czwartek, 19 maja 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 14 – Ku pamięci

Witam was…
Jestem pogrążony w smutku…
Moje życie znowu jest do bani…
Ech… Buuuu… Chlip! Chlip! Cierpię!
Mą duszę rozrywają piekielne męki, oczodoły mi płoną, a trzewia wypełnia lawa…
Tak to wszystko widzę (wizualizacja w zaawansowanym programie graficznym):



Tak mniej więcej się czuję odkąd Volduś zdecydował, że mam mu oddać swoją rękę :(
Na początku myślałem, że chodzi mu o ślub, ale szybko wyprowadził mnie z błędu (a Nagini na mnie fochnęła, zazdrośnica jedna!). Mam sobie odciąć rąsię i oddać mu w ofierze! Buuu!

Staram się znaleźć plusy tej sytuacji: dobrze, że nie oko… albo nogę… albo wacusia. To ostatnie byłoby niefajne, naprawdę niefajne :( Może lepiej, że to tylko ręką, w końcu mam drugą. Bez dwóch byłoby ciężko. Ech, dlaczego nie poprosił o nerkę? Albo kawałek wątroby?

Te myśli powodują, że widzę małe promyki nadziei (wizualizacja w zaawansowanym programie graficznym):


Na cześć mojej ręki zrobiłem także coś takiego:


Ten obraz znakomicie oddaje co teraz właśnie czuję :(

Tak swoją drogą, czy mówiłem wam, co się ostatnio stało? Nie, nie napisałem… Senior zwiał! Brałem prysznic, a on puff i go nie ma. No to był cios poniżej pasa! Przecież nie zrobiliśmy mu nic złego! Był z nami na wakacjach, Voldek trochę się nad nim pastwił, ale przecież dziecku można wybaczyć te wszystkie cruciatusy. Traktowaliśmy go dobrze: mieszkaliśmy z nim, braliśmy kasę z jego konta (ale za to czasem mógł pograć na konsoli!), pozwalaliśmy spać w budzie, która stała w ogródku (kiedyś miał cerbera, ale głowy się zagryzły), nawet czasem spuszczaliśmy go z łańcucha, aby wypił ze mną piwko! Ja chłopa zupełnie nie rozumiem :(

Gdy Volduś odkrył jego ucieczkę, wpadł w szał. Już był o cal aby oddać mój nabiał Nagini, ale się powstrzymał (teraz wiem, ze chodziło mu o moja rąsię, buuu!). Za pomocą zainstalowanego pod skórą chipa namierzyliśmy Seniora (tak, weterynarz trochę się zdziwił, ale gdy dostał gotówkę do ręki to o nic nie pytał). Junior go dopadł i ukatrupił. Masz ci los, raz chwała, później chała. Miał chłop niefart w życiu, prawie jak ja…

Teraz tak wygląda:


Junior wysłał nam MMSa, aby pochwalić się dobrze wykonaną robotą. A to lizus jeden! Szkoda, że Volduś nie chce jego ręki… Mówił mi, że Barty będzie mu jeszcze potrzebny, aby ściągnąć tutaj Pottera. Nie mam pojęcia, co oni kombinują. Przecież chłopak jest silnie chroniony: Albus i reszta czuwają. Jeszcze się okaże, że Junior zmajstruje nielegalnego świstoklika i po prostu wyśle Harry’ego do nas. To by było totalnie głupie, gdyby nikt nie brał pod uwagę takiej możliwości…. Chociaż uważam, że lepiej by było po prostu chłopaka uśpić i wejść do kominka, po czym przylecieć tutaj siecią Fiuu, ewentualnie teleportować się. Ale mnie o zdanie nikt nigdy nie pyta, chlip…

Pozdrawiam smutno i idę topić lęki w wódce, co mi ostatnio Lamia przesłała.
Dziękuję, kochana jesteś! :*
Pa!

Wasz Glizdogon zwany Jędnorękim

poniedziałek, 16 maja 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 25 – Staż w Ministerstwie Magii


Lotka, sowa z rodzinny puszczykowatych, cieszyła się, że tym razem ma krótki lot. Niosła list z Ministerstwa Magii do dziewczyny o imieniu Hermiona, która mieszkała w Londynie. To było nic w porównaniu z tym gdzie ostatnio została wysłana. Musiała zanieść paczkę na daleką Syberię, gdzie zmarzła i prawie została zjedzona przez sobola. Dlatego sowa miała zdecydowanie dość długich tras.

Zapadał wieczór. Lotka patrzyła na zapalające się na ulicach i w oknach budynków światła. Szukała domu, którego adres widniał na kopercie. Nigdy nie zastanawiała się skąd właściwie wie, że to odpowiedni budynek. W końcu była tylko Lotką – sową z rodziny puszczykowatych. Rozterki filozoficzne zostawiała czarodziejom i czarownicom.

Jest! Znalazła go! Zniżyła lot i zwinnie wylądowała na parapecie, ponieważ okno było zamknięte. Lotka pomyślała, że to dziwne: był środek ciepłego lata. Zajrzała przez szybę i zobaczyła dwóch człowieków, którzy zajęci byli zabawą na tym miękkim czymś, co widywała w domach czarodziejów. Sowa mieszkała w Ministerstwie Magii od wyklucia się z jaja i nie miała zbyt wielkiego pojęcia o życiu poza tą instytucją. Dlatego z zaskoczeniem stwierdziła, że te dwa osobniki są nagie. To bardzo komplikowało jej misję dostarczenia listu. Lotka nigdy nie była orłem w rozróżnianiu czarodziejów, co doprowadzało do częstych pomyłek, na co narzekali pracownicy ministerstwa. Teraz zaś sowa nie wiedziała, który z człowieków jest Hermioną. Odkąd pamiętała miała problem z określeniem płci. Wiedziała tylko, że rodzaj żeński miał wypustki z przodu i nosił dużo materiału, pod którym ukrywał nogi. Męski zaś był płaski z przodu i nosił tkaninę owiniętą wokół każdej z kończyn. Lotka intensywnie myślała nad rozwiązaniem problemu:
- Jedno i drugie ma lekkie wypustki, na dodatek nie mogę nic dostrzec, bo ciągle się ruszają… – zastanawiała się. – Materiału nie mają, więc w ten sposób nie zgadnę, który człowiek jest dziewczyną. Zaraz, zaraz… - nagle wpadła jej myśl do głowy. – Przecież żeńskie człowieki mają długie pióra na głowie!

