poniedziałek, 16 stycznia 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 49 – Żenujący dowcip Dundy’ego


Kingsley Shacklebolt był zadowolony z wyniku posiedzenia rady. Projekt budowy oddziału Świętego Munga w Hogsmeade został przegłosowany prawie jednogłośnie, a to oznaczało, że nie musiał się użerać z przekonywaniem niektórych czarodziejów i czarownic do swojego pomysłu. Percy podążający za nim także miał dobry humor. Nie musiał modyfikować planów, co oznaczało kupę roboty. Wszystko szło gładko i tak jak powinno.
- Czemu masz taką dziwną minę? – Minister Magii zadał pytanie sekretarce, gdy wszedł do biura.

Dziewczyna wyglądała jakby zaraz miała się rozpłakać. Pociągnęła znacząco nosem i wskazała podbródkiem na mężczyznę w czerni, który stał po drugiej stronie pokoju. Kingsleya od razu naszła refleksja, że przybycie Severusa Snape’a sprawia, że atmosfera się zagęszcza i robi się taka jakaś bardziej złowieszcza. Możliwe, że spowodowane to było kombinacją nietoperzowego stylu oraz odpychającego wyrazu twarzy.
- Muszę z tobą porozmawiać – rzekł były mistrz eliksirów, a ton jego wypowiedzi wskazywał, że jest mocno zniecierpliwiony.

Czarnoskóry czarodziej westchnął widząc nieme błaganie w oczach sekretarki, które wyraźnie mówiło „niech on sobie stąd pójdzie”. Widocznie Snape wystarczająco uprzykrzył życie Daisy, w czasie kiedy odbywało się posiedzenie rady. W krótkim czasie dziewczyna zaczęła przypominać cień samej siebie.
- Masz szczęście, akurat mam wolną godzinę – oznajmił Kingsley. – Następnym razem jeśli chcesz się ze mną spotkać to się umów, a nie wyżywasz się na Daisy – oświadczył stanowczo.
- Ja tylko powiedziałem jej, co myślę o malowaniu paznokci w pracy.

Na te słowa Percy zrobił minę, która wskazywała, że ma podobne zdanie na ten temat. Kingsley obdarzył go karcącym spojrzeniem i kazał zająć się zaległą robotą.
- Wszystko zrobiłem! – rudzielec dumnie wypiął pierś. – Nie mam niczego do nadrobienia!
- To znajdź sobie jakieś zajęcie do czasu, aż nie skończę z Severusem – Minister Magii odparł zniecierpliwionym tonem.
Percy uśmiechnął się od ucha do ucha i prawie wybiegł z biura. Kingsley był pewien, że poleciał motywować innych do pracy, czyli zrzędzić urzędnikom, że za mało przykładają się do swoich obowiązków. Był to denerwujący zwyczaj, ale dopóki nie przesadzał to nie można było się do niczego przyczepić.
- Czego chcesz? – padło pytanie, gdy dwaj mężczyźni znaleźli się w gabinecie.
- Chcę znaleźć Sarę Jones – wyjaśnił Severus.
- Złożyła wypowiedzenie pod koniec stycznia, tylko tyle wiem – Kingsley dał odpowiedź. – Zatrudniłem nowego psychologa na jej miejsce. Jeśli masz jakieś problemy to możesz się do niego zgłosić.
- Nie. Muszę odnaleźć Sarę. Wyprowadziła się ze swojego mieszkania i schowała się gdzieś, ponieważ ma kłopoty.
- Naprawdę? Skąd wiesz?

Słowa Severusa zainteresowały czarnoskórego czarodzieja. Minęło sporo czasu odkąd rozwiązywał sprawy kryminalne. Czasem tęsknił za życiem aurora. Pamiętał ten dreszczyk emocji, który mu towarzyszył, gdy dowiadywał się o nowym zadaniu. Wspominał podniecenie przed walką z czarnoksiężnikami. Uprawianie polityki nie sprawiało mu takiej przyjemności.
- Myślałem, że coś słyszałeś - odparł Snape rozczarowanym tonem i zrobił ruch jakby chciał pójść w stronę drzwi.
- Zaraz, zaraz! – Kingsley go zatrzymał. – Może Gawain wie coś więcej na ten temat…
- Nie mam ochoty się z nim widzieć! – warknął były więzień.
- W takim razie powiedz skąd wiesz, że ona może mieć kłopoty, a ja uruchomię śledztwo. Dobrze by było, gdybyś miał jakiś dowód.

Severus popatrzył się na Ministra Magii nieufnie. Widać było, że myśli co uczynić. Po chwili skrzywił się jakby zjadł cytrynę.
- Powiem ci wszystko jeśli przysięgniesz, że nie powiesz nikomu skąd to wiesz – oznajmił poważnym tonem.
- To jak mam ją odszukać, skoro nie będę mógł dać wskazówek ekipie śledczej?
- Hmm, zastanówmy się… - Severus udał zadumę – jesteś najważniejszą osobą w magicznym społeczeństwie… masz na każde skinienie aurorów… mnóstwo urzędników, a każdy może coś wiedzieć…
- Dobra, daruj sobie! – warknął Kingsley. – Przysięgam!
Snape sięgnął za pazuchę płaszcza i wyciągnął z niego złożony kawałek papieru. Rozprostował go i podał byłemu członkowi Zakonu Feniksa. Kingsley od razu pogrążył się w lekturze.
- Czy wy mieliście romans!? – zagrzmiał, a ton jego głosu zdradził oburzenie. – Nie mów, że zaczęliście jeszcze w Azkabanie!
- Tak wyszło – powiedział Severus z lekkim uśmiechem. – Byliśmy ze sobą przez półtora roku.

Kingsley jeszcze raz przeczytał list. Nawet jeden mięsień twarzy mu nie drgnął, chociaż wewnętrznie kipiał ze złości. Tego się po Sarze nie spodziewał. To było jawne pogwałcenie etyki pracy. Jak ona śmiała? Poczuł, że nie ma najmniejszej ochoty pomagać Severusowi, ani nie chce wiedzieć co się stało z Sarą. Ani jedno, ani drugie nie było tego warte.
- Nie pomogę ci. Musisz sam ją znaleźć – oznajmił chłodno. – Nie mogę wysyłać aurorów w teren z takiego powodu. Moim priorytetem są czarodzieje, a nie mugolki.
- Nie obchodzi cię jej los!?
- Obchodzi. Jednak wiesz, że dla mnie nasze społeczeństwo jest ważniejsze. Wyślij jej sowę, jeśli nie jest w miejscu, które ma na sobie zaklęcie maskujące, to ptak ją odnajdzie – wyjaśnił Kingsley siląc się na spokój. - Zrób to co napisała w liście, czyli znajdź pracę i czekaj na wiadomość. Do kwietnia zostało półtora miesiąca, jeśli się nie odezwie to skontaktuj się z mugolską policją - poradził.
- A niech cię avada trafi! – krzyknął rozzłoszczony Severus i wyszedł z komnaty, powiewając swoją czarną peleryną.

Minister Magii nie przejął się jego wybuchem złości. Skrzyżował wzrok z Daisy.
- Gawain ma być w moim gabinecie za pięć minut! – oznajmił donośnym głosem.
Sekretarka od razu zrozumiała, że jej szef nie żartuje i rzuciła się do pisania wiadomości. Zrobiła w niej dwa kleksy, ale nie przejęła się tym. Chciała jak najszybciej puścić samolocik do biura aurorów. Po tym jak to zrobiła, Gawain Robards przybył w przeciągu dwóch minut. Bez pukania wszedł do gabinetu Kingsleya i wysłuchał co ten ma do powiedzenia.
- Dobrze zrobiłeś – poparł jego decyzję. – Nie ma sensu pomagać Snape’owi.
- Ale ona może mieć naprawdę kłopoty – Kingsley zrobił zatroskaną minę. – Zdenerwowałem się i działałem impulsywnie. Widocznie mój instynkt aurora przytępił się.
- Sara napisała w liście, że go kocha?
- Nie. Wysyłała buziaki i stwierdziła, że gdy Severus załatwi jej kasę to wtedy z nim pojedzie gdzie on chce.

Twarz Gawaina rozjaśniła się, a na ustach pojawił się wredny uśmieszek.
- To proste – oznajmił tonem, który wyrażał pewność siebie. – Snape zakochał się w niej, a ta nie wiedziała jak z tego wybrnąć. W Azkabanie trzymała go na dystans, karmiąc złudzeniami, że z nim będzie, ale gdy wyszedł na wolność to zaczęła mieć problem. Z tego powodu wymyśliła bajeczkę o długach i uciekła. Sądzę, że nic jej nie jest.
- Severus nie jest osobą, którą da się łatwo wodzić za nos – stwierdził Kingsley. – Sądzę, że mógł mówić prawdę.
- Chyba nie myślisz, że jakakolwiek kobieta poleciałaby na tego zafajdanego nietoperza – Gawain pozwolił sobie na złośliwość. – Specjalnie kazała mu znaleźć pracę, aby czymś go zająć. Przecież wtedy nie może jej szukać, prawda?
- Coś w tym jest… – czarnoskóry czarodziej zgodził się z wahaniem. – Czyli jesteś pewny, że nie ma co wysyłać kogoś, aby się tym zajął?
- Mam stuprocentową pewność. Jak znowu tu przyjdzie Snape to przyślij go do mnie!

Uspokojony Kingsley usiadł za biurkiem i odetchnął. Podziękował Gawainowi i odesłał go do przerwanych obowiązków. Wprawdzie nie był do końca pewien, czy robi dobrze, ale wiedział, że ten list powinien trafić do mugolskiej policji, a nie do niego. Widocznie Sara była sprytną kobietą i postanowiła w ten sposób spławić niechcianego adoratora.

***

Zdenerwowany Severus wypadł z gabinetu Kingsleya jak burza i teleportował się na ulicę Pokątną. Zasłonięty szczelnie kapturem, ledwo widząc gdzie idzie, dotarł do Centrum Handlowego Eeylopa. Nigdy nie posiadał sowy i nie czuł potrzeby, aby ją mieć. Teraz jednak sytuacja uległa zmianie. Nieprzyjazne i pogardliwe spojrzenia czarownic oraz czarodziejów, których doświadczył po wyjściu z Azkabanu utwierdziło go w przekonaniu, że nie powinien za często pokazywać się publicznie. Dlatego nie chciał korzystać z sowiej poczty. Wolał mieć jednego ptaka na własność.

Przejrzawszy dokładnie ofertę, na którą składały się płomykówki, brązowe i śnieżne sowy, włochatki oraz syczonie, wybrał samca tego ostatniego gatunku. Ptak był szaro – brązowy i patrzył ufnie na Severusa swoimi wielkimi, złotymi oczami. Czarodziej w czasie drogi do domu wybrał dla niego imię Felix, ponieważ nawiązywało do nazwy eliksiru szczęścia. Miał nadzieję, że dzięki temu sprawy przyjmą korzystny obrót.

