Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Neville Longbottom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Neville Longbottom. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 73 – Anioł Śmierci


Gdy wskazówki zegara wskazywały pięć minut po północy, lekarze i pielęgniarki przebywali w pokoju socjalnym lub swoich gabinetach. Większość pacjentów spała. Dzięki temu korytarze były niemal puste, co bardzo sprzyjało planom Severusa. Zanim wszedł na teren szpitala, rzucił na siebie Zaklęcie Niewidzialności. Stąpał ostrożnie, kierując się w stronę oddziału, gdzie przebywali pacjenci z białaczką, aby nikt nie usłyszał odgłosu jego kroków. Uzbrojony był w różdżkę i fiolki zawierające eliksir przygotowany według receptury Ekrizdisa. Tej nocy Severus zamierzał przeprowadzić eksperyment na dorosłych mugolach, a nie szczurach. Jego plan dotyczący Hermiony ostatnio mocno się skomplikował. Zrozumiał, że nie ma szans, aby w najbliższym czasie zawładnąć umysłem dziewczyny bez pomocy czarów i eliksirów. Od pięciu minut miał czterdzieści dwa lata. W jej oczach na pewno był stary i nieurodziwy, ponieważ młode dziewczyny nigdy nie pomyślą, że jest coś ważniejsze od wyglądu. Hermiona wolała wypachnionego kretyna, który olśniewał swoją nieskazitelną urodą oraz był niewiele od niej starszy. Godzinami szczebiotała z nim po francusku o podróżach i książkach, ale nigdy ich rozmowy nie dotyczyły świata czarodziejów. To pozwoliło Severusowi mieć pewność, że chłopak nie jest jednym z nich. Niedługo po tym odkrył, że nową miłością Hermiony, jest autor durnych opowieści o niej.
- Baby są głupie – pomyślał czarodziej z niesmakiem. – Gdyby ktoś o mnie coś takiego napisał, to na pewno bym go nie lubił. Najprawdopodobniej walnąłbym go klątwą. Ale nie… ona się w nim zakochała! – Zgrzytnął zębami ze złości tak głośno, że idący do toalety pacjent, rozejrzał się niespokojnie. – Kretynka! Pomógłbym jej dotrzeć do najdalszych zakątków magii, pokazałbym jej świat, o którym nawet nie śmie marzyć. Chcica sprawiła, że jej mózg przestał działać… Przecież ten Niby-Żabojad za dwadzieścia lat będzie wyglądał gorzej ode mnie. Zestarzeje się i umrze, gdy ona będzie w średnim wieku. Mugole żyją przeciętnie o połowę krócej niż my. Wszystko wskazuje, że nie powiedziała mu, że jest czarownicą, a to może sprawić, że od niej odejdzie. Mugole nie lubią magii – zauważył ze złośliwym uśmieszkiem.
Gdyby eliksir Ekrizdisa zadziałał, to Severus mógłby ujawnić się ze swoim odkryciem. Oczywiście zniszczyłby wcześniej księgę czarnoksiężnika, aby wszyscy myśleli, że to jego przepis. Mógłby oczyścić swoje imię. Społeczeństwo czarodziejów przestałoby go kojarzyć ze Śmierciożercami, a zaczęło z dobroczyńcą mugoli. Hermiona byłaby wdzięczna za uratowanie matki i to poprawiłoby jej relacje z nim, a wtedy… To była wielka szansa i zamierzał ją wykorzystać.
Plany planami, a życie życiem. Przepis na eliksir nie był bardzo skomplikowany, ale pozostawiał wiele do życzenia. Ilości składników nie były podane dokładnie. W niektórych miejscach brakowało opisu, jak przygotować niektóre z nich. Na szczęście autor zawarł takie informacje jak kolor eliksiru i opis jego działania. Dzięki temu Severus wiedział, do czego ma dążyć. Przygotował kilkadziesiąt różnych próbek, starannie je ponumerował i opisał. Jedna z nich powinna okazać się właściwa.
Przed wejściem na oddział pacjentów z białaczką, poczekał chwilę, aby upewnić się, że nikt nie zobaczy samo otwierających się drzwi. Był już tu wcześniej kilka razy. Przed ukończeniem eliksiru miał wiele czasu wolnego i przeznaczył go na znalezienie szpitali, a potem zbadanie terenu. Nie chciał, aby mugole domyślili się czegoś. Miał świadomość, że niektórzy z chorych mogą umrzeć. Zbyt wiele śmierci w ciągu jednej nocy mogło ściągnąć niepotrzebną uwagę.
- Witaj, dzisiaj rozstrzygnie się twój los – pomyślał, patrząc na mugola, który leżał w łóżku.
Chłopak był młody, ale to nie uchroniło go przed chorobą. Był podłączony do aparatury podtrzymującej życie. Severus podsłuchał wcześniej, że lekarze dają mu najwyżej kilka dni. Dlatego jego sumienie nie dało się we znaki. Uważał, że jest kimś w rodzaju Anioła Śmierci, który albo uratuje życie, albo skróci cierpienie. Jedno i drugie było wielką przysługą.
Zawartość pierwszej fiolki powędrowała w miejsce przeznaczenia. Według opisu Ekrizdisa, działanie eliksiru powinno rozpocząć się najpóźniej po dwóch minutach. Severus z rosnącym napięciem wpatrywał się we wskazówki ozdobnego, kieszonkowego zegarka, który kupił w mugolskim sklepie z antykami. Uważał, że z powodu urodzin, zasłużył na prezent. Zazwyczaj gardził wszystkim, co nie pochodziło od czarodziejów, ale odkąd zamieszkał z Hermioną i musiał wtopić się w tłum, zaczął naginać swoje zasady. Niechętnie musiał przyznać, że na niektórych polach mugole byli lepsi. Bez komputera i Internetu Severus niewiele mógłby zdziałać albo wiązałoby się to ze żmudnymi poszukiwaniami.
Minęły dwie minuty i dwadzieścia sekund, przez co czarodziej stracił nadzieję, że eliksir zadziała. Już wyciągał notatnik, aby zapisać spostrzeżenia, gdy chory się poruszył. Jego ciało drgnęło, otworzył oczy i wciągnął haust powietrza do płuc. Po chwili entuzjazm Severusa zgasł tak szybko, jak się pojawił. Pacjent nie żył, a to, co wyglądało jak poprawa, było tak naprawdę ostatnim odruchem. Na ekranie monitorującym pracę jego serca, pojawiła się linia, oznaczająca, że to koniec. Sygnał alarmowy, wydobywający się ze sprzętu, wezwał lekarzy i pielęgniarki, którzy po chwili pojawili się w sali. Stojący w kącie czarodziej przypatrywał się ich bezowocnym wysiłkom, gdy próbowali reanimować chłopaka.
- Powiadomcie rodzinę – zarządził jeden z lekarzy, gdy uznał, że nikt nie jest w stanie pomóc pacjentowi – a ja w tym czasie pójdę wypisać kartę zgonu.
- Spoczywaj w pokoju – szepnęła jedna z pielęgniarek i zasłoniła twarz zmarłemu.
Severus nie czekał na rozwój wydarzeń. Wykorzystał, że wychodzący lekarz zostawił otwarte drzwi. Martwy człowiek przestał go interesować. Był jednym z wielu, którzy odeszli. Nie on jeden i nie ostatni.