Ucieszona z rozwiązania zagadki zastukała energicznie dziobem w szybę. Człowieki od razu przerwali zabawę i zaczęli owijać się materiałem. Hermiona, a przynajmniej tak wytypowała Lotka, podeszła do okna i otworzyła je. Sowa wleciała do środka i podała jej list, po czym zaczęła pohukiwać cicho, aby dać do zrozumienia człowiekom, że zasłużyła na nagrodę. Mimo, że to był krótki lot i niedawno dostała pokarm, nie chciała przepuścić okazji najedzenia się przysmakiem dla sów.
- Ojejciujejciujejciu! Przyleciałaś! Z daleka czy bliska? Skąd jesteś? Jak się nazywasz? Zaraz moje człowieki dadzą ci jedzenie! Zobaczysz, oni są dobrzy! Pytałam się już skąd jesteś? A jak się nazywasz? A skąd jesteś? – mała sówka wylądowała przy koleżance i wyrzucała z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego.

Sowa z ministerstwa odsunęła się powoli od wariatki i złapała przysmak, rzucony przez człowieka płci męskiej. Hermiona w tym czasie rozerwała list i przeczytała go.
- Proponują mi staż przy samym Kingsleyu, ponieważ miałam najlepszy wynik z owutemów! Muszę im odpisać w ciągu tygodnia czy go przyjmuję – oznajmiła ucieszona i sięgnęła po pergamin i pióro. – Odpiszę im teraz! Ale się wszyscy zdziwią, gdy zobaczą, że wolę pracować w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami – zachichotała.
Lotka przełknęła ostatni kęs przysmaku i udawała, że nie słyszy świergotania małej sówki, która zdążyła spytać się sto razy o to samo. Człowiek płci żeńskiej skończył pisać i zapieczętował list.
- Masz, zanieś go do ministerstwa – powiedziała.
Sowa złapała kopertę i posłusznie wyleciała przez okno. Pomyślała, że bardzo lubi takie krótkie zlecenia.

***

Hermiona zamówiła w stołówce kotleta, surówkę i puree z groszku. Była bardzo głodna, jako że od rana segregowała papiery w archiwum i nie miała czasu, aby coś zjeść. Cieszyła się, że chociaż ręka przestała ją boleć od ciągłego rzucania zaklęć, którymi przenosiła setki pergaminów i ksiąg. Gdy zaczęła staż dwa tygodnie temu, myślała, że wszystko będzie łatwe i proste oraz… bardziej ambitne. Na swoje nieszczęście została oddelegowana do zrobienia porządku w archiwum departamentu, w miejscu gdzie nikt nie zaglądał od kilkunastu lat. Musiała uporać się z kurzem, brudem, pająkami i zostawionymi byle gdzie dokumentami. Na swoje szczęście potrafiła rzucać zaklęcia niewerbalnie, gdyby wymawiała inkantacje po dwóch dniach nie mogłaby wydobyć z siebie głosu.

Praca była ciężka i upierdliwa, ale jedyne, na co mogła tak naprawdę narzekać Hermiona to osoba Pansy Parkinson, która razem z nią dostała się na staż. Dziewczyna nigdy nie pomyślałaby, że wredna Ślizgonka wkuje materiał szkolny na tyle, że zdobędzie bardzo wysokie wyniki z owutemów. Jednak w przeciwieństwie do Hermiony, Pansy była jedną z ostatnich osób wybierających przydział i musiała zadowolić się Departamentem Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, z czego w ogóle nie była zadowolona. Gdy Amos Diggory nie patrzył, dopiekała Gryfonce zabierając jej spod nóg drabinę lub robiąc bałagan w posegregowanych dokumentach. Hermiona starała się zachować spokój, chociaż doprowadzało ją to do szewskiej pasji. Kilka razy nie wytrzymała i wygarnęła Ślizgonce co o niej myśli. Skończyło się to na porządnej kłótni.

Dafne Greengrass, która pracowała w „Czarownicy”, jako korektorka tekstu, siedziała przy stole z koleżanką ze Slytherinu i obgadywały Hermionę na tyle głośno, aby ta usłyszała. Ta zaś miała ochotę wytargać obydwie za kudły lub zmienić je w karaluchy, ale większość osób w ministerstwie była łasa na afery i ploteczki. Rita Skeeter siedziała po drugiej stronie sali i z chęcią opublikowałaby opis zdarzenia w „Czarownicy”.  Hermiona żałowała, że Harry miał wolne i nie mógł się do niej przysiąść. Opuściła głowę i zajęła się dziobaniem widelcem puree pogrążona w ponurych myślach.

Nagle poczuła, że ktoś przechodzi koło niej i poczuła zapach męskich perfum. Krzesło zostało odsunięte i zobaczyła szary uniform, który nosił tylko jeden człowiek w Ministerstwie Magii, a którego starała się unikać odkąd rozpoczęła staż. Podniosła powoli głowę, aby przekonać się, że usiadł koło niej Gawain Robards. Przełknęła z trudem ślinę i uśmiechnęła się słabo.
- Dzień dobry – przywitała się.
- Dzień dobry panno Granger! Byłem w twoim departamencie, ale Amos powiedział mi, że znajdę cię tutaj.
- O co chodzi? – spytała się Hermiona, ignorując szepty Pansy i Dafne.

Gawain pochylił się w jej stronę i dał znak, aby zrobiła to samo. Dziewczyna poczuła, że robi się jej gorąco. To będzie stanowczo za blisko! Przez cały sierpień wmawiała sobie, że to co się zdarzyło w jego gabinecie to był tylko zbieg okoliczności. Gdy dostała się na staż i pierwszego dnia wpadła na Robardsa poczuła, że kolana jej miękną. Nie chciała się przyznać, że kręci ją facet w wieku jej ojca, na dodatek będący szefem jej przyjaciela. Przecież była na tyle inteligentna, aby nie lecieć na mężczyznę, tylko dlatego, że jest podobny do znanego aktora i pochwalił jej sukienkę. Nie mogła jednak zaprzeczyć, że gdy widziała Gawaina to od razu miała zbereźne myśli. On ci się tylko podoba, tak jak… obraz albo… średniowieczny manuskrypt z numerologii – powtarzała sobie w duchu. Nie zmieniało to faktu, że czuła się źle wiedząc, że reaguje tak na kogoś innego niż na Rona.

Jej chłopak był… no cóż… jej chłopakiem. Znali się od początku szkoły, spędzili ze sobą naprawdę dużo czasu, przeżyli wiele: wzloty, upadki, radość, ból i zwątpienie. Ich miłość wyrosła na przyjaźni, rozumieli się bez słów. Dopóki nie zaczęła się z nim całować jakoś nie czuła do niego szczególnego pociągu fizycznego. Ron nie był przystojny, był przeciętnym chłopakiem, jakiego można spotkać na angielskich ulicach. Nie powalał wdziękiem, charyzmą czy ogładą. Nie miał wianuszka wielbicielek jak Draco. Był wesoły, ciepły i rzucał się w ogień dla niej i Harry’ego. Za to go kochała. Dlaczego więc mimo tego wszystkiego miała ochotę pocałować mężczyznę starszego od niej o jakieś trzydzieści lat?

