poniedziałek, 23 listopada 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 5 – Żuczek i ropucha


Hermiona miała tego wszystkiego dość, zwłaszcza zmęczenie zaczęło dawać się jej we znaki. Stawiła się wcześnie rano na przesłuchanie do Ministerstwa Magii, a właśnie dobiegała piąta po południu. Składała zeznania od kilku godzin z trzema małymi przerwami i jedną dużą na obiad. Najpierw komisja poprosiła, aby zrelacjonowała wszystkie wydarzenia od odrodzenia się Voldemorta. Gdy to zrobiła, zaczęły padać pytania. 

Co wie o śmierci Dumbledore’a? Czy jest pewna, że Syriusz Black był po stronie Zakonu? Skąd wie, że Peter Pettigrew to był naprawdę on? Co dokładnie robiła z Harrym Potterem, gdy się ukrywali? Czy Ksenio Lovegood miał jakieś dodatkowe korzyści z wydania ich śmierciożercom poza sprowadzeniem córki do domu? Co dokładnie zdarzyło się w dworze Lucjusza Malfoya? Dlaczego włamali się do Gringotta? Co dokładnie robiła w czasie Bitwy o Hogwart?

Przesłuchanie odbywało się w sali rozpraw przed składem Wizengamotu. Hermiona pamiętała, że gdy ostatnim razem tu była to udawała Mafaldę Hopkirk, która teraz we własnej osobie siedziała jako jeden z członków komisji. Zrobiło jej się głupio, ponieważ podejrzewała, że kobietę spotkało później sporo nieprzyjemności z jej powodu. W czasie przerwy, podeszła do Mafaldy, aby ją przeprosić i powiedzieć, że podczas dalszej części przesłuchania przedstawi powody, dlaczego to zrobiła . Zaskoczona urzędniczka odpowiedziała szeptem, że wybacza. Ostatecznie konsekwencje nie były bardzo dotkliwe, a skoro Hermiona pomagała Harry’emu Potterowi pokonać Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać to nic wielkiego się nie stało.

***

Po otrzymaniu listów od Percy’ego cała trójka długo dyskutowała w pokoju Rona czy mówić dokładnie, w jaki sposób pokonali Voldemorta. Harry nie był pewny czy świat czarodziejów powinien się dowiedzieć o horkruksach. Z drugiej strony mogliby mieć nieprzyjemności, gdyby nie wytłumaczyli, dlaczego włamali się do Gringotta. Dopiero gdy minęła północ i byli już mocno zmęczeni Hermiona zakończyła dyskusję, oświadczając, że należy powiedzieć wszystko. Argumentowała to tym, że potencjalni naśladowcy Voldemorta będą wiedzieć, że nawet siedem horkruksów nie ochroni ich przed śmiercią i zawsze znajdzie się ktoś, kto ich pokona.

Pierwszy przed komisją zdawał relację Harry. Następnego dnia Hermiona, a jako ostatni był Ron. Zajmowało to cały dzień, musieli stawić się o siódmej rano, a koniec przewidywany był po dwudziestej. Harry wyszedł z sali rozpraw dopiero o dwudziestej trzydzieści, zmęczony, ale szczęśliwy, że ma to już za sobą. Przewodniczącym Wizengamotu był Kingsley Shacklebolt, który co jakiś czas uśmiechał się do przesłuchiwanego świadka, aby go podnieść na duchu. Jedną z dwóch rzeczy, które zdenerwowały Hermionę było to, że na sali siedziała Rita Skeeter. Z rumieńcem podniecenia na twarzy szeptała pod nosem, a zielone pióro zapisywało jej słowa. Oczy błyszczały jej za każdym razem, gdy wysłuchiwała, sensacyjnego jej zdaniem, fragmentu opowieści. Hermiona próbowała przekonać Kingsleya do wyrzucenia jej z sali, ale ten oświadczył, że komisja podjęła decyzję o opublikowaniu relacji z przesłuchań w "Proroku Codziennym". Stwierdzili, że czarodzieje i czarodziejki mają prawo poznać, jak został pokonany Voldemort.

Widok zadowolonej Rity doprowadzał Hermionę do furii i najchętniej wsadziłaby jej to zielone pióro w nos, w taki sposób, że wyszłoby uchem. Wiedziała wprawdzie o małym sekrecie Skeeter, ale podejrzewała, że dla dziennikarki rewelacje z przesłuchania są więcej warte niż pobyt w Azkabanie, w którym i tak ostatecznie mogła pisać książki.  Hermiona zastanawiała się, kiedy wyjdzie kolejna biografia zawierająca więcej kłamstw, niż jest piasku na plaży. Obstawiała, że za pierwszy cel weźmie Voldemorta, potem Harry’ego, a kiedyś może i za nią... Stwierdziła, że tego by nie zniosła.

Kolejną osobą, na której widok Hermionie zaczynały trząść się ręce ze złości, była Dolores Umbridge. Można było pomyśleć, że w Ministerstwie Magii zaszły duże zmiany od czasu pokonania Voldemorta jednak prawda była inna. Kingsley ze swoimi zwolennikami próbowali usunąć ze swoich stanowisk śmierciożerców i osoby związane z Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Był to długi i skomplikowany proces, dlatego Dolores Umbridge nadal zasiadała w Wizengamocie.

Hermiona zachowała zimną krew i spokojnie opowiedziała o tym, w jaki sposób Kobieta-Przypominająca-Ropuchę, weszła w posiadanie naszyjnika Salazara Slytherina.
- Yhm, yhm… - chrząknęła Dolores wystarczająco głośno, aby przerwać dziewczynie. – Myślę, że panna Granger nie ma na to dowodów. Ten naszyjnik należał od pokoleń do mojej rodziny, a Mundungus Fletcher, jako przedstawiciel złodziei i krętaczy, nie jest wiarygodnym świadkiem…
Hermiona nie wytrzymała, wstała i zaczęła mówić:
- Za to mam mnóstwo świadków na to, że Dolores Umbridge torturowała uczniów w Hogwarcie oraz próbowała rzucić klątwę Cruciatus na Harry’ego Pottera! Nasłała na niego dementorów w piątej klasie!

Po sali przeszedł szmer rozmów. Dolores wyglądała, jakby dostała w twarz. Zauważyła, że większość zgromadzonych ludzi patrzy na nią. Zmusiła się do uśmiechu i rzekła swoim słodkim, dziewczęcym głosikiem:
- Panno Granger… takie pomówienie nie przystoi komuś takiemu jak ty… A skoro mowa o aspektach prawnych… Przypominam, że nie zgłosiłaś się na przesłuchanie w sprawie bezprawnego zdobycia mocy magicznej!