List do Sary był krótki i treściwy. Mimo, że Severus miał ochotę wygarnąć co o niej myśli za zatajenie prawdy, to nie zrobił tego. Nie chciał przeciągnąć struny. Zależało mu na niej pomimo braku miłości pomiędzy nimi. W świecie czarodziejów nie jedna para żeniła się z rozsądku. Severus nawet pomyślał o takiej opcji. W końcu byli przyjaciółmi i kochankami. Nic nie stało im na przeszkodzie. Z tego powodu zapewnił Sarę w liście, że pomoże jej się ukryć. Przypomniał, że jest czarodziejem, który nieźle zna się na magii. Zamienienie jej wrogów w żaby nie było problemem.

Felix był dobrze wytresowaną sową. Grzecznie wystawił nóżkę i pozwolił sobie przywiązać wiadomość. Zahukał cicho, na znak, że rozumie powagę zadania i wyleciał przez otwarte okno. Snape śledził jego lot do czasu, aż ptak zniknął mu z oczu. Dopiero wtedy podszedł do kominka, wrzucił do niego proszek Fiuu i wyruszył do Hogwartu.
- Severus! – zdumiony okrzyk Minerwy McGonagall zabrzmiał w gabinecie dyrektora.
Siedziała za biurkiem i pisała coś na pergaminie. W wyniku zaskoczenia jej dłoń trzymająca pióro zatrzymała się w powietrzu, a atrament zaczął kapać z jego końca. Postacie z obrazów zaczęły szeptać gorączkowo i przez to w pomieszczeniu zrobiło się głośno.
- Chciałem… - zaczął mówić Severus, gdy zbliżył się do byłej nauczycielki transmutacji.
- Moja odpowiedź brzmi nie – przerwała mu błyskawicznie.
- Nawet nie wiesz czego chcę!
- Szukasz pracy – odparła poważnym tonem. – Horacy stwierdził, że nudziło mu się na emeryturze i dlatego zostanie mistrzem eliksirów aż do śmierci. Chyba chce iść w ślady Binnsa…
- A obrona przed czarną magią? – spytał Severus z nadzieją w głosie.

Minerwa obdarzyła go przeszywającym spojrzeniem i pokręciła przecząco głową. Gwar dochodzący z obrazów nawet na chwilę nie ucichł.
- Klątwa Voldemorta przestała działać, dlatego  Oscar Williamson ciągle piastuje to stanowisko.
- Nic dla mnie nie masz? Może mógłbym…
- Nie – oznajmiła twardo Minerwa. – Nawet gdybym chciała to nie mogę cię przyjąć. Rada nadzorcza zjadłaby mnie żywcem. Musisz zrozumieć moją sytuację, przykro mi – dodała ze skruchą.
- Rozumiem – odparł Severus lodowatym tonem. – Ktoś taki jak ja nigdy nie będzie mile widziany. Dzięki mnie Potter pokonał Voldemorta, ale wszyscy mają to w dupie – stwierdził rozżalonym tonem.

Minerwa nic nie odpowiedziała. Snape wiedział, że go nie lubi. Żaden z nauczycieli Hogwartu nigdy go nie lubił. Nawet Albus przekonał się do niego po dłuższym czasie. Uczniowie w zdecydowanej większości go nienawidzili, nawet ci, którzy byli przydzieleni do jego domu. Było parę wyjątków, ale cóż… były to wyjątki.
- Czemu nie zajmiesz się produkcją eliksirów na zamówienie? – dobiegł głos ze ściany. – Jesteś w tym naprawdę dobry.
- Jeszcze ktoś pomyśli, że go otruję – powiedział Severus do portretu Albusa. – Przecież jestem mordercą, zapomniałeś kto cię zabił? – zakpił.
- Przecież nie muszą wiedzieć, że ty to ty – dodała Minerwa z niesmakiem. – Daj ogłoszenie do Proroka, nie podając swojego imienia i nazwiska. Na pewno ktoś zaryzykuje i coś od ciebie zamówi. Jeśli eliksir będzie dobry, to zacznie cię polecać znajomym i wtedy rozkręcisz biznes.

Severus miał ochotę zwyzywać siebie samego. Że też nie pomyślał o czymś tak oczywistym! To jeden z takich planów, który jest genialny w swojej prostocie. Dzięki temu będzie mógł siedzieć w domu i czekać na wiadomość od Sary. Nikt nie będzie go niepokoił oraz nie będzie musiał chodzić do pracy, aby użerać się z ludźmi, którzy go nienawidzą.
- Tak zrobię – oświadczył i kiwnął głową w stronę Minerwy, co miało oznaczać uznanie. – Mogę pożyczyć szkolną sowę?
- Możesz – zgodziła się dyrektorka. – A! I jeszcze jedno… - zwróciła się do wychodzącego Severusa.
- Tak?
- Następnym razem przybądź do Hogwartu inną drogą. Wolę zapowiedzianych gości.
Snape zrobił nieokreślony gest ręką, który równie dobrze mógł oznaczać „dobrze”, jak i „mam to gdzieś”. Jego głowę zaprzątała teraz myśl jak sformułować ogłoszenie, tak aby czarodzieje zaufali anonimowemu wytwórcy eliksirów, ale nie powiązali go z jego osobą.

***

- Słyszałeś ten nowy dowcip z kaczuszką i skunksikiem?
- Czy jeśli się zgodzę abyś go opowiedział to wyjdziesz stąd i dasz mi święty spokój?
Usta Dundy’ego rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Severus był bliski użycia różdżki na byłym współlokatorze, ale nawet nie wyciągnął jej z kieszeni. Sam nie wiedział czemu się przed tym powstrzymał. Kiedyś wywaliłby Dundy’ego na zbity pysk i nie czułby nawet odrobiny wyrzutów sumienia. Teraz coś go blokowało. Widocznie przeszedł w Azkabanie takie pranie mózgu, że się zmienił. Albo, co bardziej prawdopodobne, podświadomie bał się, że w jakiś pokrętny sposób Robards wsadzi go tam ponownie pod byle jakim pretekstem. Na przykład za to, że trochę sponiewierał Dundy’ego podczas wyrzucania ze swojego domu.

Ogłoszenie w Proroku Codziennym zdało egzamin. Kilka osób zamówiło niezbyt skomplikowane, a zarazem niedrogie, eliksiry. To ucieszyło Severusa i od razu zajął się pracą. Jednocześnie sprawy nie szły tak dobrze jakby tego sobie życzył. Niektórzy domyślili się kto stoi za ogłoszeniem i przysłały sowy z radami, które miały go zachęcić do usunięcia swojej osoby ze świata żywych. Nie zrobiło to zbytniego wrażenia na twórcy eliksirów. Odpisywał krótko, że to pomyłka, mając nadzieję, że twórcy listów nie zorientują się, że to kłamstwo. Nie chciał mieć na głowie niezapowiedzianych gości.

W ciągu półtora miesiąca wolności Severusa, tylko jedna osoba odwiedziła dom przy Spinner’s End i ku niezbyt dużemu zaskoczeniu gospodarza był to Dundy. Pojawił się z butelką wina i oświadczył, mrugając zawadiacko jednym okiem, że muszą koniecznie pogadać o życiu i śmierci. Okazało się, że szukanie adresu Snape’a powierzył swojej żonie, która pracowała w sieci Fiuu. Ta nie miała najmniejszego problemu ze znalezieniem odpowiednich informacji, mimo że były zastrzeżone przez właściciela kominka zaraz po wyjściu z Azkabanu. Na Spinner’s End można było dostać się tylko wybranym osobom. Pozostali musieli teleportować się w pobliżu i zapukać do drzwi. Właśnie w ten sposób Amerykanin pojawił się u Severusa późnym wieczorem. Siedząc w salonie i słuchając głupot wygadywanych przez gościa, były mistrz eliksirów stwierdził, że brakowało mu tego. 

Odkrycie było tak szokujące, że trzymany przez niego kielich z winem prawie poszybował na spotkanie z dywanem. Tego się po sobie kompletnie nie spodziewał! Zawsze uważał, że jest całkowicie samowystarczalny i nie potrzebuje nikogo, a tu nagle okazuje się, że bez kontaktu z drugim człowiekiem zaczyna czuć się źle. Severus spojrzał na Dundy’ego. Czarodziej tak był zajęty gadaniem, że kompletnie nie zauważył zmiany na twarzy osoby, którą uważał za przyjaciela. Ich związek opierał się na olewaniu siebie nawzajem. Amerykanin musiał się komuś wygadać, a Severus potrzebował, aby ktoś wyraził chęć przebywania w jego towarzystwie. Nie potrzebowali robić czegoś razem, woleli być obok siebie.
– Czasem ciebie kompletnie nie rozumiem. Co jest fajnego w samotności? Przecież lepiej się wygadać niż trzymać wszystko na wątrobie. Nie wiesz, że to jest niezdrowe? – Dundy zasypywał Severusa pytaniami.
- Opowiedz ten dowcip i spadaj - gospodarz wycedził powoli przez zęby.

Wiedział, że brakowało mu kontaktu z drugim człowiekiem, ale uznał, że co za dużo to nie zdrowo. Paplanina Amerykanina mogła zmęczyć nawet świętego. Severus nie mógł pochwalić się sporą cierpliwością. Dlatego bez ogródek dał znać, że chciałby zostać sam.
- No dobrze! – zgodził się Dundy i wyprostował się jak struna. – Widzę, że nie jesteś w humorze.
- Niesamowite. Ty w końcu coś załapałeś! – padła kąśliwa uwaga.
- Widzisz? – twarz Dundy’ego rozpromieniła się jeszcze bardziej. – Jestem bardzo bystry!
- Jak woda w klozecie – Severus zakpił w myślach.
- Yhm, yhm – zakasłał Amerykanin, szykując się do opowiedzenia dowcipu. – Szedł sobie skunksik przez leśną polanę, gdy nagle usłyszał płacz. Wszedł w krzaki i zobaczył małą kaczuszkę, której łzy skapywały z dzióbka – wszystko to mówił wyjątkowo słodkim głosikiem przywodzącym na myśl babcie cackające się z niemowlakiem. – Spytał się jej czemu płacze. Ta odpowiedziała, że nie wie kim jest. Wtedy skunksik objął delikatnie kaczuszkę i powiedział, że jej pomoże. „Zobacz kaczuszko, masz takie żółte piórka”, „tak, mam” odparła kaczuszka. „Masz taki śliczny, czerwony dzióbek kaczuszko” powiedział skunksik. Kaczuszka się z nim zgodziła. „Masz czerwone nóżki zakończone maleńkimi, słodkimi płetwami kaczuszko” dodał skunksik. Kaczuszka przestała płakać. „Dzięki temu wiem, że jesteś kaczuszką kaczuszko” wyjaśnił skunksik. Kaczuszka wyjątkowo się ucieszyła, z radości zaczęła skakać. Nagle skunksik zaczął płakać. „Czemu płaczesz?” spytała się go kaczuszka. „Bo ja teraz nie wiem kim jestem” padła odpowiedź. Kaczuszka objęła skunksika i powiedziała, że teraz ona mu pomoże. „Masz czarne, gęste futerko skunksiku, prawda?” spytała, a skunksik przytaknął. „Masz pręgę na grzbiecie skunksiku?”, „tak, mam” powiedział skunksik. „Śmierdzisz?” zadała pytanie kaczuszka, „ O, tak!” przytaknął skunksik i otarł łapką oczka. „To ja wiem kim jesteś!” wykrzyknęła kaczuszka. „Kim?” spytał uradowany skunksik. Kaczuszka poklepała skunksika po łapce i mówi: „z ciebie jest stara cipa!”. Ha, ha, ha! – tubalny rechot Dundy’ego wypełnił salon Severusa.