***

- Prosiłam, abyś zapowiadał swoje przybycie! – Minerwa nie była zadowolona, gdy były mistrz eliksirów pojawił się w jej gabinecie.
- Hermiona potrzebuje twojej pomocy – odparł czarodziej, otrzepując popiół z peleryny.
Jego słowa sprawiły to, co zaplanował. Z twarzy McGonagall znikła zagniewana mina, a zamiast niej pojawił się wyraz troski. Miała słabość do niektórych ze swoich byłych uczniów i Severus wykorzystywał to bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Ważny był efekt, a środki prowadzące do niego, nie musiały być kryształowo czyste, tak samo, jak intencje czarodzieja.
- Chodzi o jej matkę?
- Tak. Ona umiera – Snape wypowiedział te słowa grobowym tonem, aby wzmocnić efekt. – Hermiona ciągle przy niej czuwa, ale lekarze nie dają jej szans. Jest jeszcze jedna możliwość, ale ona nie może…
- Dlatego cię przysłała.
Czarodziej przytaknął. To, co powiedział Minerwie, było tylko częścią prawdy. Niezaprzeczalnie dni pani Granger były policzone i jej rodzina starała się być z nią w tych ostatnich chwilach. Hermiona wzięła nawet wolne z pracy i gdyby mogła, to zamieszkałaby w klinice. Niechętnie wracała do domu i wypłakiwała się swojemu chłopakowi w słuchawkę. W tym czasie Severus odwiedzał najróżniejsze szpitale i przyśpieszał śmierć pacjentów. Ani jedna z próbek eliksiru nie okazała się właściwa, co coraz bardziej go frustrowało. Poświecił życie sześćdziesięciu czterech osób, odwiedził ponad dwadzieścia szpitali, w tym pięć we Francji i wszystko na nic. Spędził długie godziny na analizowaniu wytycznych Ekrizdisa, ale nie odnalazł niczego, co sugerowałoby, że coś źle zrozumiał lub dodał zły składnik. Nie chciał się przyznać przed samym sobą, że potrzebuje pomocy, dlatego dopiero po miesiącu się poddał i uznał, że lepiej będzie, jeśli inni rzucą okiem na przepis. Najbardziej zależało mu na opinii Pomony Sprout i Horacego Slughorna, którzy mogli mieć wiedzę, do której on nie dotarł.
- Co to jest? – zapytała Minerwa, gdy Severus podał jej pergamin.
- Eliksir z piętnastego wieku, który powinien wzmacniać organizm mugoli – wyjaśnił. – Jest niekompletny, dlatego zrobiłem sześćdziesiąt cztery wersje. Żadna nie podziałała – mruknął, patrząc ze złością na swoje dłonie.
Pokrótce streścił przebieg badań i pokazał swoje notatki. Nie przyznał się do zabijania chorych. Wolał mówić, że wykazywali oznaki zatrucia pokarmowego. Był pewny, że Minerwa nie podejdzie do całej sprawy tak jak on. Dla niej litościwe dobicie chorego na pewno jawiło się jako zło. Dlatego ludzie z zasadami tak często stali w miejscu. Bali się zaryzykować i poświęcić kilka bezużytecznych jednostek dla większego dobra.
- Rozumiem – oznajmiła czarownica, wpatrując się w przepis i marszcząc brwi. – Jesteś pewien, że on działał?
- Tak. To ostatnia szansa, aby matka Hermiony dożyła do czasu, aż nie stworzę dla niej lekarstwa.
Dyrektorka przeniosła wzrok z pergaminu na Severusa. To było badawcze spojrzenie, które przeszywało na wylot. Było jasne, że nie wierzy we wszystko, co usłyszała. Nie była Albusem, który mu ufał i wiedział, że czasem trzeba nagiąć swoje zasady, aby wygrać ze złem. Ten jej brak elastyczności myślenia utrudniał Severusowi życie.
- Czemu jej pomagasz? Wiem, że gdy chcesz, to potrafisz okazać ludzkie oblicze, ale mam wrażenie, że nie robisz tego z powodu dobrego serca.
- Mam u niej dług wdzięczności.
Minerwa nie ruszyła się z miejsca. Słowa Severusa nie przekonały jej. To było aż nadto widoczne. Oczekiwała szczerości, ale on nie mógł jej powiedzieć, o co mu chodzi. Nie zechciałaby mu pomóc, gdyby wiedziała, jaki przyświeca mu cel. To zirytowało czarodzieja. Czy naprawdę Minerwa, pomimo swojej inteligencji i doświadczenia życiowego, uważa, że powie jej całą prawdę? To był przejaw wyjątkowej naiwności, jaki nie przystoi czarownicy w jej wieku.
- Dzięki Hermionie odnalazłem cel w życiu. Jestem w stanie zrobić dla niej naprawdę wiele. Ona jest tego warta – wyszeptał, wiedząc, że te słowa zmiękczą dyrektorkę.
Nawet obrazy przedstawiające dyrektorów zamilkły po tym wyznaniu. Słychać było tylko odgłos polan trzaskających w kominku. McGonagall w tym momencie przypominała posąg, a jej twarz maskę. Severus dałby sobie różdżkę złamać, że ją zaskoczył i teraz czarownica intensywnie myśli, czy powiedział jej prawdę. Znali się tyle lat i nigdy nie był aż tak wylewny, jeśli chodziło o uczucia. No może trochę łatwo się denerwował w towarzystwie Pottera, ale to było coś, nad czym nie do końca potrafił zapanować.
- No dobrze. Zobaczymy, co się da zrobić – odparła po kilkunastu, pełnych napięcia sekund.
Mimo że nadal wydawała się nie do końca przekonana to podeszła do kominka i wrzuciła do niego proszek Fiuu. Następnie poprosiła o przybycie Horacego i Neville’a.
- Pomona odeszła na emeryturę – dyrektorka wyjaśniła na widok zaskoczonej miny Severusa – wojna odcisnęła na niej swoje piętno. Nie mogła wytrzymać w murach zamku, dlatego przygotowała zastępcę, który przejął jej stanowisko w tym roku szkolnym.
Czarodziej skrzywił się z niechęcią i już miał powiedzieć, co sądzi o tej zmianie, gdy z płomieni wyskoczył Slughorn.
- Co jest takiego pilnego, że musiałem przerwać spotkanie Klubu Ślimaka? – zapytał i nagle stanął w miejscu, patrząc na ostatnią osobę, którą myślał, że spotka. – Minerwo, co on tutaj robi!?
- Potrzebuje twojej pomocy… twojej też, panie Longbottom – wyjaśniła dyrektorka osłupiałemu ze zdziwienia Neville’owi, który wyskoczył z kominka zaraz za Horacym.
Severus westchnął ostentacyjnie, patrząc z wyższością na dawnego ucznia. Nadal miał o nim bardzo niskie mniemanie. Jedynym plusem tej całej sytuacji było to, że Longbottom nadal się go bał. Starał się to ukryć, ale jego umiejętności z zakresu oklumencji były jeszcze gorsze niż u Pottera. Nawet nie wyciągnął ręki po pergamin z eliksirem. Stał za Slughornem i wpatrywał się w spis składników znad jego ramienia. Było to nawet na swój sposób zabawne.
- Nie potrafię znaleźć błędu ani w przepisie, ani w twoich notatkach – wyznał Horacy, po gruntownym zapoznaniu się z całą sprawą. – Składniki wydają się dobre… ruchy różdżką takie same, jakie i my stosujemy… inkantacja trochę przestarzała, ale to zrozumiałe skoro pochodzi z piętnastego wieku…
- W takim razie muszę szukać dalej – mruknął Severus ze złością.
Gorzkie rozczarowanie ogarnęło jego duszę, sprawiając, że stracił resztki nadziei. Przyznał się nauczycielom z Hogwartu do swojej słabości, co kosztowało go bardzo wiele i okazało się, że na próżno. To był początek końca jego planów. Nie pozostało mu nic innego, jak wyjazd z Anglii, z dala od Hermiony i społeczeństwa, które go nienawidziło.
- Ja chyba wiem, czemu ten eliksir nie działa… - odezwał się nieoczekiwanie Neville.
- Tak? – Oczy Minerwy zaświeciły radosnym blaskiem.
- To chyba… wcale nie jestem pewien… mam taką teorię…
- Streszczaj się Longbottom – warknął Snape – nie będę tutaj stał przez całą noc, czekając, aż się w końcu wysłowisz!
Po tej wypowiedzi, wbrew przewidywaniom Severusa, chłopak wyprostował się i zmierzył go wyzywającym spojrzeniem. Wyglądało na to, że słowa byłego mistrza eliksirów podziałały na niego jak obelga na hipogryfa. Zamiast przestraszonego chłopca, w gabinecie pojawił się przywódca ruchu oporu przeciwko Śmierciożercom, zabójca Nagini oraz uczestnik wojny. Neville odebrał pergamin z rąk Horacego, podszedł bez lęku do Severusa i wskazał palcem na przepis.
- Sądzę, że Silphium, które tutaj występuje to Sylfion, a nie Rożnik Przerośnięty – oświadczył z mocą, która zadziwiła Snape’a i jeszcze bardziej ucieszyła Minerwę.
- Coś ci się pomyliło, chłopcze – rzekł Horacy miękko – przecież Sylfion wyginął na początku dwunastego wieku, a ten przepis...
- … może go zawierać – wszedł mu w słowo Neville. – To wyjaśniałoby, dlaczego eliksir leczył, a teraz szkodzi.
- To może mi wytłumaczysz jakim cudem jego wynalazca wszedł w posiadanie rośliny, która nie istniała od trzystu lat? – zakpił Severus.
- Możliwe, że Sylfion wcale nie wyginął, tak jak myśleliśmy! – upierał się chłopak. – Kiedyś, kiedy pojechałem z babcią na wakacje…
- Tak, tak, fascynujące… – oznajmił Snape znudzonym tonem i wyrwał pergamin z rąk chłopaka. – Dziękuję za nic! – prychnął, wchodząc w szmaragdowe płomienie.
W myślach przeklinał siebie, Minerwę, Horacego i Longbottoma. Uważał, że decyzja o konsultacji była jedna z najgłupszych, jakie podjął. Nic nie zyskał, poza pewnością, że nie uratuje mugoli i nie zostanie uznany przez społeczność czarodziejów. Nie pozostało mu nic innego, jak spakować kufer i wynieść się z tej przeklętej dziury, jaką jest Wielka Brytania.

***

- No nie! On jest po prostu bezczelny! – zawołał Horacy z oburzeniem, szukając wzrokiem poparcia u Neville’a i Minerwy. – Nigdy więcej mu nie pomogę! Choćby błagał… choćby płakał…
- Panie Longbottom, niech pan dokończy swoją opowieść – rozkazujący ton głosu Dumbledore’a sprawił, że Slughorn przestał kontynuować wyliczankę.
Neville zwrócił się w stronę portretu byłego dyrektora Hogwartu i uśmiechnął się do namalowanej postaci.
- Pojechałem z babcią na wakacje do Grecji. Miałem wtedy dwanaście lub trzynaście lat, więc wiedziałem co nieco o magicznych roślinach. Lubiłem o nich czytać i wiedza jakoś sama mi wchodziła do głowy. Dlatego bez problemu rozpoznałem Sylfion w tle obrazu, który wisiał w domu czarodzieja, u którego się zatrzymaliśmy. Pokazałam to babci, ale mi nie uwierzyła, twierdziła, że się pomyliłem – chłopak westchnął, gdy przypomniał sobie tę chwilę. – Pan Nikiforos był dla mnie miły i powiedział mi, że obraz przedstawia jego prapradziadka, który zmarł… hmm… około roku 1780… tak, coś koło tego. Dowiedziałem się, że prowadził on ogród, który nie dotrwał do naszych czasów. Nie zajmował się tym dla zysku. Po prostu lubił grzebać w ziemi, jak to określił pan Nikiforos. Dlatego kazał sportretować się ze swoimi zbiorami.
- Neville, jesteś całkowicie pewny, że to był Sylfion? – zapytała poważnym tonem McGonagall. – Jeśli masz rację, to może okazać się, że on nadal gdzieś rośnie w Grecji!
Horacy i Albus z obrazu wpatrywali się w chłopaka z napięciem. Odwaga, która wstąpiła w niego w czasie konfrontacji ze Snape’em, opuściła go. Wielkie pokłady szacunku do kadry nauczycielskiej sprawiły, że nie chciał ich zawieść lub dać fałszywej nadziei.
- Tak naprawdę, to nie jestem pewien – wyjaśnił, robiąc grymas niepewności. – Babcia mi mówiła, że to pewnie wymysł artysty. Taki zabieg, aby tło ładnie się prezentowało. Pan Nikiforos porozmawiał z obrazem w swoim języku i twierdził, że jego przodek nie zna czegoś takiego jak Sylfion. Buszowałem później po okolicy, starając się znaleźć jakiś ślad tej rośliny, ale nigdzie jej nie było widać. Dlatego byłem przekonany, że się pomyliłem, a teraz już nie jestem tego pewien… - Neville zamyślił się głęboko. – Może ten eliksir naprawdę zawierał Sylfion i jest potwierdzeniem, że…
- Dziękuję panie Longbottom – Dumbledore uśmiechnął się do niego ze swojego obrazu. – Bardziej sprzyjam wersji, że ze względu na młody wiek i małe doświadczenie, pomyliłeś się. Myślę, że ty i Horacy możecie już pójść do siebie. Jest już późno… a z tobą Minerwo chciałbym porozmawiać o Severusie…
Obydwaj mężczyźni rzucili w stronę dyrektorki współczujące spojrzenie, życzyli jej miłych snów i opuścili gabinet. Czarownica w tym czasie zastanawiała się, czego chce od niej Albus. Mimo że był namalowany, to lubił wtrącać się w różne sprawy. Naprawdę zachowywał się, jak nieżyjący już od dawna czarodziej, który był bliski jej sercu. Dlatego nie zawsze potrafiła odmówić jego zachciankom.
- Musisz koniecznie zrobić to, co ci powiem – oznajmił Dumbledore, gdy Minerwa spojrzała pytająco w jego stronę. – Przed chwilą wyjaśniła się zagadka, której nie byłem w stanie rozwiązać nawet wtedy, gdy jeszcze żyłem.
- To coś pilnego? – zapytała dyrektorka.
- Bardzo – przytaknęła namalowana postać. – Musisz wybrać się do Zakazanego Lasu. Nie sama. Koniecznie weź ze sobą Hagrida, niech ci pokaże, gdzie Harry Potter spotkał się z Voldemortem. To, co masz znaleźć, nie da się przywołać zaklęciem. Dlatego rozkaż skrzatom, aby podążyły za tobą. Razem z Hagridem musicie roztopić śnieg, ponieważ to leży gdzieś na ziemi.
- Czego mam szukać?
- Pamiętasz mój pierścień?
- Ten z czarnym kamieniem?
- Tak. Odnajdź ten kamień i przynieś go tutaj. Zakaż skrzatom mówienia o tym i wyczyść Hagridowi pamięć.
- Albusie, ty chyba nie… - Minerwa ucichła, bojąc się własnych myśli.
- Niech nikt o tym nie wie. Musimy pomóc pani Granger… a przy okazji Severusowi. Zrobił ogromny krok naprzód, choć on sam sobie tego nie uświadamia. Dlatego nie może wiedzieć o tym, że ten kamień pozwala przyzywać umarłych. – McGonagall słysząc to, otworzyła szeroko oczy ze zdumienia i zakryła usta dłonią. – To sprawiłoby, że znowu zacząłby żyć przeszłością.
- A co z Hermioną!? - dyrektorka się oburzyła.
- Poradzi sobie z nim. Panna Granger zawsze była twardą czarownicą – odparł spokojnie Dumbledore. – Jeśli to, co mówił pan Longbottom, jest prawdą, to bardzo możliwe, że odkryliśmy ostatni kawałek układanki.
- Jakiej?
- Od lat próbowałem poznać skład eliksiru, który wskrzesił Voldemorta. Teraz jestem pewny, że jakoś dotarł do Sylfionu. Może dowiemy się, czy coś z jego zbioru przetrwało.
- Chyba nie chcesz go przywołać!
- Nie, chodzi mi o kogoś innego – oznajmił obraz. – Ale zanim z nim porozmawiamy, musisz odnaleźć kamień.
Dyrektorka Hogwartu nic nie odpowiedziała. Wyszła z gabinetu i skierowała swoje kroki ku kwaterom skrzatów. Po drodze myślała intensywnie o planie Albusa. Ufała mu, dlatego zdecydowała się na spełnienie jego żądań. Pocieszała ją myśl, że on też zauważył, to co ona. Myślała, że zwariowała, ale TO rzeczywiście było możliwe. Kto by się tego spodziewał…

