poniedziałek, 14 grudnia 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 8 – Pokaż mi swoje wspomnienia


Ich pojawienie się w Hogsmeade wzbudziło małą sensację wśród lokalnej społeczności. Wszyscy chcieli uścisnąć Harry’ego i Hermionę. Dopiero po dłuższym czasie udało im się wyrwać z rąk tłumu i podążyć ścieżką prowadzącą do Hogwartu.
 - Jakby nas nigdy nie widzieli – powiedziała rozdrażnionym tonem Hermiona.
- Cieszą się, że wojna się skończyła – stwierdził Harry. – Wiesz, że jesteśmy znani i teraz tak będzie wyglądać nasze życie.
- Dobrze, że zamieszkałam z rodzicami, mugole nie zwracają na mnie uwagi, a kilka zaklęć trzyma wielbicieli z dala.
- Grimmauld Place też jest dobrze chronione… - Harry stanął na ścieżce. – Wiesz co Hermiono sobie pomyślałem? A może byśmy tak zamieszkali u mnie we czwórkę?
- Hmmm… - Hermiona się wykrzywiła. – To… ja wiem, że nie jest tam przyjemnie mieszkać tylko ze Stworkiem… ale, nie obraź się, nie lubię tego domu.
- Domyślałem się, że tak powiesz – Harry wzruszył ramionami. – Też go nie lubię, ale w tym momencie to najlepsze miejsce dla mnie. Kiedyś zamieszkamy gdzieś z Ginny, znajdziemy jakiś dom z ogrodem… - rozmarzył się.
- A co z Grimmauld Place?
- Nie wiem. Nie mam serca go sprzedać ze względu na Syriusza, ale mieszkać tam nie zamierzam. A ty kiedy zamieszkasz z Ronem?
- Nie mamy jeszcze planów. Ja bym chciała coś mugolskiego w Londynie aby mieć blisko do rodziców.
Wyszli z lasu i ich oczom ukazał się Hogwart. Nadal było widać na nim ślady walki, ale większość murów i wież została naprawiona. Chatka Hagrida wyglądała jakby nigdy nie spłonęła. Czary były zbawieniem jeśli chodzi o szybkość prac budowlanych.
- Uwijają się – stwierdziła Hermiona. – Jak zacznie się rok szkolny uczniowie spokojnie będą mogli tutaj przebywać.
- No tak – jęknął Harry. – Wyjeżdżacie za niecałe dwa tygodnie.
- Będziemy często do was pisały.
- Mamy z Ronem taką nadzieję!

Minerwa McGonagall czekała na nich przy drzwiach wejściowych, które wyglądały jakby nigdy nie zostały zniszczone podczas walk. Wiedziała o ich przybyciu ponieważ Harry wysłał do niej wcześniej sowę. Gdy zobaczyła swoich dawnych uczniów uśmiechnęła się szeroko.
- Witajcie – powiedziała.
- Dzień dobry pani profesor – odpowiedzieli uśmiechając się promiennie.
W drodze do gabinetu dyrektora opowiadała im jak postępują prace nad odbudową zamku. Wiele czarownic i czarodziejów zgłosiło się do pomocy. Wszystko wskazywało, że do pierwszego września prace zostaną zakończone. Następnie wdali się w pogawędkę o sprawach osobistych. McGonagall bardzo była zadowolona z faktu, że Hermiona zamierza kontynuować naukę. Harry'emu pogroziła palcem, ale stwierdziła, że skoro robi to co zawsze chciał wykonywać w życiu to nie będzie mu wypominać braku pełnego wykształcenia.
- Pamięta pani jak powiedziała Umbridge, że zostanę aurorem?
- Ooo tak! – Minerwa zachichotała. – Musi być z tego powodu bardzo niezadowolona. Myślę, że ogólnie życie potoczyło się nie po jej myśli. Gdy zeznawałam przeciwko niej w Ministerstwie Magii wyglądała jakby chciała rzucić na mnie urok.

Cała trójka zatrzymała się przed chimerą gdzie McGonagall podała jej hasło („veni, vidi, vici”). Weszli do jej nowego gabinetu. Większość tajemniczych przyrządów z czasów Dumbledore’a zniknęła. Swojego położenia nie zmieniła ani Tiara Przydziału, ani Myśloodsiewnia. Kiedy Hermiona była tu ostatnim razem z Harrym i Ronem to wszystkie obrazy powitały ich aplauzem. Teraz większość z byłych dyrektorów, jak to miała w zwyczaju, drzemała w swoich ramach.
- Komisja wyznaczona przez Wizengamot była już tutaj i przesłuchiwała obrazy? – spytał się Harry.
- Tak, kilka dni temu – potwierdziła McGonagall.
- Więc możemy zabrać to po co przyszliśmy?
- Skoro musicie – odparła dyrektorka. – Rozumiem, że Severus nie dał wam innego wyboru?
- Nie dał – powiedział Harry zabierając wspomnienia z myśloodsiewni i wkładając je do fiolki. – Zagroził, że jeśli je komuś pokażę to nie pozwoli Hermionie zostać jego obrońcą.
- Cały Snape…
- Nawet mi nie pozwolił ich obejrzeć – rzekła Hermiona. – Spełnię jego wolę chociaż uważam, że wspomnienia pomogłyby przy procesie.
- Co z nimi zrobicie? – zapytał sennie portret Albusa.
- Kazał mi je ukryć w bezpiecznym miejscu – odpowiedziała Hermiona. – Uzgodniliśmy wszystko, gdy to zrobię ma zajrzeć do mojego umysłu aby się przekonać, że nie kłamię i wtedy się zgodzi na to abym była jego obrońcą – westchnęła.
- Grymasi jak małe dziecko – skrzywiła się McGonagall. – Zamiast podziękować, że coś dla niego robicie to jeszcze stawia wam warunki.
- Nie oceniaj go tak surowo Minerwo, życie dało mu w kość…
- Albusie, ty miałeś z nim dobre stosunki, robił wszystko o co prosiłeś. W naszym przypadku zachowuje się jak zwykle. Zero wdzięczności.
- Myślę, że kiedyś coś do niego dotrze. Musi najpierw pozostawić parę spraw za sobą.
- Oby. Bo w tym momencie zamierzam mu pomóc tyle ile mogę, a później niech radzi sobie sam.
- Później może być jeszcze gorzej – zauważył Dumbledore.
- No tak – syknęła McGonagall. – Przecież może zostać uniewinniony przez Wizengamot i uznany za bohatera.
- Miejmy nadzieję – dodała Hermiona.
- Mój szef chce go skazać na dożywocie i jest wyjątkowo zdeterminowany by to zrobić – mruknął Harry.
- Jak ty sobie poradzisz… - McGonagall załamała ręce nad Hermioną. – Jesteś taka młoda, a już tyle przeszłaś.

Policzki dziewczyny zrobiły się różowe. Nie lubiła gdy inni wątpili czy sobie poradzi. Od najmłodszych lat była ambitna i potrafiła pracować nad czymś przez wiele godzin bez przerwy. W mugolskiej szkole podejmowała się każdego dodatkowego projektu aby mieć jak najwyższe oceny. Zaś w Hogwarcie musiała używać zmieniacza czasu w trzeciej klasie aby dać sobie radę ze wszystkimi przedmiotami. Obronę Severusa Snape’a traktowała jak kolejną pracę domową do odrobienia.
- Dam sobie radę pani profesor – odrzekła siląc się na beztroskę. – Nie jest to proste, tym bardziej, że niedługo zacznę kontynuować naukę. Najważniejsze, że każdy chce mi pomóc. Pan Weasley, Harry, Ron, Ginny, Bill… Nawet Kingsley znalazł dla mnie trochę czasu w zeszłym tygodniu. Nie jestem sama. Jeśli Snape nie doceni tego co dla niego robię to ja sama będę żyła w świadomości, że zrobiłam wszystko co należało zrobić.
- Tak, jesteś wyjątkową czarownicą – szepnęła McGonagall z podziwem i ukradkiem starła łzę. – Bardzo się cieszę, że zostałaś przydzielona do mojego domu. Jesteś moją dumą razem z Harrym – uśmiechnęła się do młodego aurora. – Jeśli tylko będziecie czegoś potrzebować to nie wahajcie się przyjść z tym do mnie.
- Dziękuję, naprawdę dziękuję…
- Wiecie, że ja zawsze służę radą – odezwał się portret Dumbledore’a.
- I ja! – dołączyła się Dilys Derwent.
- Nie zapominajcie o mnie! – powiedział ostrzegawczym tonem Fineas Black.
- Nigdy byśmy o panu nie zapomnieli – wyszczerzył się Harry wracając myślami do trudnej współpracy z portretem byłego dyrektora.
- Przyczyniłem się do zwycięstwa – przypomniał wszystkim obecnym w gabinecie.
- Nie pusz się tak bo ci farba odpadnie – mruknął Dumbledore patrząc jak Hermiona z Harrym żegnają się z Minerwą.

