czwartek, 5 listopada 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 2 – Poszukiwań ciąg dalszy


Hermiona leżała na łóżku w ciemności. Między Wielką Brytanią a Australią było dwanaście godzin różnicy. Oznaczało to, że jej organizm myślał, że jest południe. Nie tylko z tego powodu nie mogła zasnąć. Zastanawiała się, co zrobić z listą podyktowaną przez informatorkę. Czy zadzwonić do tych par, czy jechać do nich? Jeśli to pierwsze, to co powiedzieć? Jak się przekonać, że to jej rodzice? Pozna ich po głosie? Co, jeśli się pomyli? A może zadać jakieś pytania dodatkowe? Tylko jakie? 

Następnym problemem był fakt, że tylko dwie z pięciu par mieszkały w Sydney. Pozostałe były w Canberze, Melbourne i w małym miasteczku pod Perth. Hermiona miała nadzieję, że jedna z nich to jej rodzice. Nie chciała się do tego przyznać, ale bała się, że cała piątka okaże się rozczarowaniem. Znowu strach – pomyślała. Miała go dosyć. Ostatnie miesiące to była ciągła trwoga o rodziców, przyjaciół, członków zakonu i powodzenie ich misji. Do tego wszystkiego dołączyły ból, zimno, samotność, rozczarowanie i strata. Albus, Moody, Fred, Syriusz, Lupin, Tonks, Zgredek, Lavender… a to tylko początek listy. Oczy dziewczyny zaszły łzami. Popatrzyła na pozostałe łóżka, z myślą, że szkoda, że nikt nowy do nich nie dołączył. Thierry z Ronem, mający tak samo, jak Hermiona problem ze zmianą czasu, postanowili pójść na dół do baru. Teraz zaczęła żałować, że została, aby zaplanować poszukiwania. Może Ron miał rację, że trzeba się wyluzować.

Uśmiechnęła się pod nosem. Ron coraz bardziej zaczął przypominać swojego ojca. Powiedział jej, że zamierza poznać mugolski świat, skoro są teraz razem. Chciał się dowiedzieć, jak żyje się bez magii. Dlaczego samoloty latają, do czego służy lodówka, co można kupić za funty i jak można podniecać się piłką nożną, która jest prymitywna w porównaniu do quidditcha. To wszystko to był jej dawny świat… Świat jej rodziców…
- To będzie długa noc – pomyślała Hermiona.

Po nieprzyjemnej nocy wstała koło południa. Czuła się strasznie - suszyło ją w gardle, jakby wypiła zbyt wiele wina poprzedniego wieczoru. Wszystko ją bolało i najchętniej zostałaby w łóżku. Mimo to zmusiła się do wstania i narzucenia na siebie bluzy. Zanim wyszła do łazienki, popatrzyła na śpiących chłopaków. Ron leżał na plecach, miał otwarte usta i chrapał, Thierry zakopał się w kołdrze i widać było tylko jego długie włosy na poduszce. Chyba będę musiała obudzić Rona i nie będzie to miła pobudka – pomyślała złośliwie Hermiona, idąc do toalety.

Ich śniadaniem i zarazem obiadem okazały się hot-dogi z obskurnej budki za rogiem. Siedząc na plastikowych krzesłach przy plastikowym stole, żuli bułki, które przypominały kapcia, a parówki smakowały jak zmielony troll z maczugą.
- Bleee, co za świństwo… już twoje grzyby i przypalone ryby były lepsze – mruknął Ron. Po pobudce czuł się gorzej niż Hermiona, ponieważ miał dodatkowe powody, aby jego organizm się buntował. – Niepotrzebnie piłem to mugolskie piwo…
- Jedz i nie wybrzydzaj – warknęła Hermiona. 

Była zła na Rona. Świtało, gdy w końcu udało jej się zasnąć, ale nie dane jej było spać długo. Chłopaki wrócili, śpiewając jakąś przyśpiewkę piłkarską, cuchnący alkoholem, papierosami i zielskiem. Chcieli dalej imprezować w pokoju, ale Hermiona rozgromiła towarzystwo, używając do tego najgorszego repertuaru przekleństw zapożyczonych od swojego chłopaka. 
- Na nic lepszego nas nie stać. Poza tym przypominam panie-lubię-sobie-wypić-z-dopiero-co-poznanym-wierszokletą, że mamy coś do roboty!
- Ale on stawiał… - zaczął Ron żałośnie.
- No tak, to tłumaczy wszystko… - Czarownica powiedziała z ironią.

Dokończyła hot-dogo-podobnego stwora. Wyjęła kartkę z numerami z torebki i wstała od stołu.
- Idę dzwonić!
- Poczefaj... Ejmiono… - powiedział Ron na tyle, ile pozwoliły mu zapchane resztką bułki usta. Zerwał się z krzesła i pobiegł za nią. – Idę z tobą!
Drżącymi rękami wybrała numer pary z Sydney. Pierwszy sygnał… drugi sygnał… trzeci sygnał… Proszę, odbierzcie!
- Halo? – Hermiona usłyszała męski głos. Czy to był głos jej ojca?
- Dź… dź... dzień dobry! – wydukała z trudem, ale szybko się opanowała po tym, jak wzięła głębszy oddech. – Czy dodzwoniłam się do państwa Moniki i Wendella Wilkins?
- Taaaaa… - odparłmężczyzna niezbyt grzecznie. 

Hermiona pomyślała, że to raczej nie jest jej ojciec. On nigdy by tak nie odpowiedział nikomu.
- Czy są państwo dentystami i pochodzą państwo z Anglii?
- Nie! – warknął. – Urodziliśmy się z żoną tutaj! Co to w ogóle za pytanie?
- Ach, to bardzo dziękuję… nie państwa szukałam… – wyszeptała. 
Wendell Wilkins się rozłączył. Hermiona powoli odłożyła słuchawkę i wciągnęła powietrze do płuc. Wdech – wydech.
- Pudło? – zapytał zmęczonym głosem Ron.
- Tak, dzwonię dalej – odpowiedziała Hermiona. - Znajdę ich, chociażbym miała przeszukać całą Australię wzdłuż i wszerz.
- Do boju moja miłości!
- Och, Ron! – serce Hermiony roztopiło się pod wpływem wyznania jej skacowanego chłopaka. Odwróciła się i pocałowała go namiętnie.
- Mhhhhmmm… Hermiono… - wydyszał z rumieńcami na twarzy, po czym odskoczył od niej i wydalił w krzakach swój posiłek.
- Żałosne – mruknęła zdegustowana czarownica, wyjęła z torebki chusteczki, rzuciła je mężczyźnie swojego życia i zabrała się za dzwonienie.

Hermiona totalnie się rozkleiła. Wyła w ramię Rona, a ten głaskał jej puszyste włosy. Kiedy zaczęła płakać, zmieszany Thierry wymamrotał coś o pilnej potrzebie udania się w jakimkolwiek kierunku i opuścił towarzystwo. Tama wszystkich jej negatywnych uczuć pękła i wypuściła wielką rzekę łez. Zadzwoniła do wszystkich par, do jednej musiała dzwonić co godzinę, bo nie odbierali. Jednak nikt się nie przyznał do bycia dentystami i anglikami.
- Hermiono… kochanie… to nie koniec świata, znajdziemy ich – powiedział Ron, starając się ją pocieszyć. Jedyną odpowiedzią był jęk i dalszy płacz. – Sama mówiłaś, że ta kobieta z Canberry miała angielski akcent. Pomyślałaś, że może… oszukała cię?
- Buuuuuuuuuu!
- Może nie chcieli powiedzieć prawdy… może, gdy rzucałaś zaklęcie, zagnieździłaś w ich umysłach pomysł, że mają trzymać się z dala od obcych…
- Buuuuuu!
- Może pomyśleli, że nie powinni być dalej dentystami… albo nie mogli znaleźć pracy w swoim zawodzie i są… no nie wiem… nauczycielami?
- Buuuu!
- Kochanie! Weź się w garść! – Ron delikatnie nią potrząsnął. – Nie znaleźliśmy horkruksów płacząc!
- Ronaldzie Weasley! Jesteś nieczułym dupkiem! – uderzyła go pięścią w ramię.
- Ała! Taka prawda!
- Co ja mam robić? Co ja mam robić? – Hermiona mamrotała nerwowo pod nosem.
- A bo ja wiem… - Ron zadumał się. - Można by włamać się do jakiegoś urzędu, przejrzeć akta… chyba mugole coś takiego mają?
- Mają.
- To co? Robimy wejście jak u Gringotta?
- Nie – prychnęła Hermiona. – To, że mugole nie używają magii, nie znaczy, że łatwiej się dostaniemy do akt Ron!
- To nie wiem! – powiedział urażonym tonem. – Nie to nie, ty jesteś od myślenia!
- Wyobraź sobie, że tym razem nie mam ani jednego pomysłu! – zapiszczała Hermiona. 

W Ronie coś się zagotowało, stwierdził, że w tym momencie to on musi się wykazać jako mężczyzna.
- Skoro nie masz pomysłów, to tym razem ja decyduję… idziemy pod adres każdej z tych par! – oznajmił zaskoczonej dziewczynie.
- Ale…
- Nie ma ”ale” Hermiono! Teraz ja decyduję, aż zaczniesz być sobą. Jutro rano dowiadujesz się, jak się do nich dostać i idziemy się z nimi zobaczyć!
Hermiona popatrzyła na Rona zdumionymi oczami. Widziała jego zdecydowaną postawę, zacięty wyraz twarzy, ledwo widoczny cień dumy, że coś postanowił. Rzuciła mu się na szyję ze szlochem, ale tym razem był to płacz ze szczęścia.
- Ron! Kocham Cię!
- Ja ciebie też, moja sklątko tylnowybuchowa…
- Ron!