Były mistrz eliksirów poczuł, że jego ręce opadają pod wpływem głupoty Amerykanina. Dowcip był tak samo żenujący jak jego usposobienie. Chyba to był kolejny powód dla którego Severus jeszcze nie wypatroszył go za pomocą czarów. Tak żałosna forma życia nie zasługiwała na większą uwagę. Dundy był jak mucha, która irytuje, ale czasem można się jej było bezmyślnie przyglądać w czasie nudy. Jego mózg był jedną, wielką czarną dziurą i było dziwne, że jest w stanie samodzielnie egzystować oraz zdobywać kolejne kobiety. Jakie to musiały być idiotki skoro się z nim związały?

Ta myśl, w połączeniu z żenującą puentą dowcipu, zrodziła kolejną. Severus przypomniał sobie o planowanej zemście na Meduzie. A gdyby tak odpłacić się jej za docinki, które rzucała w czasie lekcji gotowania? To nie był głupi pomysł. Wąskie wargi Severusa rozciągnęły się w niewyraźnym uśmiechu.
- Dobry dowcip, nie? – zapytał Dundy. – Nawet taki ponurak jak ty się uśmiał!
- Ha, ha – mruknął Snape półgłosem. – Bardzo dobry. Masz talent do opowiadania dowcipów.
- Naprawdę?
- Naprawdę – przytaknął nieszczerze Severus. – Wiesz kto był tak samo zabawny jak ty?
- Kto?
- Meduza. Czasem pękałem ze śmiechu, gdy jeździła po chłopakach w Azkabanie…

Dundy zamilkł, wyraźnie próbując przypomnieć sobie śmiejącego w głos Severusa. Zmarszczył czoło i zrobił dziwny grymas. Snape przyglądając się temu wysiłkowi mógłby przysiąc, że spod gęstych włosów czarodzieja zaczęła wydobywać się para.
- No tak, przecież ty nie pokazujesz, że jesteś rozbawiony – Dundy walnął się w czoło pod wpływem odkrycia. – Zapomniałem! – zarechotał z głupią miną.
- Miałbym do ciebie prośbę…
- Dla mojego przyjaciela zrobię wszystko! – zareagował żywo Amerykanin.
- Czy mógłbyś zdobyć adres gdzie mieszka Meduza?
- Jasne! Nie ma problemu!
- Super – tym razem Severus naprawdę się ucieszył. – A teraz spadaj. Muszę zająć się eliksirami!


Pożegnał się z Dundym wyjątkowo wylewnie, czyli nie warczał na niego jak to miał w zwyczaju, po czym zamknął za nim drzwi. W jego głowie kłębiło się co najmniej tuzin pomysłów jak dopiec Meduzie. Każdy z nich związany był ze skunksem. Severus uśmiechnął się sam do siebie. Był to szczery, pełny uśmiech zadowolenia. Czekając na Felixa z wiadomością od Sary będzie tworzył eliksiry i mścił się na ludziach – czyli będzie robił to, co naprawdę kocha.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 48 - Wolność


- Masz gościa – oznajmił auror i pokazał gestem, że więzień ma pójść za nim.
Severus zastanawiał się podczas drogi kto mógł go odwiedzić. Było wiele możliwości, zaczynając od Kingsleya, a na jakimś urzędasie kończąc. Następnego dnia Snape miał opuścić Azkaban, co oznaczało sporo roboty dla Ministerstwa Magii. Severus dowiedział się od Sary, że więźniowie otrzymują propozycję pracy i pomoc w zaaklimatyzowaniu się w społeczeństwie. Niektórym przychodziło to gładko, innym szło gorzej.
- Wejdź – rozkazał auror otwierając drzwi do sali spotkań, która została wyczarowana podczas reorganizacji.

W przeciwieństwie do mugolskiego więzienia Azkaban nie miał wyznaczonych dni odwiedzin. Przyczyną był utrudniony dostęp. Tylko Gawain Robards, Kingsley Shacklebolt oraz kilku wysokich urzędników Ministerstwa Magii miało prawo wyczarować świstoklika przenoszącego do więzienia. Zwykli czarodzieje musieli wypełnić formularz i czekać na jego rozpatrzenie. Odpowiedź pozytywna sprawiała, że do osoby zainteresowanej przylatywała sowa z datą i godziną stawienia się w biurze aurorów. Terminy zazwyczaj były wyjątkowo odległe i niektórzy więźniowie kończyli w międzyczasie odsiadywać wyrok.
- Postarzałeś się – oznajmiła staruszka na widok Severusa.
- Ty też – odparł chłodno mężczyzna i zmierzył kobietę badawczym spojrzeniem.

Jej ciemne włosy pokryła całkowicie biel siwizny. Zachowała szczupłą sylwetkę, ale pod wpływem lat zgarbiła się i zaczęła wspomagać się laską przy chodzeniu. Podłużna twarz zdawała się mieć jeszcze bardziej surowy wyraz przez to, że przecinały ją głębokie zmarszczki. Ubiór zdradzał zamiłowanie do przeszłości, co nie było niczym niezwykłym biorąc pod uwagę, że staruszka miała ponad sto lat.

Severus czekał co Wilhelmina Prince mu powie. Jej wizyta nie była czymś normalnym biorąc pod uwagę, że ostatni raz widzieli się, gdy miał niecałe siedemnaście lat. Nienawidził jej i w normalnych okolicznościach kazałby pójść do diabła, ale ciekawość wzięła górę nad negatywnymi uczuciami.
- Nawet nie wiesz jak trudno było się do ciebie dostać – poskarżyła się.
- Po co w takim razie marnowałaś siły na to, aby tu przyjść? – spytał Severus z przekąsem. - Sądzę, że Aldous o tym nie wie – przez jego gardło nie było w stanie przejść słowo „dziadek”.
- Nie wiem czy wie bo nie żyje – rzekła Wilhelmina, uśmiechając się drwiąco. – Dostał zawału po tym jak przeczytał, że przyczyniłeś się do upadku Czarnego Pana.

Snape miał ochotę uśmiechnąć się. Kolejna znienawidzona przez niego osoba zmarła i nawet pośrednio się do tego przyczynił. Nigdy nie myślał o Aldousie jako o dziadku i nie czuł się z nim w żaden sposób związany.
- Przyszłaś do mnie dlatego, że zostałaś sama? Czyżbyś chciała prosić o przebaczenie? – szydził z babki.
Staruszka nie wyglądała na poruszoną jego pytaniem. Patrzyła na niego jak na dzieciaka, chcącego zrobić jej na złość.
- Sam wiesz najlepiej, że ludzie popełniają błędy. Ja przynajmniej nie wydałam miłości mojego życia na pewną śmierć – odparła niewinnym tonem, patrząc jak Severusowi podnosi się ciśnienie. – Od dawna chciałam z tobą porozmawiać. Pierwszy raz poczułam się dumna z ciebie, kiedy dowiedziałam się, że zostałeś dyrektorem Hogwartu. Nawet Aldous był pod wrażeniem! Żałuję, że później wszystko zepsułeś. Byłam zła, ale już mi przeszło. Po śmierci Aldousa doszłam do wniosku, że nie powinniśmy skreślać Eileen i ciebie ze swojego życia. To nie było dla was dobre.
- To nie było dla was dobre? – Severus powtórzył ze złością. – Ponad czterdzieści lat zajęło ci dojście do tego!
- Zdarza się – podsumowała Wilhelmina jakby to było niewinne podłożenie nogi rywalowi podczas wyścigu w przedszkolu. – Czytałam o tej całej mugolskiej głupocie, reso… coś tam. Zmieniłeś się? Czujesz, że jesteś gotowy wstąpić do naszego, cudownego społeczeństwa?

Severus patrzył się spode łba na babkę. Czekał milcząc. Wilhelmina spostrzegła to i uśmiechnęła się, ale jej ciemnoniebieskie, prawie granatowe oczy pozostały zimne.
- Wszystkim podpadłeś – oznajmiła. – Dosłownie wszystkim. Nienawidzą cię zarówno zwolennicy Czarnego Pana jak i Dumbledore’a. Mam dla ciebie radę. Gdy wyjdziesz z więzienia to schowaj się u swojej mugolskiej rodziny. Porzuć życie czarodzieja. W naszym świecie nie masz czego szukać.
- Nie potrzebuję twoich rad – prychnął więzień. – Nie powiesz mi chyba, że przyszłaś tu tylko dlatego, że przejęłaś się moim losem? Możesz wyłożyć różdżkę na ławę, najwyżej wyśmieję cię tak jak ty mnie po śmierci mamy.
- Nie musisz być taki wredny.
- Odziedziczyłem to po tobie.
- Bardzo zabawne – Wilhelmina parsknęła sztucznym śmiechem. – Chcesz abym była szczera? Dobrze, będę. Mam dla ciebie ofertę.
- Jaką? – zdziwił się Severus.
- Chcę abyś zamieszkał ze mną.
- Oszalałaś!
- Nie. Przemyślałam wszystko i chcę abyś zarządzał majątkiem – wyjaśniła chłodno staruszka. – Ktoś musi zagonić leniwe skrzaty do roboty. Przez twoją szlamowatą przyjaciółkę nie chcą pracować tak jak dawniej.
- Nie jest moją przyjaciółką – zaprotestował Severus na myśl o Hermionie. – I nie używaj przy mnie słowa „szlama”! – dodał ze złością.
- Będziesz zarządzał majątkiem Prince’ów. Aldous znał się na robieniu pieniędzy, nie ja. Skoro masz jego krew, wprawdzie w malutkim stopniu, to powinieneś się tym zająć - kobieta ciągnęła temat dalej nie zwracając uwagi na oburzenie wnuka. – W naszym majątku nikt nie będzie cię niepokoił. Będziemy żyć sobie na uboczu, a po mojej śmierci odziedziczysz wszystko. Wystarczy, że będziesz się mnie słuchał, a ja tak tobą pokieruję, że będziesz kimś wartym uwagi.

Severus nie musiał zbyt wiele myśleć, aby wiedzieć, że to pułapka. Wizja majątku była kusząca, ale czekanie aż babka zejdzie z tego świata mogło doprowadzić go do wrzodów żołądka. Wiedział, że Wilhelmina nigdy nie zaakceptuje Sary.
- Czego chcesz w zamian? – spytał z powagą. – Wiem co sądzisz na temat mieszanych małżeństw i dzieci z takich związków. Przebywanie ze mną będzie dla ciebie katorgą.
- Zmieniłam się – odparła staruszka z fałszywym uśmiechem. – Chcę się z tobą pojednać, to tyle. Ale… owszem… mam pewne warunki.
- Powiedz jakie to zastanowię się czy warto.
- Zmienisz nazwisko na Prince – padła odpowiedź.

