Z tej strony Szczęśliwa
Trzynastka. Peter wyruszył w podróż do Ameryki na statku jako szczur okrętowy. Nie
stać go było na bilet, więc biedaczek musiał się zaszyć gdzieś na pokładzie ze
swoimi puchatymi braćmi. Mam nadzieję, że nie zje żadnej trutki… Ale, ale! Dlaczego ja? Peter napisał mi, że
mam zająć czymś jego wiernych fanów podczas jego nieobecności. Mówi, że czyta
moje dwa fanfiki i mu się podobają więc mam coś naskrobać. Wiem, że nie jestem
w stanie dorównać mu w mistrzostwie władania piórem, tudzież klawiaturą, ale
obiecałam się przyłożyć :). Jako, że mój
wpis będzie raczej mierny przy całym geniuszu Petera, postanowiłam trochę poględzić
o moich opowiadaniach.
Przede
wszystkim chcę wszystkim podziękować, ponieważ gdy patrzę na statystyki bloga
to oczom nie wierzę. Wystartowałam z pierwszym wpisem 30 października 2015, a w
Noc Duchów (jak ładnie nazwał Halloween Andrzej Polkowski) wrzuciłam pierwsze
rozdziały moich fanfików (Hermiona, Peter, Patrycja). Od tamtej pory blog zanotował ponad 6 500
wyświetleń! Do tego trzeba dodać 224
komentarze (z czego połowa moja :P). Niecałe dwa miesiące… ledwo mogę w to
uwierzyć. Myślałam, że będzie do mnie zaglądać kilkanaście, może kilkadziesiąt
osób, a tu taka niespodzianka. Od kilku dni mam około 200 wejść dziennie! WOW.
Jestem w szoku! :D
Najwięcej osób zagląda do mnie z Polski (no jakże by inaczej) – ponad 4200, na drugim miejscu jest Francja (Yay! Mój bzik!) – około 750 wejść, następnie Niemcy – prawie 700, Hiszpania – brakuje kilku wejść do 400, USA – powyżej 140. Kraje z których mam poniżej 100 wyświetleń bloga to Irlandia, Holandia, Rosja, Kenia (wow!) i Wielka Brytania. Największą popularnością cieszy się „Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa” (co zabawne, ma mniej komentarzy niż pozostałe fanfiki), zaraz za nią „Powojenne życie HermionyG.”, a „Voldemort ubiera się u Madame Malkin” jest na trzeciej pozycji (Volduś was ukarze w imieniu księżyca! Ups, nie ta bajka…).
Tak więc
bardzo, bardzo, bardzo wszystkim dziękuję. Zwłaszcza tym, którzy zostają tutaj
na dłużej i komentują! Bardzo przydaje się wasza o opinia. Wiem wtedy co należy
poprawić :P. Teraz wrzucę parę ciekawostek na temat moich fanfików.
Zacznijmy od
„Polskiej Szkoły Magii i Czarodziejstwa”:
- zaczęłam ją
pisać 6 maja, ale na pomysł wpadłam dużo wcześniej,
- jestem
nauczycielką dlatego staram się opisać proces edukacyjny jak najbardziej
realistycznie (a co, ma się to doświadczenie :P),
- gdy
założyłam bloga nie wiedziałam, że istnieje fanfik „Polska Szkoła Magii” .
Naprawdę przeszukiwałam internet czy ktoś nie wymyślił czegoś podobnego, ale go
nie znalazłam o.O, do dzisiaj nie wiem jakim cudem go przeoczyłam. Sądzę, że
inaczej bym nazwała swojego fanfika, ale mówi się trudno i idzie się dalej.
Pocieszam się, że nasze opowiadania są zupełnie inne :)
- jestem
osobą, która uwielbia odpowiadać na pytania „co by było gdyby”, dlatego opisuję
świat bardzo szczegółowo i korzystam z wiedzy, którą posiadam, a jeśli jej nie
mam dokształcam się na bieżąco ( co skutkuje siedzeniem pół nocy i obliczaniem
liczby uczniów w każdej klasie aby nie być jak pani Rowling, która sama nie wie
ile dzieciaków jest w Hogwarcie),
- mam świra
na punkcie sztuki i ciągle się powstrzymuję aby nie opisywać architektury i
strojów w jak najmniejszych detalach, ponieważ 95% z was nic nie powie, jak
napiszę, że Konrad chodzi w błękitnym habicie i culotte :P. Czyli w czymś takim (w różu też mu będzie do twarzy):
- tak miała
wyglądać Patrycja w pierwszej wersji rysunku (wyszła mi krzywa na twarzy xP):
- tutaj dwie
koncepcje Angelique i projekt jej sukienki:
- postacie
występujące w tym fanfiku są hołdem dla bardzo głupiego wymysłu o Harrym
Potterze, który opisywałam ze znajomymi w czasach licealnych :)
Powojenne
życie Hermiony G.:
- powstało
przez przypadek: podczas pisania „Polskiej Szkoły…” przeczytałam kilka fanfików
z kategorii Sevmione. Denerwowało mnie w nich to, że Hermiona jest z Severusem
po „pięciu minutach”. Pomyślałam, że napiszę coś bardziej realistycznego i
zamiast skupić się na pierwszej opowieści zaczęłam pisać dwie na raz (akcja obydwu będzie się działa na przestrzeni kilku lat!).
- Tak naprawdę na początku to nawet nie miało
być Sevmione, rozważałam sparowania jej z kimś innym, a Severus miał być tylko
dodatkiem (przyznam się, że nie podjęłam jeszcze w 100% decyzji :P),
- szybki
szkic do pierwszej przymiarki nagłówka (miałam do wyboru – rysować
realistycznie, ale bardzo rzadko lub w mangowym stylu, ale często):
- irytowało
mnie także to, że w większości fanfików Severus jest od razu uniewinniany.
Uważam, że to by nie przeszło, opinia publiczna wie swoje :P,
- oraz tak na
serio: koncepcja pani Rowling, że Harry plus Ginny i Ron plus Hermiona równa
się małżeństwo mi nie pasuje. Nie przeczę, że są licealne pary, które stają na
ślubnym kobiercu, ale jednak większość w międzyczasie się rozstaje i znajduje
sobie innych partnerów. Zazwyczaj pierwsze związki się rozpadają z powodu
niedojrzałości i braku doświadczenia. Uważam także, że Hermiona średnio na jeża
pasuje do Rona.
- mam bzika
na punkcie Francji – to widać, słychać i czuć! Jeszcze nie raz jej motyw pojawi
się w moich fanfikach.
