tysiąca osób… Skoro liceum zaczyna się pojawiać, to znak, że powinnyśmy już iść.

-W czasie drogi powrotnej dowiedziały się, że blondynka ma na imię Faustyna, a jej koleżanka to Bogumiła i są z klasy trzeciej „a”. Pożegnały się na schodach ponieważ każdy rocznik zajmował dane piętro. Gimnazjum zajmowało pierwsze, drugie i trzecie, zaś liceum zaczynało się na czwartym i kończyło na szóstym. Na każdym piętrze były po trzy czarownice pilnujące porządku, które zmieniały się co jakiś czas.
Idąc do swojego pokoju dziewczyny, postanowiły przeprosić Telimenę. W końcu miały z nią mieszkać przez najbliższy rok, więc wolały się dogadać. Postanowiły działać od razu. Zocha zaczęła opowiadać koleżance, że w mugolskim świecie Stanisław August Poniatowski nie jest uznawany za dobrego władcę. Stąd taka, a nie inna reakcja.
- Ale jak to? – spytała się zdziwiona Telimena.
- Nooo, wiesz… on był… - zaczęła Patrycja.
- Chujowy! – wtrąciła Zocha.
- Jaki? – Telimena z Kaśką wytrzeszczyły oczy.
- To znaczy, że był… - Patrycja starała się dobrać tak słowa aby nie urazić znowu koleżanki.
- Do dupy! – oznajmiła Zocha.
- Ależ ty jesteś wulgarna! – jęknęła Telimena. – Słownictwo z rynsztoka! Na dodatek kłamiesz! Mój przodek był wspaniałym królem! – po czym rzuciła się na łóżku i zaczęła płakać.

Patrycja syknęła do Zochy aby choć raz się zamknęła i dała jej mówić. Ta się broniła, że jej określenia o rządach Stanisława Augusta Poniatowskiego to prawda. Kaśka siedziała na łóżku bez ruchu i wpatrywała się w dziewczyny ze strachem. Patrycja podeszła do łóżka Telimeny i starała się ją przekonać, aby nie brała na poważnie słów Zochy, która czasem ma dziwne pomysły i nie potrafi trzymać języka za zębami. Spytała się czy mogą coś zrobić dla niej aby przestała płakać, szlochy natychmiastowo ustały i Telimena podniosła głowę .
- Któraś z was potrafi pleść warkocze?
- Ja umiem! – zerwała się z entuzjazmem Zocha.
- To dobrze, potrzebuję kogoś kto mi będzie czesał włosy. W domu robi to moja skrzatka, ale tutaj jest zakaz przyprowadzania zwierząt… Co potrafisz?
- Eeee… - jęknęła zbita z tropu Zocha. – Umiem warkocza francuskiego, kłosa, koronę na około głowy, murzyńskie warkoczyki i tym podobne.
- Słabo – stwierdziła Telcia z niezadowoleniem. – Myślałam, że znasz się na najnowszych koafiurach!
- Ej! W domu robiłam warkocze Milagros! Nie narzekała!
- To jakaś służąca? – prychnęła szatynka.
- To moja siostra! – warknęła Zocha.
- Głupie imię - odparła Telcia i wskazała na Patrycję. – Pokaż na niej co potrafisz i wtedy zdecyduję czy nadajesz się na moją koafiurzystkę!
- Wal się! – powiedziała Zocha idąc dostojnym krokiem do swojego łóżka, po czym zwaliła się na nie jak worek ziemniaków.
Patrycja pomyślała, że po tym raczej nie dogadają się szybko z Telimeną.

 ***

Po pierwszej nocy dziewczęta wstały przed siódmą rano i pokłóciły się o łazienkę. Najgłośniej krzyczała Zocha z Telimeną. Uciszyły się dopiero wtedy, gdy Patrycja wzięła ręcznik i weszła do łazienki, krzycząc zza zamkniętych drzwi, że „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”. Wtedy Kaśka nieśmiało zaproponowała aby zrobić grafik. Zocha stwierdziła, że to niegłupie i w ciągu kilku minut powstała tabelka z rozpiską. Telimena próbowała udowodnić, że jako osoba szlachetnie urodzona powinna być przed plebsem. Zośce i Patrycji, która już wyszła z łazienki, tak to się nie spodobało, że wyrecytowały długą litanię klątw, które rzucą na koleżankę jeśli spróbuje się wepchnąć w kolejkę.
Śniadanie zjadły znowu z Faustyną, nazwaną przez Zochę „Fusią” i Bogumiłą, która na razie nie zyskała przydomka. Po czym wróciły do pokoju, aby się przebrać w odświętne szaty. Zocha miała pod spodem kolorową, etniczną sukienkę, a Patrycja to co wybrały u niej w domu.
- Dobrze, że mi kazałaś wziąć te ciuchy – powiedziała z uśmiechem. - Pani Jadwiga chciała sama spakować moją torbę, gdy zobaczyła jak wkładałam do walizek lolicie rzeczy. Strasznie się zdenerwowała, krzyczała, że „to nie przystoi pannie” i takie tam pierdoły. Akurat tata był w domu i mi powiedział abym spakowała się do drugiej walizki… Wzięliśmy tą z lolicimi ciuchami, a tamtą schowaliśmy w garażu bo tam pani Jadwiga nie sprząta… Pan Jan obiecał nic jej nie mówić.
- To twój tata nie ma nic przeciwko tym ciuchom?
- Nie, mówił, że czarodzieje tak dziwnie się ubierają, że będę tam pasować.
- Ha, ha! Ma rację!

