czwartek, 10 grudnia 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 7 - Historia Zamku Durentius


Padało.
Na początku delikatnie, następnie wiatr przybrał na sile. Nastała ciemność. Krople deszczu zaczęły gwałtownie rozbijać się o szyby domu Michalskich. Błyskawice raz po raz przecinały niebo.

Patrycja w złym humorze sięgnęła po broszurę wyjętą z paczki ojca. Okazało się, że Angelique dała mu książkę pt.: „Rodzice – Mugole. Jak radzić sobie z magiczną młodzieżą gdy nie ma się pojęcia o życiu czarodzieja”. Do tego dołączony był informator o magicznych miejscach: Magowie, Mystopach i Zespole Szkół oraz wszelkie materiały dotyczące fałszywego gimnazjum, które później pokazali Wojtysiakom. O ile książka nie zdobyła uznania w oczach dziewczynki, o tyle druga pozycja okazała się interesująca. Czytała ją kilka razy w przeciągu ostatniego tygodnia. Przed chwilą wysiadł prąd w całym domu więc nie mogła dalej siedzieć na Facebooku. Nie mając co robić, Patrycja stwierdziła, że najlepiej jeszcze raz zajrzeć do informatora. Gdy pójdzie do szkoły będzie znała na pamięć wszystko co zostało tam napisane.

Rzuciła się w kulkowy fotel, rozłożyła broszurę i… nie zaczęła czytać. Wpatrywała się w ulewę za oknem przypominając sobie kłótnię na Facebooku. To nie jej wina, że nie może powiedzieć przyjaciółkom dlaczego nagle idzie do szkoły na drugim końcu Polski! Wprawdzie pokazała im materiały o fałszywym gimnazjum ale chyba wyczuły, że kłamie ponieważ nadal bombardowały ją pytaniami. Zwłaszcza Anka była nieugięta. W ostatniej rozmowie oznajmiła wprost, że wie, że to wszystko kłamstwo i jeśli Patrycja nie powie jej prawdy to oznacza koniec ich przyjaźni. Sytuacja wydawała się bez wyjścia. Patrycja nie miała zamiaru iść do nowej szkoły obsypana pryszczami. Na razie brak prądu uwolnił ją od odpowiedzi ale wiedziała, że się nie wymiga. Chyba straci przyjaciółkę…

Aby o tym nie myśleć zaczęła czytać informacje o swojej przyszłej szkole:

Zespół Szkół Magii i Czarodziejstwa imienia Mistrza Jana Twardowskiego (historyczne nazwy: Szkoła Durentius, Główna Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Polsce, Akademia Magii i Czarodziejstwa w Polsce) – jedyna polska uczelnia kształcąca czarownice i czarodziejów, mieszcząca się w zamku Durentius w Mystopach, położona gdzieś w Karpatach. Jedna z najstarszych tego typu szkół w Europie, założona w 1569 roku z inicjatywy Mistrza Jana Twardowskiego, ufundowana przez Zygmunta II Augusta. W 1932 została nazwana imieniem założyciela co było związane z rozdzieleniem szkoły na gimnazjum i liceum. Herb szkoły nawiązuje do Herbu Rzeczypospolitej Obojga Narodów z 1569 roku, stąd korona królewska. Na niebieskim polu jest słynny kogut Jana Twardowskiego, który na piersi ma tarczę z księżycem – rzekome miejsce ucieczki Mistrza przed diabłem (mugolska społeczność wymyśliła tę historię, aby wytłumaczyć nagłe zniknięcie czarodzieja). Ptak trzyma w pazurach różdżkę – symbol magii. Nad kogutem unoszą się cztery złote gwiazdy – oznaka trudów jakie muszą przejść uczniowie, aby stać się czarodziejami i czarownicami. Na dole herbu znajduje się wstęga, a na niej dewiza szkoły: „alteri vivas oportet, si vis tibi vivere”, która pochodzi od Seneki Młodszego i oznacza „trzeba żyć dla innych, jeśli chcesz żyć z pożytkiem dla siebie”.

Jan Twardowski, a właściwie  Laurentius Dhur (1473 – 1587) urodził się w Niemczech w rodzinie mugoli. Od dziecka przejawiał cechy magiczne jednak nie było wtedy ani czarodzieja ani szkoły, która by go przyjęła na ucznia z powodu jego pochodzenia. Dopiero w dorosłym wieku został zauważony przez samego Fausta (1490 – 1536), który został jego mistrzem. Szybko przyswoił sobie całą wiedzę, którą posiadał jego nauczyciel i wyruszył do Polski na dwór królewski, aby tam szukać szczęścia. Jednakże jego pochodzenie znowu dało o sobie znać. Miejscowi czarodzieje nie chcieli zadawać się z Niemcem i do tego „nieczystej” krwi, szeptano królowi, aby uważał na odmieńca, podejrzewali go o szpiegostwo. Zmienił wtedy Laurentius Dhur imię i nazwisko na Jana Twardowskiego oraz zaczął uczyć pod Krakowem sztuk magicznych dzieci, które pochodziły z mugolskich rodzin lub były „półkrwi”. Jego sława jako dobrego nauczyciela i świetnego maga dotarła do uszu samego Zygmunta II Augusta, który nie słuchając złych opinii miejscowych czarodziejów, podarował mu szlachectwo i majątek w zamian za usługi. Gdy królowi zmarła ukochana żona Barbara Radziwiłłówna ten ogłosił, że hojnie wynagrodzi osobę która sprowadzi ją z powrotem, żywą lub umarłą. Wiele lat trwały próby różnych osobistości z magicznego świata, ale żadnemu się to nie udało. Dopiero w nocy z 7 na 8 stycznia 1569 roku udała się ta sztuka Mistrzowi Twardowskiemu – przywołał ducha Barbary. Zygmunt II August spytał się czego pragnie czarodziej, ten nie wahał się ani sekundy z odpowiedzią. Zażyczył sobie miejsca gdzie mógłby szkolić uczniów w sztukach magicznych oraz gdzie będzie można postawić okazały gmach który będzie niewidzialny dla mugoli. Król zgodził się i podpisał akt utworzenia pierwszej czarodziejskiej szkoły obejmującej swoim zasięgiem Koronę Polską i Wielkie Księstwo Litewskie oraz umożliwiała naukę dzieciom z mugolskich rodzin z innych krajów. Poszukiwanie idealnej lokalizacji trwało ponad rok. Zamek Durentius, nazwany tak po śmierci Jana, powstał w Karpatach w przeciągu dziesięciu lat (1570-1580). Pracowało przy nim wielu adeptów Mistrza oraz zagraniczni czarodzieje, którzy sprowadzali się razem z rodzinami do wioski nazwanej z czasem Mystopami. Nazwa ta wiąże się z całkiem interesującą legendą, która została zapisana przez Myślibora Wierzbówkę z Piaskowic w roku 1791:

„Gdy na miejsce upatrzone przez Mistrza Iana Twardowskyego przybył ostatni z dynastii Jagiellonów, Król Zygmunt August, postanowiono, że nastąpi odświętne wmurowanie Kamienia Węgłowego. Był to wielki kamulec ozdobnie obryty przez ucznia Mistrza, był to Henryk z Wieprzowic - Garncarzem zwany gdyż sztuką taką wieczorami się parał dla nerwów ukojenia. Nikt z człeków niemagicznych siły nie miał tyle by ów kamulec ruszyć. Toteż postanowiono, że siłą magiczną uczeń który wykonał ryty postawi go w miejscu przeznaczenia. Henryk Garncarz wielką czując podnietę z zadania nań nałożonego źle inkantację czarodziejską wymówił. Kamulec uskoczył na pięć łokci w górę jako zając przez człeka ze snu wyrwany. Widać w górze źle mu było bo spadł na ziemię wprost na stopy Mistrza Iana. Wrzasnął ten głosem z bólu nabrzmiałym: umieściłeś go na mych stopach kmiocie! Toteż na pamiątkę tego niezwykłego wydarzenia wieś niedaleką, według królewskiej rady, Mychstopami nazwano, którą przez lata skrócono i tak pozostało po dzień dzisiejszy”.

Obecnie zamek i jego okolice….

