poniedziałek, 17 października 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 38 – Peron 7 1/2


- Twoje podanie zostało odrzucone – oświadczyła Mafalda i położyła na biurku Hermiony pergamin, który potwierdzał jej słowa.
Młodsza z czarownic błyskawicznie podniosła dokument i przeczytała go uważnie. Po tej czynności z jej gardła wydobył się jęk zawodu.
- Czemu? – spytała ponuro.
- Zaczyna się gorączkowy okres, a do tego mamy braki w ludziach. Nie mogę pozwolić ci na tydzień wolnego, ponieważ nie wykopię się z dokumentów aż do Bożego Narodzenia – wyjaśniła szefowa Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów.
- Muszę wyremontować dwie sypialnię i kuchnię. Chcę także spędzić czas z moją malutką siostrzyczką i narzeczonym. Potrzebuję do tego urlopu – wyrzuciła z siebie Hermiona.

Miała cichą nadzieję, że to wyznanie zmiękczy przełożoną. Nie zrobiło to jednak wrażenia na Mafaldzie, która nadal stała przed biurkiem swojej pracownicy. Jej wyraz twarzy zdradzał, że była zdziwiona.
- Przecież jesteś czarownicą. Dlaczego nie użyjesz magii?
- Mieszkam wśród mugoli. Jeśli nie zrobię chociaż części remontu ich sposobami to zaczną coś podejrzewać.
- Rozumiem o co ci chodzi, ale to nie zmienia faktu, że jesteś mi potrzebna. Kończy się rok szkolny, zaraz uczniowie wrócą do domu i zaczną łamać zakaz używania magii. Z dorosłymi także nie jest lepiej. Tylko poczują wakacje i od razu włącza się im chochlikowy rozum. Musisz wstrzymać się z remontem i wziąć urlop we wrześniu.

Po słowach Mafaldy Hermiona miała wielką ochotę pozwolić sobie na jakąś kąśliwą uwagę, ale postanowiła nie podpadać swojej szefowej. Zrozumiała, że może tylko pomarzyć o prawdziwych wakacjach w tym roku. Tak naprawdę nie chodziło o remont, ponieważ ten nie był bardzo naglącą sprawą. Mogła go przeprowadzić w weekendy przy pomocy ojca i Rona. Spanie na kanapie w salonie jeszcze nikogo nie zabiło. Kuchnia była wprawdzie stara, ale sprawowała się na razie dobrze, więc można było poczekać z jej remontem do września.

Bardziej zdenerwowało Hermionę to, że nie będzie mogła wyjechać na wakacje z Suzanne i rodzicami. Miała nadzieję na chociaż kilka dni wypoczynku w ich towarzystwie. Odkąd zamieszkała z dala od swojej rodziny to odczuwała jednocześnie smutek i radość. Z jednej strony chciała nadal uczestniczyć w życiu Suzanne, ale z drugiej strony pragnęła być samodzielna i decydować o swoim domu. Widocznie jeszcze nie przyzwyczaiła się do rozłąki z rodziną. Co do Rona i ich wakacji mieli plany aby wyskoczyć na tydzień do Paryża. On koniecznie chciał zobaczyć Disneyland, a ona nie mogła się doczekać podziwiania sztuki w Luwrze i spaceru po Wersalu.
- Zanieś te raporty do Kingsleya i wyjaśnij, że nie mogłam ich wcześniej przygotować ze względu na sprawę Dundy’ego, który znowu postanowił złamać prawo – poleciła Mafalda z wyraźną irytacją w głosie.

Wyrwana z zadumy Hermiona posłusznie złapała plik pergaminów i wyruszyła na spotkanie z Ministrem Magii. W chwili gdy zamknęła drzwi prowadzące do jej biura znowu pogrążyła się w rozmyślaniach. Odmowa urlopu była dla niej pierwszą przykrą rzeczą, która spotkała ją w tym tygodniu. Ostatnio między nią a Ronem wszystko wróciło do normy. Po interwencji Molly prawie przestali się kłócić. Dotychczas jedynym punktem zapalnym okazało się jedzenie. Ron wracał z pracy później niż Hermiona i z tego powodu oczekiwał, że będzie na niego oczekiwał dwudaniowy obiad z deserem. Wypominał swojej narzeczonej, że gdyby mieszkali wśród czarodziejów mógłby być w domu o wiele wcześniej. Uważał się za pokrzywdzonego, że musiał używać transportu publicznego zamiast sieci Fiuu.

Hermiona była zdania, że nie mogą mieszkać w jakimś niedostępnym dla mugoli miejsc. Po pierwsze chciała widywać się z rodziną, a po drugie Suzanne zaczynała mówić i istniało spore ryzyko, że dziewczynka wspomni coś o magii. Dlatego czarownica zdecydowała, że przy siostrze będzie udawała normalną osobę. Przynajmniej do czasu, aż mała osiągnie wiek, w którym zrozumie o co chodzi i nie opowie o tym wszystkim wokół.

Jeśli chodziło o gotowanie, Hermiona uważała, że ona wraca zmęczona po pracy i ma prawo do odpoczynku. Dwudaniowy obiad z deserem był poza jej możliwościami kulinarnymi i Ron dobrze o tym wiedział, ponieważ nie raz krytykował potrawy, które przygotowała. Dlatego ich głównymi posiłkami stały się mrożone pizze, pieczone sery pleśniowe z bagietką oraz chińskie jedzenie na wynos. Ron przyzwyczajony do tradycyjnej kuchni zaczął mocno protestować co doprowadziło do większych i mniejszych spięć pomiędzy narzeczonymi. Zirytowana Hermiona udała się po pomoc do swojej mamy, ale jedyne co od niej otrzymała to książkę Julii Child na temat francuskiej kuchni. Dziewczyna ugotowała kilka potraw z podanych przepisów, ale jej narzeczony nadal narzekał, że nie są to super smaczne potrawy do jakich przywykł. Wtedy dziewczyna pomyślała, że może Kamini podsunie jej jakiś ciekawy pomysł i szybko udała się do sąsiadki. Ta w ciągu kilku chwil poradziła jej aby zaczęła zamawiać jedzenie z pobliskiej jadłodajni, która szczyci się domowym jedzeniem za niską cenę. Uzgodniły, że Kamini będzie odbierała zamówienie, po czym Hermiona będzie je zabierać po pracy. W domu upozoruje proces gotowania, aby chłopak mógł wykazać się poprzez zmywanie garów.

Czarownica nie czuła najmniejszych wyrzutów sumienia z powodu oszukiwania narzeczonego. Ron był zadowolony i niczego się nie domyślał. Hermiona uznała, że kiedyś zdradzi mu sekret skąd bierze się obiad. Chodziło o to, że rudzielec był uprzedzony do jadłodajni po tym jak na początku ich związku zatruł się kaszanką pochodzącą z podobnego źródła. Mieszkał wtedy z George’em, który zamiast pomóc bratu wolał się z niego nabijać i ostatecznie pójść sobie do Dziurawego Kotła uznając, że przez odgłosy i tak nie będzie mógł spać więc woli się napić. Ron spędził noc siedząc na toalecie i trzymając miskę w ramionach. Był na tyle osłabiony, że nie był w stanie samodzielnie uleczyć się przy pomocy czarów, a eliksiry na zatrucia dawno mu się skończyły. Z tego powodu Hermiona postanowiła najpierw przyzwyczaić rudzielca do potraw. Chciała aby przekonał się, że nie ma się czego bać. Liczyła na to, że chłopak zrozumie, że zamawianie jedzenia jest lepszą opcją niż zmuszanie jej do gotowania.

Droga z drugiego piętra, gdzie mieścił się departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów, do biura Ministra Magii nie była długa. W ciągu pięciu minut Hermiona stanęła przed drzwiami i otworzyła je zdecydowanym ruchem.
- Mam raporty od Mafaldy – oznajmiła sekretarce pokazując stos dokumentów.
- Poczekaj chwilę, teraz Kingsley jest zajęty – odparła Daisy i wróciła do piłowania niesamowicie długich paznokci.

Czarownica posłusznie usiadła na jednym z krzeseł stojących pod ścianą. Miała wyjątkowe szczęście, że była jedyną osobą, która chciała się zobaczyć z Ministrem Magii. Zazwyczaj pokój był mniej lub bardziej zapełniony ludźmi, którzy czekali na spotkanie.
Nie minęły dwie minuty, gdy drzwi gabinetu otworzyły się i wyszedł z nich Percy Weasley. Hermiona od razu zauważyła rumieniec złości, który gościł na jego twarzy.
- Ha! Pewnie zawalił jakąś sprawę – pomyślała dziewczyna z zadowoleniem.

W głębi serca cieszyły ją potknięcia rudzielca, ponieważ wiedziała, że jego ambicja pcha go w stronę posady Kingsleya. Prędzej czy później zmierzą się z Hermioną w wyścigu do objęcia stanowiska Ministra Magii, ale chwilowo tylko Ron, Harry i Ginny wiedzieli o planach swojej przyjaciółki. To zapewniało jej przewagę nad innymi konkurentami.
- Musisz znaleźć kogoś kto mówi po francusku! – warknął mało przyjemnym tonem w stronę sekretarki. – Te żabojady wszystko pokręciły i mi się za to dostaje!
- Powinieneś lepiej przyjrzeć się postanowieniom zanim wróciłeś z delegacji – zagrzmiał Kingsley, który podążył za swoim asystentem.
- Każdy inteligentny człowiek powinien mówić po angielsku! Nie moja wina, że Francuzi tego nie potrafią! – bronił się Percy.
- Sądzę, że oni mają podobne zdanie o tobie skoro napisali w liście, że „z powodu niekompetencji twojego pracownika ustalenia nie doszły do skutku” – zawiadomił rudzielca Kingsley. – Narobiłeś sporych kłopotów i dlatego masz znaleźć kogoś zaufanego, kto pojedzie do Francji w charakterze tłumacza. Masz czas do południa!

Hermiona z największym zainteresowaniem przysłuchiwała się wymianie zdań pomiędzy mężczyznami. Francuski? Łatwizna! Ona zna ten język! Wprawdzie dawno go nie używała, ale jeśli posiedzi jakiś czas nad książką to błyskawicznie nadrobi braki. Była pewna, że poradziłaby sobie w charakterze tłumacza.