***

Hermiona już nie płakała. Z Thierrym u boku łatwiej było się jej pogodzić z tym, co nieuniknione. Była mu naprawdę wdzięczna, że wsiadł w samolot i przyleciał do Londynu, przerywając swoją podróż po Europie. Musiał promować swoją książkę, ale gdy czarownica powiedziała mu, że jej mama pragnie go poznać, to nie wahał się ani chwili. Wiedział, co jest ważne i ważniejsze, a na dodatek potrafił działać. Jego spontaniczność i szalone pomysły dopełniały Hermionę, która z natury była przywiązana do zasad. Byli przeciwieństwami i to ich do siebie przyciągało.
- Razem wyglądacie cudownie – szepnęła słabym głosem pani Granger.
Jej stan od stycznia tylko się pogarszał. Nie dość, że zmagała się z białaczką, to jeszcze wyniszczony organizm został zaatakowany przez bakterie, które zajęły płuca. Lekarze ledwo odratowali swoją pacjentkę. Ostatnio zaś, przestali ukrywać przed rodziną Grangerów, że to ich ostatnie wspólne chwile. Hermiona przy mamie i Suzanne starała się zachować pogodny nastrój, ale przy ojcu i podczas rozmowy z Thierrym, rozklejała się kompletnie. Zwłaszcza nieobecność ukochanego sprawiała, że było jej ciężko. Po Sylwestrze spędzili ze sobą tylko trzy dni. Resztę miesiąca pisarz spędził, jeżdżąc po różnych miastach, gdzie rozdawał autografy i udzielał wywiadów.
- Dziękuję. To dla mnie zaszczyt, że panią poznałem – powiedział Thierry z takim entuzjazmem, jakby był na herbatce, a nie w szpitalu przy umierającej kobiecie.
- Jesteś takim miłym i kochanym chłopcem. Na pewno będziecie razem szczęśliwi – oznajmiła Jean i spojrzała znacząco na córkę.
Hermiona udała, że tego nie widzi. Nagle zainteresowała się kawałkiem nitki, który przyczepił się jej do spodni. Sporo myślała, o tym, że mama przed śmiercią chce zobaczyć jej ślub i wnuki. Nawet przez krótką chwilę czarownica rozważała, czy rozmyślnie nie zajść w ciążę, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Po pierwsze: nie chciała oszukiwać Thierry’ego. Po drugie: nawet gdyby chciała, to nie miałaby jak to zrobić bez użycia magii. Jej mężczyzny nie było w pobliżu przez kilka tygodni, a poza tym okazało się, że wyszedł z nałogu dzięki grupie chrześcijańskiej. W podzięce za uzdrowienie przyrzekł, że będzie żył według dziesięciu przykazań. Jego gorliwość religijna niepokoiła Hermionę, ale stwierdziła, że da sobie z nią radę.
- Mów, o co jej chodziło – Thierry dopadł swoją ukochaną na korytarzu, gdy wracała z toalety. – Nie udawaj, że nie wiesz. Widziałem to w jej oczach – oznajmił tonem, który wskazywał, że nie podda się, dopóki nie otrzyma odpowiedzi.
- Mama chce być na moim ślubie – burknęła czarownica, niezbyt zadowolona z faktu, że chłopak zauważył, że coś się dzieje.
- Tylko tyle? – zdziwił się pisarz.
- No, tak. Czego się spodziewałeś?
- Jakiejś fascynującej tajemnicy rodzinnej. Wyznania na łożu śmierci, które wstrząśnie twoim życiem i sprawi, że runą wszelkie podstawy twojego jestestwa.
Hermiona spojrzała na niego karcąco. Był uroczy, gdy zaczynał wpadać w marzenia i tym samym wymyślał kolejne wydarzenia do swoich książek, ale nie bawiło jej to, gdy chodziło o nią samą. Odchrząknęła znacząco, gdy zobaczyła, że on wcale nie zwrócił uwagi na to, co próbuje przekazać mu oczami.
- Pobierzemy się. Dzisiaj! – zakomunikował Thierry z radosnym uśmiechem. – Wyjdź za mnie!
- Jesteś szalony – Hermiona zachichotała nerwowo. – Chodź, nie zostawiajmy mamy samej…
Odwróciła się, aby pójść w kierunku sali dla chorych, ale poczuła, że Thierry złapał ją za rękę.
- Ja nie żartowałem – oświadczył poważnym tonem. – Jeśli mamy być razem to, tak czy siak, kiedyś się pobierzemy. Wiesz, jaka będzie różnica czy zrobimy to dzisiaj, czy za pięć lat?
Czarownica spojrzała na niego i pokręciła przecząco głową.
- Za pięć lat będziesz żałować, że nie spełniłaś jej ostatniego życzenia.
- Ale… ale co jeśli do siebie nie pasujemy? – pisnęła Hermiona. – Jesteśmy ze sobą od pięciu tygodni!
- Istnieją rozwody. Wprawdzie to będzie musiało wyjść od ciebie, ponieważ ja nie zamierzam bawić się w takie rzeczy. Ślub to ślub, jest na całe życie – westchnął teatralnie. – Ale nie będę cię zatrzymywał… zostanę wierny… Kupię samotną chatkę na brzegu jeziora na północy, gdzie śnieg pada przez dziewięć miesięcy w roku i będę polował na niedźwiedzie, a w mroczne wieczory, które rozświetlać będzie tylko ogień w kominku, będę opowiadał historie małym Innuitom…
- Przesadzasz – młoda kobieta prychnęła z niesmakiem. – Bardziej myślałam o tym, jak masz zamiar zorganizować ten ślub. Przecież to niewykonalne! Jesteś Kanadyjczykiem i przez to sprawy będą ciągnąć się tygodniami jak nie miesiącami!
- Zdziwiłabyś się, kogo zna mój agent – Thierry mrugnął do niej łobuzersko. – Jest luty, nie ma sezonu ślubnego, czyli bez problemu dostaniesz sukienkę i wszystko szybciej załatwimy. Myślę, że pomoże zaświadczenie, że twoja mama umiera…
- Posłuchaj mnie! To czyste SZA-LEŃ-STWO!
Thierry kompletnie nie przejął się protestami Hermiony. Uśmiechnął się łobuzersko i wyjął telefon komórkowy.
- Daj mi kilka godzin, a przekonasz się, że nie ma rzeczy niemożliwych!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 65 – Kryzys wieku średniego