Voldemort
ubiera się u Madame Malkin:
- na początku
miało nawiązywać stylem do „Diabeł ubiera się u Prady”,
- jednak
stwierdziłam, że koncepcja pisania bloga przez Petera jest ciekawsza,
- jest to
jedyny fanfik, który potrafię napisać w pół godziny, śmiejąc się jak wariatka z
własnych pomysłów,
- mam na co
dzień do czynienia z dzieckiem korzystającym z nocnika, chodzącym w śpioszkach
i oglądającym My Little Pony :P
- o to co mi
wyskoczyło, gdy napisałam „Voldemort” podczas tworzenia posta:
Może powinnam
mu zmienić imię? Mortadel – to brzmi dumnie!
- pierwsza mini-recenzja mojego opowiadania, któa bardzo mnie ucieszyła (pochodząca z tego katalogu):
Czekam na opinie czy wrzucać czasem moje refleksje na temat magicznego świata, na przykład:
- wpływ chędożenia na rozwój społeczeństw,
- stroje i ich prawdopodobna historia poparta zdjęciami,
- architektura magiczna,
- szkoły w świecie Harry'ego Pottera,
- sztuka w świecie pani Rowling (śpiew, obrazy, sztuki teatralne).
-
To jest moja młodsza siostra, będzie z wami w jednej klasie – mówiła Angelique
trzymając ręce na ramionach Amelii. – Pomyślałam, że jakbyście się spotkały
jutro to byłby za duży szok dla was. Dzisiaj możecie się na spokojnie poznać.
Ja pójdę na chwilkę do Ilony – obdarzyła ich uśmiechem i wyszła przez drzwi.
Angela
dobrze przewidziała reakcję: dziewczyny były w szoku. Patrycja miała wrażenie,
że patrzy się w lustro. Amelia była obdarzona taką samą twarzą jak ona. Mała
tak samo zaskoczoną minę oraz proste włosy, które różniły się tylko tym, że nie
sięgały do pasa, a były ścięte tuż poniżej linii szczęki. Tylko oczy miała
inne, Patrycja posiadała brązowe tęczówki, zaś Amelia miała zielone. Poza tym
miały ten sam wzrost i identyczną budowę ciała.
-
Gdybym tego nie widziała to bym nigdy nie uwierzyła – stwierdziła Zocha patrząc
się to na jedną, to na drugą. – Jesteście spokrewnione? Może was podmienili w
szpitalu czy co…
-
Jesteś mugolaczką? – spytała Patrycja. – Ja się urodziłam w Lublinie.
-
Moja rodzina jest czarodziejska odkąd pamiętamy – wyjaśniła Amelia. – Urodziłam
się w naszym domu.
-
Głosy też macie identyczne – stwierdziła Zocha. – Przypadek jeden na milion!
Zagrajcie w totka!
-
Co to jest totek? - spytała się Amelia.
-
Eeee, taka mugolska gra w której możesz wygrać mnóstwo pieniędzy…
-
Nie trzeba, nie narzekam na brak kieszonkowego.
-
Chciałabym tak powiedzieć – stwierdziła Zocha i popatrzyła się w sufit.
Nastała
chwila ciszy. Piątka dziewczyn była nadal skrępowana i nie wiedziała co powiedzieć.
Nieoczekiwanie odezwała się Katarzyna. Mówiła cichutkim głosikiem.
-
To może… tak… powiemy… jak się nazywamy? – zaczerwieniła się i schowała twarz w
dłoniach.
-
To ja pierwsza! – krzyknęła Zośka. – Zocha Kowalska, mugolaczka! Pół Polka, pół
Hinduska!
-
Patrycja Michalska, też mugolaczka. Pochodzę z Lublina.
-
Amelia Ratine, mama Polka, tata Francuz…
Telcia
zerwała się z łóżka i podbiegła do Amelii.
-
Ta Ratine? – spytała się podniecona. – Twoja mama to Małgorzata?
-
Tak!
-
Ona szyje dla nas ubrania! – krzyknęła Telcia i okręciła się w koło aby każda z
dziewcząt mogła podziwiać strojną suknię. – Dla mnie, mojej mamy i taty!
-
A ty to kto? – spytała się Zocha.
-
Telimena Delfina Fryderyka Potocka, herbu Ciołek – napuszyła się niska
dziewczynka.
Patrycja
z Zochą patrzyły się na nią z niedowierzaniem. Telcia to zauważyła i się
zaczerwieniła.
-
Nie wierzycie mi? – powiedziała gniewnie. – Pochodzę z prostej linii od mugolskiego króla
Stanisława Augusta Poniatowskiego!
Zocha
miała minę jakby gwiazdka przyszła wcześniej.
-
Ja bym się tak tym nie chwaliła…
-
Czemu?
Patrycja
zakasłała, a jej kaszel brzmiał jak „cio-ta-na-tro-nie”*. Obie z Zochą zaczęły
szaleńczo chichotać. To rozgniewało Telimenę jeszcze bardziej.
-
Moja mama mówiła, że mugole są mocno ograniczeni – warknęła.
-
One po prostu nie znają rodów szlacheckich w naszym świecie – zaczęła je bronić
Amelia.
-
Ale ty znasz! Mając taką matkę musisz znać wszystkich! – odezwała się Telimena
i podskoczyła do niej i ją złapała za rękę. – Od dzisiaj jesteś moją najlepszą
przyjaciółką! – odwróciła się aby pokazać język Zośce i Patrycji.
-
Ja… eeee… - Amelia nie wyglądała na zachwyconą.
-
Kaśka, może się odezwiesz! – powiedziała Zocha.
-
Katarzyna Wiśniewska – wydukała cicho blondynka. – Z czarodziejskiej rodziny…
-
Jesteś jak Fluttershy – stwierdziła Patrycja.
-
Kto?
-
Kucyk pony!
Amelia, Telimena i Kasia miały niewyraźne miny. Zocha stanęła koło Patrycji i szepnęła jej do ucha, że one chyba nie znają tej bajki. Znowu zapadła cisza, którą przerwało wejście Angeli. Współlokatorki pożegnały się z nową koleżanką i nauczycielką. Chwilę później Ilona Jasińska zebrała swoje podopieczne na kolację. Okazało się, że w internacie z klasy „a” były trzy dziewczyny, a z „b” cztery. Rosyjskojęzycznych uczennic było o wiele więcej, Patrycja stwierdziła, że coś koło dwudziestu, zaś angielskojęzycznych powyżej dziesięciu. Stołówka była wielkim pomieszczeniem mieszczącym się w środkowej części budynku. Patrycji skojarzył się z tymi nowymi salami weselnymi, z wielkimi oknami i obramowane kolumienkami. Tylko, że tutaj wszystko było stare i pięknie zdobione. Dziewczęta wchodziły wielkimi, dwuskrzydłowymi drzwiami po prawej stronie, a chłopcy takimi samymi, tylko że z lewej.
Patrycja
zobaczyła wielki tłum młodych czarownic i czarodziejów. Starsi od razu siadali
przy jednym z kilkudziesięciu okrągłych stolików, przy którym mieściło się
dziesięć osób. Pierwszoroczni byli oszołomieni taką ilością nastolatków.