Już miała się odezwać, gdy pomyślała sobie o Mafaldzie. Przecież szefowa ją zabije. Dokładnie piętnaście minut wcześniej oświadczyła, że Hermiona jest jej na gwałt potrzebna w biurze. To bardzo gmatwało całą sprawę. Dziewczyna pomyślała, że taka zagraniczna delegacja może pozytywnie wpłynąć na jej karierę. Z drugiej strony jej notowania u Mafaldy mogłyby spaść.
- Witaj Hermiono, nie zauważyłem cię – wyznał Kingsley i uśmiechnął się do dziewczyny.
- No cześć – burknął Percy, który nadal był w złym humorze. – Może ty znasz kogoś kto mówi po francusku?
- Witajcie – odparła. – Znam…
- Znasz kogoś? Naprawdę!? – przerwał jej rudzielec z entuzjazmem i zrobił ruch jakby chciał podbiec w jej kierunku. – Ufff! Co za ulga! Kłopot z głowy! – ucieszył się.
- Yhm – czarownica skinęła głową. – Znam francuski i umiem płynnie mówić w tym języku. Chętnie bym wam pomogła, ale jest mały problem.
- Jaki? – zdziwił się Kingsley.
– Mafalda. Ona mnie nie puści. Twierdzi, że jestem jej bardzo potrzebna.
- To nie problem! – oznajmił Minister Magii z ulgą. – Musimy szybko dojść do porozumienia w sprawie dementorów mnożących się na północy Francji bo inaczej zostaniemy oskarżeni na arenie międzynarodowej. Francuzi są święcie przekonani, że to nasza wina. Mafalda będzie zmuszona poradzić sobie jakoś bez ciebie. Zaraz do niej pójdę i wyjaśnię sprawę.
Hermiona poczuła, że nie może powstrzymać się od uśmiechu.

- Naprawdę? Nie ma szans aby znaleźć kogoś innego? – spytała się Mafalda z nadzieją w głosie.
- Nie ma na to czasu – odparł poważnym tonem Kingsley. – Hermiona musi w poniedziałek pojechać z Faxonem Newmanem do Chatelier gdzie odbędą się rozmowy. Dlatego zwalniam ją z dzisiejszych obowiązków.
- Skoro tak trzeba… – szefowa dziewczyny skrzywiła się jakby napiła się soku z cytryny.
- Dziękuję za wyrozumiałość Mafaldo – zakomunikował miękko czarnoskóry czarodziej. – Postaram się przysłać kogoś na miejsce Hermiony.
- Mam taką nadzieję – kobieta popatrzyła się znacząco na Ministra Magii i wróciła do swoich obowiązków.

Hermiona nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Miała pojechać do Francji na kilka dni! Według niej delegacja nie powinna przysporzyć jej najmniejszych problemów. Percy już dawno przygotował odpowiednie dokumenty i przemowę. Teraz wystarczyło tylko przetłumaczyć je na język francuski. Wyrobi się w dwa dni, a potem będzie sobie utrwalała wszystko na bieżąco. Dodatkowo cieszył Hermionę fakt, że Francuzi nie określili ile potrwają rozmowy, dlatego dostała wolne, aż do przyszłego piątku. To wspaniała okazja aby wybrać się z Ronem na weekend do Paryża!
- Hermiono, mam do ciebie prośbę – odezwał się Kingsley. – Nie mam czasu aby posłać po Faxona, a ten jest teraz w swoim biurze w Azkabanie. Zanim tutaj przybędzie ja już będę na posiedzeniu Wizengamotu. Leć do niego i przekaż mu dokumenty, niech zapozna się z ich treścią oraz wstępnie przygotujcie plan działania.
- Dobrze – odparła czarownica wesoło i schowała pergaminy do torebki. – Miłego spotkania!
- Aj tam miłego – żachnął się Kingsley. – Ten cholerny Dundy działa mi na nerwy. Chyba tym razem poślę go do Azkabanu…

***

Dziewczyna jak na skrzydłach udała się do biura Aurorów. Na schodach minęła się z wyjątkowo ładną blondynką, która kogoś jej przypominała. Hermiona nie miała czasu zaprzątać sobie głowy takimi rzeczami więc poszła dalej. Dopiero w ostatnim z korytarzy naszła ją refleksja o tym miejscu. W niedalekiej przeszłości przychodziła do Gawaina w kompletnie innej sprawie… Hermiona głośno przełknęła ślinę i weszła do pomieszczenia. Pomachała ręką do Harry’ego, który pisał coś przy swoim biurku i zapukała do gabinetu Robardsa. Nic nie powiedział, gdy weszła przez drzwi. Hermionie zdawało się, że mężczyzna stracił w tym momencie dobry humor.
- Kingsley kazał mi polecieć do Azkabanu aby spotkać się z Faxonem Newmanem. Jedziemy razem w delegację dotyczącą dementorów, którzy zadomowili się na północy Francji – zakomunikowała sucho.
- Myślałem, że to zostało załatwione.
- Percy zawalił sprawę z powodu bariery językowej – wyjaśniła Hermiona. – Będę robić za tłumacza.

Robards mruknął coś pod nosem dając do zrozumienia dziewczynie, że wie o co chodzi. W chwili, gdy wyciągał z szuflady formularz na jego biurku zaświeciła szklana kula. Wyglądała trochę jak przypominajka Neville’a.
- Radzę ci odsunąć się pod ścianę – zawiadomił zdumioną Hermionę.
Ta szybko zrobiła co jej rozkazał. Chwilę później, w miejscu gdzie stała pojawił się Dean Thomas, który trzymał w ręce gumową piłkę. To był ten sam przedmiot, który robił za świstoklik z i do Azkabanu. Czarnoskóry chłopak oddał ją Robardsowi i ze zdumieniem spostrzegł koleżankę.
- Hermiono! – krzyknął z radością, podbiegł do niej, chwycił w pasie i okręcił wokół siebie. – Nawet nie wiesz jak bardzo cieszę się, że cię widzę!
- Och! Ja też się cieszę! – odparła uradowana dziewczyna. – Co…
- Może byście przestali okazywać sobie czułość w moim gabinecie i spotkali się w miejscu, gdzie nie będziecie przeszkadzać porządnym ludziom! – odezwał się Gawain ze złością.

Hermiona już otworzyła usta aby odpowiedzieć szefowi aurorów, że nie za bardzo kwalifikuje się do bycia „porządnym człowiekiem”, ale Dean ją uprzedził.
- Przepraszam! – oznajmił ze skruchą. – To dzięki niej odnalazłem mojego ojca i dowiedziałem co się z nim stało.
- Naprawdę? – zdziwiła się czarownica.
Gawain Robards również wyglądał na zaciekawionego. Po chwili milczenia Dean zrozumiał, że powinien pociągnąć temat.
- Przez ostatni rok dotarłem do prawie każdej osoby, która znała mojego tatę. Najpierw udało mi się ustalić, że do jego pracy zaczęli przychodzić dziwnie wyglądający ludzie. To było chwilę po ślubie rodziców. Zanim zniknął zdążył rozwieść się z mamą. Jeden z jego współpracowników mówił, że ostatni raz widział go jak szedł z tymi ludźmi w stronę parku. Domyśliłem się, że mogło chodzić o śmierciożerców – powiedział Dean. – Tutaj trop mi się urwał, dlatego stwierdziłem, że muszę znaleźć moją rodzinę od strony ojca. Spotykałem się z kolejnymi czarodziejami i czarownicami. Dowiedziałem się, że mogli polecieć do Republiki Południowej Afryki. Zarobiłem na bilet i wybrałem się w tamte strony – chłopak promieniał dumą. – Ciężko było przekonać miejscowych czarodziejów aby mi pomogli. Trwało to bardzo długo. W międzyczasie musiałem znowu zacząć pracować ponieważ skończyła mi się kasa. Ale wysiłek był tego wart. Hermiono, mam dziadków, wujka, ciotkę i rodzeństwo cioteczne!
- Super! – oznajmiła dziewczyna z uśmiechem i położyła dłoń na ramieniu kolegi.

Przysunęła się do niego i zerknęła czy Robards patrzy. Miała nadzieję, że na ten widok podniesie się mu ciśnienie. Dean wyglądał jakby w ogóle nie zauważył spoufalania się Hermiony.
- Od nich dowiedziałem się, że przed wojną śmierciożercy chcieli zwerbować ojca w swoje szeregi. Na początku byli mili, ale później zaczęli grozić, że zabiją dziadków i wujka. Dlatego tata zadecydował, że mają wrócić do RPA. On sam powiedział, że ukryje się wśród mugoli do czasu, aż zatrą ślady. Ostatnia wiadomość jaką od niego dostali mówiła, że idą po niego i nie da się niczego zrobić – głos zamarł chłopakowi w gardle.
- Och, biedaku – mruknęła Hermiona i pogłaskała go po policzku.
- Pan Thomas przyszedł tutaj aby spotkać się z pewnym śmierciożercą – odezwał się ostro Gawain. – Powiedział coś?
Dean zadrżał, ale szybko wziął się w garść.
- Tak – odparł cicho. – Mówił, że Sami-Wiecie-Kto chciał aby tata zrobił drugi Kamień Filozoficzny, ale ten odmówił. Za coś takiego śmierciożercy karali śmiercią i z tego co usłyszałem, nikomu nie udało się uciec…
Hermiona przytuliła Deana i tym razem nie zrobiła tego tylko po to aby dopiec Robardsowi.

***


Ron był bardzo przejęty historią Johna Mda oraz delegacją swojej dziewczyny. Hermiona zdała mu relację ze swojego dnia podczas jedzenia obiadu.
- To fajnie, że znalazł ojca, ale szkoda, że jest martwy – mówił rudzielec z przejęciem. – Gdyby żył to Dean miałby teraz Kamień Filozoficzny i mnóstwo złota…
- Ron! – fuknęła czarownica. – Myślę, że on wolałby mieć ojca!
- No tak, tak, wiem… - wyjąkał chłopak. – Ja tak tylko… no… nie pomyślałem.