Pierwszoroczniacy zostali ustawieni klasami na dziedzińcu szkoły. Stali na samym przodzie, a za nimi pojawiły się starsze roczniki. Dyrektorka przemawiała magicznie wzmocnionym głosem. Opowiedziała jak bardzo stęskniła się za swoimi starymi uczniami i jak się cieszy widząc nowych. Mówiła o organizacji roku szkolnego oraz o celach edukacyjnych wyznaczonych przez Ministerstwo Magii. Patrycja zauważyła, że zagranicznym uczniom wychowawcy tłumaczą przemowę, która była w języku polskim. Po skończonych przemowach i ogłoszeniach organizacyjnych, wychowawcy zabrali swoich uczniów do klas aby omówić z nimi plan lekcji. Patrycja zauważyła, że sorka Angela nie ma wychowawstwa. Spytała się o to Amelię.
- Nauczyciel, który zajmuje się powiadamianiem mugolaków w wakacje, nie ma swojej klasy – wyjaśniła jej prawie-bliźniaczka. – W czasie roku szkolnego ciągle będzie im pomagać.
- Jak? – zaciekawiła się Zocha, która nie miała pomysłu w czym mogłaby jej pomóc sorka.
- Opowiadała, że raz musiała pojawić się u jakiejś dziewczyny ponieważ dziadkowie myśleli, że jest opętana i coś im naściemniać. Często zdarzają się wpadki w urzędzie, bo nie dostarczą dokumentów do mugoli na czas i wtedy jest problem, bo tamtejsze CZOPki oskarżają rodziców o to, że ich dzieci nie chodzą do szkoły.
- Mogłybyście nie odzywać się do mojej nowej najlepszej przyjaciółki? – spytała się Telimena.
- Sorry, nie wiedziałyśmy, że jest ubezwłasnowolniona – prychnęła Zocha.
Dziewczyny zamilkły ponieważ, żadna nie wiedziała co oznacza słowo „ubezwłasnowolniona”.

Klasa pierwsza „c” szła posłusznie za wychowawcą. Zocha z Patrycją zachwycały się głośno poruszającymi się obrazami, ku rozpaczy Telimeny, która twierdziła, że to objaw choroby umysłowej. Po przejściu niezliczonej ilości schodów i korytarzy, Miłosz Chmielewski zatrzymał się przed salą numer 121 i wpuścił uczniów. Patrycja siadła w pierwszej ławce z Zochą, za nimi usadowiła się Amelia i Telimena, zaś w trzeciej zajęła miejsce Katarzyna z nieznanym im chłopcem. Wychowawca ogłosił, że najpierw sprawdzi obecność aby zobaczyć kogo ma w klasie. Gdy doszedł do nazwiska Amelii, uśmiechnął się.
- Więc to ty jesteś siostrą Angie! - popatrzył się na stojącą w ławce dziewczynkę. – Zaraz… ciebie wyczytywałem wcześniej!
- Nie ją, mnie! – zawołała Patrycja i uniosła rękę.
- Co!? - nauczyciel wyglądał na zbitego z tropu. – Angela mówiła o tylko jednej siostrze…
- Ami z Pyśką nie są rodziną sorze! – wyrwała się Zocha.
W klasie zapanował gwar. Uczniowie z  dalszych ławek wyciągali szyje aby obejrzeć nowe koleżanki.
- Ja cię kręcę! Ale heca! – stwierdził Miłosz. – Dobra! Spokój dzieciaki, pogadamy o tym później! Lecimy dalej!
Okazało się, że do klasy pierwszej „c” uczęszcza piętnaście dziewczyn i szesnastu chłopaków. Uczniowie wyglądali jak zwyczajni trzynastolatkowie oprócz chłopca siedzącego z Kasią. Patrycja z Zochą początkowo myślały, że zgubił się czyjś brat chodzący do podstawówki. Wyglądał jakby miał góra dziesięć lat, był niski i drobny, pucołowata buzia posiadała niebieskie oczy, różowe usteczka, a nad nią królowały złote loczki. Niejedna dziewczyna mogłaby pozazdrościć mu urody: idealnie nadawał się na modela do obrazków słodkich aniołków. Dlatego wielkim zaskoczeniem było, gdy wstał na dźwięk swojego imienia i nazwiska:
- Paul von Wentzl!
- Jestem!
Telimenie oczy mało nie wyszły z orbit. Odwróciła się do niego błyskawicznie.
- Jesteś z TYCH von Wentzl? – zapytała podniecona.
- No chyba z tych, czemu pytasz? – odparł zdziwiony.
- Od dzisiaj jesteś moim przyjacielem i siedzisz ze mną! – popatrzyła się na Amelię. – Przykro mi, musisz zrozumieć.
Koleżanka nic jej nie odpowiedziała. Paul wyglądał jakby mu było wszystko jedno. Patrycja z Zochą popatrzyły się na Telimenę z politowaniem.
- No tak, z plebsem to się nie chce siedzieć – mruknęła ta druga.