Powoli pochyliła się ku Robardsowi, a ten szeptem powiedział jej, że śledztwo w sprawie wspomnień Severusa zostało zakończone. Auror wyprostował się i napił się soku dyniowego, który miał w pucharze. Hermiona nie poruszyła się, siedziała w tej samej pozycji jak spetryfikowana. Gdy poczuła jego oddech na swoim policzku przeszedł po jej plecach przyjemny „prąd”. Wdychała zapach jego perfum i czuła, że świat się zatrzymał.
- Wpadnij do mojego gabinetu po skończonej pracy, będę czekał! – oznajmił Gawain, dopił sok i wstał od stolika.

Hermiona poczuła, że zaczyna się denerwować. On chce, aby do niego przyszła! Kto wie, co się wtedy stanie? Na Merlina, nie! Jednak nie była w stanie nic odpowiedzieć. Kiwnęła tylko głową na znak zgody i odprowadziła aurora wzrokiem. Jak mamę kocham! Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego on tak mnie pociąga!?

Przerwa obiadowa skończyła się i Hermiona poszła z powrotem do archiwum. Po drodze myślała o Gawainie. Postanowiła, że pójdzie do niego, weźmie fiolkę i poleci do Azkabanu, aby oddać ją Snape’owi. Skoro walczyła na wojnie to opanowanie się przy Robardsie powinno być dziecinną igraszką! Tylko, czemu jej tak słabo to szło?
- Gawain cię szukał – rzucił apatycznie Amos Diggory, gdy weszła do biura.

Każdy wiedział, że czarodziej nie pozbierał się po śmierci Cedrika. Był zawsze ponury i nigdy się nie śmiał. Zabraniał też tego w swoim biurze, kłótnie Hermiony i Pansy prawie go nie irytowały. Za to, jeśli ktoś pozwolił sobie na wesołość w jego obecności, Amos odwracał się i odchodził na bok.
- Tak, znalazł mnie na stołówce – odparła Hermiona.
Mężczyzna popatrzył się na nią zdziwionym wzrokiem.
- Poszedł do ciebie? – zdziwił się. – Dziwne… on zawsze wzywa, nigdy nie idzie do kogoś. No chyba, że chodzi o Kingsleya.

Hermiona nie wiedziała, co odpowiedzieć. Robards specjalnie pofatygował się dla niej? Czemu? Czyżby naprawdę ją lubił? Odchrząknęła i spuściła wzrok, aby ukryć zakłopotanie.
- Biedny facet… - oznajmił Amos grobowym głosem. – Na wojnie stracił syna… tak jak ja… zabili go śmierciożercy. Nawet miał gorzej, bo zamordowali mu także żonę… to jednak nie umniejsza mojego cierpienia… - westchnął głęboko i zgarbił się przytłoczony ciężarem wspomnień.
- Och, to straszne! – wykrztusiła z siebie Hermiona.
- Tragiczne, okropne! – Amos zacisnął dłonie w pięści i poczerwieniał. – Te gnidy nie miały oporu, aby zabić każdego na swojej drodze! Syn Gawaina był jeszcze młodszy niż mój Ced… panie, świeć nad ich duszą… To wszystko po to, aby go ukarać, że walczy przeciwko Sam-Wiesz-Komu w Pierwszej Wojnie Czarodziejów… Ale te dranie się przeliczyły! – w oczach czarodzieja pojawił się błysk mściwej satysfakcji. – Gawain jeszcze bardziej zaczął ich ścigać. Gdy dostał pozwolenie, aby ich zabijać i torturować to robił to bez wahania! Rozumiem go! Gdybym dostał jakiegoś śmierciożercę w moje ręce to bym go…
- Może zaparzyć panu herbaty? – przerwała mu Hermiona.

Chciała zmienić temat, ponieważ bała się, że opiekun jej stażu dostanie zawału albo coś w tym stylu. Gdy opowiadał o śmierciożercach zrobił się czerwony na twarzy i ślina zaczęła mu lecieć z kącika ust.
- Co? –spytał się niezbyt przytomnie i wytarł brodę rękawem. – Herbata powiadasz? A… no dobrze… dobrze. Zrób.
Czarownica z uczuciem ulgi poszła do kuchni umieszczonej na końcu korytarza. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Gawain miał żonę i dziecko, a teraz jest sam… Podgrzała różdżką wodę i po chwili wróciła lewitując filiżankę. Podała ją szefowi i poszła do archiwum. Ledwo przekroczyła próg, gdy naskoczyła na nią Pansy:
- Znudził ci się Wieprzlej? – spytała złośliwie. – Zabierasz się za Robardsa?
- Odczep się ode mnie – warknęła Hermiona i poszła w stronę regałów.
- Snape’a przeleciałaś dla lepszych ocen, a teraz będziesz się pieprzyć z Gawainem. Znudził ci się nasz cudowny przydział? Chcesz dostać się do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów?
- Po pierwsze: nie zamierzam nikogo „pieprzyć” i nie miałam romansu ze Snapem! – rewelacje z książki Rity ciągnęły się za Hermioną jak smród po gaciach.
- Taaa, jasne…
- Po drugie: Kingsley po wygranej wojnie proponował mi posadę aurora, ale odmówiłam! A po trzecie: gdybyś czytała Proroka Codziennego to byś wiedziała, że dostałam propozycję stażu u niego, ale odmówiłam!
- Jasne, jasne, tłumacz się dalej! – mopsowatą twarz Pansy wykrzywił grymas. – Wiem od Dafne, że zmówiłaś się z Gawainem przeciwko niej!
- Dafne opowiada bajki – mruknęła Hermiona. – Poza tym, od kiedy jesteście przyjaciółeczkami? Przecież nie odzywała się do ciebie po tym jak wyrwałaś Draco!
- Malfoyowie są skończeni – oznajmiła Pansy machając lekceważąco ręką. – Żadna porządna dziewczyna się z Draco nie pokaże.
Hermiona nic nie odpowiedziała. Zabrała się za robotę marząc przy okazji, aby któryś z regałów ulitował się nad nią i przygniótł Pansy. Pomyślała, że musi koniecznie kupić biografię Snape’a napisaną przez Ritę, aby sprawdzić, co o niej napisała. Zawsze lepiej wcześniej wiedzieć, o co będzie ją oskarżać ten zakichany mops.