Hermiona włożyła do ust ostatnią porcję galaretki i wzniosła oczy do nieba. Ron nadal wykazywał upośledzenie jeśli chodziło o współczucie i ogólnie pojętą inteligencję emocjonalną. Ku swojemu przerażeniu odkryła, że przestało to ją ruszać.
- To z kim jedziesz do Francji? – narzeczony wyraźnie próbował zmienić temat.
- Z Faxonem Newmanem. Teraz zarządza Azkabanem, ale wcześniej był specjalistą od dementorów – odparła. – Konkretny facet, czuję, że nie będziemy mieć problemów. Podobny jest do prawdziwego Moody’ego. Tylko, że nie jest tak bardzo pokiereszowany oraz nie ma problemów emocjonalnych.
- To dobrze – Ron uśmiechnął się do Hermiony. – Zostaniesz tam do piątku? A ja mam przyjechać do Paryża w sobotę rano?
- Tak, zaraz poszukam jakiegoś hotelu i zrobię rezerwację. Może coś znajdę.
- Super! To będzie fajny weekend!
- Też mam taką nadzieję kochanie – odparła Hermiona i jednym ruchem różdżki sprawiła, że talerze poleciały posłusznie do zlewu.
- Wiesz na co mam teraz ochotę? – spytał się Ron z figlarnym błyskiem w oku. – Na trochę miłości…
- Nie teraz! – czarownica ostudziła jego zapędy. – Po pierwsze: nie po jedzeniu. Po drugie: mam mnóstwo pracy. Muszę przetłumaczyć wszystkie dokumenty i poprzypominać sobie słówka!
- To kiedy będzie seksik? – zaskomlił rudzielec.
Hermiona zamyśliła się.
- Myślę, że dopiero w Paryżu. Teraz naprawdę nie będę mieć czasu – wyjaśniła.
Ron skrzywił się i naburmuszony usiadł na kanapie, po czym włączył telewizor.

***

Peron 7 ½ niewiele różnił się od peronu numer 9 ¾ jednak w przeciwieństwie do niego nie odjeżdżał stamtąd Ekspres do Hogwartu. Pociąg, który stał na szynach miał dłuższą trasę i obejmowała ona wiele czarodziejskich miejscowości, które były położone w Europie. Pierwszą z nich było Chatelier, które znajdowało się we Francji. Właśnie tam miały odbyć się rozmowy dotyczące dementorów.

Hermiona nie mogła doczekać się podróży. Stała na peronie razem z Ronem, który uparł się, że ją odprowadzi przed swoją pracą. Patrzyli uważnie po twarzach czarodziejów, którzy pojawiali się w zaczarowanej bramce. Oczekiwali na Faxona, ale ten jak na złość nie pokazał się, a do odjazdu zostało dziesięć minut. Hermiona obawiała się, że nie znajdą wolnego przedziału jeśli ten zaraz nie przyjdzie.
- Patrz tam! – szepnął do niej Ron.
- Idzie? – spytała się dziewczyna i posłusznie zerknęła w stronę wskazywaną przez rudzielca.

W stronę pociągu szła dziewczyna o rudoblond włosach. Jej twarz pokrywała gruba warstwa podkładu. Gdy napotkała spojrzenie narzeczonych wykrzywiła się ze złości.
- Marietta nadal ma napis na nosie – oznajmił Ron zachwyconym tonem. – To było bardzo dobre zaklęcie!
- Rzeczywiście nieźle mi wyszło. Tyle lat się trzyma… - odparła Hermiona patrząc jak zdrajczyni Gwardii Dumbledore’a wsiada do pociągu. – Ciekawe gdzie jedzie...
- A co nas to obchodzi? – spytał się rudzielec. – Niech robi sobie co chce. Wstrętna lafirynda!

Hermiona rozejrzała się niespokojnie na boki mając nadzieję, że nikt nie usłyszał inwektyw, którymi obdarzył Ron Mariettę. Tłum gęstniał z każdą chwilą. Dziewczyna stwierdziła, że jeśli Faxon nie pojawi się w ciągu pięciu minut to wsiądzie do pociągu sama, a potem odnajdzie go na peronie w Chatelier. Już miała powiedzieć o tym Ronowi, gdy zauważyła mężczyznę z torbą podróżną, który szedł w  jej stronę. Ku jej najwyższemu zdumieniu nie był to Newman.
- Gotowa? – Robards popatrzył się na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Zaraz, zaraz! – wypalił Ron. – Ty chyba z nim nie jedziesz!
- Jedzie ze mną młody człowieku – wyjaśnił szef Aurorów. – Faxon z powodów rodzinnych musiał wycofać się w ostatniej chwili.

Ton w jakim wypowiedział ostatnie zdanie sprawiło, że Hermiona pomyślała o tym, że to może nie być prawda. Spojrzała bezradnie na swojego narzeczonego, który wpatrywał się w Gawaina z jawną nienawiścią.
- Ona nigdzie nie jedzie! – warknął.
- Ma obowiązki służbowe. Nie może teraz zrezygnować.
- Hermiono! Powiedz mu, że nie jedziesz! Kingsley zrozumie twoją decyzję!
- Wątpię aby był zadowolony z tego powodu – prychnął auror.
- Walczyliśmy ramię w ramię z Kingsleyem podczas wojny! – oświadczył Ron. – Prędzej nas poprze niż ciebie, który  lizał w tym czasie dupę Voldemortowi!
- Ron! Przestań! – Hermiona była bliska płaczu.
- Ale z ciebie prostak – Robards nie ukrywał zniesmaczenia. – Przeceniasz własne znaczenie. Kingsley ma większe problemy niż twoje sympatie lub antypatie. Dorośnij i zrozum to. A teraz czas na nas!

W głowie dziewczyny trwała intensywna gonitwa myśli. Gawain miał rację - nie mogła zrezygnować. Jednak pięć dni w jego towarzystwie w hotelu to nie był dobry pomysł. Ostatnio była dla niego wredna. Jak potoczy się ich współpraca? Czy Robards nie będzie chciał się jakoś na niej zemścić?
- Ron… ja muszę… - wykrztusiła po dłuższej chwili.
- Świetnie! – krzyknął rudzielec. – Wspaniale! Nie ma to jak spędzić kilka dni z taką szumowiną!
- Jeszcze raz coś o mnie powiesz to przylepię ci na stałe język do podniebienia – zagroził Robards lodowatym tonem.
- Dotkniesz ją, a zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!
- Och, strasznie się boję – zadrwił auror. – Hermiono czas na nas – zwrócił się do czarownicy i podniósł jej walizkę.

Dziewczyna nic nie odpowiedziała, popatrzyła się błagalnie na Rona, który był cały czerwony ze złości. Chciała go pocałować, ale ten się od niej odsunął.
- Nie licz, że do ciebie przyjadę skoro nie potrafisz powiedzieć głupiego „nie”!
- Ron! To nie tak…
Chłopak nawet na nią nie spojrzał. Odwrócił się na pięcie i wyszedł z peronu 7 1/2 przez magiczną bramkę.

poniedziałek, 10 października 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 37 – Matka ma zawsze rację


Harry stwierdził, że najlepszym miejscem gdzie może spotkać Hermionę bez towarzystwa Rona to Ministerstwo Magii. Bez problemów dała przekonać się aby przerwę obiadową wykorzystać na pójście do jednej z mugolskich knajpek.
- Martwię się o was – oznajmił jej, gdy czekali na swoje zamówienie. – Ostatnio bardzo się kłócicie.
- Tak, wiem – westchnęła Hermiona. – To wcale nie jest takie proste. Różnimy się, jesteśmy niczym ogień i woda. Czasem ciężko nam dojść do ładu i składu.
- Myślę, że powinnaś mu pozwolić wyrazić siebie. Ma pokręcony gust, ale czasem chyba lepiej odpuścić niż się kłócić.
- Rzecz w tym, że nie mogę – odparła czarownica smutno. – On zniszczy ten dom. Chcę zostać Ministrem Magii, będę zapraszać ludzi, którzy zadecydują o mojej przyszłości. Jak mam zrobić na nich dobre wrażenie jeśli będą zmuszeni siedzieć na smoczej kanapie? To nie przejdzie…

Kelnerka przyniosła ich dania. Zapachniało kurczakiem w sosie słodko-kwaśnym i smażonym makaronem z owocami morza. Harry wziął bambusowe pałeczki i przełamał je na pół.
- Ron się tak stara – stwierdził. – Ciągle jest przekonany, że nie zasługuje na ciebie. Dlatego trochę przesadził z tym pierścionkiem zaręczynowym. Czy naprawdę uważasz, że posada jest ważniejsza niż wasze dobre relacje?
- Czy ty chcesz mi powiedzieć, że przesadzam? – Hermiona odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Czasem mam wrażenie, że jesteś zbyt ambitna – odparł z ociąganiem.
- Mam szansę uwolnić nie tylko Skrzaty Domowe, ale wszystkie dyskryminowane magiczne istoty! – fuknęła czarownica pomiędzy kolejnymi gryzami. – Jeśli zostanę Ministrem Magii to wyplenię wszelkie uprzedzenia. Pokażę, że mugolaki coś znaczą i tym samym jeszcze bardziej dopiekę Voldemortowi. Będę żywym dowodem dla naszego społeczeństwa, że jego filozofia była bezsensu, a jego naśladowcy będą uciekać z podkulonymi ogonami!
- Uważam, że podchodzisz do tego zbyt emocjonalnie – odparł Harry. – To nie jest tak, że jestem przeciwny twoim marzeniom – dodał szybko aby uspokoić Hermionę. – Sam na ciebie zagłosuję. Jednak twój związek przechodzi kryzys, a ty się skupiasz na czymś co może się wydarzyć w przyszłości.
- Rozwiń myśl – poleciła chłodno.
- Kingsley może być bardzo długo Ministrem Magii. Zanim zrezygnuje lub… coś mu się stanie... mogą minąć całe lata. Zdążymy się zestarzeć, a nasze wnuki pójdą do Hogwartu. Lepiej mieć wtedy Rona u boku, nie sądzisz?
- Na Merlina! – jęknęła Hermiona i wbiła gwałtownie pałeczki w swój makaron. – Najpierw mój ojciec, a teraz ty! Wy się naprawdę uparliście, że wszystko jest moją winą!
- Nie, tak nie jest – odparł błyskawicznie Harry. – Ron też jest winny…
- Ale go tak nie oskarżacie jak mnie – sprzeciwiła się. – Sądzę, że wszystko dlatego, że jestem dziewczyną! – stwierdziła oburzonym tonem. – Faceci mogą mieć własne zdanie i dążyć do czegoś, ale niech tylko kobieta zapragnie czegoś takiego to nagle wszyscy ją atakują! Cholerni szowiniści!
- Nie, Hermiono, naprawdę… - przyjaciel starał się ją uspokoić.
- Tak, taka jest prawda! – oznajmiła stanowczo. – Biedny Ronuś bo mu nie pozwoliłam zmienić naszego domu w muzeum dziwactw! Wielka szkoda – zadrwiła. – Zdradzę ci pewien sekret… - Hermiona popatrzyła się Harry’emu prosto w oczy. – Jeśli zostanę Ministrem Magii to pierwsze co zrobię to wsadzę Malfoyów do Azkabanu!
- Odbiło ci! – jęknął czarodziej.
- Oj tak, odbiło! – oznajmiła z wrednym uśmiechem. – Bardzo mi odbiło! A teraz… odczep się ode mnie i przestań wtrącać się w nie swoje sprawy! – zakomunikowała dobitnie, po czym wzięła swoją torebkę i wyszła z restauracji.
- Masz czarownico eliksir… - westchnął Harry.
Położył swoje pałeczki koło niedokończonego kurczaka i popatrzył się na niego smutnymi oczami. Kompletnie przeszła mu ochota na jakiekolwiek jedzenie.