-
To mi przypomina wesele ciotki Hanki, które było na sali gimnastycznej! –
stwierdziła Zocha starając się przekrzyczeć gwar rozmów. – Zaproszona była cała
wieś, z czterysta osób. Tutaj jest chyba tyle samo!
-
Usiądźmy gdzieś, zanim pozajmują wszystkie miejsca!
Razem
z nadal obrażoną Telcią i Katarzyną dosiadły się do dwóch nastolatek ze
starszej klasy przy najbliższym stole. Pierwsza z nich, miała niesamowicie
gęste i poskręcane blond włosy, które przypominały afro. Spod loków błyskały
wesoło oczy, których niebieski kolor przywodził na myśl ślepia psów rasy husky.
Druga dziewczyna była przeciwieństwem pierwszej: jej krótkie, czarne włosy były
cienkie i jakby przylizane. Oczy bardzo ciemne i lekko skośne, do tego była
niesamowicie chuda, czego nie można było powiedzieć o jej koleżance.
Patrycja
popatrzyła się na stół. Zastawa była zwykła, jednak nie było po niej widać
zużycia. Nic nie wyglądało inaczej niż w mugolskim domu. Na środku stołu leżało
kilka, niedbale rzuconych kartek. Dziewczyny rozejrzały się wokoło szukając
bufetu, jednak niczego takiego nie zobaczyły. Zauważyła to blondynka.
-
Nie wiecie jak się obsługiwać w stołówce? Pomóc wam?
-
Tak! Prosimy!
Dziewczyna
podała im leżące na środku menu. Opowiedziała, że są różne zestawy. Nie chce ci
się dużo jeść? Dostaniesz połowę porcji! Jesteś bardzo głodna? Wybierasz zestaw
powiększony. Jesteś wegetarianką albo weganką? Są i takie opcje! Trzeba tylko
stuknąć różdżką w talerz i powiedzieć numer zestawu. Po około pięciu minutach,
pojawi się przed tobą to co zamawiałaś. Patrycja z Zochą były zachwycone.
Pierwsza z nich wzięła zestaw powiększony, w którego skład wchodziła herbata, trzy
kanapki z szynką i serem żółtym oraz różnymi warzywami, a na deser owoce. Zocha
wzięła wegetariańskiego kebaba, plus sok pomarańczowy. Obydwie były bardzo
zadowolone ze swojego wyboru. Gdy skończyły, musiały stuknąć dwa razy w talerz,
a ten znikał i pojawiał się nowy. Już się miały zbierać do wyjścia, gdy Zocha złapała
Patrycję za ramię i pokazała jej wchodzącego na salę przystojnego chłopaka. Był
wysoki i miał długie, falowane złoto-blond włosy, które związał czarną wstążką.
Jego strój był żywcem wyjęty ze starych obrazów, jednak nie był on oparty na
kontuszu, a na modzie zachodniej. Niewielu uczniów było podobnie ubranych.
-
Łaaaał – powiedziała zachwycona Patrycja.
-
Przystojniejszy niż Draco – Zocha zachichotała.
-
Następnym razem trzeba z nim usiąść…
-
Ciężko wam będzie – powiedziała brunetka. – On jest z liceum. Gimnazjum je
posiłki pół godziny wcześniej, bo gdyby cały internat jadł razem, to byłoby
tutaj koło tysiąca osób… Skoro liceum zaczyna się pojawiać, to znak, że
powinnyśmy już iść.
-W
czasie drogi powrotnej dowiedziały się, że blondynka ma na imię Faustyna, a jej
koleżanka to Bogumiła i są z klasy trzeciej „a”. Pożegnały się na schodach
ponieważ każdy rocznik zajmował dane piętro. Gimnazjum zajmowało pierwsze,
drugie i trzecie, zaś liceum zaczynało się na czwartym i kończyło na szóstym.
Na każdym piętrze były po trzy czarownice pilnujące porządku, które zmieniały
się co jakiś czas.
Idąc
do swojego pokoju dziewczyny, postanowiły przeprosić Telimenę. W końcu miały z
nią mieszkać przez najbliższy rok, więc wolały się dogadać. Postanowiły działać
od razu. Zocha zaczęła opowiadać koleżance, że w mugolskim świecie Stanisław
August Poniatowski nie jest uznawany za dobrego władcę. Stąd taka, a nie inna
reakcja.
-
Ale jak to? – spytała się zdziwiona Telimena.
-
Nooo, wiesz… on był… - zaczęła Patrycja.
-
Chujowy! – wtrąciła Zocha.
-
Jaki? – Telimena z Kaśką wytrzeszczyły oczy.
-
To znaczy, że był… - Patrycja starała się dobrać tak słowa aby nie urazić znowu
koleżanki.
-
Do dupy! – oznajmiła Zocha.
-
Ależ ty jesteś wulgarna! – jęknęła Telimena. – Słownictwo z rynsztoka! Na
dodatek kłamiesz! Mój przodek był wspaniałym królem! – po czym rzuciła się na
łóżku i zaczęła płakać.
Patrycja
syknęła do Zochy aby choć raz się zamknęła i dała jej mówić. Ta się broniła, że
jej określenia o rządach Stanisława Augusta Poniatowskiego to prawda. Kaśka
siedziała na łóżku bez ruchu i wpatrywała się w dziewczyny ze strachem.
Patrycja podeszła do łóżka Telimeny i starała się ją przekonać, aby nie brała
na poważnie słów Zochy, która czasem ma dziwne pomysły i nie potrafi trzymać
języka za zębami. Spytała się czy mogą coś zrobić dla niej aby przestała płakać,
szlochy natychmiastowo ustały i Telimena podniosła głowę .
-
Któraś z was potrafi pleść warkocze?
-
Ja umiem! – zerwała się z entuzjazmem Zocha.
-
To dobrze, potrzebuję kogoś kto mi będzie czesał włosy. W domu robi to moja skrzatka,
ale tutaj jest zakaz przyprowadzania zwierząt… Co potrafisz?
-
Eeee… - jęknęła zbita z tropu Zocha. – Umiem warkocza francuskiego, kłosa,
koronę na około głowy, murzyńskie warkoczyki i tym podobne.
-
Słabo – stwierdziła Telcia z niezadowoleniem. – Myślałam, że znasz się na
najnowszych koafiurach!
-
Ej! W domu robiłam warkocze Milagros! Nie narzekała!
-
To jakaś służąca? – prychnęła szatynka.
-
To moja siostra! – warknęła Zocha.
-
Głupie imię - odparła Telcia i wskazała na Patrycję. – Pokaż na niej co
potrafisz i wtedy zdecyduję czy nadajesz się na moją koafiurzystkę!