Miłosz Chmielewski szybko doszedł do końca listy. Wyciągnął dwie kupki kartek z biurka i machnąwszy różdżką sprawił, że pofrunęły do uczniów. Okazało się, że są to plany lekcji. Jednak nie wszyscy je dostali, w ręku mężczyzny zostały trzy arkusze.
- Jakub Łochocki, Aleksandra Woźnicka i Eleonora Zawadzka! Pooowstaaań! -  rzucił komendę.
Trójka dzieciaków wykonała z lekkim strachem rozkaz, zastanawiając się czego może chcieć od nich wychowawca.
- Pochodzicie z mieszanych rodzin, musicie zdecydować czy chcecie chodzić na mugoloznastwo – czyli naukę o pozamagicznych gościach, czy na magoznastwo – przedmiot o życiu czarodziejów.
Ulga całej trójki była namacalna, dziewczyny trochę się wahały, ale w końcu każde z nich zdecydowało. Patrycja porównała swój plan lekcji z Amelią.
- Rzeczywiście! Ja mam magoznastwo, a ty mugoloznastwo!
- No jasne! Przecież jestem z magicznej rodziny.
- Ciągle o tym zapominam… - jęknęła. – Dziwnie mi z tobą gada, czuję się jakbym mówiła do lustra – wyznała.
- Ja to samo! – ucieszyła się Amelia, której kamień spadł z serca po tym wyznaniu.
- Żółwik!
- Eeee… że co?
- Dziwni ci czarodzieje, nawet żółwika nie znają… - mruknęła Zocha.
- Mam takie samo zdanie o tobie! – fuknęła Telimena. – A teraz się zamknij bo pan Chmielewski jeszcze chce coś powiedzieć!

Po ustaleniu przewodniczącego klasy (Telimena od razu się wyrwała ze swoją kandydaturą) oraz zastępcy (zmusiła do tego Paula ponieważ nikt inny się do tego nie kwapił) uczniowie pożegnali się z wychowawcą. Zocha z Patrycją postanowiły odprowadzić Amelię do Sali Kominkowej w północnym skrzydle zamku, ponieważ koleżanka wracała codziennie do domu przy pomocy proszku Fiuu. Początkowe zmieszanie ustąpiło i dziewczyny wesoło rozmawiały przemierzając wewnętrzny dziedziniec.
- Wcale nie chciałam z nią siedzieć – stwierdziła Amelia. – Trochę mi szkoda Paula ponieważ Telimena nie wydaje się sympatyczna.
- Wygląda na to, że leci na tytuły. O co chodzi z tym jego nazwiskiem von Pretzel? – spytała się Patrycja.
- Von Wentzl – poprawiła ją Amelia. – Słyszałam, że to bardzo stary ród pochodzący z Niemiec. Musiałabym się spytać mamy albo babci co o nich wiedzą.
- Twoja mama naprawdę szyje ubrania dla Telimeny i jej rodziny? – zainteresowała się Zocha.
Amelia stanęła w miejscu i zachichotała.
- Jasne, że nie! – wyjaśniła. – Czasem coś projektuje na zamówienie, szyciem zajmują się krawcowe, a wszystkie ciuchy można kupić w jej butiku w Magowie.
- Muszę przyznać, że Telcia ma zajebiste ciuchy - westchnęła Zocha. – Gdy wyciągała sukienki z kufra to się śliniłam jak szczeniak na widok kiełbasy. A te jej wszystkie…
Urwała, ponieważ zauważyła, że w ich stronę idzie zauważony wcześniej na stołówce, przystojny licealista. Wiatr trącał delikatnie złote włosy, czerwień szaty wspaniale współgrała z jego urodą. Postawa chłopaka wskazywała na pewność siebie i dumę. Zocha z Patrycją, zaróżowione z podniecenia, zaczęły szeptem zastanawiać się czego może od nich chcieć obiekt ich westchnień. Amelia popatrzyła się na nie jakby z księżyca spadły.
- Nie wygłupiajcie się – nieoczekiwanie warknęła na nie.
- On do nas idzie – pisnęła Patrycja i zaczęła wygładzać nerwowo szatę.
-  No jasne, ze idzie! Co miałby innego robić? – prychnęła Amelia.
- ZNASZ GO!? – oczy Zochy i Patrycji były wielkie jak spodki.
Amelia chrząknęła i spojrzała na swoje stopy z miną wyrażającą zakłopotanie.
- To mój brat.


* Patrycji i Zośce chodziło o ten filmik:

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 9 – Hogwart


Wielka Sala wyglądała tak jakby nigdy nie rozegrała się w niej walka. Cztery długie stoły, każdy dla innego domu, zajmowały większą część powierzchni. Przy ścianie naprzeciwko wejścia stały stoły dla nauczycieli i podium dla dyrektora szkoły. McGonagall wygłosiła długą mowę powitalną na temat tego co przyniesie przyszłość i jakie zmiany nastąpią po zakończonej wojnie. Hermiona zauważyła, że eliksirów nadal uczy Horacy Slughorn. Na miejsce zmarłej Aurory Sinistry przybyła czarownica w średnim wieku, która została przedstawiona uczniom jako Alvina Cyndeheard. Firenzo został przyjęty z powrotem do stada, co było wyraźnie na rękę Sybilli Trelawney, która siedziała na swoim miejscu z zadowoloną miną. Nowym nauczycielem Obrony przed Czarną Magią pozostał Oscar Williamson. Hermiona od razu rozpoznała w nim aurora, którego często widziała w Ministerstwie Magii. Mężczyzna mógłby być bratem Lucjusza Malfoya. Obydwaj byli wysocy, mieli identyczne, długie blond włosy oraz byli podobni z twarzy. Jednak profesor Williamson sprawiał wrażenie o wiele sympatyczniejszej osoby. Wskazywało na to upodobanie do czerwonych szat, szeroki uśmiech wysłany w kierunku uczniów i wesołe błyski w orzechowych oczach.
- Ciekawe czy klątwa Voldemorta przestała działać i gość przeżyje ten rok? –mruknęła Ginny pamiętając co mówił na ten temat Harry.
- Skoro zginął to bardzo możliwe, że przestała. Chociaż nie można mieć stuprocentowej pewności – odrzekła tonem znawcy Hermiona.
- Mam nadzieję, że wszystko wróci do normalności – dodał z nadzieją w głosie Neville.

Gdy Ginny z Hermioną przyszły na peron 9 i ¾ były zdumione widząc Neville’a szykującego się do wejścia do pociągu. Wyjaśnił im w przedziale, że w ostatnich chwili postanowili razem z Luną dokończyć szkołę. Niewielu uczniów czystej krwi zrobiło to samo co oni. Większość uznała, że skoro uczyli się w szkole i mają małe braki to równie dobrze mogą siedzieć w domu i tam uczyć się do egzaminów. Sytuacja mugolaków była inna. Nie wolno im było uczęszczać do Hogwartu w tamtym roku szkolnym więc niejako zostali zmuszeni przez sytuację do powrotu do szkoły. Tak było, między innymi, z Deanem Thomasem który dziwnie wyglądał bez towarzystwa Seamusa Finnigana.

Kolejną niespodzianką dla Hermiony było to, że została z Nevillem prefektami naczelnymi. Była bardzo dumna z siebie gdy otrzymała list z Hogwartu, a w niej odznakę. Ron trochę się z niej z tego powodu nabijał, ale przyznał, że McGonagall nie mogła wybrać nikogo innego. Jednakże Hermiona zmuszona była zrezygnować z tej funkcji. Oprócz prestiżu i wielu udogodnień (zwłaszcza jeśli chodzi o korzystanie z luksusowej łazienki) tytuł ten wiązał się z dodatkową pracą: patrolowaniem nocą korytarzy, omawianiem bieżących spraw szkoły z profesorami czy pisaniem raportów na temat nałożonych szlabanów i złego zachowania uczniów. Długo analizowała całą sytuację i stwierdziła, że tę funkcję może sobie odpuścić. Oprócz owutemów miała na głowie sprawę Snape’a, co chwilę była wzywana do Ministerstwa Magii jako świadek w procesach śmierciożerców, zaś ostatnia rozprawa Umbridge została wyznaczona na 29 września.  Z bólem serca napisała do profesora Flitwicka – obecnie zastępcy dyrektora, że bardzo dziękuje, ale jest zmuszona odstąpić miejsce komu innemu.

Po skończonej uczcie powitalnej uczniowie ruszyli ku swoim dormitorium. Czekając aż tłum w drzwiach się przerzedzi, Hermiona pogadała jeszcze chwilę z Luną która podeszłą do Neville’a aby dać mu buziaka na dobranoc.
- Wiecie kto jest drugim prefektem naczelnym? – spytała się swoim zwykłym, rozmarzonym głosem.
- Kto?
- Hanna Abott.
- Uczciwa i pracowita dziewczyna – stwierdził Neville.
- Zawsze miała dobre stopnie – dodała Hermiona przesuwając się bliżej drzwi.
- Nudna jak flaki z olejem – dogryzła jej ze złośliwym uśmiechem Ginny.
- Coś w tym jest… ale nawet nudni ludzie mogą nas zaskoczyć – oznajmiła Luna gdy wyszli z Wielkiej Sali. – Do zobaczenia! – krzyknęła i zniknęła w bocznym korytarzu.
- Uwielbiam ją – powiedział rozkochanym tonem Neville.

Następnego ranka Hermiona z Ginny wstały wcześnie. Napisały wspólnie list do Rona i Harry’ego, a następnie puściły sowę. W dobrych humorach, plotkując i śmiejąc się, zeszły na śniadanie. Tam zauważyły przybitego Neville’a, który siedział z pochmurnym wyrazem twarzy i dziobał ze złością jajecznicę z bekonem.
- Co się stało? – spytała się Ginny.
- To niesprawiedliwe.
- Co?
- Że musimy siedzieć przy swoich stołach.
Patrzył się na Lunę, która spokojnie smarowała grzanki masłem. Jako pogodna i bezstresowa osoba nie miała takich problemów jak jej chłopak. Ginny popatrzyła się na Neville’a ze zdziwieniem.
- Przecież możesz czasem do niej pójść.
- Czasem! Ja chcę ciągle z nią siedzieć!
- Rzeczywiście to trochę bez sensu – mruknęła Hermiona ogarniając wzrokiem uczniów jedzących śniadanie.
- A ja wiem co zrobić! – stwierdziła Ginny. – Bierzcie swoje talerze! Przesiadamy się, czas na małą rewolucję!
Neville’owi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wziął swój talerz i ruszył z dziewczynami w stronę Luny.
- Robicie reorganizację? – spytała się z uśmiechem gdy usiedli koło niej. – Super!
- A tak! – odparła wesoło Ginny. – Stara gwardia powinna trzymać się razem.
Na te słowa Luna podskoczyła i stanęła na ławie. Przyłożyła dłonie do ust i krzyknęła:
- Gwardia Dumbledore’a siedzi razem!