***

W drzwiach wyjścia z metra zaroiło się od wracających na swoje osiedle ludzi. Większość była w dobrych humorach. Uczniowie cieszyli się, że skończyli lekcje i mogą usiąść do komputera. Dorośli wyrzucili z głowy upierdliwego szefa i z nadzieją na odpoczynek maszerowali w kierunku swoich domów. Prawie nikt nie zwracał uwagi na czarnowłosego chłopaka w koszulce z drużyną X-men, który siedział na pobliskiej ławce i wyraźnie na kogoś czekał. Hermiona także go nie zauważyła. Była jedną z niewielu osób, które wracały do domu w złym humorze. Nie chodziło o pracę, ponieważ na nią nie mogła narzekać. Stanowisko osobistej asystentki Mafaldy Hopkirk miało bardzo wiele plusów. Dzięki niemu czarownica poznała wszystkie najważniejsze osoby w Ministerstwie Magii. Już dawno ułożyła plany, które dotyczyły każdej z nich. Miała nadzieję zbudować wokół siebie grono zwolenników, którzy kiedyś wywindują ją na sam szczyt. Cierpliwie i metodycznie zjednywała sobie kolejnych ludzi, którzy pracowali w tym samym miejscu co ona. Plan działał bez zarzutu i wszystko jak na razie szło gładko.

Hermiona pozwoliła sobie na nieznaczny grymas. Szkoda tylko, że życie osobiste jej się sypało. Gdyby nie ośli upór Rona i wtrącanie się Harry’ego oraz jej ojca to byłaby najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Wiedziała, że martwią się o nią, ale ta troska wynikała ze złych pobudek. Według nich jako osoba, która posiada piersi i żeńskie organy rozrodcze, powinna olać swoje marzenia. Przecież ślub i dzieci są ważniejsze niż objęcie stanowiska Ministra Magii! Hermiona prychnęła z niesmakiem. Miała plany. Wielkie plany, a wszyscy kładli je kłody pod nogi. Ron nie chciał pomóc w remoncie. Obraził się jak małe dziecko i zajął jedną z trzech sypialni na piętrze. Olewając jej sugestię, że powinni obchodzić się bez czarów, użył magii aby jego pokój przypominał burdel w klimacie sado-maso. Czarownicy robiło się niedobrze na widok dominującej tam czerwieni, skóry oraz łańcuchów. Ron zamienił ładny plafon sufitowy na żyrandol rodem ze średniowiecznego zamku. Wykładzina zniknęła, a na jej miejsce pojawiły się skóry dzikich zwierząt. Okna zyskały grube, bogato haftowane czerwone zasłony z wielką ilością frędzli, które według Hermiony, służyły tylko i wyłącznie do zbierania kurzu oraz karmienia moli. Mogły także posłużyć za domową hodowlę bahanek. Ron mógł ją z łatwością obserwować siedząc na swoim wielkim fotelu z bawolimi rogami.
- A niech go szlag trafi – pomyślała rozeźlona czarownica i przyśpieszyła kroku.

Nie udało jej się zajść daleko. Ktoś złapał ją w pół i przytulił się do jej pleców.
- Stęskniłem się za tobą kwiatuszku! – Hermiona usłyszała rozanielony głos Deva.
- Odwal się ode mnie! – wrzasnęła i z całej siły wbiła chłopakowi obcas w goleń.
Nastolatek błyskawicznie ją puścił i padł z okrzykiem bólu na chodnik. Przechodzący obok ludzie zaczęli się zatrzymywać i przyglądać wydarzeniu.
- Chciałem się tylko przywitać! – wyjęczał Dev trzymając się za nogę. – Sprawiłaś mi nieziemski ból, ale ci wybaczam…
- Mogłeś się na mnie nie rzucać! Zwykłe „cześć” załatwiłoby sprawę! – czarownica warknęła i popatrzyła się na zgromadzonych ludzi z żądzą mordu w oczach.

Kilka osób zrozumiało, że nie ma co czekać na rozwój sytuacji i lepiej się oddalić. Bardziej oporni pomruczeli gniewnie, ale także poszli w swoją stronę, odprowadzani przeszywającym wzrokiem Hermiony.
- Zapamiętałem twój rozkład dnia – pochwalił się Dev i ostrożnie stanął na uszkodzonej nodze. – Rano jestem w szkole, ale po południu będę tutaj na ciebie czekał.
- Po co? – czarownica zadała pytanie wyjątkowo lodowatym tonem.
- Aby cię obronić przez Waldemarem i Reganem – wyznał chłopak i wyciągnął z plecaka drewniany miecz. - Jestem twym rycerzem, moja białogłowo!
 - Nie… ma… żadnego… Waldemara… – Hermiona wycedziła przez zęby, ponieważ Dev co raz bardziej grał jej na nerwach.
- Regan wraca później niż ty, królowo mego serca, dlatego będę cię rycersko odprowadzał – zaświergotał nastolatek niezrażonym tonem.
- Nie tego już za wiele! – huknęła dziewczyna, załapała Deva za ramię i szarpnęła nie zważając na to, że chłopak kuśtyka. – Idziemy do twojego domu! Jest tam twoja matka!?
- Powinna być! – pisnął z zachwytem. – Uwielbiam jak mnie dotykasz, wiesz?
- Och, zamknij się!
- Dla ciebie wszystko, moja miłości! Będę milczał jak grób!

Mimo bólu chłopak dziarsko przebierał nogami. Hermiona zauważyła, że co chwilę próbował przybliżyć się na tyle blisko aby ich ramiona stykały się ze sobą. Czarownica przestała przejmować się opinią innych ludzi i po prostu odsuwała go od siebie warcząc, że ma przestać albo dostanie drugiego kopniaka. Groźba nie zrobiła na Devie zbyt wielkiego wrażenia i chwilę później zaczął kuśtykać z powodu bólu w obydwu nogach.
- Jesteś brutalna, ale ja to doceniam – wyjęczał, gdy stanęli przed drzwiami jego domu. – Mamusia będzie zachwycona, że wpadłaś.
Miał rację. Ledwo przekroczyli próg, gdy z salonu dobiegł ich okrzyk:
- To nasza nowa sąsiadka! Witam, witam!

Hermiona została złapana i usadzona na wielkiej kanapie, obładowanej poduszkami o orientalnych wzorach. Nie miała więcej niż piętnaście sekund aby się rozejrzeć, ale zdążyła zauważyć, że pokój jest wypełniony Indyjskimi meblami, chustami i dodatkami. W powietrzu unosił się zapach curry, kokosa i cynamonu. Matka Deva w ciągu tej krótkiej chwili postawiła przed czarownicą srebrną tacę z ciasteczkami i posłała syna do kuchni w celu zrobienia herbaty.
- Na imię masz Hermiona, prawda? – spytała się Hinduska, gdy siadła koło dziewczyny. – Dev tyle mi o tobie opowiadał! Wiedział, że od dawna planuję się z tobą spotkać i dlatego przyprowadził cię do nas! On jest taki kochany! Taki syn to najlepsze co kobietę może spotkać w życiu – powiedziała z entuzjazmem. – Jedz ciasteczka kochana! Dzisiaj piekłam więc są świeżutkie. Jesteś taka szczuplutka, że ci na pewno nie zaszkodzą! – puściła oko i uśmiechnęła się do czarownicy.