Harry skończył nocną służbę, ale zamiast iść do domu, postanowił zostać w Ministerstwie Magii. W biurowym pokoju socjalnym zaparzył sobie duży kubek kawy i usiadł przy stole. Pijąc napar, który go rozbudzał i jedząc kanapkę, którą zrobił poprzedniego dnia Stworek, zastanawiał się, jak potoczą się dalsze losy Hermiony. Życie zdecydowanie jej nie rozpieszczało. Harry pomyślał, że nawet on nie doświadczył aż tylu problemów, odkąd pokonał Voldemorta. Hermiona wplątywała się w dziwne sytuacje, romansowała z Robardsem, zaręczyła się z Ronem, następnie go rzuciła, była w ciąży, poroniła, wpadła w ciężką depresję, ktoś zamordował Krzywołapa, pokłóciła się z Ginny, a teraz jej matka może być bardzo chora. Chłopak westchnął, gdy przypomniał sobie rozmowę z przyjaciółką po jej powrocie z wakacji. Myślał, że wróci opalona i szczęśliwa, a okazało się, że zamiast tego używała kremu z silnym filtrem i była mocno przybita. Wyznała mu, czego się dowiedziała i czekała z niecierpliwością na wynik badań. Z tego powodu Harry postanowił poczekać na Hermionę przy kominkach, którymi dostają się do pracy czarodzieje i czarownice wchodzące do ministerstwa przez szalet miejski. Chciał się dowiedzieć czy diagnoza została potwierdzona. Po nieśpiesznym zjedzeniu śniadania poszedł w miejsce, gdzie miał ją spotkać. Zakładał, że będzie jedyną osobą, która wpadła na ten pomysł, ale gdy doszedł do kominków, okazało się, że się pomylił.
- Cześć Harry! – usłyszał powitanie z ust czarownicy.
- Cześć Astorio – odparł i uśmiechnął się do niej. – Witaj Draco – dodał mniej entuzjastycznym tonem.
Dawny wróg Harry’ego stał przy swojej dziewczynie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Poruszył wargami, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko kiwnął nieznacznie głową. To wystarczyło młodemu aurorowi. Polubił Astorię po tym, jak próbowała zniwelować skutki wywiadu Dafne z Ronem, ale nadal nie czuł sympatii do jej chłopaka. Dawna wrogość zniknęła, zaraz po tym, jak Harry wstawił się za Malfoyami w sądzie (przynajmniej od strony Narcyzy i Draco), ale to nie sprawiło, że puścili w niepamięć to, co działo się w czasie nauki w Hogwarcie. Tolerowali się, ale nie byli w stanie porozmawiać ze sobą nawet o pogodzie. Widać było, że Draco nie jest zadowolony z koleżeńskich stosunków Astorii i Hermiony, ale na tyle zaangażował się w związek, że nie protestował. Harry naprawdę doceniał jego przemianę i uważał, że dobrze zrobił, nie wysyłając go do Azkabanu.
- Nie widziałeś się z nią? – spytała Astoria, przerywając ciszę.
- Nie, dlatego tutaj przyszedłem – padła odpowiedź z ust młodego aurora.
- Na Merlina, tak mi jej żal – westchnęła czarownica. – Mówiła mi, że ta choroba jest śmiertelna dla mugoli. Mam nadzieję, że się okaże, że to nie to – zamartwiała się.
Draco spojrzał od niechcenia na wielki zegar wiszący w holu, a jego mina świadczyła, że wolałby być gdzie indziej. Nic jednak nie powiedział. Harry’ego naszła refleksja, że w dawnych czasach wiadomość o chorobie pani Granger, spowodowałaby niekontrolowany wybuch radości u Malfoya. Na pewno zacząłby dobijać Hermionę poprzez głupie docinki na temat jej mugolskich korzeni i obrażanie rodziny. Teraz milczał taktownie, ściskając rękę swojej dziewczyny, która szurała nogami ze zniecierpliwienia.
- Powinna już tu być – jęknęła. – Ona nigdy się nie spóźnia, zawsze jest co najmniej piętnaście minut przed czasem.
Ledwo wypowiedziała te słowa, a w jednym z kominków pojawiła się Hermiona. Mimo upalnego lata była ubrana cała na czarno. Harry od razu zrozumiał, że wieści nie będą dobre.
- O, cześć – pisnęła. – Nie spodziewałam się, że tu będziecie.
- Mów, mów! – Astoria podeszła szybko do niej i chwyciła ją za dłonie. – Jakie wieści?
Hermiona przełknęła głośno ślinę i spuściła głowę.
- Źle… - jęknęła zbolałym tonem.
- Moje ty biedactwo! – wykrzyknęła Astoria i objęła ją mocno ramionami. – Wierzę, że będzie dobrze – oświadczyła z powagą.
- Mam taką nadzieję – odparła Hermiona, trochę podniesiona na duchu. – Na razie będzie leczona mugolskimi sposobami, a ja zamierzam w tym czasie znaleźć coś z naszego świata, co jej pomoże.
- Jestem do twojej dyspozycji! – zapewniła koleżanka z biura.
- Dziękuję, ale mam już kogoś do pomocy…
Harry, widząc delikatny uśmiech na ustach Hermiony, od razu zrozumiał, o kogo chodzi. Pewnie poprosiła Severusa o pomoc, a on się zgodził. Z jego wiedzą i umiejętnościami, mogło się to udać. Mimo tej pozytywnej myśli, chłopak wcale nie odetchnął z ulgą. Nadal miał wątpliwości co do stosunku Snape’a do Hermiony. Sam sobie tłumaczył, że troska czarodzieja wynikała z tego, że miał płacone za opiekę nad nią. Pomysł, że w międzyczasie się zakochał, był co najmniej śmieszny. Jednak Ginny nadal twierdziła, że wszystko jest możliwe. Po tym, jak wróciła na Grimmauld Place, roztaczała przed swoim narzeczonym coraz bardziej śmiałe scenariusze. Obejmowały one takie rzeczy jak: pranie mózgu, szantaż, molestowanie i gwałt. Harry starał się tego nie słuchać, ale jego podejrzliwa natura zaczynała dawać o sobie znać. Już raz okazało się, że Severus jak chce, to potrafi związać się z kobietą. Auror był trochę urażony faktem, że coś takiego miało miejsce. Był święcie przekonany, że miłość do jego matki była tak wielka, że Snape zostanie samotny do końca życia. Psycholog z Azkabanu rzuciła go, ale to nie oznaczało, że nie znajdzie sobie innej. Hermiona była blisko niego i doceniała go. Czyżby doszedł do wniosku, że mógłby…? Harry potrząsnął głową, aby odgonić od siebie tę myśl. Uznał, że lepiej nie zakładać od razu najgorszego scenariusza. Jego przyjaciółka nie była na tyle głupia, aby zakochać się w kimś takim jak Severus. Na razie przebywała głównie u swoich rodziców i z tego powodu Harry nie mógł obserwować, co się dzieje w jej domu. Nie porzucił tego planu, ale odłożył jego realizację na później.
- Znacie kogoś, kto jest długoletnim uzdrowicielem w Świętym Mungu? – pytanie Hermiony przerwało przemyślenia Harry’ego.
- Eee… nie – odparł i zerknął na Astorię i Draco, którzy pokręcili przecząco głowami. – Może pani Pomfrey?
- Potrzebuję kogoś, kto leczył mugoli, a ona na pewno tego nie robiła, będąc w Hogwarcie. Może gdybyście popytali…
- Przecież Hanna Abbott skończyła kurs na uzdrowiciela! – nagle przypomniał sobie Harry.
- Rzeczywiście! – Hermiona wyglądała, jakby była zła na samą siebie. – Że też o tym nie pomyślałam.
- Martwisz się o mamę, to normalne, że czasem coś przeoczysz – powiedziała miękko Astoria. – Masz prawo nie pamiętać o wszystkim.
- Mimo to… - czarownica już zamierzała zaprotestować, ale przerwał jej teatralny kaszel Draco.
- Nie chciałbym wam przeszkadzać… - powiedział, przeciągając sylaby – ale jeśli zerkniecie na zegar, to zobaczycie, że zaczynamy pracę za pięć minut. Myślę, że nie chciałybyście się spóźnić.
Wszystkie głowy odwróciły się w stronę ściany, gdzie wisiał przyrząd do pomiaru czasu. Malfoy miał rację. Dziewczyny szybko pożegnały się z Harrym i pobiegły w stronę swojego biura. Draco olał dobre maniery i ruszył ku windom, nie zaszczycając dawnego wroga nawet jednym spojrzeniem.
- Taaa – mruknął Harry do jego pleców – ja też życzę ci miłego dnia.
Odwrócił się na pięcie i nieśpiesznym krokiem poszedł w stronę rzędu kominków, odpowiadając po drodze na powitania czarownic i czarodziejów. Pogrzebał przez chwilę w kieszeni i znalazł przygotowaną porcję proszka Fiuu. Wkraczając w szmaragdowe płomienie, marzył tylko o kąpieli i odespaniu nocnej służby.