-
Wal się! – powiedziała Zocha idąc dostojnym krokiem do swojego łóżka, po czym zwaliła
się na nie jak worek ziemniaków.
Patrycja
pomyślała, że po tym raczej nie dogadają się szybko z Telimeną.
***
Po
pierwszej nocy dziewczęta wstały przed siódmą rano i pokłóciły się o łazienkę.
Najgłośniej krzyczała Zocha z Telimeną. Uciszyły się dopiero wtedy, gdy
Patrycja wzięła ręcznik i weszła do łazienki, krzycząc zza zamkniętych drzwi,
że „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”. Wtedy Kaśka nieśmiało
zaproponowała aby zrobić grafik. Zocha stwierdziła, że to niegłupie i w ciągu
kilku minut powstała tabelka z rozpiską. Telimena próbowała udowodnić, że jako osoba
szlachetnie urodzona powinna być przed plebsem. Zośce i Patrycji, która już
wyszła z łazienki, tak to się nie spodobało, że wyrecytowały długą litanię
klątw, które rzucą na koleżankę jeśli spróbuje się wepchnąć w kolejkę.
Śniadanie
zjadły znowu z Faustyną, nazwaną przez Zochę „Fusią” i Bogumiłą, która na razie
nie zyskała przydomka. Po czym wróciły do pokoju, aby się przebrać w odświętne
szaty. Zocha miała pod spodem kolorową, etniczną sukienkę, a Patrycja to co
wybrały u niej w domu.
-
Dobrze, że mi kazałaś wziąć te ciuchy – powiedziała z uśmiechem. - Pani Jadwiga
chciała sama spakować moją torbę, gdy zobaczyła jak wkładałam do walizek
lolicie rzeczy. Strasznie się zdenerwowała, krzyczała, że „to nie przystoi
pannie” i takie tam pierdoły. Akurat tata był w domu i mi powiedział abym
spakowała się do drugiej walizki… Wzięliśmy tą z lolicimi ciuchami, a tamtą
schowaliśmy w garażu bo tam pani Jadwiga nie sprząta… Pan Jan obiecał nic jej
nie mówić.
-
To twój tata nie ma nic przeciwko tym ciuchom?
-
Nie, mówił, że czarodzieje tak dziwnie się ubierają, że będę tam pasować.
-
Ha, ha! Ma rację!
Pierwszoroczniacy
zostali ustawieni klasami na dziedzińcu szkoły. Stali na samym przodzie, a za
nimi pojawiły się starsze roczniki. Dyrektorka przemawiała magicznie wzmocnionym
głosem. Opowiedziała jak bardzo stęskniła się za swoimi starymi uczniami i jak
się cieszy widząc nowych. Mówiła o organizacji roku szkolnego oraz o celach
edukacyjnych wyznaczonych przez Ministerstwo Magii. Patrycja zauważyła, że
zagranicznym uczniom wychowawcy tłumaczą przemowę, która była w języku polskim.
Po skończonych przemowach i ogłoszeniach organizacyjnych, wychowawcy zabrali
swoich uczniów do klas aby omówić z nimi plan lekcji. Patrycja zauważyła, że
sorka Angela nie ma wychowawstwa. Spytała się o to Amelię.
-
Nauczyciel, który zajmuje się powiadamianiem mugolaków w wakacje, nie ma swojej
klasy – wyjaśniła jej prawie-bliźniaczka. – W czasie roku szkolnego ciągle
będzie im pomagać.
-
Jak? – zaciekawiła się Zocha, która nie miała pomysłu w czym mogłaby jej pomóc
sorka.
-
Opowiadała, że raz musiała pojawić się u jakiejś dziewczyny ponieważ dziadkowie
myśleli, że jest opętana i coś im naściemniać. Często zdarzają się wpadki w
urzędzie, bo nie dostarczą dokumentów do mugoli na czas i wtedy jest problem,
bo tamtejsze CZOPki oskarżają rodziców o to, że ich dzieci nie chodzą do szkoły.
-
Mogłybyście nie odzywać się do mojej nowej najlepszej przyjaciółki? – spytała
się Telimena.
-
Sorry, nie wiedziałyśmy, że jest ubezwłasnowolniona – prychnęła Zocha.
Dziewczyny
zamilkły ponieważ, żadna nie wiedziała co oznacza słowo „ubezwłasnowolniona”.
Klasa
pierwsza „c” szła posłusznie za wychowawcą. Zocha z Patrycją zachwycały się
głośno poruszającymi się obrazami, ku rozpaczy Telimeny, która twierdziła, że to
objaw choroby umysłowej. Po przejściu niezliczonej ilości schodów i korytarzy, Miłosz
Chmielewski zatrzymał się przed salą numer 121 i wpuścił uczniów. Patrycja
siadła w pierwszej ławce z Zochą, za nimi usadowiła się Amelia i Telimena, zaś
w trzeciej zajęła miejsce Katarzyna z nieznanym im chłopcem. Wychowawca
ogłosił, że najpierw sprawdzi obecność aby zobaczyć kogo ma w klasie. Gdy
doszedł do nazwiska Amelii, uśmiechnął się.
-
Więc to ty jesteś siostrą Angie! - popatrzył się na stojącą w ławce dziewczynkę.
– Zaraz… ciebie wyczytywałem wcześniej!
-
Nie ją, mnie! – zawołała Patrycja i uniosła rękę.
-
Co!? - nauczyciel wyglądał na zbitego z tropu. – Angela mówiła o tylko jednej
siostrze…
-
Ami z Pyśką nie są rodziną sorze! – wyrwała się Zocha.
W
klasie zapanował gwar. Uczniowie z
dalszych ławek wyciągali szyje aby obejrzeć nowe koleżanki.
-
Ja cię kręcę! Ale heca! – stwierdził Miłosz. – Dobra! Spokój dzieciaki,
pogadamy o tym później! Lecimy dalej!
Okazało
się, że do klasy pierwszej „c” uczęszcza piętnaście dziewczyn i szesnastu
chłopaków. Uczniowie wyglądali jak zwyczajni trzynastolatkowie oprócz chłopca
siedzącego z Kasią. Patrycja z Zochą początkowo myślały, że zgubił się czyjś
brat chodzący do podstawówki. Wyglądał jakby miał góra dziesięć lat, był niski
i drobny, pucołowata buzia posiadała niebieskie oczy, różowe usteczka, a nad
nią królowały złote loczki. Niejedna dziewczyna mogłaby pozazdrościć mu urody:
idealnie nadawał się na modela do obrazków słodkich aniołków. Dlatego wielkim
zaskoczeniem było, gdy wstał na dźwięk swojego imienia i nazwiska:
-
Paul von Wentzl!
-
Jestem!
Telimenie
oczy mało nie wyszły z orbit. Odwróciła się do niego błyskawicznie.