Na chwilę w Wielkiej Sali zrobiło się zupełnie cicho. Każdy uczeń oderwał się od swojego talerza i patrzył się na nią. Nauczyciele zastygli w bezruchu, większość z nich miała minę jakby pomyśleli, że dziewczyna zwariowała. Ciszę przerwał Dean Thomas, który jako pierwszy wstał ze swoim talerzem i dosiadł się do stołu Krukonów. Zaraz za nim zrobił to samo Denis Creevey. Wielka Sala wypełniła się podnieconymi szeptami i odgłosami przesiadających się uczniów. Gdy do Gwardii Dumbledore’a dołączyli jeszcze Justyn Finch-Fletchley, Ernie McMillan i Hanna Abott podeszła do nich Minerwa McGonagall.
- Możecie mi powiedzieć o co w tym wszystkim chodzi? – zapytała z marsową miną. – Czemu burzycie ponad tysiącletnią tradycję?
- Reagujemy na pani wczorajszą przemowę pani dyrektor – odpowiedziała Luna z powagą.
- Tak, to jest jedna z tych rzeczy, które trzeba koniecznie zmienić! – poparła ją Ginny.
- Może gdyby każdy siedział gdzie chce, domy byłyby mniej podzielone… mam na myśli zwłaszcza Slytherin – dodała Hermiona patrząc się w stronę stołu pod ścianą.

Minerwę McGonagall na moment zatkało, było widać że jest kompletnie zaskoczona. Gwardia z niecierpliwością czekała na to co dyrektorka powie na ich argumenty. Reszta uczniów spoglądała na tę scenę z wielkim zainteresowaniem.
- Słuchajcie! – zagrzmiała po dłuższej chwili. – Od dzisiaj… możecie siadać gdzie chcecie!
Po tym zdaniu zapanował jeden wielki krzyk. Gwardia Dumbledore’a wstała i zaczęła wiwatować. Reszta uczniów, w zdecydowanej większości, popierała ten pomysł i zaczęła się przesiadać.
- CISZA! – dyrektorka musiała użyć zaklęcia aby przekrzyczeć wrzawę. – Ale to dotyczy tylko zwykłych dni! W święta i w wyjątkowych okolicznościach widzę każdego ucznia przy swoim stole!
Hermiona wyszczerzyła zęby do Ginny, a ta odwzajemniła uśmiech. Rewolucja się udała, a one wiedziały, że po lekcjach wyślą drugą sowę do swoich chłopaków.

***

Po pierwszych dwóch tygodniach nauki Hermiona stwierdziła, że jest w swoim żywiole. Tęskniła za tymi grubymi murami mimo, że były świadkami okropnej bitwy. Brakowało jej mundurka szkolnego dzięki któremu nigdy nie traciła czasu na zastanawianie jak się ubrać. W przeciwieństwie do większości uczniów lubiła pisać długie wypracowania i czytać w bibliotece opasłe księgi. Obecność Ginny w dormitorium bardzo jej odpowiadała. Tyle razy mieszkały razem w czasie wakacji, że czuły się doskonale w swoim towarzystwie. W poprzednich latach Lavender i Parvati nie raz zaszły jej za skórę, gdy chciała się uczyć, a one szczebiotały o chłopakach lub ciuchach.

Nauki w ostatniej klasie było bardzo dużo. Wszyscy nauczyciele ostrzegali, że czeka ich ciężka harówka. Hermiona była spokojna o to, że zda. Wiedziała, że będzie mocno zajęta dlatego zaczęła się uczyć już w czerwcu. Nie wiedziała tylko czy uda się jej zdobyć najwyższe stopnie. Bardzo tego pragnęła, ale miała na głowie zobowiązania. Postanowiła nie brać na siebie już niczego więcej, nawet jeśli całe Ministerstwo z Harrym na czele będzie błagać ją na kolanach.


Jedynym wyjątkiem wśród nauczycieli był Horacy Slughorn. Zamiast straszyć klasę zbliżającymi się egzaminami powiedział, że wierzy w swoich uczniów. Argumentował to tym, że większość dostała ocenę „wybitny” z SUMów więc są na tyle inteligentni aby samemu zdobywać wiedzę. On jest tylko od tego aby dawać wskazówki i pomagać w razie potrzeby. Dlatego przydzielał uczniom zadania do zrobienia na lekcji, a sam podchodził do wybranych osób i starał się ich zagadywać na temat co słychać u Harry’ego i innych wybitnych, według niego, byłych uczniów Hogwartu. W poniedziałek stanął przy kociołkach Hermiony i Ginny aby oświadczyć im, że mają się pojawić na pierwszym spotkaniu Klubu Ślimaka, które odbędzie się w sobotę.