***

Słońce zaczęło zachodzić gdy Hermiona przekroczyła próg swojego domu. Przywitała się z rodzicami, przyłożyła dłoń do brzucha mamy aby poczuć jak Suzanne kopie i poszła do swojego pokoju. Była pora kolacji, ale dziewczyna stwierdziła, że zje gdy wykona zadanie. Z pełnym żołądkiem nie mogła się skupić. Wyciągnęła fiolkę ze wspomnieniami Severusa Snape’a i zapieczętowała je zaklęciem. Następnie włożyła ją w wyłożoną watą puszkę po kawie. Mamrotała pod nosem inkantacje kreśląc różdżką skomplikowane wzory w powietrzu. Dzięki temu nikt niepożądany nie powinien odnaleźć i otworzyć zarówno puszki jak i fiolki. Zadowolona przyjrzała się swojemu dziełu. Pierwsza połowa zadania została wykonana. Teraz pozostało wymknąć się do ogrodu, zakopać puszkę, rzucić zabezpieczające zaklęcia i zjeść kolację.

***

Hermiona ponownie pojawiła się w celi Severusa Snape’a. Była tu już nie raz i przy każdym przekroczeniu progu towarzyszyło jej uczucie, że najlepiej by było gdyby nie dała się namówić na to wszystko.
- Zrobiłaś co miałaś zrobić? – Severus nie bawił się w powitania.
- Tak.
- Pokaż mi swoje wspomnienia!
- Proszę bardzo, skoro pan mi nie wierzy – powiedziała urażonym tonem.
- Musze się upewnić – mężczyzna wstał i podszedł do byłej uczennicy.
Przez chwilę Hermiona miała ochotę odsunąć się od niego. Patrzenie w oczy Snape’a nie należało do jej ulubionych czynności. Szczerze mówiąc, wolałaby na niego w ogóle nie patrzeć. Nie podniosła głowy w kierunku twarzy Severusa. Stwierdziła, że skoro to mu zależy to niech się do niej schyli. Jej plan nie wypalił: poczuła jego dłoń na podbródku i jej głowa została brutalnie podniesiona do góry. Popatrzyła się w jego czarne, zimne oczy.
- Granger Nie pogrywaj ze mną… - wycedził. – Widzę, że nauczyłaś się oklumencji skoro nie mogę zajrzeć do twojego umysłu bez zaklęcia.
- Wystarczyło przeczytać kilka książek i poćwiczyć – stwierdziła patrząc na Snape’a z pogardą.
- Mogłaś to zrobić wcześniej, wtedy nie musiałby użerać się z Potterem! – warknął. – A teraz koniec zabawy! Wpuść… mnie… do… swojego… umysłu… - rozkazał.
- Jak…pan… sobie… życzy… - odpowiedziała naśladując go.

Patrzyli sobie w oczy przez chwilę. Hermiona głęboko ukryła obrzydzenie spowodowane faktem, że ciągle trzymał jej podbródek. Pokazała mu wspomnienie z wyprawy do Hogwartu, zapieczętowanie fiolki i puszki oraz zakopanie zawartości w ogrodzie.
- Dobrze – rzekł po chwili i zabrał rękę. – Teraz możesz być moim obrońcą skoro tak ci na tym zależy.
Odwróciła się do niego plecami starając się nie zwyzywać go i opanować dreszcz obrzydzenia. Schyliła się po przyniesione rzeczy. Wszystko w worku było szczegółowo zbadane przez aurora przy wejściu, co oznaczało, że uprasowane i poskładane szaty zostały wyrzucone, przegrzebane i wymiętolone.
- Proszę – powiedziała wyciągając do niego ręce z ubraniami.
- Po co mi to?
- Jutro ma pan przesłuchanie w sprawie Dolores Umbridge w Ministerstwie Magii. Jest pan ostatnim świadkiem.
- Mogłabyś zapytać się mnie o zdanie!
- Dlatego radziłabym zadbać o wygląd – Hermiona mówiła dalej jednocześnie wyciągając z torebki pergamin, kałamarz i pióro. - To oficjalne pismo Ministerstwa Magii potwierdzające, że jestem pańskim obrońcą przed Wizengamotem, proszę je podpisać!

Snape pomarudził chwilę i złożył podpis we wskazanym miejscu.
- To co mam powiedzieć o tej żabiej idiotce?
- Chodzi o podawanie uczniom veritaserum.
- Dużo tego nie ma: dostarczałem jej zwykłą wodę, a ona się nie połapała.
- I o to chodzi! Z jednej strony pogrąży pan Umbridge, a z drugiej strony udowodni pan, że troszczył się o uczniów.
- Troszczyłem się tylko o moje zapasy. To bardzo drogi eliksir!
- Tego Wizengamot nie musi wiedzieć… - uśmiechnęła się chytrze Hermiona.
- Dobra Granger, powiedz mi co planują wobec mnie!
- Więc tak… - dziewczyna wyjęła kalendarzyk i otworzyła go. – Sądzę, że do końca września zakończy się proces Umbridge i wtedy wezmą się za pana.
- Mam nadzieję – stwierdził Snape. – Gniję już tutaj od kilku miesięcy!
- Ministerstwo ma sporo pracy w usuwaniu…
- Oszczędź mi niepotrzebnych szczegółów!
- Nie moja wina, że był pan w śpiączce – powiedziała Hermiona siląc się na spokój. – Zaczęli procesy od innych osób ponieważ nie było pewności, że pan się wybudzi.
- Jestem ciekaw jakim cudem udało mi się przeżyć.

Hermiona stwierdziła, że miała szczęście. Akurat w tym momencie słońce schowało się za burzowymi chmurami, więc w półmroku Snape nie mógł zauważyć rumieńca, który pokrył jej twarz. Nie zamierzała mu powiedzieć co zrobiła gdy razem z Harrym i Ronem weszła do wnętrza Wrzeszczącej Chaty. Wtedy była pewna, że jej zaklęcie nie podziałało i Severus Snape zginął. Los bywa jednak przewrotny. Nie dość, że przeżył to jeszcze stał się dla niej wrzodem na czterech literach. Czasem miała ochotę go udusić gołymi rękami. Ciągle powtarzała sobie w duchu, że gdy skończy się jego proces to się nigdy więcej do niego nie odezwie. Jedyne czego teraz pragnęła to pozbycia się tej kuli u nogi i rozpoczęcia spokojnego życia z dala od rozpraw sądowych.
- Tak, tak, bardzo ciekawe – powiedziała lekceważącym tonem. – Odnalezienie przyczyny pańskiego pozostania wśród żywych zostawmy uzdrowicielom. Wróćmy do tematu: niech pan się porządnie ogarnie, jutro o piętnastej zaczyna się rozprawa w Ministerstwie Magii. Następnie spożytkujemy końcówkę sierpnia na omówienie linii obrony. We wrześniu wracam do szkoły i nie będę mogła za często bywać u pana…
- Naprawdę wracasz do Hogwartu? – nieoczekiwanie zapytał się Snape.
- Nie widzę w tym niczego dziwnego, taki mam zamiar i zrobię to.
- Mając taką ilość dodatkowej pracy?
- TAK – powiedziała z naciskiem dając do zrozumienia aby jej więcej nie przerywał.
- Nie wiem czy jesteś bardziej szalona czy bezmyślna -  stwierdził chłodno jej były nauczyciel eliksirów. – Ciekawe kiedy będziesz jeść i spać. Czeka cię cholernie dużo nauki.
- Dam sobie radę, niech pan się nie przemęcza myśleniem o mnie – warknęła marząc aby się w końcu zamknął.
- Rzeczywiście, co mnie to obchodzi – mruknął i usiadł na materacu.
- No właśnie – przytaknęła.
- Wiesz co Granger? – na twarzy Snape’a zagościł złośliwy uśmiech. – Jeśli dostaniesz najlepsze oceny z owutemów, to ci wyślę sowę z gratulacjami.
- Nie mogę się doczekać – prychnęła Hermiona i wróciła do omawiania bieżących spraw.

sobota, 12 grudnia 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 7 - Wakacyjne przygody

Dzieńdoberek!
To znowu ja! Wasz ulubiony Glizduś! <3

Założyłem kontrolę rodzicielską na laptopie i Voldemort nie ma dostępu do bloga! Hłe, hłe, hłe! Trochę się wkurzył za to co powypisywałem, ale kara nie była taka straszna. Ostatnio zabieram mu prawdziwą różdżkę i daję podrobioną. Gdy on rzuca na mnie crucio to się drę i wiję. Wąż syty i szczur cały.