Patrycja nie dokończyła czytać zdania ponieważ pani Jadwiga oznajmiła, krzycząc z parteru, że dziewczynka ma gościa. Zanim jednak zdążyła zastanowić się kto mógł ją odwiedzić w taką pogodę została przygnieciona do ziemi przez coś miękkiego i mokrego za razem.
 - Pyyyyyyyyśkaaaaaaaaaaaa! – rozbrzmiał głos Zochy. – Stęskniłam się za Tobą to se przyjechałam do ciebie! Wyszłam z domu, patrzę a tu autobus do ciebie! No, normalnie los tak chciał. Wsiadłam, biletu nie miałam ale kanarów nie było. Po drodze zaczęło lać ale przybiegłam, wiedziałam gdzie mieszkasz bo mi mówiłaś, że gdzieś tutaj. Ja tak często chodzę po mieście, że znam cały Lublin! Zawsze wiem gdzie ktoś mieszka. Cieszysz się, że jestem?
- Fak… to znaczy… tak… - jęknęła Patrycja wygrzebując się spod obfitego biustu koleżanki.
- Oooooooo! Czytasz informator! Można się z niego tyle dowiedzieć. Nasza szkoła będzie na pewno super. Strasznie mi się podoba jak oni to opisali. I te ruszające się zdjęcia! Zajebiste są!
- Ciiiiiszej… bo pani Jadwiga cię wygoni, nie znosi przeklinania.
- Przeklinania? „Zajebiście” to chyba nie przekleństwo..
- Nie lubi takich słów, nie raz dostałam opiernicz za jakieś głupoty.
- Zjebę znaczy się?
- Zocha!
- No już, już, nabijam się…- Zośka uśmiechnęła się. – To co? Masz ochotę na trochę czarów?

Patrycji nie trzeba było długo przekonywać. Po przedyskutowaniu czy mają już na sobie Namiar doszły do wniosku, że na pewno nie ponieważ zacznie on działać od 1 września. Zabarykadowały się w pokoju i na wszelki wypadek, aby pani Jadwiga niczego nie słyszała, przyłożyły do drzwi materac zdjęty z łóżka Patrycji.
- Ty słuchaj… myślisz, że podziała na nią Muffliato? – Zocha zastanowiła się głośno. Trzymała w ręku swoją różdżkę, którą przed chwilą wyjęła z plecaka. – Warto spróbować… Muffliato!
- Jak się dowiemy czy to działa?
- Jeśli coś rozwalimy i ona nie przyleci to działa!
- Eeee.  No dobra… to od czego zaczniemy?
- Ja już zaczęłam! Rzuciłam Muffliato!
- Zocha! Ty mnie nie wkurzaj! Jakie będzie kolejne zaklęcie, którego użyjemy?
- Hmmm… - czarnowłosa dziewczynka zajrzała do podręcznika od transmutacji. – Tutaj są różne zaklęcia… np. jak zniknąć ślimaka. Masz ślimaka?
- Nie.
- To może zapałki? Zamienimy w igły.
- Nie.
- Kurde, to może nie transmutacja, ta była trudna w Harrym… chociaż my mamy 13 lat a oni 11 jak zaczynali szkołę to może nam lepiej pójdzie. Wiem! Trzeba zajrzeć do podręcznika od zaklęć.
- Zocha! Mam! – Patrycja uniosła różdżkę. – Lumos!
- FUUUCK YEEEEAAAH! – zawyła z radości Zośka widząc, że koleżance udały się czary.
Po czym kilka sekund później materac poruszył się i spadł pociągając za sobą lampkę stojącą na nocnym stoliku. Dziewczyny zamarły patrząc na roztrzaskujące się szkło. W szparze między drzwiami a framugą ukazała się rozeźlona twarz pani Jadwigi.
- Czy możecie mi wytłumaczyć czemu wyjecie jak opętane i dlaczego ten materac nie jest na łóżku!?
Zośka popatrzyła na Patrycję, która stała ukrywając za plecami różdżkę i powiedziała ze spokojem:
- czyli Muffliato nie działa…

Dwa tygodnie później Patrycja z Zośką przeglądały w pokoju tej pierwszej nowe szaty szkolne. Paczkę dostarczyły poprzedniej nocy trzy sowy. Wylądowały w pokoju pana Grzegorza, który zaszył się tam aby leżąc na łóżku, przy lampce wina, dokończyć ostatnią część Harry’ego Pottera. Mrucząc coś o czystym wariactwie zaniósł paczkę córce, kazał ją schować do szafy i obejrzeć dopiero gdy Wojtysiaków nie będzie w domu. Przy okazji wdał się z Patrycją w dyskusję na temat czytanych książek.
- I wyobraź sobie Zocha… tata nie chce abyśmy miały w szkole bazyliszka albo smoka albo Puszka albo… no chociaż Aragoga! A przecież to najlepsza zabawa! Mam nadzieję, że będzie tam mnóstwo niebezpiecznych stworzeń, najlepiej w lesie. Jak ja bym chciała zobaczyć testrale! No i mówił jeszcze, że ma nadzieję, że nie ma u nas turnieju Trójmagicznego! To jest straszne, przecież to najlepsze ze wszystkich książek – powiedziała Patrycja z przejęciem podczas rozkładania szat na łóżku. 
Mogły bezpiecznie otworzyć paczkę ponieważ Wojtysiakowie pojechali na dłuższe zakupy. W środku czekały na Patrycję dwie granatowe szaty codzienne, jedna czerwona szata wyjściowa, dwa biało-granatowe stroje do ćwiczeń i jedna czarna peleryna jesienna. Dołączone były do nich dodatki: jeden pas złoty, jeden srebrny oraz czapka. Dziewczynka popatrzyła na nie ze zdumieniem wypisanym na twarzy.
- Zocha… co to jest!?
- Szaty szkolne, ślepa czy co?
- Ale, a-ale… przecież to nawet nie przypomina szat z Harry’ego Pottera! Mam jedną parę, kupiłam na Pottermore! To jakaś pomyłka! – Patrycja była zdruzgotana.
- No nie przypomina – odparła ze spokojem Zośka skubiąc słonecznik.
- Zocha!!!
- Pyśka, ty ślepoto jedna! Ty w ogóle patrzyłaś się na ludzi w Magowie?
- Ja… chyba... no…
- Nie zauważyłaś że inaczej wyglądali niż na filmach o Harrym?
- Tyle się działo, że się nie przyglądałam dokładnie... – odpowiedziała zaczerwieniona ze wstydu Patrycja. 
Nie rozumiała czemu Zośka się jej czepia. Przecież to było jak sen. Nie zwracała uwagi na ubrania czarodziejów. Bardziej skupiała się na przekonaniu ojca aby ją puścił do szkoły. To było w tym momencie ważniejsze niż jakieś tam łachy. Postanowiła zaatakować. 
– To może ty mi powiesz co to jest pani Mądralińska!

Zocha wstała z fotela, co trochę trwało biorąc pod uwagę jak ciężko się podnieść z worka wypełnionym styropianowymi kulkami. Odłożyła słonecznik na bok, w czasie drogi do łóżka otrzepała ręce i zaczęła mówić:
- To jest szata wyjściowa wzorowana na... eee... kontuszu – podniosła czerwoną szatę. Przypominała ona krótki szlafrok, miała długie, rozcięte rękawy zakończone białym futerkiem. Na kołnierzu oraz wykończeniu dołu także był cienki pas futra. Zapinane było na klatce piersiowej na 3 duże, złote guziki które po bokach miały złote hafty. – Nosiło się to dawno temu, już nie pamiętam dokładnie kiedy ale w Magowie co druga kobieta to miała, mężczyźni też tylko dłuższe. Popatrz, tu jest pas do tego… nie ten srebrny, ten złoty! Pod spodem nosi się długą sukienkę. Do tego masz czapkę… kurde… jak ona się nazywała. Później Ci powiem jak mi się przypomni. Widzisz? Jest czerwona z białym futrem więc na bank jest do wyjściowej. Te dwie są na co dzień – wskazała na szatę tego samego kroju co pierwsza jednakże nie było przy niej futra tylko srebrne hafty. Guziki i pas były tego samego koloru. Na lewym rękawie błyszczał się herb szkoły. Zośka wskazała na dwie kolejne. – To są stroje do ćwiczeń… no to chyba jasne skoro mamy tutaj koszulę i spodnie, lekki materiał… Te wierzchnie to chyba wtedy gdy będziemy biegać po boisku... Myślisz, że będzie tam jakieś boisko?
- Do quidditch’a na pewno, chociaż sorka wspominała o różnych sportach.
- No dobra, ostatni jest płaszcz abyśmy nie zmarzły – podniosła długą, czarną tkaninę. Kaptur miał wewnątrz futro, tak samo jak i na brzegach. Zapinany był na rząd złotych guzików. Nie miał rękawów, zamiast tego było dwie, obramowane złotym haftem dziury. Na piersi wyhaftowany był herb. – Niezłe, podoba mi się. A! Ta czapka to konfederatka! Wiedziałam, że coś związanego z „Przeminęło z wiatrem”.
- Z czym?
- Książek nie czytasz? – Zośka pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Czytam! Głównie o magii.
- Ale tamto to romans z historią USA w tle.
- Romans!? Historia!? Bleeee! – Patrycja zaczęła udawać, że gwałtownie wymiotuje.  – Jedyne co lubię to „Historia bez cenzury”, widziałaś to?
- Nie…
- To popatrz! Jest zajebiste, szkoda, że tak nie uczą w szkole… – po tym wyznaniu Patrycja włączyła Youtube.