- Nie ma możliwości abym przyszła – oświadczyła Hermiona gdy wyszły z lochów. – Nie mam czasu na pogaduszki nad rosołkiem i kandyzowanymi ananasami.
- Zaprosił także Lunę i kazał jej przyjść z Nevillem, może być fajnie.
- Myślałam, że pójdziemy wtedy do Hogsmeade na szybkie piwo kremowe. Chciałam zaprosić Harry’ego i Rona…
- Pierwsze wyjście do Hogsmeade jest dopiero w październiku – powiedziała Ginny wzdychając ciężko.
- Skąd wiesz?
- Od McGonagall, powiedziała na spotkaniu prefektów.
- Czasem żałuję, że z tego zrezygnowałam… – westchnęła Hermiona z żalem.
- A ja zaczynam żałować że zostałam prefektem i kapitanem drużyny jednocześnie ponieważ nie mam na nic czasu. Ciągle mnie wszyscy męczą o miejsce w zespole - jęknęła Ginny. – Nie mogę się skupić na nauce, a testy nowych członków długo trwają.

Większość uczniów z niecierpliwością czekało na wybory drużyn, a później na rozgrywki pomiędzy domami. Ginny miała zamiar przeegzaminować sporą ilość koleżanek i kolegów z Gryffindoru. Ze starego składu został Richie Coote z szóstego roku oraz Jimmy Peakes z piątego, którzy byli pałkarzami oraz o rok młodsza od Ginny Demelza Robins, która grała na pozycji ścigającego. Pierwszym problemem, przed którym stanęła nowa kapitan było to, że do zespołu kandydował Dean Thomas. Był już ścigającym w drużynie i dobrze się sprawował, jednakże jako były chłopak Ginny mógł być słabym ogniwem w czasie gry. Oprócz umiejętności sportowych, zespół musiał się dobrze dogadywać. Wszelkie spory nie były dobrze widziane ponieważ mogłyby doprowadzić do przegranej (na przykład jak wtedy gdy Cormac McLaggen uderzył Harry’ego pałką). Ginny nie była pewna czy ich wspólna przeszłość nie odbije się na jakości gry. Z drugiej strony jak na razie był najlepszym kandydatem. Razem z Demelzą dały mu niezły wycisk na boisku i nie tylko wytrzymał jako jeden z nielicznych, ale i świetnie z nimi współpracował.
- Nadal nie wiem co zrobić z Deanem Thomasem – powiedziała strapiona do Hermiony.
- Może porozmawiaj z nim o tej sytuacji w cztery oczy.
- Chyba będę musiała…
- Nie wygląda jakby był nadal zły na ciebie – stwierdziła Hermiona.
- Mam taką nadzieję – mruknęła Ginny. – Jak skończę testy na pozycję obrońcy i szukającego to zajmę się nim.
- A ja pójdę dzisiaj po lekcjach do profesor McGonagall i poproszę o pozwolenie na pójście do Hogsmeade w sobotę.
- Nie uważasz, że to trochę irytujące, że jesteśmy pełnoletnie a potrzebujemy pozwolenia?
- Takie są zasady tej szkoły i ja je akceptuję.
- No tak… wiedziałam, że tak powiesz.
- Jeśli się zgodzi napiszę do Harry’ego i Rona czy będą mieli czas wpaść na małe piwko kremowe.
- Och! Mam nadzieję, że ci się uda! – pisnęła z nadzieją w głosie Ginny.

***

Z oddali dobiegała muzyka. Ginny z Hermioną zbliżały się szybkim krokiem do jej źródła, którym był gabinet profesora Slughorna. Były mocno spóźnione, ale zatrzymały się przed drzwiami aby chwilę odsapnąć.
- Mówiłam ci, że nie mam ochoty na tę imprezę – warknęła Hermiona.
- A ja ci mówiłam, że masz przyjść bo za dużo siedzisz w książkach i musisz się trochę wyluzować – wydyszała Ginny.
Profesor McGonagall udzieliła pozwolenia na wyjście do Hogsmeade dla dziewczyn. Hermiona od razu pobiegła wysłać sowy do Harry’ego i Rona. Zadowolona z siebie otworzyła wiadomości zwrotne podczas śniadania. Wtedy mina jej zrzedła ponieważ okazało się, że Harry ma w sobotę służbę w Ministerstwie Magii i nie może wziąć wolnego ponieważ tak podpadł Robardsowi obroną Snape’a, że ten zgrzyta zębami na jego widok. Ron zaś musiał pracować w sklepie ponieważ George rozchorował się i nie był w stanie wyjść z łóżka. Ginny pocieszała ją tym, że mogą iść na spotkanie Klubu Ślimaka, ale Hermiona nie chciała o tym słyszeć. Zakopała się w książkach i nic nie było w stanie jej od nich oderwać. Gdy Ginny wracała wieczorem z testów do drużyny Quidditcha lub spotkań prefektów, Hermiona albo się uczyła albo szukała kolejnych artykułów przydatnych do obrony Snape’a. W sobotę od wczesnego rana robiła to samo. Wtedy Ginny nie wytrzymała i zmusiła Hermionę do uczesania się, pomalowania i wciśnięcia w sukienkę. Następnie zaciągnęła ją przed gabinet profesora.
- Właź i nie marudź! – powiedziała i wepchnęła ją przez drzwi.
- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! – zagrzmiał chór głosów i zaskoczona Hermiona została obsypana konfetti.
- Co wy tu robicie? – spytała się Rona i Harry’ego, którzy stali i szczerzyli się do niej.
- Panno Granger, w imieniu swoim i wszystkich zebranych tu osób chciałbym życzyć ci wszystkiego najlepszego z okazji twoich dziewiętnastych urodzin – powiedział oficjalnym tonem Horacy Slughorn i podał jej ramię.
- Och! Dziękuję – wydyszała i złapała jego ramię.
Dopiero wtedy zauważyła wielki transparent na ścianie z napisem „Wesołych urodzin”. Pod nim stał stół gdzie były ułożone potrawy w formie szwedzkiego stołu, a w samym centrum pysznił się trzypiętrowy tort. Patrząc na jego wykonanie Hermiona była pewna, że jest to dzieło pani Weasley. Slughorn jednym machnięciem różdżki zapalił na nim świeczki.
- Dmuchaj dziewczyno! I niech się spełnią wszystkie twoje marzenia! – powiedział uroczystym tonem.

