Mam dla was
kolejną porcję moich przejść z Voldemortem!
Wczoraj było źle
– dostałem zjebę miesiąca. Voldek dowiedział się, że nosił mugolskie ubranka.
Jezu… jakby to dziwne było… Nikt, powtarzam, NIKT w czarodziejskim świecie nie
szyje ubranek dla dzieci. Matki same to robią. Ja nie jestem jego matką! Umiem
tylko robić na drutach!!! Na dodatek nie mam palca! On nie wie jaki to wysiłek, gdy się łapie oczka językiem… Argh!
Uff… uff…
uspakajam się… Jestem nenufarem na spokojnej tafli autobusu czy jakoś tam…
blablabla!
Najgorsze w tym
wszystkim, że mu się te ciuchy podobają! Kazał się wziąć na kolana i surfował w
necie przez trzy godziny wybierając dla siebie śpioszki! A mi się chciało siku!
Nie pozwolił mi pójść do WC! Musiałem się zeszczać w gacie :(.
Miałem dość!
Powiedziałem, że pierdolę taką robotę i odchodzę. A on na to, że jak mnie
pierdolnie to się nie pozbieram. Argument z rozczłonkowaniem do mnie przemówił
i zostałem…
Po naszej
malutkiej sprzeczce kazał mi wydrukować wszystko co mu się spodobało i dać
Madame Malkin do uszycia. TO BYŁO STRASZNE! Spędziłem pół dnia w mugolskiej
kafejce internetowej, zdarli ze mnie nieźle za druk w kolorze… a tam były
głównie czarne ubranka, w mordę jeża! Gdy zaniosłem to do Madame Malkin to
najpierw mnie wyśmiała, ale po kilku przepychankach i argumentach typu „crucio”
w końcu się zgodziła. Na końcu było nawet fajnie: żebyście widzieli jej minę
gdy powiedziałem jej, że wszystko ma być uszyte z jedwabiu produkowanego przez
chińskie skrzaty domowe, a wełna ma pochodzić z alpak czystej krwi! Klęła dobre
piętnaście minut! Dobrze, że Voldemort tego nie słyszał bo by ją ukatrupił, a ja
bym musiał szukać kogoś innego na jej miejsce…
Z
lepszych wiadomości: udało nam się dorwać Alastora Moody’ego. Niby rzuca
hasłami "stała czujność" itp. ale taki czujny w kiblu to on nie był.
Myślę, że zatwardzenie przytępiło mu zmysły. Pamiętajcie młode czarodziejki i
czarodzieje: nadmiar Haggis nie sprzyja obronie przed czarną magią. Wyśpiewał
to wszystko, gdy zmusiliśmy go do mówienia. Przecież Junior ma się w niego
wcielić i aby oszukać Dumbledore'a musi znać wszystkie jego sekrety...
Wiedzieliście, że zawsze czuł miętę do Minerwy McGonagall? Albo, że śpi w
piżamce uszytej z kretołaka? Mówił, że przynosi mu szczęście. Teraz nie
przyniosła bo akurat była w praniu :P.
Skoro o związkach
mowa: mój mały Volduś chyba dorasta. Gdy wróciłem do domu okazało się, że zajął
dawną sypialnię Juniora na piętrze. Chciałem mu zameldować, że wykonaliśmy
zadanie gdy słyszę... hm... jakby to powiedzieć... jęki. Aż mi się słabo
zrobiło! On ma jeszcze jad Nagini pod nosem! Oburzyłem się jak to niańki robią
i doszedłem do drzwi, uchyliłem je... Musiałem, ja musiałem...
ZROBIŁEM ZDJĘCIE JAK
VOLDEMORT POLERUJE PYTONGA!!! No spójrzcie... czyż on nie
jest słodki?
Zazdroszczę mu w
głębi serca. Poza Lily nie miałem dziewczyny. Krótki romans z wiewiórką
Alvinem... Boże, nie! Nie słyszeliście tego! Była noc, wypiłem trochę jako
szczur! Buuuu, on mnie wykorzystał! Ja mu dałem... eee... serce, a on je podarł
i wyrzucił, chlip!
(Pssst - Alvin
jesli to czytasz odezwij się do mnie, proszę - mam nadal twoją koszulkę!)
Wracając do
tematu Quirrell miał Hermana*, a Voldemort ma Nagini... Może i ja poszukam
swojego szczęścia? Komentujące piękne panie (tudzież wiewiórki) - znajdzie się
jakaś chętna, aby przytulić do piersi małego, słodkiego Glizdogonka?
Pliiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiis!
* Fanfiki:
"Nie tak łatwo być zielonym" i "Narzekania zapatrzonej w gwiazdy
idiotki"
Czarny
Mercedes mknął po trasie szybkiego ruchu. Po błękitnym niebie płynęło leniwie
kilka śnieżnobiałych chmurek. Na zewnątrz samochodu zaczęło robić się gorąco
jak to często bywa w lipcowy dzień przed południem. W środku pojazdu
klimatyzacja pracowała na pełnych obrotach. Patrycja ledwo mogła usiedzieć w
miejscu z powodu podniecenia jakie ją ogarnęło. Jej zestresowany ojciec wciskał
się w oparcie fotela koło kierowcy. Angela także miała nerwy napięte: nie
chciałaby rozbić eleganckiego samochodu, tym bardziej gdy dwie potencjalne
ofiary siedziały w środku. Nie prowadziła samochodu od roku. Zrobiła prawo
jazdy przed obroną licencjatu i całą magisterkę przejeździła w swoim starym
Fordzie, który mógł się jedynie poszczycić pełnoletnością oraz tym, że nadal się
porusza. Zaś Mercedes Michalskich miał ledwo trzy lata, karoseria lśniła w słońcu
starannie wypucowana przez pana Jana. Skórzana tapicerka we wnętrzu utrzymana
była w eleganckiej czarno-szarej stylistyce. Był to samochód którym jeździł do
pracy pan Grzegorz. Musiał być przede wszystkim wygodny i zadawać szyku. Drugi,
starszy i mniej elegancki samochód był do stałej dyspozycji Patrycji.
-
Nie mogliśmy przenieść się do tej waszej stolicy w jakiś magiczny sposób? –
zapytał po dłuższym milczeniu pan Grzegorz. Nadal był sceptycznie nastawiony do
całej tej wycieczki oraz nie był za bardzo pewny umiejętności prowadzenia
pojazdu przez osobę magiczną. Jak na razie Angela nie wykazała chęci rozbicia
się na drzewie czy wyprzedzania na trzeciego, ale i tak wolał być psychicznie
przygotowany na nieprzyjemną niespodziankę.
-
Mogliśmy, ale w ten sposób poznacie wejście do Magowa oraz będziemy mogli
spokojnie porozmawiać – odpowiedziała czarownica podczas wyprzedzania TIR-a z
Litwy.
-
Tak się nazywa ta miejscowość? Gdzie jest dokładnie? Dlaczego nigdy o niej nie
słyszałem?
-
Już mówiłam, pod Warszawą. Jest dobrze ukryta, mugol nigdy samodzielnie się tam
nie dostanie. Zapewniam pana.
-
Skoro tak to dlaczego musieliśmy podpisać te kartki?
-
Wie pan, kiedyś czarodzieje podchodzili do tego trochę… mniej restrykcyjnie.
Można było powiadomić rodzeństwo, babcie i dziadków... ale odkąd informacje
zaczęły rozprzestrzeniać się błyskawicznie, najpierw telegraf, potem telefon, a
teraz internet, to rada do spraw tajności przyjęła ustawę o całkowitym zakazie
wyjawiania informacji niemagicznym osobom. To stało się zbyt ryzykowne dla
naszego świata – stwierdziła Angela. – Na dodatek babcie miały tendencję do
zaciągania wnuków do egzorcysty co kończyło się różnie. Departament do spraw
tajności miał potem pełne ręce roboty aby wymazać pamięć całemu zgromadzeniu
wiernych. Gdy jednak koniecznie chcemy komuś powiedzieć, na przykład czarownica
zakochała się w mugolu to możne udać się do ministerstwa magii i wypełnić podanie
wskazując przyczyny takiego stanu rzeczy. Jeśli dostarczy, załóżmy, akt ślubu
to zazwyczaj dostaje pozwolenie na wyjawienie tajemnicy.
-
To co ja mam powiedzieć mojej rodzinie i Wojtysiakom skoro według was
mieszkanie z nimi pod jednym dachem to nie powód aby ich poinformować? – spytał
ze złością pan Grzegorz.
-
Oglądał pan X-menów? Świetne kreskówki i filmy, uwielbiam je!
Zaskoczony pan Michalski popatrzył się na Angelę oczekując na rozwinięcie myśli co mają X-meni do jego córki.
-
Powie pan, że Patrycja idzie do szkoły dla wyjątkowo uzdolnionej młodzieży –
powiedziała z uśmiechem czarownica. – Dostanie pan folder fałszywej szkoły oraz
list z gratulacjami z powodu przyjęcia córki. Dodatkowo istnieje strona
internetowa na której rodzina znajdzie zdjęcia, wszelkie opisy itp. Mamy nawet
profil na facebook’u! Patrycja pod koniec roku szkolnego dostanie dwa dyplomy:
jeden normalny, drugi fałszywy aby mogła się pochwalić dziadkom.
-
Gdzie znajduje się moja szkoła? – spytała dziewczynka nie biorąc nawet pod
uwagę tego, że ojciec może nie podpisać papierów. Zaczęła ją sobie wyobrażać
jako wielki zamek otoczony fosą, wychowawcę podobnego do Dumbledore’a i skrzaty
domowe, które będą za nią sprzątać pokój oraz ścielić łóżko.