Sytuacja z Anką Cegielską i resztą dziewczyn zakończyła się zerwaniem przyjaźni. Patrycja, mimo że początkowo była przygnębiona, stwierdziła że nie odczuła mocno straty koleżanek. Miała w końcu Zochę która jak nikt inny ją rozumiała i została jej nową najlepszą przyjaciółką. Czasami wstydziła się jej zachowania: zwyczaju rzucania się na nowo poznanych ludzi w celu wyściskania (pan Jan twierdził, że to zabawne), wymądrzania się i gadatliwości (tata Patrycji był zaskoczony książkami, które zna dziewczynka i chętnie podejmował dyskusję na dany temat), zjadania wszystkiego co jest zjadliwe (Pani Jadwiga była wniebowzięta, że ktoś prosi o trzecią dokładkę i zawsze ją komplementuje) czy noszenia dziwacznych ubrań („Pyśka, ty się nie znasz! Ciucholandy są ekstra!”). Mimo jej wad była wspaniałą kompanką w szalonych eskapadach z różdżkami w plecaku. Szukały ustronnego miejsca i tam na zmianę próbowały czarować. Ku rozpaczy Patrycji Zocha szybciej opanowywała kolejne zaklęcia. Mimo różnic potrafiły gadać całymi godzinami o przeczytanych fanfikach i razem wzdychały do Draco. Raz nawet ojciec Patrycji pozwolił zrobić im maraton filmów o Harrym co spotkało się z dezaprobatą pani Jadwigi i wyprawą z panem Janem do sklepu w celu kupienia dwóch opakowań lodów, trzech dipów, trzech paczek chipsów i różnych smaków drażetek czekoladowych.

Po rozmowach na tematy rodzinne okazało się, że Zocha wcale nie jest cyganką. Jej matka była drobną blondynką o niebieskich oczach, których kolor odziedziczyła jej córka. Ojcem był za to hindus, po którym dostała większą część wyglądu. Starsza siostra, piętnastoletnia Milagros wyglądała jak swoja matka. Zaś dziewiętnastoletni brat, nie wiedzieć czemu, urodził się rudy. Zośka nie bardzo chciała się przyznać, ale w końcu wyjawiła, że nie utrzymuje kontaktów z ojcem i nie ma jego nazwiska. Matka pracowała sezonowo za granicą przy zbiorach owoców i warzyw – dlatego rodzina nie miała dużo pieniędzy. Z tego powodu szkoła ufundowała Zośce stypendium, a wszystkie rzeczy do szkoły były z drugiej ręki. Jednak optymistyczna natura dziewczynki nie pozwoliła jej się użalać nad sobą. Uwielbiała chodzić po ciucholandach i szukać „perełek” do swojej kolekcji. Obecnie była pod wpływem filmów z Bollywood, które namiętnie oglądała ze starszą siostrą. Dlatego ubierała się w orientalne tuniki, sukienki, spódnice i szale. Patrycja na te dziwactwa często kręciła głową nie wiedząc co o tym myśleć. Jak można było nie chcieć iść do centrum handlowego i kupić ubrań z najnowszej kolekcji? Dziewczyny u niej w podstawówce miały swój styl: dużo różowego, bluzy z One Direction, jeansy i wzorowanie się na zagranicznych piosenkarkach. Nawet ona i Anka, mimo, że lubiły się przebierać za lolity w domu, do szkoły chodziły ubrane normalnie.
- Pyśka! Pokaż mi te swoje ciuchy z Japonii – rozkazała Zocha gdy obejrzały już wszystkie odcinki „Historii bez cenzury”. – Chcę zobaczyć czym się tak podniecasz.
Patrycja posłusznie otworzyła szafę. Zośka początkowo oglądała ubrania z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale w pewnym momencie odwróciła się do koleżanki z miną jakby wymyśliła lek na raka.
- To jest fajne! Weź załóż tą długą sukienkę w czarno-czerwoną kratę.
- Po co?
- Poco to się nogi noco! Pyśka, rób jak mówię! Nie jęcz, mordko ty moja i bierz dupkę w troki!

Patrycji nie pozostało nic innego jak spełnić prośbę koleżanki. Zastanawiała się skąd Zocha czerpie takie teksty. Czasem klęła z koleżankami na przerwach ale po cichu aby nauczyciele nie usłyszeli. Widać wychowanie na ulicy Lubartowskiej zrobiło swoje. Wyjęła wyjątkowo długą sukienkę z szafy i założyła na siebie. Zocha podała jej wyjściową szatę i kazała dodać do kreacji. Następnie obwiązała koleżankę pasem.
- Spójrz na siebie… Tak idziesz na rozpoczęcie roku! Jak ja coś powiem to nie ma chuja we wsi, jak nie pójdziesz to rzucę na ciebie klątwę. Zapewniam cię że już kupiłam u Madamy Zakrzewskiej odpowiednią książkę…. – dodała złowieszczym tonem tak na wszelki wypadek.
Postanowiły przejrzeć resztę loliciej garderoby Patrycji i skompletować ubrania pasujące do magicznego świata. Resztę dnia spędziły zamawiając więcej ciuchów przez internet.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 7 – Wizyta w Azkabanie


- Nie, nie i jeszcze raz nie! – powiedziała Hermiona odwracając się do Harry’ego plecami. – Prosisz o zbyt wiele!
- Hermiono… Jesteś naszą ostatnią nadzieją…
- Mam sporo na głowie! Jeszcze mi tylko Snape’a brakuje!
Harry przyjechał do domu Hermiony aby odebrać od niej notatki dotyczące spraw sądowych z udziałem obrazów. Zaczęli rozmawiać o swoim dawnym profesorze eliksirów i szybko wyszło na jaw czego jeszcze oczekuje od niej przyjaciel. Okazało się, że Snape nie zgadza się aby ktokolwiek go bronił przed Wizengamotem. Złożyło mu wizytę pół Zakonu Feniksa, ale nikomu nie udało się przekonać go do zmiany decyzji. Harry wiedział, że jego przyjaciółka ma wiele obowiązków i odraczał ten moment jak tylko mógł, ale w końcu nie miał wyjścia i musiał poprosić ją o pomoc. Hermionie w ogóle się to nie podobało. Wprawdzie zakończyła remont i nadrabianie zaległości z Ginny jednak wiedziała, że rozprawy będą się ciągnąć przez dłuższy czas, a ona chciała się porządnie przygotować do owutemów. Hermiona miała świadomość, że i tak będzie zajęta przez pierwsze miesiące szkoły przez proces Umbridge.
- Wiem, że jest ci ciężko – powiedział miękko Harry kładąc ręce na jej ramionach i obracając ją do siebie. – Wiesz jaki on jest, a tylko ty potrafisz sobie poradzić z takimi osobami. Z Percym szło ci śpiewająco… Na dodatek znasz na pamięć Prawo Czarodziejów.
- Nie przesadzaj! – warknęła Hermiona. – Nie znam wszystkiego!
- Tak? Jak brzmi piąty punkt Karty Praw Wizengamotu?
- Oskarżony ma prawo powoływać świadków na swą obronę… Czemu się śmiejesz?!