Jak ktoś chce zrobić taką różdżkę dla swojego chłopaka/dziewczyny to macie tutaj tutorial:


Jak wspominałem jakiś czas temu pojechaliśmy z Voldemortem, Nagini i Seniorem nad morze. W Anglii trochę pizga pod koniec września więc wybraliśmy się do Egiptu. Niebieskie niebo, morze, piasek wszędzie: w gaciach, w skarpetkach, w klapkach i w oczach. A krab uszczypał mnie tam gdzie… Ech, nie ważne… Warto było!

Na początku myśleliśmy o tym, aby zatrzymać się w małym hoteliku prowadzonym przez tubylców, ale gdy próbowali spalić Voldzia na stosie, postanowiliśmy przenieść się do wielkiego, czterogwiazdkowego hotelu. Problemem okazała się Nagini ponieważ syczące parówy nie są mile widziane w miejscach publicznych. Jednak ma się ten mózg! Poszedłem do sklepu i kupiłem kilka rzeczy z promocji. Wystarczył stary misiek, opaska z uszami, nos klauna i taśma klejąca. Przebrałem ją i nikt w hotelu się nie zorientował, że to nie pudel! Patrzajcie i podziwiajcie:


Nie była zachwycona, podejrzewam, że będzie mnie nienawidzić do końca życia. Jednak trzeba przyznać, że śliczny z niej piesek, czyż nie? Tak się spodobał pewnemu grubemu facetowi z siwą brodą, że chciał ją odkupić, ale Volduś nie chciał o tym słyszeć.

Senior trochę się spalił na mordce podczas pobytu na plaży. Wysyłałem go z Voldkiem nad morze, a sam próbowałem poszukać miłości w hotelowym barze. Niestety, poza Anną 69 nikt mnie nie chce :(. Zupełnie tego nie rozumiem, przecież jestem taki czarujący… Spisałem sobie kilka tekstów z internetu i mówiłem je napotkanym kobietom. Żaden nie spotkał się ze zrozumieniem.

Najpierw próbowałem być romantyczny, podszedłem do fajnej babki i zagaiłem głębokim basem:
- Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia czy mam przejść obok jeszcze raz?
Zostałem wyśmiany. Pomyślałem, że coś źle robię. Nagle mnie olśniło! Przecież dziewczyny ciągle się odchudzają więc trzeba podejść do nich od strony warzywnej, postawiłem na luz:
- Joł! Gdybyś była rzodkiewką to bym cię wyrwał!
Nie spotkało się ze zrozumieniem. Pomyślałem, że z tego odchudzania mózg im wysechł na wiór i nie zauważają piękna wewnętrznego. Dlatego podbiłem do grubej, ale nadal atrakcyjnej lasencji:
- Wiem, że patrzysz się na mnie jakbym kaszankę ci obiecał!
Dostałem w twarz :(. Nie rozumiem współczesnych dziewczyn, kiedyś wystarczyło świniaka ubić, dom wybudować, drzewo zasadzić i chętne leciały z prawa i lewa. Wpadłem na pomysł aby zaznaczyć, że opływam w dostatek. Podszedłem do eleganckiej dziewczyny i oświadczyłem:
- Mam BMW!
Szybko się wydało, że nie mam samochodu więc mnie rzuciła, ale chociaż wyszedłem przed hotel z piękną kobietą u boku! Nie zrażałem się. Zobaczyłem zgrabną murzynkę, zmierzającą do wody. Stanąłem na jej drodze, naprężając muskuły i spytałem się pełnym męskości głosem:
- Gdzie tak kopytkujesz przepiękna gazelo?
Popatrzyła się na mnie jakbym był gumochłonem i wrzuciła mnie do wody! A ja nie potrafię pływać! Wyłowiła mnie piękność, a la Pamela Anderson ze „Słonecznego Patrolu”. Musiała być czarodziejką! Nikt normalny nie potrafi pływać! Przystąpiłem do ataku:
- Wetknąć moją łyżkę do twojego kociołka, bejbe?
Złapała mnie i wrzuciła z powrotem do wody :(. Wypełzłem jakoś na brzeg. Obok stały dwie chichoczące nastolatki. Szybko oszacowałem ich wiek, miały na oko coś koło szesnastki więc stwierdziłem, że mogę podbijać. Małe dziewczynki lubią zwierzaczki więc spróbowałem od tej strony:
- Gdybyśmy byli dwoma szczeniakami wylizałbym twoja miskę.
Uciekły piszcząc jakby ktoś z balona powietrze spuszczał. Musiały naskarżyć ratownikowi ponieważ złapał mnie i wyrzucił z plaży. Buuuu :(

Zraziłem się do kobiet. Postanowiłem, że na razie poświęcę się w 100% Voldemordowi. Naprawdę, gdyby mnie poprosił abym oddał mu część ciała, zrobiłbym to! On mi kiedyś wynagrodzi życie u swojego boku. Znajdzie mi jakąś ładną zwolenniczkę i sprawi, że zakocha się we mnie ^^. Hmmm, Narcyza zajęta, Bellatrix też… chociaż jej bym nie chciał bo to totalna wariatka… Zdradzę wam w sekrecie, że zawsze czułem pociąg do mamy Syriusza. Taki fajny MILF, mrau^^

Dobra, kończę bo za bardzo odpływam w marzenia. Wrzucam kilka zdjęć z urlopu:






Sorka za te kciuki wszędzie… Barty nie umie obsługiwać aparatu w komórce, a ja za późno się zorientowałem (-.-)‘

3majcie się ciepło!
Wasz Glizduniek!

P.s. - Anna69, odezwij się. Voldek nie ma dostępu, a ty masz takie ładne... oczy :]

czwartek, 10 grudnia 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 7 - Historia Zamku Durentius


Padało.
Na początku delikatnie, następnie wiatr przybrał na sile. Nastała ciemność. Krople deszczu zaczęły gwałtownie rozbijać się o szyby domu Michalskich. Błyskawice raz po raz przecinały niebo.

Patrycja w złym humorze sięgnęła po broszurę wyjętą z paczki ojca. Okazało się, że Angelique dała mu książkę pt.: „Rodzice – Mugole. Jak radzić sobie z magiczną młodzieżą gdy nie ma się pojęcia o życiu czarodzieja”. Do tego dołączony był informator o magicznych miejscach: Magowie, Mystopach i Zespole Szkół oraz wszelkie materiały dotyczące fałszywego gimnazjum, które później pokazali Wojtysiakom. O ile książka nie zdobyła uznania w oczach dziewczynki, o tyle druga pozycja okazała się interesująca. Czytała ją kilka razy w przeciągu ostatniego tygodnia. Przed chwilą wysiadł prąd w całym domu więc nie mogła dalej siedzieć na Facebooku. Nie mając co robić, Patrycja stwierdziła, że najlepiej jeszcze raz zajrzeć do informatora. Gdy pójdzie do szkoły będzie znała na pamięć wszystko co zostało tam napisane.