***

Stali w dzielnicy domków jednorodzinnych. Pod pierwszym adresem znajdował się jasny budynek z jednym piętrem. Wszystko było w nim proste, zero ozdób, żadnej skomplikowanej formy. Gładki beton, szkło, tylko drzwi do garażu i domu były drewniane. W malutkim ogródku rosły niskie palmy. Hermiona powoli podeszła do drzwi.
- Nie sądzę, aby moi rodzice mogliby zamieszkać w takim klocu – szepnęła do Rona, przypominając sobie angielską zabudowę.
- Trzeba spróbować – odpowiedział. – Dzwoń!

Zadzwoniła. Usłyszeli szczekanie psa, a następnie czyjeś kroki. Wstrzymali oddechy… Chuda murzynka w markowych ciuchach otaksowała ich pogardliwym spojrzeniem.
- Taaaaaaaaak? – spytała, wkładając w swój ton głosu jak najwięcej dystansu i chłodu.
- Czy tu mieszkają państwo Monika i Wendell Wilkins?
- To ja. O co chodzi?
- Och! – wyrwało się zaskoczonej Hermionie. – My…
- …prowadzimy kampanię na rzecz uwolnienia skrzatów domowych, które są niewolnikami czarodziejów. Czy jest pani zainteresowana rozmową o tym? – wtrącił szybko Ron z obłędem w oczach i wielkim uśmiechem na twarzy.
- Nie gadam z wariatami! – krzyknęła murzynka i zatrzasnęła gwałtownie drzwi.
- Ron! Co ci do głowy strzeliło, aby wyskakiwać z takim pytaniem!? – wrzasnęła Hermiona, gdy szli, poszukując miejsca, gdzie można bezpiecznie się teleportować.
- No co? Chciałem się jej pozbyć, skoro już się dowiedzieliśmy, że to nie twoja mama – odpowiedział urażonym tonem Ron. – Przebywanie z tobą uświadomiło mi, że ludzie kiepsko reagują na W.E.S.Z., więc spróbowałem od tej strony…
- Ron, przysięgam Ci, że jeszcze jeden taki wyskok, a rzucę na ciebie urok!
- Oj tam, oj tam…

Kolejną parę z listy odnaleźli w białym domku szeregowym na pochyłej ulicy. Nad wejściem był daszek z falistej blachy, a w oknach wisiały żaluzje. Ten dom bardziej pasował do anglików. Hermiona nacisnęła guzik, czując, jak szybko bije serce w jej piersi. Zacisnęła palce na ręce Rona. Rozległ się odgłos otwieranych drzwi. Serce jej zamarło, ponieważ dostrzegła znajomą sylwetkę... ale to nie był jej ojciec. Mężczyzna miał bardzo podobną posturę i włosy, ale to jednak nie był on.
- Dzień dobry! Szukamy Moniki i Wendella Wilkins – zaczęła z nadzieją w głosie Hermiona. Może to tylko ich australijski znajomy?
- Witam – odparł nieznajomy. - Tak, mieszkam tutaj z żoną, o co chodzi?
- O boże, to nie oni – jęknęła Hermiona.
- Słucham panienko?
- Bardzo przepraszamy za najście! – odezwał się Ron, łapiąc Hermionę w pasie. – Szukamy kogoś o takim samym imieniu i nazwisku jak pan.
- Przykro mi młodzieńcze, nie znam nikogo innego, kto się nazywa jak ja. Ale życzę wam powodzenia – mężczyzna spojrzał na rozczarowaną Hermionę. – Będę trzymał kciuki, abyście ich znaleźli.
- Dziękujemy!
- Znowu pudło – powiedziała zrezygnowanym głosem Hermiona. – To nic nie da… to nic nie da…

Osunęła się na chodnik,  Ron usiadł obok niej. Sytuacja wydała im się beznadziejna. Rudzielec stwierdził, że to dobry moment, aby spróbować namówić czarownicę na swój poprzedni pomysł:
- To co? Włamujemy się do urzędu?
- Nie wiem, czy to coś da – powiedziała Hermiona, przygryzając wargę.
- Więc zostaje sprawdzenie pozostałych trzech par… jeśli okaże się, że to nie oni, to idziemy grzebać w aktach.
- No dobra… - zgodziła się niechętnie i wyjęła kartkę z adresami. – Najbliższa para znajduje się w Canberze. To stolica Australii, raczej nie możemy się deportować, bo nie wiemy, gdzie wylądujemy… Trzeba iść po rzeczy do hostelu i poszukać jakiegoś autobusu czy pociągu.
- Pociąg brzmi nieźle – powiedział z uśmiechem Ron. – Jedziemy!

***

Pociąg ruszył, najpierw powoli toczył się po torach, ale szybko nabrał prędkości. Wyjechał ze stacji akurat wtedy, gdy zdyszana Hermiona wbiegła z Ronem na peron.
- Cholera! – krzyknęła tak głośno, że ludzie stojący w pobliżu popatrzyli się na nią z zainteresowaniem. – To był ostatni pociąg!
Droga na stację kolejową wydłużyła im się, ponieważ najpierw Thierry nie chciał ich puścić, dopóki nie dostał ich adresów (Rona domowy, a Hermiony e-mail). Następnie autobus, którym jechali, utknął w korku, który powstał z powodu wypadku na trasie. Para czarodziejów postanowiła nie teleportować się w dużym, nieznanym mieście, ponieważ nie mieli pewności czy ktoś ich nie zobaczy. Poskutkowało to dużym opóźnieniem i koniecznością zmiany planów.
- Co robimy? – spytał się Ron. – Może jednak teleportujemy się do Canberry? – dodał cicho, pochylając się nad głową Hermiony.

Dziewczyna nie odpowiedziała, zamknęła oczy i dumała nad ich położeniem. Owszem, mogli użyć magii, ale było to zbyt ryzykowne… Mogli sprawdzić, czy są jakieś autobusy, ale sama w to wątpiła. Było już późno, raczej niczego nie znajdą. Najprawdopodobniej musieli wrócić do hostelu. Podejrzewała, że Thierry się ucieszy i z chęcią zaciągnie ich do baru. Gdy odchodzili, wspomniał coś, że dali mu natchnienie. Miała nadzieję, że nie znajdzie się na kartach książki niskich lotów.
- Te, dzieciaki… pociąg wam uciekł? – podszedł do nich niepozorny, niski mugol. Palił papierosa i przypatrywał się im uważnie. – Jak chcecie, podwiozę was do Canberry.
- Super! – zawołał uradowany Ron. – Hermiono! Zobacz, jakie mamy szczęście!

Hermiona była bardziej sceptyczna. Mężczyzna miał w sobie coś… niepokojącego. Jego ubrania, tak jak sama fizjonomia, były bezbarwne. Wszystko, od włosów po buty było w odcieniach brązu, beżu i szarości. Jasne oczy patrzyły się na nią w sposób, który Hermionie przypominał wzrok Fenrira Greybacka. Wilkołaka, który chciał jej rozerwać gardło…
- Bardzo dziękujemy, ale poradzimy sobie – powiedziała i pociągnęła Rona za rękę. – Wracamy do hostelu!
- A-ale Hermiono! – wyjąkał zaskoczony Ron. – Ten mug… pan nas podwiezie!
- Dzieciaki! Nie zedrę z was! I tak miałem jechać do stolicy – mężczyzna poszedł za nimi. – Wiecie, głupio tak samemu… przyjemniej po nocy grzać po trasie, gdy się ma kompanów obok… Kopsniecie dziesiątkę i będziemy kwita! Zawiozę was pod same drzwi, gdziekolwiek chcecie jechać!
- Nie jesteśmy zainteresowani! – odpowiedziała piskliwym głosem Hermiona.
- O nie! Tym razem ja decyduję! – Ron zatrzymał swoją dziewczynę i złapał ją w pasie. – Pojedziemy z tym mug… khem, panem. On chce mniej kasy, niż wyniosą nas bilety! Za to kupimy sobie porządne śniadanie!

Hermiona jęknęła na wspomnienie tego, czym ostatnio się żywili. Była pewna, że jej żołądek będzie dochodził do siebie przez miesiąc po powrocie do Anglii przez to tanie, syfiaste żarcie, które kupowali w obdrapanych budkach. Z drugiej strony nie ufała temu mężczyźnie. Za to Ron wydawał się zadowolony z tego, że podjął kolejną decyzję.
- Richie jestem... – mugol przywitał się, ściskając im ręce. - Nie patrz się tak na mnie panienko – dodał, widząc nieufny wzrok Hermiony. – Nie zrobię wam krzywdy! Wprawdzie mój gruchot nie jest limuzyną, ale jest sprawny, dojedziemy do Canberry w trzy godzinki, zaoszczędzicie pieniążki, pogadamy… zakumplujemy się… - poklepał Rona poufale po plecach. – To, co kolego? Dogadujemy się? Dziesiątka pasi?
- Pasi – powiedział Ron, zachwycony, że łapie mugolski slang, po czym zwrócił się do swojej dziewczyny. – Daj pieniążki naszemu nowemu koledze...
- Nadal nie jestem przekonana… - mruknęła Hermiona pod nosem, grzebiąc w torebce.
- Oj daj spokój! Będzie dobrze! Przecież jak ja mówię, że będzie dobrze, to będzie, nie? – Ron powiedział z uśmiechem.