Czarodzieje i czarownice siedzący w ławach poruszyli się niespokojnie, pilnie śledząc wymianę zdań. Kingsley postanowił działać.
- Nie sądzę Dolores, aby to teraz było ważne…
- Och! Jest bardzo ważne! Przypominam tylko… - rozejrzała się po twarzach zebranych - że prawo dotyczące osób urodzonych w rodzinie mugoli nadal obowiązuje, a panna Granger, postanowiła olać wytyczne Ministerstwa Magii!
- Postaram się jak najszybciej je zmienić…
- Wnioskuję o areszt dla panny Hermiony Jean Granger i postawienie jej w stan oskarżenia wobec migania się od obowiązków wobec Ministerstwa Magii, a tym samym pogwałcenia prawa w świecie czarodziei!

W sali zawrzało, część osób wstała i zaczęła krzyczeć. Rita Skeeter mało nie zemdlała z ekscytacji. Hermiona zapłonęła z gniewu. Pomyślała, że musi dać popalić tej wstrętnej babie, choćby zajęłoby to jej pół życia. Krzyknęła:
- A ja wnioskuję o postawienie w stan oskarżenia Dolores Jane Umbridge!
Pięćdziesiąt czarodziei i czarownic przestało się hamować. Wrzaski odbijały się od kamiennych ścian i sufitu. Część wykrzykiwało obelgi w stronę Dolores, część wymyślało Hermionie. Obie mierzyły się wzrokiem i gdyby spojrzenie mogło zabijać, obydwie padłyby trupem na miejscu.
- CIIIISZAAAAAAA! – wrzasnął magicznie wzmocnionym głosem Kingsley. – Abercombie! Spokój albo każę wyprowadzić cię z sali!

Komisja momentalnie ucichła i zaczęła zajmować swoje poprzednie miejsca.
- Jako tymczasowy minister magii decyduję, co następuje: panna Granger nie zostanie zatrzymana, podpisze odpowiedni dokument, w którym zapewni, że nie wyjedzie z kraju oraz stawi się niezwłocznie na przesłuchanie w razie wezwania. Rozumiesz panno Granger?
Hermiona przytaknęła, Kingsley przemawiał dalej.
- Co do Dolores Umbridge…  jest niewinna dopóki nie udowodni jej się winy. Proponuję złożyć wspólny pozew przez pokrzywdzonych przez nią uczniów!
- Ale… - jęknęła Hermiona.
- Żadne „ale”! – zagrzmiał Kingsley. – A teraz zarządzam piętnaście minut przerwy. Po niej wracamy do pierwotnego tematu i będziemy dalej przesłuchiwać świadka!

Hermiona wróciła do Nory koło godziny dwudziestej drugiej. Była głodna, zmęczona i zła, marzyła tylko, aby wrzucić coś na ząb i pójść spać. W kuchni zastała Rona, który czekał na nią z własnoręcznie przygotowaną kolacją. Hermiona nie powiedziała mu tego, ale doszła do wniosku, że o ile gotowanie niezbyt dobrze jej wychodzi, to Ron jest tragiczny w te klocki, skoro nawet jajek nie potrafi usmażyć. Tak jednak jest, gdy przez całe życie jedzenie przygotowuje matka albo skrzaty domowe.
- Co tam słychać? – powiedziała szepcząc, gdy skończyli jeść.
- Hmm, Harry i tata byli w pracy, ja przygotowywałem się na jutro, robiąc notatki…
- Co robiłeś!?
- Notatki, Hermiono, notatki… Wiesz, zapisuje się na pergaminie różne rzeczy…
- Nie ucz ojca dzieci robić!
- Ginny kuła transmutację, a mama…
- Co z nią?
- Płakała cały dzień… Spojrzała na kalendarz i zobaczyła... - Ron skinął głową w kierunku kalendarza wiszącego na ścianie.
Hermiona spojrzała w jego stronę. Zorientowała się, że jest drugi czerwca. Czyli miesiąc temu była Bitwa o Hogwart… 

O boże, to już miesiąc odkąd wygraliśmy, odkąd oni wszyscy…

Przez cały ten czas starała się nie myśleć o przeszłości. Płakała podczas zbiorowego pogrzebu. Myślała, że to wystarczy. Zawsze starała się być twarda i trzymać chłopaków w ryzach. Starała się patrzeć w przyszłość i ignorować niedogodności oraz trudności po drodze. Starała się być ostoją spokoju, gdy wszyscy wokoło szaleli. Starała posługiwać się chłodną logiką. Wszystko to nagle stało się bez znaczenia. Hermiona rzuciła się w ramiona Rona, płacząc tak jak nigdy w życiu. Wylewała z siebie całą złość, frustrację, ból, strach, które w sobie trzymała przez ostatnie miesiące. Ron po chwili przyłączył się do niej. Szlochając, usnęli na kanapie w salonie. Hermiona stwierdziła rano, że wspólne wyrzucenie z siebie emocji bardzo zbliża zakochanych w siebie ludzi.

sobota, 21 listopada 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 4 - Madame Malkin, alpaki czystej krwi i pytongi

Hej!!!1111oneoneone

Tu wasz Glizduś! Stęskniliście się?

Mam dla was kolejną porcję moich przejść z Voldemortem!

Wczoraj było źle – dostałem zjebę miesiąca. Voldek dowiedział się, że nosił mugolskie ubranka. Jezu… jakby to dziwne było… Nikt, powtarzam, NIKT w czarodziejskim świecie nie szyje ubranek dla dzieci. Matki same to robią. Ja nie jestem jego matką! Umiem tylko robić na drutach!!! Na dodatek nie mam palca! On nie wie jaki to wysiłek, gdy się łapie oczka językiem… Argh!

Uff… uff… uspakajam się… Jestem nenufarem na spokojnej tafli autobusu czy jakoś tam… blablabla!

Najgorsze w tym wszystkim, że mu się te ciuchy podobają! Kazał się wziąć na kolana i surfował w necie przez trzy godziny wybierając dla siebie śpioszki! A mi się chciało siku! Nie pozwolił mi pójść do WC! Musiałem się zeszczać w gacie :(.