***

Serce biło jej gwałtownie, gdy przekraczała próg gabinetu Gawaina Robardsa. Usiadła na krześle stojącym przed jego biurkiem i czekała, co ma do powiedzenia.
- Panno Granger, śledztwo zostało umorzone. Niczego nie znaleźliśmy – rzekł rozczarowanym tonem.
- Nic? Zupełnie?
- Jedno wielkie nic. Nie mamy pojęcia, kto to mógł zrobić – Gawain bezradnie rozłożył ręce. – Nie pozostaje nic innego jak oddać ci wspomnienia – położył fiolkę przed Hermioną.
Wzięła ją do ręki, była jeszcze ciepła od jego dotyku.
- Nikt ich nie oglądał? – spytała się Hermiona.
- Nie, zdjęliśmy z niej klątwy, ale nikt jej nie otwierał.
- To dobrze.

Hermiona nawet nie chciała myśleć, co by było, gdyby Snape dowiedział się, że ktoś przeglądał jego wspomnienia. Teraz zaś będzie mogła z czystym sumieniem poinformować go, że nikt ich nie widział. Schowała ją do torebki.
- Muszę je oddać… - powiedziała cicho.
- Oczywiście – przytaknął i ruszył po świstoklika.
- A formularz?
- Wypełnisz go następnym razem – odparł Gawain i uśmiechnął się zagadkowo.

***

Severus ucieszył się, że tym razem Granger nie założyła sukienki. Z zadowoleniem stwierdził, że będąc w spodniach i żakiecie wcale go nie pociąga.
- Proszę, wspomnienia – podała mu fiolkę.
- Nikt ich…
- Nie – przerwała mu szybko.
- To dobrze.
Zapadła cisza, Hermiona ruszyła w stronę drzwi. Severus pomyślał, że może jest obrażona za ostatnią wiadomość, którą jej wysłał. W połowie sierpnia przeczytał w Proroku Codziennym, że otrzymała najlepsze oceny z owutemów. Kiedyś obiecał, że jej pogratuluje za to. Postanowił słowa dotrzymać. Teraz zrozumiał, że napisanie: „chociaż jedna rzecz wyszła ci w życiu” nie było zbyt dobrym pomysłem. W zamian za to przesłała mu kolejną, mugolską książkę. Wściekł się, gdy zerwał z niej papier i zobaczył tytuł: „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi”.
- Nie było innej książki? – spytał się.
- Chciał pan coś, co się panu przyda – odpowiedziała tonem bez emocji. – Radzę ją przeczytać.
Severus wymamrotał pod nosem „sama sobie czytaj” i patrzył jak auror wyprowadza dziewczynę z celi.

Dwa dni później Snape był na spacerniaku z innymi więźniami. Tak jak zwykle trzymał się z boku. Dzień był wyjątkowo upalny jak na połowę września. Dlatego usiadł przy murze w cieniu. Aurorzy leniwe przypatrywali się więźniom, którzy pozbijali się w małe grupki. Severus zazwyczaj nie słuchał, co mówią. Wolał zatopić się w swoich myślach. Ciągle miał problem z Sarą Jones. Myślał, że mu przejdzie pożądanie, gdy jego przyjaciółka przestanie przychodzić do pracy w sukienkach. Tak się jednak nie stało. Czy była w eleganckich spodniach i białej koszuli, czy przyszła zakatarzona w swetrze i jeansach, miał nadal na nią ochotę. Spotkania w jej gabinecie zaczęły być męczące, w końcu ile człowiek może się powstrzymywać i pilnować? Nie miał pomysłu jak do niej zagaić, nawet przeczytał książkę od Hermiony w poszukiwaniu wskazówek. Nic nie wydawało mu się odpowiednie…

Z rozmyślań wyrwał go głos więźnia, który wymienił imię Sary. Severus udawał obojętnego, ale nadstawił uszy, aby dowiedzieć się, o czym Robin Poynter mówi. Czarnoskóry chłopak był uczniem jego domu, kilka lat temu ukończył Hogwart. Snape pamiętał, że nie był zbyt chętny do nauki, za to kombinował za trzech. Z tego, co doszło do Severusa, Robin dostał rok odsiadki za to, że okradał mugolskich staruszków. Rzucał na nich confundusa i wmawiał im, że jest ich wnuczkiem.
- Stara, ale jara, a jaką ma dupcię – chwalił Sarę Robin. – Gdy wszedłem do jej gabinetu i zobaczyłem jej nogi i cycki to mi stanął od razu. Ta sukienka… uniosła ją niby przypadkiem i zobaczyłem, że nie ma bielizny.
- Tak, oczywiście – zakpił Avery.
-  Od samego początku przyglądała się mi jakby boga zobaczyła! Tylko czekała na okazję, aby mnie dosiąść! Wiem jak działam na kobiety!
- A kto by cię chciał? – fuknęła Alecto.

Robin przybliżył się do niej i objął ją, ta odskoczyła momentalnie jak poparzona. Śmierciożercy wybuchnęli gromkim śmiechem na widok jej miny.
- Udajesz cnotkę-niewydymkę, ale wiem, że chciałabyś się nadziać na mojego donga! - Robin stwierdził lubieżnie.
- No! Pokaż Alecto jak się ujeżdża donga! – drwił Rudolf Lestrange.
- Odpierdolcie się ode mnie! Może ta cała psycholog lubi takie bezmózgie małpy, ale nie ja! – warknęła i oddaliła się od grupy.
Robin nie przejął się niepochlebnym komentarzem. Zaczął zdawać relację jak wyglądają jego spotkania z Sarą, opowiadał ze szczegółami gdzie i co robili. Śmierciożercy wyli z uciechy. Severusa zaczęła ogarniać furia. Jakim prawem ten niedorobiony pawian obraża Sarę? Kto mu pozwolił szkalować tak cudowną kobietę, która stara się mu pomóc? Na dodatek używa najgorszych określeń, uważanych powszechnie za wulgarne! Krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach Snape’a. Był zawsze spokojny, opanowany i nic po sobie nie pokazywał. Teraz zaś miał ochotę rozszarpać chłopaka! Zdumiało go to, że czuł do Robina jeszcze większą nienawiść niż do młodego Pottera. Niech tylko powie coś jeszcze… niech powie…
- Mówię wam, jęczy jak świnia w korycie, gdy ją rucham ostro w du…
Chłopak nie zdążył dokończyć zdania. Padł jak rażony gromem, gdy dosięgnął go pierwszy cios Severusa. A po nim były kolejne i kolejne…