***

Ron przestał się uśmiechać, zamiast tego na jego twarzy malowało się przerażenie. Mylił się i to bardzo. Nie było dobrze, było bardzo źle. Richie zatrzymał się na jakimś odludziu, mówiąc, że samochód złapał gumę. Gdy wszyscy wysiedli, wyjął nóż, kazał swoim pasażerom oddać pieniądze i wszystkie kosztowne rzeczy. Złowrogi błysk w jego oczach wskazywał, że wcale nie żartuje.
- No laluniu, sięgaj do swojej torebeczki i dawaj pieniążki… - powiedział nabrzmiałym z emocji głosem. – Dawaj wszystko!

Hermiona drżącymi rękami otworzyła swoją koralikową torbę, szukając portfela. Schowali z Ronem swoje różdżki w wewnętrznych kieszeniach kurtek i nie mieli czasu, aby po nie sięgnąć. Długi nóż mężczyzny mógł w każdej chwili pchnąć ją lub jej chłopaka, jeśli zrobią nieostrożny ruch.
- Ooooch tak laluniu… Gdybyś jechała sama, to jeszcze bym skorzystał z twoich wdzięków… - wychrypiał rzezimieszek, oblizując się lubieżnie. – STÓJ TAM, GDZIE STOISZ RUDY ALBO POTNĘ JEJ BUŹKĘ!!!! – ryknął, gdy Ron poruszył się pod wpływem złości na jego ostatni komentarz. – Jeśli będziecie grzeczni, to zostawię was tutaj i kiedyś ktoś was znajdzie! A jak nie, to zaszlachtuję jak świnie!
- Mam! Mam portfel! – krzyknęła Hermiona.
- DAWAJ GO! – Richie wyciągnął lewą rękę po łup, ponieważ w prawej ciągle trzymał nóż.

W tym momencie Hermiona rzuciła ciężki, pełny monet portfel w twarz złodzieja. 
– Ałaaa! – ryknął zbir i złapał się za nos, lekko się pochylając.
Ron nie czekał, aż złodziej się wyprostuje, miał długie nogi - na tyle długie, aby trafić stopą w dłoń trzymającą nóż.
- JUŻ PO WAS!!! – ryknął Richie, starając się złapać narzędzie zbrodni, które leżało teraz z metr od niego.
- Drętwota!!!

Rabuś padł jak rażony gromem. Ron z Hermioną popatrzyli na siebie. Obydwoje trzymali różdżki, celując nimi w mężczyznę. Ich oddechy powoli zwalniały i zaczynali się rozluźniać. W końcu obezwładniony mugol nie miał szans z czarodziejem z różdżką, a co dopiero z dwojgiem. Ron podbiegł do leżącego noża, po czym rzucił go daleko w krzaki. Hermiona podeszła do samochodu i wyjęła plecaki, cały czas zerkając nieufnie na leżącego Richiego.
- Co robimy? – spytała się Rona.
- Możemy zabrać mu samochód i pojechać dalej.
- Nie mamy prawa jazdy – jęknęła dziewczyna. – Poza tym to nie fair go tu zostawić, kto wie, kiedy ktoś go znajdzie…
- Hermiono! Ten gość chciał nas okraść albo i zabić! Nie wspominając, co o tobie mówił! – krzyknął wstrząśnięty Ron.

W głowie rudzielca od zawsze było przekonanie, że mugole to nieszkodliwe osobniki. Głupie i niezdolne zagrozić czarodziejom, a teraz na własnej skórze przekonał się, że to nieprawda. Przypomniał sobie, co kiedyś Harry i Dean mówili o broni zwyczajnych ludzi, takiej co zabijała tak szybko, jak Avada Kedavra. Oblał go zimny pot, gdy pomyślał, co by było, gdyby Richie ją wyciągnął i im groził.
- Odczarujemy go i teleportujemy się do Canberry – oznajmiła Hermiona po chwili milczenia.
- Ale… - zaczął Ron.
- Nie możemy teraz niczego innego zrobić! Nie zostawimy go tutaj, nie możemy go oddać w ręce policji… już i tak złamaliśmy zasadę tajności! 
- No dobra… daj mi chwilę… - powiedział Ron, po czym podbiegł szybko do mężczyzny i kopnął go z całej siły. – TO ZA MOJĄ DZIEWCZYNĘ, GNIDO! TO ZA OSZUSTWO! TO ZA KRADZIEŻ! TO… - ostatni z serii kopniak nie został wymierzony, ponieważ Hermiona złapała go i odciągnęła na bok.
- USPOKÓJ SIĘ! CO TY DO CHOLERY ROBISZ!? – krzyknęła.
- Teraz wiem, że ma nauczkę na przyszłość – powiedział Ron z zawziętym wyrazem twarzy. – Łapmy plecaki i uciekajmy.
- Ale Ron…
- Liczę do trzech! Jak się nie pośpieszysz, to przywalę mu jeszcze kilka razy! 

Założyli plecaki na plecy, złapali się za ręce, po czym Hermiona odczarowała Richiego i z głośnym trzaskiem teleportowali się pod trzeci adres z listy. Wpadli na pojemnik na śmieci, który przewrócił się razem z nimi, robiąc przy tym hałas. Hermiona szybko zerwała się na równe nogi. Ron zrobił to samo, przy okazji ustawiając kosz w pozycji pionowej. Posesja, na której się znajdowali, była słabo oświetlona, widać było tylko blade światło latarni, która ginęła w gałęziach jakiegoś iglastego drzewa. Gdzieś w sąsiedztwie szczekał pies. Zanim zdążyli naradzić się co dalej robić, zapaliło się światło przed domem i wyszedł szczupły mężczyzna w szlafroku.
- Co wy tu robicie!? – krzyknął.

Hermiona poczuła, że ciężko jej oddychać. Ten wzrost, ta postura, te włosy, oczy… To był jej ojciec. Znaleźliśmy ich! Znaleźliśmy! – krzyczał głos w jej głowie.
- Tato!
- Słucham? – spytał zaskoczony Wendell, patrząc na nieznajomych. – Chyba coś ci się pomyliło dziewczyno, nie jestem twoim ojcem.
- Bardzo przepraszamy – powiedział szybko Ron, podchodząc do mężczyzny. – Uciekaliśmy przed rabusiem, zaatakował nas i groził nam nożem! Czy możemy skorzystać z telefonu?

Ojciec Hermiony stał, nie wiedząc, co ma zrobić. Patrzył to na Hermionę, to na Rona. Dziewczyna wyczuła, że nie jest przekonany. Nie dziwiła mu się, było dawno po północy, a dwoje przestraszonych nastolatków oświadczyło, że potrzebuje pomocy. Wiedziała, że muszą wejść do środka, aby mogła rzucić zaklęcie, które zdejmie poprzednie. Postanowiła działać.
- Bardzo pana prosimy… nie mamy gdzie się podziać. On obiecał, że nas podwiezie i… i… chciał nam zrobić krzywdę... Proszę… - ostatnie słowo powiedziała, łkając. 
Nie mogła dłużej powstrzymywać łez. Sama nie wiedziała, czy są oznaką radości, ulgi czy strachu. Podejrzewała, że wszystkiego na raz.
- Nooooo dobrze… - powiedział niechętnie Wendell, po czym odwrócił się i poszedł w stronę drzwi wejściowych. – Chodźcie za mną. Zadzwonię po policję, pewnie przyjedzie po was patrol i złożycie zeznania na komisariacie. Tylko tyle mogę dla was zrobić w tej chwili.

Ulga Hermiony była prawie namacalna, gdy na drżących nogach poszła za swoim ojcem. Ron objął ją ramieniem i pocałował w skroń. Popatrzyła się na niego, a on uśmiechając się do niej, starł łzę z jej policzka. Gdy weszli do domu, zobaczyli, że Wendell podchodzi do telefonu stojącego na stoliku przy szafie. Zaczął wybierać numer, gdy Hermiona wyciągnęła różdżkę i szybko wypowiedziała odpowiednie zaklęcie. Oczy mężczyzny otworzyły się szeroko ze strachu. Przez sekundę Ron z Hermioną bali się, że zaklęcie nie podziałało. Popatrzyli się na siebie po czym…
- Her - Hermiona! – ojciec dziewczyny podskoczył do niej, upuszczając po drodze słuchawkę telefonu, z którego dobiegało nawoływanie dyspozytorki. Wziął córkę w ramiona i przytulił mocno. – Maleńka, co ty nam zrobiłaś?
- Tato! Och, tato… musiałam… wybacz mi – mówiła głosem drżącym od łkania. – Nie chciałam… aby Voldemort… was dopadł… musiałam… przepraszam…
Tulili się do siebie, zapominając o całym świecie. Ron podszedł do słuchawki, rzucił krótkie „nieaktualne” i ostrożnie odłożył telefon na swoje miejsce.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 2 - Wakacyjne plany Angeli