Miałem dość! Powiedziałem, że pierdolę taką robotę i odchodzę. A on na to, że jak mnie pierdolnie to się nie pozbieram. Argument z rozczłonkowaniem do mnie przemówił i zostałem…

Po naszej malutkiej sprzeczce kazał mi wydrukować wszystko co mu się spodobało i dać Madame Malkin do uszycia. TO BYŁO STRASZNE! Spędziłem pół dnia w mugolskiej kafejce internetowej, zdarli ze mnie nieźle za druk w kolorze… a tam były głównie czarne ubranka, w mordę jeża! Gdy zaniosłem to do Madame Malkin to najpierw mnie wyśmiała, ale po kilku przepychankach i argumentach typu „crucio” w końcu się zgodziła. Na końcu było nawet fajnie: żebyście widzieli jej minę gdy powiedziałem jej, że wszystko ma być uszyte z jedwabiu produkowanego przez chińskie skrzaty domowe, a wełna ma pochodzić z alpak czystej krwi! Klęła dobre piętnaście minut! Dobrze, że Voldemort tego nie słyszał bo by ją ukatrupił, a ja bym musiał szukać kogoś innego na jej miejsce…

Z lepszych wiadomości: udało nam się dorwać Alastora Moody’ego. Niby rzuca hasłami "stała czujność" itp. ale taki czujny w kiblu to on nie był. Myślę, że zatwardzenie przytępiło mu zmysły. Pamiętajcie młode czarodziejki i czarodzieje: nadmiar Haggis nie sprzyja obronie przed czarną magią. Wyśpiewał to wszystko, gdy zmusiliśmy go do mówienia. Przecież Junior ma się w niego wcielić i aby oszukać Dumbledore'a musi znać wszystkie jego sekrety... Wiedzieliście, że zawsze czuł miętę do Minerwy McGonagall? Albo, że śpi w piżamce uszytej z kretołaka? Mówił, że przynosi mu szczęście. Teraz nie przyniosła bo akurat była w praniu :P.

Skoro o związkach mowa: mój mały Volduś chyba dorasta. Gdy wróciłem do domu okazało się, że zajął dawną sypialnię Juniora na piętrze. Chciałem mu zameldować, że wykonaliśmy zadanie gdy słyszę... hm... jakby to powiedzieć... jęki. Aż mi się słabo zrobiło! On ma jeszcze jad Nagini pod nosem! Oburzyłem się jak to niańki robią i doszedłem do drzwi, uchyliłem je... Musiałem, ja musiałem... 

ZROBIŁEM ZDJĘCIE JAK VOLDEMORT POLERUJE PYTONGA!!! No spójrzcie... czyż on nie jest słodki?


Zazdroszczę mu w głębi serca. Poza Lily nie miałem dziewczyny. Krótki romans z wiewiórką Alvinem... Boże, nie! Nie słyszeliście tego! Była noc, wypiłem trochę jako szczur! Buuuu, on mnie wykorzystał! Ja mu dałem... eee... serce, a on je podarł i wyrzucił, chlip! 

(Pssst - Alvin jesli to czytasz odezwij się do mnie, proszę - mam nadal twoją koszulkę!)

Wracając do tematu Quirrell miał Hermana*, a Voldemort ma Nagini... Może i ja poszukam swojego szczęścia? Komentujące piękne panie (tudzież wiewiórki) - znajdzie się jakaś chętna, aby przytulić do piersi małego, słodkiego Glizdogonka? Pliiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiis!


* Fanfiki: "Nie tak łatwo być zielonym" i "Narzekania zapatrzonej w gwiazdy idiotki"

czwartek, 19 listopada 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 4 – Organizacja magicznej edukacji


Czarny Mercedes mknął po trasie szybkiego ruchu. Po błękitnym niebie płynęło leniwie kilka śnieżnobiałych chmurek. Na zewnątrz samochodu zaczęło robić się gorąco jak to często bywa w lipcowy dzień przed południem. W środku pojazdu klimatyzacja pracowała na pełnych obrotach. Patrycja ledwo mogła usiedzieć w miejscu z powodu podniecenia jakie ją ogarnęło. Jej zestresowany ojciec wciskał się w oparcie fotela koło kierowcy. Angela także miała nerwy napięte: nie chciałaby rozbić eleganckiego samochodu, tym bardziej gdy dwie potencjalne ofiary siedziały w środku. Nie prowadziła samochodu od roku. Zrobiła prawo jazdy przed obroną licencjatu i całą magisterkę przejeździła w swoim starym Fordzie, który mógł się jedynie poszczycić pełnoletnością oraz tym, że nadal się porusza. Zaś Mercedes Michalskich miał ledwo trzy lata, karoseria lśniła w słońcu starannie wypucowana przez pana Jana. Skórzana tapicerka we wnętrzu utrzymana była w eleganckiej czarno-szarej stylistyce. Był to samochód którym jeździł do pracy pan Grzegorz. Musiał być przede wszystkim wygodny i zadawać szyku. Drugi, starszy i mniej elegancki samochód był do stałej dyspozycji Patrycji.

- Nie mogliśmy przenieść się do tej waszej stolicy w jakiś magiczny sposób? – zapytał po dłuższym milczeniu pan Grzegorz. 
Nadal był sceptycznie nastawiony do całej tej wycieczki oraz nie był za bardzo pewny umiejętności prowadzenia pojazdu przez osobę magiczną. Jak na razie Angela nie wykazała chęci rozbicia się na drzewie czy wyprzedzania na trzeciego, ale i tak wolał być psychicznie przygotowany na nieprzyjemną niespodziankę.
- Mogliśmy, ale w ten sposób poznacie wejście do Magowa oraz będziemy mogli spokojnie porozmawiać – odpowiedziała czarownica podczas wyprzedzania TIR-a z Litwy.
- Tak się nazywa ta miejscowość? Gdzie jest dokładnie? Dlaczego nigdy o niej nie słyszałem?
- Już mówiłam, pod Warszawą. Jest dobrze ukryta, mugol nigdy samodzielnie się tam nie dostanie. Zapewniam pana.
- Skoro tak to dlaczego musieliśmy podpisać te kartki?
- Wie pan, kiedyś czarodzieje podchodzili do tego trochę… mniej restrykcyjnie. Można było powiadomić rodzeństwo, babcie i dziadków... ale odkąd informacje zaczęły rozprzestrzeniać się błyskawicznie, najpierw telegraf, potem telefon, a teraz internet, to rada do spraw tajności przyjęła ustawę o całkowitym zakazie wyjawiania informacji niemagicznym osobom. To stało się zbyt ryzykowne dla naszego świata – stwierdziła Angela. – Na dodatek babcie miały tendencję do zaciągania wnuków do egzorcysty co kończyło się różnie. Departament do spraw tajności miał potem pełne ręce roboty aby wymazać pamięć całemu zgromadzeniu wiernych. Gdy jednak koniecznie chcemy komuś powiedzieć, na przykład czarownica zakochała się w mugolu to możne udać się do ministerstwa magii i wypełnić podanie wskazując przyczyny takiego stanu rzeczy. Jeśli dostarczy, załóżmy, akt ślubu to zazwyczaj dostaje pozwolenie na wyjawienie tajemnicy.
- To co ja mam powiedzieć mojej rodzinie i Wojtysiakom skoro według was mieszkanie z nimi pod jednym dachem to nie powód aby ich poinformować? – spytał ze złością pan Grzegorz.
- Oglądał pan X-menów? Świetne kreskówki i filmy, uwielbiam je!