Hermiona siedziała na kanapie z głupią miną. Powinna była coś odpowiedzieć, ale nie wiedziała za bardzo co. Nie mogła zrewanżować się podobnym komplementem, ponieważ matka Deva była, delikatnie mówiąc, puszysta. Miała identyczne czarne włosy jak syn i ciemne, prawie czarne oczy, które rzucały wesołe iskierki. Ubrana była we wzorzyste sari. Widząc, że gość siedzi i nic nie robi, podsunęła dziewczynie tacę pod sam nos. Hermiona bąknęła pod nosem jakieś podziękowanie i wzięła ciasteczko. Żując je stwierdziła, że nie spodziewała się takiego przyjęcia. Myślała, że powie w progu co ma do powiedzenia i pójdzie do siebie. Teraz wiedziała, że jej plany nie wypalą. Mama Deva należała do tych osób, które lubią dużo mówić jednocześnie nie dając drugiej stronie dojść do głosu.
- Dobre? – spytała się uprzejmie gospodyni.
- Tak – odparła czarownica. – Ja chciałam tylko…
- Och! Jaka ja jestem zapominalska! Zapomniałam się przedstawić! – wykrzyknęła z rozpaczą matka Deva i przyłożyła teatralnie rękę do czoła, jednocześnie nie zwracając kompletnie uwagi, że właśnie przerwała swojemu gościowi. – Jestem Kamini Shastri!
- Miło mi – odrzekła szybko Hermiona. – Jak mówiłam…
- Jaki masz śliczny pierścionek! – zawołała gospodyni z zachwytem i pociągnęła dziewczynę za rękę aby przyjrzeć się z bliska biżuterii. – Słyszałam, że jesteś zaręczona!
- Tak, jestem. Chciałam…
- Uwielbiam śluby! Na moim było ponad tysiąc pięćset osób! To był najwspanialszy dzień w moim życiu! – jej twarz pojaśniała pod wpływem wspomnień. – Pewnie się cieszysz. Na pewno wiesz ile jest wart ten pierścionek.
- Tak, cieszę! – odparła Hermiona szybko i już miała powiedzieć po co przyszła, gdy dotarł do niej sens ostatniego zdania. -  Nie wiem, nie pytałam – odparła.
- To źle. Musisz wiedzieć ile przyszły maż na ciebie wydaje! – oznajmiła poważnym tonem Hinduska. – Mężczyzna ma na ciebie pracować i kupować ci mnóstwo biżuterii.
- Nie musi – zaprotestowała czarownica. – Sama sobie kupię. Mam dobrą pracę i jestem niezależna.
- Błąd moja droga, błąd! – zauważyła Kamini. – Pieniądze, które zarobisz trzymaj dla siebie, a za wszystko niech płaci mąż. Po to on jest. Musi utrzymać rodzinę. Zrozumiesz to jak będziecie mieć dzieci. Wtedy wszystko spadnie na twoje barki. To bardzo ciężka i niewdzięczna praca. Ty będziesz się zajmowała potomstwem i domem, a on się wymiga. Powie, że jest zmęczony… – matka Deva z czułością poklepała Hermionę po dłoni. – Musisz wcześniej nauczyć narzeczonego, że ma przynosić do domu pieniądze i to jego obowiązek. Jak tego nie zrobisz to uzna, że twoja praca jest niewiele warta i nie będzie chciał ci kupić nawet sukienki. Widzę, że jesteś inteligentna i wierzę że bez problemu pokierujesz swoim mężczyzną.

Hermiona chciała coś odpowiedzieć, ale zabrakło jej słów. Obca kobieta: sąsiadka, którą poznała zaledwie dziesięć minut wcześniej właśnie robiła jej wykład na temat życia. Na początku miała ochotę ostro zaprotestować, ale po zastanowieniu zrozumiała, że Kamini ma rację. Ron na pewno w niczym jej nie pomoże, gdy pojawią się dzieci. Nie raz widziała jak unikał Suzanne. Właściwie to nawet nie wziął jej na ręce z własnej woli. Co do finansów czasem się z nią droczył, że więcej od niej zarabia. Teraz to były żarty, ale jak będzie w przyszłości? Może rzeczywiście stwierdzić, że skoro siedzi z dziećmi w domu to znaczy, że nic nie robi!
- Widzę, że zrozumiałaś – stwierdziła wesoło Hinduska, gdy ujrzała minę czarownicy.
- Coś w tym jest… – zgodziła się niechętnie Hermiona. - Przyszłam porozmawiać o Devie! – dodała błyskawicznie nie czekając na kolejny potok słów ze strony gospodyni.
- Jest cudowny, prawda? – zaświergotała Kamini. – Życzę ci abyś także miała takiego cudownego syna! To prawdziwy geniusz – oznajmiła tonem graniczącym z ekstazą. – Skończył szkołę wcześniej niż inne dzieciaki. Zajmuje się informatyką i na pewno dojdzie do czegoś wielkiego! Może zostanie drugim Billem Gatesem…
- Tak, tak, jest super – przytaknęła pośpiesznie dziewczyna mając nadzieję, że to da jej szansę na powiedzenie o co chodzi. – Jednak martwi mnie to co czyta…
- Komiksy! – wykrzyknęła matka chłopaka. – Tak, wiem. To niewychowawcze – uśmiechnęła się przepraszająco do gościa. – Ci wszyscy super bohaterowie są tacy brutalni. Jednak trzeba zrozumieć, że chłopcy lubią przemoc. Jesteś kobietą i nie pojmujesz tego. Ja też tego nie rozumiem – wyznała ze skruchą. – Psycholog wytłumaczył mi, że nie mogę go ograniczać. Jest geniuszem, świetnie się uczy więc ma prawo do swoich męskich rozrywek…
- Eeee, pani Shastri… chodziło mi o książki… - wydukała Hermiona.
- Książki? – gospodyni była zaskoczona. – Co one mają do mojego syna?
- Dev sobie ubzdurał, że jestem czarownicą z pewnej książki – wyznała dziewczyna i zarumieniła się z zażenowania. – Teraz chodzi za mną i opowiada, że uratuje mnie przed moim narzeczonym, którego bierze za jakiś czarny charakter – uśmiechnęła się przepraszająco. – Chciałabym aby przestał.
- O to chodzi! - odezwała się Kamini i zaśmiała się perliście. – Mój kochany syn, chce uratować damę w opresji. Jestem szczerze wzruszona!  To takie słodkie! – oznajmiła wycierając łzę z kącika oka. – DEV! – huknęła tak niespodziewanie, że Hermiona wypuściła z ręki ciastko.
- Tak, mamusiu? – nastolatek wyszedł niepewnie z kuchni niosąc dwie herbaty, które w międzyczasie zdążyły ostygnąć.
- Panna Hermiona żali mi się, że bierzesz ją za postać z książki!
- Yghmh – burknął pod nosem Dev.
- Masz przestać! – Kamini zagrzmiała. -  Zrozumiałeś!?
- Tak, mamusiu… – wyjęczał żałosnym tonem.
- Świetnie, a teraz jazda do swojego pokoju!

Nastolatek westchnął ciężko i poczłapał w stronę schodów. Hermionie zrobiło się go trochę żal. Wyglądał na naprawdę zdruzgotanego, zwłaszcza, że posłał w jej stronę spojrzenie, które wyraźnie mówiło, że cierpi.
- Tak to się robi – zakomunikowała gospodyni z pewnością siebie. – Pamiętaj, musisz wychować dobrze synów. Mają wiedzieć, że matka ma zawsze rację. Nie ważne czy mają dziesięć, czy pięćdziesiąt lat. Jak na nich krzykniesz mają chodzić jak w zegarku. Rozumiesz?
Hermiona przytaknęła głową i pomyślała, że to może być klucz do rozwiązania jej kolejnego problemu.

***

Ron wracał do domu w kiepskim humorze. Gdy był w pracy dostał sowę od Harry’ego, który zapraszał go do siebie. Rudzielec stwierdził, że dobrze mu zrobi jedno albo dwa piwka wypite razem z najlepszym kumplem. Z tego co pamiętał Ginny miało akurat nie być w związku z ostrymi treningami przed zbliżającym się meczem z Kaniami z Karasjok. Dlatego pełen nadziei przekroczył próg domu przy Grimmauld Place 12.

Pozytywny nastrój pękł niczym bańka mydlana, gdy okazało się, że Harry chce porozmawiać o kłótniach z Hermioną. Ron zdenerwował się na sugestię, że powinien odpuścić w sprawie urządzania domu. Tego było za wiele! Zawsze był ostatni. Przez większość życia nie miał niczego, co nie było używane przez kogoś z rodziny. Ciągle nosił zużyte i za małe ubrania. Nawet pościel z Armatami z Chudley dostał po Billu. Hermiona zamiast pójść z nim na bal bożonarodzeniowy wolała Kruma. Wszyscy myśleli o nim, że jest przydupasem Harry’ego. Naśmiewano się z tego, że jest biedny. Nikt też nie wierzył, że będzie kiedyś z Hermioną. Nie raz słyszał pytanie co taka mądra dziewczyna robi z kimś takim jak on. Ona sama chyba zaczęła tak myśleć, ponieważ miała wobec niego same wymagania nie dając w zamian prawie nic!

Harry zdawał się podzielać pogląd, że Hermiona jest wspaniała i powinna o wszystkim decydować. Nie chciał przyznać mu racji w sporze dotyczącym smoczej kanapy. Ron się zastanawiał dlaczego ludziom tak trudno zaakceptować łuski, skoro biały materiał jest równie nudny niczym krajanka Hagrida? Rudzielec dopiero teraz zaczynał rozumieć pół-olbrzyma. To jest okropne, gdy nikt inny nie podziela twojego entuzjazmu.
- Życie jest do dupy – zakomunikował sam sobie w myślach i wszedł do domu. – Wszyscy się mnie czepiają, a najbardziej…

Nie dokończył rozmyślań, ponieważ gwałtownie stanął w miejscu. Z powodu zdumienia opadła mu szczęka. W salonie czekał na niego nakryty stół. Hermiona wyjęła ich najlepszy obrus, na to położyła zabytkową porcelanę odziedziczoną po swojej babci. Wokół stołu latały leniwie zapalone świece. Do nozdrzy Rona doleciał smakowity zapach wydobywający się z kuchni.
- Jesteś wreszcie! – zaświergotała Hermiona, gdy wychyliła się przez próg. – Rozbierz się i usiądź przy stole, a ja zaraz do ciebie dołączę!

Ron nie mógł uwierzyć w to co zobaczył. Przecież była na niego zła! Więc o co chodziło z tym wszystkim? Pięć minut później Hermiona weszła do salonu niosąc upieczone camemberty z żurawiną. Do tego dodała chrupiące bagietki. Gdy odwróciła się, aby podejść do barku po wino, Ron zauważył, że jego narzeczona ma na sobie tylko fartuszek, stringi i obcasy. Poczuł, że robi mu się zarazem gorąco i ciasno w spodniach.
- Skąd ta nagła zmiana? – wychrypiał.
- Doszłam do wniosku, że musimy się pogodzić – oznajmiła beztrosko Hermiona podczas nalewania wina do kieliszków. – Kłócimy się, a przecież mamy się pobrać. Przemyślałam sobie to i owo.
- Super – mruknął Ron z zadowoleniem. – To znaczy, że pozwolisz mi przerobić salon? – palnął zanim zdążył ugryźć się w język.

Spojrzał się ze strachem na Hermionę. Musiał wszystko zjebać! Nie może wytrzymać nawet pięciu minut bez popełnienia gafy!
- Pozwalam ci – oznajmiła czarownica i zachichotała na widok otwartych ust Rona. – Ja zajmę się kuchnią i pozostałymi sypialniami. Uważam, że nie ma sensu kłócić się o takie pierdoły – wyjaśniła i upiła łyk wina. – Nasze relacje są ważniejsze niż wygląd kanapy.
- Kocham cię! – wyjęczał Ron i rzucił się w stronę ukochanej aby złożyć na jej ustach długi i namiętny pocałunek.