-
Gdzieś w Karpatach – zabrzmiała odpowiedź.
-
Gdzieś w Karpatach!? – wykrzyknął pan Grzegorz. – Gdzie dokładnie? Ma tam
mieszkać czy co? Przecież do gór jest coś koło trzystu kilometrów od Lublina! Wolałbym
codziennie widzieć ją w domu! („Chyba Wojtysiakowie aby mogli zdać ci raport
kiedy znowu cię nie będzie” – pomyślała Patrycja).
-
Spokojnie, niech pan się nie denerwuje bo z ciśnieniem nie ma żartów.
-
Jak mam się nie denerwować gdy wy…
-
Nie wiemy gdzie jest dokładnie szkoła, tradycja nakazuje ją ukrywać.
Czarodzieje jednak dostają się do niej w kilkanaście sekund. Mamy coś w stylu…
teleportacji.
-
Będę mogła się teleportować do szkoły? - Spytała ucieszona Patrycja.
- Nie, do 17 roku życia nie wolno. Istnieją za
to świstokliki, wiesz co to, wytłumaczysz później tacie. Każde miasto
wojewódzkie ma swoją magiczną ulicę. Tam znajdują się budynki Wydziału Komunikacji
Magicznej. W nich można złapać świstoklika do innych miast oraz szkoły. Część
uczniów korzysta z sieci Fiuu… teleportuje się przez kominek z domu do placówki
edukacyjnej – dodała aby pan Grzegorz zrozumiał mniej więcej o co chodzi. –
Transport nie jest bardzo drogi, Patrycja może codziennie wracać do domu. Jest
jednak możliwość zakwaterowania dziecka w internacie szkolnym, wtedy będzie
spędzać z panem weekendy. Szczerze mówiąc polecam to drugie rozwiązanie.
Zazwyczaj połowa uczniów gimnazjum mieszka w internacie, zaś w liceum już
prawie wszyscy. To wygodne ponieważ poza terenem szkoły nie będzie wolno używać
Patrycji czarów. Jako dziecko pochodzące z rodziny mugoli jest w dużo gorszej
sytuacji ponieważ nie będzie mogła ćwiczyć w domu zaklęć.
-
Na przykład jakich? – spytał się pan Grzegorz patrząc podejrzliwie na Angelę.
- Hmmm, w tym momencie najlepsze co może być to zaklęcie sprzątające pokój w sekundę. Albo obierające warzywa czy lewitujące przedmioty (ojciec Patrycji jęknął przypominając sobie latające meble). Magiczne rodziny piszą oświadczenie, że będą pilnować swoje dziecko. Niestety, pan jako mugol, nie ma takiego prawa ponieważ nie jest pan w stanie zapanować nad córką („to nie fair!” - krzyknęła Patrycja - „ja chcę do internatu!”). Dlatego radzę rozważyć zakwaterowanie szkolne. Nie jest bardzo drogie, miesięcznie wychodzi około 300 zł razem z wyżywieniem. Zwłaszcza, że od jakiegoś czasu jedzenie w stołówce jest naprawdę dobre… Kadra nauczycielska jest w porządku, uczniowie w internacie mają swojego opiekuna, który zajmuje się danym rokiem. Pokoje są trzy lub czteroosobowe, naturalnie dziewczynki osobno i chłopcy osobno. Wszystko będzie mógł pan obejrzeć, rodzice mogą przyjeżdżać do swoich dzieci. Nawet nocować za odpowiednią opłatą... Dzieciaki są pilnowane przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Za brak dyscypliny są stosowane kary za dobre zachowanie nagrody.
-
Ok, to zakwaterowanie. A jak z lekcjami, czego Patrycja będzie się uczyć?
-
Na pewno języka polskiego i łaciny, która w magicznym świecie jest bardzo
często używana, ale wzorem mugoli ostatnio modny jest angielski więc został
wprowadzony do programu nauczania. Z przedmiotów ścisłych będzie miała
matematykę, geografię i biologię („o nie” jęknęła Patrycja na myśl, że znowu
będzie się użerać z ułamkami). Musi wybrać obowiązkowo jeden ze sportów.
Muzyka, plastyka, chór czy rosyjski są dla chętnych w kołach zainteresowań. Zaś
przedmioty magiczne to zaklęcia, obrona przed czarną magią, transmutacja,
historia magii, eliksiry, przyroda oraz magoznastwo dla dzieci z mugolskich
rodzin. Poza tym będzie wiele kursów typu latanie na miotle czy wróżbiarstwo
jeśli będzie zainteresowana.
Patrycja
była bardzo zainteresowana. Od razu wyobraziła sobie jak odbiera z rąk
dyrektorki puchar Quidditch’a. Na pewno będzie bardzo dobra z latania na
miotle, namówi ojca na kupno najlepszego modelu i jeśli będzie trzeba powtórzy
zachowanie Draco z drugiego tomu. Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy dostanie
się do drużyny narodowej, będzie ostro trenować dzień i noc więc zostanie
kapitanem. Następnie poprowadzi swoich ludzi do zwycięstwa w pucharze świata.
Będzie sławna! I może pozna wtedy Harry’ego i Dracona! Poprawiła się w fotelu,
ten plan jest idalny, będzie musiała wprowadzić go w życie. Przyjemne
rozmyślania przerwał jej głos ojca:
-
jak będzie z wyprawką szkolną?
-
komplet nowych podręczników kosztuje około 654 złote. Do tego dochodzą rzeczy
magiczne, koszt różdżki waha się od 200 do 1000 złotych, zależy to od wielu
czynników, rękawice ze smoczej skóry to minimum 100 złotych. Do tego dochodzą szaty
szkolne, komplet to około 500 złotych. Trzeba do wszystkiego doliczyć zeszyty,
pióra, torbę. W szkole przed rozpoczęciem roku szkolnego uiszcza się opłatę za
składniki eliksirów oraz przybory potrzebne do lekcji wynoszącą 500 złotych.
Pan
Grzegorz pomyślał, że ceny są wysokie ale może czarodzieje zarabiają więcej niż
normalni ludzie. Żal mu się zrobiło innych rodziców którzy nie mieli tyle pieniędzy
co on, pewnie będą musieli wziąć kredyt. Przymus posiadania różdżki nie zdziwił
go, ale rękawice ze smoczej skóry tak. Zawsze słyszał, że takie gady nie
istnieją, a tu taka niespodzianka. Zaczął sobie wyobrażać wielkie farmy ze
smokami w oborze. Pomysł wydał mu się głupi ale skoro robią z nich rękawiczki
to pewnie też torebki i buty. Może stek ze smoka jest ichniejszym przysmakiem?
Pewnie zamiast KFC mają Smażone Smoki Smauga, wyobraził siebie z Patrycją koło
takiej restauracji - „tato, tato, chodźmy na skrzydełka! Pieką dwukrotnie!”.
Zaśmiał się pod nosem z tak niedorzecznego pomysłu.
-
Nie, nie, nie o to cho... – zaczął pan Michalski po czym nagle wpadła mu do
głowy wizja Patrycji siedzącej na kasie w SSS i podającej hamburgera ze smoczej
mielonki. Przeraziło go to. Oznajmił oskarżycielskim tonem. – Miała mi pani
powiedzieć co będzie po gimnazjum i liceum! Co z dalszą edukacją!
-
Najpierw musi zdać egzamin gimnazjalny. Będą na nim testy z części
humanistycznej, ścisłej i z każdego przedmiotu magicznego poza magoznastwem.
Następnie pójdzie do naszego liceum. – Odpowiedziała ze spokojem czarownica.
Angela uznała, że zapoznała się wystarczająco z Mercedesem więc mogła się zrelaksować i cieszyć jazdą. Odpowiadanie na te same pytania zadawane przez rodziców wcale jej nie nużyło ,a zdenerwowanie pana Michalskiego rozumiała.
– W liceum przez dwa semestry Patrycja nadal będzie miała te same przedmioty co w gimnazjum, ale druga klasa to wybór przedmiotów zdawanych na maturze pod koniec trzeciego roku. Obowiązkowy jest jeden język i jeden przedmiot ścisły oraz trzy przedmioty magiczne, jeśli ktoś chce może zdawać więcej przedmiotów. Później może kształcić się dalej w jednej z magicznych placówek na całym świecie. Moja matka, na przykład, studiowała w Paryżu gdzie poznała mojego ojca, teraz projektuje ubrania i ma kilka swoich salonów z szatami. Ja poszłam na pedagogikę w mugolskim świecie ponieważ było to potrzebne do pracy nauczyciela. W Polsce ciężko dostać posadę w szkole… musimy naprawdę się przykładać do wykształcenia.
- To kim może zostać moja córka? – zapytał zainteresowany pan Grzegorz.
-
Prawda jest taka, że wszystko zależy od Patrycji. Jeśli lubi przedmioty ścisłe
to może pracować w finansach, pójść na studia medyczne aby zostać uzdrowicielem
czy pracować w turystyce. Może pisać książki, zostać artystką: śpiewać, malować
czy występować na scenie. Jeśli polubi magiczne rośliny to może się nimi
zajmować, jeśli zwierzęta to może nawet hodować smoki, chociaż to tylko dla
ludzi o mocnych nerwach. Mamy aurorów – są to osoby, które wyłapują czarnoksiężników
- praca w CZOPie czyli Czarodziejskich Oddziałach Prewencji, coś w stylu waszej
policji jest opłacalna, dostaje się mieszkanie w Magowie i zniżki na zaklęcia
ochronne… Słyszałam, że nie jest źle być urzędnikiem w ministerstwie magii,
zawsze można coś załatwić po znajomości chociaż ma się niską pensję na
początek…
-
Ministerstwo magii! I co jeszcze? Może macie prezydenta? – spytał zdumiony pan
Grzegorz.