Severus Prince. Siedemnastoletni Ślizgon, którym był w przeszłości, oddałby wszystko aby tak się nazywać. Jakikolwiek związek z Tobiaszem Snapem zostałby zerwany. To było jego dawne marzenie, nieaktualne od ponad dwudziestu lat.
- I jeszcze pasztecik z dyni do tego? – zakpił Severus, z góry wiedząc, że nie zgodzi się na żądanie babki.
- Zamknij się i słuchaj! – zirytowała się Wilhelmina. – Daję ci możliwości, których nigdy w życiu nie będziesz miał! Wystarczy, że porzucisz swoje mugolskie korzenie. Tfu! – splunęła. – Nie jesteś ani młody, ani przystojny, ale na szczęście nie jesteś na tyle stary aby nie mieć dzieci – zauważyła przyglądając mu się krytycznie. – Z moim majątkiem będziesz dobrą partią dla czystokrwistych panienek ze wschodu. Słowianki są ładne, zwłaszcza blondynki. Znajdziemy ci jakąś młodą, która szybko da ci dziedzica. Chyba jesteś w stanie spłodzić syna, co? – spytała. – Dasz mu na imię Aldous. Dzięki naszemu wysiłkowi ród Prince zostanie uratowany!

Staruszka miała bardzo zadowoloną minę. Widocznie uważała, że ten plan jest ziszczeniem marzeń Severusa. Za to on sam kipiał ze złości. Zrozumiał czemu Eileen uciekła z domu. Wilhelmina widocznie uwielbiała układać innym życie pod swoje dyktando. W zamian za pieniądze miał spełniać jej zachcianki. W życiu się na coś takiego nie zgodzi! Nie po tym jak potraktowała z Aldousem swoją jedyną córkę!
- Nigdy – warknął.
– Możesz sobie myśleć, że jesteś półkrwi, ale jak dla mnie niczym nie różnisz się od zwykłej szlamy – staruszka wycedziła przez żółtawe zęby. - Zatuszuję twoje haniebne pochodzenie i zaczniesz być szanowany w społeczeństwie. Jeśli tego nie chcesz to znaczy, że jesteś szalony!
- Może i jestem! – oświadczył Severus.
- Jeśli nie zgodzisz się na moje warunki to zapiszę cały majątek komuś innemu! Jeszcze pożałujesz, że mnie nie posłuchałeś!
- Rób co chcesz! – odparł więzień.

Severus załomotał w drzwi, dając do zrozumienia aurorowi, że chce wyjść z pomieszczenia. Nie zamierzał słuchać wrzasków Wilhelminy. Była bezczelna, że proponowała mu coś takiego po tym jak odmówiła pomocy w czasach, gdy Tobiasz Snape znęcał się nad rodziną. Mogła ich uwolnić od niego, ale nie zrobiła tego. Nawet nie pojawiła się z Aldousem na pogrzebie Eileen. Dlatego miał nadzieję, że babka szybko podzieli los dziadka i w końcu zamilknie na wieki.

***

Wolność ma smak ciasta pomarańczowego. Tak stwierdził Severus, gdy jadł swój kawałek w towarzystwie Sary. Byli sami w jej mieszkaniu i mogli robić na co tylko mieli ochotę. W końcu nie ograniczał ich dzień tygodnia oraz czas. Pod drzwiami nie stał auror, gotowy wejść do pokoju, gdy tylko usłyszał podejrzane odgłosy. Severus nie musiał bać się chwili, gdy zostanie wezwany do Voldemorta. Mroczny znak na jego lewym przedramieniu zupełnie stracił kolor, a kontury zamieniły się w cienkie, ledwo widoczne blizny. Nie było wojny. Nie było narad w Zakonie Feniksa. Nie musiał już nigdy więcej narażać swojego życia. Za to mógł je zaplanować od nowa i zrobić z nim co tylko chciał.

W czwartek rano do celi Severusa przyszedł auror. Przyniósł jego wszystkie ubrania i worek, do którego więzień miał spakować cały swój dobytek. W przypadku Snape’a okazało się to trudne z powodu sporej ilości książek od Hermiony. Wiedział, że mógł je zostawić, ale resztki przyzwoitości mu nie pozwoliły. Zbyt bardzo szanował literaturę piękną, aby narażać ją na kontakt z więźniami. Dundy dostał raz po łapach, gdy niechcący naderwał kawałek kartki „Trzech Muszkieterów”. Skomlał później przez godzinę żaląc się na swój los.

Zamiast książek w celi została stara szata Severusa. Ta, w której został zaatakowany przez Nagini. Ślady krwi zostały usunięte, ale miał związane z nią tak złe wspomnienia, że wolał jej ze sobą nie zabierać. Dlatego na wyjście ubrał się w zieloną szatę wyjściową, którą dostał od Hermiony.

Oprócz literatury spakował także wydarte strony z gazet, które dotyczyły wpadek znanych mu osób. Na ostatniej z nich widniała informacja, że Ron Weasley zerwał ze swoją narzeczoną, aby być z inną. Severus zupełnie mu się nie dziwił. Uważał, że nikt normalny nie był w stanie wytrzymać długo z przemądrzałą i wywyższającą się Granger.

Po śniadaniu więzień, razem z dobytkiem, został zaprowadzony do biura Faxona Newmana, gdzie dostał świstoklika z życzeniami trzymania się z dala od kłopotów i nie wracania ponownie do Azkabanu. Severus do ostatniej chwili miał dziwne wrażenie, że wszystko co przeżywa to sen, który za chwilę zostanie przerwany. Przebywanie w więzieniu sprawiło, że zapomniał jak to jest być wolnym człowiekiem. Nawet spotkanie z wrogo nastawionym Robardsem oraz przyjaznym Kingsleyem, który miał dla niego różdżkę nie sprawiło, że był w stu procentach pewny, że nie śni. Widok uśmiechającego do niego Pottera (kiedy gówniarz tak się zmienił?) oraz krzyki Dundy’ego w stylu „z drogi śledzie – Severus jedzie” (kiedyś tego pożałuje!) dało poczucie, że to nie sen, a koszmar. Dopiero ucieczka przed podnieconym i krzyczącym tłumem oraz dziennikarzami, pojawienie się w kominku swojego domu, a następnie spotkanie w Londynie z Sarą było wystarczającym dowodem, że naprawdę wyszedł z Azkabanu.
- Z tymi świeczkami przesadziłaś – Snape poinformował swoją kobietę, która przeciągała się na puchatym dywanie niczym kot.

Zdziwił się jak bardzo minimalistycznie urządzone jest jej mieszkanie. Jasne kolory. Kilka najpotrzebniejszych mebli. Tu i ówdzie trochę książek poukładanych w zgrabne stosy. Za to ozdobnych świeczek miała około pół setki i wszystkie były zapalone.
- Chciałam zrobić nastrój w dzień twoich czterdziestych pierwszych urodzin – wymruczała wyraźnie z siebie zadowolona. – Musiałabym za dużo ich wbić w ciasto, dlatego postanowiłam udekorować mieszkanie – wyjaśniła.
- Jeśli chcesz mogę sprawić, aby unosiły się w powietrzu – zaproponował.
- Zrób tak – poprosiła. – Lubię patrzeć jak sprawnie posługujesz się różdżką… - wyszeptała i uśmiechnęła się figlarnie.

Czarodzieje nie zdawali sobie sprawy jak się czuje człowiek, który został pozbawiony różdżki na prawie trzy lata. Niektórzy porównywali to do braku ręki. Severus twierdził, że rzeczywistość jest gorsza. Czuł się jakby zabrali mu duszę. Coś co zarazem dopełniało go i określało.
- Mówisz, masz – machnął różdżką i świeczki zaczęły unosić się w powietrzu.
Pierwsze zaklęcia po wyjściu z Azkabanu szły mu strasznie opornie. W końcu nie używał magii od kilku lat. Gdy wrócił do swojego domu w Cokeworth, pierwszym co zrobił to nie było sprzątanie zapuszczonych wnętrz. Od razu zaczął przypominać sobie skomplikowane zaklęcia. Uważał, że musi koniecznie wrócić do czasów swojej świetności.

Dom przy Spinner’s End dzięki magii nie został splądrowany ani przez mugoli, ani czarodziejów, jednak przez lata nieobecności właściciela zmienił się w zapuszczoną norę. Dywany i tapety zapleśniały z powodu wilgotnego klimatu i braku ciepła. Wiele eliksirów zamarzło w czasie zimy i rozsadziło szklane fiolki. Na Severusa czekało także niezłe pobojowisko zostawione przez ekipę śledczą Robardsa. Czarodziej podejrzewał, że auror specjalnie kazał zniszczyć to i owo. Na szczęście książki zostawił w spokoju, a tych schowanych, zawierających najgorszą czarną magię, nie odnalazł.

Doprowadzenie domu do porządku, mimo używania czarów, zajęło Severusowi kilka dni. Wprawdzie klął pod nosem, ale ostatecznie uznał, że dzięki temu przypomniał sobie jak używa się magii i doszedł do poprzedniej wprawy. Najbardziej zdenerwował go brak części eliksirów i składników, które najprawdopodobniej zostały zrzucone na podłogę i zdeptane w czasie śledztwa. Aby zrobić nowe musiał kupić sporo rzeczy, a to oznaczało pokazanie się w magicznej społeczności na co nie był gotów.
- Czemu nie przyjąłeś posady? – zapytała Sara wodząc palcem po udzie Severusa, co sprawiło, że przestał myśleć o eliksirach. – Ponoć ta robota dla Świętego Munga jest dobrze płatna.
- Nie interesowała mnie – padła sucha odpowiedź. – Mam inne plany.

Kingsley namawiał go na podjęcie pracy w ramach aktywizacji zawodowej więźniów, ale to nic nie dało. Severus miał jasno określoną wizję przyszłości. Chciał wyjechać z Sarą za granicę i nic nie mogło mu w tym przeszkodzić. Uznał, że gdyby jej nastawienie okazało się negatywne, to wystarczy, że użyje amortencji i przeszkody same znikną. Problemem było, że obecnie nie posiadał tego eliksiru.
- Jakie masz plany?
- Chcę z tobą wyjechać. Jak najdalej stąd – wyjaśnił Sarze całując ją w rękę. – Najlepiej poza Wielką Brytanię. Może inny kontynent…
- Nie – odparła błyskawicznie i wyrwała swoją dłoń z jego dłoni. -  Nie mogę, mam tu pracę, rodzinę, znajomych… - wyliczała.
- Możesz się z nimi kontaktować mugolskimi sposobami – oznajmił Snape tonem, który wskazywał, że każda myśląca osoba doszłaby do tego wniosku w sekundę.
- Nie ma mowy – Sara naburmuszyła się. – Myślałam, że weźmiesz pracę, którą proponował ci Kingsley i zamieszkasz ze mną – dodała urażonym tonem.
- Mistrz eliksirów nie przyjmuje pierwszej lepszej posady, która jest poniżej jego umiejętności – oznajmił Severus z przekąsem.
- Nie mydl mi oczu swoim byłym tytułem! – warknęła psycholog. – Mój brat był mistrzem obrony przed czarną magią, a nie potrafił dobrze transmutować torebki z herbatą!
- A ty nie udawaj, że wiesz cokolwiek o moim świecie! – czarodziej zareagował na atak. – Gdyby nie przypadek to byś nadal niczego o nas nie wiedziała głupia babo!
- Głupia babo!? – Sara powtórzyła ze złością. – Skoro tak uważasz to po co tu jesteś!? - spytała dysząc z wściekłości.
- Wiedz, że cię nie obraziłem, tylko stwierdziłem fakt! – rzucił twardo Severus i zaczął się ubierać. – Jeszcze za mną zatęsknisz! – oznajmił i wyszedł z jej mieszkania trzaskając drzwiami.