Zaskoczony pan Michalski popatrzył się na Angelę oczekując na rozwinięcie myśli co mają X-meni do jego córki.
- Powie pan, że Patrycja idzie do szkoły dla wyjątkowo uzdolnionej młodzieży – powiedziała z uśmiechem czarownica. – Dostanie pan folder fałszywej szkoły oraz list z gratulacjami z powodu przyjęcia córki. Dodatkowo istnieje strona internetowa na której rodzina znajdzie zdjęcia, wszelkie opisy itp. Mamy nawet profil na facebook’u! Patrycja pod koniec roku szkolnego dostanie dwa dyplomy: jeden normalny, drugi fałszywy aby mogła się pochwalić dziadkom.
- Gdzie znajduje się moja szkoła? – spytała dziewczynka nie biorąc nawet pod uwagę tego, że ojciec może nie podpisać papierów. 
Zaczęła ją sobie wyobrażać jako wielki zamek otoczony fosą, wychowawcę podobnego do Dumbledore’a i skrzaty domowe, które będą za nią sprzątać pokój oraz ścielić łóżko.
- Gdzieś w Karpatach – zabrzmiała odpowiedź.
- Gdzieś w Karpatach!? – wykrzyknął pan Grzegorz. – Gdzie dokładnie? Ma tam mieszkać czy co? Przecież do gór jest coś koło trzystu kilometrów od Lublina! Wolałbym codziennie widzieć ją w domu! („Chyba Wojtysiakowie aby mogli zdać ci raport kiedy znowu cię nie będzie” – pomyślała Patrycja).
- Spokojnie, niech pan się nie denerwuje bo z ciśnieniem nie ma żartów.
- Jak mam się nie denerwować gdy wy…
- Nie wiemy gdzie jest dokładnie szkoła, tradycja nakazuje ją ukrywać. Czarodzieje jednak dostają się do niej w kilkanaście sekund. Mamy coś w stylu… teleportacji.
- Będę mogła się teleportować do szkoły? - Spytała ucieszona Patrycja.
-  Nie, do 17 roku życia nie wolno. Istnieją za to świstokliki, wiesz co to, wytłumaczysz później tacie. Każde miasto wojewódzkie ma swoją magiczną ulicę. Tam znajdują się budynki Wydziału Komunikacji Magicznej. W nich można złapać świstoklika do innych miast oraz szkoły. Część uczniów korzysta z sieci Fiuu… teleportuje się przez kominek z domu do placówki edukacyjnej – dodała aby pan Grzegorz zrozumiał mniej więcej o co chodzi. – Transport nie jest bardzo drogi, Patrycja może codziennie wracać do domu. Jest jednak możliwość zakwaterowania dziecka w internacie szkolnym, wtedy będzie spędzać z panem weekendy. Szczerze mówiąc polecam to drugie rozwiązanie. Zazwyczaj połowa uczniów gimnazjum mieszka w internacie, zaś w liceum już prawie wszyscy. To wygodne ponieważ poza terenem szkoły nie będzie wolno używać Patrycji czarów. Jako dziecko pochodzące z rodziny mugoli jest w dużo gorszej sytuacji ponieważ nie będzie mogła ćwiczyć w domu zaklęć.
- Na przykład jakich? – spytał się pan Grzegorz patrząc podejrzliwie na Angelę.

- Hmmm, w tym momencie najlepsze co może być to zaklęcie sprzątające pokój w sekundę. Albo obierające warzywa czy lewitujące przedmioty (ojciec Patrycji jęknął przypominając sobie latające meble). Magiczne rodziny piszą oświadczenie, że będą pilnować swoje dziecko. Niestety, pan jako mugol, nie ma takiego prawa ponieważ nie jest pan w stanie zapanować nad córką („to nie fair!” - krzyknęła Patrycja - „ja chcę do internatu!”). Dlatego radzę rozważyć zakwaterowanie szkolne. Nie jest bardzo drogie, miesięcznie wychodzi około 300 zł razem z wyżywieniem. Zwłaszcza, że od jakiegoś czasu jedzenie w stołówce jest naprawdę dobre… Kadra nauczycielska jest w porządku, uczniowie w internacie mają swojego opiekuna, który zajmuje się danym rokiem. Pokoje są trzy lub czteroosobowe, naturalnie dziewczynki osobno i chłopcy osobno. Wszystko będzie mógł pan obejrzeć, rodzice mogą przyjeżdżać do swoich dzieci. Nawet nocować za odpowiednią opłatą... Dzieciaki są pilnowane przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Za brak dyscypliny są stosowane kary za dobre zachowanie nagrody.

- Ok, to zakwaterowanie. A jak z lekcjami, czego Patrycja będzie się uczyć?
- Na pewno języka polskiego i łaciny, która w magicznym świecie jest bardzo często używana, ale wzorem mugoli ostatnio modny jest angielski więc został wprowadzony do programu nauczania. Z przedmiotów ścisłych będzie miała matematykę, geografię i biologię („o nie” jęknęła Patrycja na myśl, że znowu będzie się użerać z ułamkami). Musi wybrać obowiązkowo jeden ze sportów. Muzyka, plastyka, chór czy rosyjski są dla chętnych w kołach zainteresowań. Zaś przedmioty magiczne to zaklęcia, obrona przed czarną magią, transmutacja, historia magii, eliksiry, przyroda oraz magoznastwo dla dzieci z mugolskich rodzin. Poza tym będzie wiele kursów typu latanie na miotle czy wróżbiarstwo jeśli będzie zainteresowana.

Patrycja była bardzo zainteresowana. Od razu wyobraziła sobie jak odbiera z rąk dyrektorki puchar Quidditch’a. Na pewno będzie bardzo dobra z latania na miotle, namówi ojca na kupno najlepszego modelu i jeśli będzie trzeba powtórzy zachowanie Draco z drugiego tomu. Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy dostanie się do drużyny narodowej, będzie ostro trenować dzień i noc więc zostanie kapitanem. Następnie poprowadzi swoich ludzi do zwycięstwa w pucharze świata. Będzie sławna! I może pozna wtedy Harry’ego i Dracona! Poprawiła się w fotelu, ten plan jest idalny, będzie musiała wprowadzić go w życie. Przyjemne rozmyślania przerwał jej głos ojca:
- jak będzie z wyprawką szkolną?
- komplet nowych podręczników kosztuje około 654 złote. Do tego dochodzą rzeczy magiczne, koszt różdżki waha się od 200 do 1000 złotych, zależy to od wielu czynników, rękawice ze smoczej skóry to minimum 100 złotych. Do tego dochodzą szaty szkolne, komplet to około 500 złotych. Trzeba do wszystkiego doliczyć zeszyty, pióra, torbę. W szkole przed rozpoczęciem roku szkolnego uiszcza się opłatę za składniki eliksirów oraz przybory potrzebne do lekcji wynoszącą 500 złotych.