Mieszkańców wsi Sarny Duże od dawna intrygowała ta dziwna, starsza pani. Przychodziła co niedzielę do kościoła na ostatnią mszę, zawsze w czerni. Jej ubiór zdradzał zamiłowanie do ekstrawagancji. Nie jedna wiejska baba mówiła, że nigdy nie ubrałaby się w to coś co przypomina szlafrok. Dzieci mówiły, że przypomina to bardziej pelerynę czarodzieja, ale kto by się słuchał najmłodszych - im tylko zabawa w głowie. Kobieta nigdy nie rozmawiała z żadnym mieszkańcem wsi, modliła się tylko żarliwie i gorąco. Nie chodziła do spowiedzi więc nawet ksiądz nie wiedział co jej w duszy gra. Jednakże działo się to przez tyle lat, że starzy mieszkańcy Saren Dużych przyzwyczaili się do tego widoku, tylko dla dzieci było to dziwne. 
- Babciu, kto to jest? - spytała się kiedyś mała Agatka nie wiedząc, że wskazywanie palcem jest niegrzeczne. – Czy ona mieszka w naszej wsi? 
- Nie wnuczko – odpowiedziała Babcia Agatki. – Jest ze wsi Sarny Mniejsze.
- A czemu jest ubrana tak dziwnie?
- Nie wiem wnusiu. 
- Jak ona to robi, że się nie starzeje? – Wtrąciła Babcia małego Józia. – Pamiętasz Halino, że ona tu się kręciła gdy my byłyśmy pannami na wydaniu, a wyglądała na starszą od nas? Przecież musi mieć ze sto lat!
- Gadasz głupoty Stanisławo! Pamiętaj, że oni w Sarnach Mniejszych to wielcy panowie! Zawsze mieli bogate stroje. Pewnie jeździ do miasta wydawać pieniądze na te... Pani kochana... jak to się nazywa? Operacje plastikowe?
- Plastyczne, program w telewizji o tym oglądałam – odpowiedziała Babcia małego Józia. – Pewnie ją stać, dla mnie to wyrzucenie pieniędzy w błoto, lepiej kupić nowy traktor.
- Pewnie o to chodzi, niemożliwe by miała tyle lat. Ciekawa jestem co się stało z tymi dziećmi co to z nimi przychodziła do kościółka…
- O tak pamiętam! Dwie dziewczynki i chłopiec. Ta pierwsza była taka ładna, te jasne włoski! Ale mówiła jakoś dziwnie, kiedyś przed nimi stałam. Tak mocno „r” wymawiała. Pomyślałam sobie, że zza granicy jest. Była dużo starsza niż rodzeństwo. Ten chłopiec wyglądał jak aniołek, taki grzeczniusi był. Najmłodsza – słodkie dziecko. Ciekawe czyi oni byli, bo ona to za stara na matkę…
- O tak, tak, pamiętasz? My zadzwoniliśmy po policjanta Maruszkiewicza aby sprawdził co się z dziećmi dzieje. Powiadał potem, że za granicę gdzieś ich wysłali do rodziny. Wyobrażasz sobie Stanisławo? Takie małe dzieci… - głos Babci małej Agatki załamał się pod wpływem wyobrażeń o cierpieniach jakich doznaje samotna dziewczynka i chłopiec z dala od domu. 

Najstarszej dziewczyny nikt nie żałował, ponieważ na oko miała z piętnaście lat to na pewno sobie poradziła.
- Gdyby Józia mój syn z synową chcieli wysłać gdzieś samego to bym się zamknęła z nim w stodole! – Krzyknęła starsza kobieta wymachując dodatkowo zaciśniętą pięścią aby nikt nie śmiał wątpić w jej słowa. - Widłami bym kuła każdego kto by chciał się zbliżyć!
- Straszne, to powinno być zakazane! Ale nie od dziś wiadomo, że ci z Saren Mniejszych to dziwacy, pewnie to przez te pieniądze…
Tak właśnie rozmawiały baby wiejskie, jednakże żadna nie odkryła kim jest kobieta w czerni. Obiekt ich obgadywań jak zawsze wyszedł z kościoła nie odpowiadając na zaczepki. Skierowała swoje kroki do pobliskiego lasu. Wchodząc do niego sięgnęła do wewnętrznej kieszeni „szlafroka” gdzie czekała na nią różdżka. Wypowiedziała cicho zaklęcie. Chłopcy, którzy od miesiąca próbowali ją śledzić znowu przypomnieli sobie, że muszą koniecznie odrobić lekcje zadane na przyszły tydzień, zapominając o pierwotnym celu.
- Ich rodzice powinni mi podziękować – pomyślała wesoło kobieta czerni. – Poprawiły im się oceny.
Upewniwszy się, że nie ma nikogo w pobliżu teleportowała się do domu.

Wieś Sarny Mniejsze leżała w środku lasu, nie miała nawet asfaltowej drogi. Nie zaglądał tutaj nikt niepożądany, czasem przybłąkał się jakiś pies. Starsi mieszkańcy Saren Dużych nie mieli ani czasu, ani ochoty przedzierać się przez leśną ścieżkę. Młodzież, która miewała takie ciągoty opowiadała o drzewach rosnących za potężnymi ogrodzeniami, które zasłaniały domostwa. Wiedziano tylko, że był to domy duże i bogate. Stwierdzano zazwyczaj jednogłośnie, że muszą tam mieszkać potomkowie jakiś Amerykanów czy innych obcokrajowców, którzy mają za dużo kasy przez co nie pracują. Szeptem powtarzano, że może to jakaś sekta, a ta kobieta w czerni próbowała ratować swoje wnuki poprzez pokazanie im dobrej wiary. Ktoś kiedyś coś słyszał o takich dziwnych ludziach zza granicy, którzy nie używają nowoczesnych urządzeń co by pasowało do tych dziwaków z Saren Mniejszych. Jednakże nikt nic nie wiedział na pewno, a policjant Maruszkiewicz po wizycie w tamtych stronach nie mógł w ogóle sobie przypomnieć szczegółów wizyty. Tak wiec wymyślano różne teorie na tych dziwaków z Saren Mniejszych co bardzo odpowiadało tamtejszym mieszkańcom. Wieś liczyła sobie trzy domy, w których mieszkały rodziny czarodziejów bardzo zadowolonych, że mugole nie wtrącają się w ich sprawy.

Pod adresem Sarny Mniejsze 2 mieszkało pięć osób, gdy przyjeżdżała Angelique sześć, nie licząc naturalnie domowych skrzatów. Jeden z nich, pomarszczony i lekko garbiący się podszedł do swojej pani i pomógł jej zdjąć wierzchnią szatę.
- Bardzo Ci dziękuję Remplir - powiedziała Augustyna Banach uśmiechając się do sługi. – Jak zwykle jesteś bardzo uczynny, jest Gosia w domu?
- Oui, Madame – odpowiedział skrzat. 
Mimo, że przebywał w Polsce dobre dwadzieścia trzy lata nadal wtrącał francuskie słowa.
- Mamo, już jesteś? – Krzyknęła z gabinetu Małgorzata. Była to czarownica wyglądająca na czterdzieści lat, krótkie kasztanowe włosy tworzyły na jej głowie artystyczny nieład, była mocno opalona. Chuda sylwetka spowita była w wymyślną szatę koloru śliwkowego. Zielone oczy krytycznie patrzyły na układające się na manekinie fałdy materiału. – Spojrzysz na to? Myślisz, że pasować będzie do pozostałych sukni?

W świecie polskich czarodziei mało kto nie kojarzył nazwiska Ratine. Butik z autorskimi ubraniami Małgorzaty znajdował się na głównej ulicy w Magowie. Była to stolica polskich czarodziei i czarownic, bardzo dokładnie ukryta przed mugolami, położona pod Warszawą. W butiku przy ulicy Michała Sędziwoja sprzedawano drogie, ale zarazem piękne stroje. Tylko nielicznych było na nie stać. Dziennik „Czarodziejskie Fakty” często pokazywał lokalne gwiazdy, które ubrane były w szaty od Małgorzaty Ratine. Dziennikarze gazety chętnie opisywałby skandale związane z projektantką mody jednakże ta od lat była przykładną żoną i matką. Po skończeniu nauki w Zespole Szkół Magii i Czarodziejstwa imienia Mistrza Jana Twardowskiego w Mystopach dostała się na studia w Akademii Czarodziejskich Sztuk Artystycznych w Paryżu, tam poznała Pierre’a Ratine – syna starego czarodziejskiego rodu, zawsze pogodnego blondyna o niebieskich oczach. Ślub był cichy i skromny, a niedługo po nim pojawiła się na świecie pierwsza córka: Angelique. Małgorzata próbowała podbić stolicę światowej mody jednakże nie zdobyła uznania. Młodzi, mimo sprzeciwu rodziców Pierre’a postanowili pojechać do Polski. W tym jakże barbarzyńskim i zimnym kraju, jak myślała teściowa Małgorzaty, udało się jej zbudować znaną i pewną markę. Tutaj też, po dziesięciu latach od narodzin pierwszego dziecka, przyszedł na świat Konrad a po kolejnych trzech latach Amelia.
- Sądzę, że będzie pasować – powiedziała matka do córki patrząc na latające wokoło sprzęty do szycia i cięcia. – Nadal jesteś w złym humorze?
- W złym humorze! – Krzyknęła Małgorzata. – Jestem wściekła! Tyle lat, tyle pracy! Ta gówniara nie wie co traci! – Siadła ciężko na pobliskiej kanapie. – Myślałam, że przejmie po mnie firmę, że będzie moją dziedziczką… naturalnie Konradowi i Amelii też bym coś zostawiła, ale Angela... przecież ona zawsze pięknie malowała, odziedziczyła zdolności po mnie...
- Córko, przecież poszła na takie studia jakie poszła, to było do przewidzenia – starała się ją uspokoić Augustyna. 