***

Hermiona nie marnowała czasu. W czasie przerwy obiadowej napisała i wysłała wiadomość do Neville’a i Hanny, którzy mieszkali razem u jego babci w wiosce Mould−on−the−Wold. Pytała w niej, czy może wpaść do nich na małą pogawędkę. Wkrótce otrzymała odpowiedź twierdzącą i wyruszyła na spotkanie.
- Zadałaś mi trudne pytanie – mruknęła Hanna i się zamyśliła.
Razem z Hermioną i Nevillem siedzieli w ogrodzie za domem, popijając sok wiśniowy. Słońce powoli kryło się za horyzontem, malując chmury intensywnymi kolorami pomarańczy, różu, błękitu i fioletu, które pasowało do barwnych roślin, hodowanych przez czarodzieja.
- Jako specjalność wybrałam zatrucia roślinne i pracuję w szpitalu dopiero od miesiąca, dlatego nie mogę ci za bardzo pomóc – wyznała Hanna po dłuższej chwili. – Nie miałam na oddziale mugola i powiem szczerze, że na kursie nie uczono nas, jak ich leczyć. Musiałabym spytać mojej przełożonej…
- Nic nikt nie mówił? Albo chociaż wspominał? – zapytała zszokowana Hermiona. – Może w jakiejś książce…
- Nie. W książkach na pewno niczego na ten temat nie było, a ja się nie spotkałam z takim przypadkiem. Chociaż słyszałam, że mugoli bardzo ciężko się leczy.
- Czemu?
- Bo oni mają inne organizmy niż my – padła odpowiedź. – Nie są tak odporni. Ich wszystko może zabić. Zazwyczaj kontakt z naszym światem tak się dla nich kończy… - pokiwała smutno głową.
- To akurat wiem – mruknęła niepocieszona Hermiona. – Se… - już chciała powiedzieć „Severus”, ale szybko zauważyła swój błąd – ktoś mi mówił, że eliksiry są dla nich trujące, a zaklęcie uszkadzają ich mózg.
- To możliwe – przytaknęła Hanna. – Musiałabyś spytać kogoś, kto leczył mugoli.
- Kogo? – jęknęła czarownica z rozpaczą.
- Może poszłabyś ze mną do szpitala – odezwał się Neville, widząc zatroskaną minę swojej przyjaciółki. – Mam zamiar jutro rano odwiedzić rodziców. Tak często u nich bywam, że znają mnie wszystkie uzdrowicielki na oddziale. Zapytamy ich, czy znają odpowiedź na twoje pytanie.
- Och, byłoby wspaniale! – Hermiona się rozchmurzyła. – Wprawdzie miałam spędzić sobotę u swoich rodziców, ale jestem pewna, że zrozumieją.
- Zazdroszczę ci, że ich masz – chłopak powiedział cicho.
- Nie mów tak – zaprotestowała Hanna. – Przecież twoi rodzice żyją!
- Lepiej, aby byli martwi. To, co ich spotkało, jest gorsze niż śmierć.
Hermiona zamilkła, nie wiedząc co odpowiedzieć. Współczuła Neville’owi i w duchu nawet przyznawała mu rację. Gdy sobie wyobraziła, że jej rodzice żyją, ale jej nie rozpoznają, to zebrało się jej na płacz.
- Może kiedyś ktoś coś wymyśli… - zaczęła mówić. – Nowe eliksiry, zaklęcia...
Chłopak pokręcił głową ze smutkiem, przeprosił dziewczyny i poszedł do domu, aby uzupełnić sok w dzbanku.
- On stracił nadzieję – wyszeptała Hanna do Hermiony. – Tak naprawdę dawno ich nie odwiedzał. Teraz idzie do nich tylko dla ciebie.
- O kurczę – zdziwiła się czarownica. – Naprawdę?
- Tak.
Hermiona poczuła niesamowitą wręcz wdzięczność, a wzruszenie prawie odebrało jej zdolność mowy. Do mocnego pragnienie zalezienia lekarstwa dla mamy, doszła jeszcze chęć uzdrowienia państwa Longbottom. Pomyślała, że dzięki połączeniu sił z Severusem, mogłoby się to udać.
- Gdzie i o której się umawiamy? – zapytała Nevilla, który wrócił z dzbankiem.
- Dziewiąta, izba przyjęć. Pasuje?
- Pasuje.
Klinika Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga nic się nie zmieniła od ostatniego pobytu Hermiony. Wypełniona była pacjentami, którzy padali ofiarą własnych i cudzych zaklęć, klątw rzuconych na przedmioty, źle uwarzonych eliksirów lub magicznych zwierząt i roślin. Uzdrowiciele dwoili się i troili, aby pomóc jak największej liczbie osób. Na parterze panował hałas, jakiego nie powstydziłby się mecz quidditcha, dlatego dziewczyna odetchnęła z ulgą, gdy wspięła się z Nevillem na czwarte piętro. Gdy weszli na oddział Urazów Pozaklęciowych, zerknęła w stronę sali, w której przebywał Gilderoy Lockhart. Siedział na swoim łóżku i czytał książkę dla dzieci, zaśmiewając się do rozpuku. Hermionie od razu zrobiło się cieplej w okolicy serca. Przypomniała sobie niedorzeczną, nastoletnią miłość, którą darzyła go  w drugiej klasie. Tak się zapatrzyła na czarodzieja, że w ostatniej chwili udało jej się zatrzymać przed wychodzącą z sali uzdrowicielką. Obydwie odskoczyły od siebie ze strachem.
- Hermiona! Co ty tu robisz? – Penelopa Clearwater z trudem utrzymała tacę, na której ustawione były buteleczki z eliksirami.
- Przyszłam, aby się z tobą zobaczyć! – odparła czarownica bez zastanowienia i wyszczerzyła do niej zęby.
- Ze mną? – zielone oczy uzdrowicielki rozszerzyły się ze zdumienia.
- Wy się znacie? – zdziwił się Neville.
- Byłyśmy spetryfikowane przez bazyliszka – wyjaśniła Hermiona.
- Gdyby nie jej pomysł z lusterkiem to obydwie byłybyśmy już martwe – potwierdziła Penelopa.
- Rzeczywiście! – chłopak pacnął się dłonią w czoło. – Zapomniałem!
- Słuchajcie, chętnie z wami porozmawiam, ale muszę skończyć podawanie eliksirów – wyjaśniła blondynka. – Poczekajcie na korytarzu, a ja niedługo tutaj przyjdę.
Hermiona skinęła potwierdzająco głową, ale Neville powiedział, że idzie odwiedzić swoich rodziców. Zanim to zrobił, dziewczyna zatrzymała go i podziękowała za wszystko. Spotkanie Penelopy było jego zasługą, chociaż nie było to celowe działanie. Sama Hermiona nie wiedziała, że była dziewczyna Percy’ego pracuje w szpitalu. Miała jednak świadomość, że uzdrowicielka lubi ją i jest wdzięczna za radę, którą udzieliła jej w bibliotece Hogwartu wiele lat temu. To oznaczało, że na pewno jej pomoże.

***

Severus siedział na kanapie i patrzył na swoją współlokatorkę, która krążyła po salonie i opowiadała o swoich odkryciach, mocno przy tym gestykulując. Spędziła prawie cały weekend w Szpitalu Świętego Munga, latając po wszystkich oddziałach i bombardując uzdrowicieli pytaniami.
- Co za ignorancja! – dziewczyna denerwowała się i nakręcała coraz bardziej. – Wiedziałam, że czarodzieje mają dość mocno lekceważący stosunek do mugoli, ale to, co usłyszałam, jest poniżej wszelkiej krytyki! Nawet uzdrowicielka z pięćdziesięcioletnim stażem nie była w stanie powiedzieć, co czary uszkadzają w układzie nerwowym. Nie wiedziała, czemu tak się dzieje, ani jaka ilość magii jest dopuszczalna. To samo dotyczy eliksirów. Nikt nic nie wie. Skandal!
- Czyli znalazłaś potwierdzenie tego, co ci mówiłem – podsumował Snape z triumfem wypisanym na twarzy.
- Potrzebne mi są konkrety, a nie domysły – żachnęła się Hermiona. – Przyczyny, badania, analizy! Nie tłumaczenia, że taka jest tradycja i nikt nie będzie ryzykował. Wychodzi na to, że każdy mugol trafiający do Munga otrzymuje minimum pomocy, a jeśli przeżyje to dobrze!
- Przetrwają tylko najsilniejsi – mruknął były mistrz eliksirów.
- Muszę dotrzeć do źródeł – oświadczyła czarownica, siadając koło niego. – Przeanalizować historię czarodziejów i mugoli. Może natrafię na jakiś trop.
- Cóż mogę doradzić… pozostają ci tylko książki – powiedział Severus, szybko wstając.
- Wiem – mruknęła.
Czarodziej miał ochotę powiedzieć jej, że i tak nic z tego nie będzie, ale nie zrobił tego. Przeczytał książki, które wypożyczyła z mugolskiej biblioteki na temat białaczki i doszedł do wniosku, że magiczne sposoby nie zadziałają. Brak rzetelnych badań jeszcze bardziej utrudniał sprawę. Jedyne co pozostało matce dziewczyny, to lekarze i ich sposoby. Mimo wszystko nie chciał jej dobijać. Uważał, że lepiej będzie, jeśli Granger znajdzie sobie jakieś zajęcie.
- Napisałem do Minerwy. Masz jej pozwolenie, aby korzystać z biblioteki Hogwartu, łącznie z działem ksiąg zakazanych – zakomunikował z nutą zadowolenia w głosie. – Skłamałem, że pomagasz mi w zleceniu dla Świętego Munga.
- Dlaczego sam nie pójdziesz? – uniosła brwi w geście zdumienia.
- Nie jestem tam mile widziany – odparł krótko, odgarniając kosmyk z czoła, który od jakiegoś czasu uparcie wysuwał się zza ucha. – Tobie chętniej wszyscy pomogą. Jeśli przyniesiesz księgi do domu, to ja będę je czytał, gdy będziesz w pracy i pozaznaczam przydatne informacje. W międzyczasie mogę spróbować uwarzyć eliksir, który mógłby pomóc twojej matce, ale nie obiecuję, że będzie działał.
Na te słowa twarz Hermiony pojaśniała, a na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech. W oczach widać było szczery podziw.
- Ty naprawdę potrafisz być wspaniały, jeśli zechcesz – oznajmiła nieoczekiwanie, wpatrując się w niego intensywnie.
Severus, nieprzygotowany na płomienny wzrok połączony z komplementem, poczuł, że opada mu szczęka. Starając się ukryć zaskoczenie, szybko zamknął usta i szarpnął gwałtownie głową, tak że kosmyki włosów znowu znalazły się na jego twarzy. Odgarnął je, intensywnie myśląc nad odpowiedzią, ale nic nie przychodziło mu na myśl.
- Czemu ich po prostu nie zetniesz? – zapytała dziewczyna, jednocześnie ratując go z opresji. – Widzę, że cię denerwują.
- Ty masz krótkie, ja mam długie. W tym domu musi być równowaga – powiedział pierwsze, co mu przyszło do głowy.
Reakcja dziewczyny była natychmiastowa. Wybuchnęła perlistym śmiechem. To była szczera, intensywna reakcja, jaka się jeszcze nie zdarzyła w jego obecności. Severus nie mógł powstrzymać bladego uśmiechu. Hermiona uznała, że jest wspaniały i rozśmieszyło ją jego stwierdzenie. Dawno nie czuł się tak mile połechtany.
To uczucie sprawiło, że nagle zrozumiał, o co mu chodziło przed wyjazdem dziewczyny na wakacje. Nie chciał, aby traktowała go jak powietrze albo dodatek do mieszkania. Pragnął, aby podziwiała go i doceniała. Patrzyła z uwielbieniem. Chciał, aby jego zdanie było dla niej ważniejsze niż kogokolwiek innego. Wyobraził sobie, jak Hermiona zrywa dla niego kontakty ze wszystkimi swoimi znajomymi. Widział twarz zrozpaczonego i rozeźlonego Pottera, który zrozumiał, że przegrał, ponieważ jego przyjaciółka woli bardziej inteligentne i wysublimowane towarzystwo.
To było niesamowite wręcz odkrycie. Wcześniej sądził, że brakuje mu fizycznych aspektów związku, czyli tego wszystkiego, o czym mówił Dundy. Spełnienie tych potrzeb było kuszącą wizją i nie miałby nic przeciwko, ale odstraszało go, że musiałby jednocześnie pogodzić się z rolą, która nie do końca mu odpowiadała. Wyobrażenie sobie, że byłby zmuszony iść z nią na oficjalną kolację i siedzieć przy jednym stole z Potterem, Weasleyami, Longbottomem lub Robardsem, skutecznie studziło jego zapał. Tyle lat się kontrolował, więc powrót do abstynencji seksualnej nie byłyby dla niego czymś trudnym. Teraz sytuacja się diametralnie zmieniła, gdy Hermiona zrobiła coś, czego się nie spodziewał. Ta nić duchowego porozumienia, która powstała przypadkiem, uświadomiła mu, że chodziło o psychikę. Musiał ją za wszelką cenę podtrzymać.
- Kto by przypuszczał, że jestem w stanie cię rozśmieszyć – oznajmił przymilnym tonem, a jego czarne oczy spoczęły na jej twarzy i rumieńcach.
- Myślałam, że to niemożliwe. Zaskoczyłeś mnie – rzekła z uznaniem, zbierając notatki ze stolika.
- Jestem pełen niespodzianek – zachichotał, jednocześnie posyłając różdżką brudne kubki i talerz po kanapkach do kuchni. – Myślę, że dzisiaj nic więcej nie wymyślimy. Potrzebna nam odpowiednia literatura.
- Masz rację – zgodziła się z nim bez wahania.
- Potrzebujesz jeszcze Eliksiru Słodkiego Snu Hermiono? – zapytał uprzejmie, wiedząc, że dziewczyna na pewno zauważy, że użył jej imienia.
- Tak. Byłoby miło, gdybyś zostawił go na moim biurku – dała mu odpowiedź, gdy szła po schodach na górę.
Godzinę później Severus bez skrępowania przypatrywał się śpiącej czarownicy. Przystawił do łóżka krzesło i usiadł na nim, zakładając nogę na nogę. Odchylił się do tyłu, lewą rękę położył sobie wygodnie na brzuchu, aby podtrzymywać prawy łokieć. Palcami wolnej dłoni gładził się po ustach, będąc zatopionym w myślach. Jego czarne oczy przebiegały po ciele dziewczyny, zaczynając od włosów i twarzy, a na nogach kończąc. Wąskie usta rozciągnięte były w uśmiechu. Z radością stwierdził, że stracił chęć, aby jej dotknąć. Wystarczyło, że patrzył na nią i planował, jak sprawić, aby bez użycia magii, była całkowicie pod jego wpływem. Obiecał Albusowi, że będzie chronił syna Lily przed Voldemortem. Zrobił, co do niego należało. Teraz chciał sprawić, aby syn Pottera cierpiał. Otworzyła się przed nim nowa możliwość i zamierzał ją wykorzystać.  Starszy Potter zabrał mu miłość jego życia, a zarazem przyjaciółkę. Severus nie miał możliwości odbicia młodszemu Weasleyówny. Dlatego postanowił, że zabierze mu przyjaciółkę i dzięki jej pomocy wykończy resztki cudownego trio.
- To nie będzie proste – mówił sam do siebie w myślach. – Muszę powoli i z rozmysłem przekonywać ją do siebie. Nie będę się śpieszyć. Byłem cierpliwy, działając przeciwko Voldemortowi i opłaciło się to.
Wiedział, że przed nim jest wiele pracy. Przede wszystkim musiał jeszcze raz przypomnieć sobie zasady z książki o zdobywaniu przyjaciół. Przez pobyt w Azkabanie i gadaninę Sary, nie był już tak skłonny do wybuchów złości, ale nadal miał problem, aby powstrzymać się przed drwinami i jadowitymi uwagami. Lubił znęcać się nad słabszymi od siebie i ciężko było mu przestać. Widok roztrzęsionego Longbottoma i innych uczniów sprawiał Severusowi wiele radości. Co nie zmieniało faktu, że gdy chciał, to potrafił się powstrzymać. Najlepiej mu to wychodziło, jeśli miał nad sobą groźbę zdemaskowania i wizję długiej, bolesnej śmierci. To zawsze pomagało mu się uspokoić podczas spotkań wśród śmierciożerców.
Pod wpływem wspomnień odruchowo potarł lewe przedramię. Czarna czaszka z wężem zniknęła, zostawiając brzydką bliznę. Z tego powodu nigdy nie nosił koszul lub szat z krótkim rękawem. Nienawidził tego, co zostało wypalone na jego skórze. Wielokrotnie próbował się tego pozbyć, ale czary Voldemorta były zbyt silne. Blizna także nie dawała się w żaden sposób usunąć. Wyglądało na to, że piętno pozostanie mu na całe życie.
Hermiona westchnęła przez sen i przekręciła się na drugi bok. Dzięki temu Severus przypomniał sobie o jej obecności i znowu się na niej skupił. Musiał przyznać, że spodobał mu się ten pierwszy raz, gdy szczerze się przy nim roześmiała. Teraz musiał sprawić, aby było tak przez większość czasu. Pamiętał jak Sara mówiła, że kobiety lubią komplementy i kwiaty. Wspomniała też, że istnieją takie, które cenią inteligencję bardziej niż urodę.
- W przypadku Granger książki dadzą lepsze rezultaty niż kwiaty – oznajmił w myślach Snape. – Na wygląd na pewno nie patrzy, ponieważ inaczej nie związałaby się z najmłodszym Weasleyem. Chociaż w jego przypadku to nie wiem, co ją do niego ciągnęło. Zero myślenia, brak ogłady. Za to bez wątpienia inteligencja to moja specjalność – zaśmiał się bezgłośnie. – Jeśli się zakocha, to tym lepiej dla mnie. Prędzej czy później, będzie moja.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 18 – Niespodzianki