***

Zielone płomienie buchnęły w kominku w sklepie Borgina i Burkesa. Wyszedł z nich wysoki czarodziej odziany w czarną pelerynę. Narzucony kaptur dawał do zrozumienia, że jego właściciel nie chce być rozpoznany, co nie dziwiło biorąc pod uwagę, że ulica Śmiertelnego Nokturnu roiła się od podobnych osobników. Mężczyzna podszedł do lady i zastukał w nią niecierpliwie palcami. To przyciągnęło uwagę Borgina, który pracował na zapleczu.
- Och, pan Snape! – zawołał ze zdumieniem, kiedy spostrzegł kto ukrywa się pod kapturem. – Jak miło pana widzieć! Myślałem, że po tym wszystkim przestanie…
- Pół tuzina diabelskich pereł – Severus przerwał sprzedawcy chłodnym tonem. – Chcę te najlepsze.
- Oczywiście, już podaję – Borgin zgiął się w pół i poszedł po towar.

Do amortencji można było użyć normalnych pereł, ale przez to miała o wiele mniejszą moc. Weasleyowie właśnie taką sprzedawali w swoim sklepie. Działała dobrze na nastoletnie umysły, ale na starsze minimalnie. Te perły, które można było kupić na ulicy Śmiertelnego Nokturnu pozyskiwane były nielegalnie od Ostrea Diaboli, które były chronione przez prawo czarodziejów. Małże tego gatunku ukrywały się w najciemniejszych głębinach i tylko nieliczni do nich docierali. Aby wydobyć z nich perły trzeba było wykazywać się sporym refleksem, ponieważ zdenerwowane perłopławy pluły rozgrzaną do czerwoności masą, która bardzo długo utrzymywała ciepło i powodowała wrzenie wody. Nie jeden śmiałek zginął w straszliwych męczarniach. Wydobyte perły także były gorące niczym węgiel wyjęty prosto z ognia, a na dodatek mogły zmienić kształt pod wpływem własnej temperatury. Tylko niektóre zachowywały kulistość i te właśnie były najlepsze, a zarazem najdroższe.

Severus nie dał się wciągnąć w pogawędki Borgina. Otrzymał co chciał, zapłacił za to niemałą ilość pieniędzy i wyszedł ze sklepu. Skierował swoje kroki ku ulicy Pokątnej. Idąc zerkał na pozamykane, czarno-magiczne sklepy. Widocznie ich dobry okres zakończył się wraz ze śmiercią Voldemorta. Za to ulica Pokątna tętniła życiem jakby nigdy nie było wojny. Sklepy i kawiarnie ponownie zostały otworzone. Wiele osób robiło zakupy, a dzieci w wieku poniżej jedenastu lat, obrzucały się śnieżkami albo naciągały rodziców na kupno gorącej czekolady. Prawie nikt nie zwracał uwagi na mężczyznę w czerni zmierzającego do apteki. Severus był bardzo z tego powodu zadowolony.

***

- Walentynki, ble – skrzywił się czarodziej, gdy nasączał czekoladki amortencją.
Sara była twardą kobietą. Od czasu ich kłótni minął ponad miesiąc, a ona nie odezwała się ani razu. Denerwowało to Severusa, ale wiedział, że dzięki temu ma czas przygotować wszystko co zaplanował. Sporządził spory zapas eliksiru miłosnego i spakował swoje rzeczy, które umieścił w kufrze. Był to jeden z magicznych przedmiotów, które mogły pomieścić o wiele więcej niż ich mugolskie odpowiedniki. Jeśli wszystko poszłoby zgodnie z planem, to następnego dnia Severus z Sarą powinni znaleźć się w Hongkongu i tam zacząć nowe życie.

Czarodziej wiedział, że nie musi się martwić o pieniądze. Praca w Hogwarcie gwarantowała dach nad głową i posiłki. Albus bywał szczodry i czasem sypnął galeonami na jakąś książkę o eliksirach lub zaklęciach pod warunkiem, że nie dotyczyła ona czarnej magii. Z tego powodu większość wypłaty szła na konto Severusa. Czasem wydawał ją na niekoniecznie legalne rzeczy, ale nie musiał tego robić za często.
- Gotowe – powiedział z zadowoleniem do samego siebie.

Czekoladki wyglądały na nieruszone. Sara nie miała możliwości, aby domyślić się co kryją w środku. Severus przy pomocy magii zapakował pudełko tak, aby wyglądało jak nowe. Szybko ubrał się i teleportował do Londynu, gdzie po drodze do jej mieszkania kupił kwiaty od ulicznej handlarki. Sara mówiła, że kobiety to lubią, a ona przecież zaliczała się do tej płci.

Wszystko szło gładko do czasu, aż Severus znalazł się pod jej drzwiami. Zapukał raz, zapukał drugi, ale nikt nie otwierał. Była wystarczająco późna godzina, aby Sara była w domu, dlaczego więc nie dawała znaku życia? Czarodziej już miał wyjąć różdżkę zza pazuchy płaszcza, gdy sąsiednie drzwi otworzyły się i wyszła przez nie kobieta koło pięćdziesiątki z wałkami na rudoblond włosach, przy okazji rozsiewając wokół siebie smród palonych papierosów.
- Pan Snape? – spytała nieufnie.
- Tak – odparł zaskoczony czarodziej.
- Muszę zadać pytanie potwierdzające tożsamość – oznajmiła kobieta lekko zdenerwowanym tonem. – Ulubiona sukienka pani Jones?
- Krótka, różowa, cienkie ramiączka – odrzekł szybko.

Tak naprawdę tego nie wiedział, ale wyczytał w umyśle sąsiadki Sary jaka jest prawidłowa odpowiedź. Zobaczył jej wspomnienie jak psycholog wynosi swoje rzeczy z domu, a potem daje wiadomość do niego i instruuje kobietę co ma zrobić.
- To list do pana od niej – burknęła sąsiadka i podała Severusowi kopertę.

Gdy się poruszała ciągnęła się za nią fala smrodu. Snape nigdy nie lubił palenia papierosów, a zwłaszcza u kobiet. Uważał to za obrzydliwe i wlepiał drakońskie kary uczniom, których przyłapał na oddawaniu się tej czynności. Dlatego starał się mieć jak najmniej kontaktu z kopertą, która przesiąkła znienawidzonym smrodem. Szybko wyjął list i rozłożył go.


Severusie,

Na początku musisz mi wybaczyć, że nie byłam z Tobą szczera. Powinnam już dawno Ci o tym powiedzieć, ale wstyd odbierał mi odwagę. Kiedy będziesz to czytał, ja już będę daleko. Musiałam porzucić pracę i wyjechać.

Pewnie jesteś ciekawy dlaczego. Odpowiedź jest prosta: ponieważ byłam głupia. W czasach młodości narobiłam długów. Okropnych, nie chcesz znać kwoty. Osoba, której jestem winna pieniądze odnalazła mnie i dała mi tydzień na spłatę. Zagroziła, że jeśli mi się nie uda to konsekwencje będą bardzo nieprzyjemne. Nawet we dwoje nie dalibyśmy rady uzbierać tylu pieniędzy, dlatego uciekłam.

Nie powiem gdzie jestem na wypadek gdyby ten list trafił w niepowołane ręce. Obiecuję, że odezwę się do Ciebie jak tylko będę mogła. Teraz, gdy to piszę wiem, że powinnam była Cię posłuchać. Ten wyjazd za granicę był dobrym pomysłem. Miałeś rację, że jestem głupią babą. Przepraszam.

Błagam Cię abyś mi pomógł. Podejmij pracę i zbieraj pieniądze. Dużo odłożyłam przez te lata, ale jeszcze sporo mi brakuje. Jeśli pomożesz mi zebrać wyznaczoną kwotę to obiecuję, że zrobię co tylko zechcesz. Pójdę za Tobą wszędzie i będę z Tobą na zawsze.

Czekaj na kolejną wiadomość ode mnie. Jeśli się nie odezwę do kwietnia to wtedy możesz być pewny, że ten ktoś mnie dopadł. Dopiero wtedy pozwalam Ci poinformować o tym policję. Nie chcę abyś był ze mną, aby Tobie się nic nie stało. Ufam, że mi pomożesz.

Całuję,
Sara


Severus nie pamiętał kiedy ostatnim razem był tak zdumiony. Chyba wtedy, gdy się dowiedział, że żyje. Nie sądził, że Sara może mieć przed nim tajemnice. Myślał, że mówiła mu o wszystkim. Teraz zaś okazało się, że miała dla niego bardzo niemiłą niespodziankę. Przeczytał list drugi raz i stwierdził, że zawiera więcej pytań niż daje odpowiedzi. Nie zamierzał siedzieć i czekać na wiadomość od niej. Owszem, mógł podjąć pracę, ale wolał odnaleźć Sarę i pomóc jej uciec przed tym kimś. Postanowił, że zacznie działać od razu. Przy pomocy magii dostał się do mieszkania i zaczął je badać, ale nie odnalazł nawet najmniejszej wskazówki.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 47 – Pierścionek zaręczynowy


Hermiona nadal nie wiedziała co myśleć na temat nowej stażystki. Razem z Harrym stwierdzili, że powinna zachować dalece idącą ostrożność. Astoria Greengrass wprawdzie twierdziła, że nienawidzi swojej siostry Dafne, ale nie było wiadome na ile mówi szczerze. Mogła to być tylko gra, aby wydobyć z Hermiony informacje o jej życiu, albo próba zemszczenia się za doznane krzywdy. Z tego powodu przyjaciele postanowili, że będą trzymać się od niej z dala. W praktyce okazało się to właściwie niewykonalne, ponieważ Astoria zajęła miejsce Draco, który ugiął się do woli swojego ojca i przeniósł do Departamentu Magicznych Gier i Sportów. 

Od początku września próbowała zagadać Hermionę i zbliżyć się do niej. Ta starała się jak najmniej odzywać, żałując jednocześnie, że Malfoy zrezygnował. Przez te kilka miesięcy współpracy wprawdzie nie stali się przyjaciółmi, ale zanikła między nimi wrogość. Było to zaskakujące, ale Hermiona szybko uznała to za okoliczność sprzyjającą. Jedno nie wnikało w życie drugiego i komunikowali się ze sobą tylko w sprawach służbowych, co bardzo pasowało czarownicy. Mogła w spokoju zająć się robotą bez słuchania paplania o sprawach niezwiązanych z Ministerstwem Magii.