Rzuciła się w kulkowy fotel, rozłożyła broszurę i… nie zaczęła czytać. Wpatrywała się w ulewę za oknem przypominając sobie kłótnię na Facebooku. To nie jej wina, że nie może powiedzieć przyjaciółkom dlaczego nagle idzie do szkoły na drugim końcu Polski! Wprawdzie pokazała im materiały o fałszywym gimnazjum ale chyba wyczuły, że kłamie ponieważ nadal bombardowały ją pytaniami. Zwłaszcza Anka była nieugięta. W ostatniej rozmowie oznajmiła wprost, że wie, że to wszystko kłamstwo i jeśli Patrycja nie powie jej prawdy to oznacza koniec ich przyjaźni. Sytuacja wydawała się bez wyjścia. Patrycja nie miała zamiaru iść do nowej szkoły obsypana pryszczami. Na razie brak prądu uwolnił ją od odpowiedzi ale wiedziała, że się nie wymiga. Chyba straci przyjaciółkę…

Aby o tym nie myśleć zaczęła czytać informacje o swojej przyszłej szkole:

Zespół Szkół Magii i Czarodziejstwa imienia Mistrza Jana Twardowskiego (historyczne nazwy: Szkoła Durentius, Główna Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Polsce, Akademia Magii i Czarodziejstwa w Polsce) – jedyna polska uczelnia kształcąca czarownice i czarodziejów, mieszcząca się w zamku Durentius w Mystopach, położona gdzieś w Karpatach. Jedna z najstarszych tego typu szkół w Europie, założona w 1569 roku z inicjatywy Mistrza Jana Twardowskiego, ufundowana przez Zygmunta II Augusta. W 1932 została nazwana imieniem założyciela co było związane z rozdzieleniem szkoły na gimnazjum i liceum. Herb szkoły nawiązuje do Herbu Rzeczypospolitej Obojga Narodów z 1569 roku, stąd korona królewska. Na niebieskim polu jest słynny kogut Jana Twardowskiego, który na piersi ma tarczę z księżycem – rzekome miejsce ucieczki Mistrza przed diabłem (mugolska społeczność wymyśliła tę historię, aby wytłumaczyć nagłe zniknięcie czarodzieja). Ptak trzyma w pazurach różdżkę – symbol magii. Nad kogutem unoszą się cztery złote gwiazdy – oznaka trudów jakie muszą przejść uczniowie, aby stać się czarodziejami i czarownicami. Na dole herbu znajduje się wstęga, a na niej dewiza szkoły: „alteri vivas oportet, si vis tibi vivere”, która pochodzi od Seneki Młodszego i oznacza „trzeba żyć dla innych, jeśli chcesz żyć z pożytkiem dla siebie”.

Jan Twardowski, a właściwie  Laurentius Dhur (1473 – 1587) urodził się w Niemczech w rodzinie mugoli. Od dziecka przejawiał cechy magiczne jednak nie było wtedy ani czarodzieja ani szkoły, która by go przyjęła na ucznia z powodu jego pochodzenia. Dopiero w dorosłym wieku został zauważony przez samego Fausta (1490 – 1536), który został jego mistrzem. Szybko przyswoił sobie całą wiedzę, którą posiadał jego nauczyciel i wyruszył do Polski na dwór królewski, aby tam szukać szczęścia. Jednakże jego pochodzenie znowu dało o sobie znać. Miejscowi czarodzieje nie chcieli zadawać się z Niemcem i do tego „nieczystej” krwi, szeptano królowi, aby uważał na odmieńca, podejrzewali go o szpiegostwo. Zmienił wtedy Laurentius Dhur imię i nazwisko na Jana Twardowskiego oraz zaczął uczyć pod Krakowem sztuk magicznych dzieci, które pochodziły z mugolskich rodzin lub były „półkrwi”. Jego sława jako dobrego nauczyciela i świetnego maga dotarła do uszu samego Zygmunta II Augusta, który nie słuchając złych opinii miejscowych czarodziejów, podarował mu szlachectwo i majątek w zamian za usługi. Gdy królowi zmarła ukochana żona Barbara Radziwiłłówna ten ogłosił, że hojnie wynagrodzi osobę która sprowadzi ją z powrotem, żywą lub umarłą. Wiele lat trwały próby różnych osobistości z magicznego świata, ale żadnemu się to nie udało. Dopiero w nocy z 7 na 8 stycznia 1569 roku udała się ta sztuka Mistrzowi Twardowskiemu – przywołał ducha Barbary. Zygmunt II August spytał się czego pragnie czarodziej, ten nie wahał się ani sekundy z odpowiedzią. Zażyczył sobie miejsca gdzie mógłby szkolić uczniów w sztukach magicznych oraz gdzie będzie można postawić okazały gmach który będzie niewidzialny dla mugoli. Król zgodził się i podpisał akt utworzenia pierwszej czarodziejskiej szkoły obejmującej swoim zasięgiem Koronę Polską i Wielkie Księstwo Litewskie oraz umożliwiała naukę dzieciom z mugolskich rodzin z innych krajów. Poszukiwanie idealnej lokalizacji trwało ponad rok. Zamek Durentius, nazwany tak po śmierci Jana, powstał w Karpatach w przeciągu dziesięciu lat (1570-1580). Pracowało przy nim wielu adeptów Mistrza oraz zagraniczni czarodzieje, którzy sprowadzali się razem z rodzinami do wioski nazwanej z czasem Mystopami. Nazwa ta wiąże się z całkiem interesującą legendą, która została zapisana przez Myślibora Wierzbówkę z Piaskowic w roku 1791:

„Gdy na miejsce upatrzone przez Mistrza Iana Twardowskyego przybył ostatni z dynastii Jagiellonów, Król Zygmunt August, postanowiono, że nastąpi odświętne wmurowanie Kamienia Węgłowego. Był to wielki kamulec ozdobnie obryty przez ucznia Mistrza, był to Henryk z Wieprzowic - Garncarzem zwany gdyż sztuką taką wieczorami się parał dla nerwów ukojenia. Nikt z człeków niemagicznych siły nie miał tyle by ów kamulec ruszyć. Toteż postanowiono, że siłą magiczną uczeń który wykonał ryty postawi go w miejscu przeznaczenia. Henryk Garncarz wielką czując podnietę z zadania nań nałożonego źle inkantację czarodziejską wymówił. Kamulec uskoczył na pięć łokci w górę jako zając przez człeka ze snu wyrwany. Widać w górze źle mu było bo spadł na ziemię wprost na stopy Mistrza Iana. Wrzasnął ten głosem z bólu nabrzmiałym: umieściłeś go na mych stopach kmiocie! Toteż na pamiątkę tego niezwykłego wydarzenia wieś niedaleką, według królewskiej rady, Mychstopami nazwano, którą przez lata skrócono i tak pozostało po dzień dzisiejszy”.

Obecnie zamek i jego okolice….

Patrycja nie dokończyła czytać zdania ponieważ pani Jadwiga oznajmiła, krzycząc z parteru, że dziewczynka ma gościa. Zanim jednak zdążyła zastanowić się kto mógł ją odwiedzić w taką pogodę została przygnieciona do ziemi przez coś miękkiego i mokrego za razem.
 - Pyyyyyyyyśkaaaaaaaaaaaa! – rozbrzmiał głos Zochy. – Stęskniłam się za Tobą to se przyjechałam do ciebie! Wyszłam z domu, patrzę a tu autobus do ciebie! No, normalnie los tak chciał. Wsiadłam, biletu nie miałam ale kanarów nie było. Po drodze zaczęło lać ale przybiegłam, wiedziałam gdzie mieszkasz bo mi mówiłaś, że gdzieś tutaj. Ja tak często chodzę po mieście, że znam cały Lublin! Zawsze wiem gdzie ktoś mieszka. Cieszysz się, że jestem?
- Fak… to znaczy… tak… - jęknęła Patrycja wygrzebując się spod obfitego biustu koleżanki.
- Oooooooo! Czytasz informator! Można się z niego tyle dowiedzieć. Nasza szkoła będzie na pewno super. Strasznie mi się podoba jak oni to opisali. I te ruszające się zdjęcia! Zajebiste są!
- Ciiiiiszej… bo pani Jadwiga cię wygoni, nie znosi przeklinania.
- Przeklinania? „Zajebiście” to chyba nie przekleństwo..
- Nie lubi takich słów, nie raz dostałam opiernicz za jakieś głupoty.
- Zjebę znaczy się?
- Zocha!
- No już, już, nabijam się…- Zośka uśmiechnęła się. – To co? Masz ochotę na trochę czarów?