***

W Zespole Szkół Magii i Czarodziejstwa imienia Mistrza Jana Twardowskiego trwało właśnie zebranie rady nauczycielskiej. Zaczarowane kogucie pióro należące kiedyś do założyciela tej placówki wisiało w powietrzu i pisało po małych arkusikach pergaminu podawanych przez sekretarkę Dobromiłę Dudek. Na każdym znalazło się imię, nazwisko, data urodzenia i dokładny adres dziecka, które zostało przyjęte do tutejszego gimnazjum. Karteczka wędrowała następnie do wielkiej chińskiej wazy. Gdy pióro kończyło swoją robotę dyrektorka szkoły losowała skrawki papieru aby przydzielić poszczególne dzieciaki do klas. Od osiemnastu lat sprawowała tę funkcję Leokadia Bąk, jak większość czarownic wyglądała młodziej niż jej mugolskie rówieśniczki, często uczniowie myśleli, że ma najwyżej sześćdziesiątkę. Pulchna kobieta z siwym, długim warkoczem tworzącym koronę wokół jej głowy, którego koniec zdradzał, że w dawnych czasach była brunetką. Patrząc na jej twarz każdy wiedział, że jest to kobieta ciepła, dobra i sprawiedliwa, pracowała w szkole od prawie sześćdziesięciu pięciu lat. Znała ją jak własną kieszeń i pamiętała wielu uczniów, którzy opuścili mury placówki edukacyjnej. Mimo, że robiła losowanie wiele razy to nadal chętnie przydzielała dzieciaki do klas. Wkładała pomarszczoną rękę do wazy, wyciągała pergamin, głośno go odczytywała i podczas odkładania na swoje miejsce myślała kim może być ta młoda osoba. Jaki los ją czeka, czy będzie dumą szkoły, czy jej hańbą?

Przedstawiciel Ministerstwa Magii z wydziału do spraw edukacji magicznej sporządzał listę dzieci pochodzących z mugolskich rodzin. Była to bardzo ważna czynność. Młodzi czarodzieje i czarownice jeśli urodzili się w pozamagicznej rodzinie mieli wielkie problemy by dostać się do szkoły. Nauczyciel mugoloznastwa musiał pójść do takiego ucznia, wyjaśnić co się dzieje, przekonać rodzinę do wysłania dziecka do magicznej placówki. Następnie należało wypełnić mnóstwo dokumentów, wybrać się z rodziną czarodzieja lub czarownicy do świata magicznych ludzi by kupić potrzebne rzeczy i wyjaśnić szczegóły transportu oraz zakwaterowania. W międzyczasie należało odpowiedzieć na mnóstwo pytań i wątpliwości.

Takim przedstawicielem szkoły była aktualnie Angelique Ratine. Spisywała od urzędnika Ministerstwa Magii dane, które były jej bardzo potrzebne do rozpoczęcia pracy. Wymagało to bardzo wiele wysiłku zarówno od niej jak i czarodziejów z Wydziału Magicznej Edukacji. Aby nauczycielka mogła działać, specjalna grupa musiała przygotować jej grunt: upewnić się, że w wybranym terminie rodzina będzie w domu sama. Spotkanie odbywało się w czasie tygodnia więc oznaczało to często zaczarowanie szefów, ich pracowników oraz domowników. Wszystko musiało też spełniać przepisy dotyczących właściwego traktowania mugoli przez osoby magiczne. Dodatkowo jeden agent zawsze musiał czuwać w pobliżu na wypadek gdyby nauczycielka została zaatakowana. Niedawno w czarodziejskim świecie było głośno o sprawie w USA, gdy mugol próbował zastrzelić magicznego przedstawiciela ponieważ wziął go za wariata.

- Angie, zgadnij co? – Powiedział do blondynki łysy czarodziej koło trzydziestki. 
Miał na sobie skórzaną kurtkę, sprane i poszarpane jeansy, obcisły T-shirt na którym wisiały okulary przeciwsłoneczne oraz glany na nogach. Od razu było widać, że ceni sobie ubrania ze świata mugoli. Nazywał się Miłosz Chmielewski i był nauczycielem obrony przed czarną magią. Przy okazji sprawował opiekę nad klasą pierwszą "c". 
- Co? – odpowiedziała blondynka nie bawiąc się w zgadywanie, miała aktualnie co innego na głowie. 
- Jeśli się nie mylę mam Twoją małą siostrzyczkę w swojej klasie... – stwierdził śpiewnym głosem. 
- Nie żartuj! Amelia u ciebie? – Angelique udała, że nie jest tym zachwycona. – Gorzej nie mogła trafić, czego ty ją nauczysz? Zdegenerujesz wszystkie te dzieciaki świrze. 
- Zobaczysz, zrobię z nich moją małą prywatną armię. Ubiorę w takie tycie mundurki, nauczę rozpalać ogniska, czołgać się w błocie, jeździć na Harley’u i grać na kobzie! 

Miłosz i Angelique roześmiali się. Większość nauczycieli nie miała pojęcia czym jest Harley. Czym jest kobza też co najmniej połowa nie wiedziała. Miłosz pochodził z rodziny mugoli i nie wsiąkł do końca w świat czarodziei. Lubił sporty ekstremalne, a zwłaszcza związane z nimi ryzyko. Gdy był uczniem, w czasie letnich wakacji, uległ poważnemu wypadkowi podczas skakania na bungee. Mugol by zginął, jednak czarodziej nie pada tak łatwo. Jako, że był wtedy w świecie pozamagicznym lekarze utrzymywali go w śpiączce aby go poskładać. Jego przypadek został uznany za cud w medycynie i powstały nawet dwie prace na jego temat. Zamiast długiej, mugolskiej rehabilitacji wybrał magiczne sposoby dochodzenia do zdrowia. W psychice Miłosza został uraz i postanowił trochę przystopować. Jednak jego natura pchała go w objęcia adrenaliny. Po skończeniu szkoły (rok później niż jego rówieśnicy) przeszedł szkolenie na aurora. Popracował trochę wśród ciemnych typów, złapał kilku czarnoksiężników i dostał medal za odwagę. Wtedy właśnie niespodziewanie odwiedziła go Leokadia Bąk i poprosiła by objął posadę nauczyciela obrony przed czarną magią. 

Poprzedni belfer przestał się dokształcać i zaczął uczyć archaicznych metod. Na dodatek jego tusza zaczęła mu przeszkadzać w poruszaniu się. Dyrektorka pamiętała Miłosza jako tego, który podrywał tłumy i poprowadził bunt przeciwko jedzeniu w stołówce szkolnej. Akcje były iście spektakularne, dopracowane co do najmniejszego szczegółu, przez co zmieniono sposób żywienia uczniów (z czego wielu nauczycieli także się cieszyło). Pomyślała, że kogoś takiego jej trzeba. Kogoś kto ma ciekawe metody nauczania, kto zyska sobie szacunek wśród młodzieży oraz da sobie radę z rozbrykaną magiczną dziatwą. Jej pomysł nie spotkał się początkowo z uznaniem jednak po jakimś czasie przyszły nauczyciel stwierdził, że to kolejne wyzwanie w jego życiu. 

Miłosz podał Angelique listę dzieci z mugolskich rodzin. Czarownica zobaczyła na niej pięć nazwisk. 
- Sporo mugolaków w tym roku, z klasy „a” mam dwoje uczniów, a w „b” troje – powiedziała. - O, dwie dziewczynki są z Lublina! Świetnie, to moje okolice…



sobota, 31 października 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 1 – Mój zwyczajny dzień

W ogrodzie było ciemno, jak to zazwyczaj bywa w środku nocy. Znajdowałem się w miasteczku Little Hangleton, które akurat w tym momencie spało jak zabite. Też bym chciał wskoczyć do łóżka, ale miałem inne rzeczy na głowie. Pot leciał mi po karku, w ręku ściskałem szklaną butelkę.

Gdzie jest ten cholerny wąż? Musiał wpełznąć na jakieś drzewo…

To była pora polowania Nagini, łapie sobie jakieś małe stworzonka, a to myszki, ptaszki,  wiewiórki, psa czy świnię... Była zajęta, a ja musiałem ją szybko znaleźć.

Skąd, na gacie Merlina, mam wiedzieć gdzie pełza ten oślizgły gad? Ta sycząca parówa mnie nie lubi.

Dojenie jej to zbyt wiele na moje nerwy… A skoro o nerwach mowa poczułem ból w lewym ramieniu. To czarny znak palił żywym ogniem. Mój Pan mnie wzywa.

Mój Pan. Mój szef. ON. Wielki-Władca-Ciemności. Który dał się zniknąć rocznemu dzieciakowi… VOLDEMORT

Teleportowałem się. Zgiąłem się w ukłonie.
- Tak Panie?
- Wydoiłeś ją?
- Nie znalazłem jej jeszcze…
- Ty przerośnięty szczurze! Co tak długo!?
- Minęły dopiero 3 minuty, zdążyłem tylko zejść po schodach do ogrodu!
- DOŚĆ! Nie interesują mnie szczegóły twojej niekompetencji! Chcę się NAPIĆ!
- Tak, tak, mój Panie, zaraz, już, chwilkeeeeee!
Ostatnie słowo krzyknąłem zbiegając po schodach. Drżały mi ręce, ciśnienie podskoczyło do niebezpiecznego poziomu.

Na pierd sklątki tylnowybuchowej! Jeszcze tylko brakuje abym padł na zawał!

Podszedłem do pierwszego drzewa i zacząłem cicho wołać węża. Nie wiedziałem czy jest w tym jakiś sens, ale trzeba było spróbować:
- Cip cip paróweczko! Chodź do Glizdogonka! Twój pan czeka na papuuuu!