Popatrzyła się na jego rozbawioną twarz, ręce nadal trzymał na jej ramionach. Zrozumiała powód jego wesołości i nagle wszystko wydało jej się zabawne. Chichotali jak szaleni z głowami pochylonymi ku sobie, aż się zetknęli czołami. Właśnie wtedy weszła do pokoju jej mama.
- Och, kochanie, chyba przeszkadzam… - powiedziała i szybko zamknęła drzwi.
Hermiona odskoczyła od Harry’ego i dopadła ją na schodach.
- Mamo! Miałaś nie wstawać!
- Nie przesadzaj… poszłam do toalety i pomyślałam, że może chcecie czegoś do picia…
- Marsz do łóżka! Zrobimy mrożoną herbatę, przyniesiemy ci ją i posiedzimy z tobą!

Dwadzieścia minut później Harry opowiadał mamie przyjaciółki co go przywiodło do ich domu. Temat Snape’a nie był dogłębnie przez Hermionę omówiony dlatego pani Granger słuchała z zainteresowaniem. Na samym końcu jej córka spytała się co powinna zrobić.
- Szczerze?
-Tak, mamo.
- Ja bym go ratowała nawet jeśli on tego nie chce.
- Widzisz, Hermiono?  - rzekł Harry. – Słuchaj się mamy!
- Wiem, kochanie, że oceny są dla ciebie bardzo ważne – pani Granger popatrzyła się z czułością na córkę. – Jesteś taka mądra i ambitna. Myślę jednak, że w przyszłości będziesz bardziej żałować, że nie zrobiłaś czegoś dobrego niż to, że dostałaś kilka niższych ocen na egzaminach. Nauka to nie wszystko, ważniejsi są ludzie.

Hermiona przygryzła wargę. Myślała, że mama ją poprze. Dobrze wiedziała, że nie lubi Snape’a, wiele razy opowiadała rodzicom o znęcaniu się nad uczniami, jego braku sprawiedliwości i wywyższaniu ślizgonów.
- Wiem, że był okropny… ale z tego co opowiadał Harry możliwe jest, że to była tylko gra – kontynuowała pani Granger. – Sądzę, że nie jest zadowolony z faktu, że jego tajemnica zostanie odkryta. Tyle lat żył udając, że jest złym człowiekiem.
- Mamo, ja wiem, że zachował się wspaniale walcząc z Voldemortem. Prawda jest taka, że jest okrutny, złośliwy i mściwy. Jego prawdziwe cechy charakteru pomagały mu w tym wszystkim. Nie musiał się wysilać udając, że nienawidzi Harry’ego ponieważ taka jest prawda!
- Tak, też tak myślę – dodał Harry. – Jednak uważam, że należy mu pomóc. Mimo wszystko doprowadził do upadku Voldemorta, a ja chcę aby każdy znał prawdę o jego bohaterstwie. Poza tym nie zamierzam siedzieć bezczynnie i patrzeć jak go skazują na Azkaban. Nie chcę żyć ze świadomością, że mogłem mu pomóc, a niczego nie robiłem. Problem jest w tym, że mnie nie chce widzieć. A ciebie po jakimś czasie… hmm… zaakceptuje…
- Dowalasz mi mnóstwo roboty, wiesz o tym?
- Wiem, naprawdę wiem – powiedział spokojnie. – Kiedyś ci się odwdzięczę, nie wiem kiedy i nie wiem jak, ale jeśli tylko będziesz czegoś potrzebowała… ja zawsze ci pomogę, obiecuję.

Hermiona westchnęła i popatrzyła się na lód pływający na dnie kubka. Nie była zachwycona, zależało jej na jak najlepszych ocenach, a przez ciągłe wizyty w Ministerstwie Magii nie będzie mogła uczyć się tyle ile zechce. Z drugiej strony jej poczucie obowiązku i sprawiedliwości mówiło jej, że powinna obronić Snape’a.
- Naprawdę nikogo innego nie da się znaleźć? Może ja będę temu komuś tylko pomagać?
- Problem w tym, że nie ma nikogo takiego. Większość osób się do tego nie nadaje. Nie znają prawa, nie wiedzą co trzeba robić w Wizengamocie…
- A niby ja wiem? W mugolskim świecie aby zostać adwokatem trzeba mieć skończone studia!
- Przydałoby się zapoczątkować u nas taki zawód. W czarodziejskim może to być każdy pełnoletni czarodziej…
- Oskarżony musi się zgodzić na obrońcę, jeśli Snape nie zechce ze mną współpracować to niczego nie poradzę!
- Chociaż spróbuj! Proszę cię, Hermiono! Jak nie będzie chciał to damy mu spokój i będziemy mieć czyste sumienie!
- Mamo…?
- Dasz radę, wierzę w ciebie – pani Granger uśmiechnęła się do córki. – Poza tym… myślę, że gdy będzie po wszystkim bez problemu dostaniesz pracę, nie ważne ile uzyskasz owutemów.

Tym co zaskoczyło Hermionę po wyjściu Harry’ego było dziwne zachowanie jej matki. Zaczęło to być tak widoczne, że nie wytrzymała i spytała się o co jej chodzi.
- Wiesz córeczko, gdy weszłam do twojego pokoju…
- To co mamo?
- Nie chcę ci nic zarzucać, wiem, że jesteś z Ronem i tworzycie czarującą parę ale…
- Mamo, nie mów, że sobie o czymś pomyślałaś! – Hermiona była przerażona, że coś takiego mogło przyjść jej do głowy.
- Po prostu gdy tak staliście z Harrym… jesteś pewna, że on nie czuje do ciebie mięty?
- Błagam, powiedz, że to tylko żart! Kocham Rona, a Harry kocha Ginny!
- Hmmm, czasem ludzie nie zdają sobie sprawy ze swoich prawdziwych uczuć, a wy wyglądaliście jakbyście…
- Nie chcę o tym słuchać! – Hermiona ostentacyjnie zakryła rękami uszy idąc w stronę drzwi. – Nic między nami nie ma! A ja idę przygotować linię obrony!
- Ok, rozumiem! Już nic nie mówię – pani Granger uśmiechnęła się zagadkowo i ułożyła się wygodnie do drzemki.

Hermiona nie wiedziała czy dobrze zrobiła godząc się na to wszystko. Przez moment rozważała nawet porzucenie szkoły i wrócenie do niej za rok. Ojciec dziewczyny wysłuchał co się działo podczas jego nieobecności w domu i poparł decyzję Hermiony. Powiedział także, że ma najwspanialszą córkę na świecie. Ron nie był zachwycony na wieść o tym, że będzie broniła Snape’a. Pomysł nie pójścia do Hogwartu przypadł mu do gustu i był zawiedziony, gdy powiedziała, że jednak dokończy naukę. Ginny popierała we wszystkim Harry’ego, więc obiecała, że jeśli Hermionie będzie potrzebna pomoc to rzuci dla niej wszystko i zrobi co w jej mocy. Państwo Weasleyowie pokiwali głowami ze współczuciem, mama rudzielców od razu zaczęła litować się nad Hermioną, a jej mąż powiedział, że podziwia ją i bardzo żałuje, że nie udało mu się namówić Severusa do współpracy. Cała rodzina zapewniła, że jeśli tylko będzie czegoś potrzebowała to od razu ruszą jej z pomocą.