***

Nora wydawała się cichym i spokojnym miejscem, odkąd Molly i Artur zamieszkali w niej sami. Dzieci wyprowadziły się i zaczęły życie na własną rękę. Pani Weasley czasem tęskniła za tymi czasami, gdy było gwarno. Dlatego starała się organizować wszelkie przyjęcia rodzinne u siebie. Nie było niczego lepszego niż ujrzenie twarzy swoich dzieci, a teraz miała jeszcze wnuczkę. Malutka Victorie nie miała miesiąca, ale Molly już zaczęła przygotowania do uroczystości Nadania Imienia. Był to stary zwyczaj czarodziejów, który wywodził się z czasów, gdy niemowlęta często umierały. Dzieci nie były nazywane, aż do trzeciego miesiąca życia. Wtedy wierzono, że największe niebezpieczeństwo minęło i wydawano przyjęcie z tej okazji. Teraz rodzice nadawali imię od razu, ale zwyczaj pozostał.

Po długich namowach Bill z Fleur zgodzili się urządzić przyjęcie w Norze. Pani Weasley argumentowała to faktem, że w Muszelce nie było dość miejsca, aby zmieściła się cała rodzina. Obecni mieli być także rodzice i siostra Fleur. Wymagało to dużej ilości czasu i pracy, a Molly miała zarówno czas, jak i potrafiła harować jak Skrzat Domowy. Młode małżeństwo przy małym dziecku mogło co najwyżej pomarzyć o wyspaniu się, a nie o urządzaniu przyjęcia.

Z tego powodu pani Weasley wrzuciła proszek Fiuu do kominka i przeniosła się do domu Rona i Hermiony. Chciała zaprosić ich na Nadanie Imienia Victorie. Nie zdążyła wyjść z paleniska, gdy jej oczom ukazał się przerażający widok. Pierwszą jej myślą było to, że wylądowała w jednym z tych okropnych domów rozpusty na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Już miała wycofać się, gdy zobaczyła zdumione twarze Hermiony i Rona.
- Mamo, co ty tu robisz? – spytał się rudzielec i wyłączył pośpiesznie telewizor, który przestał wyświetlać film.

Molly weszła bez słowa do salonu i rozejrzała się uważnie. Jej mina zdradzała co raz większą złość. Hermiona, która siedziała na smoczej kanapie z notatnikiem w ręku uśmiechnęła się blado do przyszłej teściowej.
- Ja myślałam, że wy się kłóciliście o kolory! – wyrzuciła z siebie pani Weasley i przeszyła wzrokiem swojego syna. – Ron! To twój pomysł! Dam sobie różdżkę złamać, że to ty!
- Mi się podoba! – oznajmił rudzielec obrażonym tonem.
- RONALDZIE WEASLEY! TO WYGLĄDA JAK NAJTAŃSZY BURDEL! – ryknęła Molly. – Kochana, nie przeszkadza ci to? – spytała się chłodno Hermiony.
- Niestety – westchnęła dziewczyna i zrobiła smutną minę. – Prawie się rozstaliśmy z tego powodu, więc stwierdziłam, że pozwolę Ronowi urządzić salon. Uznałam, że będę się spotykać z urzędnikami z Ministerstwa Magii w restauracjach albo w stołówce. Miłość jest ważniejsza – zakomunikowała poważnym tonem.

Pani Weasley pokonała przestrzeń dzielącą ją od syna niczym tygrys rzucający się na ofiarę. Złapała go za ucho i pociągnęła mocno.
- MASZ ZARAZ ZROBIĆ TUTAJ PORZĄDEK! – zagrzmiała. – NIE TAK CIĘ WYCHOWAŁAM! HERMIONA CIĘ KOCHA I Z MIŁOŚCI POZWALA CI NA ZBYT WIELE! MIEJ TROCHĘ PRZYZWOITOŚCI I SZACUNKU DO SWOJEJ NARZECZONEJ! NIE POZWOLĘ ABYŚCIE MIESZKALI W BURDELU! CO LUDZIE SOBIE POMYŚLĄ! WSTYD I HAŃBA!
- Ał, ała, mamo, przestań! – jęczał Ron starając się wyrwać z uścisku rodzicielki. – No dobrze! Tylko mnie puść! – zawył czując, że za chwilę straci ucho. – Zrobię co każesz!
- Bardzo cię przepraszam kochanie – powiedziała czule Molly, gdy usiadła koło Hermiony. – Musiałam gdzieś popełnić błąd… nie wiem sama gdzie… dlatego wyrósł na takiego nieczułego drania… Jak mógł w ogóle nie pomyśleć, że możesz mieć przez to problemy w pracy? Przecież trzeba zapraszać innych do domu! Nie wziął również pod uwagę tego, że mieszkacie wśród mugoli! Jak zobaczą co macie w salonie to od razu się domyślą, że coś jest nie tak! To tutaj, to jest burdel! – popatrzyła się ze zgrozą na żyrandol. - Ron, naprawdę czasem nie myśli… Może powinniśmy być z Arturem bardziej surowi wobec niego? Za bardzo mu darowaliśmy…
- Mamo! Przestań się, żalić - fuknął rozeźlony Ron. – Przecież zrozumiałem!

Hermiona nic nie odpowiedziała. Kiwała ze zrozumieniem głową i pocieszała swoją przyszłą teściową klepiąc ją po dłoni. W głębi duszy była bardzo zadowolona z obrotu spraw. Z przyjemnością patrzyła jak Ron przy pomocy różdżki zmienia wystrój pomieszczenia na taki, który przypomina ten z katalogu Ikei. Meble w salonie straciły swój średniowieczny styl, a zyskały minimalistyczną biało-kremową formę. Młodsza z czarownic pozwoliła sobie na ukradkowy uśmiech. Wystarczyła rozmowa z Kamini i informacja od pana Weasleya, że Molly wpadnie do nich niedługo z wizytą. Potem wszystko potoczyło się gładko. Hermiona pomyślała, że jeszcze nie raz wpadnie do sąsiadki na pogaduszki. Zwłaszcza po tym jak się przekonała, że rzeczywiście matka ma zawsze rację.

czwartek, 6 października 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 16 – Pierwszy miesiąc roku szkolnego!


Witam moich fanów!
Pisze dla was Glizdek :D

Minął pierwszy miesiąc nowego roku szkolnego! Jak ja się cieszę!

Ten przeklęty gówniarz Draco wrócił do budy, więc mam jego pokój tylko dla siebie. Wiecie, jakie to było okropne, gdy mieszkałem razem z nim? Lucek i Cyśka na początku nie chcieli o tym słyszeć, ale ostatnio Volduś jest dla mnie łaskawy, więc kazał im dać coś lepszego dla mnie niż komórkę na ziemniaki. Stwierdził, że jego sługa nie powinien spać na workach. Nawet nie wiecie jak okropnie mi się wszystko wżynało! Dlatego dostałem dmuchany materac i własny kąt u gówniaka.

Jeżuniu malusieńki! Jaki ten dzieciak jest wkurzający! Ciągle tylko mazgaił się i jęczał. Jestem pewny, że w wieku piętnastu lat nie byłem taki jak on! „Mameee! Wywal go!”. „Tateeee, on mi pornosy zabiera!”. Tak właśnie krzyczał. A ja tylko chciałem zabrać coś do poczytania do wygódki. Wiecie, kibelek, ciepło, wygodnie to pooglądać można panienki. Tylko trzeba uważać na „Kącik Miłości Ganimedesa” bo tam sami chłopcy są. Wiecie, oczy pękają na widok tych bezeceństw.

Przed chwilą poprawiałem poduszki aby mi się wygodniej siedziało podczas pisania dla was, gdy odkryłem, że Draco trzyma pod nimi zdjęcie laski! Łochochocho! Ale mam świetny materiał na szantaż! Ja wiedziałem, że młody robi sobie wieczorami dobrze, gdy myśli, że śpię, ale nie sądziłem, że czuje ciągoty do tej szlamowatej przyjaciółki Pottera! No, no! Jak by się Lucek z Cyśką dowiedzieli… Hłe, hłe. Zobaczymy kto w ferie będzie górą! :D

Pewnie spytacie się co tam słychać u Voldusia? Jak sobie radzi jako dorosły osobnik?

Jest bardzo dobrze. Nie raz mówiłem, że Mój Pan jest Miszczem Zua :D. Wiecie co wymyślił? Że siedzimy na dupie i prawie nic nie robimy. Nawet nie wiecie jak mi to dopowiada ^^. Mam czas aby całymi dniami oglądać anime i żłopać piwko. Czasem tylko Volduś do mnie wpadnie i każe mi napisać do Knota. Takie tam głupoty. Na przykład:

Śmierdzisz jak stara smocza wątroba, jesteś głupi i masz wszy na jajkach, a ja i tak przejmę władzę w ministerstwie przy pomocy Harry’ego!

Wydaje się niezbyt mądre prawda?

He, he, to poczekajcie, aż wam zdradzę wielki sekret mego Miszcza Zua!
W pięty wam pójdzie.
A więc…
Chwila napięcia!
Sekundka….
Już za chwilę poznacie sekret!
Prawie, prawie…
Ha, ha, żartuję nic nie powiem!
A może jednak?
Błagacie?
Prosicie?
Padacie na kolana!?
No dobra!
Zmusiliście mnie!
Znajcie moje miękkie serce!
Powiem wam!

…

Podpisuję te listy jako Dumbledore, ha, ha!

No czyż Volduś nie jest przegenialny? Knot gotuje się w środku, leci z mordą do Dumbla, ten patrzy się na niego jak na debila, tamten się wkurza, bo nie można patrzeć na niego jak na debila więc ucieka do Proroka aby zmówić artykuł o tym, że Dumbel jest głupi i ma wszy na jajkach, a Harry jest upośledzony i mózg mu przez bliznę wypłynął… I tak dalej, i tak dalej. Pewnie jesteście ciekawi skąd to wiem?
No to zdradzę wam kolejny sekret!

…

No dobra, tym razem nie będę przedłużał.