-
Jesteś z TYCH von Wentzl? – zapytała podniecona.
-
No chyba z tych, czemu pytasz? – odparł zdziwiony.
-
Od dzisiaj jesteś moim przyjacielem i siedzisz ze mną! – popatrzyła się na
Amelię. – Przykro mi, musisz zrozumieć.
Koleżanka
nic jej nie odpowiedziała. Paul wyglądał jakby mu było wszystko jedno. Patrycja
z Zochą popatrzyły się na Telimenę z politowaniem.
-
No tak, z plebsem to się nie chce siedzieć – mruknęła ta druga.
Miłosz
Chmielewski szybko doszedł do końca listy. Wyciągnął dwie kupki kartek z biurka
i machnąwszy różdżką sprawił, że pofrunęły do uczniów. Okazało się, że są to plany
lekcji. Jednak nie wszyscy je dostali, w ręku mężczyzny zostały trzy arkusze.
-
Jakub Łochocki, Aleksandra Woźnicka i Eleonora Zawadzka! Pooowstaaań! - rzucił komendę.
Trójka
dzieciaków wykonała z lekkim strachem rozkaz, zastanawiając się czego może
chcieć od nich wychowawca.
-
Pochodzicie z mieszanych rodzin, musicie zdecydować czy chcecie chodzić na
mugoloznastwo – czyli naukę o pozamagicznych gościach, czy na magoznastwo –
przedmiot o życiu czarodziejów.
Ulga
całej trójki była namacalna, dziewczyny trochę się wahały, ale w końcu każde z
nich zdecydowało. Patrycja porównała swój plan lekcji z Amelią.
-
Rzeczywiście! Ja mam magoznastwo, a ty mugoloznastwo!
-
No jasne! Przecież jestem z magicznej rodziny.
-
Ciągle o tym zapominam… - jęknęła. – Dziwnie mi z tobą gada, czuję się jakbym
mówiła do lustra – wyznała.
-
Ja to samo! – ucieszyła się Amelia, której kamień spadł z serca po tym
wyznaniu.
-
Żółwik!
-
Eeee… że co?
-
Dziwni ci czarodzieje, nawet żółwika nie znają… - mruknęła Zocha.
-
Mam takie samo zdanie o tobie! – fuknęła Telimena. – A teraz się zamknij bo pan
Chmielewski jeszcze chce coś powiedzieć!
Po ustaleniu przewodniczącego klasy (Telimena od razu się wyrwała ze swoją kandydaturą) oraz zastępcy (zmusiła do tego Paula ponieważ nikt inny się do tego nie kwapił) uczniowie pożegnali się z wychowawcą. Zocha z Patrycją postanowiły odprowadzić Amelię do Sali Kominkowej w północnym skrzydle zamku, ponieważ koleżanka wracała codziennie do domu przy pomocy proszku Fiuu. Początkowe zmieszanie ustąpiło i dziewczyny wesoło rozmawiały przemierzając wewnętrzny dziedziniec.
-
Wcale nie chciałam z nią siedzieć – stwierdziła Amelia. – Trochę mi szkoda
Paula ponieważ Telimena nie wydaje się sympatyczna.
-
Wygląda na to, że leci na tytuły. O co chodzi z tym jego nazwiskiem von
Pretzel? – spytała się Patrycja.
-
Von Wentzl – poprawiła ją Amelia. – Słyszałam, że to bardzo stary ród
pochodzący z Niemiec. Musiałabym się spytać mamy albo babci co o nich wiedzą.
-
Twoja mama naprawdę szyje ubrania dla Telimeny i jej rodziny? – zainteresowała
się Zocha.
Amelia stanęła w miejscu i zachichotała.
-
Jasne, że nie! – wyjaśniła. – Czasem coś projektuje na zamówienie, szyciem zajmują się krawcowe, a wszystkie ciuchy można kupić w jej butiku w Magowie.
-
Muszę przyznać, że Telcia ma zajebiste ciuchy - westchnęła Zocha. – Gdy
wyciągała sukienki z kufra to się śliniłam jak szczeniak na widok kiełbasy. A
te jej wszystkie…
Urwała,
ponieważ zauważyła, że w ich stronę idzie zauważony wcześniej na stołówce,
przystojny licealista. Wiatr trącał delikatnie złote włosy, czerwień szaty
wspaniale współgrała z jego urodą. Postawa chłopaka wskazywała na pewność
siebie i dumę. Zocha z Patrycją, zaróżowione z podniecenia, zaczęły szeptem
zastanawiać się czego może od nich chcieć obiekt ich westchnień. Amelia
popatrzyła się na nie jakby z księżyca spadły.
-
Nie wygłupiajcie się – nieoczekiwanie warknęła na nie.
-
On do nas idzie – pisnęła Patrycja i zaczęła wygładzać nerwowo szatę.
- No jasne, ze idzie! Co miałby innego robić? –
prychnęła Amelia.
-
ZNASZ GO!? – oczy Zochy i Patrycji były wielkie jak spodki.
Amelia
chrząknęła i spojrzała na swoje stopy z miną wyrażającą zakłopotanie.
Wielka Sala wyglądała
tak jakby nigdy nie rozegrała się w niej walka. Cztery długie stoły, każdy dla
innego domu, zajmowały większą część powierzchni. Przy ścianie naprzeciwko
wejścia stały stoły dla nauczycieli i podium dla dyrektora szkoły. McGonagall
wygłosiła długą mowę powitalną na temat tego co przyniesie przyszłość i jakie
zmiany nastąpią po zakończonej wojnie. Hermiona zauważyła, że eliksirów nadal
uczy Horacy Slughorn. Na miejsce zmarłej Aurory Sinistry przybyła czarownica w
średnim wieku, która została przedstawiona uczniom jako Alvina Cyndeheard. Firenzo
został przyjęty z powrotem do stada, co było wyraźnie na rękę Sybilli
Trelawney, która siedziała na swoim miejscu z zadowoloną miną. Nowym nauczycielem
Obrony przed Czarną Magią pozostał Oscar Williamson. Hermiona od razu
rozpoznała w nim aurora, którego często widziała w Ministerstwie Magii.
Mężczyzna mógłby być bratem Lucjusza Malfoya. Obydwaj byli wysocy, mieli
identyczne, długie blond włosy oraz byli podobni z twarzy. Jednak profesor
Williamson sprawiał wrażenie o wiele sympatyczniejszej osoby. Wskazywało na to upodobanie
do czerwonych szat, szeroki uśmiech wysłany w kierunku uczniów i wesołe błyski
w orzechowych oczach.
- Ciekawe czy
klątwa Voldemorta przestała działać i gość przeżyje ten rok? –mruknęła Ginny
pamiętając co mówił na ten temat Harry.