***

- Severusie, dlaczego to zrobiłeś? – spytała się Sara patrząc na niego z zatroskaną miną.
Nie wiedział czy jej powiedzieć. To, co mówił Robin było okropne, a on nie chciał sprawić jej bólu. Wiedział jednak, że prędzej czy później się dowie. O ile już nie wiedziała. Jego rzucenie się na Poyntera było sensacją. Każdy był podniecony tym, że chudy, czterdziestoletni Snape porządnie zlał młodego i krzepkiego dwudziestodwulatka. Severus wiedział, że pomógł mu w tym element zaskoczenia, a chłopak słabo się bronił po tym jak przywalił porządnie łbem o kamienną podłogę. Poza tym sama walka trwała chwilę, ponieważ szybko zostali unieruchomieni przez aurorów.
- Robert Poynter mówił o tobie wstrętne rzeczy – wyjaśnił cicho.
Oczy Sary rozszerzyły się ze zdumienia.
- O mnie? – spytała z niedowierzaniem. – Co mówił?
- Można to ująć tak, że publicznie zrobił z ciebie dziwkę, z którą zabawia się, co tydzień – niechętnie wyjaśnił Severus. – Oszczędzę ci opisów, to były najgorsze, rynsztokowe określenia.

Sara Jones wyglądała jakby dostała w twarz, poruszała bezgłośnie ustami i Snape przysiągłby, że słowo „dziwka” nie mogło jej przejść przez gardło. Nagle zgarbiła się i jakby skurczyła w sobie. Zaskoczony Severus zobaczył, że ukrywa twarz w dłoniach. Nie wiedział, co robić. Wyglądała jakby płakała, ale nie słyszał charakterystycznych dźwięków. Czy powinien ją jakoś pocieszyć? Dlaczego tak zareagowała? Co robić? W książkach nie było odpowiedzi na takie pytania!

Postanowił, że zrobi to samo, co ona, gdy zareagował identycznie na wspomnienie o Lily. Może Sara przeżyła kiedyś coś podobnego? Zsunął się z fotela i ukląkł przed nią, aby delikatnie odsłonić jej twarz. Dotknął jej dłoni i popatrzył się w jej oczy. Nie płakała, jej twarz była pełna cierpienia.
- Severusie… - wyszeptała i rzuciła mu się nagle na szyję. – Dziękuję… to dla mnie… dziękuję…


Na początku nie wiedział, co robić, ale szybko doszedł do wniosku, że powinien iść za radą Sary. „Nie czekaj, wyjaw swoje uczucia zanim ktoś inny to zrobi. Lepiej zostać odrzuconym niż pluć sobie przez pół życia w brodę, że się nie spróbowało” – tak mówiła na jednym ze spotkań. Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Spojrzała na niego zdziwiona.
- Co…
Nie zdążyła dokończyć pytania, ponieważ Severus wpił się zachłannie w jej usta.

czwartek, 12 maja 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 14 – Sarny Mniejsze


W korytarzu szkolnym przed klasą numer 121 nastąpił ogólny rozgardiasz. Ktoś złapał Małgorzatę, aby nie upadła, inna osoba wyczarowała kielich, aby nalać jej wody, jakaś kobieta podała jej eliksir przeciwko omdleniom. Patrycja nie wiedziała, co się dzieje. Co było w tym dziwnego, że wyglądała jak Amelia? Przecież wiele osób jest do siebie podobnych! Jednak rodzice jej koleżanek i kolegów z klasy patrzyli się na nią i szeptali między sobą. Co raz bardziej denerwowało to dziewczynkę. Zaczęła żałować, że nie jest w internacie.

Mama Amelii doszła do siebie w zadziwiająco krótkim czasie. Uśmiechnęła się słabo i podeszła do Michalskich.
- Nie mogę w to uwierzyć, po prostu nie mogę! Jaki cudem? – spytała patrząc się badawczo na Patrycję.
- To pani jest mamą tej drugiej dziewczyny? – zagaił pan Grzegorz. – Córka mi opowiadała, że są podobne, ale myślałem, że zmyśla.

Patrycja popatrzyła się na ojca z wyrzutem. Jak mógł coś takiego powiedzieć? Przecież nie miała, po co kłamać! Prychnęła ostentacyjnie na znak, że jest obrażona, ale tata nie zwrócił na nią uwagi.
- Podobne? – zdziwiła się Małgorzata. – One są identyczne!
- Naprawdę?
- Oprócz włosów… moja Amelia ma krótsze… i oczy! Tak, oczy, są innego koloru – czarownica jeszcze raz dokładnie obejrzała Patrycję od góry do dołu. – Pan nie widział mojej córki? No jasne, że nie, nie było jak… a tak w ogóle to chyba zapomniałam się przedstawić! Małgorzata Ratine! – podbiegła do ojca Patrycji i go uścisnęła. – Nadal jest pan w szoku? Nic dziwnego! Ja przed chwilą też byłam! Nasze rodziny muszą się koniecznie spotkać, wtedy zobaczymy jak dziewczynki wyglądają obok siebie. To doprawdy niesamowite! Niech tylko mój Pierre je zobaczy! Och, ciekawe co powie… - nabrała powietrza i odwróciła się do Patrycji. – Słyszałam, że jesteś miła i Amelia cię lubi. To dobrze, mam nadzieję, że będziecie najlepszymi przyjaciółkami! Nadal nie mogę uwierzyć, że jesteś prawdziwa! Chodź no tu! – złapała policzek dziewczyny i zaczęła nim trząść. – Jesteś tak samo słodka jak moja Amelcia.

Patrycja po tych pieszczotach odsunęła się od niej jak tylko mogła najdalej. Czuła się mocno zawstydzona tym, że matka jej koleżanki potraktowała ją publicznie jak niemowlaka. Miała ochotę wygarnąć, co myśli o takim traktowaniu, ale nie chciała zrobić przykrości Amelii. Powstrzymywało ją także to, że nie wiedziała, jaka będzie reakcja jej ojca. Patrząc jak wdał się w towarzyską pogawędkę z matką Ami mogła śmiało przypuszczać, że będzie niezadowolony.
- Wytargała cię jakbyś miała dwa lata – szepnęła jej do ucha Zocha. – Wariatka, no kompletna wariatka!
- Miałam ochotę odgryźć jej paluchy – bąknęła Patrycja i roztarła sobie bolący policzek.
- Szkoda, że tego nie zrobiłaś – koleżanka zachichotała. – Patrz, idzie pan Miłosz! Czeeeeeeeeeść sooooorzeeee! – wydarła się na cały korytarz.