Patrycji nie trzeba było długo przekonywać. Po przedyskutowaniu czy mają już na sobie Namiar doszły do wniosku, że na pewno nie ponieważ zacznie on działać od 1 września. Zabarykadowały się w pokoju i na wszelki wypadek, aby pani Jadwiga niczego nie słyszała, przyłożyły do drzwi materac zdjęty z łóżka Patrycji.
- Ty słuchaj… myślisz, że podziała na nią Muffliato? – Zocha zastanowiła się głośno. Trzymała w ręku swoją różdżkę, którą przed chwilą wyjęła z plecaka. – Warto spróbować… Muffliato!
- Jak się dowiemy czy to działa?
- Jeśli coś rozwalimy i ona nie przyleci to działa!
- Eeee.  No dobra… to od czego zaczniemy?
- Ja już zaczęłam! Rzuciłam Muffliato!
- Zocha! Ty mnie nie wkurzaj! Jakie będzie kolejne zaklęcie, którego użyjemy?
- Hmmm… - czarnowłosa dziewczynka zajrzała do podręcznika od transmutacji. – Tutaj są różne zaklęcia… np. jak zniknąć ślimaka. Masz ślimaka?
- Nie.
- To może zapałki? Zamienimy w igły.
- Nie.
- Kurde, to może nie transmutacja, ta była trudna w Harrym… chociaż my mamy 13 lat a oni 11 jak zaczynali szkołę to może nam lepiej pójdzie. Wiem! Trzeba zajrzeć do podręcznika od zaklęć.
- Zocha! Mam! – Patrycja uniosła różdżkę. – Lumos!
- FUUUCK YEEEEAAAH! – zawyła z radości Zośka widząc, że koleżance udały się czary.
Po czym kilka sekund później materac poruszył się i spadł pociągając za sobą lampkę stojącą na nocnym stoliku. Dziewczyny zamarły patrząc na roztrzaskujące się szkło. W szparze między drzwiami a framugą ukazała się rozeźlona twarz pani Jadwigi.
- Czy możecie mi wytłumaczyć czemu wyjecie jak opętane i dlaczego ten materac nie jest na łóżku!?
Zośka popatrzyła na Patrycję, która stała ukrywając za plecami różdżkę i powiedziała ze spokojem:
- czyli Muffliato nie działa…

Dwa tygodnie później Patrycja z Zośką przeglądały w pokoju tej pierwszej nowe szaty szkolne. Paczkę dostarczyły poprzedniej nocy trzy sowy. Wylądowały w pokoju pana Grzegorza, który zaszył się tam aby leżąc na łóżku, przy lampce wina, dokończyć ostatnią część Harry’ego Pottera. Mrucząc coś o czystym wariactwie zaniósł paczkę córce, kazał ją schować do szafy i obejrzeć dopiero gdy Wojtysiaków nie będzie w domu. Przy okazji wdał się z Patrycją w dyskusję na temat czytanych książek.
- I wyobraź sobie Zocha… tata nie chce abyśmy miały w szkole bazyliszka albo smoka albo Puszka albo… no chociaż Aragoga! A przecież to najlepsza zabawa! Mam nadzieję, że będzie tam mnóstwo niebezpiecznych stworzeń, najlepiej w lesie. Jak ja bym chciała zobaczyć testrale! No i mówił jeszcze, że ma nadzieję, że nie ma u nas turnieju Trójmagicznego! To jest straszne, przecież to najlepsze ze wszystkich książek – powiedziała Patrycja z przejęciem podczas rozkładania szat na łóżku. 
Mogły bezpiecznie otworzyć paczkę ponieważ Wojtysiakowie pojechali na dłuższe zakupy. W środku czekały na Patrycję dwie granatowe szaty codzienne, jedna czerwona szata wyjściowa, dwa biało-granatowe stroje do ćwiczeń i jedna czarna peleryna jesienna. Dołączone były do nich dodatki: jeden pas złoty, jeden srebrny oraz czapka. Dziewczynka popatrzyła na nie ze zdumieniem wypisanym na twarzy.
- Zocha… co to jest!?
- Szaty szkolne, ślepa czy co?
- Ale, a-ale… przecież to nawet nie przypomina szat z Harry’ego Pottera! Mam jedną parę, kupiłam na Pottermore! To jakaś pomyłka! – Patrycja była zdruzgotana.
- No nie przypomina – odparła ze spokojem Zośka skubiąc słonecznik.
- Zocha!!!
- Pyśka, ty ślepoto jedna! Ty w ogóle patrzyłaś się na ludzi w Magowie?
- Ja… chyba... no…
- Nie zauważyłaś że inaczej wyglądali niż na filmach o Harrym?
- Tyle się działo, że się nie przyglądałam dokładnie... – odpowiedziała zaczerwieniona ze wstydu Patrycja. 
Nie rozumiała czemu Zośka się jej czepia. Przecież to było jak sen. Nie zwracała uwagi na ubrania czarodziejów. Bardziej skupiała się na przekonaniu ojca aby ją puścił do szkoły. To było w tym momencie ważniejsze niż jakieś tam łachy. Postanowiła zaatakować. 
– To może ty mi powiesz co to jest pani Mądralińska!

Zocha wstała z fotela, co trochę trwało biorąc pod uwagę jak ciężko się podnieść z worka wypełnionym styropianowymi kulkami. Odłożyła słonecznik na bok, w czasie drogi do łóżka otrzepała ręce i zaczęła mówić:
- To jest szata wyjściowa wzorowana na... eee... kontuszu – podniosła czerwoną szatę. Przypominała ona krótki szlafrok, miała długie, rozcięte rękawy zakończone białym futerkiem. Na kołnierzu oraz wykończeniu dołu także był cienki pas futra. Zapinane było na klatce piersiowej na 3 duże, złote guziki które po bokach miały złote hafty. – Nosiło się to dawno temu, już nie pamiętam dokładnie kiedy ale w Magowie co druga kobieta to miała, mężczyźni też tylko dłuższe. Popatrz, tu jest pas do tego… nie ten srebrny, ten złoty! Pod spodem nosi się długą sukienkę. Do tego masz czapkę… kurde… jak ona się nazywała. Później Ci powiem jak mi się przypomni. Widzisz? Jest czerwona z białym futrem więc na bank jest do wyjściowej. Te dwie są na co dzień – wskazała na szatę tego samego kroju co pierwsza jednakże nie było przy niej futra tylko srebrne hafty. Guziki i pas były tego samego koloru. Na lewym rękawie błyszczał się herb szkoły. Zośka wskazała na dwie kolejne. – To są stroje do ćwiczeń… no to chyba jasne skoro mamy tutaj koszulę i spodnie, lekki materiał… Te wierzchnie to chyba wtedy gdy będziemy biegać po boisku... Myślisz, że będzie tam jakieś boisko?
- Do quidditch’a na pewno, chociaż sorka wspominała o różnych sportach.
- No dobra, ostatni jest płaszcz abyśmy nie zmarzły – podniosła długą, czarną tkaninę. Kaptur miał wewnątrz futro, tak samo jak i na brzegach. Zapinany był na rząd złotych guzików. Nie miał rękawów, zamiast tego było dwie, obramowane złotym haftem dziury. Na piersi wyhaftowany był herb. – Niezłe, podoba mi się. A! Ta czapka to konfederatka! Wiedziałam, że coś związanego z „Przeminęło z wiatrem”.
- Z czym?
- Książek nie czytasz? – Zośka pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Czytam! Głównie o magii.
- Ale tamto to romans z historią USA w tle.
- Romans!? Historia!? Bleeee! – Patrycja zaczęła udawać, że gwałtownie wymiotuje.  – Jedyne co lubię to „Historia bez cenzury”, widziałaś to?
- Nie…
- To popatrz! Jest zajebiste, szkoda, że tak nie uczą w szkole… – po tym wyznaniu Patrycja włączyła Youtube.

Sytuacja z Anką Cegielską i resztą dziewczyn zakończyła się zerwaniem przyjaźni. Patrycja, mimo że początkowo była przygnębiona, stwierdziła że nie odczuła mocno straty koleżanek. Miała w końcu Zochę która jak nikt inny ją rozumiała i została jej nową najlepszą przyjaciółką. Czasami wstydziła się jej zachowania: zwyczaju rzucania się na nowo poznanych ludzi w celu wyściskania (pan Jan twierdził, że to zabawne), wymądrzania się i gadatliwości (tata Patrycji był zaskoczony książkami, które zna dziewczynka i chętnie podejmował dyskusję na dany temat), zjadania wszystkiego co jest zjadliwe (Pani Jadwiga była wniebowzięta, że ktoś prosi o trzecią dokładkę i zawsze ją komplementuje) czy noszenia dziwacznych ubrań („Pyśka, ty się nie znasz! Ciucholandy są ekstra!”). Mimo jej wad była wspaniałą kompanką w szalonych eskapadach z różdżkami w plecaku. Szukały ustronnego miejsca i tam na zmianę próbowały czarować. Ku rozpaczy Patrycji Zocha szybciej opanowywała kolejne zaklęcia. Mimo różnic potrafiły gadać całymi godzinami o przeczytanych fanfikach i razem wzdychały do Draco. Raz nawet ojciec Patrycji pozwolił zrobić im maraton filmów o Harrym co spotkało się z dezaprobatą pani Jadwigi i wyprawą z panem Janem do sklepu w celu kupienia dwóch opakowań lodów, trzech dipów, trzech paczek chipsów i różnych smaków drażetek czekoladowych.