-
Nie, prezydent to marnotrawstwo pieniędzy, mamy za to kogoś na kształt
premiera.
-
Banki też macie?
-
Tato, ale ty nic nie wiesz! Jasne, że tak! Są prowadzone przez gobliny! –
wyrwało się Patrycji, która do tej pory głównie słuchała wyjaśnień Angeli.
-
Że co!?
-
Gobliny, pracują w Banku Gringotta… - stwierdziła spokojnie czarownica hamując
przed przejściem dla pieszych aby przepuścić staruszkę. - … ludzie też tam czasem
pracują. To angielski bank, nasi czarodzieje mają PSIT: Polskie Skarbce i
Towary, założony ponad 200 lat temu przez Chryzostoma Jakubka. Ostatnio gobliny
trochę mu podkopują reputację…
Angela
wdała się w długą i nudną rozmowę z panem Grzegorzem na tematy związane z
finansami publicznymi, zarabianiem pieniędzy w magicznym świecie oraz polityką.
Patrycję średnio to interesowało, zastanawiała się kim będzie w przyszłości.
Gracz Quidditch’a to było tylko jedno z jej marzeń. Może zostanie znanym
hodowcą smoków? Wszyscy będą uważać, że jest najfajniejsza i najpiękniejsza
więc jakiś czarodziej - książę się w niej zakocha i ją poślubi. A gdyby tak
została aurorem? Byłaby najlepsza w magii, nie bałaby się nawet torturować
czarnoksiężników jeśli trzeba by było. Byłaby piękna i okrutna i nie raz by
uratowała świat! Wyłapałaby ukrywających się śmierciożerców i oddała ich w ręce
Harry’ego Pottera. Pewnie jest ministrem magii w Anglii… chociaż jakby się
zastanowić to Draco lepiej by się nadawał na to stanowisko.
-
Pani Angela mówiła, że nie wszystko w Harrym jest prawdą. Może on nie ma żony i
dziecka jak pisało na końcu książki? – Pomyślała dziewczynka i nagle wpadła na
genialny, według siebie, pomysł. – Pojadę do Anglii, zostanę sławną aktorką i
jeśli Draco będzie wolny to go w sobie rozkocham i wyjdę za niego za mąż!
Madame Patricia Malfoy! Wow, brzmi świetnie! – uśmiechnęła się do siebie. –
Ostatecznie mogę uwarzyć eliksir miłosny!
Pogrążona w marzeniach dziewczynka nie zwróciła uwagi, że minęli właśnie znak oznajmiający, że czarny mercedes wjechał do Warszawy.
Bitwa o Hogwart
została wygrana, nadszedł czas, aby opłakać zmarłych, zebrać gruz i usunąć ślady
walk. Bill Weasley z Harrym Potterem weszli do Wrzeszczącej Chaty po ciało
Severusa Snape’a. Wszystko było w takim samym stanie jak kilkanaście godzin
temu. Kurz unosił się przy każdym ich ruchu. Severus leżał tam, gdzie zostawili go Harry,
Ron i Hermiona. Chłopak nie powiedział jeszcze nikomu, co widział w
myśloodsiewni. Nikt nie wiedział, że wojna została wygrana dzięki temu
odważnemu mężczyźnie. Chciał pochować
swojego dawnego nauczyciela z wszelkimi honorami, dlatego postanowił, że ogłosi
światu jakim bohaterem był Severus Snape. Kto wie… może nawet nazwie tak syna?
Bill rozejrzał
się z ciekawością po zakurzonym wnętrzu.
- Nigdy bym nie
pomyślał, że wejdę do Wrzeszczącej Chaty. Za moich czasów każdy się jej bał.
- A to był tylko
hałasujący Remus… - głos Harry’ego zadrżał, gdy zobaczył w myślach ciało Lupina
i Tonks.
Bill pochylił
się nad Severusem, zmrużył oczy patrząc badawczo na mężczyznę.
- Coś nie tak? –
spytał Harry, przyklękając obok brata Rona.
- Nie wiem…
zdawało mi się… ale to chyba niemożliwe… - odpowiedział Bill i przyłożył palce
do szyi Snape’a. Spojrzał na Harry’ego wzrokiem, które zdradzało głęboki szok. – Na brodę
Merlina! ON ŻYJE!
- Co!? –
wrzasnął zszokowany Harry, zrywając się na równe nogi.
- On żyje!
Szybko! Trzeba teleportować się z nim do Świętego Munga!
Dalsze
wydarzenia Harry pamiętał jak przez mgłę. Przetransportowanie Severusa do szpitala,
krzyki Billa, aby uzdrowiciele się pośpieszyli, gonitwa myśli. Najbardziej zaś
dręczące go pytanie: jakim cudem Severus Snape przeżył?
***
Żył, ale ledwo.
Właściwie to powinien już dawno umrzeć: atak wielkiego, jadowitego węża
gwarantował śmierć. A jednak coś nie pozwoliło mu odejść w zaświaty. Uczepił
się kurczowo tej cienkiej nici życia, którą przędła Kloto, jedna z trzech
sióstr Mojr. Widocznie jego los nie został przesądzony i druga z sióstr –
Lachesis, strzegła, aby ostatnia – Atropos, czyli ta, która wyznaczała kres
życia, nie przecięła jej swoimi nożycami. Dyndał na tej delikatnej nici, a jego
życie należało teraz do zespołu uzdrowicieli. Wszyscy dwoili się i troili, aby
wyrwać go ze szponów śmierci.
Severus obudził
się na oddziale Urazów magizoologicznych prawie trzy tygodnie po Bitwie o
Hogwart. Nie wiedział, gdzie jest i ile czasu minęło od ataku Nagini. Wkrótce po
jego pobudce został zbadany przez zespół uzdrowicieli. Pracownicy Szpitala
świętego Munga debatowali nad nim godzinę i zgodnie stwierdzili, że przeżycie
Severusa Snape’a to cud. Postanowili zostawić go jeszcze przez kilka dni na
obserwacji.
Gdy Severus
został sam, dotknął swojego karku. Głębokie rany zadane przez kły węża zniknęły.
Ostrożnie wstał i podszedł do lustra wiszącego nad umywalką. Jego kroki były
niepewne, kręciło mu się w głowie, ale musiał spojrzeć w swoje odbicie. W
lustrze zobaczył swoją twarz, był chudy, bardzo chudy. Nos wydawał się jeszcze
bardziej haczykowaty, kości policzkowe uwydatniły się jeszcze bardziej, był tak
blady, że można by go było wziąć za wampira.
Wrócił powoli do
łóżka, usiadł na nim i skierował swój wzrok na stolik, który stał obok niego. Nie było
na nim różdżki, pod stolikiem były złożone jego ubrania – tam także nie znalazł
cennego kawałka drewna. Już się zastanawiał czy kogoś nie wezwać w tej sprawie, gdy do pokoju wszedł nieznajomy mężczyzna. Stanął na środku pokoju, trzymając
ręce za plecami i zmierzył Severusa badawczym spojrzeniem swoich błękitnych oczu.
Jego wzrok zlustrował dokładnie sylwetkę byłego nauczyciela eliksirów i spoczął
na twarzy.
- No, no, no... Severus Snape… - wycedził powoli. – Zabójca Dumbledore’a, największy zwolennik
Sam-Wiesz-Kogo, zdrajca tworu zwanego Zakonem Feniksa, najbardziej
znienawidzony dyrektor Hogwartu… Masz sporo na sumieniu Snape.
- Możliwe –
zgodził się Severus, kładąc się na szpitalne łóżko. – A ty kim jesteś?
- Gawain Robards,
Szef Biura Aurorów. Jak tylko się dowiedziałem, że się obudziłeś, to od razu
przyleciałem. Informuję cię, że jesteś w izolatce w Szpitalu Świętego Munga…
- W życiu bym
się tego nie domyślił – warknął słabym głosem Snape.
- … i jesteś
pilnowany przez dwadzieścia cztery godziny na dobę przez aurorów – dokończył Gawain, nie
zwracając uwagi na to co powiedział pacjent. – Twoja różdżka została
skonfiskowana i poddana zostanie badaniom. Gdy zostaniesz wypisany ze szpitala, to przetransportujemy cię do Azkabanu, gdzie będziesz oczekiwał na proces. Na
razie Główny Uzdrowiciel nie pozwolił cię przesłuchać, ale jak tylko udzieli
zgody, to osobiście cię wypytam o twoje zbrodnie Snape.
Na twarzy aurora
można było zobaczyć mściwą satysfakcję. Severus wpatrywał się w niego. Postawa
Gawaina Robardsa nie zachęcała do zwierzeń. Przypomniał sobie, że po ataku węża oddał Potterowi swoje wspomnienia. Nie wiedział jaki użytek zrobił z nich
chłopak. Nie wiedział nawet, jaki jest dzień ani jak się tutaj znalazł, a z
rozmowy uzdrowicieli wywnioskował, że był w śpiączce przez dwa lub trzy
tygodnie.
- Mogę zadać
kilka pytań?
- Co taka gnida
jak ty chce wiedzieć?
- Jaki mamy
dzień? Co z Czarnym Panem? Jak się tutaj znalazłem?
- Dziś jest dwudziesty drugi maja, byłeś nieprzytomny przez prawie trzy tygodnie. Sam-Wiesz-Kto został
pokonany przez Harry’ego Pottera i zginął, co zakończyło wojnę.
- Chłopak…
żyje? – Snape był wstrząśnięty.