- Skoro zginął
to bardzo możliwe, że przestała. Chociaż nie można mieć stuprocentowej pewności
– odrzekła tonem znawcy Hermiona.
- Mam nadzieję,
że wszystko wróci do normalności – dodał z nadzieją w głosie Neville.
Gdy Ginny z
Hermioną przyszły na peron 9 i ¾ były zdumione widząc Neville’a szykującego się
do wejścia do pociągu. Wyjaśnił im w przedziale, że w ostatnich chwili
postanowili razem z Luną dokończyć szkołę. Niewielu uczniów czystej krwi
zrobiło to samo co oni. Większość uznała, że skoro uczyli się w szkole i mają
małe braki to równie dobrze mogą siedzieć w domu i tam uczyć się do egzaminów.
Sytuacja mugolaków była inna. Nie wolno im było uczęszczać do Hogwartu w tamtym
roku szkolnym więc niejako zostali zmuszeni przez sytuację do powrotu do
szkoły. Tak było, między innymi, z Deanem Thomasem który dziwnie wyglądał bez
towarzystwa Seamusa Finnigana.
Kolejną
niespodzianką dla Hermiony było to, że została z Nevillem prefektami
naczelnymi. Była bardzo dumna z siebie
gdy otrzymała list z Hogwartu, a w niej odznakę. Ron trochę się z niej z tego
powodu nabijał, ale przyznał, że McGonagall nie mogła wybrać nikogo innego.
Jednakże Hermiona zmuszona była zrezygnować z tej funkcji. Oprócz prestiżu i
wielu udogodnień (zwłaszcza jeśli chodzi o korzystanie z luksusowej łazienki)
tytuł ten wiązał się z dodatkową pracą: patrolowaniem nocą korytarzy, omawianiem
bieżących spraw szkoły z profesorami czy pisaniem raportów na temat nałożonych
szlabanów i złego zachowania uczniów. Długo analizowała całą sytuację i
stwierdziła, że tę funkcję może sobie odpuścić. Oprócz owutemów miała na głowie
sprawę Snape’a, co chwilę była wzywana do Ministerstwa Magii jako świadek w
procesach śmierciożerców, zaś ostatnia rozprawa Umbridge została wyznaczona na
29 września. Z bólem serca napisała do
profesora Flitwicka – obecnie zastępcy dyrektora, że bardzo dziękuje, ale jest
zmuszona odstąpić miejsce komu innemu.
Po skończonej
uczcie powitalnej uczniowie ruszyli ku swoim dormitorium. Czekając aż tłum w
drzwiach się przerzedzi, Hermiona pogadała jeszcze chwilę z Luną która podeszłą
do Neville’a aby dać mu buziaka na dobranoc.
- Wiecie kto
jest drugim prefektem naczelnym? – spytała się swoim zwykłym, rozmarzonym
głosem.
- Kto?
- Hanna Abott.
- Uczciwa i
pracowita dziewczyna – stwierdził Neville.
- Zawsze miała
dobre stopnie – dodała Hermiona przesuwając się bliżej drzwi.
- Nudna jak flaki
z olejem – dogryzła jej ze złośliwym uśmiechem Ginny.
- Coś w tym
jest… ale nawet nudni ludzie mogą nas zaskoczyć – oznajmiła Luna gdy wyszli z
Wielkiej Sali. – Do zobaczenia! – krzyknęła i zniknęła w bocznym korytarzu.
- Uwielbiam ją –
powiedział rozkochanym tonem Neville.
Następnego ranka
Hermiona z Ginny wstały wcześnie. Napisały wspólnie list do Rona i Harry’ego, a
następnie puściły sowę. W dobrych humorach, plotkując i śmiejąc się, zeszły na
śniadanie. Tam zauważyły przybitego Neville’a, który siedział z pochmurnym
wyrazem twarzy i dziobał ze złością jajecznicę z bekonem.
- Co się stało?
– spytała się Ginny.
- To
niesprawiedliwe.
- Co?
- Że musimy
siedzieć przy swoich stołach.
Patrzył się na
Lunę, która spokojnie smarowała grzanki masłem. Jako pogodna i bezstresowa
osoba nie miała takich problemów jak jej chłopak. Ginny popatrzyła się na
Neville’a ze zdziwieniem.
- Przecież
możesz czasem do niej pójść.
- Czasem! Ja
chcę ciągle z nią siedzieć!
- Rzeczywiście
to trochę bez sensu – mruknęła Hermiona ogarniając wzrokiem uczniów jedzących
śniadanie.
- A ja wiem co
zrobić! – stwierdziła Ginny. – Bierzcie swoje talerze! Przesiadamy się, czas na
małą rewolucję!
Neville’owi nie
trzeba było dwa razy powtarzać. Wziął swój talerz i ruszył z dziewczynami w
stronę Luny.
- Robicie
reorganizację? – spytała się z uśmiechem gdy usiedli koło niej. – Super!
- A tak! –
odparła wesoło Ginny. – Stara gwardia powinna trzymać się razem.
Na te słowa Luna
podskoczyła i stanęła na ławie. Przyłożyła dłonie do ust i krzyknęła:
- Gwardia
Dumbledore’a siedzi razem!
Na chwilę w
Wielkiej Sali zrobiło się zupełnie cicho. Każdy uczeń oderwał się od swojego
talerza i patrzył się na nią. Nauczyciele zastygli w bezruchu, większość z nich
miała minę jakby pomyśleli, że dziewczyna zwariowała. Ciszę przerwał Dean
Thomas, który jako pierwszy wstał ze swoim talerzem i dosiadł się do stołu
Krukonów. Zaraz za nim zrobił to samo Denis Creevey. Wielka Sala wypełniła się podnieconymi
szeptami i odgłosami przesiadających się uczniów. Gdy do Gwardii Dumbledore’a
dołączyli jeszcze Justyn Finch-Fletchley, Ernie McMillan i Hanna Abott podeszła
do nich Minerwa McGonagall.
- Możecie mi
powiedzieć o co w tym wszystkim chodzi? – zapytała z marsową miną. – Czemu
burzycie ponad tysiącletnią tradycję?
- Reagujemy na
pani wczorajszą przemowę pani dyrektor – odpowiedziała Luna z powagą.
- Tak, to jest
jedna z tych rzeczy, które trzeba koniecznie zmienić! – poparła ją Ginny.
- Może gdyby
każdy siedział gdzie chce, domy byłyby mniej podzielone… mam na myśli zwłaszcza
Slytherin – dodała Hermiona patrząc się w stronę stołu pod ścianą.
Minerwę
McGonagall na moment zatkało, było widać że jest kompletnie zaskoczona. Gwardia
z niecierpliwością czekała na to co dyrektorka powie na ich argumenty. Reszta
uczniów spoglądała na tę scenę z wielkim zainteresowaniem.