- Rodzice i Dafne wczoraj strasznie się na mnie wkurzyli – oświadczyła Astoria. – Powiedziałam podczas kolacji, że mogę wyjść za mąż za mugola jeśli zechcę i nic im do tego. Prawie wyrzucili mnie z domu! – zachichotała jakby to był najlepszy dowcip na świecie. – Mam ich naprawdę dość. Jeśli mnie tutaj zatrudnią na stałe to wynajmę gdzieś pokój…
- Yhm – mruknęła Hermiona przerzucając pergaminy.
- Ciągle gadają o czystości krwi i obgadują innych – kontynuowała Astoria. – Strasznie wyśmiewają Malfoyów a zwłaszcza Draco. Biedactwo – westchnęła ze współczuciem.
- Yhm… co? – Hermiona oderwała się gwałtownie od notatek. – Powiedziałaś „biedactwo”? – spytała.
- Tak. Tak powiedziałam – potwierdziła młodsza z czarownic. – On się tak stara walczyć ze swoim ojcem. Obserwowałam go w Hogwarcie, widziałam jak się zmienia. On tak naprawdę nigdy nie był śmierciożercą – oznajmiła pewnym siebie tonem.
- Oszukujesz sama siebie – odparła chłodno Hermiona. – Był kompletnym kretynem, który lubił znęcać się nad innymi i z radością został śmierciożercą. Potem dostał po dupie i zrozumiał, że wpakował się w niezłe tarapaty. Wtedy stchórzył, jak to miał w zwyczaju i zaczął się z tego wycofywać. Przycichł bo już nie ma za sobą ochroniarzy, którzy go obronią.
- To nie prawda!
- Jesteś naiwna, skoro tak sądzisz…
- A ty jesteś głupia, skoro nie zauważyłaś jego przemiany! – krzyknęła Astoria tupiąc gwałtownie.

Hermiona zaniemówiła. Nie spodziewała się, że dziewczyna będzie tak broniła Draco. Przyjrzała się uważniej jej twarzy, na której widniała wola walki. Oczy miotały groźne błyskawice, na policzki wyszły rumieńce, zaciskała zęby ze złości. Jej postawa zdradzała, że opinia o najmłodszym z Malfoyów jest bliska jej sercu.
- Jesteś zakochana w Draco… – wyszeptała zaskoczona Hermiona, która zrozumiała dlaczego Astoria wybrała ten dział w Ministerstwie Magii.
- Może tak, może nie – odparła wymijająco dziewczyna, a jej twarz przybrała barwę czerwonej porzeczki.
- Chciałaś tutaj być dla niego, ale on w międzyczasie się przeniósł.

Astoria milczała wpatrując się intensywnie w podłogę. Było widoczne, że nie chciała aby jej uczucia zostały tak szybko odkryte.
- Dlaczego z nim nie pogadasz? Przecież byliście w jednym domu, twoja siostra uganiała się za nim, na pewno was sobie przedstawiła.
- Nie zrobiła tego – wyjaśniła Astoria z żalem i usiadła ciężko na krześle. – Mówiłam ci przecież, że znęcała się nade mną przez cały czas w Hogwarcie. Opowiadała takie kłamstwa, że odsunęła ode mnie każdego. On nigdy nie pokazał, że chociaż zauważa, że istnieję – wyznała dziewczyna. – Widziałam jak traci wszystkich wokół siebie. Jak staje się samotny i co raz bardziej gnębiony. Ostatni jego rok w Hogwarcie był koszmarem. Dzieciaki śmierciożerców znęcali się nad nim. Chciałam się do niego zbliżyć, ale bałam się…. Szczerze mówiąc nadal się boję – westchnęła. – Co jeśli zagadam, a on mnie odtrąci?
- To znajdziesz sobie lepszego chłopaka – odparła Hermiona bez zastanowienia.

Wiedziała, że jej koleżanka jest młoda i ładna, więc bez problemu znajdzie się wielu chętnych. Problemem było to, że Astoria musiała akurat zadurzyć się w szczurowatym Draco. Miłość bywa nie dość, że ślepa to jeszcze niespełna rozumu.
- Pomóż mi – wyszeptała Astoria rozgorączkowanym tonem. – Wy się znacie. Jesteś na tyle inteligentna, że wymyślisz coś. Pomóż mi się z nim spotkać. Podpowiedz jak go w sobie rozkochać, proszę!
- Eeee – bąknęła Hermiona niepewnie.
Nie podobał się jej ten pomysł. Miała robić za swatkę dla Draco. Uważała to za czyste szaleństwo.
- No nie wiem – odparła po chwili wahania. – Może eliksir miłości?
- Chcę aby naprawdę mnie pokochał! – oburzyła się Astoria.
- Prosisz mnie o zbyt wiele.
- Błagam, zrobię co tylko będziesz chciała!

Hermiona kolejny raz przyjrzała się koleżance z biura. Dziewczyna była naprawdę zdesperowana. A to można było wykorzystać na swoją korzyść.
- No dobrze… - oznajmiła starsza z czarownic. – Pomogę ci, ale pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Chcę abyś mnie ostrzegała przed swoją siostrą.
- Czyli? – Astoria wyglądała na zbitą z tropu.
- Jeśli się dowiesz, że napisała coś na mój temat, albo Harry’ego i… hmmm… Weasleyów, to chcę abyś mnie poinformowała – wyjaśniła Hermiona poważnym tonem.
- Oczywiście! Tak zrobię! – ucieszyła się Astoria. – To co planujesz?

Hermiona uśmiechnęła się tajemniczo.

Dwa dni później Ministerstwo Magii obiegła informacja, że w godzinach wieczornych Draco Malfoy utknął w jednej z wind razem ze stażystką. Nieznany sprawca postanowił zażartować sobie i zaczarował maszynę. Dopiero po kilku godzinach Astorii Greengrass udało się złamać czar. Wdzięczny Draco umówił się z nią na obiad, co spowodowało powstanie zakładów, czy para zacznie być ze sobą czy nie. Dowcipnisia nigdy nie schwytano oraz nie powtórzył swojego czynu.

***

Noc Duchów wypadała w tym roku we wtorek, dlatego bracia Weasley postanowili zrobić wielką imprezę z tej okazji w weekend poprzedzający wydarzenie. Mieli wtedy pewność, że goście zjawią się i z chęcią wezmą w niej udział. W programie było wiele zabaw. George z Ronem wzorowali się na amerykańskich zwyczajach mugoli i aby uatrakcyjnić je to dodali do wszystkiego magię. Dzięki temu można było uciekać przed mumią w grobowcu, albo zmierzyć się z wampirem w starym lochu. Osoby poławiające jabłka czasem zamieniały się w rybki lub potwora bagiennego. Pośród zebranych gości przechadzała się, wysoka na ponad dziewięć stóp, figura przedstawiająca Jacka Skellingtona z filmu „Miasteczko Halloween”. Jedzenie serwowane było przez skąpo ubrane hostessy, a do pieczeni przygrywała najmodniejsza obecnie kapela Panienki z Trumienki.
 - Poszaleliście z kasą, to musiało kosztować fortunę – Harry ogarnął wzrokiem salę balową w zamku, w którym odbywała się impreza.
- Wliczamy to w koszt reklamy – wyjaśnił George przebrany za króla. – Ludzie będą mówili o tym latami.
- Sądzę, że też o tym napiszą – wtrąciła Ginny, która założyła kostium Kleopatry. – Podejrzewam, że Rita nie przepuściłaby takiej okazji…
- Mylisz się siostrzyczko – wyjaśnił Ron, który wyglądał wyjątkowo dobrze jako Elżbieta I Tudor. – Wysłaliśmy jej zaproszenie, ale napisała, że jest chora. Jako zastępstwo przysłano Dafne Greengrass – skrzywił się paskudnie.
 - Uuuu, to Rita musi być umierająca. Mniej poważne choroby nie utrzymałyby jej w łóżku – zauważył złośliwie Harry, który był przebrany za Batmana.
- Kto wie – rozmarzył się Ron. – Może zarazi tym czymś Dafne i razem skończą na dnie piekła…
- Nie przesadzaj! – fuknęła Ginny. – Co z Hermioną? Jak się czuje? – zmieniła temat.
- Nadal ciąża i humorki. Pokłóciliśmy się i to tak porządnie. Nie chciała tu ze mną przyjść chociaż błagałem na kolanach – odparł Ron i popatrzył znacząco na Harry’ego. – Wykorzystuje mnie i nie daje nic w zamian. Bardziej egoistycznej i zapatrzonej w siebie kobiety nie spotkałem od czasów…
- Ykhm, ykhm – zakasłał chłopak z blizną, aby zakończyć narzekania przyjaciela. – Myślę, że święta spędzi z nami w Norze. Wszyscy będziemy ją do tego namawiać, na pewno nie odmówi.
- Jeśli ona się zgodzi to ja jestem królową angielską – odparł Ron bez cienia nadziei w głosie i sięgnął po drink, po którym przez jakiś czas wydobywała się z ust gęsta para o zapachu miętowym.

***

Hermiona wyłączyła budzik, który leżał przy łóżku. Był poniedziałek dlatego musiała przygotować się do wyjścia do pracy. Założyła szlafrok i zeszła do kuchni, aby przygotować sobie śniadanie. Po drodze szukała śladów Rona. Nie dawał znaku życia po tym jak się na nią obraził za odmowę uczestniczenia w Nocy Duchów. Czarownica doszła do wniosku, że pewnie znowu zamieszkał u George’a nad sklepem. Nie niepokoiło ją to zbytnio. Wiedziała, że prędzej czy później wróci. Zawsze wracał.
- Maleństwo, czas się ubrać – oświadczyła swojemu brzuchowi i pogłaskała go czule.

Była bardzo zadowolona, że ciąża przebiegała bez komplikacji i wszystko było w jak najlepszym porządku. Już nie mogła doczekać się porodu. Przeczytała co najmniej dwadzieścia książek na ten temat i przestała się bać. Odczuwała nutkę ekscytacji, gdy zastanawiała się jak będzie wyglądać jej dziecko. Czyj wygląd odziedziczy? Czy będzie rude jak tata? A może będzie miało brązowe oczy tak samo jak ona?