Pan Grzegorz pomyślał, że ceny są wysokie ale może czarodzieje zarabiają więcej niż normalni ludzie. Żal mu się zrobiło innych rodziców którzy nie mieli tyle pieniędzy co on, pewnie będą musieli wziąć kredyt. Przymus posiadania różdżki nie zdziwił go, ale rękawice ze smoczej skóry tak. Zawsze słyszał, że takie gady nie istnieją, a tu taka niespodzianka. Zaczął sobie wyobrażać wielkie farmy ze smokami w oborze. Pomysł wydał mu się głupi ale skoro robią z nich rękawiczki to pewnie też torebki i buty. Może stek ze smoka jest ichniejszym przysmakiem? Pewnie zamiast KFC mają Smażone Smoki Smauga, wyobraził siebie z Patrycją koło takiej restauracji - „tato, tato, chodźmy na skrzydełka! Pieką dwukrotnie!”. Zaśmiał się pod nosem z tak niedorzecznego pomysłu.
- Co? Drogo? – spytała Angela źle interpretując śmiech pana Grzegorza.
- Nie, nie, nie o to cho... – zaczął pan Michalski po czym nagle wpadła mu do głowy wizja Patrycji siedzącej na kasie w SSS i podającej hamburgera ze smoczej mielonki. Przeraziło go to. Oznajmił oskarżycielskim tonem. – Miała mi pani powiedzieć co będzie po gimnazjum i liceum! Co z dalszą edukacją!
- Najpierw musi zdać egzamin gimnazjalny. Będą na nim testy z części humanistycznej, ścisłej i z każdego przedmiotu magicznego poza magoznastwem. Następnie pójdzie do naszego liceum. – Odpowiedziała ze spokojem czarownica. 



Angela uznała, że zapoznała się wystarczająco z Mercedesem więc mogła się zrelaksować i cieszyć jazdą. Odpowiadanie na te same pytania zadawane przez rodziców wcale jej nie nużyło ,a zdenerwowanie pana Michalskiego rozumiała. 
– W liceum przez dwa semestry Patrycja nadal będzie miała te same przedmioty co w gimnazjum, ale druga klasa to wybór przedmiotów zdawanych na maturze pod koniec trzeciego roku. Obowiązkowy jest jeden język i jeden przedmiot ścisły oraz trzy przedmioty magiczne, jeśli ktoś chce może zdawać więcej przedmiotów. Później może kształcić się dalej w jednej z magicznych placówek na całym świecie. Moja matka, na przykład, studiowała w Paryżu gdzie poznała mojego ojca, teraz projektuje ubrania i ma kilka swoich salonów z szatami. Ja poszłam na pedagogikę w mugolskim świecie ponieważ było to potrzebne do pracy nauczyciela. W Polsce ciężko dostać posadę w szkole… musimy naprawdę się przykładać do wykształcenia.

- To kim może zostać moja córka? – zapytał zainteresowany pan Grzegorz.
- Prawda jest taka, że wszystko zależy od Patrycji. Jeśli lubi przedmioty ścisłe to może pracować w finansach, pójść na studia medyczne aby zostać uzdrowicielem czy pracować w turystyce. Może pisać książki, zostać artystką: śpiewać, malować czy występować na scenie. Jeśli polubi magiczne rośliny to może się nimi zajmować, jeśli zwierzęta to może nawet hodować smoki, chociaż to tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Mamy aurorów – są to osoby, które wyłapują czarnoksiężników - praca w CZOPie czyli Czarodziejskich Oddziałach Prewencji, coś w stylu waszej policji jest opłacalna, dostaje się mieszkanie w Magowie i zniżki na zaklęcia ochronne… Słyszałam, że nie jest źle być urzędnikiem w ministerstwie magii, zawsze można coś załatwić po znajomości chociaż ma się niską pensję na początek…
- Ministerstwo magii! I co jeszcze? Może macie prezydenta? – spytał zdumiony pan Grzegorz.
- Nie, prezydent to marnotrawstwo pieniędzy, mamy za to kogoś na kształt premiera.
- Banki też macie?
- Tato, ale ty nic nie wiesz! Jasne, że tak! Są prowadzone przez gobliny! – wyrwało się Patrycji, która do tej pory głównie słuchała wyjaśnień Angeli.
- Że co!?
- Gobliny, pracują w Banku Gringotta… - stwierdziła spokojnie czarownica hamując przed przejściem dla pieszych aby przepuścić staruszkę. - … ludzie też tam czasem pracują. To angielski bank, nasi czarodzieje mają PSIT: Polskie Skarbce i Towary, założony ponad 200 lat temu przez Chryzostoma Jakubka. Ostatnio gobliny trochę mu podkopują reputację…

Angela wdała się w długą i nudną rozmowę z panem Grzegorzem na tematy związane z finansami publicznymi, zarabianiem pieniędzy w magicznym świecie oraz polityką. Patrycję średnio to interesowało, zastanawiała się kim będzie w przyszłości. Gracz Quidditch’a to było tylko jedno z jej marzeń. Może zostanie znanym hodowcą smoków? Wszyscy będą uważać, że jest najfajniejsza i najpiękniejsza więc jakiś czarodziej - książę się w niej zakocha i ją poślubi. A gdyby tak została aurorem? Byłaby najlepsza w magii, nie bałaby się nawet torturować czarnoksiężników jeśli trzeba by było. Byłaby piękna i okrutna i nie raz by uratowała świat! Wyłapałaby ukrywających się śmierciożerców i oddała ich w ręce Harry’ego Pottera. Pewnie jest ministrem magii w Anglii… chociaż jakby się zastanowić to Draco lepiej by się nadawał na to stanowisko.
- Pani Angela mówiła, że nie wszystko w Harrym jest prawdą. Może on nie ma żony i dziecka jak pisało na końcu książki? – Pomyślała dziewczynka i nagle wpadła na genialny, według siebie, pomysł. – Pojadę do Anglii, zostanę sławną aktorką i jeśli Draco będzie wolny to go w sobie rozkocham i wyjdę za niego za mąż! Madame Patricia Malfoy! Wow, brzmi świetnie! – uśmiechnęła się do siebie. – Ostatecznie mogę uwarzyć eliksir miłosny!