- Co? Jesteś
zdziwiony, że nie udało ci się go wykończyć? – odparł Gawain złośliwie. –
Sam-Wiesz-Kto ogłosił, że zabił Pottera, nawet przyszedł pod Hogwart z jego
ciałem… a tu czekała go niespodzianka, bo Harry żył! Pojedynkowali się i
Sam-Wiesz-Kto zginął z jego ręki. Potem poszło gładko: wyłapaliśmy większość
twoich znajomych… A Harry’emu powinieneś być wdzięczny, bo to on wraz z synem
Artura Weasleya przytargał cię tutaj. Nawet słyszałem, że prosił Kingsleya o
łaskę dla ciebie!
- Kingsleya
Shacklebolta?
- Tak, jest
tymczasowym ministrem magii, ale sądzę, że zostanie nim na stałe, ponieważ za dwa
tygodnie będą oficjalne wybory, a jak na razie nie ma innego kandydata. Zaraz po
nich zamierza przeprowadzić procesy śmierciożerców. Będzie się działo – Gawain
uśmiechnął się i przymknął oczy, najwyraźniej wyobrażając sobie przyjemne
rzeczy.
- Nie wątpię.
- Przygotuj się
na najgorsze Snape. Osobiście dopilnuję, aby spotkała cię zasłużona kara!
- Wynoś się!
Gawain Robards
wyszedł, parskając szyderczym śmiechem. Zaraz po nim pojawiła się młoda uzdrowicielka,
która przyniosła na tacy kolację razem z kilkoma starannie odmierzonymi
eliksirami. Snape rzucił się na jedzenie: pomyślał, że minie wiele dni, zanim
nabierze sił. Wypijając eliksiry, stwierdził, że zrobiłby lepsze… a przynajmniej
smaczniejsze. Gdy opadł na poduszki, zastanawiał się, co się właściwie stało.
Był pewny, że umiera – dlatego podarował Potterowi swoje wspomnienia. Teraz nie
wiadomo co się z nimi stanie, pewnie chłopak pokaże im innym. Ciałem Severusa
wstrząsnęły dreszcze na myśl, że wszyscy poznają jego najgłębsze tajemnice.
Zrobiło mu się niedobrze.
Na dodatek
Potter żył! Nie wiedział co o tym sądzić – Albus wyraźnie powiedział, że
chłopak musi umrzeć i to z ręki samego Voldemorta. Teraz dowiedział się, że Potter
go pokonał… Nie, to stanowczo nie trzymało się kupy… to nie miało sensu! Severus
rozmyślał nad tym wszystkim do samego rana i jedynym jego wnioskiem było to, że
Albus okrutnie sobie z niego zażartował…
***
Harry wpadł jak
burza do Biura Aurorów, odpowiedział na dobiegające zza biurek pozdrowienia i
ruszył prosto do gabinetu swojego szefa. Zapukał, gdy usłyszał pozwolenie, otworzył drzwi. Na jego widok Gawain rozpromienił się i wskazał na stojący
przed biurkiem fotel.
- To ty Potter!
Siadaj! Czego chcesz?
- Proszę o
pozwolenie, aby zobaczyć się z Severusem Snape'em – rzekł Harry, stojąc w miejscu.
- Słucham? –
Gawainowi zrzedła mina. – Po co?
- Muszę z nim
porozmawiać.
- Nie widzę
takiej potrzeby.
- Jestem mu coś
winny – Harry popatrzył szefowi w oczy.
- Ty? Jemu? –
Gawain popatrzył na chłopaka, jakby oświadczył, że potrafi zaśpiewać arię
operową, siedząc na galopującym Hipogryfie i przygrywając sobie na harfie.
- Tak, dzięki
niemu pokonałem Voldemorta.
- Pfffff -
mężczyzna wypuścił gwałtownie powietrze. – Dobrze się czujesz Harry? Nie
potrzebujesz zrobić sobie wolnego? Mogę dać ci spokój przez dzień czy dwa…
odpoczniesz sobie…
- Mówię
poważnie! – Harry zaczął się irytować. – Złożyłem dzisiaj obszerne wyjaśnienia
na piśmie, może pan je sobie przeczytać, są obecnie u Kingsleya. Gdyby nie
Snape pewnie nie dokonałbym tego wszystkiego.
- Chyba przez
przypadek…
- On był po
naszej stronie! Cały czas szpiegował dla Dumbledore’a!
- Którego zabił.
- Na jego
wyraźną prośbę! Przekazał mi informacje, które pozwoliły mi przeżyć podczas
pojedynku z Voldemortem.
- Śmierciożerca
zawsze zostanie śmierciożercą, cokolwiek by nie zrobił! A już zwłaszcza Severus
Snape! - Gawain był tak wściekły, że gdyby był metamorfomagiem, to jego blond
włosy zapłonęłyby żywą czerwienią. – Mam wystarczającą ilość zeznań jego kumpli, aby wiedzieć, że był czymś w rodzaju prawej ręki Sam-Wiesz-Kogo!
- Mimo wszystko
chcę się z nim zobaczyć. I tak mam wartę w szpitalu od czwartej po południu…
- Może być
niebezpieczny!
- Nie ma nawet
różdżki – chłopak wzruszył ramionami. – Z tego, co słyszałem, ledwo może wstać z
łóżka, a ja jestem młody, silny i mam różdżkę. Co najwyżej może rzucić we mnie poduszką, o ile uniesie rękę…
- Nie bądź
głupi! – Gawain wstał i zaczął spacerować nerwowo po pokoju. – Co mu chcesz
powiedzieć?
- Chcę
podziękować – rzekł Harry i popatrzył mężczyźnie prosto w oczy. – To dla mnie
bardzo ważne.
- Dziękować
śmierciożercy… a to dobre – szef parsknął wymuszonym śmiechem.
- Proszę o
chwilę… kilka minut… błagam!
Gawain odwrócił
się do Harry’ego plecami. Każdy wiedział, że darzy chłopaka wielką sympatią. Miał
do niego słabość nie tylko dlatego, że Harry okazał się wybrańcem, pokonał
Voldemorta i został najmłodszym aurorem w historii. Nikomu się nie przyznał, ale
Potter przypominał mu z charakteru i sposobu bycia jego zmarłego syna, który
zginął podczas Pierwszej Wojny Czarodziejów. Teraz chłopak prosił go o rozmowę
z Severusem Snape'em! Nienawidził tego starego nietoperza… Byłoby najlepiej, gdyby
mógł go wrzucić do najgłębszego lochu w Azkabanie! Szkoda, że dementorzy
musieli odejść: z rozkoszą patrzyłby, jak wysysają duszę Snape’owi. Z rozmyślań
wyrwał go głos Harry’ego.
- Rozumiem… nie
ufa mi pan… - chłopak zaczął powoli iść w stronę drzwi.
Gawain odwrócił
się gwałtownie i spojrzał na plecy chłopaka. Skarcił się w duchu za swoją
słabość do niego.
- No dobra! –
warknął. – Pięć minut! I chcę przy tym być!
***
Snape nie był
zachwycony, gdy zobaczył ponownie Gawaina Robartsa. Uważał go za kompletnego
kretyna. Zastanawiał się jakim cudem człowiek o umyśle gumochłona został szefem
w Biurze Aurorów. Skrzywił się, gdy Gawain się odezwał.
- Masz gościa
Snape!
- Niby kto
chciałby się ze mną spotkać?
- On – Gawain
wskazał kciukiem drzwi, przez które wszedł Harry.
- Witam panie
profesorze…
Severus
pomyślał, że jednak nie żyje. On umarł… a to, co się teraz działo to było po
prostu piekło. Potter przyszedł go odwiedzić i uśmiechał się do niego. Snape zastanawiał
się, czy włożenie głowy pod kołdrę dałoby efekt w postaci zniknięcia… obojętnie
kogo. Byleby cała ta sytuacja nie miała miejsca.
- Nie jestem już
twoim nauczycielem Potter – warknął.
- Grzeczniej! –
głos Gawaina dobiegł z kąta, gdzie przymocowana była umywalka.
Harry nie
zwrócił uwagi na ton wypowiedzi mężczyzny, przysunął sobie stołek i usiadł przy
łóżku. Snape rozważał przez sekundę czy da radę wylecieć przez okno i uciec
albo ostatecznie tylko wyskoczyć i roztrzaskać sobie czaszkę.
- Podziękować? – odrzekł Snape z ironią. – Za
zabicie twoich rodziców?
- Nie… - Potter odparł cicho po dłuższej chwili. – Chcę podziękować za to, że starał się pan
naprawić ten błąd. Za to, że uratował pan mnóstwo osób, pomagając mi pokonać
Voldemorta i ryzykował przy tym swoim życiem…
Snape nie
odezwał się ani słowem, przekręcił głowę w bok, aby nie patrzeć na chłopaka.
Czuł się strasznie. Wolałby, aby Potter zrobił mu awanturę albo pokazał, jak
bardzo go nienawidzi.
- …będę zeznawał
na pańską korzyść, ponieważ zamierzam oczyścić pana z zarzutów i chcę, aby każdy dowiedział
się, że jest pan bohate… - nie dokończył, gdyż Snape usiadł gwałtownie.
- Nie! –
wrzasnął na tyle, ile pozwalał jego stan.
- Spokój gnido!
– Gawain celował w niego różdżką.
- Nie potrzebuję
twojej litości Potter! Myślisz, że po tym wszystkim, co się stało, pójdziemy
razem na herbatkę i będziemy plotkować jak stare baby!? Jeśli kiedykolwiek przyjdzie
mi taka ochota, to prędzej się powieszę!