- Słuchajcie! –
zagrzmiała po dłuższej chwili. – Od dzisiaj… możecie siadać gdzie chcecie!
Po tym zdaniu
zapanował jeden wielki krzyk. Gwardia Dumbledore’a wstała i zaczęła wiwatować.
Reszta uczniów, w zdecydowanej większości, popierała ten pomysł i zaczęła się
przesiadać.
- CISZA! –
dyrektorka musiała użyć zaklęcia aby przekrzyczeć wrzawę. – Ale to dotyczy
tylko zwykłych dni! W święta i w wyjątkowych okolicznościach widzę każdego
ucznia przy swoim stole!
Hermiona
wyszczerzyła zęby do Ginny, a ta odwzajemniła uśmiech. Rewolucja się udała, a
one wiedziały, że po lekcjach wyślą drugą sowę do swoich chłopaków.
***
Po pierwszych
dwóch tygodniach nauki Hermiona stwierdziła, że jest w swoim żywiole. Tęskniła
za tymi grubymi murami mimo, że były świadkami okropnej bitwy. Brakowało jej
mundurka szkolnego dzięki któremu nigdy nie traciła czasu na zastanawianie jak
się ubrać. W przeciwieństwie do większości uczniów lubiła pisać długie
wypracowania i czytać w bibliotece opasłe księgi. Obecność Ginny w dormitorium
bardzo jej odpowiadała. Tyle razy mieszkały razem w czasie wakacji, że czuły
się doskonale w swoim towarzystwie. W poprzednich latach Lavender i Parvati nie
raz zaszły jej za skórę, gdy chciała się uczyć, a one szczebiotały o chłopakach
lub ciuchach.
Nauki w
ostatniej klasie było bardzo dużo. Wszyscy nauczyciele ostrzegali, że czeka ich
ciężka harówka. Hermiona była spokojna o to, że zda. Wiedziała, że będzie mocno
zajęta dlatego zaczęła się uczyć już w czerwcu. Nie wiedziała tylko czy uda się
jej zdobyć najwyższe stopnie. Bardzo tego pragnęła, ale miała na głowie
zobowiązania. Postanowiła nie brać na siebie już niczego więcej, nawet jeśli
całe Ministerstwo z Harrym na czele będzie błagać ją na kolanach.
Jedynym wyjątkiem wśród nauczycieli był Horacy Slughorn. Zamiast straszyć klasę zbliżającymi się egzaminami powiedział, że wierzy w swoich uczniów. Argumentował to tym, że większość dostała ocenę „wybitny” z SUMów więc są na tyle inteligentni aby samemu zdobywać wiedzę. On jest tylko od tego aby dawać wskazówki i pomagać w razie potrzeby. Dlatego przydzielał uczniom zadania do zrobienia na lekcji, a sam podchodził do wybranych osób i starał się ich zagadywać na temat co słychać u Harry’ego i innych wybitnych, według niego, byłych uczniów Hogwartu. W poniedziałek stanął przy kociołkach Hermiony i Ginny aby oświadczyć im, że mają się pojawić na pierwszym spotkaniu Klubu Ślimaka, które odbędzie się w sobotę.
- Nie ma
możliwości abym przyszła – oświadczyła Hermiona gdy wyszły z lochów. – Nie mam
czasu na pogaduszki nad rosołkiem i kandyzowanymi ananasami.
- Zaprosił także
Lunę i kazał jej przyjść z Nevillem, może być fajnie.
- Myślałam, że
pójdziemy wtedy do Hogsmeade na szybkie piwo kremowe. Chciałam zaprosić Harry’ego
i Rona…
- Pierwsze
wyjście do Hogsmeade jest dopiero w październiku – powiedziała Ginny wzdychając
ciężko.
- Skąd wiesz?
- Od McGonagall,
powiedziała na spotkaniu prefektów.
- Czasem żałuję,
że z tego zrezygnowałam… – westchnęła Hermiona z żalem.
- A ja zaczynam
żałować że zostałam prefektem i kapitanem drużyny jednocześnie ponieważ nie mam
na nic czasu. Ciągle mnie wszyscy męczą o miejsce w zespole - jęknęła Ginny. –
Nie mogę się skupić na nauce, a testy nowych członków długo trwają.
Większość uczniów
z niecierpliwością czekało na wybory drużyn, a później na rozgrywki pomiędzy
domami. Ginny miała zamiar przeegzaminować sporą ilość koleżanek i kolegów z
Gryffindoru. Ze starego składu został Richie Coote z szóstego roku oraz Jimmy
Peakes z piątego, którzy byli pałkarzami oraz o rok młodsza od Ginny Demelza
Robins, która grała na pozycji ścigającego. Pierwszym problemem, przed którym
stanęła nowa kapitan było to, że do zespołu kandydował Dean Thomas. Był już
ścigającym w drużynie i dobrze się sprawował, jednakże jako były chłopak Ginny
mógł być słabym ogniwem w czasie gry. Oprócz umiejętności sportowych, zespół
musiał się dobrze dogadywać. Wszelkie spory nie były dobrze widziane ponieważ
mogłyby doprowadzić do przegranej (na przykład jak wtedy gdy Cormac McLaggen
uderzył Harry’ego pałką). Ginny nie była pewna czy ich wspólna przeszłość nie
odbije się na jakości gry. Z drugiej strony jak na razie był najlepszym
kandydatem. Razem z Demelzą dały mu niezły wycisk na boisku i nie tylko
wytrzymał jako jeden z nielicznych, ale i świetnie z nimi współpracował.
- Nadal nie wiem
co zrobić z Deanem Thomasem – powiedziała strapiona do Hermiony.
- Może
porozmawiaj z nim o tej sytuacji w cztery oczy.
- Chyba będę
musiała…
- Nie wygląda
jakby był nadal zły na ciebie – stwierdziła Hermiona.
- Mam taką
nadzieję – mruknęła Ginny. – Jak skończę testy na pozycję obrońcy i szukającego
to zajmę się nim.
- A ja pójdę
dzisiaj po lekcjach do profesor McGonagall i poproszę o pozwolenie na pójście
do Hogsmeade w sobotę.
- Nie uważasz,
że to trochę irytujące, że jesteśmy pełnoletnie a potrzebujemy pozwolenia?
- Takie są
zasady tej szkoły i ja je akceptuję.
- No tak…
wiedziałam, że tak powiesz.
- Jeśli się
zgodzi napiszę do Harry’ego i Rona czy będą mieli czas wpaść na małe piwko
kremowe.
- Och! Mam
nadzieję, że ci się uda! – pisnęła z nadzieją w głosie Ginny.
***
Z oddali
dobiegała muzyka. Ginny z Hermioną zbliżały się szybkim krokiem do jej źródła,
którym był gabinet profesora Slughorna. Były mocno spóźnione, ale zatrzymały się
przed drzwiami aby chwilę odsapnąć.