Pogrążona w marzeniach dziewczynka nie zwróciła uwagi, że minęli właśnie znak oznajmiający, że czarny mercedes wjechał do Warszawy.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 4 – Niezwykły przypadek Severusa Snape’a


Bitwa o Hogwart została wygrana, nadszedł czas, aby opłakać zmarłych, zebrać gruz i usunąć ślady walk. Bill Weasley z Harrym Potterem weszli do Wrzeszczącej Chaty po ciało Severusa Snape’a. Wszystko było w takim samym stanie jak kilkanaście godzin temu. Kurz unosił się przy każdym ich ruchu. Severus leżał tam, gdzie zostawili go Harry, Ron i Hermiona. Chłopak nie powiedział jeszcze nikomu, co widział w myśloodsiewni. Nikt nie wiedział, że wojna została wygrana dzięki temu odważnemu mężczyźnie.  Chciał pochować swojego dawnego nauczyciela z wszelkimi honorami, dlatego postanowił, że ogłosi światu jakim bohaterem był Severus Snape. Kto wie… może nawet nazwie tak syna?
Bill rozejrzał się z ciekawością po zakurzonym wnętrzu.
- Nigdy bym nie pomyślał, że wejdę do Wrzeszczącej Chaty. Za moich czasów każdy się jej bał.
- A to był tylko hałasujący Remus… - głos Harry’ego zadrżał, gdy zobaczył w myślach ciało Lupina i Tonks.
Bill pochylił się nad Severusem, zmrużył oczy patrząc badawczo na mężczyznę.
- Coś nie tak? – spytał Harry, przyklękając obok brata Rona.
- Nie wiem… zdawało mi się… ale to chyba niemożliwe… - odpowiedział Bill i przyłożył palce do szyi Snape’a. Spojrzał na Harry’ego wzrokiem, które zdradzało głęboki szok. – Na brodę Merlina! ON  ŻYJE!
- Co!? – wrzasnął zszokowany Harry, zrywając się na równe nogi.
- On żyje! Szybko! Trzeba teleportować się z nim do Świętego Munga!
Dalsze wydarzenia Harry pamiętał jak przez mgłę. Przetransportowanie Severusa do szpitala, krzyki Billa, aby uzdrowiciele się pośpieszyli, gonitwa myśli. Najbardziej zaś dręczące go pytanie: jakim cudem Severus Snape przeżył?

***

Żył, ale ledwo. Właściwie to powinien już dawno umrzeć: atak wielkiego, jadowitego węża gwarantował śmierć. A jednak coś nie pozwoliło mu odejść w zaświaty. Uczepił się kurczowo tej cienkiej nici życia, którą przędła Kloto, jedna z trzech sióstr Mojr. Widocznie jego los nie został przesądzony i druga z sióstr – Lachesis, strzegła, aby ostatnia – Atropos, czyli ta, która wyznaczała kres życia, nie przecięła jej swoimi nożycami. Dyndał na tej delikatnej nici, a jego życie należało teraz do zespołu uzdrowicieli. Wszyscy dwoili się i troili, aby wyrwać go ze szponów śmierci.

Severus obudził się na oddziale Urazów magizoologicznych prawie trzy tygodnie po Bitwie o Hogwart. Nie wiedział, gdzie jest i ile czasu minęło od ataku Nagini. Wkrótce po jego pobudce został zbadany przez zespół uzdrowicieli. Pracownicy Szpitala świętego Munga debatowali nad nim godzinę i zgodnie stwierdzili, że przeżycie Severusa Snape’a to cud. Postanowili zostawić go jeszcze przez kilka dni na obserwacji.

Gdy Severus został sam, dotknął swojego karku. Głębokie rany zadane przez kły węża zniknęły. Ostrożnie wstał i podszedł do lustra wiszącego nad umywalką. Jego kroki były niepewne, kręciło mu się w głowie, ale musiał spojrzeć w swoje odbicie. W lustrze zobaczył swoją twarz, był chudy, bardzo chudy. Nos wydawał się jeszcze bardziej haczykowaty, kości policzkowe uwydatniły się jeszcze bardziej, był tak blady, że można by go było wziąć za wampira.

Wrócił powoli do łóżka, usiadł na nim i skierował swój wzrok na stolik, który stał obok niego. Nie było na nim różdżki, pod stolikiem były złożone jego ubrania – tam także nie znalazł cennego kawałka drewna. Już się zastanawiał czy kogoś nie wezwać w tej sprawie, gdy do pokoju wszedł nieznajomy mężczyzna. Stanął na środku pokoju, trzymając ręce za plecami i zmierzył Severusa badawczym spojrzeniem swoich błękitnych oczu. Jego wzrok zlustrował dokładnie sylwetkę byłego nauczyciela eliksirów i spoczął na twarzy.
- No, no, no... Severus Snape… - wycedził powoli. – Zabójca Dumbledore’a, największy zwolennik Sam-Wiesz-Kogo, zdrajca tworu zwanego Zakonem Feniksa, najbardziej znienawidzony dyrektor Hogwartu… Masz sporo na sumieniu Snape.
- Możliwe – zgodził się Severus, kładąc się na szpitalne łóżko. – A ty kim jesteś?
- Gawain Robards, Szef Biura Aurorów. Jak tylko się dowiedziałem, że się obudziłeś, to od razu przyleciałem. Informuję cię, że jesteś w izolatce w Szpitalu Świętego Munga…
- W życiu bym się tego nie domyślił – warknął słabym głosem Snape.
- … i jesteś pilnowany przez dwadzieścia cztery godziny na dobę przez aurorów – dokończył Gawain, nie zwracając uwagi na to co powiedział pacjent. – Twoja różdżka została skonfiskowana i poddana zostanie badaniom. Gdy zostaniesz wypisany ze szpitala, to przetransportujemy cię do Azkabanu, gdzie będziesz oczekiwał na proces. Na razie Główny Uzdrowiciel nie pozwolił cię przesłuchać, ale jak tylko udzieli zgody, to osobiście cię wypytam o twoje zbrodnie Snape.

Na twarzy aurora można było zobaczyć mściwą satysfakcję. Severus wpatrywał się w niego. Postawa Gawaina Robardsa nie zachęcała do zwierzeń. Przypomniał sobie, że po ataku węża oddał Potterowi swoje wspomnienia. Nie wiedział jaki użytek zrobił z nich chłopak. Nie wiedział nawet, jaki jest dzień ani jak się tutaj znalazł, a z rozmowy uzdrowicieli wywnioskował, że był w śpiączce przez dwa lub trzy tygodnie.
- Mogę zadać kilka pytań?
- Co taka gnida jak ty chce wiedzieć?
- Jaki mamy dzień? Co z Czarnym Panem? Jak się tutaj znalazłem?
- Dziś jest dwudziesty drugi maja, byłeś nieprzytomny przez prawie trzy tygodnie. Sam-Wiesz-Kto został pokonany przez Harry’ego Pottera i zginął, co zakończyło wojnę.
- Chłopak… żyje? – Snape był wstrząśnięty.
- Co? Jesteś zdziwiony, że nie udało ci się go wykończyć? – odparł Gawain złośliwie. – Sam-Wiesz-Kto ogłosił, że zabił Pottera, nawet przyszedł pod Hogwart z jego ciałem… a tu czekała go niespodzianka, bo Harry żył! Pojedynkowali się i Sam-Wiesz-Kto zginął z jego ręki. Potem poszło gładko: wyłapaliśmy większość twoich znajomych… A Harry’emu powinieneś być wdzięczny, bo to on wraz z synem Artura Weasleya przytargał cię tutaj. Nawet słyszałem, że prosił Kingsleya o łaskę dla ciebie!
- Kingsleya Shacklebolta?
- Tak, jest tymczasowym ministrem magii, ale sądzę, że zostanie nim na stałe, ponieważ za dwa tygodnie będą oficjalne wybory, a jak na razie nie ma innego kandydata. Zaraz po nich zamierza przeprowadzić procesy śmierciożerców. Będzie się działo – Gawain uśmiechnął się i przymknął oczy, najwyraźniej wyobrażając sobie przyjemne rzeczy.
- Nie wątpię.
- Przygotuj się na najgorsze Snape. Osobiście dopilnuję, aby spotkała cię zasłużona kara!
- Wynoś się!