Po rozmowach na tematy rodzinne okazało się, że Zocha wcale nie jest cyganką. Jej matka była drobną blondynką o niebieskich oczach, których kolor odziedziczyła jej córka. Ojcem był za to hindus, po którym dostała większą część wyglądu. Starsza siostra, piętnastoletnia Milagros wyglądała jak swoja matka. Zaś dziewiętnastoletni brat, nie wiedzieć czemu, urodził się rudy. Zośka nie bardzo chciała się przyznać, ale w końcu wyjawiła, że nie utrzymuje kontaktów z ojcem i nie ma jego nazwiska. Matka pracowała sezonowo za granicą przy zbiorach owoców i warzyw – dlatego rodzina nie miała dużo pieniędzy. Z tego powodu szkoła ufundowała Zośce stypendium, a wszystkie rzeczy do szkoły były z drugiej ręki. Jednak optymistyczna natura dziewczynki nie pozwoliła jej się użalać nad sobą. Uwielbiała chodzić po ciucholandach i szukać „perełek” do swojej kolekcji. Obecnie była pod wpływem filmów z Bollywood, które namiętnie oglądała ze starszą siostrą. Dlatego ubierała się w orientalne tuniki, sukienki, spódnice i szale. Patrycja na te dziwactwa często kręciła głową nie wiedząc co o tym myśleć. Jak można było nie chcieć iść do centrum handlowego i kupić ubrań z najnowszej kolekcji? Dziewczyny u niej w podstawówce miały swój styl: dużo różowego, bluzy z One Direction, jeansy i wzorowanie się na zagranicznych piosenkarkach. Nawet ona i Anka, mimo, że lubiły się przebierać za lolity w domu, do szkoły chodziły ubrane normalnie.
- Pyśka! Pokaż mi te swoje ciuchy z Japonii – rozkazała Zocha gdy obejrzały już wszystkie odcinki „Historii bez cenzury”. – Chcę zobaczyć czym się tak podniecasz.
Patrycja posłusznie otworzyła szafę. Zośka początkowo oglądała ubrania z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale w pewnym momencie odwróciła się do koleżanki z miną jakby wymyśliła lek na raka.
- To jest fajne! Weź załóż tą długą sukienkę w czarno-czerwoną kratę.
- Po co?
- Poco to się nogi noco! Pyśka, rób jak mówię! Nie jęcz, mordko ty moja i bierz dupkę w troki!

Patrycji nie pozostało nic innego jak spełnić prośbę koleżanki. Zastanawiała się skąd Zocha czerpie takie teksty. Czasem klęła z koleżankami na przerwach ale po cichu aby nauczyciele nie usłyszeli. Widać wychowanie na ulicy Lubartowskiej zrobiło swoje. Wyjęła wyjątkowo długą sukienkę z szafy i założyła na siebie. Zocha podała jej wyjściową szatę i kazała dodać do kreacji. Następnie obwiązała koleżankę pasem.
- Spójrz na siebie… Tak idziesz na rozpoczęcie roku! Jak ja coś powiem to nie ma chuja we wsi, jak nie pójdziesz to rzucę na ciebie klątwę. Zapewniam cię że już kupiłam u Madamy Zakrzewskiej odpowiednią książkę…. – dodała złowieszczym tonem tak na wszelki wypadek.
Postanowiły przejrzeć resztę loliciej garderoby Patrycji i skompletować ubrania pasujące do magicznego świata. Resztę dnia spędziły zamawiając więcej ciuchów przez internet.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 7 – Wizyta w Azkabanie


- Nie, nie i jeszcze raz nie! – powiedziała Hermiona odwracając się do Harry’ego plecami. – Prosisz o zbyt wiele!
- Hermiono… Jesteś naszą ostatnią nadzieją…
- Mam sporo na głowie! Jeszcze mi tylko Snape’a brakuje!
Harry przyjechał do domu Hermiony aby odebrać od niej notatki dotyczące spraw sądowych z udziałem obrazów. Zaczęli rozmawiać o swoim dawnym profesorze eliksirów i szybko wyszło na jaw czego jeszcze oczekuje od niej przyjaciel. Okazało się, że Snape nie zgadza się aby ktokolwiek go bronił przed Wizengamotem. Złożyło mu wizytę pół Zakonu Feniksa, ale nikomu nie udało się przekonać go do zmiany decyzji. Harry wiedział, że jego przyjaciółka ma wiele obowiązków i odraczał ten moment jak tylko mógł, ale w końcu nie miał wyjścia i musiał poprosić ją o pomoc. Hermionie w ogóle się to nie podobało. Wprawdzie zakończyła remont i nadrabianie zaległości z Ginny jednak wiedziała, że rozprawy będą się ciągnąć przez dłuższy czas, a ona chciała się porządnie przygotować do owutemów. Hermiona miała świadomość, że i tak będzie zajęta przez pierwsze miesiące szkoły przez proces Umbridge.
- Wiem, że jest ci ciężko – powiedział miękko Harry kładąc ręce na jej ramionach i obracając ją do siebie. – Wiesz jaki on jest, a tylko ty potrafisz sobie poradzić z takimi osobami. Z Percym szło ci śpiewająco… Na dodatek znasz na pamięć Prawo Czarodziejów.
- Nie przesadzaj! – warknęła Hermiona. – Nie znam wszystkiego!
- Tak? Jak brzmi piąty punkt Karty Praw Wizengamotu?
- Oskarżony ma prawo powoływać świadków na swą obronę… Czemu się śmiejesz?!

Popatrzyła się na jego rozbawioną twarz, ręce nadal trzymał na jej ramionach. Zrozumiała powód jego wesołości i nagle wszystko wydało jej się zabawne. Chichotali jak szaleni z głowami pochylonymi ku sobie, aż się zetknęli czołami. Właśnie wtedy weszła do pokoju jej mama.
- Och, kochanie, chyba przeszkadzam… - powiedziała i szybko zamknęła drzwi.
Hermiona odskoczyła od Harry’ego i dopadła ją na schodach.
- Mamo! Miałaś nie wstawać!
- Nie przesadzaj… poszłam do toalety i pomyślałam, że może chcecie czegoś do picia…
- Marsz do łóżka! Zrobimy mrożoną herbatę, przyniesiemy ci ją i posiedzimy z tobą!

Dwadzieścia minut później Harry opowiadał mamie przyjaciółki co go przywiodło do ich domu. Temat Snape’a nie był dogłębnie przez Hermionę omówiony dlatego pani Granger słuchała z zainteresowaniem. Na samym końcu jej córka spytała się co powinna zrobić.
- Szczerze?
-Tak, mamo.
- Ja bym go ratowała nawet jeśli on tego nie chce.
- Widzisz, Hermiono?  - rzekł Harry. – Słuchaj się mamy!
- Wiem, kochanie, że oceny są dla ciebie bardzo ważne – pani Granger popatrzyła się z czułością na córkę. – Jesteś taka mądra i ambitna. Myślę jednak, że w przyszłości będziesz bardziej żałować, że nie zrobiłaś czegoś dobrego niż to, że dostałaś kilka niższych ocen na egzaminach. Nauka to nie wszystko, ważniejsi są ludzie.