- Przynieść ci
sznur!? – szef aurorów zrobił kilka kroków w stronę Snape’a.
- Nie! – Harry
wstał i wyciągnął rękę do Gawaina. – Jest chory! Nie wie, co mówi!
- Doskonale wiem, co mówię Potter! Nie chcę byś robił ze mnie, nie wiadomo co!
- Raz w życiu
się z nim zgadzam – powiedział błękitnooki mężczyzna.
- Nie zostawię
tak pana! – Harry popatrzył Snape’owi prosto w oczy. - Nie ukryję wszystkiego, co jest w panu najlepsze!
Severus po tych słowach wyglądał, jakby dostał w twarz. Zrozumiał aluzję. Z nerwów zaczęły drżeć mu ręce.
- Potter! Masz
mi oddać moje wspomnienia!
- Dobrze… -
zaczął mówić Harry z leciutkim uśmiechem. - … ale najpierw pokażę je
odpowiednim osobom...
- Ani mi się
waż!
- Bo co? Da mi
pan szlaban? – odparł bezczelnie chłopak, idąc w stronę drzwi.
Severus rzucił w
niego basenem. Na szczęście Harry’ego, a nieszczęście Snape’a był pusty i nie
poleciał daleko. Gawain zaśmiał się szyderczo i wyszedł, przepuszczając chłopaka
w drzwiach. Severus opadł bezsilnie na poduszki, przeklinając to coś lub tego kogoś, kto
go uratował i stwierdził, że los zdecydowanie zafundował mu piekło na ziemi.
Czeeeeść wszystkim! Mam dostęp do neta to opisuje kolejne moje przygody u boku Voldka! Dzienx za te wszystkie meile! Wiem, że mnie kochacie i ja też was kocham!!! <3
Dzisiejszy dzień zaczął się
niezbyt przyjemnie. Voldemort dostał kilka razy napadu szału, obryzgał mnie
owsianką, wymazał kupą moją różdżkę oraz ugryzł w ucho małego Johna podczas
zabawy w piaskownicy. Ile ja się nasłuchałem od jego matki! Wstrętne babsko,
powiedziało mi, że nie potrafię wychować syna! Argh, ja jej dam! Nocą zakradnę
się pod jej dom i zamienię jej wszystkie kanały w telewizji na Telewizję Trwam!
Hahahaha, jestem taki mroczny i demoniczny!
- Glizdogonie!
Mój Pan mnie wolał. Zostawiłem
sweterek, który dziergałem na drutach i szybko do niego podbiegłem.
- Wzywałeś mnie Panie? – zgiąłem
się w ukłonie.
- Pakuj się! Wyjeżdżamy!
- Gdzie Panie? – spytałem się
spokojnie choć byłem wewnętrznie zdruzgotany.
A co z moją małą zemstą?
- Musimy uwolnić Barty’ego
Croucha z rąk Barty’ego Croucha!
- Tak jest, Wasza Jasność! – po
czym pognałem po walizki.
- Glizdogonie!
- Tak, Panie? – przybiegłem z
powrotem.
- Nie zapomnij o moich
nausznikach i szaliczku! Ostatnio mi ich nie założyłeś i podczas teleportacji
mnie przewiało!
- Oczywiście, Wasza Zmarzliwość!
– pobiegłem po jego ulubione, puchate nauszniki.
- Glizdogonie!
- Taaaaaaaaaak, Panie? – siliłem
się, aby zachować spokój.
- Widziałem w twoich myślach co
chcesz zrobić matce Johna…
- To sprytny plan, czyż nie? – zachichotałem.
- Ja mam lepszy! Lord Voldemort
zawsze ma lepsze pomysły!
- Tak, Panie, ja jestem tylko
szczurkiem o małym rozumku…
- Idź do niej i oprócz telewizora
zaczaruj jej radio by nadawało tylko Radio Maryja!
- Tak jest, Wasza Pomysłowość! –
zasalutowałem i wybiegłem z domu słysząc mroczny i demoniczny śmiech mojego
Pana.
Teleportowaliśmy się w pobliżu
domu Barty’ego Croucha nr 1 i nr 2. Znowu przebrałem się za starą cygankę z
dzieckiem. Był to MÓJ PRZEGENIALNY POMYSŁ. Nikt nie podejrzewał, że ta brzydka
stara baba to ja. Volduś był bezpieczny w beciku i miał schowaną w nim różdżkę.
Pod moją spódnicą czaiła się sycząca parówa.
O boże, ona chyba chce mi się dobrać do nabiału! – pomyślałem
czując jak Nagini przesuwa się wyżej.
Musiałem działać szybko,
podszedłem do rzeźbionych drzwi wejściowych i zastukałem kołatką w kształcie
lwa. Po chwili w drzwiach pojawił się Barty Crouch nr 1.
- Czego chcesz?
- Pooowróżyć panuuuu –
powiedziałem babskim głosem. – Ja być uczciwa! Chcieć powróżyć za pieniążki!
- Zjeżdżaj stąd! – warknął i
zamknął mi drzwi przed nosem.
Voldemort się zdenerwował.
Zwyzywał mnie od… bardzo różnych rzeczy, wyciągnął genealogię mojej matki do
dziesięciu pokoleń wstecz. Ciekawe skąd wiedział, że były kurtyzanami? Zastukałem
drugi raz czując, że Nagini szturcha mnie tam gdzie nie powinna. Barty Crouch
wyglądał na rozeźlonego gdy otworzył drugi raz drzwi.
- Co ty…
Nie zdążył dokończyć zdania gdy
ugodziło go zaklęcie Voldemorta.
- Zaprosisz nas na herbatkę, prawda
Crouch? – wycedził Czarny Pan.
- Taaaaaak – odpowiedział
mężczyzna patrząc na nas rozmarzonymi oczami.
Weszliśmy do domu i od razu
zrzuciłem spódnicę. Nagini nie chciała mnie puścić ale w końcu wyrwałem się z
jej szponów. Dostałam za to opierdziel od Voldka, który twierdził, że ją
krzywdzę nie oddając jej swojego nabiału na obiad. Pozostało nam odbić
Barty’ego Croucha nr 2.
- Gdzie młody Crouch!? – wrzasnął
Voldemort. – Stary Crouch! Gdzie ty polazłeś!?
Zza drzwi prowadzących do kuchni
wychyliła się zdumiona twarz mężczyzny.
- Kazałeś panie zrobić herbatę…
- A tak, tak – Voldemort sobie
przypomniał. – Gdzie twój syn?
- Za paprotką.
- Za paprotką?
- Tak, był niegrzeczny, oglądał
mugolskie pornosy, więc kazałem mu tam stać.
- Fuuuuuuj – wyrwało się mi i Voldemortowi
na myśl o takich obrzydlistwach.
Podszedłem do kwiatka i wymacałem
Juniora, zdjąłem z niego pelerynę niewidkę. Stał na jednej nodze, z rozłożonymi
na boki rękami, a w ustach trzymał łyżeczkę na której położone było jajko.
Biedak był spocony i czerwony na twarzy. Strzeliłem mu fotkę bo tak zabawnie
wyglądał:
- Cóż za wyrafinowane tortury –
Voldemort był pod wrażeniem. – Będę musiał je wprowadzić do swojego repertuaru.
- Dzięki ci Panie – jęknął Crouch
nr 1 i zgiął się w ukłonie.
- NIE DZIĘKUJ MI TYLKO GO
ODCZARUJ TY TĘPA KUPO ŁAJNOBOMB! – wrzasnął Czarny Pan.
Barty Crouch Junior padł
wyczerpany u stóp Czarnego Pana. Jęcząc i rzężąc mamrotał podziękowania.
Poczułem się dotknięty, to ja go wymacałem! Potem zaczął całować stopy
Voldemorta. Poczułem się zazdrosny! Tylko ja mogę całować jego tyciuszkie
stópeczki! A jak się Volduś wtedy chichra! Zwłaszcza lubi gdy udaję, że mu je
zjadam. Aż piszczy z uciechy! Żebyście widzieli mnie w akcji! Powinienem dostać
medal za bycie najlepszą nianią pod słońcem…
- Czy jesteś gotowy mi służyć
Barty? Zrobić dla mnie wszystko? Poświęcić się ciemnej stronie mocy?
- O tak, Mój Panie! – chłopak aż
się rwał do czynów.
- Dobrzeeee, mój młody padawnie,
dobrzeeee – odrzekł zadowolony Voldemort. - Glizdogonie! Oddaj mu jego miecz
świetlny.
Musiałem mieć głupią minę bo
popatrzył się na mnie z wyrazem totalnego rozczarowania na… twarzy. Barty’emu
było wszystko jedno, chłonął każde słowo Czarnego Pana jak gąbka tłuszcz ze
starej patelni.
- Różdżkę głąbie! – wysyczał
Voldemort. – W ogóle nie myślisz! Ja się tutaj bawię w Star Warsy, a ty jesteś
tępy jak Jar Jar Binks!
- Tak, Panie! Już lecę!
- Więc mój młody padawanie… –
Volduś bawił się wyśmienicie. – … mam plan! A moje plany są tak wielkie jak
wielka jest nasza galaktyka!
- Mów, mów, ja słucham! – Barty
nr 2 wił się w ekstazie u jego stóp.
- Kto nas zawsze gnoił podczas
pierwszej wojny czarodziei? Kto nas wybijał, ranił i atakował?
- Eeeeeee… - popatrzyliśmy się z
Bartym Juniorem na siebie nic nie rozumiejąc.
- Otaczają mnie kretyni… - westchnął Voldemort i zaczął się bawić
swoją ulubioną grzechotką na macie edukacyjnej.