Gawain Robards wyszedł, parskając szyderczym śmiechem. Zaraz po nim pojawiła się młoda uzdrowicielka, która przyniosła na tacy kolację razem z kilkoma starannie odmierzonymi eliksirami. Snape rzucił się na jedzenie: pomyślał, że minie wiele dni, zanim nabierze sił. Wypijając eliksiry, stwierdził, że zrobiłby lepsze… a przynajmniej smaczniejsze. Gdy opadł na poduszki, zastanawiał się, co się właściwie stało. Był pewny, że umiera – dlatego podarował Potterowi swoje wspomnienia. Teraz nie wiadomo co się z nimi stanie, pewnie chłopak pokaże im innym. Ciałem Severusa wstrząsnęły dreszcze na myśl, że wszyscy poznają jego najgłębsze tajemnice. Zrobiło mu się niedobrze.

Na dodatek Potter żył! Nie wiedział co o tym sądzić – Albus wyraźnie powiedział, że chłopak musi umrzeć i to z ręki samego Voldemorta. Teraz dowiedział się, że Potter go pokonał… Nie, to stanowczo nie trzymało się kupy… to nie miało sensu! Severus rozmyślał nad tym wszystkim do samego rana i jedynym jego wnioskiem było to, że Albus okrutnie sobie z niego zażartował…

***

Harry wpadł jak burza do Biura Aurorów, odpowiedział na dobiegające zza biurek pozdrowienia i ruszył prosto do gabinetu swojego szefa. Zapukał, gdy usłyszał pozwolenie, otworzył drzwi. Na jego widok Gawain rozpromienił się i wskazał na stojący przed biurkiem fotel.
- To ty Potter! Siadaj! Czego chcesz?
- Proszę o pozwolenie, aby zobaczyć się z Severusem Snape'em – rzekł Harry, stojąc w miejscu.
- Słucham? – Gawainowi zrzedła mina. – Po co?
- Muszę z nim porozmawiać.
- Nie widzę takiej potrzeby.
- Jestem mu coś winny – Harry popatrzył szefowi w oczy.
- Ty? Jemu? – Gawain popatrzył na chłopaka, jakby oświadczył, że potrafi zaśpiewać arię operową, siedząc na galopującym Hipogryfie i przygrywając sobie na harfie.
- Tak, dzięki niemu pokonałem Voldemorta.
- Pfffff - mężczyzna wypuścił gwałtownie powietrze. – Dobrze się czujesz Harry? Nie potrzebujesz zrobić sobie wolnego? Mogę dać ci spokój przez dzień czy dwa… odpoczniesz sobie…
- Mówię poważnie! – Harry zaczął się irytować. – Złożyłem dzisiaj obszerne wyjaśnienia na piśmie, może pan je sobie przeczytać, są obecnie u Kingsleya. Gdyby nie Snape pewnie nie dokonałbym tego wszystkiego.
- Chyba przez przypadek…
- On był po naszej stronie! Cały czas szpiegował dla Dumbledore’a!
- Którego zabił.
- Na jego wyraźną prośbę! Przekazał mi informacje, które pozwoliły mi przeżyć podczas pojedynku z Voldemortem.
- Śmierciożerca zawsze zostanie śmierciożercą, cokolwiek by nie zrobił! A już zwłaszcza Severus Snape! - Gawain był tak wściekły, że gdyby był metamorfomagiem, to jego blond włosy zapłonęłyby żywą czerwienią. – Mam wystarczającą ilość zeznań jego kumpli, aby wiedzieć, że był czymś w rodzaju prawej ręki Sam-Wiesz-Kogo!
- Mimo wszystko chcę się z nim zobaczyć. I tak mam wartę w szpitalu od czwartej po południu…
- Może być niebezpieczny!
- Nie ma nawet różdżki – chłopak wzruszył ramionami. – Z tego, co słyszałem, ledwo może wstać z łóżka, a ja jestem młody, silny i mam różdżkę. Co najwyżej może rzucić we mnie poduszką, o ile uniesie rękę…
- Nie bądź głupi! – Gawain wstał i zaczął spacerować nerwowo po pokoju. – Co mu chcesz powiedzieć?
- Chcę podziękować – rzekł Harry i popatrzył mężczyźnie prosto w oczy. – To dla mnie bardzo ważne.
- Dziękować śmierciożercy… a to dobre – szef parsknął wymuszonym śmiechem.
- Proszę o chwilę…  kilka minut… błagam!

Gawain odwrócił się do Harry’ego plecami. Każdy wiedział, że darzy chłopaka wielką sympatią. Miał do niego słabość nie tylko dlatego, że Harry okazał się wybrańcem, pokonał Voldemorta i został najmłodszym aurorem w historii. Nikomu się nie przyznał, ale Potter przypominał mu z charakteru i sposobu bycia jego zmarłego syna, który zginął podczas Pierwszej Wojny Czarodziejów. Teraz chłopak prosił go o rozmowę z Severusem Snape'em! Nienawidził tego starego nietoperza… Byłoby najlepiej, gdyby mógł go wrzucić do najgłębszego lochu w Azkabanie! Szkoda, że dementorzy musieli odejść: z rozkoszą patrzyłby, jak wysysają duszę Snape’owi. Z rozmyślań wyrwał go głos Harry’ego.
- Rozumiem… nie ufa mi pan… - chłopak zaczął powoli iść w stronę drzwi.
Gawain odwrócił się gwałtownie i spojrzał na plecy chłopaka. Skarcił się w duchu za swoją słabość do niego.
- No dobra! – warknął. – Pięć minut! I chcę przy tym być!