Gdy to zrobiła rozległa się burza oklasków po czym zebrani rzucili się aby złożyć jej życzenia i dać prezent. Ron jako pierwszy do niej podskoczył i złożył na jej ustach długi pocałunek, a następnie pomagał w układaniu kolejnych paczek, które miały zostać przetransportowane do dormitorium Gryffindoru przez skrzaty domowe. Harry i Ginny podeszli jako jedni z ostatnich gości.
- Dobra! Mów jak to zorganizowałaś!
- A skąd wiesz, że to ja? – spytała się Ginny z miną niewiniątka.
- Ponieważ powiedziałaś mi we wtorek, że idziesz na spotkanie prefektów, a Neville o nim nie wiedział, gdy spotkałam go w pokoju wspólnym. Myślałam, że po prostu zapomniał, ale teraz sądzę, że poszłaś do profesora Slughorna aby uknuć z nim spisek.
- Masz rację, to mój pomysł. Byłaś zdołowana, że nie możesz się spotkać z Ronem więc postanowiłam działać. Poszłam do profesora aby przekonać go do zrobienia ci przyjęcia – niespodzianki. Wtedy zagadnęłam go czy przypadkiem nie zna Gawaina Robardsa. Okazało się, że był jednym z jego ulubieńców. Obiecał mi napisać do niego aby zwolnił Harry’ego z obowiązków…
- … które mam odpracować w niedzielę i przy okazji wyczyścić toalety – mruknął Harry.
- Potem przekonałam Billa aby zajął miejsce Rona w sklepie. Pomyślałam, że skoro w pracy ciągle widzi jak przelicza się pieniądze to w sprzedaży sobie poradzi…
- … a jak nie to George przekręci mnie na lewą stronę – dodał Ron.
- Następnie poinformowałam wszystkich zaproszonych aby mieli czas kupić ci prezenty – Ginny uśmiechnęła się promiennie do Hermiony. – Genialna jestem, nie?
- Dziękuję, jesteś wspaniała – Hermiona odwzajemniła uśmiech i przytuliła ją. – Jesteś moją najlepszą przyjaciółką…
- Przepraszam, ale jeszcze ja mam coś dla panny Granger – dziewczyny usłyszały męski głos.

Gawain Robards stał obok nich z maleńką paczuszką w ręce, która widocznie była prezentem urodzinowym. Wręczył go z miną jakby chciał być w tym momencie gdzie indziej, a podczas składania życzeń patrzył się lekceważąco na Hermionę. Na koniec uścisnął mocno jej dłoń i gdy pomyślała, że już skończył się produkować, pochylił się do niej i spytał szeptem:
- Dlaczego taka mądra i ładna dziewczyna chce bronić takiego karalucha, który nie jest godzien całować śladów jej stóp?
Hermionę zatkało. Takiego pytania zupełnie się nie spodziewała. Gawain Robards nadal trzymał w żelaznym uścisku jej rękę i patrzył się natarczywie w oczy oczekując w odpowiedzi.
- Ponieważ mam taką zachciankę panie Robards…
- Mam nadzieję, że jesteś przygotowana na wojnę panno Granger.
- Od kilku miesięcy zbieram oddziały i szkolę je do bitwy – rzekła Hermiona siląc się na żartobliwy ton i marząc by puścił jej dłoń.

Brwi mężczyzny poszybowały w górę: teraz ona go zaskoczyła. Szybko się opanował i rzucił przez ramię odchodząc w stronę Slughorna, że Hermiona pewnie przegra tę sprawę mając takie lekceważące podejście do tematu. Stała w bezruchu przez chwilę wpatrując się w oddalającego się mężczyznę gdy podszedł Ron, przytulił ją i wyszeptał do jej ucha:
- Olej tego dupka.