Severusa obudziło stukanie różdżki w drzwi celi. Przeciągając się na materacu pomyślał, że nadeszła pora kolacji. Wrota otworzyły się i do pomieszczenia wszedł auror. Severus chciał dogryźć mu w jakiś sposób, ale zaniemówił, gdy spostrzegł, że za mężczyzną wkroczył do celi sam Kingsley Shacklebolt.
- Witaj – rzekł.
- Czemu zawdzięczam tę wizytę? – zapytał Snape, gdy opanował emocje.
- Przyszedłem sprawdzić jak się miewasz.
- Cudownie! Wasz hotel jest wspaniały. Ten wystrój wnętrz, te drinki z palemką przy basenie…
- Nie musisz być taki sarkastyczny! – przerwał mu Kingsley. – Wiem, że Azkaban jest strasznym miejscem dlatego zarządziłem inspekcję i chcę się dowiedzieć od więźniów co jeszcze można zmienić.

Severus popatrzył się na niego jak na niezbyt mądre dziecko i przełknął kęs chleba, który był jednym z elementów składowych kolacji.
- Spraw aby tu nie było tak nudno! – odrzekł.
- Potańcówka ci się marzy? – spytał się Kingsley szczerząc zęby.
- No jasne! – warknął Severus. – Zaproszę do tanga Alecto Carrow albo jakiegoś śmierciożercę!
- Wiem, że po tym co się stało za bardzo cię nie kochają…
- Uwielbiają! – jęknął Severus przypominając sobie ostatnie wyjście. – Jak mam się z nimi spotykać podczas spacerów na dziecińcu to już wolę siedzieć w celi! Jestem przyzwyczajony do lochów!

Kingsley zamyślił się na chwilę.
- Nie mogę zezwolić ci na samotne spacery – rzekł swoim głębokim głosem.
- Czemu nie? – fuknął Snape.
- Jesteś więźniem, nie masz szczególnych przywilejów. I tak jesteś w lepszej sytuacji niż oni, ponieważ wyjdziesz za dwa lata, a oni będą tu siedzieć do końca życia.
- Jakby mnie to obchodziło – Severus wzruszył ramionami. – To chociaż jakieś książki albo gazety dajcie. Wolę czytać Proroka Codziennego niż nudzić się jak uczeń na lekcjach Trelawney!

Minister Magii szybko podjął decyzję.
- Zgoda, będziesz dostawał codziennie gazetę i co jakiś czas książkę…
- W celi mogłoby być trochę cieplej! – kontynuował Snape.
- To nie ośrodek wypoczynkowy – stwierdził Kingsley patrząc się na spacerującego po celi Severusa. – Mogę jednak powiedzieć aurorom aby rzucili odpowiednie zaklęcia…
- Jedzenie jest niesmaczne! Jesteśmy ludźmi, a nie świnkami morskimi! Próbowałeś tego chleba? Tu są trociny! – Snape kontynuował wyliczenia i wymachując resztką kromki przed obliczem Kingsleya.
- Zobaczę co się da zrobić w tej sprawie – odrzekł Minister Magii wyciągając z chleba coś co rzeczywiście wyglądało jak trociny i przyglądając się temu badawczo.

Severus stanął w miejscu i zamyślił się. Dotarło do niego, że Kingsley coś zbyt łatwo zgadza się na zmiany.
- Nie mów, że aż tak ci żal biednych więźniów! – oznajmił krzyżując ręce na piersi. – Co się za tym kryje?
Czarnoskóry mężczyzna uśmiechnął się dobrodusznie do Severusa jak do dziecka i zbliżył się do niego.
- Gdy ochraniałem mugolskiego premiera dowiedziałem się wielu rzeczy. Na przykład tego, że w ich więzieniach stawiają na coś takiego co się nazywa „resocjalizacja”.
- Z czym to się je? – spytał się nieufnie Snape.
- Chodzi o to aby sprawić, że po wyjściu z Azkabanu, były więzień powróci na łono społeczeństwa jako dobry czarodziej – wyjaśnił Kingsley.
- Jestem cholernie dobrym człowiekiem – warknął Severus. – Tak dobrym, że powinniście mi pomnik postawić!
- Ciekawa inicjatywa! Może po twojej śmierci czarodzieje to rozważą  – zaśmiał się czarnoskóry mężczyzna. –Teraz zaś postanowiłem, że oddam kilku więźniów w ręce psychologa, który pomoże im zrozumieć błędy jakie popełnili…
- Zapewniam Cię, że rozumiem swoje błędy i nie muszę o nich z rozmawiać z jakimś psycho-coś tam! – żachnął się Severus i ostentacyjnie odwrócił się twarzą w stronę ściany.
- Dodatkowo uznałem, że przyda się wam praca. Siedzicie samotnie w celach, co niczemu nie służy. Od jutra będziecie pomagać w kuchni, sprzątać korytarze, prać i działać na korzyść społeczeństwa… - kontynuował Kingsley szczerząc zęby.

Severusa zmroziło. On ma obierać ziemniaki? Latać ze szczotą po korytarzu? BEZ CZARÓW? Spojrzał się na Kingsleya jakby zwariował.
 - Nie będę pracował jak jakiś skrzat domowy!
Czarnoskóry mężczyzna wypiął pierś i zbliżył się do więźnia z wrednym uśmieszkiem.
- Będziesz… albo możesz pomarzyć o wygodach, gazetkach i książkach…
Snape popatrzył się na Ministra Magii z rządzą mordu w oczach.