Zajrzałem pod kamień, nie wiem czemu, chyba zszargane nerwy każą mi robić głupie rzeczy. Podszedłem do kolejnego drzewa. Nagini nigdzie nie było widać… co było oczywiste ponieważ była noc, a ja nie mogłem zapalić różdżki bo mugole by się skapnęli, że ktoś łazi po ogrodzie Riddle’ów. Poczułem coś na ramieniu.
- Oooch! Nagini! – powiedziałem uradowany. – Chodź do wujcia Glizdogonka, nadstaw kiełki… później je wyszorujemy tą super miękką szczoteczką co ją kupiłem w zeszłym tygodniu… daj trochę jadziku dla tatusia…
- Ssssss – syknęła Nagini co oznaczało, że chce pastę do zębów o smaku bekonu bo truskawkowa jej nie smakuje.

Nie znałem mowy węży więc jej nie zrozumiałem. Wziąłem butelkę i próbowałem wsadzić ją wężowi do pyska. Nagini, widocznie rozeźlona brakiem odpowiedzi co do pasty do zębów, owinęła się wokół mnie.
- Dobry wężyk, miły wężyk… to taka zabawa prawda?
Szybko zrozumiałem, że nie jest to zabawa. Już się żegnałem ze światem gdy poczułem ból w lewym ramieniu. Od razu się teleportowałem. Nagini opadła na trawę z sykiem oznaczającym najgorsze, rynsztokowe przekleństwa.
- Masz jad Glizdogonie?
- Nie – nie - nie Mój Panie… - wydukałem.
- Czemu!?
- Już miałem doić Nagini, gdy mnie wezwałeś…
- Dość! Nie interesują mnie szczegóły twojej niekompetencji! CHCĘ JADU!
- Tak, tak, mój Panie, zaraz, już, chwilkeeeeee!
Zbiegłem kolejny raz ze schodów.

Ta praca mnie wykończy… trzeba było uciec na Wyspy Kanaryjskie… Nie! Wielkanocne!

Wpadłem do ogrodu, podbiegłem pod drzewo, ale węża już nie było. Zakląłem siarczyście i od razu zapiekła mnie lewa ręka.

Na gacie Merlina! Czego on znowu chce!?

Teleportowałem się.
- Pamiętaj Glizdogonie, aby delikatnie traktować Nagini! Skarżyła się ostatnio, że tak szybko uciekała przed tobą, że obtarła sobie brzuszek!
- Oczywiście, Wasza Oczywistość… - tak się zgiąłem w pół, że aż zamiotłem łysiną dywan.
- Masz już jad?
- Panie…. Ledwo wszedłem do ogrodu, a Nagini gdzieś uciekła!

Voldemort popatrzył się na mnie z obłędem w oczach. Był zły… w sumie to zawsze jest zły… ale tym razem był bardziej zły niż normalnie zły.
- Oj, chyba będzie crucio… - wysyczał.
- Panie… Mój Panie… - odpowiedziałem przymilnym głosikiem. – Pieściłeś mnie tak kilka godzin temu… nie trzeba więcej… nie trzeba…
- CHCĘ… MOJEGO… JADZIKU!
- Zaraz, zaraz, tylko znajdę Nagini…
- Oszczędź sobie! – Voldemort ryknął, a ja się zgiąłem w pół czekając na ból. – Zanieś mnie do okna.

Zaniosłem go. Był mały jak roczne dziecko. Swoje potrzeby fizjologiczne też załatwiał jak małe dziecko. Od tygodnia namawiałem go na nocnik. Jak na razie wolał pampersy, a czerwony nocniczek z Myszką Miki, różowy z kaczuszką oraz żółty z Kubusiem Puchatkiem stopił zaklęciem. Pomyślałem, że będę musiał poszukać czarnego z pentagramem.
- SHHHDSDSAHHAAAAADDASSGAA – wysyczał Czarny Pan.

Odłożyłem go na miejsce i poprawiłem śpioszki (czarne z napisem „Hell’s Angel” na plecach – czego to mugole nie wymyślą) oraz założyłem czapeczkę, aby nie zmarzł. Nagini wpełzła do pokoju.
- Widzisz? Tak to się robi! – Voldemort był z siebie dumny. – Wołasz i przychodzi! Zrozumiałeś!?

Zrozumiałem? Na dziurawe gacie Merlina, ja nie znam mowy węży! Parówa mnie nie znosi i specjalnie przede mną ucieka! Zaraz mnie coś strzeli! Arghhhhh!

- Zrozumiałem – powiedziałem miękko i przykryłem mojego pana kocykiem w zielone czaszki.
- No! To teraz wydój Nagini!
Chwilę później Mój Pan z lubością wypisaną na… hmm… powiedzmy, że twarzy, ssał jad przez smoczek. Przyglądałem mu się ukradkiem.

Jest taki słodziutki gdy nie traktuje mnie jak szmaty od podłogi…

Moje życie na co dzień było straszne, ale miało też swoje dobre strony. Czułem się czasami jakbyśmy byli rodziną. Taką dysfunkcyjną… patologiczną… psychopatyczną… z alkoholowym syndromem płodowym oraz obarczoną stresem pourazowym. Rodziną tego typu gdzie jeden brat obija drugiego bo tamten nie dał mu na wódkę, nieletnia siostra jest w drugiej ciąży, matka oddaje się chłopom na rogu ulicy bo lubi, a tatuś jest alfonsem... Stwierdziłem filozoficznie, że rodziny trzeba się trzymać, nawet jeśli jej członkowie to chore pojeby.

Selfik z moją „rodzinką”:


Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 1 – Lot do Australii


Hermiona zesztywniała ze strachu, gdy zobaczyła, jak Nagini wbija kły w kark Snape’a. Słysząc jego krzyk, zamknęła oczy. Nigdy nie darzyła nauczyciela eliksirów sympatią, ale to, czego właśnie była świadkiem, było kolejnym złym doświadczeniem w jej życiu. Stać tak razem z Harrym i Ronem... patrzeć na śmierć… tak okrutną, tak straszną. Stać bezczynnie nie mogąc nic powiedzieć, wydać z siebie najmniejszego odgłosu, aby Voldemort ich nie usłyszał. Na Merlina, niech to się skończy… Dlaczego nie mogę niczego zrobić, nie mogę uratować kolejnego życia, które kończy się przy mnie?

Gdy Voldemort opuścił Wrzeszczącą Chatę, chłopak z blizną postanowił, wbrew zdrowemu rozsądkowi, podejść do umierającego czarodzieja.
- Harry… - powiedziała mu cicho do ucha Hermiona, pragnąc go zatrzymać, ale on nie posłuchał.
Zaklęciem odsunął skrzynię blokującą dziurę w podłodze. Ron popatrzył na Hermionę pytająco. Skinęła potwierdzająco głową i podążyli za przyjacielem. Widok był wstrząsający: Snape próbował wymacać ranę, był jeszcze bledszy niż zwykle. Mieli świadomość, że długo nie pożyje. Muszę coś zrobić… ale co? Nie da się mu pomóc! Myśli krążyły w jej głowie jak oszalałe, wewnętrzna walka prawie odbierała jej oddech. Hermiona chciała ratować Snape’a, nie z powodu sympatii, ponieważ tej nie odczuwała, to było bardziej współczucie. Wiedziała tylko, że to kolejna żywa istota, a ona już tak bardzo miała dość widoku krwi i śmierci… Z drugiej strony był mordercą Dumbledore’a… W ułamku sekundy podjęła decyzję. Rzuciła cicho zaklęcie, jej spierzchnięte wargi ledwo je wypowiedziały, skołowaciały język prawie nie wydobył z gardła głosek. Jeśli to nie pomoże, to przynajmniej będę mieć czyste sumienie, że próbowałam…
- Weź… to… weź… to… - wycharczał Snape do Harry’ego.

Z jego oczu i ust zaczęła wypływać srebrna mgiełka. Hermiona wyczarowała butelkę i podała ją przyjacielowi. Po zebraniu jej nauczyciel eliksirów poprosił, aby Harry na niego popatrzył ostatni raz, po czym zamknął oczy i znieruchomiał.
Przynajmniej próbowałam…
- Obudź się!
Nie mogłam mu pomóc…
- Hej! Obudź się!
Próbowałam!
- HERMIONO! Zaraz lądujemy!

Otworzyła oczy, nie rozumiejąc gdzie jest i kto nią potrząsa. Wrzeszcząca Chata zniknęła, zamiast niej zobaczyła okno, a za nim skrzydło samolotu. Zrozumiała, że to był tylko sen… nie sen, koszmar… straszne wspomnienie z jej życia. Coś, co przeżyła zaledwie dwa tygodnie temu.
- Na gacie Merlina, Hermiono, prawie jesteśmy w Sydney, a ciebie nie można dobudzić – Ron pogłaskał ją pieszczotliwie po policzku. – Ta miła pani, co roznosi przekąski mówiła, że niedługo lądujemy.
- Och, Ron… śniło mi się, że znowu stoimy i patrzymy jak Voldemort, każe Nagini zabić Snape’a – powiedziała, przytulając się do ramienia swojego chłopaka.
- Mi się nadal śni śmierć Freda… - powiedział cicho i spuścił głowę.
- Nie powinieneś ze mną lecieć. Twoja rodzina cię potrzebuje – stwierdziła Hermiona.

Poczuła się winna, że dała mu się przekonać. Na początku nie chciała słyszeć, aby Ron leciał z nią na poszukiwanie jej rodziców. Tak długo ją męczył, że się zgodziła.
- Musiałem, jesteś w końcu moją dziewczyną! – nadal odczuwał ból po starcie brata, ale nie chciał puścić samej Hermiony na drugą stronę globu. – Nawet nie wiesz, gdzie oni dokładnie są. Poszukiwania zajmą ci pewnie sporo czasu, a ja nie chcę się martwić, że coś ci się stanie – pogłaskał Hermionę po ręce i złożył na jej czole długi pocałunek.