To wcale nie speszyło wychowawcy, zasalutował uczennicom i otworzył drzwi do klasy. Gestem zaprosił rodziców do środka. Poczekał aż wejdą wszyscy i zamknął powoli drzwi, przy okazji puszczając Zośce „oczko”.
- Uwielbiam tego człenia, zajebisty jest! – zachwyciła się czarnulka.
- No! – odrzekła Patrycja i usiadła na najbliżej stojącej ławce. – Mam nadzieję, że dostanę małą zjebę od ojca za oceny.
- Hej, to mój tekst! – Zocha udała, że się obraża. – Spoko, nie jest źle! Jakoś się je wyklepie do półrocza…
- Mam dwie tróje z matmy, a jest koniec października.
- Ja mam dwie lufy z magoznastwa za pyskowanie i nie płaczę z tego powodu.
- Bo masz wszystko w tyłku skoro nikt od ciebie nie przyszedł na wywiadówkę!
- Szczegóły! – odparła Zocha, wyjęła różdżkę i zmusiła do tańczenia sznurówki przy swoich trampkach.

***

Miłosz Chmielewski twierdził, że uczniów powinno się głośno chwalić, a ganić po cichu. To było pierwsze zebranie z rodzicami, odkąd został wychowawcą tej klasy i postanowił najpierw pochwalić swoich podopiecznych, a dopiero później rozdać kartki z ocenami. Problemem było to, że minęły niecałe dwa miesiące od początku roku szkolnego i nie miał za bardzo, o czym mówić. Dlatego skupił się na Otrzęsinach Pierwszaków. Starał się opowiedzieć coś dobrego o każdym ze swoich uczniów, ale nie udało mu się ukryć, że niektórzy się nie popisali. Przemilczał występ Telimeny, która spędziła całą potyczkę na próbach wygrzebania się z dołu wypełnionego błotem. Nie wspomniał również o Adamie, który na widok zaczarowanego kurczaka zemdlał ze strachu, ani o Lilianie, która uczepiła się żywopłotu i krzyczała, że umrze. Skupił się na brawurowej akcji Zochy, Patrycji, Paula i Amelii:
- … wtedy Patrycja złapała Paula! Taka akcja, jak w filmie! No… takim mugolskim! Chyba państwo pamiętają coś z mugoloznastwa… W tym czasie Zocha walczyła z Marią Dimitrową i Piotrem… jakimś tam, zapomniałem nazwiska! Zaklęcia śmigały, w lewo, w prawo, jak fajerwerki! Tłum wył! Takie widowisko! Proszę państwa, żałujcie, że tam nie byliście! Wydawało się, że klasa „d” wygra, ale wtedy…
- Yhm, yhm – przerwała mu matka Telimeny.
- Taaak? – Miłosz powoli zaczął wracać do rzeczywistości.
- Czy mógłby pan w końcu przejść do konkretów, a nie wychwalać pod niebiosa jakąś durną zabawę? – fuknęła ze złością.

Wychowawca zamrugał, próbując sobie przypomnieć gdzie się znajduje i co ma robić. Zupełnie zapomniał o bożym świecie, gdy relacjonował przebieg otrzęsin. Matka Telimeny stała i wpatrywała się w niego natarczywie, z miną świadczącą o tym, że ma lepsze rzeczy do roboty niż słuchanie o jakichś głupotach. Miłosz musiał przyznać, że nie znosi tej durnej baby. Co chwila nachodziła go, aby ponarzekać na wszystko: zacząwszy od Zochy, po jedzenie w stołówce, brak służby w internacie, kolejny raz na Zochę i złych nauczycieli, którzy nie stawiają Telci samych szóstek za to, że oddycha i pojawia się na lekcjach. Miał ochotę złapać ją za kudły i walnąć jej głową o ławkę, a później kopnąć z półobrotu. Niestety, nie złamała prawa, a on już nie był czynnie działającym aurorem. Czasem żałował, że odszedł ze służby, brakowało mu walki.
- A no dobrze… skoro pani chce… – z ociąganiem wziął stos kartek z biurka i zaczął wyczytywać nazwiska uczniów.

***

Grzegorz Michalski nie był zachwycony ocenami córki, ale wiedział, że Patrycja ma jeszcze czas na poprawę. Zawsze miała nierówne wyniki: potrafiła zebrać kiepskie noty, a później je poprawić bez żadnego wysiłku. Przyzwyczaił się do faktu, że matematyka idzie jej kiepsko. Pocieszał się, że z magicznych przedmiotów miała same piątki i czwórki. Siedząca obok niego w ławce Małgorzata Ratine mruczała z zadowolenia patrząc na bardzo dobre oceny Amelii.
- Musi pan załatwić Patrycji korepetycje – poradziła, zerkając na kartkę trzymaną przez mężczyznę.
- Eeee, no może… - stwierdził niepewnie. – Z magicznych przedmiotów jest dobra, resztę nadrobi.
- Edukacja jest bardzo ważna – oświadczyła stanowczo czarownica. – Obowiązkiem dzieci jest uczyć się i przynosić do domu same piątki i szóstki. Odpuściłam Angeli i została tylko nauczycielką – prychnęła z niezadowoleniem.
- A to źle? – zainteresował się ojciec Patrycji. – Chodzi o nauczycielkę mugoloznastwa? Pani jest jej matką? – spytał się z niedowierzaniem.

Matka Amelii nie wyglądała na kobietę w takim wieku, że mogłaby mieć dorosłą córkę. Gdy ją zobaczył myślał, że są w podobnym wieku, ale teraz dopadły go wątpliwości. Możliwe, że to prawda, co było napisane w „Harrym Potterze” i czarodzieje naprawdę starzeli się o wiele wolniej od mugoli.
- Oprócz Angeli i Amelii mam jeszcze szesnastoletniego syna – odpowiedziała z uśmiechem, mile połechtana przypadkowym komplementem. – Nauczycielka… to niezbyt prestiżowy zawód. Myślałam, że będzie artystką, tak samo jak ja z mężem.
- Dzieci mają różne pomysły na życie – odparł pan Grzegorz.
- Tak, ale powinny brać pod uwagę zdanie o wiele bardziej doświadczonej matki.
- Możliwe. Ja Patrycji nie mogę nic powiedzieć, ponieważ nie znam świata czarodziejów…
- Och, to nie problem! – czarownica położyła rękę na ramieniu Grzegorza. – Musicie koniecznie mnie odwiedzić… Porozmawiamy o wszystkim i o niczym… Sobota panu pasuje?