***

Następnego dnia Severus otrzymał Proroka Codziennego razem ze śniadaniem. Przy okazji dowiedział się, że według grafiku ma tego dnia dyżur w pralni razem z Umbridge i Rabastanem Lestrange.
- Będzie wesoło – pomyślał ponuro zabierając się do czytania gazety i wypicia kawy.
Kingsley wyraźnie dał do zrozumienia, że jeśli więźniowie nie będą się wywiązywali z powierzonych im zadań to zostaną zamknięci w zimnej celi bez rozrywek i z trocinami jako pożywieniem. Severus najchętniej powiedziałby gdzie czarnoskóry mężczyzna może sobie wsadzić taki szantaż, ale po dłuższym przerzucaniu się argumentami musiał skapitulować. Siedział w Azkabanie prawie rok i miał dosyć takiego życia. Tak bardzo się nudził, że wolał bawić się w skrzata domowego aby dzięki temu uzyskać dostęp do kawy, świeżego jedzenia, gazet i książek.

Severus jadł właśnie grzankę z dżemem brzoskwiniowym, gdy zauważył sprostowanie napisane przez Dafne Greengrass. Wyznawała w nim, że artykuł w czasopiśmie „Czarownica” był nieprawdziwy i godził w dobre imię Harry’ego Pottera, Hermiony Granger oraz Malfoyów za co autorka kaja się i przeprasza poszkodowanych.
- Ha! Wiedziałem! – stwierdził zadowolony. – Granger nie byłaby na tyle durna aby zrobić coś takiego!
Nagle wypadła mu z ręki reszta kromki, gdy zorientował się, że odnosi się pozytywnie do sukcesu swoich byłych uczniów.
- Zwariowałem! – szepnął przerażony i rozejrzał się niespokojnie po celi. – Azkaban robi ze mnie wariata!

***

Przez kilka dni po przesłuchaniu dyscyplinarnym Harry’ego Hermiona przeżywała wewnętrzne katusze. Wiele osób podchodziło do niej i gratulowało z powodu wygranej sprawy z Dafne Greengrass. Nie szczędzili przy tym zapewnień, że zawsze wierzyli w jej niewinność. Hermiona starała się uśmiechać, ale w głębi duszy miała ochotę wyć do księżyca. Dziękowała i uciekała pod byle jakim pretekstem. Nadal brzydziła się tym co zrobiła i zbierało się jej na mdłości, gdy widziała w myślach rozgniewaną twarz Dafne. Pogodzenie się z Harrym i Ginny niewiele ją pocieszało. Wyrzuty sumienia wracały i nie dawały jej spokoju.

Aby uwolnić się od dręczących ją wspomnień rzuciła się w wir nauki oraz badań nad skrzatami domowymi. Podczas jednej z sesji badawczej, Hermiona z przyjaciółmi zobaczyli, że odwiedziła ich Minerwa McGonagall. Najpierw była ciekawa jak rozwija się W.E.S.Z., ale szybko przeszła na tematy dotyczące życia po ukończeniu szkoły.
- Chciałabym zostać magizoologiem – zdradziła Luna. – Dzięki pracy przy skrzatach domowych zrozumiałam, że moim powołaniem jest praca z magicznymi istotami oraz udowodnienie istnienia ględatka niepospolitego i chrapaka krętorogiego!
- Hagrid mówił, że jesteś jego najlepszą uczennicą – uśmiechnęła się do niej dyrektorka. – Mam nadzieję, że uda ci się to co postanowiłaś.

Następna była Ginny, która opowiadała, że chciałaby zostać graczem quidditcha. Gdy przyszła kolej Neville’a ten wspomniał, że profesor Sprout widziałaby go w roli jej asystenta na lekcjach.
- Jesteś pewny? – spytała się profesor McGonagall. – Będziesz musiał się jeszcze sporo nauczyć o roślinach. Na dodatek… - tu uśmiechnęła się znacząco - uczniowie nie zawsze są chętni do współpracy…
- Dam radę! Przeciwstawiłem się samemu Voldemortowi, co to dla mnie stado rozbrykanych pierwszoroczniaków!

Dyrektorka wyglądała przez moment jakby chciała wybuchnąć śmiechem. Poprawiła okulary na nosie i wyprostowała się.
- Nie umniejszam twoich osiągnąć na polu walki panie Longbottom, ale muszę ci uświadomić, że proces nauczania młodych czarownic i czarodziejów jest bardzo skomplikowany i wiąże się z wieloma trudnościami. Wiem, że przez ostatnie lata zaszła w tobie ogromna zmiana – powiedziała z uznaniem. – Będę cię uważnie obserwowała zanim zdecyduję ci dać posadę. Mam nadzieję, że wykażesz się wszystkimi cechami, którymi dobry nauczyciel powinien się odznaczać.
- Dam z siebie wszystko! – Neville obiecał gorliwie.
- Powiem szczerze, że wierzę w ciebie – odrzekła McGonagall. – Nie lubię odmawiać, ale czasem jestem do tego zmuszona… W sierpniu musiałam odprawić z kwitkiem Cho Chang i jej koleżankę Mariettę. Chciały być nauczycielkami po ukończeniu szkoły… Żadna z nich się nie nadawała.
- Marietta? – pisnęła Ginny. – Przecież z tymi pryszczami na twarzy byłaby pośmiewiskiem!
- Nieładnie ją potraktowałam… - powiedziała Hermiona pod nosem.
Nagle poczuła mocne uderzenie pod żebrami. Gdy spojrzała się na Ginny, mina jej przyjaciółki mówiła „skończ z tym wreszcie!”. Hermiona roztarła sobie obolałe miejsce i nie odezwała się więcej na ten temat.
- Dowiedziałeś się czegoś jeszcze o swoim ojcu panie Thomas? – spytała się McGonagall Deana.

Gwardia Dumbledore’a pracowała obecnie nad zdobyciem wiadomości o Johnie Mda. Dean napisał do swojej mamy i zapytał wprost czy ten mężczyzna jest jego ojcem. Odpowiedź przyszła następnego dnia i Leila potwierdziła w niej wszystko. Po pierwszym wybuchu radości czarnoskóry chłopak postanowił skontaktować się z tatą. Wtedy okazało się, że nie jest to takie proste jak się wydaje. Johna Mda nikt nie widział od czasu Pierwszej Wojny Czarodziejów. Pewnego dnia zniknął razem ze swoją rodziną i od tamtego czasu krążyły różne plotki.
- Nie, nic nowego – powiedział ponuro Dean.
- Przykro mi – odrzekła dyrektorka. – Nie ma pewności, że został zabity przez Voldemorta albo jego popleczników. Możliwe, że uciekł gdzieś daleko razem z rodziną i nie podjął decyzji o powrocie. Mam nadzieję, że go odnajdziesz.
- Mam taki zamiar – oznajmił Dean. – Gdy wrócę do domu na święta wielkanocne to zacznę wypytywać mamę o szczegóły i sprawdzę czy mugole go znali. Z jakiegoś powodu udawał Phila Thomasa…
- Uważam, że mógł uciekać przed Voldemortem – wtrąciła się Hermiona. – Spytałam się profesora Winslowa co wie o ojcu Deana i ten wspominał, że był wspaniałym alchemikiem i pochodził z rodziny czystej krwi. Voldemort mógł chcieć go zwerbować do swoich szeregów. Ten wiedząc, że ma do wyboru przyłączenie się do niego albo śmierć, postanowił zaszyć się wśród mugoli. Możliwe, że Voldemort dotarł do jego rodziców i ten wolał ukryć się gdzieś z nimi…
- Ale w takim razie co ze mną i moją mamą? – spytał Dean ze złością. – Czemu się z nią rozwiódł i nie powiedział czemu?
- Może… może… chciał was przed nim chronić! – wyjąkała Hermiona po dłuższej chwili.
- To mógł nas zabrać razem ze sobą!
- Może nie żyje… wiesz, Voldemort go dopadł, ale nie wiedział o tobie i twojej mamie – zaczęła pocieszać kolegę Luna.
- A może po prostu uciekł i tyle… – zrezygnowany Dean usiadł na ławie i zwiesił głowę.
- Panie Thomas! Proszę się nie załamywać! – wszyscy usłyszeli ostry ton Minerwy McGonagall. – Masz przed sobą wyzwanie, powiedziałabym, że wielkie. Musisz dowiedzieć co się stało z Johnem Mda!
- Dasz radę! – dodał Neville. – Wszyscy ci pomożemy!
- Harry już grzebie w archiwach Ministerstwa i szuka czy śmierciożercy nie mówili czegoś na jego temat podczas przesłuchania! – wtrąciła Ginny.
- Mój tata może zamieścić ogłoszenie w „Żonglerze” jeśli chcesz – odezwała się Luna.

Dean wyglądał przez moment jakby chciał się rozpłakać. Pociągnął nosem i wstał powoli. Jego twarz rozjaśnił uśmiech.
- Dziękuję wam wszystkim! Tak wiele to dla mnie znaczy! Dowiem co się stało z moim ojcem i nic nie stanie mi na przeszkodzie! – zawołał z entuzjazmem.
- Niestety jest coś na przeszkodzie - wtrąciła dyrektorka i oczy uczniów powędrowały w jej stronę. – Najpierw musisz zdać egzaminy i ukończyć szkołę.

***

Ginny weszła do przedziału, w którym siedziała Hermiona, Luna, Dean i kilku innych członków Gwardii Dumbledore’a. Pociąg mknął od kilku godzin po torach i uczniowie spodziewali się, że niedługo dojadą do Londynu gdzie rozpoczną przerwę z okazji świąt wielkanocnych.
- Neville powiedział, że zostaje w przedziale prefektów. Mówię wam, tak się ślini do Hanny Abott, że… - przerwała patrząc z niepokojem na Lunę.
Na twarzy Krukonki nie pojawiło się nic poza normalnym dla niej wyrazem rozmarzenia.
- Jeśli chce być z Hanną to ja nie mam nic przeciwko – powiedziała spokojnie. – Wiedziałam, że nie byliśmy sobie przeznaczeni.
- Trochę szkoda… - mruknął Dean.
- Ja chcę podróżować po świecie, badać zwierzęta. On woli stać w miejscu i hodować rośliny… to nie mogło się udać – oświadczyła Luna.
- Dopasowanie jest ważne – dodała Ginny. – Z Harrym idealnie się dogadujemy. Lubimy quidditch i ryzyko. Myślę, że po szkole wyjdę za niego za mąż.

Chłopaki siedzący w przedziale dostali nagłego napadu kaszlu. Dziewczyny zmroziły ich wzrokiem.
- Chciałabym aby tak się stało – rzekła Hermiona. – Jeśli wyszłabym za Rona byłybyśmy siostrami!.
- Jak wy dajecie radę być ze sobą mimo tylu różnic? – spytała się Luna.
- Och! – pisnęła zaskoczona Hermiona. – To… hmm… wiecie, uczucie potrafi przezwyciężyć wszystkie trudności. Ron wie, że uwielbiam książki, on za to kocha quidditcha. Jedno drugiemu nie zabrania zajmować się swoją pasją i jakoś to łączymy – zaczerwieniła się. – Po szkole pewnie zamieszkamy razem i kto wie, może kiedyś się pobierzemy… - zakończyła rozmarzonym tonem.
W odpowiedzi na to dziewczyny zachichotały, a chłopaki popatrzyli na siebie przerażonym wzrokiem.