- Oooooch! – jęknęliśmy z Bartym
nr 1 i 2 w zachwycie. – Jaki jesteś słodki Nasz Panie!
- Wieeeeem – powiedział i zaczął
się bawić stópką. – Chodziło mi o Alastora Moody’ego!
- Aaaaaach! – wyrwało się nam.
- My jesteśmy imperium zła! On
jest rebeliantem! Jako imperium musimy kontratakować! – krzyczał Voldemort.
- Aaaahaaa! – stwierdziliśmy
zgodnym chórem.
- Mój plan jest tak genialny, że
Dumbledore może mi nocniki czyścić i butelki myć!
- Tak, to fakt! – chórkowaliśmy
dalej.
- Junior! Złapiesz z Glizdogonem
Alastora, wsadzisz go gdzieś by mu swobodnie kłaki rwać i pójdziesz nauczać w
Hogwarcie!
- Tak jest! – zasalutowaliśmy.
- A ty Senior! – wskazał na
zaimperiusowanego Croucha. – Będziesz się mną zajmował gdy Glizdek będzie
zajęty!
- Tak, Panie – powiedział.
Voldemort omiótł spojrzeniem jego
postać, zamyślił się i spytał:
- wąsiki a la Hitler? Masz niezły
gust! Myślisz, że mi będą pasować?
Tak minął mi kolejny dzień u boku
Czarnego Pana. Ktoś wie na co może być uczulony bobasek, gdy mu wyskakują takie
małe czerwone krostki na pupci? Podejrzewam, że to wina pieluszek… albo
jedzenia piasku… chyba go więcej nie wezmę na plac zabaw :(
Grzegorz
Michalski wziął do ręki komórkę i sprawdził godzinę. Była szósta rano, normalnie o
tej porze szykowałby się do pracy. Pomyślał, że obudził się tak wcześnie z
przyzwyczajenia. Czuł się nieswojo leżąc w łóżku, ale dyrekcja dała mu do
zrozumienia, że ma dzisiaj przymusowe wolne. Nie do końca rozumiał co się stało
poprzedniego dnia. Na zebraniu firmy nagle ni z tego, ni z owego, wstał Karol z
działu finansowego i oskarżył go o fałszowanie przychodów firmy. Skończyło się to
ogromną awanturą ponieważ nie miał nic na sumieniu i niczego złego nie zrobił.
Skontaktowano się z centralą i stwierdzono, że interwencja policji nie będzie w
tej chwili konieczna. Grzegorz i Karol zostali wysłani do domów, a specjalna
komisja będzie badać finansowe raporty. Miał nadzieję, że to nie jest jakiś
spisek w celu usunięcia go z pracy. Tyle osób ostrzyło sobie zęby na jego
stanowisko. Nagle wpadł na pomysł: zadzwoni do swojej asystentki Agnieszki z
którą miał bardzo dobre stosunki. Nie zwracając uwagi na godzinę wyszukał
nazwisko „Mazur” w komórce. Odebrała po trzecim sygnale.
-
Cześć słoneczko – zaczął przymilnie. - Ja wiem, że jest wcześnie…
-
Nie mogę z tobą rozmawiać – odpowiedziała zdenerwowanym tonem. – Mamy całkowity
zakaz kontaktowania się z wami do czasu wyjaśnienia sprawy. Więc…
-
Czekaj! – krzyknął do słuchawki. – Wierzysz, że jestem niewinny?
-
Wierzę – szepnęła po czym się rozłączyła.
Odrobinę
podniosło go to na duchu. Chociaż Aga mu wierzy. Stwierdził, że nie ma sensu o
tym myśleć. Może dobrze mu zrobi, gdy spędzi dzień ze swoją córką. Wychodził z
domu z samego rana, wracał późnym wieczorem więc nieczęsto ją widywał. W
weekendy zazwyczaj także nie miał dla niej czasu ponieważ siedział z nosem w
komputerze. Wstał z łóżka i poszedł do łazienki.
***
Patrycja
zeskakiwała ze schodów nucąc pod nosem wyhaczoną ostatnio na youtube piosenkę
zespołu Van Canto:
„I
feel the magic running through my veins
A prophecy is fulfilled these days”*
Nagle
usłyszała głos ojca, stanęła i słuchała. Było już po siódmej więc dawno powinien
wyjechać do pracy. Czuła, że coś jest nie tak. Zajrzała ukradkiem do kuchni
gdzie zobaczyła małżeństwo Wojtysiaków siedzących z jej ojcem przy stole. Właśnie
zabrali się za jedzenie jajecznicy z cebulką i pieczarkami. Pachniało kawą i
świeżo wyciśniętym sokiem pomarańczowym. Ciekawość zwyciężyła więc dziewczynka cichutko
podeszła do stołu, ojciec spojrzał na nią jakby zobaczył ją pierwszy raz od
dawna.
-
Patrycjo… co ty masz na sobie? – spytał z wielkim zdziwieniem. – To jakaś nowa
moda? Ty się tak ubierasz… nie mów, że chodziłaś w czymś takim do szkoły! – oburzył się.
Wtedy
pani Jadwiga wstała od stołu i z gestem dziękczynnym skierowanym ku niebu
zaczęła mówić:
-
no! W końcu pan zauważył, chwała Bogu! Tyle razy panu mówiłam panie Grzegorzu,
że z Patrycją dzieje się coś niedobrego. Te dziwaczne stroje, te książki o
magii, te urodziny z bandą trzynastolatków poprzebieranych za wiedźmy i
czarnoksiężników oraz te wszystkie trupie czaszki! Mówię panu, ona wpadła w
sidła sekty, jest SZATANISTKĄ! NIE BYŁA W KOŚCIELE OD DWÓCH MIESIĘCY! – krzyknęła i
oskarżycielsko wskazała palcem na dziewczynkę.
Patrycja
i jej ojciec patrzyli to na siebie, to na szybko oddychającą starszą kobietę,
ani jedno, ani drugie nie wiedziało co powiedzieć. Po chwili Pan Jan złapał żonę
za sukienkę i pociągnął by usiadła z powrotem na krześle mrucząc coś o głupich
dewotkach.
-
To opowiesz mi o co chodzi z tym strojem, czarami, magią i… eee… trupimi
czaszkami? – zaczął łagodnie pan Michalski widząc, że jego córka zaczerwieniła
się i zaczęła miąć w rękach spódnicę. Nie znał za bardzo mody panującej wśród współczesnych trzynastolatek, ale
był pewien, że to co ma na sobie Patrycja jest mocno alternatywne. Przypominało
mu trochę punkowe klimaty z młodości, ale jednak różniło się to od tego co
nosiły kiedyś dziewczyny. Oskarżona miała na sobie białą, koronkowa bluzeczkę z
krótkim rękawkiem, na to założyła czarną kamizelkę wyszytą w kolorowe czaszki.
Pod szyją wisiał krawat w biało - czerwoną kratkę. Spódniczka sięgała kolan,
była w czarno-czerwoną kratkę, mocno rozkloszowana z powodu tiulowej halki pod
spodem. Na nogach miała założone białe skarpetki zakończone koronką, a na
stopach błyszczały lakierki na grubej podeszwie zapinane klamerkami w kształcie
trupich czaszek. Wyglądu dopełniały czarne koronkowe rękawiczki. Kasztanowe
włosy spięła w dwa kucyki, które były wyraźnie pokręcone na lokówce zaś równo
przycięta grzywka była wyprostowana prostownicą. Za gumki robiły dwie wstążki w
czarno-czerwoną kratkę. W uszach miała kolczyki w kształcie gałek ocznych. Zaś
jeśli chodzi o oczy, pan Michalski ze zgrozą zauważył, że bursztynowe tęczówki
chowają się za pomalowanymi na czarno rzęsami.
-
Matko Boska – pomyślał. – Czy ona nie powinna być jeszcze małą dziewczynką?
Miał
nadzieję, że idzie gdzieś na balangę do koleżanek, co niestety nie było zbyt
prawdopodobne biorąc pod uwagę wczesną porę. Albo to taki rodzaj przebrania, w
końcu są wakacje, może dziewczyna trochę poszaleć. Na satanistkę nie wygląda
ale kto wie, nigdy nic nie wiadomo.
-
Bo ja… to taki styl… z Japonii… - wydukała Patrycja. Z pani Jadwigi nic sobie
nie robiła, ale ojciec to trochę inny kaliber. Mógł ją odciąć od pieniędzy i
wygód do których przywykła.
-
Z Japonii? A skąd ty go wytrzasnęłaś? – zdziwił się.
-
Z internetu… bo wiesz tato ja lubię z Anką Cegielską oglądać anime… no takie
bajki z Japonii – dodała widząc, że ojciec nie załapał. – I my widziałyśmy
takie gdzie dziewczyny ubierały się w stylu gotyckich lolit. Wiesz, takie
ubrania jak kiedyś się w Anglii nosiło tylko takie trochę krótsze. No i Ance
się spodobały, ale mnie tak średnio. No i ona mnie katowała różnymi zdjęciami z
internetu z tym stylem i mi przesłała taki magazyn… no z Japonii tato, ale nie
prawdziwy tylko zdjęcia. Tam oprócz gotyckich lolit były punkowe lolity, no i
mi się spodobały te ciuchy, a ty mi dawałeś pieniądze tato więc je sobie
kupowałam przez internet i… Ja tego nie nosiłam w szkole! Tylko po domu i pani
Jadwiga jest wstrętnym kłamczuchem BO JA NIE WIEM CO TO JEST SZATANISTKA I NIĄ
NIE JESTEM!