Hermiona pomyślała, że ma rację. Tydzień po bitwie o Hogwart pojechała do swojego mugolskiego domu. Byłego mugolskiego domu – poprawiła się w myślach. Chciała znaleźć wskazówkę, gdzie postanowili udać się Wendell i Monika Wilkins. Niestety, od mieszkającej tam rodziny niczego się nie dowiedziała, ponieważ nie wiedzieli, gdzie wyjechali ich poprzednicy. Gdy załamana Hermiona siedziała na murku przed swoim starym domem, zagadała ją pani Murple. Była to stara kobieta ubrana w okropną granatową sukienkę w kwiatki, na jej głowie pyszniły się krótkie, siwe loki dopiero co zrobione u fryzjera za rogiem. Zgryźliwa i uwielbiająca plotki, od kilku lat pragnęła dowiedzieć się, gdzie Grangerowie wysyłają dziecko do szkoły oraz dlaczego wyjechali tak szybko kilka miesięcy temu. Gdy zobaczyła Hermionę, prawie podskoczyła z radości.
- Moje dziecko… tak się cieszę, że cię widzę! – zagruchała, starając się, aby jej głos miał jak najbardziej przyjazny ton.
- Pani Murple… dzień dobry… - mruknęła Hermiona.
- Co ty tutaj robisz kochanieńka? Myślałam, że pojechaliście do Australii! Wróciliście?
- Nie.,. to znaczy… ja nigdzie nie pojechałam,..
- Ale jak to?
- Kończyłam szkołę pani Murple, gdy… - w tym momencie wpadł Hermionie do głowy pewien pomysł. Nadała swojemu głosowi płaczliwą nutę. – Nie powinnam o tym mówić… to straszne co się stało…
- Mów dziecinko! Powiedz mi!
- Mogę pani zaufać? Nikomu nie zdradzi pani mojej tajemnicy?
- Ależ tak! Skarbie, cokolwiek powiesz, zabiorę to ze sobą do grobu! – zapewniła gorliwie plotkara, nie mogąc doczekać się rewelacji.
- Chodzi o to… że moich rodziców ktoś szantażował! Musieli wyjechać!
- O boże! Co ty mówisz kochanieńka!? Jak szantażować? Mieli jakieś ciemne sprawki na sumieniu?  - starsza pani spytała podejrzliwie.
- Nie! Przysięgam, że nie! Po prostu konkurencja chciała przejąć ich pacjentów… - Hermiona na poczekaniu wymyślała kolejne kłamstwa. – Ktoś im groził, że zrobią mi krzywdę, jeśli się stąd nie wyniosą. Dlatego nie powiedzieli mi, gdzie jadą. A ja skończyłam szkołę i tak bardzo pragnę ich… ich zobaaaczyć! – ostatnie słowo przeciągnęła, udając, że zaczyna płakać.

Ukryła twarz w dłoniach, modląc się, by pani Murple coś wiedziała na ich temat.
- Och! To o to chodzi! – wykrzyknęła z triumfem stara plotkara. Spojrzała na szlochającą Hermionę i zdała sobie sprawę, że wypadła z roli. Postanowiła podzielić się plotkami na temat rodziców dziewczyny. – Wiesz kochanieńka… Ja coś niecoś słyszałam…
- Błagam, niech mi pani POWIE!
- A mogłabyś mi przypomnieć, gdzie chodziłaś do szkoły kochana? – głos pani Murple był słodki jak miód.

Hermiona nie dała się zwieść, plotkara chciała wyciągnąć z niej kolejną informację. Postanowiła grać w jej grę.
- Rodzice się nie chwalili, pani Murple? – dziewczyna udała szczerze zdziwienie. – Uczyłam się w Headington School w Oksfordzie… przyjęli mnie z powodu wyjątkowych wyników w nauce. To tak daleko, że mieszkałam w internacie…
- Ach! Słyszałam o tej szkole!
- To, co mówiła pani o moich rodzicach…?
- Hmm… To nie jest pewne, ale Willy McDoughty przysięga, że słyszał, że jadą do Sydney. Wiesz kochanieńka, wynosił akurat śmieci, gdy twoi rodzice rozmawiali z kierowcą taksówki, podczas wynoszenia bagaży…

Hermiona zerwała się na równe nogi, podziękowała krótko pani Murple i pobiegła za róg uliczki, jakby się paliło. Gdy była pewna, że nikt jej nie widzi, aportowała się na obrzeża Nory. Wbiegła do kuchni i poinformowała rodzinę Rona o swoich planach. Pragnęła jak najszybciej odnaleźć swoich rodziców. Potrzebowała normalności. Dopiero co skończyła się wojna. Czarodzieje pochowali poległych, ale żal i niepewność ciągle w nich tkwił. Bardzo pragnęła położyć głowę na kolanach swojej matki, poczuć jej kojący dotyk na swoich głosach, chciała jej o wszystkim opowiedzieć. Tęskniła za swoim ciepłym i kochanym ojcem, jego dowcipami, które opowiadał z wesołymi iskierkami w oczach, podczas wspólnych śniadań...

Ron od razu oznajmił, że będzie jej towarzyszył. Nie chciała zabierać go rodzinie w tak ważnej chwili, jednak chłopak nie chciał słyszeć o rozstaniu. Dopiero co zaczęli być ze sobą na poważnie. Podejrzewała, że dodatkowo wynikało to z chęci zajęcia się czymś. Gdy skupiali się na celu, nie mieli czasu na wspomnienia. Wystarczająco męczyły ich sny o przeżytych okropnościach, nie potrzebowali, aby straszne obrazy ukradkiem wślizgiwały się do ich mózgów podczas dnia. Harry też chciał jechać, ale z powodu nawału zajęć nie dał rady. Niedawno Kingsley Shacklebolt został mianowany tymczasowym ministrem magii, do czasu aż sytuacja na tyle się unormuje, że będą mogły odbyć się wybory. W nagrodę za czyny Hermiony, Harry’ego i Rona poprosił, by wstąpili w szeregi aurorów bez odbycia odpowiednich kursów i szkoleń. Dziewczyna od razu odmówiła, tłumacząc, że po pierwsze musi odnaleźć rodziców, po drugie skończyć szkołę, a po trzecie nie widzi siebie na takim stanowisku. Ron poprosił o czas do namysłu, Harry zaś zgodził się bez wahania. Przez to miał sporo zajęć na głowie. Aurorzy musieli wytropić i wyłapać zbiegłych Śmierciożerców, pilnować porządku w magicznym świecie oraz usunąć z Azkabanu dementorów.

Dwa tygodnie po śmierci Voldemorta, Hermiona leciała z Ronem samolotem do Sydney. Wprawdzie myśleli o podróży za pomocą świstoklików, ale stwierdzili, że skoro szukają mugoli, to powinni używać mugolskich środków transportu. Jedynym minusem tej podróży było zachowanie rudowłosego chłopaka Hermiony. Ron miał małe pojęcie o jej świecie i bywały chwile, że nie potrafił się zachować. Najpierw miał opory, aby wsiąść do normalnego autobusu i przez całą drogę narzekał, że pojazd jedzie za wolno oraz komentował na głos dziwne, według niego, zwyczaje mugoli. Na lotnisku prawie wyciągnął różdżkę, aby rzucić zaklęcie, na chcących przeszukać go celnikach. Hermiona spędziła później ponad czterdzieści pięć minut na tłumaczeniu obsłudze lotniska, po co trzyma ozdobny kawałek drewna w bagażu podręcznym. Podczas startu Ron zaczął panikować, a gdy samolot wyszedł na prostą, starał się wmówić swojej dziewczynie, że wcale się nie wydzierał, że to ustrojstwo spadnie i wszyscy zginą.
- Mam nadzieję, że szybko ich znajdziemy – powiedziała Hermiona, zapinając pas.

Jedynym planem, jaki miała, było zatrzymanie się w hostelu czy innym tanim miejscu. Stamtąd zamierzała zadzwonić na informację, aby sprawdzić, czy jej rodzice mają w Sydney gabinet dentystyczny. Jeśli to by nie zadziałało, to nie miała innych pomysłów. Wiedziała, że to do niej nie podobne, ale ostatnie miesiące pokazały, że gdy coś dokładnie planowała, to zazwyczaj nic nie szło po jej myśli. Postawiła raz sobie odpuścić i pójść na żywioł.
– W Sydney mieszka kilka milionów ludzi, to jak szukanie igły w stogu siana. Najgorzej będzie, jeśli się okaże, że pojechali w inne miejsce.
- Dużo masz pieniędzy? – zainteresował się Ron.
- Wystarczająco by przeżyć tutaj miesiąc… pod warunkiem, że będziemy mocno się ograniczać w ich wydawaniu.

Samolot pochylił się, aby wylądować w porcie lotniczym Sydney. Pasażerowie poczuli, że pilot naprowadza maszynę na odpowiedni kąt i wytraca prędkość.
- O cholera! – jęknął Ron, który nie przyjął dobrze lekkich turbulencji i złapał mocno Hermionę za rękę. – Jakim cudem to lata bez czarów? – spytał piskliwym głosem.
Dalsza część lądowania poszło gładko. Samolot spokojnie pojechał na swoje miejsce, gdzie znieruchomiał. Pasażerowie zaczęli wstawać i wyciągać swoje bagaże, a następnie pchać się do wyjścia. Ron z Hermioną przeczekali najgorszy tłok i spokojnie wyszli z samolotu jako jedni z ostatnich. Po odbiorze bagażu udali się w stronę informacji, gdzie personel nie umiał odpowiedzieć na pytanie odnośne gabinetu dentystycznego, ale za to podał adres taniego hostelu. Dorzucili także mapę i zaznaczyli na niej, gdzie znajdą przystanek autobusowy.