Hermiona przygryzła wargę. Myślała, że mama ją poprze. Dobrze wiedziała, że nie lubi Snape’a, wiele razy opowiadała rodzicom o znęcaniu się nad uczniami, jego braku sprawiedliwości i wywyższaniu ślizgonów.
- Wiem, że był okropny… ale z tego co opowiadał Harry możliwe jest, że to była tylko gra – kontynuowała pani Granger. – Sądzę, że nie jest zadowolony z faktu, że jego tajemnica zostanie odkryta. Tyle lat żył udając, że jest złym człowiekiem.
- Mamo, ja wiem, że zachował się wspaniale walcząc z Voldemortem. Prawda jest taka, że jest okrutny, złośliwy i mściwy. Jego prawdziwe cechy charakteru pomagały mu w tym wszystkim. Nie musiał się wysilać udając, że nienawidzi Harry’ego ponieważ taka jest prawda!
- Tak, też tak myślę – dodał Harry. – Jednak uważam, że należy mu pomóc. Mimo wszystko doprowadził do upadku Voldemorta, a ja chcę aby każdy znał prawdę o jego bohaterstwie. Poza tym nie zamierzam siedzieć bezczynnie i patrzeć jak go skazują na Azkaban. Nie chcę żyć ze świadomością, że mogłem mu pomóc, a niczego nie robiłem. Problem jest w tym, że mnie nie chce widzieć. A ciebie po jakimś czasie… hmm… zaakceptuje…
- Dowalasz mi mnóstwo roboty, wiesz o tym?
- Wiem, naprawdę wiem – powiedział spokojnie. – Kiedyś ci się odwdzięczę, nie wiem kiedy i nie wiem jak, ale jeśli tylko będziesz czegoś potrzebowała… ja zawsze ci pomogę, obiecuję.

Hermiona westchnęła i popatrzyła się na lód pływający na dnie kubka. Nie była zachwycona, zależało jej na jak najlepszych ocenach, a przez ciągłe wizyty w Ministerstwie Magii nie będzie mogła uczyć się tyle ile zechce. Z drugiej strony jej poczucie obowiązku i sprawiedliwości mówiło jej, że powinna obronić Snape’a.
- Naprawdę nikogo innego nie da się znaleźć? Może ja będę temu komuś tylko pomagać?
- Problem w tym, że nie ma nikogo takiego. Większość osób się do tego nie nadaje. Nie znają prawa, nie wiedzą co trzeba robić w Wizengamocie…
- A niby ja wiem? W mugolskim świecie aby zostać adwokatem trzeba mieć skończone studia!
- Przydałoby się zapoczątkować u nas taki zawód. W czarodziejskim może to być każdy pełnoletni czarodziej…
- Oskarżony musi się zgodzić na obrońcę, jeśli Snape nie zechce ze mną współpracować to niczego nie poradzę!
- Chociaż spróbuj! Proszę cię, Hermiono! Jak nie będzie chciał to damy mu spokój i będziemy mieć czyste sumienie!
- Mamo…?
- Dasz radę, wierzę w ciebie – pani Granger uśmiechnęła się do córki. – Poza tym… myślę, że gdy będzie po wszystkim bez problemu dostaniesz pracę, nie ważne ile uzyskasz owutemów.

Tym co zaskoczyło Hermionę po wyjściu Harry’ego było dziwne zachowanie jej matki. Zaczęło to być tak widoczne, że nie wytrzymała i spytała się o co jej chodzi.
- Wiesz córeczko, gdy weszłam do twojego pokoju…
- To co mamo?
- Nie chcę ci nic zarzucać, wiem, że jesteś z Ronem i tworzycie czarującą parę ale…
- Mamo, nie mów, że sobie o czymś pomyślałaś! – Hermiona była przerażona, że coś takiego mogło przyjść jej do głowy.
- Po prostu gdy tak staliście z Harrym… jesteś pewna, że on nie czuje do ciebie mięty?
- Błagam, powiedz, że to tylko żart! Kocham Rona, a Harry kocha Ginny!
- Hmmm, czasem ludzie nie zdają sobie sprawy ze swoich prawdziwych uczuć, a wy wyglądaliście jakbyście…
- Nie chcę o tym słuchać! – Hermiona ostentacyjnie zakryła rękami uszy idąc w stronę drzwi. – Nic między nami nie ma! A ja idę przygotować linię obrony!
- Ok, rozumiem! Już nic nie mówię – pani Granger uśmiechnęła się zagadkowo i ułożyła się wygodnie do drzemki.

Hermiona nie wiedziała czy dobrze zrobiła godząc się na to wszystko. Przez moment rozważała nawet porzucenie szkoły i wrócenie do niej za rok. Ojciec dziewczyny wysłuchał co się działo podczas jego nieobecności w domu i poparł decyzję Hermiony. Powiedział także, że ma najwspanialszą córkę na świecie. Ron nie był zachwycony na wieść o tym, że będzie broniła Snape’a. Pomysł nie pójścia do Hogwartu przypadł mu do gustu i był zawiedziony, gdy powiedziała, że jednak dokończy naukę. Ginny popierała we wszystkim Harry’ego, więc obiecała, że jeśli Hermionie będzie potrzebna pomoc to rzuci dla niej wszystko i zrobi co w jej mocy. Państwo Weasleyowie pokiwali głowami ze współczuciem, mama rudzielców od razu zaczęła litować się nad Hermioną, a jej mąż powiedział, że podziwia ją i bardzo żałuje, że nie udało mu się namówić Severusa do współpracy. Cała rodzina zapewniła, że jeśli tylko będzie czegoś potrzebowała to od razu ruszą jej z pomocą.

***

Dwa dni później Hermiona czekała na Harry’ego pod drzwiami kwatery aurorów. Pobiegł do szefa aby zdobyć dla niej pozwolenie na wizytę w Azkabanie. Podejrzewali, że Robards będzie robił problemy i sądząc po czasie, który minął od wejścia Harry’ego, nie mylili się bardzo. Z westchnieniem wyjęła lusterko i sprawdziła makijaż. Rzadko się malowała, ale wizyty w Ministerstwie Magii uświadomiły jej, że wygląd i prezentacja swojej osoby mogą zdziałać cuda. Sprawdziła czy tusz się nie rozmazał. Używała mugolskich kosmetyków ponieważ czary makijażowe w ogóle jej nie wychodziły, co niesamowicie bawiło Ginny. Hermionie poczerwieniały policzki na wspomnienie jej ostatniej próby. Ginny prawie straciła oddech przez napad wyjątkowo gwałtownego śmiechu, gdy zobaczyła przyjaciółkę z twarzą niczym Drag Queen. Od tamtej pory Hermiona nie eksperymentowała z wyglądem i zaprzyjaźniła się z tuszem, pudrem oraz szminką. Pomyślała, że delikatny makijaż to jest to i niczego więcej nie będzie robić. W tym momencie otworzyły się drzwi i zobaczyła Harry’ego.
- Musisz iść tam osobiście. Powiedział, że jeśli jeszcze raz będę go o coś prosił  związanego ze Snapem to mi nogi z dupy powyrywa i zdegraduje do czyściciela toalet.

Hermiona wyprostowała się, poprawiła żakiet i weszła. Nie wiedziała co ją tam czeka, ale nie zamierzała się bać. Gawain Robards, Szef Biura Aurorów siedział za biurkiem i patrzył się na nią badawczo.
- Panna Granger, witam – wyciągnął do niej dłoń.
- Witam panie Robards – uścisnęła jego dłoń swoją.
- Przyszłaś tutaj w sprawie…
- …spotkania z Severusem Snapem – odpowiedziała, starała się patrzeć mu w oczy i nie mrugać.
- Słyszałem, że jesteś cięta na śmierciożerców, panno Granger – rzekł sięgając niby od niechcenia formularz podania. – Czyżby stanowisko w tej sprawie się zmieniło? Severus to jeden z najgorszych szumowin, a chcesz go bronić!
- Tak, zamierzam to zrobić i nie zamierzam się nikomu z tego tłumaczyć. Ale nie będę w stanie gdy nie da mi pan pozwolenia na widzenie się z nim!
- Dostaniesz je, następnym razem sama przyjdź, a nie przysyłaj mi tutaj Pottera – złożył na formularzu podpis i spojrzał się na nią z nieprzyjemnym uśmieszkiem. – Mam nadzieję, że potrafisz walczyć ponieważ będę głównym oskarżycielem.
Tak była zdumiona, że nic nie odpowiedziała. Będzie walczyć z szefem Harry’ego o Snape’a! Gdyby ktoś jej kiedyś powiedział, że będzie coś takiego robić to by go wyśmiała. Jednak nie było odwrotu, obiecała co obiecała. Gawain podszedł do szafy i wyciągnął z niej gumową piłeczkę. W ciągu kilku sekund świstoklik do Azkabanu był gotowy. Hermiona włożyła do torebki pozwolenie i dotknęła leżącego na biurku przedmiotu. Zanim się zaświecił Robards powiedział:
- masz godzinę panno Granger!