***

Dwa dni później Hermiona czekała na Harry’ego pod drzwiami kwatery aurorów. Pobiegł do szefa aby zdobyć dla niej pozwolenie na wizytę w Azkabanie. Podejrzewali, że Robards będzie robił problemy i sądząc po czasie, który minął od wejścia Harry’ego, nie mylili się bardzo. Z westchnieniem wyjęła lusterko i sprawdziła makijaż. Rzadko się malowała, ale wizyty w Ministerstwie Magii uświadomiły jej, że wygląd i prezentacja swojej osoby mogą zdziałać cuda. Sprawdziła czy tusz się nie rozmazał. Używała mugolskich kosmetyków ponieważ czary makijażowe w ogóle jej nie wychodziły, co niesamowicie bawiło Ginny. Hermionie poczerwieniały policzki na wspomnienie jej ostatniej próby. Ginny prawie straciła oddech przez napad wyjątkowo gwałtownego śmiechu, gdy zobaczyła przyjaciółkę z twarzą niczym Drag Queen. Od tamtej pory Hermiona nie eksperymentowała z wyglądem i zaprzyjaźniła się z tuszem, pudrem oraz szminką. Pomyślała, że delikatny makijaż to jest to i niczego więcej nie będzie robić. W tym momencie otworzyły się drzwi i zobaczyła Harry’ego.
- Musisz iść tam osobiście. Powiedział, że jeśli jeszcze raz będę go o coś prosił  związanego ze Snapem to mi nogi z dupy powyrywa i zdegraduje do czyściciela toalet.

Hermiona wyprostowała się, poprawiła żakiet i weszła. Nie wiedziała co ją tam czeka, ale nie zamierzała się bać. Gawain Robards, Szef Biura Aurorów siedział za biurkiem i patrzył się na nią badawczo.
- Panna Granger, witam – wyciągnął do niej dłoń.
- Witam panie Robards – uścisnęła jego dłoń swoją.
- Przyszłaś tutaj w sprawie…
- …spotkania z Severusem Snapem – odpowiedziała, starała się patrzeć mu w oczy i nie mrugać.
- Słyszałem, że jesteś cięta na śmierciożerców, panno Granger – rzekł sięgając niby od niechcenia formularz podania. – Czyżby stanowisko w tej sprawie się zmieniło? Severus to jeden z najgorszych szumowin, a chcesz go bronić!
- Tak, zamierzam to zrobić i nie zamierzam się nikomu z tego tłumaczyć. Ale nie będę w stanie gdy nie da mi pan pozwolenia na widzenie się z nim!
- Dostaniesz je, następnym razem sama przyjdź, a nie przysyłaj mi tutaj Pottera – złożył na formularzu podpis i spojrzał się na nią z nieprzyjemnym uśmieszkiem. – Mam nadzieję, że potrafisz walczyć ponieważ będę głównym oskarżycielem.
Tak była zdumiona, że nic nie odpowiedziała. Będzie walczyć z szefem Harry’ego o Snape’a! Gdyby ktoś jej kiedyś powiedział, że będzie coś takiego robić to by go wyśmiała. Jednak nie było odwrotu, obiecała co obiecała. Gawain podszedł do szafy i wyciągnął z niej gumową piłeczkę. W ciągu kilku sekund świstoklik do Azkabanu był gotowy. Hermiona włożyła do torebki pozwolenie i dotknęła leżącego na biurku przedmiotu. Zanim się zaświecił Robards powiedział:
- masz godzinę panno Granger!

Poczuła szarpnięcie i poleciała do Azkabanu. Uderzyła stopami o kamienne podłoże, prawie się przewróciła, ale w ostatniej chwili utrzymała równowagę. Poczuła zapach morza i spojrzała w górę. Trójkątny otwór ukazywał kawałek bezchmurnego nieba.
- Pozwolenie!
Męski głos wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się i zobaczyła stojącego przed jej nosem aurora który patrzył się na nią nieufnie. Pod ścianą, przy małych drzwiach, siedział jego kolega. Obok niego stał stolik z drugim krzesłem, w ścianę wmurowany był sejf. Podała pergamin, przeczytał go i obejrzał z każdej strony podejrzewając, że jest podrobiony.
- Różdżka i świstoklik!
Oddała mu swoją jedyną broń i piłeczkę. Spojrzał na przedmioty i włożył je do sejfu stojącego za nim.
- Torebka!
Podała ją aurorowi, wysypał zawartość na stolik stojący przy sejfie. Pogrzebał chwilę przeglądając zawartość i pomruczał zaklęcia machając nad nią swoją różdżką.
- Może brać, za godzinę będzie powrotny świstoklik. Ani minuty spóźnienia! – powiedział z naciskiem. – John, zaprowadź ją do starego nietoperza.
- Idzie za mną! – powiedział drugi auror, który był tak samo gburowaty jak pierwszy.
- Dobrze, dobrze – mruknęła. – Mnie też miło panów poznać…
Weszli do lochów przez małe drzwiczki. Okazało się, że za nimi znajduje się tak samo niski korytarz, a w nim schody prowadzące w dół. Grube mury były zimne, Hermiona gratulowała sobie w myślach pomysłu wzięcia żakietu. Na dworze panował sierpniowy upał, ale w lochach Azkabanu było zimno. Po przejściu przez labirynt korytarzy auror zatrzymał się i wykonał kilka skomplikowanych ruchów różdżką, stukając co jakiś czas drzwi. Gdy skończył, ciężkie wrota stały otworem.
- Przyjdę tutaj na pięć minut przed odejściem świstoklika. Ma być gotowa!

Hermiona przytaknęła milcząco i weszła do celi. Pomieszczenie było małe i pasowało do reszty budowli. Grube, chłodne mury, kamienna podłoga, pod sufitem maleńkie okienko przez które wpadało światło. Dzięki temu, że był słoneczny dzień można było zobaczyć wnętrze, gdyby było pochmurnie w środku panowałaby ciemność. Snape siedział na materacu pod ścianą gdzie panował półmrok. Nawet na nią nie spojrzał.
- Możesz wracać, na nic się nie zgodzę. Powiedz Potterowi aby poszedł do diabła – rzekł swoim zwyczajnym, chłodnym tonem.
- Poszedł i wrócił, słyszał pan o kimś takim jak Voldemort panie profesorze?
- Jakbyś nie zauważyła Granger to już ciebie nie uczę! – warknął ciągle patrząc się na ścianę.
- Dobrze… więc panie Severusie… - zaczęła.
- Mówiłem, że nie! Idź stąd!
Hermionie powoli zaczynało się podnosić ciśnienie. Najchętniej w ogóle by tu się nie wybrała gdyby nie Harry.
- Będę pana broniła przed Wizengamotem!
- Nie musisz, już się przyzwyczaiłem do mojego nowego miejsca zamieszkania.
- Jeśli się pan zgodzi to ma pan szansę wyjść na wolność! – powiedziała szybko. – Mamy świadków! Damy radę!
- Mam to gdzieś – jego ton był równie lodowaty jak loch w którym przebywał.
- Ale…
- Nie!
- Ale…!
- NIE SŁYSZYSZ!? NIE!!! – wrzasnął odwracając się do niej. – Nie chcę niczego od Pottera! Najpierw sam przyłaził, potem przysyłał innych. Mam was wszystkich dość! – wstał i zaczął nerwowo chodzić od jednej ściany do drugiej. – Było tutaj trzech Weasleyów, McGonagall, nawet Shacklebolt, a teraz ty!

Jego widok prawie zwalił Hermionę z nóg, był to cień dawnego Snape’a. Wyglądał na wychudzonego i chorego. Miał na sobie za duże więzienne szaty. Dziwnie było go widzieć w innym kolorze niż czerń i bez jego nietoperzowej peleryny. Dziewczyna zauważyła, że jego czarne włosy przyprószone zostały siwizną.
- To moje życie – ciągnął. – I ja zdecyduję co z nim zrobić!
- Nie – powiedziała cicho.
- Co nie, dziewczyno?
- Nie pan zdecyduje tylko Wizengamot. A skoro chce mieć pan wpływ na swoje życie to proponuję chociaż trochę powalczyć, a nie poddawać się jak tchórz.
- Phi, myślisz, że to mnie przekona?
- Ooooch, jasne że nie! Szczerze mówiąc będę PRZESZCZĘŚLIWA jeśli pan się nie zgodzi! – warknęła. – Mam o wiele lepsze rzeczy do roboty niż babranie się w pańskich brudach! Ja chcę tylko skończyć naukę w Hogwarcie!