Właśnie założyła bluzkę i spodnie, gdy usłyszała charakterystyczny odgłos płomieni w kominku oraz wypadającej przez niego osoby. Uśmiechnęła się pod nosem. Czyli Ron w końcu pojawił się, aby ją przeprosić!
- Her… Hermiono! – czarownica usłyszała rozdygotany, damski głos. – Hermiono!
- Jestem na górze! – odkrzyknęła i skierowała swoje kroki ku schodom, aby jak najszybciej dowiedzieć się czego chce od niej Astoria.
- Nie dałam rady jej powstrzymać!  - dziewczyna wyrzuciła z siebie informacje. - Wstydzę się, że jestem siostrą kogoś takiego! To potwór, nie człowiek! Dafne… ona… ja nie mogłam…

Hermiona złapała pod rękę roztrzęsioną koleżankę i zaprowadziła do salonu. Nic nie mogła zrozumieć z jej dalszego bełkotu. Astoria gestykulowała gwałtownie, a w jej oczach szkliły się łzy. Czyżby coś stało się Draco i stała za tym Dafne?
- Poczekaj tutaj, przyniosę ci wody – zadecydowała Hermiona usadzając dziewczynę na kanapie.
Zostawiła Astorię samą i poszła do kuchni. Pomyślała, że po wodzie koleżanka uspokoi się na tyle, aby w końcu wyjaśnić co się stało. Już miała wziąć napełnioną szklankę do ręki, gdy usłyszała, że kolejna osoba wyszła z kominka.
- Ty tutaj!? – wrzasnął Harry na co Hermiona od razu popędziła do salonu. – Szpiegujesz dla Dafne! – oskarżył Astorię, która schowała się za poduszką jakby to miało ją przed nim ochronić.

W tym czasie z kominka wyskoczyła okopcona Ginny, która była ubrana w piżamę i kapcie, tak samo jak jej narzeczony.
- Kto to jest? – spytała.
- To Astoria Greengrass, siostra Dafne – wyjaśniła Hermiona. – Mógłbyś się na nią nie drzeć? – zwróciła się do Harry’ego. – Już jest wystarczająco roztrzęsiona.
- Nie dałam rady jej powstrzymać! - wyznała Astoria, a jej głos tłumiony był przez poduszkę. – Wróciła w niedzielę po południu, zadowolona jak mało kto. Powiedziała rodzicom, że ma coś niesamowitego, ale nie chciała zdradzić szczegółów. Dopiero dzisiaj rano przyniosła magazyn i pokazała co napisała. Gdybym wiedziała, że chce coś takiego zrobić to prędzej zjadłabym jej notatki niż dopuściła je do druku! Przysięgam! – po policzkach dziewczyny popłynęły łzy.
- Powiecie mi w końcu co napisała Dafne? – spytała Hermiona patrząc po zebranych osobach. – Poza tym muszę iść do pracy, a wy mi w tym przeszkadzacie!
- Na Merlina, ona nic nie wie… – szepnęła Ginny ze zgrozą.
- O czym nie wiem?

Narzeczeni spojrzeli najpierw na siebie, a później na szlochającą Astorię. Byli bladzi i niespokojni. To mocno zaniepokoiło Hermionę.
- Eee… chodzi nie tyle o to co napisała… - wydukał Harry z trudem, nie patrząc się jej w oczy. – Raczej ważniejsze kto jej udzielił wywiadu…
- Usiądź, tak będzie lepiej – oświadczyła Ginny i usadowiła przyjaciółkę w fotelu.
- Coś ktoś jej powiedział na mój temat? – Hermiona zamarła z przerażenia.

Czyżby wydało się co robiła z Gawainem we Francji? Jego nie podejrzewała o niedyskrecję, ale może ktoś z obsługi hotelu coś wspomniał? Jakiś czas po ich nocnej wycieczce do Wersalu pewna mugolska gazeta wypuściła wywiad z ochroniarzami, którzy byli święcie przekonani, że widzieli sylwetki tańczących duchów, ale przecież coś takiego nie powinno naprowadzić Dafne na trop romansu!
- Czytaj. Po prostu czytaj i później zadawaj pytania – Harry podał jej „Czarownicę”.

Hermiona spojrzała na ruszające się zdjęcia i poczuła, że śniadanie podeszło jej do gardła. Na ruszających się zdjęciach rozanielony Ron całował się z jakąś blondyną, której cycki mogłyby go z łatwością udusić. Ich języki wirowały w tańcu niczym ślimaki pokryte śluzem, a mowa ciała wskazywała, że na tym się nie skończy. Wywiad, którego udzielił rudzielec kręcił się wokół Hermiony. Zdradził wszystkie jej tajemnice, opowiedział ze szczegółami jak chciała usunąć ciążę. Każdy mógł przeczytać o jej planach objęcia stanowiska Ministra Magii. Ron skupił się na doznanych krzywdach z jej strony i obsmarował ją równo. Zwyzywał ją od nudziar zakopanych w książkach, która nie umie się dobrze bawić. Z wywiadu wyłonił się obraz psychopatki, która niczym seryjny morderca, bawi się swoimi ofiarami przed doprowadzeniem ich do śmierci. Na zakończenie Weasley ogłosił światu, że jego nowa dziewczyna, Clara Wilkinson pochodząca z USA, jest zupełnym przeciwieństwem jego byłej narzeczonej i zamierza się z nią ożenić, a następnie wyjechać do jej ojczystego kraju.
 - To na pewno eliksir miłosny – oznajmiła Ginny drżąc. – To nie w jego stylu… nie posunąłby się tak daleko…
- Albo Imperius – wtrącił Harry. – Nie wierzę, że chociaż jedno słowo jest jego.

Hermiona nic nie odpowiedziała. Pobiegła do łazienki, aby pozbyć się śniadania. Dawno nie czuła się tak źle. Do kłamliwych artykułów Rity i Dafne już dawno się przyzwyczaiła. Nie robiło to na niej wrażenia. Jednak to Ron zadał jej cios poniżej pasa. Co będzie z ich dzieckiem? Jak on to sobie wyobraża? A może Ginny z Harrym mają rację, że ta blond lafirynda go uwiodła przy pomocy czarów?
- A tu co? Komitet powitalny? – wesoły głos Rona dobiegł zza drzwi łazienki. – Uroczo wyglądacie w piżamkach w kaczuszki!

Hermiona zamrugała gwałtownie powiekami, przypomniała samej sobie, że powinna oddychać dla dobra dziecka. Zmusiła się do wstania z nad sedesu. Musiała wyjść i zmierzyć się ze swoim byłym narzeczonym.
- Czego chcesz? – zadała pytanie spokojnym, a zarazem lodowatym tonem mimo że w środku drżała niczym źdźbło trawy na wietrze.
- Przedstawić ci moją nową narzeczoną – oświadczył Ron bez cienia zażenowania tuląc do swojego boku Clarę.
- Miło mi. A teraz wynoście się z mojego domu!
- Chcę pierścionek – Ron przestał się uśmiechać. – Ona jest go warta, w przeciwieństwie do ciebie – dodał złośliwie na co blondynka zachichotała.
- Ona cię zaczarowała! Nie widzisz tego? – warknął Harry, który zrobił krok w stronę przyjaciela.
- Nie obrażaj mnie! – Clara odparła z wyraźnie amerykańskim akcentem. – Ron mnie kocha, nie musiałam używać magii!
- W takim razie podałaś mu eliksir, szmato! – krzyknęła Ginny celując w Amerykankę różdżką.
- Nie bądź śmieszna – prychnął Ron. – Kiedyś byłem pod wpływem tego świństwa. Teraz jestem sobą i mi nie odwala jak wtedy. Harry może potwierdzić.
- Że ci odwaliło totalnie to fakt – odparł czarnowłosy czarodziej. – Ale rzeczywiście nie zachowujesz się jakbyś był pod wpływem eliksiru…
- Widzisz, mówiłem! – ucieszył się rudzielec. – Teraz chcę klejnocik dla Pączuszka i lecimy do USA. Accio pierścionek zaręczynowy! – krzyknął unosząc różdżkę.

Harry złapał klejnot jednym sprawnym ruchem, na co Ron obdarzył go spojrzeniem pełnym złości.
- Oddawaj go! – wycedził przez zęby.
- Jesteś coś winny Hermionie! Czytaliśmy wywiad Dafne! To co powiedziałeś było podłe! Jak mogłeś!?
- Och, straszne! W końcu ktoś miał odwagę aby powiedzieć o niej prawdę i zrobiła się wielka afera!
- Co z dzieckiem? Masz je gdzieś? – pisnęła Ginny, która była bliska płaczu.
- Będę płacił alimenty. Dostanę stanowisko w firmie ojca Clary i będę miał kasy jak lodu – rudzielec zachichotał. – Będę bogatszy niż wy wszyscy razem wzięci!

Hermiona patrzyła się na niego i co raz bardziej miała ochotę potraktować go paskudną klątwą. Niby to był on, ale był zarazem jakiś inny. Jakby to była jakaś obca osoba dla której najważniejsze były pieniądze, a nie rodzina i przyjaciele. Ron nie był taki chamski. A może…
- Revelio! – błyskawicznie rzuciła czar ujawniający.
Ron zadrżał, gdy zaklęcie dotknęło jego skóry. Zachwiał się, gdy Clara odskoczyła od niego przestraszona. Podniósł głowę i spojrzał z nienawiścią na Hermionę.
- Tak, jestem sobą! Niby kto miał się pode mnie podszyć!? – warknął. – Wiecznie ostatni, wiecznie biedny! Wydałem dla ciebie wszystkie swoje pieniądze, ale ty to miałaś gdzieś! Nigdy mnie nie doceniałaś, tak samo jak reszta świata! Nie możesz znieść, że ujawniłem jaką jesteś paskudną osobą? Że przestałaś być chodzącym ideałem bez skazy?
- Zaraz cię rąbnę! Ostrzegam! – krzyknął Harry i wyciągnął różdżkę. – Przeproś ją!
- Nie będę jej przepraszał! – zawył Ron i spojrzał z nienawiścią po zebranych. – Jesteście tacy sami jak ona! Wszyscy! Tylko Clara się mną zajęła! Tylko ona mnie rozumie!
- To nie prawda, przecież zawsze się o ciebie troszczyliśmy… - Hermiona załkała.
- Jakoś nikt z was nie zainteresował się czemu nie ma Rona na imprezie! – oskarżyła narzeczonych Amerykanka. – Zauważyłam, że zalał się w trupa w piwnicy. Zaprowadziłam go do pokoju i doprowadziłam do porządku, a wy w tym czasie świetnie się bawiliście bez niego. Wysłuchałam go i pocieszyłam, ponieważ jak tylko pierwszy raz go zobaczyłam to wiedziałam, że jest cudownym facetem. Nikt go nigdy nie doceniał!
- Nienawidzę was wszystkich! – oznajmił Ron i wyrwał pierścionek z ręki Harry’ego. – Wyprowadzam się do Ameryki. George’owi już mówiłem, że ma się do mnie nie odzywać. Wy też nie piszcie, nie potrzebuję fałszywych przyjaciół i zakłamanej rodziny! – zakomunikował ostrym tonem i złapał Clarę za rękę. – Idziemy kochanie.