Poczuła szarpnięcie i poleciała do Azkabanu. Uderzyła stopami o kamienne podłoże, prawie się przewróciła, ale w ostatniej chwili utrzymała równowagę. Poczuła zapach morza i spojrzała w górę. Trójkątny otwór ukazywał kawałek bezchmurnego nieba.
- Pozwolenie!
Męski głos wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się i zobaczyła stojącego przed jej nosem aurora który patrzył się na nią nieufnie. Pod ścianą, przy małych drzwiach, siedział jego kolega. Obok niego stał stolik z drugim krzesłem, w ścianę wmurowany był sejf. Podała pergamin, przeczytał go i obejrzał z każdej strony podejrzewając, że jest podrobiony.
- Różdżka i świstoklik!
Oddała mu swoją jedyną broń i piłeczkę. Spojrzał na przedmioty i włożył je do sejfu stojącego za nim.
- Torebka!
Podała ją aurorowi, wysypał zawartość na stolik stojący przy sejfie. Pogrzebał chwilę przeglądając zawartość i pomruczał zaklęcia machając nad nią swoją różdżką.
- Może brać, za godzinę będzie powrotny świstoklik. Ani minuty spóźnienia! – powiedział z naciskiem. – John, zaprowadź ją do starego nietoperza.
- Idzie za mną! – powiedział drugi auror, który był tak samo gburowaty jak pierwszy.
- Dobrze, dobrze – mruknęła. – Mnie też miło panów poznać…
Weszli do lochów przez małe drzwiczki. Okazało się, że za nimi znajduje się tak samo niski korytarz, a w nim schody prowadzące w dół. Grube mury były zimne, Hermiona gratulowała sobie w myślach pomysłu wzięcia żakietu. Na dworze panował sierpniowy upał, ale w lochach Azkabanu było zimno. Po przejściu przez labirynt korytarzy auror zatrzymał się i wykonał kilka skomplikowanych ruchów różdżką, stukając co jakiś czas drzwi. Gdy skończył, ciężkie wrota stały otworem.
- Przyjdę tutaj na pięć minut przed odejściem świstoklika. Ma być gotowa!

Hermiona przytaknęła milcząco i weszła do celi. Pomieszczenie było małe i pasowało do reszty budowli. Grube, chłodne mury, kamienna podłoga, pod sufitem maleńkie okienko przez które wpadało światło. Dzięki temu, że był słoneczny dzień można było zobaczyć wnętrze, gdyby było pochmurnie w środku panowałaby ciemność. Snape siedział na materacu pod ścianą gdzie panował półmrok. Nawet na nią nie spojrzał.
- Możesz wracać, na nic się nie zgodzę. Powiedz Potterowi aby poszedł do diabła – rzekł swoim zwyczajnym, chłodnym tonem.
- Poszedł i wrócił, słyszał pan o kimś takim jak Voldemort panie profesorze?
- Jakbyś nie zauważyła Granger to już ciebie nie uczę! – warknął ciągle patrząc się na ścianę.
- Dobrze… więc panie Severusie… - zaczęła.
- Mówiłem, że nie! Idź stąd!
Hermionie powoli zaczynało się podnosić ciśnienie. Najchętniej w ogóle by tu się nie wybrała gdyby nie Harry.
- Będę pana broniła przed Wizengamotem!
- Nie musisz, już się przyzwyczaiłem do mojego nowego miejsca zamieszkania.
- Jeśli się pan zgodzi to ma pan szansę wyjść na wolność! – powiedziała szybko. – Mamy świadków! Damy radę!
- Mam to gdzieś – jego ton był równie lodowaty jak loch w którym przebywał.
- Ale…
- Nie!
- Ale…!
- NIE SŁYSZYSZ!? NIE!!! – wrzasnął odwracając się do niej. – Nie chcę niczego od Pottera! Najpierw sam przyłaził, potem przysyłał innych. Mam was wszystkich dość! – wstał i zaczął nerwowo chodzić od jednej ściany do drugiej. – Było tutaj trzech Weasleyów, McGonagall, nawet Shacklebolt, a teraz ty!

Jego widok prawie zwalił Hermionę z nóg, był to cień dawnego Snape’a. Wyglądał na wychudzonego i chorego. Miał na sobie za duże więzienne szaty. Dziwnie było go widzieć w innym kolorze niż czerń i bez jego nietoperzowej peleryny. Dziewczyna zauważyła, że jego czarne włosy przyprószone zostały siwizną.
- To moje życie – ciągnął. – I ja zdecyduję co z nim zrobić!
- Nie – powiedziała cicho.
- Co nie, dziewczyno?
- Nie pan zdecyduje tylko Wizengamot. A skoro chce mieć pan wpływ na swoje życie to proponuję chociaż trochę powalczyć, a nie poddawać się jak tchórz.
- Phi, myślisz, że to mnie przekona?
- Ooooch, jasne że nie! Szczerze mówiąc będę PRZESZCZĘŚLIWA jeśli pan się nie zgodzi! – warknęła. – Mam o wiele lepsze rzeczy do roboty niż babranie się w pańskich brudach! Ja chcę tylko skończyć naukę w Hogwarcie!

Zapadła cisza, Snape popatrzył się na nią badawczo. Hermiona stała pod ścianą z rękami założonymi na piersi. Była co raz bardziej zdenerwowana.
- Hogwart?
-Tak! Hogwart! –  prawie krzyczała ale nie mogła nic na to poradzić, gotowało się w niej. – Taka szkoła, może pan o niej słyszał?
- Skoro nie chcesz mnie bronić to po co to robisz? – spytał kąśliwie Severus.
- Harry mnie w to wrobił! – wyrwało jej się. Pomyślała, że ma napięcie przedmiesiączkowe skoro się nie kontroluje i krzyczy na ludzi. – Najchętniej w ogóle bym się tutaj nie pojawiła, ale obiecałam! Więc może by pan okazał chociaż cień zrozumienia i wysłuchał co mam do powiedzenia, do cholery jasnej!
- Jakbyś nie zauwa… - Snape zaczął, ale nie skończył gdyż Hermiona walnęła pięścią w ścianę obok niego.

Nie było to mocne uderzenie, ale widocznie zrobiło wrażenie na dawnym nauczycielu eliksirów, gdyż popatrzył się na nią pytająco.
- Posłucha pan co mam do powiedzenia… - powiedziała ostrzegawczym tonem patrząc mu prosto w oczy. – A potem może pan stwierdzić, że nie chce abym była pańskim obrońcą i wszyscy będą szczęśliwi!
- Zamieniam się w… słuch – wycedził, po czym dodał. – Postaraj się panować nad swoim napięciem…
- Jest spora szansa, że zostanie oczyszczony pan z zarzutów – Hermiona weszła mu w słowo udając, że nie dosłyszała ostatniego zdania. – Przeanalizowałam osiem spraw sądowych z udziałem portretów jako świadków. Nie musi pan udostępniać swoich wspomnień!
- Nie…? – popatrzył się na nią nieufnie.
- Nie do cholery! – warknęła. – Bo przecież o to chodzi, prawda? Nie chce ich pan pokazać, rozumiem to! Dlatego wymyśliłam inny sposób!

Snape milczał, Hermiona dyszała ciężko. Minęło kilka minut w ciszy. W końcu dziewczyna postanowiła się odezwać.
- Nie jest mi na rękę bronienie pana, ale zrobię to jeśli pan się zgodzi. Gawain Robards utrudnia wszystko jak się da… Na dodatek będzie głównym oskarżycielem i już dał mi do zrozumienia, że z nim nie wygram.
- Ten syn gumochłona i ropuchy? – spytał się zniesmaczony Snape.
- Tak, ten! – potwierdziła. – Miło gdyby pan się zgodził chociażby po to, aby mu dokopać!
Snape siedział zamyślony. Hermiona dopiero teraz zauważyła, że jest zmarznięta. Zaczęła się zastanawiać jakim cudem on tutaj wytrzymuje w tej szacie. Przebywanie tutaj to tortura. Nagle usłyszała stukanie w drzwi.
- Więc jak? – spytała się gdy do celi wszedł auror.

- Przyjdź jeszcze raz – odrzekł Snape i odwrócił się w stronę ściany, nie żegnając się z nią, ani nawet nie zaszczycając spojrzeniem.