Pani
Jadwiga krzyknęła z oburzenia, ojciec Patrycji zaczął ją uspokajać zaś pan Jan
poszedł odebrać dzwoniący telefon. Po chwili dziewczyna dokończyła opowieść:
-
kosmetyki kupiłam w sklepie z Anką, próbowałyśmy się malować, ale to była
masakra tata, my chyba jesteśmy beztalencia… czasem tylko rzęsy pomaluję, ale to
na chwilę bo zaraz wyglądam jak panda bo trę oczy, bo zapominam o nich. Kupiłam
sobie też buty na obcasie, ale nogi mi się rozjechały i prawie je sobie
połamałam więc je sprzedałam na eBay’u…
-
Ty masz dostęp do eBay’a? Przecież tam są zabezpieczenia przed dziećmi!
Myślałem, że robisz zakupy na mieście –
ojciec nie był zadowolony.
-
Aaaa… no bo ja… no to co mówiła pani Jadwiga, ja… ja chyba potrafię czarować –
wyjąkała i opowiedziała o dziwnych przypadkach, które miały miejsce w szkole
podstawowej. – No i wiesz tato, to jeszcze nie koniec. Bo na przykład ja bardzo
nie lubię być dyżurną i pani Wójcik nigdy nie zapisywała mi dyżuru, zawsze mnie
pomijała. A jak coś bardzo chciałam to się to spełniało, bo raz Zuzka przyszła
i powiedziała, że znalazła dziesięć złotych przed szkołą, a ja powiedziałam, że znajdę pięćdziesiąt złotych i to się zdarzyło! Dziewczyny wszystko potwierdzą! Dlatego ja tak lubię
książki o magii…
Pan
Michalski był wstrząśnięty tym wyznaniem. Nie wiedział jak zareagować,
zazwyczaj zbywał panią Jadwigę zrzucając na nią obowiązek użerania się z
rozpieszczoną jedynaczką, a teraz widział skutki swojego niedbalstwa. Myślał co
powinien zrobić: iść z nią do psychiatry czy stwierdzić, że po prostu
dziewczynka za dużo naoglądała się chińskich bajek i ich zakazać, a ciuchy
spalić? Dzięki panu Janowi dostał chwilę do namysłu ponieważ starszy człowiek
zawołał żonę i streścił odbytą rozmowę telefoniczną. Wynikało z niej, że
małżeństwo Wojtysiaków jest wzywane teraz - natychmiast do Urzędu Skarbowego z
powodu jakiegoś błędu. Nie wiedział zupełnie o co chodzi, ponieważ urzędniczka mówiła
strasznie trudnym językiem z mnóstwem artykułów i innych paragrafów. Zrozumiał
tylko, że to pilne. Razem z żoną szybko się przygotował do wyjścia i wsiedli do
samochodu. Ledwo zniknęli za zakrętem, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.
Patrycja szła otworzyć w złym humorze, wiedziała, że ojciec myśli co z nią zrobić. Wyglądał na to, że jest w lekkim szoku, ale pewnie niedługo mu przejdzie i zacznie się złościć.
-
Czego chcesz? – warknęła, gdy zobaczyła wysoką, chudą blondynkę ubraną w
elegancki czarno - biały kostium. W ręce trzymała skórzaną teczkę. Włosy miała
związane w koczek z tyłu głowy, na twarz opadało kilka falowanych kosmyków.
Makijaż był lekki i ledwo widoczny. Dziewczynka była przekonana, że to kolejna
akwizytorka z ofertą-nie-do-odrzucenia albo Jehowa. Upewniła się w swoim
spostrzeżeniu, gdy zobaczyła zdumione, szeroko otworzone zielone oczy.
-
Ekhm – blondynka kaszlnęła. – Czy… czy mam przyjemność z Patrycją Michalską?
Tata jest w domu?
To
zbiło dziewczynkę z tropu. Skąd nieznajoma wiedziała jak się nazywa? Po co
chciała widzieć tatę? Może jest pracownicą z firmy ojca. Patrycja machnęła ręką
w stronę pokoju. Blondynka zawahała się na moment, popatrzyła się badawczo na
trzynastolatkę i powoli ruszyła przed siebie.
-
Nie spodobało jej się jak wyglądam, pewnie większość ludzi patrzyłoby się na
mnie dziwnie gdybym tak wyszła na ulicę – pomyślała Patrycja idąc za
nieznajomą. Ta rozejrzała się po pokoju i powiedziała tonem jakby była u
siebie:
-
zapraszam państwa na kanapę.
Grzegorz
Michalski był zdumiony jej zachowaniem i miał ochotę wyrzucić bezczelną blondynę
z domu, ale było w niej coś co kazało posłuchać. Usiadł obok córki dziwiąc się
sam sobie.
-
Witam, nazywam się Angelique Ratine. Tak, naprawdę się tak nazywam ponieważ
jestem w połowie Francuzką – dodała widząc ich miny. Otworzyła teczkę i wyjęła
z niej plik papierów. – Siedzicie? Super, im szybciej tym lepiej... Przybywam w
imieniu Leokadii Bąk, dyrektorki Zespołu Szkół Magii i Czarodziejstwa imienia Mistrza
Jana Twardowskiego aby oświadczyć, że Patrycja Michalska, córka Grzegorza
Michalskiego, urodzona 11.06.2002 roku jest czarownicą i została przyjęta do pierwszej
gimnazjum, wychowawcą klasy ”c” jest…
To
było zbyt wiele jak na jeden dzień dla nerwów mężczyzny, wstał i zaczął
wrzeszczeć:
-
CZY PANIĄ KOMPLETNIE POKRĘCIŁO! TO JAKAŚ UKRYTA KAMERA, TAK!? TO MA BYĆ
ŚMIESZNE!? JESTEŚ W ZMOWIE Z MOJĄ CÓRKĄ!? TO DOWCIP, TAK!? PRZECIEŻ CZAROWNICE
NIE ISTNIEJĄ!!!
Na
Angelique ten wybuch nie zrobił wrażenia, nie była to pierwsza taka reakcja w
jej karierze i wiedziała, że nie ostatnia. Część rodziców, zwłaszcza jeśli byli
fanami Harry’ego Pottera, odpływało ze szczęścia. Nie pytali o szczegóły tylko
od razu podpisywali formularze. Osoby religijne, potrafiły rzucić się na
wysłannika szkoły, zwyzywać i nie wysłuchać niczego co ten miał do powiedzenia.
Większość jednak nie wierzyła w magię i trzeba było zrobić im pokaz. Angela wyjęła
z żakietu różdżkę, wyciągnęła ją przed siebie, uniosła i… wszystkie meble
zaczęły unosić się w powietrzu razem z panem Grzegorzem. Zakręciła dłonią
młynka – to samo zrobiły meble i pan Michalski. Kanapa na której siedziała
zszokowana i zarazem szczęśliwa Patrycja również. Pęd rozwiał jej włosy,
stwierdziła, że to jest cudowne. Zrozumiała, że spełnia się jej życzenie
urodzinowe. Ojciec zbladł i zaczął się trząść.
-
To niemożliwe, to niemożliwe… – bełkotał.
-
Ależ możliwe panie Michalski i pańska córka także będzie to potrafiła.
Oczywiście gdy skończy gimnazjum i liceum oraz zda maturę. Posiadanie w rodzinie czarownicy jest bardzo
korzystne. Na przykład mniej się człowiek męczy przy przemeblowaniu – Angela
uśmiechnęła się do latającego znerwicowanego człowieka.
-
Tatooo! Ja chcę iść do tej szkoły! Mówiłam, że jestem czarownicą! – Patrycja
postanowiła działać, zrozumiała, że to jej jedyna szansa. Blondynka odstawiła
meble oraz ojca dziewczynki na miejsce jednym machnięciem różdżki.
-
Ja, ja, ja, ja nie wiem… ja nie wiem – wyjąkał pan Michalski, podbiegł do barku
i łyknął sporo wódki prosto z butelki. Skrzywił się niemiłosiernie i puścił się
pędem do kuchni po popitkę. Dziewczyny stały w salonie czekając na jego powrót.
Patrycja była niesamowicie szczęśliwa – działo się to co w serii książek „Harry
Potter”. Doszła do wniosku, że jednak w tych powieściach opisana jest prawda.
Nagle dopadł ją straszliwy lęk. Co jeśli ojciec się nie zgodzi? Wrócił jednak bardziej
spokojny. Blondynka kontynuowała:
-
córka mówi, że informowała pana o swoich zdolnościach. To jest bardzo częste u
magicznych dzieci. Nie ma sensu wysyłać jej do mugolskiej szkoły ponieważ…
-
Do jakiej? – Zainteresował się pan Grzegorz.
-
Mugolskiej tato, normalnej, gdzie nie ma magii – powiedziała urażona niewiedzą
ojca Patrycja. – Nie czytałeś Harry’ego Pottera?
-
Nie, a powinienem? – spytał mocno zaniepokojony.
-
Mógłby pan, trochę więcej dzięki temu pan zrozumie. Wprawdzie to nie jest do
końca prawda… ale na początek wystarczy – oświadczyła Angelique. – Teraz musi
się pan uspokoić i pomyśleć. Decyzja musi zapaść dzisiaj. To jest bardzo ważne
aby magiczne dziecko poszło do odpowiedniej placówki edukacyjnej, w mugolskiej
szkole będzie nieszczęśliwa oraz zostanie wyrzutkiem. Tak zazwyczaj bywa z
dziećmi które są wyjątkowe, inne od zwykłych… – uderzyła w czułą strunę ponieważ nikt z rodziców nie chce aby jego dziecko było wyrzutkiem i było nieszczęśliwe.