W gabinecie Dyrcia Junior zainstalował kamery. Wiecie, jak jeszcze żył. Bo nie wspominałem, że teraz jest warzywkiem po tym jak dementor dopadł. Chujowa sprawa, ale takie jest życie. Przynajmniej już nie będzie więcej pisał do mojego Voldusia na papeterii w Kucyki Pony <3.

Tak, wiem, że właśnie macie totalnego zonka. Jak to kamery? Od kiedy elektronika działa w Hogwarcie? Ha! Tym razem to mój przegenialny mózg zauważył, że jakoś mogę korzystać z laptopa. Wtedy zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się dzieje. W mojej głowie zaczęły pojawiać się pytania. Dokąd zmierzamy? Czy istnieje większa siła na świecie? Czemu Angelina i Brat się rozwodzą? Co jest po śmierci? Ile razy Maryla Rodowicz będzie śpiewać na Sylwestrze? Czy eutanazja jest odpowiedzią na ból i cierpienie? Czy telefon komórkowy będzie działać w Hogwarcie? Ostatnie pytanie było najważniejsze, inne rozwiążę w wolnej chwili.

Dałem komórkę Juniorowi i kazałem zadzwonić. Zadzwonił. Odebrałem. Czyli te wszystkie stwierdzenia, że sprzęt mugoli pod wpływem magii nie działa to była ściema! Później załapałem czemu: łatwiej opanować Draco i innych tego typu gówniarzy nie pozwalając im wrzucać słit foci na fejsika. Albo nie zadzwoni taki do matki aby poskarżyć się, że jego kolegę bazyliszek zamienił w kamień, albo, że troll se łazi po lochach, albo, że Severus się nad nim znęca psychicznie tak, że dzieciak się tnie przed każdą lekcją eliksirów. Ten Dumbldeore ma głowę nie od parady! O ile mniej problemów! Taki właśnie powinien być każdy pedagog :D.

Kurde… popisałbym jeszcze, ale Voldek ogłosił, że dzisiaj wszyscy muszą się stawić na ćwiczeniach antypożarowych. Lucek nie ma w domu nawet gaśnicy w razie pożaru! Voldemort się wkurzył bo jak to. Różdżka ci wypadnie i jak ugasisz płomienie? O tym ten blond kretyn nie pomyślał! Jejciu, Volduś jest taki kochany, że tak o nas dba <3

Lecę, bo nie chcę dostać Cruciem, a to mnie czeka jeśli się spóźnię.

Wiecie, że was kocham XOXOXOXO
Papatki :*

Wasz Glizduniek ^^

poniedziałek, 3 października 2016

Rozdział 37 – Przyszłość


Hermiona miała serdecznie dosyć dwumiesięcznego leżenia w szpitalu na oddziale patologii ciąży i dlatego poród przywitała z radością i nieopisaną ulgą. W końcu zobaczy swoją córkę i pojedzie do domu, gdzie będą czekali na nią jej rodzice.
- Osiem centymetrów – zawołała położna i uśmiechnęła się do rodzącej. – Jeszcze chwilę i będziesz mogła przeć.
- Ufff, świetnie – wydyszała czarownica.

Skurcze porodowe były silne, ale dawała radę. Ból nie był jakoś wyjątkowo straszny. Wiedziała, że poród to nie spacerek po łączce i była na niego psychicznie przygotowana. Cieszyła się, że jej mąż jest przy niej i wspiera ją jak tylko się da.
- Dasz radę? – spytał się Severus i popatrzył się na swoją żonę z czułością.
- Tylko dwa centymetry, ufff, jest dobrze – Hermiona uśmiechnęła się uspakajająco mimo przeszywającego jej ciała bólu.

Aparat do mierzenia czynności serca płodu wskazywał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jeszcze chwila, chwileczka i ich pierwsza córka przyjdzie na świat…
- Kocham cię – powiedział Severus.
- Ja ciebie… - Hermina już miała odpowiedzieć, gdy poczuła, że z jej ciałem zaczyna się dziać coś niedobrego.
Jęknęła cicho i usłyszała, że na aparacie gwałtownie spada tętno jej córki. Ostatnim co zapamiętała to okrzyk położnej i gonitwę ludzi na korytarzu. Potem zapanowała ciemność.

***

Nie, nie, nie. To nie jest przyszłość Hermiony. To moja przeszłość, tak wyglądał mój poród. Lekarze ledwo odratowali mnie i moją córkę. Mąż się temu przyglądał i wspierał mnie. Samą jego obecność uważam za wsparcie ponieważ ja nie byłam świadoma niczego co się wokół mnie działo. To on był świadkiem przerażających scen. Dalsza część jest jak w filmach – wpadają lekarze, reanimują i biegiem pędzą szpitalnym korytarzem do sali operacyjnej. Jak ktoś jest chętny mogę opowiedzieć jak to jest mieć rozcięty brzuch bez znieczulenia. Nie polecam. Ból jest tak straszny, że chcesz umrzeć.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ boję się o swoją przyszłość. Spędziłam ponad dwa miesiące w szpitalu na patologii ciąży. Widziałam wiele, chyba nawet za dużo. Nie chcę powtórki z tego co przeżyłam. Nie chcę aby moja córka coś takiego przeżyła. Dlatego dzisiaj protestuję.


Ktoś czytający to może powiedzieć: „w necie jest mnóstwo tekstów na ten temat, nuda!”. W takim razie chcę pokazać trochę inny punkt widzenia. Jak kiedyś wspomniałam na blogu - nie jestem katoliczką, nie wierzę w Jezusa, Trójcę i tych wszystkich świętych. Wierzę, że żyjemy wielokrotnie jako różni ludzie na przestrzeni wieków. Wierzę, że istnieje Bóg, ale nie jest on brodatym starcem, który potrzebuje kultu na ziemi i karze za wszystko. Dlatego pewnie znaczna część czytających będzie zdziwiona, gdy powiem, że nie jestem za aborcją na życzenie.

Ogólnie to jest bardzo ciężki temat, w którym wiele osób ma rację: aborcja jest zła, ale pozwalanie umrzeć kobiecie też jest złe. Kto wie co jest słuszne? Czyje życie jest ważniejsze? Według reinkarnacji nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Nie wiadomo od kiedy człowiek jest człowiekiem. Pogląd jest taki, że dusza przychodzi raczej przed narodzinami, kiedy jest pewne, że dziecko się urodzi lub zaraz po porodzie. Nie wiemy jaki człowiek wyrośnie z tego małego zlepku komórek. Czy to będzie ktoś, kto zaprowadzi pokój na świecie, czy to będzie drugi Hitler? Według reinkarnacji otrzymujesz to na co zasłużyłeś. Jeśli byłeś dobrym człowiekiem w poprzednim życiu to w nowym masz lepiej niż ktoś kto był zły. Ten pogląd pozwala ci swobodnie podejmować decyzje. To ty za nie zapłacisz. Jeśli będziesz kobietą, która robi sobie kilka aborcji według własnego widzimisię to w kolejnym wcieleniu możesz pragnąć dziecka, ale każde poronisz. Chory od urodzenia człowiek może cierpieć z powodu zła które wyrządził w byłym życiu, a osoba się nim opiekująca może w ten sposób odkupić winy za porzucenie kogoś.

Wiara w reinkarnację pozwala mi przypuszczać, że mam wybór, ponieważ to ja za niego zapłacę. Kościół katolicki wrzeszczy, że życie płodu jest najważniejsze. Skąd wiedzą, że ich Bóg nie twierdzi przypadkiem, że poświęcenie się dla zbitka komórek to samobójstwo? Może stanie taka kobieta przed nim i powie: „zrobiłam wszystko aby uratować dziecko, dlatego tu jestem”. A Bóg na to: „to dziecko i tak by nie przeżyło, dałem rozum lekarzom, aby robili z niego użytek, ale ty postanowiłaś świadomie ich zignorować i się zabić. Idź do piekła!”.

Nie wiadomo czyj pogląd jest bardziej trafny. Nie ma stuprocentowej pewności, że istnieje jakikolwiek Bóg albo reinkarnacja. Nikt nie wie co jest tam po śmierci. Nie wiemy nawet co się dzieje na ziemi, tu i teraz. Naukowcy ciągle coś odkrywają. Dlatego uważam, że nie można jednoznacznie powiedzieć, że aborcja w celu ratowania życia matki jest zła. Tak samo jak w przypadku ciąży z gwałtu albo gdy płód jest zdeformowany i ciężko chory. Czasem trzeba po prostu wybrać mniejsze zło, ale gdy ten wybór zostanie nam odebrany to co zostanie?

Teraz chciałabym odnieść się trochę do biologii i psychologii. Jak wspominałam spędziłam ponad dwa miesiące na oddziale patologii ciąży. Tam się trafia, gdy coś zagraża albo dziecku albo kobiecie. Czytając opinie innych ludzi mam wrażenie, że większość myśli, że „to mi się nie przytrafi”. Tam była setka kobiet, codziennie któraś wychodziła i przychodziły nowe. W kółko: bez znaczenia czy były święta, weekend czy wakacje. To był tylko jeden szpital w mieście wojewódzkim, a w okolicy było ich jeszcze kilka. Ciągła rotacja, ciągła walka o życie. Zwolennicy zaostrzenia przepisów myślą, że na takich oddziałach to tylko usuwa się biedne dzieciaczki. Że umierają śliczne dzidzie z reklamy pieluszek, które mogłyby się popatrzeć na kobietę swoimi pięknymi oczętami i mamusia od razu by je pokochała.  Życie to nie reklama, przykro mi. Te przyszłe dzidzie potrafią usunąć się same z ciała matki chwilę po poczęciu. Pierwszej nocy, gdy spałam na korytarzu szpitala, ponieważ nie było dla mnie miejsca, jeden z takich płodów postanowił wykąpać się w klozecie. Kobieta poszła do toalety, buchnęła krew i było po wszystkim. Siła wyższa, nic się nie dało zrobić. Tylko, że tamtą kobietę musieli ratować lekarze z powodu krwotoku. Bieganina, krzyki na korytarzu. Okropna codzienność, spaczona psychika… nie tylko tej jednej dziewczyny, ale wszystkich innych. Ja do rana nie mogłam już spać.