Mężczyzna popatrzył się na Małgorzatę nie wiedząc, co odpowiedzieć. Nieczęsto dostawał zaproszenie od osoby, którą znał od kilkudziesięciu minut. Pomyślał, że właściwie, co mu szkodzi. Może dzięki temu dowie się więcej na temat świata czarodziejów.
- Czemu nie? Pomoże mi pani w zrozumieniu tego wszystkiego – machnął ręką w stronę wypchanego ponuraka w kącie klasy. – Gdzie i o której mam przyjechać?
- Może po południu, czternasta, piętnasta?
- Piętnasta.
- Wspaniale! – ucieszyła się Małgorzata. – Mój adres to Sarny Mniejsze, numer dwa. Niestety, świstokliki do nas nie docierają, więc musi pan przybyć z Patrycją siecią kominkową…
- Ach tak, tak! – Grzegorz zdenerwował się, ale starał się mimo to uśmiechać. – Kupimy proszek Fiuu  i pojawiamy się u pani!

Jeszcze nie podróżował w ten sposób i nie był pewny czy chce. Pamiętał, co się stało z Harrym, gdy ten źle wypowiedział, gdzie ma lecieć. Może Patrycja będzie bardziej obeznana w tych sprawach. Powie mu, co ma robić i nie zrobi z siebie głupka przed czarodziejską rodziną. Miał szansę dowiedzieć się czegoś więcej na temat świata, do którego wkroczyła jego córka. Chciał także zobaczyć Amelię, aby stwierdzić, czy jej matka nie przesadza z opisem podobieństwa. Jeśli dziewczynki naprawdę wyglądały identycznie należałoby zbadać sprawę. Może są spokrewnieni? Był pewny, że ze swojej strony nie miał nikogo magicznego. Może Anna miała w rodzinie czarodzieja lub czarownicę? Może Małgorzata Ratine wspomni o kimś, o kim słyszał?

Z rozmyślań wyrwał go głos wychowawcy, który kłócił się z matką Telimeny na temat tego, że nie usunie z terenu szkoły magicznych stworzeń, które powodują objawy alergiczne u jej córki.

***

Chwilę przed piętnastą Patrycja stała z ojcem przed kominkiem w Wydziale Komunikacji Magicznej w Lublinie. Kupili odpowiednią ilość proszku Fiuu w kasie, aby polecieć do Saren Mniejszych i wrócić. Pracownica WKM odmierzyła odpowiednią ilość i zapakowała go w cztery woreczki. Patrycja widziała nie raz jak Ami wrzuca pakunek do kominka, wchodzi w płomienie i mówi adres swojego domu. Wydawało się to dziecinnie proste.
- Kto pierwszy? Ja czy ty? – spytała się niepewnie.
Nie wiedziała czy ojciec sobie poradzi z podróżowaniem za pomocą kominka. Co będzie, jeśli zachowa się jak Harry i wyląduje gdzieś daleko?
- Ty pierwsza.
- Jesteś pewny tato? A co jeśli…
- … pomylę się jak Harry? – ojciec wszedł jej w słowo. – Jeśli nie przylecę zaraz po tobie będziesz mogła zarządzić akcję poszukiwawczą. Mam nadzieję, że nie trafię do Afryki.
- Aha – odrzekła dziewczynka wyobrażając sobie tatę w otoczeniu czarnoskórych czarodziejów.

Wzięła paczuszkę z proszkiem i wrzuciła ją do kominka. Od razu buchnęły szmaragdowe płomienie. Patrycja z łomoczącym sercem weszła w nie, bojąc się, że się poparzy. Okazało się, że wcale nie są gorące.
- Sarny Mniejsze numer dwa! – krzyknęła i poczuła jak leci w dół.
Uczucie, jakie towarzyszyło podróżowaniu za pomocą proszku Fiuu, Patrycja porównałaby do zjeżdżania rurą w aquaparku. Tyle, że było bardzo ciepło i woda nie chlapała w oczy. Nagle dziewczynka poczuła jakby coś ją wypchnęło z rury, przeturlała się po czymś miękkim i zatrzymała przy stopach Amelii.
- Jak na pierwszy raz to nieźle ci poszło – oznajmiła koleżanka szczerząc do niej zęby.

Patrycja nie zdążyła wstać z dywanu, gdy wpadł na nią koziołkujący ojciec.
- Tato! Wstawaj! – jęknęła czerwieniąc się gwałtownie.
Tylko tego brakowało, aby przy pierwszej wizycie u rodziny Amelii zrobili z siebie widowisko!
- Chyba wolę świstokliki – mruknął jej ojciec i wstał otrzepując popiół z kurtki.
- Niech pan to zostawi – usłyszeli głos Małgorzaty Ratine. – Skrzaty domowe zaraz was wyczyszczą!

Patrycja nie zdążyła przyjrzeć się tym stworzeniom, ponieważ z kominka wypadła Zocha i podcięła jej nogi.
- Jeeesteeem! – oznajmiła wesoło czarnulka spod koleżanki. – To nie było takie trudne! Myślałam, że będzie gorzej! Na przykład wypadnę gdzieś w Abu Dabi albo w Chinach…
Amelia ze swoją mamą zrobiły wielkie oczy. Patrycja przypomniała sobie, że Zocha nie otrzymała zaproszenia. Gdy wywiadówka się skończyła, ojciec powiedział jej, gdzie się wybierają w weekend. Obydwie z Zochą bardzo chciały wybrać się tam razem, ale pan Grzegorz stwierdził, że muszą się spytać o to mamy Amelii. Ta jednak zaraz po wywiadówce poszła do domu. Dlatego w czwartek spytały się o to Ami, ta obiecała, że da im znać w piątek. Słowa dotrzymała i Zocha dowiedziała się, że mama jest przeciwna: usłyszała od matki Telimeny to i owo na jej temat. Patrycja myślała, że koleżanka przyjęła do wiadomości odmowę, ale teraz się przekonała, że to były tylko pozory. Zanim ktokolwiek zdążył skomentować pojawienie się Zochy, z kominka zgrabnie wyskoczyła Angela.
- A ty tu po co? – mruknęła jej matka z wyraźnym niezadowoleniem. – Myślałam, że będziesz zajęta!
- Zmieniłam plany! Cieszysz się, prawda? – oznajmiła wesoło blondynka. – Witam wszystkich!
- O! Jak fajnie, że sorka jest! – zawołała Zocha. – Teraz nie tylko ja wbiłam się na krzywy ryj!

Mimo wyraźnego niezadowolenia Małgorzata rozkazała skrzatom wyjąć dwa dodatkowe talerze i podać podwieczorek. Do zebranych w holu dołączył ojciec Amelii, który przywitał się ze wszystkimi. Patrycja pomyślała, że mówi po polsku jak kucharz, którego programy ogląda z zapałem pani Jadwiga. Małgorzata zaprosiła wszystkich do jadalni, która okazała się dużym pomieszczeniem, w którym stał ciężki, drewniany stół, dość długi i szeroki, aby ugościć minimum dwadzieścia osób. Pozostałe meble, żyrandol i obrazy wyglądały na bardzo stare. Namalowane postacie szeptały między sobą i wyciągały szyje, aby zobaczyć gości. Patrycja usłyszała, że nie mogą uwierzyć w jej podobieństwo do Amelii.