- O nie, tego na pewno nie zrobię – warknęła. – Robards to poważny przeciwnik. Chce wojny to będzie miał wojnę. Wybronię Severusa Snape’a nawet gdybym musiała samodzielnie umyć mu włosy bez użycia rękawiczek!

sobota, 19 grudnia 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 8 – Kociołki, podróże i tym podobne

Elo Ziomy!
Znowu do was piszę! Mówiłem, że was wszystkich kocham? <3<3<3

Mam kilka ogłoszeń patafialnych!
1. Wróciliśmy do Anglii! Szkoda tych palm i piasku wszędzie, ale tutaj też nie jest źle. Zawsze mogę wykleić fototapetą pokój Juniora.
2. Anna69… TY JESTEŚ CHŁOPEM!? Twój pindol + moje oczy = Aaaargh!!!
3. Naxendia Vance – jesteś pewna, że nie chcesz iść chociaż na randkę? Daj mi szansę! Proooszę! Widziałem, że jesteś z Londynu, może skoczyć na szybkiego drinka do baru <mrug-mrug> :D

Powiem wam, że się nieźle zjaraliśmy przez słoneczko. Volduś to taki mały murzynek ^^

Znowu wyskoczyły mu krosty na pupci bo Senior go nie przypilnował na plaży podczas mojego polowania na dzikie kobity. Nie rozumiem jak można jeść piasek, przecież to takie suche… Rozumiem gdyby mordował małe kocięta i zjadał ich wnętrzności na surowo. To by było godne Mrocznego Lorda Vad… ups Voldemorta. To przez te Gwiezdne Wojny. Zawsze byłem fanem Vadera, marzyłem, że kiedyś go poznam. Byłbym jego pupilkiem <3


Wyobraźcie to sobie: Mroczny Lord Darth Szczurus! Ha! Byłbym niezwyciężony! Wtedy Voldek by mi zmieniał pieluchy, nie ja jemu! Ups! Tego nie słyszeliście! Nie! Nie! To nieprawda, że mu je podbieram po ostatniej wpadce! Buuu :(

Voldemort stwierdził, że nie ma opierdalania się i robimy eliksir wskrzeszenia. Głupia nazwa, bo tak naprawdę nikogo to nie wskrzesza. Musisz być taką małą, żałosną formą życia jak Voldek. Wtedy zrobi z ciebie dorosłego. W sumie tak naprawdę to kombinacja eliksiru wzrostu i postarzającego. Ten pierwszy jest prosty do zdobycia: trzeba się włamać do Świętego Munga i podpierniczyć skrzynkę z magazynu szpitalnego. Bułka z masłem!

Z drugim będzie problem: robi się go przez jakieś pół roku. Na dodatek ma takie składniki, że głowa mała. Dosłownie głowa mała bo trzeba mieć Tsantse… To coś:


Indianie to robią. W Ameryce Południowej. Zgadnijcie kto ma to zdobyć? Tak, ja! Mówiłem mu: Mistrzu, ujawnij się, daj to zadanie jakiemuś śmierciożercy. Uwolnijmy Bellę z Azkabanu, ona wpadnie do wioski, rozpierdzieli wszystkich i wszystko w około, roześmieje się jakby była chora psychicznie i weźmie główkę. Ale nie… nie chce… ja wiem, że woli Seniora… on mu daje piasek żreć… ja biedny Glizdek nie jestem już potrzebny… buuu… czuje się wykorzystany jak po nocy z Alvinem…

W czasie gdy będę polował na Indian jak jakiś niedorobiony konkwistador to Senior zajmie się pędzeniem eliksiru. Z jednej strony mu zazdroszczę, bo będzie przy Voldusiu. Z  drugiej strony robi się ten eliksir z jednorożcowego łajna. Ale mu będzie walić chałupa! Ha, ha! Tego mu nie zazdroszczę :D. No i mi obiecał, że zrobi Voldusiowi jak najwięcej zdjęć i tym razem będzie pilnował swojego włażącego wszędzie palca. Dosłownie, w hotelu spaliśmy wszyscy razem w komórce, bo nas nie było stać na pokój. Rano obudziłem się z palcem Barty’ego w… dobra, oszczędzę wam szczegółów…

Na dodatek nie mamy aż tak wielkiego kociołka, aby się tam dorosły Voldemort zmieścił. Musieliśmy złożyć zamówienie Gandalfa, bo odkąd wyprał się w Perwolu to ma wyższy magiczny level i potrafi robić takie cuda. Tylko, że ma sporo pracy, jakiś tam pierścień i te sprawy, więc termin wynosi minimum pięć miesięcy. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło: Harry trochę dłużej pożyje. Wprawdzie Barty’ego Juniora trochę korci aby go popieścić cruciem, ale się powstrzymuje.

W ogóle to muszę się wam wyżalić. Junior mnie wkurza! Przysyła takie lizodupne listy do Voldzia, że głowa mała! Ostatnio ozdobił kopertę serduszkami i naklejkami z Monster High! A to cham! Foch! Tylko ja mogę wielbić naszego mistrza!

Zaczęliśmy myśleć nad dodatkowym źródłem pieniędzy. Autografy Voldzia na aukcji nie poszły. Moje szaliczki co je dziergam na drutach też nie. Musimy wymyślić coś innego…

Może Wy podrzucicie mi jakieś pomysły? Coś, ktoś?
Wiecie jak WAS lofffciam :*
Wasz Glizdek <3


P.s. – prostatę mam w porządku! Dzięki Barty za fachową opinię!