Na tym oddziale kobiety się wspierały. Opowiadały swoje historie. Jedna poroniła trzy razy, raz urodziła martwe dziecko. Druga leżała od kilku miesięcy bez ruchu, zanikły jej mięśnie i do dziecka woziły ją pielęgniarki na wózku inwalidzkim (było w inkubatorze). Trzecia znalazła się na oddziale, ponieważ jej macica mogła w każdej chwili pęknąć. Dziecko czwartej przestało rozwijać się. Piąta musiała zostać „wyskrobana”, ponieważ płód obumarł. Szósta cierpiała straszliwy ból z powodu rozchodzących się kości i nie dostawała żadnych środków przeciwbólowych, aby nie zaszkodzić dziecku i tak przez jakiś miesiąc do porodu. Siódma… No właśnie, długo by wymieniać. Czego chcę dowieść? Tego, że my kobiety jesteśmy bohaterkami. Nie chcemy jeść tabletek wczesnoporonnych jak cukierków. Cierpimy straszliwie byleby urodzić chociaż jedno dziecko. Modlimy się wspólnie mimo różnic i wyznawanych religii. Decyzje o aborcji były cholernym, nieludzkim, straszliwym dramatem. Myślicie, że potępiałyśmy te, które się jej poddały? Nie. Razem z koleżankami widziałyśmy co się dzieje i wspierałyśmy się wzajemnie. Czasem życie daje kopa w dupę i poprawia przywalając w twarz, a potem skacze po plecach. Czasem nie ma innego wyjścia. Będąc tam nie zauważyłam, aby jakakolwiek kobieta powiedziała: ”wolę umrzeć, pa mężu, pa koleżanki, pa mamusiu i tatusiu!”.  Był lament, był płacz i skrzywiona psychika, ale żadna nie oddała swojego życia w imię idei (powtarzam raz jeszcze: te usunięte komórki to nie były dzidzie z reklam, nie miały dziewięć miesięcy i zostały porozrywane jak to przedstawiają pro-life’owcy – to tak nie wygląda).

Myślę, że wiele kobiet i mężczyzn nie zdaje sobie sprawy, że czasem tak się sprawy mają. To, że matka i babka urodziły na polu, harując przez dziewięć miesięcy na wsi, nie znaczy, że tobie nie pójdzie źle. Ja się nasłuchałam od wszystkich, że ciąża to nie choroba. I co? W następnym stanie błogosławionym od razu idę na zwolnienie i uważam na siebie o wiele bardziej niż poprzednio. Nie ja zawiniłam, ale wolę dmuchać na zimne. Nigdy nie ma pewności, że coś się nie zdarzy. Dzisiaj zagłosujesz za zakazem aborcji, a za kilka lat umrzesz wykrwawiając się z powodu pękniętego jajowodu. Albo twoja żona, albo córka, albo wnuczka. Trzeba być tego świadomym, że skazujesz kogoś na śmierć. I jeśli jesteś katolikiem powinieneś/powinnaś wiedzieć, że twój Bóg raczej nie będzie z tego powodu zadowolony.

Teraz czas na „rozluźnienie” tematu. Takie ciekawostki dotyczące biologii.

Po pierwsze – nawet nie wyobrażacie sobie co w ciąży może pójść nie tak. Większość z nich kończy się poronieniem. Nawet o tym się nie wie, takie życie. Nie zadziała jeden hormon, nie przyjmiesz jakiejś witaminy, wdychasz skażone powietrze, albo pijesz nie taką wodę i już jest po wszystkim.

Po drugie – większość zwolenników życia myśli, że technologia tak poszła do przodu, że teraz nie jest problemem uratować życie nawet bardzo słabego wcześniaka. Oczywiście, że tak. Te ważące 500 gram mają 60% szans na przeżycie. Tylko, że większość potem jest chora. O tym już się tak chętnie nie mówi. Dziecko urodzone na miesiąc przed terminem ma zazwyczaj jakieś komplikacje, a co dopiero trzy miesiące przed. Moja córka przyszła na świat trzy tygodnie przed terminem i też muszę ją co jakiś czas rehabilitować. Koleżanka z łóżka obok musiała być ciachnięta w siódmym miesiącu. Jej dziecko jest teraz pod stałą opieką lekarzy, nie jest warzywem na szczęście, ale jednak nigdy nie będzie zdrowe.

Po trzecie – uwaga, będzie trochę makabrycznie. Co jakiś czas pojawia się w sieci informacja, że ktoś przeprowadzał aborcję, załóżmy w piątym miesiącu i dziecko przeżyło. Krzyczało i płakało, a bezduszni lekarze pozwolili mu umrzeć na podłodze. Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie wierzcie w to. Takie dziecko nie ma płuc! Bez nich nawet nie piśnie i od razu umiera (poza organizmem matki nie ma możliwości przeżyć). Ten organ wytwarza się pod koniec ciąży i dopiero niedługo przed porodem dziecko potrafi ich używać. Wszystkie kobiety, które były w ciąży mającej (bodajże, pewna nie jestem) 22 tygodnie otrzymywały zastrzyki ze sterydami, które przyśpieszały rozwój płuc u płodu. Naturalnie to nie jest tak, że hop-siup i po lekarstwie dziecko przeżyje i samo będzie oddychało. To trochę trwa, a i tak nie są to płuca, które dobrze pracują. Dlatego dzieci ważące nawet 1500 gram trafiały do inkubatora i miały wspomagany oddech (co często prowadziło do dalszych komplikacji).

Po czwarte – lekarze to też ludzie. Nie są mordercami nastawionymi na zarobek. Pomagają na ile się da. Pokazują wszystkie za i przeciw. Jeden ma lepszy humor, drugi gorszy. Żaden nie wykazywał skłonności sadystycznych. Ale ja miałam szczęście i nie trafiłam na religijnego oszołoma. Załóżmy, że będzie zakaz aborcji i ktoś taki się trafi. Nie przerwie ciąży pozamacicznej dopóki kobieta nie dostanie krwotoku. Z tym też nie wiadomo. Takich ludzi jest mało, ale kto wie…

Po piąte – psychika. Życie nie jest czarne, albo białe. Ma mnóstwo odcieni szarości, a ja dodałabym od siebie, że można zauważyć też mnóstwo kolorów. To co myślimy i czujemy też ma wielkie znaczenie. Nie można nikogo zmusić do bohaterstwa. Rozumiem kobiety, które nie chcą urodzić dziecka z gwałtu albo bardzo chorego. Można ten temat napisać długi esej, a i tak nie da się pokazać jednego rozwiązania. Nie wiem co ja bym zrobiła. Jako nauczycielka, która miała kontakt z pedagogiką specjalną i z dziećmi upośledzonymi, mam świadomość, że choroba chorobie nie równa. To jest również cholernie ciężki temat. Nikt nie ma w nim racji, dlatego wolę aby każdy miał wybór i postąpił według własnego sumienia.

Po moim porodzie razem z mężem wpadliśmy w depresję. Nie kochaliśmy córki. Okropne, wiem. Nawet rozważaliśmy czy jej nie oddać. To co przeszliśmy tak nam wryło się w psychikę, że mieliśmy straszny uraz. Trochę potrwało zanim nam przeszło i ją pokochaliśmy. Łatwo powiedzieć: dziecko nie było temu winne, to wasza wina. W takim razie proszę powiedzieć to osobom z chorobami psychicznymi: to twoja wina, że masz schizofrenię/depresję/anoreksję. Nad tym się nie panuje, ludzki umysł jest czasem wyjątkowo okrutny i nie ma w nim za grosz racjonalności.

Nie uważam, że jestem bezduszną morderczynią małych, bezbronnych dzieci. Jestem przeciwna aborcji na życzenie. To nie jest forma antykoncepcji. Jednak wiem, że w życiu zdarzają się takie sytuacje, że trzeba wybrać mniejsze zło. Jeśli miałabym umrzeć z powodu źle rozwijającego się płodu, to przykro mi… Ja mam męża, dziecko, rodzinę i nie chcę odchodzić. Oni też nie chcą abym odeszła, ponieważ znamy się i kochamy. To co być może będzie dzieckiem jest nieznane i większość osób nic do tego nie czuje. Nie oszukujmy się: zazwyczaj rodzina cieszy się z powodu nowego życia, ale o wielkiej miłości mowy nie ma. Dopiero po przyjściu na świat to się zmienia.


Jeśli ta ustawa przejdzie, albo jeden z trzech wyjątków z obowiązującej ustawy zniknie to wyjeżdżam za granicę. Wcześniej chciałam z mężem zamieszkać gdzieś indziej aby przeżyć przygodę, podróżować itd. Teraz widzimy, że trzeba wyjechać w trosce o naszą przyszłość. Nie chcę patrzeć na męczarnie mojej córki, gdyby coś poszło źle. Nie chcę aby rodzina patrzyła na moje męczarnie, ponieważ myślę, że kiedyś postaramy się o drugie dziecko. Boję się zostać w Polsce. Chcę abyśmy miały wybór nawet jeśli nigdy nie poddamy się aborcji. Pragnę, aby inne kobiety też go miały. Aby nie bały się zajść piąty raz w ciążę i poronić jak moja koleżanka ze szpitala. Co jeśli trafi na religijnego oszołoma, który stwierdzi, że jest seryjną morderczynią, bo kto widział tyle niezakończonych ciąż? Nie chcę aby ona, albo ja, albo jakakolwiek inna kobieta poszła za to do więzienia. Są ludzie i parapety, są dzieci i kanapki, ale niektórzy rodzą się takim betonem, że nic nie zrozumieją. Nigdy nie wiadomo kto stanie na naszej drodze i jakie to przyniesie konsekwencje naszemu życiu. Dlatego wolę dmuchać na zimne. Idę protestować, ponieważ chcę aby obowiązywała obecna ustawa.
Taka mała podpowiedź dla rządu: wystarczyłoby aby był swobodny dostęp do antykoncepcji, w tym pigułki "po" oraz większa opieka nad upośledzonymi dziećmi i ich opiekunami. Łatwiejsza i szybsza adopcja oraz lepsza edukacja seksualna. Sporo tego jest, ale gdyby system lepiej działał to wtedy aborcja nie byłaby potrzebna poza nielicznymi, medycznymi uzasadnieniami.

P.s. - Za tydzień będzie prawdziwy 37 rozdział.