Zapadła cisza, Snape popatrzył się na nią badawczo. Hermiona stała pod ścianą z rękami założonymi na piersi. Była co raz bardziej zdenerwowana.
- Hogwart?
-Tak! Hogwart! –  prawie krzyczała ale nie mogła nic na to poradzić, gotowało się w niej. – Taka szkoła, może pan o niej słyszał?
- Skoro nie chcesz mnie bronić to po co to robisz? – spytał kąśliwie Severus.
- Harry mnie w to wrobił! – wyrwało jej się. Pomyślała, że ma napięcie przedmiesiączkowe skoro się nie kontroluje i krzyczy na ludzi. – Najchętniej w ogóle bym się tutaj nie pojawiła, ale obiecałam! Więc może by pan okazał chociaż cień zrozumienia i wysłuchał co mam do powiedzenia, do cholery jasnej!
- Jakbyś nie zauwa… - Snape zaczął, ale nie skończył gdyż Hermiona walnęła pięścią w ścianę obok niego.

Nie było to mocne uderzenie, ale widocznie zrobiło wrażenie na dawnym nauczycielu eliksirów, gdyż popatrzył się na nią pytająco.
- Posłucha pan co mam do powiedzenia… - powiedziała ostrzegawczym tonem patrząc mu prosto w oczy. – A potem może pan stwierdzić, że nie chce abym była pańskim obrońcą i wszyscy będą szczęśliwi!
- Zamieniam się w… słuch – wycedził, po czym dodał. – Postaraj się panować nad swoim napięciem…
- Jest spora szansa, że zostanie oczyszczony pan z zarzutów – Hermiona weszła mu w słowo udając, że nie dosłyszała ostatniego zdania. – Przeanalizowałam osiem spraw sądowych z udziałem portretów jako świadków. Nie musi pan udostępniać swoich wspomnień!
- Nie…? – popatrzył się na nią nieufnie.
- Nie do cholery! – warknęła. – Bo przecież o to chodzi, prawda? Nie chce ich pan pokazać, rozumiem to! Dlatego wymyśliłam inny sposób!

Snape milczał, Hermiona dyszała ciężko. Minęło kilka minut w ciszy. W końcu dziewczyna postanowiła się odezwać.
- Nie jest mi na rękę bronienie pana, ale zrobię to jeśli pan się zgodzi. Gawain Robards utrudnia wszystko jak się da… Na dodatek będzie głównym oskarżycielem i już dał mi do zrozumienia, że z nim nie wygram.
- Ten syn gumochłona i ropuchy? – spytał się zniesmaczony Snape.
- Tak, ten! – potwierdziła. – Miło gdyby pan się zgodził chociażby po to, aby mu dokopać!
Snape siedział zamyślony. Hermiona dopiero teraz zauważyła, że jest zmarznięta. Zaczęła się zastanawiać jakim cudem on tutaj wytrzymuje w tej szacie. Przebywanie tutaj to tortura. Nagle usłyszała stukanie w drzwi.
- Więc jak? – spytała się gdy do celi wszedł auror.

- Przyjdź jeszcze raz – odrzekł Snape i odwrócił się w stronę ściany, nie żegnając się z nią, ani nawet nie zaszczycając spojrzeniem.

niedziela, 6 grudnia 2015

Mikołajki!

Hejka!

Z tej strony Szczęśliwa Trzynastka, autorka tych jakże błyskotliwych, cudownych i genialnych powieści :D

Jakiś czas temu zgadałyśmy się z Lamią i zrobiłyśmy małą akcję pt.: "Severus Snape DIY" :)
Tak więc powstał Lamiowy Snape z masy solnej (pod spodem link na bloga):


Dalej sprawa wyrwała się spod kontroli bo zaczęłyśmy marzyć o orgii z Severusem w roli głównej. Kobiety takie są... zwłaszcza mężatki, rozumiecie. Stąd popularność Christiana Greya (czytałam ale to gniot jakich mało -.-').

Więc przyszła pora na mojego Severusa. Taaadaaaam (fanfary):

Mąż nazwał to wielkie dzieło "Severus z jebiołkami" bo można sobie wyobrazić co za chwilę tam się będzie działo.Nie mogłam się w rysowaniu rozpędzić bo nigdy nie wiadomo kto wchodzi na bloga :(. 

A tak poza tym, życzę wesołego dnia Świętego Mikołaja! Byliście grzeczni? Dostaliście prezent?

Pozdrawiam :D

sobota, 5 grudnia 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 6 – Nikt nie spodziewa się Lorda Voldemorta!



[OSTRZEŻENIE DLA CZYTAJĄCYCH: TEKST I RYSUNKI SĄ SPECYFICZNE. CZYTANIE GROZI SILNĄ VOLDEROZĄ]



To ja, Voldemort!

Wiem, że tego się nie spodziewaliście! Glizdogon się nie wylogował, gdy biegł na złamanie karku tam gdzie król chodzi piechotą. Chwilowo ma małe problemy po tym jak zjadł krewetki z grilla na ostro. Chyba nie powinienem dorzucać mu ukradkiem sproszkowanego wyciągu ze skunksa…

A nie! Ja nie żałuję! Jestem mistrzem zła, ha ha ha! ]:D Ja niczego nigdy nie żałuję! Mroczny ja!

(No może troszeczkę żałuję, że mamusia dłużej nie pożyła… chlip!)

Tak sobie czytam te wypociny Glizdka. Nie dość, że mnie obgaduje to jeszcze obraża! Co to znaczy, że jestem sadystą i mam skłonności do psychopatii? Wcale tak nie jest! Ja tylko torturuję i zabijam wszystkich na swojej drodze! To się nazywa „dążenie po trupach do celu”, przecież każdy polityk tak robi! Dużo uczę się od Hitlera i Putina! A Nagini wcale nie jest żadną „syczącą parówą” tylko moim Słoneczkiem, Misiaczkiem, Pysiuńkiem i Skarbątkiem! 

Madame Malkin odpuszczę bo te rajstopki co mi ostatnio przesłała są BOSKIE! A jak można na nich jeździć po posadzce! Łiiiiiiiiiiiiiiiii! Może jak mi nie wyjdzie z podbojem świata to zajmę się zawodowo łyżwiarstwem figurowym? Zobaczcie jaki to piękny i dostojny sport, tak właśnie będę wyglądał:



Ma się ten talent do painta, nie?

(Spróbujcie powiedzieć, że nie to rzucę taką klątwę, że spali się wam internet!)

I jak to nie chce wychowywać moich przyszłych dzieciątek!? Będą tak samo cudowne i wspaniałej jak JA! Śliczne po mamusi <3 Zaraz zemszczę się na Glizdogonie za to wszystko co o mnie napisał i o mojej ukochanej Nagini! Kara będzie straszna! Niepowtarzalna! Okrutna! Nieunikniona! Nie pozbiera się… serio… będzie cierpiał przez całe wieki :DDDDDDD Patrzcie i podziwiajcie:



Niezły jestem co?
BUAHAHA!

Teraz kilka ogłoszeń:

Anna69, NIE PRZESYŁAJ ZDJĘĆ SWOICH CYCKÓW CHORA BABO! Jeszcze Glizdogon na ciebie poleci i się wyprowadzi a wtedy kto mi będzie opróżniał nocnik? Myślisz, że to łatwo mieć takie krótkie rączki? Wiesz jak trudno wytrzeć sobie pupcię!? Na dodatek nikt mi nie sprzeda mokrych chusteczek w sklepie tylko od razu oddadzą mnie do adopcji! A jak trafię na tych co religijnie pozbywają się napletków? JEŻUNIU! UTNĄ MI WACUSIA! AAAAAAA!!! :((((

Jeszcze jedno zdjęcie, a walnę cię Avadą! Ostrzegam! Trzymaj łapy przy sobie - Glizduś jest mój!