Nikt go nie zatrzymał. Wszyscy w pomieszczeniu byli głęboko wstrząśnięci zachowaniem rudzielca oraz jego nowymi planami życiowymi. Hermiona z Ginny płakały bezgłośnie. Astoria trzymała kurczowo poduszkę z kanapy, a jej mina wyrażała szok i niedowierzanie. Harry zacisnął pięści i spuścił głowę. Nikt nie odważył się odezwać przez kilka następnych minut.
- To… to niemożliwe aby to był on – oznajmił Harry zwalając się ciężko na kanapę koło Astorii. – To do niego nie pasuje. Ta dziwka go omotała. Nic o niej nie mówił, a tu nagle wielka miłość. Nie wierzę w to! – dodał z mocą.
- A ja wierzę – odezwała się Hermiona. – Widocznie rola ojca go przerosła. Stchórzył jak to on. Ona jest tylko wymówką…
- Nie mówisz poważnie – Ginny spojrzała na przyjaciółkę z rozpaczą.
- A ja już chyba pójdę do pracy… - wtrąciła się Astoria i podeszła powoli do kominka. – Powiem, że tak się zdenerwowałaś oszczerstwami, że musiałaś zostać w łóżku.
- Zrób tak. My posiedzimy z nią przez jakiś czas – Harry poparł siostrę Dafne. – A ty wymiotowałaś, lepiej napij się wody i zjedz coś - zwrócił się do Hermiony.
- Tak, on ma rację – Ginny mu przytaknęła i poleciała do kuchni. – To twoja szklanka z wodą? – zawołała.
- Może być moja.

Hermiona poczuła, że jest wykończona psychicznie. Cała sytuacja podkopała jej siły. Nerwy znowu miała zszargane i czuła, że nieprędko wróci do siebie. Zostanie w domu i wypicie szklanki wody wydawało jej się dobrym pomysłem. Pomyślała, że powinna odpocząć.
- Co ci jest!? – Harry wrzasnął i złapał przyjaciółkę, która upuściła szklankę i osunęła się na podłogę.
Szkło rozbiło się, a woda wylała się. Hermiona poczuła ból tak silny, że ledwo mogła oddychać.
- Dzwoń… pogotowie… - wydyszała ostatkiem sił.
- Accio komórka! – krzyknął Harry.
Złapał telefon i wybiegł szybko z domu, aby urządzenie zaczęło ponownie działać.

***

Pani Weasley zanosiła się płaczem w kuchni. Wszyscy członkowie jej rodziny siedzieli przy stole i mieli ponure miny.
- Mój Ronuś, mój Ronuś… - jęczała pani domu.
- Nie nazywaj go tak – warknął jej mąż. – To co zrobił jest poniżej wszelkiej krytyki!
Harry patrzył na przyszłego teścia i stwierdził, że jeszcze nigdy w życiu nie widział aby był tak rozzłoszczony. Molly potrafiła być groźna, ale młody auror zdał sobie sprawę, że Artur potrafi być sto razy gorszy. Teraz zrozumiał czemu Fred miał odrobinę zmieniony pośladek po laniu jakie otrzymał od ojca.
- Uważamy, że mógł być pod wpływem zaklęcia – Harry postanowił podzielić się swoim spostrzeżeniem. – To nie był eliksir miłosny, ani nikt się pod niego nie podszył. Zostaje Imperius.
- To bardzo poważne oskarżenie – powiedział Bill. – Pytanie jest po co ta dziewczyna miałaby ryzykować zaczarowanie Rona? Jeśli się w nim zakochała to wystarczyłby eliksir, ale to wykluczyłeś. Ron nie jest jakąś wyjątkową partią, ani nie jest graczem politycznym. Ryzykować wieloletnie więzienie za klątwę dla faceta? To się nie trzyma kupy…
- Kim ona w ogóle jest? – załkała Molly. – Czy naprawdę jest tak wspaniała, że Ron woli ją od Hermiony?
- Angelina mówiła mi, że Clara czuje miętę do młodego, ale ja jej nie wierzyłem – odezwał się George ponurym tonem.
- Znacie ją? – Percy był zdziwiony.
- W wakacje przyszła do sklepu. Szukała pracy, ale nie mieliśmy niczego co mogłaby robić. Zaczęła gadać z Ronem i dość szybko dowiedzieliśmy się, że podróżuje po Europie za pieniądze ojca. Taki prezent z okazji ukończenia szkoły.
- To po co jej praca? – zdziwiła się Fleur.
- Nudziła się – wyjaśnił George. – Stwierdziła, że będzie nam pomagać, ponieważ ją to bawi. Uwielbiała magiczne dowcipy. Chociaż teraz już wiem, że chodziło o Rona. Ta impreza z okazji Nocy Duchów to był jej pomysł. Prawie w całości ją zorganizowała. Mówiła, że chce zaszaleć przed wylotem do domu.
- Nieznana dziewczyna pracuje dla was za darmo i ty niczego nie podejrzewałeś!? – warknął pan Weasley. – Co ty sobie myślałeś!?
- Byłem przekonany, że Ron ożeni się z Hermioną. Przecież po każdej kłótni wracali do siebie, a ostatnio miała te swoje ciążowe humory…
- Nie byli ze sobą – wyznał Harry ze smutkiem. – Hermiona nie chciała do niego wracać chociaż błagał ją o to. Udawali parę bo ją o to poprosił. Po porodzie mieli ogłosić, że zerwali ostatecznie – zataił część prawdy wiedząc, że pani Weasley może nie zrozumieć czym są przyjaciele z dodatkowymi korzyściami.
- Nie powiedziałeś mi!? Jak mogłeś!? – Ginny nie była zadowolona. – Teraz rozumiem dlaczego podczas imprezy był taki zdołowany i upił się w trupa. Pewnie ostatecznie zrozumiał, że nic z tego nie będzie. A że potrafi być złośliwy to dlatego zgodził się na wywiad. To w jego stylu!
- Te informacje zmieniają postać rzeczy – podsumował Bill. – Ron zrozumiał, że ma lepszą partię w zasięgu ręki i skorzystał z okazji. To przecież nie pierwszy raz, gdy wypiął się na bliskich.
- Czasem człowiek wariuje i inne rzeczy przysłaniają co jest ważne – dodał cicho Percy i się zarumienił. – Pewnie zbłądził tak jak ja dlatego wierzę, że wróci do nas.
- Nie chciał abyśmy się do niego odzywali. Zakazał wysyłania sów.
- W takim razie nie będziemy się do niego odzywali. Poczekamy, aż zmądrzeje – zadecydował pan Weasley. – Nie widzę tutaj podstaw aby podejrzewać użycie czarów. Chciałbym aby tak było – dodał widząc minę Harry’ego. – Sami widzieliście jak zaczął się zachowywać, gdy dostał duże pieniądze do ręki. Zawsze powtarzałem, że galeony niszczą ludzi – westchnął ciężko. – Powinniśmy go lepiej wychować…
- Na pewno nie chcesz odezwać się do niego pierwszy? – zapytała Molly z nadzieją.
- Kochanie, on sobie na razie tego nie życzy. Poczekamy na rozwój sytuacji. Jestem pewien, że wróci, a my go przyjmiemy jak syna marnotrawnego – postanowił Artur.
- Wierzyłaś mamo, że ja kiedyś zmądrzeję – odezwał się Percy. – Nie trać wiary w przypadku Rona.

Po tych słowach zapadła cisza przerywana pociąganiem nosa przez Molly. Dopiero, gdy Victorie obudziła się z drzemki wszyscy zaczęli rozmawiać ze sobą na inne tematy. Jednak grobowa atmosfera zapanowała w Norze i wszystko wskazywało na to, że szybko z niej się nie wyniesie.

***

Hermiona leżała w szpitalnym łóżku i mimo, że odzyskała przytomność to nie otworzyła oczu. Bardziej czuła niż wiedziała co się stało. Nie chciała, aby to była prawda. Wmawiała sobie, że wszystko będzie dobrze. Wiedziała, że jak tylko otworzy oczy to dowie się tego, czego najbardziej się bała. Usłyszała kroki na korytarzu i ktoś wszedł do pokoju.
- Jak już mówiłem stan córki jest stabilny – oznajmił lekarz. – Jest młoda, wyjdzie z tego.
- A… a co z… - głos pani Granger załamał się.

Hermiona usłyszała ciężkie westchnięcie mężczyzny i cichy jęk jej matki. Po tym nastąpiła długa cisza. Okropna, przerażająca cisza, która zdawała się trwać wieczność. Czarownica poczuła, że jest pusta. Nie chciała żyć. Powinna być martwa.
- Co poszło nie tak? – szept pani Granger przywodził na myśl bardziej skrzek słabego ptaka.
- Jest wiele możliwych przyczyn. Czasem płód jest uszkodzony i obumiera, są różne zakażenia, wady anatomiczne narządów rodnych lub ich choroby – zaczął wyliczać lekarz. – Córka mogła też pracować ponad swoje siły, wziąć nieodpowiednie leki albo przeżyć jakiś wstrząs psychiczny. Zbadamy ją dokładnie i postaramy się znaleźć przyczynę, aby można jej zapobiec w przyszłości.
- Czyli będzie mieć jeszcze dzieci?
- Jest młoda, strata dziecka w wieku dwudziestu jeden lat nie jest tak wielką tragedią. Niech się pani tak na mnie nie patrzy – powiedział lekarz nerwowym tonem. – Gdyby miała czterdzieści pięć lat wtedy byłoby naprawdę źle. Jeszcze będzie miała trójkę jeśli zechce. Zobaczy pani.

Mama Hermiony mruknęła coś, co miało być oświadczeniem, że zrozumiała, po czym usiadła przy córce i odgarnęła jej włosy z czoła. Czarownica nie była dłużej w stanie wstrzymywać łez, które uwolnione pociekły po jej bladej twarzy. Przytuliła się mocno do mamy i płakała tak długo, aż zasnęła wyczerpana.

Badania, które zrobiono, nie wykazały niczego konkretnego. Lekarze głowili się co mogło być przyczyną poronienia. Hermiona z pewnym oporem wspomniała ginekologowi, że porzucił ją ojciec dziecka i zaraz po tym wszystko się zaczęło. Przyprowadzono do niej psychologa, który stwierdził, że mogło to być wywołane traumą. Gdy Hermiona wyszła ze szpitala była pewna tylko jednego: że będzie nienawidzić Rona do końca życia za to co jej zrobił.

***

Severus patrzył jak zebrani na dziedzińcu aurorzy wyczarowują ze swoich różdżek fajerwerki. To, że byli na służbie nie oznaczało dla nich, że nie mogą o północy powitać dwutysięcznego pierwszego roku. Złożyli sobie życzenia noworoczne i nawet byli na tyle mili, że krzyknęli w stronę okien więźniów „jak najkrótszej odsiadki”. Snape pozwolił sobie na uśmiech pod nosem. Takie życzenia w pełni go satysfakcjonowały. Za trzy dni miał opuścić mury Azkabanu.

Już nie mógł się doczekać chwili, gdy dostanie z powrotem swoją różdżkę i poczuje smak wolności. To będzie tak samo wspaniałe uczucie jak wtedy, gdy Dundy został wypuszczony z więzienia. Za atak na Robina zarobił dodatkowe trzy miesiące. Ten czas był dla Severusa katorgą.
- Ułożę sobie życie z Sarą i wyjedziemy daleko stąd – pomyślał z zadowoleniem.

Kładąc się na materacu uznał, że najbliższe trzy dni spędzi na unikaniu jakichkolwiek kłopotów. Wolał dmuchać na zimne.