***

Harry stał razem z Ronem na peronie 9 i ¾ oczekiwali na pociąg. Tłum gęstniał z każdą minutą ponieważ wielu rodziców przybyło aby odebrać swoje dzieci.
- Będziesz mieszkał z Hermioną w czasie ferii? – zagadał przyjaciela Harry.
- Tak – mruknął. – Ona nie da rady oderwać się od siostry…
- Zazdroszczę jej. Szkoda, że nie mam rodzeństwa.
- Nie przesadzaj! – oburzył się rudzielec. – Rodzeństwo oznacza walkę o każdy kęs ciasta! Wiesz ile musiałem się nakombinować aby dostać chociaż jedną zabawkę? Brrr! – wzdrygnął się ostentacyjnie.

Obok nich przeszła rodzina składająca się z rodziców, dziadków i młodszych dzieci. Popatrzyli się na Harry’ego z ciekawością i zaczęli szeptać między sobą. Chłopak wyraźnie usłyszał słowa „Rogacz” i „Snape”.
- Na Merlina… oni naprawdę wierzą w te bzdury, które napisała Rita? – jęknął Ron patrząc się na nich jak na Graupa.
- Gdybym miał za ojca Severusa to pierwsze co bym zrobił to utopił się w jeziorze – powiedział Harry starając się aby brzmiało to zabawnie.
- Nie ma mowy stary! Nie utopiłbyś się – oznajmił Ron pewnym siebie tonem.
- A niby czemu?
- Ośmiornica by cię złapała i wyrzuciła na brzeg!
- Fakt… - Harry przyznał rację przyjacielowi i podrapał się po głowie.

Teraz rodzinka szeptała między sobą wyraźnie patrząc na Rona, który to zauważył i wypiął dumnie pierś.
- Jednak to, że opisała ciebie jako bohatera i przywódcy naszej grupy jakoś ci nie przeszkadza – zauważył Harry z przekąsem.
- Oj tam! Nie przesadzaj! – stwierdził rudzielec i wyszczerzył zęby do szepczącej rodzinki. – Nawet nie wiesz ile osób przychodzi do naszego sklepu tylko po to aby coś kupić i dostać ode mnie autograf! To wspaniała reklama!
- Jest! – Harry wskazał na zbliżające się światła pociągu. – Jak ja się strasznie stęskniłem za dziewczynami !

***

- Mamo, ona siedzi! ONA SIEDZI! – Hermiona nie mogła opanować emocji. – Jak wyrosła! Jest taka duża! Daj mi buzi moje ty słoneczko, jesteś taka słodka, że aż bym cię zjadła!
Ron przyglądał się jak jego dziewczyna zachwyca się siostrą. Jego mina wyrażała przerażenie. Nagle poczuł jak pan Granger klepie go po ramieniu.
- Spokojnie! To tylko wygląda groźnie… tak naprawdę dzieci nie są takie straszne – roześmiał się.
- Ja tak tego nie widzę… - wyjęczał Ron słabym głosem.
- Spokojnie! Trzymaj piwko! – pan Granger wręczył rudzielcowi szklankę z napojem. – Po prostu wyluzuj i pamiętaj o zabezpieczeniu – puścił oko do chłopaka.
- Tak, tak, zabezpieczenie… to podstawa – bełkotał Ron starając się uśmiechać.
- Możesz też po prostu trzymać swojego przyjaciela na wodzy…
- Tato! – Hermiona usłyszała ostatnią wymianę zdań i postanowiła zareagować. – Przestań! Jesteśmy dorośli i wiemy co nieco o pewnych sprawach!  
- Ja tak tylko żartowałem! – zaczął tłumaczyć się pan Granger. – Z drugiej strony jeszcze nie skończyłaś szkoły i gdyby wam się coś… eeee, przytrafiło… dziecko na przykład to wiesz…
- Jestem na tyle odpowiedzialna, że podjęłabym się wychowania! - Hermiona posłała ojcu ostrzegawcze spojrzenie i jednym machnięciem różdżki posłała kufer do swojego pokoju.
- Czasem mam wrażenie, że powinnaś się trochę wyluzować… – wymruczał pod nosem pan Granger tak aby jego córka tego nie usłyszała.

Hermiona rzuciła się na swoje łóżko i przez kilka chwil wdychała zapach świeżej pościeli. Od razu poczuła, że jest u siebie, w miejscu za którym tyle tęskniła. Poczuła się jakby znowu była małą dziewczynką od zawsze mieszkającą z rodzicami, która nigdzie nie wyjeżdżała. Otworzyła powoli oczy i rozejrzała się po swoim pokoju. Nic się nie zmieniło od czasu jej ostatniego pobytu. Tylko na biurku leżała paczka zapakowana w brązowy papier.
- Od kogo to może być? – zastanowiła się i sięgnęła po nią.
Nadawcą okazał się Thierry Bouchard mieszkający w Kanadzie. W momencie, gdy Hermiona rozrywała papier do pokoju wszedł Ron.
- Co to? – spytał się.
- Paczka od Thierry’ego – odparła Hermiona. – Ostatni raz pisałam z nim w wakacje i nic nie mówił, że mi coś przyśle… czyżby to była jego książka?

Ron podszedł do swojej dziewczyny aby przyjrzeć się zawartości paczki. Hermiona miała rację. W ręce trzymała dość grubą książkę. Na okładce widniał obrazek przedstawiający czarownicę. Hermiona od razu zauważyła, że miała ona takie same włosy jak ona i dość podobną twarz. Różnicą było to, że namalowana dziewczyna miała o wiele pełniejsze kształty. Tytuł brzmiał „Hermiona White i Magiczna Akademia”. Zaskoczona Hermiona popatrzyła się na Rona.
- Czy ty też widzisz to co ja? – spytała się zszokowana. – On… on napisał o mnie książkę!?
Hermiona spojrzała na tył okładki i znalazła tam opis fabuły. Ron usiadł na łóżku czekając aż jego dziewczyna przeczyta tekst.


Hermiona White jest czarownicą i uczy się w Akademii Magii, gdzie poznaje tajemnicze zaklęcia oraz skomplikowane eliksiry. Jej pochodzenie owiane jest tajemnicą ponieważ została znaleziona na progu sierocińca jako niemowlę. Jedyne co łączy ja z przeszłością to zagadkowa blizna na plecach. Pewnego dnia jej spokojne życie zostaje zburzone, gdy dowiaduje się, że poluje na nią Czarnoksiężnik Waldemar. Czego on chce od Hermiony? Kim jest tajemniczy mężczyzna, który staje w jej obronie? Wszystko wyjaśnia się w dniu szesnastych urodzin dziewczyny…


- Na Merlina… co to za brednie! - wyrzuciła z siebie Hermiona. – Waldemar? Blizna? Akademia Magii? Czyżby Thierry był czarodziejem? – zastanawiała się.
Ron poruszył się niespokojnie na łóżku i zaczął obracać szklankę z resztką piwa. W końcu westchnął i powiedział:
- Nie jest. On wie wszystko ode mnie…
Hermiona odwróciła się gwałtownie w stronę swojego chłopaka i oczy zapłonęły jej z gniewu.
- Ron! Coś ty znowu zrobił!?
- Wiedziałem, że tak zareagujesz… - oświadczył cicho rudzielec i skulił się w sobie. – To było wtedy, gdy spędziliśmy pierwszą noc w hostelu w Australii. Ty poszłaś spać, a ja byłem z Thierrym w barze na dole. Trochę popiliśmy, a potem coś tam paliliśmy – zerknął szybko na Hermionę aby sprawdzić czy nie dostanie jakimś zaklęciem, a gdy upewnił się, że nie to zaczął kontynuować. – W międzyczasie Thierry żalił mi się, że chciałby napisać coś fantastycznego. Mówił, że najbardziej lubi historie o czarnoksiężnikach i tym podobnych. Trochę mi się język rozwiązał i zacząłem mu opowiadać o naszych przygodach…
- O nie! – jęknęła Hermiona i złapała się za głowę. – Czyś ty oszalał!?
- Oj, to nie było tak, że mu mówiłem wszystko jak było… mnóstwo rzeczy pozmieniałem… język mi się plątał… - Ron poczerwieniał ze wstydu i zdenerwowania. – On się spytał czy może to opisać, ja się zgodziłem, ale kazałem mu wszystko pozmieniać. Thierry przyrzekł, że to zrobi…
- No i chyba trochę pozmieniał! – stwierdziła Hermiona patrząc się na wielkie balony swojej imienniczki.
- Następnego dnia myślałem, że on o tym zapomniał. Gadaliśmy o tym nie dłużej niż godzinę czy dwie, a później oglądaliśmy mecz… pamiętasz co było, gdy wróciliśmy do pokoju – Ron przełknął nerwowo ślinę. – Nie chciałem cię denerwować kwiatuszku. Byłaś taka zajęta odnalezieniem rodziców, że po prostu nie mogłem dodać ci zmartwień…

Hermiona zerknęła na okładkę. Thierry nie zrobił swoim bohaterem Harry’ego tylko ją.  Wyglądało na to, że naprawdę pozmieniał wiele szczegółów. Podejrzewała, że pijany Ron rzeczywiście nie zdradził zbyt wiele. Zastanawiała się czy Ministerstwo Magii rozpocznie śledztwo w tej sprawie. Będzie musiała przeczytać książkę Thierry’ego i stwierdzić czy mają czego się obawiać.
Po tych przemyśleniach Hermiona popatrzyła się na swojego chłopaka. Ron był tak przybity, że żal ścisnął je serce. Pomyślała, że przecież nie chciał źle. Chciał ją ochronić i pomóc w odnalezieniu rodziców. Musiała się zgodzić, że dodatkowe problemy tylko by ją dobiły w tamtym czasie. Podeszła do niego i usiadła mu na kolanach.
- Wybaczam ci – oświadczyła i pocałowała go w nos.
- Naprawdę?
- Tak! – potwierdziła skinieniem głowy i popatrzyła mu się głęboko w oczy. – Musimy przeczytać książkę aby zobaczyć czy bardzo nabroiłeś. Jeśli tak to poprosimy Thierry’ego aby nie pisał niczego więcej na nasz temat – westchnęła. – Mam nadzieję, że ta książka nie okaże się popularna…