P.s. – tak naprawdę to popieszczę go za pomocą crucia :DDDDD
P.s. 2 – jeśli ktoś chce ze mną pogadać to znajdziecie mnie na czacie o tematyce „Przyszli tyrani i mordercy”, będę miał nick: VolderoDominator :D
Ps. 3 – lubicie My Little Pony? Jestem ich wielkim fanem! Czasem się przebieram za jednorożca (słodko wtedy wyglądam, nie?):



Jest tu ktoś kto też lubi się pobawić w kucyki? Ktokolwiek…? Ech… człowiek wyjawi swój mały sekret i już się go wszyscy boją… Kończę już bo słyszę, że Glizdogon wygramolił się z wygódki ]:>

Pa,

Wasz Volduś <3

czwartek, 3 grudnia 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 6 – Zakupy w Magowie


Czarny mercedes minął tabliczkę oznajmującą koniec Warszawy. Za kierownicą siedziała Angelique, która uparła się, że skoro przywiozła Michalskich do stolicy to teraz ich odwiezie. Patrycja spała na tylnym siedzeniu zmęczona przeżytymi wydarzeniami, otoczona przez magiczne przedmioty i książki. Pan Grzegorz odprężył się w swoim fotelu i zaczął myśleć o tym co się dzisiaj wydarzyło. Musiał przyznać sam przed sobą, że spodobał mu się magiczny świat. Podczas pobytu w Magowie obserwował czarodziei i czarodziejki gdy się śpieszyli z pracy do domu, jak sprzątali obejście kamienic przy pomocy różdżek, robili zakupy w sklepie spożywczym który prawie w ogóle nie przypominał żadnego znanego mu sklepu czy jedli 6 kulek nietopiących się lodów które były ułożone jedna na drugiej tak jak w kreskówkach i wcale nie spadały. Zaczął się zastanawiać jak wygląda codzienne życie magicznych osób. Jakie zabawy mają ich dzieci (widział dziewczynkę z hula-hop która zaczęła lewitować nad ziemią podczas kręcenia obręczą), czy mają telewizję (w kawiarni w której byli na pewno grało radio), co robią po pracy, jakie mają rozrywki, czy mają w domu znane mu sprzęty typu telewizor, odkurzacz albo kuchenka czy są całkowicie zacofani? Wiedział, że mają łazienki bo korzystali z nich w międzyczasie ale podejrzewał, że niektóre kamienice mogły mieć wychodki na podwórku.

Wiele rzeczy zaskoczyło pana Grzegorza: najpierw gobliny w banku. Na początku nie mógł uwierzyć własnym oczom gdy zobaczył te małe kreatury. Wymieniły mu bez problemu pieniądze po bardzo dziwnym kursie („1 galeon za 50,16 zł”), zaś wygląd monet wprawił mężczyznę w zdumienie. Angela mówiła, że są ze złota ale gdy trzymał je w ręce były bardzo lekkie. Następnie poszli do Ministerstwa Magii, a konkretnie do Departamentu ds. Osób Magicznych gdzie trzeba było zarejestrować Patrycję jako czarownicę mającą chodzić do szkoły dla czarodziei (Pan Grzegorz uległ po długich prośbach i pokazie teatralnym pt.: „cierpiąca córka” co objawiło się padnięciem na kolana na ulicy, wyciągnięciem rąk ku niebiosom i jęczeniu przy akompaniamencie wybuchu śmiechu przechodniów). Budynek był wysoki jak wieżowiec jednak bardziej przypominał z wyglądu starą, bogato zdobioną kamienicę. Przy wejściu stał odźwierny w stroju który skojarzył się ojcu Patrycji z tym w co był ubrany gubernator w „Piratach z Karaibów”. Zastanawiał się jakim cudem ten człowiek nie padnie na udar mając na sobie frak, kamizelkę, koszulę i kapelusz z pawim piórem. Po przejściu krótkiego korytarza znaleźli się w wielkiej sali, w której należało podejść do jednego z wielu okienek. Czarownice i czarodzieje stawali w kolejce i czekali aby wyjaśnić informatorom z czym przyszli a tamci instruowali ich gdzie się udać. Angela ominęła kolejkę i zaprowadziła ich prosto do urzędniczki – starej czarownicy, która nie była zbyt zachwycona, że przerywają jej czas popołudniowej kawki i ploteczek z koleżankami z sąsiednich biurek. Blondynka przypomniała, że byli umówieni i im szybciej wyda im formularze tym szybciej wróci do swoich przerwanych czynności.
- To chyba najbardziej leniwa urzędniczka jaką mają – stwierdziła Angela krzywiąc się gdy wychodzili z budynku. – Zawsze robi problemy, za każdym razem gdy przychodzę z mugolskimi dziećmi. Panu Ziemowitowi też dała popalić. Siedzi na tym stanowisku ponad 20 lat i nie da się jej ruszyć bo jej rodzina daje ogromne pieniądze na rzecz ministerstwa…

Kolejną rzeczą która bardzo zaskoczyła pana Grzegorza był…
- Kościół! – wykrzyknął pan Michalski stając w miejscu. – Wy macie kościoły?
Był bardzo zdziwiony, odkąd pogodził się z myślą, że Patrycja jest czarownicą spodziewał się wiele ale na pewno nie tego. Jakoś obiekt sakralny nie pasował mu do magicznego świata.
- Magia i chrześcijaństwo chyba się wykluczają? – spytał niepewnie. – Machacie kijkami, gobliny szastają złotem, sprawiacie że wszystko lata… Nie składacie przypadkiem ofiar z kotów? A może robicie eliksiry z żywych ropuch?
- Ha, ha, ale jest pan zabawny panie Grzegorzu! Kto by składał koty w ofierze? Wyjaśnijmy sobie od razu jedno: nie jesteśmy satanistami, nie mamy z nimi nic wspólnego. Większość z nas to chrześcijanie, jeśli się pan zgodzi Patrycja będzie uczęszczać na zajęcia z religii.
- W Harrym Potterze nie było kościołów – jęknęła dziewczynka niezbyt zadowolona z takiej perspektywy. 
Pani Jadwiga kazała jej chodzić w niedzielę na mszę jednak nastolatka wolała w tym czasie gadać na fejsie z koleżankami niż słuchać nudnego ględzenia księdza. Sama nie czuła takiej potrzeby i jej koleżanki również migały się od tego obowiązku.
- Patrycjo, podejrzewam, że pani Rowling nie chciała opisywać wszystkiego w swoich książkach. Myślę, że nie było potrzebne aby Harry, Ron i Hermiona lecieli co niedzielę do kaplicy szkolnej. Poza tym mają tam większe zróżnicowanie religijne…
- Ale jak wy to łączycie? – spytał się pan Grzegorz. – Przecież magia w kościele jest zakazana!

Angelique westchnęła, nie lubiła gdy rozmowa schodziła na te tematy. Jednakże nie dało się ich uniknąć, większość mugolskich rodzin miała wątpliwości na tym polu nawet jeśli nie były bardzo religijne. Mało kto nie słyszał, że czary i magia to dzieło szatana a osoby, które je uprawiają będą smażyć się w piekle. Angela miała przygotowaną odpowiedź na tą okoliczność. Starała się by była jak najbardziej prosta w odbiorze i nie wskazywała jedynego słusznego światopoglądu.
- Powiem to tylko raz ponieważ nie mamy czasu na rozważania religijne – zaczęła ostrożnie pilnując by nie przeciągnąć struny gdyby nagle w panu Grzegorzu obudziły się bardzo silne uczucia do Boga. – Czarodzieje mają swój odłam chrześcijaństwa, w Biblii jest napisane, że nie wolno zajmować się magią daną od szatana i innych sił nieczystych. Nasi księża uważają jednak, że moc nam dana to talent, my się nie odwołujemy czarując do czegoś złego lub dobrego, do jakiejś nadludzkiej istoty. Magia jest w nas od urodzenia i tylko my decydujemy co z nią zrobić, po to się uczymy w szkole aby nad nią zapanować oraz rozróżnić co jest dobre a co złe.
- Ale przecież magię można użyć do strasznych rzeczy! – Pan Grzegorz przypomniał sobie wszystkie filmy o voodoo.
- Tak samo jak może pan użyć noża do zabicia kogoś, internetu by kogoś upokorzyć lub prześladować, filozofii i wojska by wybić Żydów w Europie…
- Ale…
- Obiecuję panu, że nikt nie nauczy Patrycji złych rzeczy. W szkole nacisk kładziemy na rozwijanie talentu i samodyscyplinę. Zapewniam, że na całą społeczność czarodziejów trafia się naprawdę niewielu złych ludzi. Tak samo jest u mugoli. Zawsze jest pewien margines…
Pan Michalski pokręcił z głową z niedowierzaniem mrucząc coś o czystym wariactwie i poszedł za Angelique. Patrycja kicała wokół nich cała w skowronkach. Taka rzecz jak chodzenie do kościoła nie zdołała zepsuć jej humoru. Widocznie była to mała cena za możliwość uczenia się magii z podobnymi do siebie dzieciakami.