Ten temat szybko został podjęty przez zgromadzonych. Podczas dyskusji do jadalni przyszła Augustyna, która zareagowała identycznie jak swoja córka przed wywiadówką. Skrzaty rozpierzchły się na wszystkie strony, aby być pierwszym, który poda staruszce eliksir przeciw omdleniom.
- Już mi lepiej… naprawdę… - wydyszała babcia Amelii. – Boże, jakim cudem? To musi być przypadek! Nie ma innej możliwości!
- Jesteś pewna, że nie jesteśmy spokrewnieni? – dopytywała się Małgorzata. – Pochodzisz z mugolskiej rodziny…
- Mówiłam, że wszyscy zginęli podczas wojny! – fuknęła Augustyna.
- Ale może jednak twoi wujkowie mieli jakieś kobiety…
- Nie mieli! – upierała się staruszka.
- Z mojej strony na pewno nie było żadnego czarodzieja – odezwał się ojciec Patrycji. – Nie mam pewności, co do rodziny mojej żony. Pochodziła z sierocińca, miała jakąś ciotkę w Gdańsku, ale nie utrzymywała z nią kontaktów.
- Pochodzę ze wsi spod Warszawy, gdzie mi tam do Gdańska! – zauważyła Augustyna. – Może to od strony mego świętej pamięci męża… nie, na pewno nie, on był czarodziejem czystej krwi…

Zapadła cisza. W ten sposób każdy mógł sobie gdybać od rana do nocy, ale nie wyjaśniało to, dlaczego dziewczynki były identyczne. Patrycja postanowiła coś zaproponować:
- Może zrobimy testy genetyczne? To najszybszy sposób.
- Pardon? – wyrwało się Pierre’owi.
- My, mugole, mamy technikę pozwalającą stwierdzić czy ktoś jest ze sobą spokrewniony, czy nie – wyjaśnił ojciec Patrycji.
- Głupoty! – stwierdziła Augustyna. - To zwykły przypadek, a wy się doszukujecie nie wiadomo czego! Jakieś testy chcą robić! Też mi coś! – prychnęła. – Sensację znaleźli! Pewnie kosztuje to majątek. Nie ma sensu bawić się w szukaniu rzeczy, których nie ma. Małgorzato! – zwróciła się do córki. – Miej choć trochę oleju w głowie i nie zgadzaj się na jakieś mugolskie sztuczki! Jeszcze to Amelii zaszkodzi, kto wie czy jej to nie napromieniuje czy co. Sama miałaś w klasie dwie podobne do siebie dziewczyny!
- Owszem miałam, ale one były tylko podobne, a nie identyczne – mruknęła Małgorzata.
- Zapewniam panią, że to badanie nie robi krzywdy – powiedział ojciec Patrycji.
- Nie zgadzam się! – krzyknęła staruszka i osunęła się na krześle. – Oj, jak mi słabo!

Rozpoczęła się ponowna akcja mająca na celu ratowanie Augustyny. Jej córka stwierdziła, że lepiej będzie, jeśli zakończą omawiać dotychczasowy temat. Wobec tego zaczęto rozmawiać o pogodzie, różnicach między światami oraz sytuacji materialnej. Patrycja z Amelią zaczęły się szybko nudzić, zaś Zocha bez krępacji wpatrywała się z zachwytem w Konrada, który w międzyczasie wrócił do domu. Chłopak udawał, że tego nie widzi i od niechcenia skubał swoją porcję tarty cytrynowej. Patrycja poczuła, że jest zazdrosna. Nie mogła pozwolić sobie na obnoszenie się ze swoimi uczuciami skoro nie wiedziała czy są spokrewnieni, czy nie. Już miała ochotę kopnąć Zochę pod stołem, aby dać jej do zrozumienia, by się opanowała, gdy zobaczyła, że Angelique daje siostrze dyskretny sygnał.
- Możemy iść na górę? – spytała się głośno Amelia. – Chcę pokazać koleżankom mój pokój.
- Idźcie sobie, co się tutaj będziecie nudzić – odpowiedziała Angela.
- Mogłabyś poczekać, aż ja się wypowiem – warknęła Małgorzata i zwróciła się do młodszej córki. – Jasne, że możecie.

Trójka dziewczynek poszła do holu, gdzie krętymi schodami dotarły na pierwsze piętro budynku. Gdy weszły do pokoju Amelii, Patrycja pomyślała, że wygląda tak jak powinien wyglądać pokój nastoletniej czarownicy. Meble były stare i bogato rzeźbione, dominowało kolory złota i granatu. Motyw rozgwieżdżonego nieba był widoczny w pościeli na łóżku, zasłonach i grubym dywanie. Na pufie stojącej pod oknem drzemał kot, pod żyrandolem wisiały zawieszone modele planet. Patrycja z Zochą zaczęły przyglądać się kolekcji komiksów, gdy zajrzała do nich Angela. Szybko weszła do pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Następnie wyciągnęła różdżkę i rzuciła „muffliato”.
- Dobra dziewczyny! – oznajmiła i ściszyła głos. – To co teraz powiem nie ma prawa wyjść poza ten pokój.

Nastolatki szybko kiwnęły głowami na znak, że się zgadzają. Angelique rozejrzała się niespokojnie na boki i zaczęła kontynuować:
- Babcia Gusia coś ukrywa, dawno nie widziałam jej tak zdenerwowanej. To jasne jak słońce, że sprawiło to wasze podobieństwo. Może to upór starszej osoby, ale jakoś nie wierzę, że boi się testów genetycznych. A to „oj, jak mi słabo” wyglądało na udawane. Dlatego zamierzam opłacić testy DNA. Może rzeczywiście nie jesteśmy spokrewnione i wasze podobieństwo to przypadek jeden na milion, ale uważam, że warto zobaczyć jak się sprawy mają. Amelio – zwróciła się do siostry – nie mów o tym nikomu, mama nie zrobi nic wbrew woli babci, a z tatą bywa różnie. Konrad zaś pierwsze co zrobi to pójdzie naskarżyć… Dlatego buzia na kłódkę!
- A co z moim tatą? – spytała się Patrycja.
- Hmmm, nie wiem jak zareaguje… - Angela skrzywiła się. – Może powiemy mu jak już będzie po wszystkim.
- Dobra, nie powiem mu.
- A więc do zobaczenia w poniedziałek po lekcjach – stwierdziła Angela z szelmowskim uśmiechem i wyszła z pokoju.