***

Hermiona patrzyła na budynek, w którym mieli zamieszkać. Pożałowała, że poprosiła o adres najtańszego hostelu. Budynek był trzypiętrowy, a lata swojej świetności miał już dawno za sobą. Rozpadający się tynk pomalowany był przez graficiarzy, obdrapane drzwi wyglądały jakby miały zaraz spaść z zawiasów, a okna nie widziały środków czyszczących od co najmniej pięciu lat. Podwórko oblegane było przez pijącą i palącą młodzież, większość wyglądała, jakby imprezowała od wielu miesięcy, a resztka trawy pod ich stopami przyozdobiona była porozrzucanymi puszkami po piwie, butelkami po trunkach wysokoprocentowych i najróżniejszymi innymi śmieciami. Gdyby nie to, że Hermiona była zdesperowana i z niewielką ilością gotówki to odwróciłaby się na pięcie i poszła gdzieś indziej.
- Wiesz co? Nawet mi się tutaj podoba – powiedział z uśmiechem Ron, a Hermionie zaczął drgać nerwowo policzek. – Może kogoś poznamy i trochę się wyluzujemy.
- WYLUZUJEMY? – syknęła. – W tym… w tym CHLEWIE!?
- No, ja to zawsze sądziłem, że porządek to objaw choroby psychicznej… - Ron popatrzył na Hermionę i od razu poznał po jej minie, że trzeba zmienić front. – Ale mamy ważniejsze zadanie! Nie będziemy mieli czasu na zabawę, ponieważ będziemy szukali twoich rodziców.
- Hmmm – mruknęła udobruchana dziewczyna. – Najpierw trzeba się zameldować.

Wchodząc do hostelu, zobaczyli, że jest on zarazem barem. Stoliki okupowane były przez amatorów picia i palenia. Powietrze można było kroić, tak było gęste od dymu. Hermiona podejrzewała, że palą tutaj nie tylko papierosy, ponieważ oprócz zwyczajnego smrodu czuć było zapach ziół. Podeszli do barmana i wykupili dwa dni w pokoju czteroosobowym. Korytarz i schody, którymi szli, były całkowitym odzwierciedleniem wyglądu budynku z zewnątrz. Wszystko było tak samo obdrapane, brudne i pomazane. Hermiona stwierdziła, że wolałaby znowu mieszkać w namiocie. Nie była jednak osobą, która długo użalała się nad swoim losem i poczucie obowiązku wzięło górę nad uczuciem obrzydzenia, gdy zobaczyła swój pokój i wspólną łazienkę dla wszystkich osób mieszkających na piętrze.
- Jest tutaj jakiś telefon, z którego mogłabym zadzwonić? – spytała chłopaka z obsługi.
- Taaa, przecznicę dalej…  - mruknął i zaczął jej tłumaczyć drogę, a następnie podał numer telefonu do informacji.

Gdy wyszedł, Hermiona zamknęła drzwi na zamek i wyjęła różdżkę.
- Chłoszczyść! – powiedziała.
Łóżka, szafki, podłoga, ściany i okna natychmiast zalśniły czystością. Zaskoczona zauważyła, że szare ściany zmieniły kolor na brzoskwiniowy.
- Hermiono, jesteś niesamowita… - westchnął Ron i podszedł do dziewczyny. Chwycił jej twarz w dłonie i złożył na jej ustach długi i namiętny pocałunek. – Wiesz… skoro na razie jesteśmy tutaj sami…
- Nie możemy… – szepnęła zarumieniona. – Mamy co robić…
- Najpierw musimy odpocząć po długiej podróży – odpowiedział, kładąc się na najbliższym łóżku i pociągając Hermionę za sobą, a gdy opadła na poduszkę obok niego, objął ją ramionami. – Nie mów, że nie masz ochoty…

Miała ochotę i to wielką. Odkąd wojna się skończyła, a ona zamieszkała w Norze, mieli zdecydowanie więcej czasu dla siebie. Zaczynali od pocałunków, ale ostatnio ich pieszczoty zaczęły być coraz bardziej śmiałe. Jeszcze nie byli ze sobą w łóżku, ale Hermiona uważała, że powinni mieć dłuższy czas związku, zanim przejdą do bardziej poważnych rzeczy.
- Mmm – zamruczała, gdy zanurzyła rękę we włosach Rona, podczas gdy on całował ją po szyi. Już miał zejść niżej, gdy usłyszeli przekręcanie klucza i drzwi się otworzyły.
- O ja cię! – powiedział męski głos. – Sorki gołąbki, mogę przyjść później, jeśli chcecie!

Długowłosy blondyn mrugnął do nich porozumiewawczo. Rzucił plecak turystyczny na łóżko pod oknem i zaczął ściągać kurtkę. Ron z Hermioną niechętnie odkleili się od siebie i usiedli na łóżku.
- Thierry jestem! – powiedział, gdy się upewnił, że nie musi wychodzić. – Przyleciałem tutaj z Kanady.
- Jestem Hermiona, a to jest Ron. Jesteśmy z Wielkiej Brytanii.
- Też przylecieliście na festiwal?
- Nie, szukamy kogoś.
- O, a kogo, jeśli mogę spytać?
- Eee, znajomych. Mieli przeprowadzić się tutaj, ale nie dali znaku życia i się martwiliśmy… Więc postanowiliśmy ich poszukać.
- Ekscytujące! – zawołał chłopak do zdumionych współlokatorów. – Musicie mi opowiedzieć o wszystkim! Oczywiście, jeśli zechcecie… bo wiecie… jestem pisarzem – jego twarz rozjaśniła duma. – Przyjechałem na tutejszy Festiwal Pisarzy. Jeśli mi opowiecie jakąś ciekawą historię, to być może umieszczę was w jednej z moich przyszłych książek!
- Napisałeś już jakąś? – spytała uprzejmie Hermiona.
Chłopak zasępił się.
- Nie… jeszcze nie, ale pracuję nad jedną – odpowiedział.
- Wiesz Hermiono… chyba musimy iść do tego telefionu… - zaczął bąkać niepewnie Ron.
- A tak, tak, TELEFON! – Hermiona powiedziała ostatnie słowo z naciskiem, aby Ron zapamiętał, jak się go wymawia. – Do zobaczenia później Thierry.
- Do później gołąbki! – młody pisarz wyciągnął gruby zeszyt z plecaka, usadowił się na łóżku i zaczął pisać.

Budka telefoniczna okazała się równie obdrapana co budynki w jej okolicy. Hermiona odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że telefon działa. Przez moment myślała, że jest zepsuty i będą musieli szukać kolejnego, co o tej porze mogło być ryzykowne. Słońce zaczynało zachodzić, a na ulicy zaczęło przybywać pijanej młodzieży. Dodatkowo ona i Ron byli zmęczeni po wielogodzinnej podróży. Hermiona wykręciła numer informacji. Odebrała jakaś młoda dziewczyna.
- Chciałabym się dowiedzieć, gdzie znajdę w Sydney gabinet dentystyczny Wendella i Moniki Wilkins.
- Chwileczkę… - po drugiej strony słuchawki słychać było rytmiczne klikanie w klawiaturę. – Gabinet dentystyczny?
- Tak – Hermionę zabolały palce od ściskania słuchawki.
- Hm… na pewno?
- Tak!
- Nie mam takiego gabinetu w bazie, proszę pani – odpowiedziała dziewczyna.
- Na pewno nie ma? Proszę pani, to sprawa życia lub śmierci! – krzyknęła zdenerwowana Hermiona.

Ron położył dłoń na jej ramieniu i ścisnął, wyrażając swoje wsparcie.
- Jeśli pani chce, mogę poszukać osób o takim imieniu i nazwisku…
- Błagam, niech to pani zrobi!
- Monika i Wendell Wilkins, tak?
- Tak!
- Chwileczkę…
Hermionie zdawało się, że ta chwila trwała i trwała. Popatrzyła ze strachem w oczy Rona. Wyczytała w nich, że on także się denerwuje. Myśli rozbijały się w jej głowie jak fale o skały. Co zrobi, jeśli nie odnajdzie rodziców? Co wtedy? Musi koniecznie ich sprowadzić do domu! Nie spocznie, póki ich nie odnajdzie i przywróci im wspomnienia.
- Halo? Jest tam pani? – usłyszała w słuchawce głos.
- Tak, jestem.
- Ma pani coś do pisania?
- Mam! – Hermiona właśnie po to kupiła na lotnisku długopis i kalendarzyk w promocji.
- Proszę zapisać… - powiedziała dziewczyna z informacji.
 Miała dane pięciu par o tym imieniu i nazwisku. Podała czarownicy ich numery telefonów i adresy.
- Bardzo, bardzo pani dziękuję… – Hermiona wyszeptała do słuchawki łamiącym się głosem.
- To moja praca, życzę miłego wieczoru.
- Nawzajem…
Hermiona popatrzyła się na Rona ze łzami w oczach. Objął ją ciasno ramionami i zaczął szeptać do jej ucha:
- Znajdziemy ich, zobaczysz. Znaleźliśmy horkruksy, pokonaliśmy Voldemorta. Mamy pięć tropów! Znalezienie ich to będzie pestka w porównaniu do tego, czego dokonaliśmy!