Następnym przystankiem na drodze była przymiarka do szat szkolnych Patrycji. Pan Grzegorz tak przywykł do magii, że przestał się zastanawiać jakim cudem te wszystkie miarki, nożyczki, szpilki i inne przedmioty potrzebne do szycia latają same. Stwierdził, że tak tutaj już jest. Pomocniczka krawcowej spisała wymiary dziewczynki oraz adres pod który miały być dostarczone szaty w przeciągu dwóch tygodni. Potem poszli kolejno do sklepów kupując: różdżkę (brzoza, 25.4 cm, rdzeń ze szponów Żmija), rękawice ze smoczej skóry (czerwone, lakierowane – „teeeee chceeeeeee!”) oraz komplet podręczników i kilka dodatkowych książek („taaaaatooooo, kup mi jeszcze to, to i to!”). Najgorszymi momentami zakupów według pana Michalskiego były te, gdy doszli przed sklep z „Magicznymi zwierzętami Tośka” oraz gdy byli przy „Autoryzowanym serwisie mioteł wyścigowych”. Przy pierwszym Patrycja zrobiła awanturę że chce sowę śnieżną („nazwę ją Hedwiga!”). Angelique musiała jej długo tłumaczyć, że po pierwsze w internacie nie można mieć swoich zwierząt, po drugie sowy są tylko do przesyłek nocnych a w dzień używa się gołębi, po trzecie w Mystopach jest bardzo dobrze działająca poczta zaś po czwarte co pomyślą sobie Wojtysiakowie gdy wejdzie do domu z klatką z ptakiem. Dopiero po tym naburmuszona trzynastolatka opuściła sklep. „Autoryzowany serwis mioteł wyścigowych” obudził w dziewczynce niesamowitą wręcz chęć posiadania jednej na własność. Gdy argumenty Angie nie docierały („najpierw polataj na szkolnych a gdy Ci się spodoba kupisz własną”) i co raz więcej osób zbierało by się popatrzeć na rzucającą się na podłogę w akompaniamencie wycia Patrycję, ojciec musiał dobitnie jej powiedzieć, że jak się nie uspokoi to nie idzie do szkoły. Te magiczne słowa podziałały jak kubeł zimnej wody, dziewczynka odpuściła i niosąc ciężkie paczki mogli wrócić do świata mugoli tym samym sposobem którym tutaj się dostali.

***

Trzy godziny później Michalscy razem z Angelique stali przed murem w mało uczęszczanym zakamarku na Starówce w Lublinie.
- Ok… mogę wiedzieć na co wy patrzycie? – odezwał się zmieszany mężczyzna.
- Nie widzisz tych drzwi tato?
- Jakich drzwi?
- Tych z napisem „Wejście na Ulicę Ustronną”.
- Jestem mugokiem! Jak mam je widzieć!?
- Mugolem tato!
Patrycja, chichocząc pod nosem, złapała ojca za rękaw i pociągnęła go za sobą. Ich oczom ukazała się wąska uliczka otoczona przez powykrzywiane kamienice. Większość była o wiele mniej bogata niż w Magowie, przy ich ścianach kwitł handel, całość przypominała targowisko. Zarówno sprzedający jak i kupujący czarodzieje zwracali ku nim zaciekawione spojrzenia gdy Angela poprowadziła ich pomiędzy koszami z różnymi owocami i warzywami, beczkami wypełnionymi kiszoną kapustą, stoiskami z butami oraz wieszakami z szatami. Na jednej z witryn Patrycja zauważyła zegarek, który bardzo jej się spodobał ponieważ przypominał jej ten, który posiadał Dumbledore.
- Tato, proszę kup mi! Będę grzeczna! Obiecuję! Zobaczysz, już nigdy nie dam przedstawienia!
- No nie wiem… – mężczyzna skrzywił się.
Nie czekając na odpowiedź rodzica Patrycja weszła do sklepu. Ojciec dziewczynki niechętnie wszedł za nią, to samo zrobiła Angela. Szyld głosił, że znajdują w „Przybytku różności Madamy Zakrzewskiej”. Sklep był ciasny i niezbyt czysty, znajdowały się w nim całe stosy rupieci: stare książki które piętrzyły się aż po sam sufit, duży kosz z butelkami i słoikami a obok niego drugi z korkami i zakrętkami, pudełka z piórami, jedna ściana była całkowicie opanowana przez szaty oraz dodatki do nich – większość była nadgryziona przez czas. Sprzedawczyni, czarownica w średnim wieku podawała Patrycji wskazane przez nią egzemplarze zegarków, obok niej w pudełku z biżuterią grzebała czarnowłosa dziewczynka która na dźwięk dzwonka przy drzwiach podniosła wzrok na nowo przybyłych. Gdy zobaczyła Angelique jej pucołowata twarz rozjaśniła się w uśmiechu.
- Dzień dobry sorko!
- Dzień dobry Zosiu.
- Ta dziewczyna z panią to też mugolaczka i idzie w tym roku do szkoły?
- Tak.

Patrycja zainteresowała się tą wymianą zdań, odwróciła się od zegarków i spojrzała na nieznajomą. Była mniej więcej w jej wieku. Niższa od niej, grubsza, ciemna cera w połączeniu z czarnymi, falującymi włosami sprawiała, że wyglądała jak cyganka. Ubrana była w długą spódnicę, do tego koszulę podkreślająca duży biust („czemu jestem płaska jak deska” pomyślała z zazdrością Patrycja) oraz pozawieszała sobie mnóstwo koralików na szyi i rękach. Jedyne co nie pasowało do wyobrażenia cyganki były bardzo jasne, błękitne oczy.
 - Zocha jestem! – nieznajoma podleciała do Patrycji i uściskała ją przyjaźnie. – Będziemy razem w szkole! Zajefajnie!
- Będziecie razem w klasie – powiedziała Angela uśmiechając się.
- Suuuuuuuper! – ucieszyła się mała cyganka. – Masz już wszystko? Ja mam! Że jestem czarownicą wiem od tygodnia. Sorka wszystko wyjaśniła mojej rodzinie! A już myśleli czy mnie nie oddać do Abramowic! O ja cieeeeeee. Tak się cieszę, że nie jestem sama! Będę miała z kim nawijać bo moje rodzeństwo to totalni mugole! Wiesz jak jest, masakra jakaś, z takimi to nie pogadasz…  Musisz mi zaraz powiedzieć jak się nazywasz!
- Pa - Patrycja – wyjąkała zaskoczona dziewczynka.
- Pyyyyyyśkaaaaa! Daj mordkę, nich cię jeszcze raz uściskam! – zaatakowała koleżankę kolejną porcją przytuleń, tak że prawie się przewróciły. Po czym paplając pociągnęła Patrycję za rękę pokazując co można ciekawego znaleźć w magicznym świecie. Dorośli podążyli za nimi. Angelique wskazała Michalskim skąd odchodzą świstokliki do szkoły oraz zakupiła im bilety: Patrycji w jedną stronę a jej ojcu w dwie. Poinstruowała, że mają stawić się internacie szkoły 31 sierpnia aby zakwaterować dziewczynkę w przydzielonym jej pokoju. Po upewnieniu się, że Michalscy sobie poradzą, dała ojcu Patrycji paczkę przeznaczoną dla niego, pożegnała się ze wszystkimi i poszła w swoją stronę.


Podczas jazdy do domu Pan Michalski stwierdził, że chyba ominął ważny moment w życiu swojej córki. Wydarzyło się tak wiele i tak wiele zobaczył. Nie wszystko z tego co ujrzał go zaskoczyło, część rzeczy odsuwał od swojej świadomości. Powinien zająć się wychowaniem Patrycji zanim będzie za późno. Skoro robi teraz takie sceny to co będzie później? Przecież gdy zamieszka w internacie to prawie nie będzie miał na nią wpływu! Pan Grzegorz wzdrygnął się. Do tego wszystkiego doszła jeszcze magia. Nie wiadomo co strzeli do głowy nastolatce obdarzonej taką mocą. Pomyślał, że musi wziąć urlop, w końcu są wakacje. Pożyczy od córki serię Harry’ego Pottera i przeczyta ją od deski do deski aby wiedzieć co go czeka…