- Mówiłam ci, że
nie mam ochoty na tę imprezę – warknęła Hermiona.
- A ja ci
mówiłam, że masz przyjść bo za dużo siedzisz w książkach i musisz się trochę
wyluzować – wydyszała Ginny.
Profesor
McGonagall udzieliła pozwolenia na wyjście do Hogsmeade dla dziewczyn. Hermiona
od razu pobiegła wysłać sowy do Harry’ego i Rona. Zadowolona z siebie otworzyła
wiadomości zwrotne podczas śniadania. Wtedy mina jej zrzedła ponieważ okazało
się, że Harry ma w sobotę służbę w Ministerstwie Magii i nie może wziąć wolnego
ponieważ tak podpadł Robardsowi obroną Snape’a, że ten zgrzyta zębami na jego
widok. Ron zaś musiał pracować w sklepie ponieważ George rozchorował się i nie
był w stanie wyjść z łóżka. Ginny pocieszała ją tym, że mogą iść na spotkanie
Klubu Ślimaka, ale Hermiona nie chciała o tym słyszeć. Zakopała się w książkach
i nic nie było w stanie jej od nich oderwać. Gdy Ginny wracała wieczorem z
testów do drużyny Quidditcha lub spotkań prefektów, Hermiona albo się uczyła
albo szukała kolejnych artykułów przydatnych do obrony Snape’a. W sobotę od
wczesnego rana robiła to samo. Wtedy Ginny nie wytrzymała i zmusiła Hermionę do
uczesania się, pomalowania i wciśnięcia w sukienkę. Następnie zaciągnęła ją
przed gabinet profesora.
- Właź i nie
marudź! – powiedziała i wepchnęła ją przez drzwi.
- WSZYSTKIEGO
NAJLEPSZEGO! – zagrzmiał chór głosów i zaskoczona Hermiona została obsypana
konfetti.
- Co wy tu
robicie? – spytała się Rona i Harry’ego, którzy stali i szczerzyli się do niej.
- Panno Granger,
w imieniu swoim i wszystkich zebranych tu osób chciałbym życzyć ci wszystkiego
najlepszego z okazji twoich dziewiętnastych urodzin – powiedział oficjalnym
tonem Horacy Slughorn i podał jej ramię.
- Och! Dziękuję
– wydyszała i złapała jego ramię.
Dopiero wtedy
zauważyła wielki transparent na ścianie z napisem „Wesołych urodzin”. Pod nim
stał stół gdzie były ułożone potrawy w formie szwedzkiego stołu, a w samym
centrum pysznił się trzypiętrowy tort. Patrząc na jego wykonanie Hermiona była
pewna, że jest to dzieło pani Weasley. Slughorn jednym machnięciem różdżki
zapalił na nim świeczki.
- Dmuchaj
dziewczyno! I niech się spełnią wszystkie twoje marzenia! – powiedział
uroczystym tonem.
Gdy to zrobiła
rozległa się burza oklasków po czym zebrani rzucili się aby złożyć jej życzenia
i dać prezent. Ron jako pierwszy do niej podskoczył i złożył na jej ustach
długi pocałunek, a następnie pomagał w układaniu kolejnych paczek, które miały
zostać przetransportowane do dormitorium Gryffindoru przez skrzaty domowe. Harry
i Ginny podeszli jako jedni z ostatnich gości.
- Dobra! Mów jak
to zorganizowałaś!
- A skąd wiesz,
że to ja? – spytała się Ginny z miną niewiniątka.
- Ponieważ powiedziałaś
mi we wtorek, że idziesz na spotkanie prefektów, a Neville o nim nie wiedział, gdy spotkałam go w pokoju wspólnym. Myślałam, że po prostu zapomniał, ale teraz
sądzę, że poszłaś do profesora Slughorna aby uknuć z nim spisek.
- Masz rację, to
mój pomysł. Byłaś zdołowana, że nie możesz się spotkać z Ronem więc
postanowiłam działać. Poszłam do profesora aby przekonać go do zrobienia ci
przyjęcia – niespodzianki. Wtedy zagadnęłam go czy przypadkiem nie zna Gawaina
Robardsa. Okazało się, że był jednym z jego ulubieńców. Obiecał mi napisać do
niego aby zwolnił Harry’ego z obowiązków…
- … które mam
odpracować w niedzielę i przy okazji wyczyścić toalety – mruknął Harry.
- Potem
przekonałam Billa aby zajął miejsce Rona w sklepie. Pomyślałam, że skoro w
pracy ciągle widzi jak przelicza się pieniądze to w sprzedaży sobie poradzi…
- … a jak nie to
George przekręci mnie na lewą stronę – dodał Ron.
- Następnie
poinformowałam wszystkich zaproszonych aby mieli czas kupić ci prezenty – Ginny
uśmiechnęła się promiennie do Hermiony. – Genialna jestem, nie?
- Przepraszam,
ale jeszcze ja mam coś dla panny Granger – dziewczyny usłyszały męski głos.
Gawain Robards
stał obok nich z maleńką paczuszką w ręce, która widocznie była prezentem
urodzinowym. Wręczył go z miną jakby chciał być w tym momencie gdzie indziej, a
podczas składania życzeń patrzył się lekceważąco na Hermionę. Na koniec
uścisnął mocno jej dłoń i gdy pomyślała, że już skończył się produkować, pochylił
się do niej i spytał szeptem:
- Dlaczego taka
mądra i ładna dziewczyna chce bronić takiego karalucha, który nie jest godzien
całować śladów jej stóp?
Hermionę
zatkało. Takiego pytania zupełnie się nie spodziewała. Gawain Robards nadal
trzymał w żelaznym uścisku jej rękę i patrzył się natarczywie w oczy oczekując
w odpowiedzi.
- Ponieważ mam
taką zachciankę panie Robards…
- Mam nadzieję,
że jesteś przygotowana na wojnę panno Granger.
- Od kilku
miesięcy zbieram oddziały i szkolę je do bitwy – rzekła Hermiona siląc się na
żartobliwy ton i marząc by puścił jej dłoń.
Brwi mężczyzny
poszybowały w górę: teraz ona go zaskoczyła. Szybko się opanował i rzucił przez
ramię odchodząc w stronę Slughorna, że Hermiona pewnie przegra tę sprawę mając
takie lekceważące podejście do tematu. Stała w bezruchu przez chwilę wpatrując
się w oddalającego się mężczyznę gdy podszedł Ron, przytulił ją i wyszeptał do
jej ucha:
- Olej tego dupka.
- O nie, tego na pewno nie zrobię – warknęła. – Robards to poważny przeciwnik. Chce wojny to będzie miał wojnę. Wybronię Severusa Snape’a nawet gdybym musiała samodzielnie umyć mu włosy bez użycia rękawiczek!