Ojciec Patrycji popatrzył się wstrząśnięty na blondynkę, potem na swoją córkę i
po długim namyśle powiedział:
-
Maleńka… ja… nie jestem w stanie podjąć tej decyzji. Przepraszam, nie jestem w
stanie.. to zbyt, zbyt… nieoczekiwane. Mam mętlik w głowie… - Znowu się
zamyślił. – Chyba… mój Boże, daj znak, powiedz czy dobrze robię… Chyba mogę Ci
zaufać moje dziecko. Jesteś już dużą dziewczyną Patrycjo. Dotarło to do mnie
dzisiaj. Poświęcałem ci mało czasu, za dużo miałem pracy ale po śmierci twojej
mamy nie potrafiłem inaczej. Mój Boże, czemu jej z nami nie ma? – Zaszlochał. –
Ona by wiedziała co robić. Więc myślę… że ty zdecyduj. To twoja przyszłość.
Naprawdę mam nadzieję, że Anna mi wybaczy jeśli źle robię, gdy się z nią spotkam
kiedyś tam na chmurce…
Patrycja
była wstrząśnięta tym wyznaniem. Ojciec stwierdził, że może zdecydować o tak
ważnej kwestii. Była rozpieszczana to fakt, dostawała co tylko chciała, ale w
ważnych sprawach tata miał decydujące zdanie. To on stwierdził, że ma iść do
prywatnego Gimnazjum Paderewskiego mimo, że chciała iść do publicznej „piątki”
razem z koleżankami. Wycie przez miesiąc nic nie dało. Patrycja pomyślała o
mamie, nie wiedziała co ona by dla niej chciała. Czy byłaby dumna, że jej córka
jest czarownicą?
Angelique patrzyła się na nią oczekując odpowiedzi.
-
Myślę, że chcę być czarownicą… to znaczy… chcę iść do tej szkoły –
odpowiedziała Patrycja spokojnym głosem.
Ojciec ukrył twarz w dłoniach. Jego
życie zmieniło się w ciągu godziny prawie tak samo jak wtedy gdy usłyszał, że w
laboratorium nastąpił wybuch, w którym zginęła tylko jedna osoba. Jego ukochana
Anna, matka jedynej córki… która od września będzie zajmować się czymś co od
zawsze słyszał, że to coś złego i zakazanego. Pani Jadwiga dostanie szału jak
się dowie. Co on powie rodzinie, dziadkom Patrycji, swojemu rodzeństwu?
Angelique
podsunęła mu pod nos formularze:
-
wiem, że panu ciężko, ale trzeba to wszystko powypełniać... No niech pan się
weźmie w garść! – Powiedziała rozkazującym tonem. – To nie koniec świata! Magia
ma wiele zastosowań! Niektóre pańskie problemy znikną razem ze mną!
-
Czyli? – mruknął pan Grzegorz szukając długopisu w szafce przy stoliku.
-
Hmm, na przykład to oskarżenie o fałszerstwo finansowe w pracy – oznajmiła.
-
Że co? – jęknęła zdziwiona Patrycja.
Ojciec
zbladł, a następnie poczerwieniał na twarzy, patrzył oczekująco na blondynkę.
-
Ciężko było pana przekonać aby został pan cały dzień w domu. Więc eksperci z
Ministerstwa Magii podrzucili panu Karolowi Domańskiemu kilka fałszywych danych...
Ale spokojnie, spokojnie – powiedziała szybko Angela widząc, że ojcu Patrycji
rośnie niebezpiecznie ciśnienie. – Jutro wszystko będzie w porządku. Agenci
wyczyszczą wszystkim pamięć. Nawet dyrekcji w USA. Dane znowu będą się
zgadzały. To było potrzebne, tak samo jak telefon do małżeństwa Wojtysiaków.
Nie mogło ich tutaj być.
-
Suuuuper – mruknęła Patrycja patrząc się z zachwytem na czarownicę. Po czym
palnęła bez zastanowienia – jesteś czystej krwi?
-
Lekcja pierwsza: nigdy nie pytaj się o status krwi. W Polsce to oznaka złego
wychowania – odpowiedziała spokojnym głosem Angela. - Nie stosujemy tej
klasyfikacji od prawie 100 lat.
-
Czemu? W książkach pisało...
-
Druga lekcja: nie wszystko co jest w Harrym Potterze to prawda… weź też pod
uwagę to, że akcja książek dzieje się na Wyspach Brytyjskich. Między nami jest
sporo różnic. Wprawdzie znajdzie się kilka rodzin, które szczycą się tak zwaną
czystą krwią. Ale to naprawdę wyjątki. Historia Polski jest bardziej zawiła niż
Wielkiej Brytanii, mieliśmy o wiele więcej wojen niż oni, inne problemy. Nasza
kultura poszła przez to w inną stronę. Wszystkiego dowiesz się na lekcjach w
szkole. Lekcja trzecia: jako, że uczę mugoloznastwa wolałabym abyś w stosunku
do nauczyciela używała formy „pani profesor” ewentualnie tylko „pani” – tymi
słowami zakończyła wykład.
Pan
Michalski uważnie czytał formularze. Angela patrzyła się z zagadkowym wyrazem
twarzy na dziewczynkę. Patrycja nachmurzyła się z powodu monologu czarownicy.
-
Jakie różnice? Przecież to co jest w Harrym, to musi być prawda! – pomyślała.
-
Zanim podpiszę, muszę się jeszcze zastanowić! – wypalił nieoczekiwanie pan
Grzegorz znad sterty formularzy. – Ja nadal w to nie wierzę! Przecież to
absurd!
-
Tatooooooo! Podpisz! – zaczęła krzyczeć Patrycja.
-
Z tego co wyczytałem córka będzie chodzić do gimnazjum i liceum – ciągnął
mężczyzna nie zważając na krzyki latorośli. – Ale co dalej? Co ze studiami, co
z pracą? A jeśli będzie chciała żyć wśród… jak nas nazwałaś… mugoków…
-
Mugoli…
-
Mugoli… niech będzie… durna nazwa, naprawdę, skąd wy to wzięliście? – mruknął.
– I gdzie jest ta szkoła? W Warszawie?
Angelique
bez słowa wyjęła dwie kartki z teczki. Podała jedną panu Michalskiemu, a drugi
Patrycji z poleceniem zapoznania się z ich treścią. Mężczyzna zaczął czytać:
„Ja, Grzegorz Kazimierz Michalski,
zobowiązuję się do nie wyjawiania informacji uzyskanych od pracownika Zespołu
Szkół Magii i Czarodziejstwa im. Mistrza Jana Twardowskiego. Zakaz ten obejmuje
WSZYSTKIE niemagiczne osoby (rodzinę, przyjaciół, służbę, współpracowników,
przełożonych, itp.) oraz WSZYSTKIE sposoby (ustnie, pisemnie, przy pomocy
czarów, przedmiotów mugolskich, itp.)”.
-
Co to ma znaczyć? To jakieś brednie... – spojrzał na kartkę Patrycji. – Ona też
ma to podpisać? Ma dopiero trzynaście lat! To ma moc prawną?
- Oczywiście, że ma moc prawną. Chociaż w pana
przypadku konsekwencje będą trochę inne… - Angela spojrzała na Patrycję. –
Pamiętasz co się stało przyjaciółce Cho Chang? – dziewczynka kiwnęła głową. –
Mniej więcej to się tobie stanie, a głupio by było iść z pryszczami do nowej
szkoły. Zaś pan, po pierwsze, zostanie uznany za wariata – czarownica
uśmiechnęła się szeroko. – A po drugie czeka pana sąd w czarodziejskim świecie.
Po trzecie proszę to podpisać, a zobaczy pan więcej czarów ponieważ wybierzemy
się do stolicy polskich czarownic i czarodziejów pod Warszawą. Po drodze
wyjaśnię wszystko dokładnie i odpowiem na każde pytanie. Po powrocie zdecyduje
pan czy wypełni te formularze.
Patrycja
złapała długopis i od razu podpisała oświadczenie nie chcąc tracić nawet
sekundy cennego czasu. Domyślała się, że będzie jak na ulicy Pokątnej. Ona chce
to koniecznie zobaczyć! Wcisnęła długopis w rękę ojca i popatrzyła się na niego
oczami kota ze "Shreka". Pan Michalski popatrzył się w milczeniu na córkę. Ciężko
westchnął, pokręcił z rezygnacją głową mrucząc coś pod nosem o szalonych
blondynach i rozwydrzonych dzieciakach. Przyłożył długopis do kartki, zawahał
się na sekundę – Patrycja w tym momencie wstrzymała oddech – i złożył podpis we
wskazanym miejscu.
-
Hurra! – wrzasnęła dziewczynka po czym złapała ojca i zaczęła skakać trzymając
go za ręce. – Dziękuję-dziękuję-dziękuję-dziękuję!
Angela
patrzyła się na tę scenę z uśmiechem. Wiedziała, że po wycieczce do Magowa
mężczyzna zgodzi się na wysłanie córki do szkoły. Potrafiła przekonać większych
niedowiarków. Spakowała wszystkie papiery do teczki i wyciągnęła rękę w stronę
pana Michalskiego:
-
Proszę o kluczyki do pańskiego samochodu.
-
Zwariowała pani!?
-
Nie, ale za to pan łyknął niedawno sporą ilość alkoholu. Z tego co pamiętam
prowadzenie pod wpływem jest zakazane. Ja zaś mam prawo jazdy.
-
Czarownice mają prawko?
- Niektóre mają. Ja swoje zrobiłam, gdy studiowałam na Uniwersytecie Marii Curie
Skłodowskiej…