***

Snape nie był zachwycony, gdy zobaczył ponownie Gawaina Robartsa. Uważał go za kompletnego kretyna. Zastanawiał się jakim cudem człowiek o umyśle gumochłona został szefem w Biurze Aurorów. Skrzywił się, gdy Gawain się odezwał.
- Masz gościa Snape!
- Niby kto chciałby się ze mną spotkać?
- On – Gawain wskazał kciukiem drzwi, przez które wszedł Harry.
- Witam panie profesorze…

Severus pomyślał, że jednak nie żyje. On umarł… a to, co się teraz działo to było po prostu piekło. Potter przyszedł go odwiedzić i uśmiechał się do niego. Snape zastanawiał się, czy włożenie głowy pod kołdrę dałoby efekt w postaci zniknięcia… obojętnie kogo. Byleby cała ta sytuacja nie miała miejsca.
- Nie jestem już twoim nauczycielem Potter – warknął.
- Grzeczniej! – głos Gawaina dobiegł z kąta, gdzie przymocowana była umywalka.
Harry nie zwrócił uwagi na ton wypowiedzi mężczyzny, przysunął sobie stołek i usiadł przy łóżku. Snape rozważał przez sekundę czy da radę wylecieć przez okno i uciec albo ostatecznie tylko wyskoczyć i roztrzaskać sobie czaszkę.
- Chcę panu podziękować – chłopak powiedział zdecydowanym tonem.
-  Podziękować? – odrzekł Snape z ironią. – Za zabicie twoich rodziców?
- Nie… - Potter odparł cicho po dłuższej chwili. – Chcę podziękować za to, że starał się pan naprawić ten błąd. Za to, że uratował pan mnóstwo osób, pomagając mi pokonać Voldemorta i ryzykował przy tym swoim życiem…

Snape nie odezwał się ani słowem, przekręcił głowę w bok, aby nie patrzeć na chłopaka. Czuł się strasznie. Wolałby, aby Potter zrobił mu awanturę albo pokazał, jak bardzo go nienawidzi.
- …będę zeznawał na pańską korzyść, ponieważ zamierzam oczyścić pana z zarzutów i chcę, aby każdy dowiedział się, że jest pan bohate… - nie dokończył, gdyż Snape usiadł gwałtownie.
- Nie! – wrzasnął na tyle, ile pozwalał jego stan.
- Spokój gnido! – Gawain celował  w niego różdżką.
- Nie potrzebuję twojej litości Potter! Myślisz, że po tym wszystkim, co się stało, pójdziemy razem na herbatkę i będziemy plotkować jak stare baby!? Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi taka ochota, to prędzej się powieszę!
- Przynieść ci sznur!? – szef aurorów zrobił kilka kroków w stronę Snape’a.
- Nie! – Harry wstał i wyciągnął rękę do Gawaina. – Jest chory! Nie wie, co mówi!
- Doskonale wiem, co mówię Potter! Nie chcę byś robił ze mnie, nie wiadomo co!
- Raz w życiu się z nim zgadzam – powiedział błękitnooki mężczyzna.
- Nie zostawię tak pana! – Harry popatrzył Snape’owi prosto w oczy. - Nie ukryję wszystkiego, co jest w panu najlepsze!
Severus po tych słowach wyglądał, jakby dostał w twarz. Zrozumiał aluzję. Z nerwów zaczęły drżeć mu ręce.
- Potter! Masz mi oddać moje wspomnienia!
- Dobrze… - zaczął mówić Harry z leciutkim uśmiechem. - … ale najpierw pokażę je odpowiednim osobom...
- Ani mi się waż!
- Bo co? Da mi pan szlaban? – odparł bezczelnie chłopak, idąc w stronę drzwi.
Severus rzucił w niego basenem. Na szczęście Harry’ego, a nieszczęście Snape’a był pusty i nie poleciał daleko. Gawain zaśmiał się szyderczo i wyszedł, przepuszczając chłopaka w drzwiach. Severus opadł bezsilnie na poduszki, przeklinając to coś lub tego kogoś, kto go uratował i stwierdził, że los zdecydowanie zafundował mu piekło na ziemi.

sobota, 14 listopada 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 3 – Kolejne osobniki dołączają do naszej rodzinki

Czeeeeść wszystkim! Mam dostęp do neta to opisuje kolejne moje przygody u boku Voldka! Dzienx za te wszystkie meile! Wiem, że mnie kochacie i ja też was kocham!!! <3

Dzisiejszy dzień zaczął się niezbyt przyjemnie. Voldemort dostał kilka razy napadu szału, obryzgał mnie owsianką, wymazał kupą moją różdżkę oraz ugryzł w ucho małego Johna podczas zabawy w piaskownicy. Ile ja się nasłuchałem od jego matki! Wstrętne babsko, powiedziało mi, że nie potrafię wychować syna! Argh, ja jej dam! Nocą zakradnę się pod jej dom i zamienię jej wszystkie kanały w telewizji na Telewizję Trwam!

Hahahaha, jestem taki mroczny i demoniczny!

- Glizdogonie!
Mój Pan mnie wolał. Zostawiłem sweterek, który dziergałem na drutach i szybko do niego podbiegłem.
- Wzywałeś mnie Panie? – zgiąłem się w ukłonie.
- Pakuj się! Wyjeżdżamy!
- Gdzie Panie? – spytałem się spokojnie choć byłem wewnętrznie zdruzgotany.

A co z moją małą zemstą?

- Musimy uwolnić Barty’ego Croucha z rąk Barty’ego Croucha!
- Tak jest, Wasza Jasność! – po czym pognałem po walizki.
- Glizdogonie!
- Tak, Panie? – przybiegłem z powrotem.
- Nie zapomnij o moich nausznikach i szaliczku! Ostatnio mi ich nie założyłeś i podczas teleportacji mnie przewiało!
- Oczywiście, Wasza Zmarzliwość! – pobiegłem po jego ulubione, puchate nauszniki.
- Glizdogonie!
- Taaaaaaaaaak, Panie? – siliłem się, aby zachować spokój.
- Widziałem w twoich myślach co chcesz zrobić matce Johna…
- To sprytny plan, czyż nie? – zachichotałem.
- Ja mam lepszy! Lord Voldemort zawsze ma lepsze pomysły!
- Tak, Panie, ja jestem tylko szczurkiem o małym rozumku…
- Idź do niej i oprócz telewizora zaczaruj jej radio by nadawało tylko Radio Maryja!
- Tak jest, Wasza Pomysłowość! – zasalutowałem i wybiegłem z domu słysząc mroczny i demoniczny śmiech mojego Pana.


Teleportowaliśmy się w pobliżu domu Barty’ego Croucha nr 1 i nr 2. Znowu przebrałem się za starą cygankę z dzieckiem. Był to MÓJ PRZEGENIALNY POMYSŁ. Nikt nie podejrzewał, że ta brzydka stara baba to ja. Volduś był bezpieczny w beciku i miał schowaną w nim różdżkę. Pod moją spódnicą czaiła się sycząca parówa.

O boże, ona chyba chce mi się dobrać do nabiału! – pomyślałem czując jak Nagini przesuwa się wyżej.

Musiałem działać szybko, podszedłem do rzeźbionych drzwi wejściowych i zastukałem kołatką w kształcie lwa. Po chwili w drzwiach pojawił się Barty Crouch nr 1.
- Czego chcesz?
- Pooowróżyć panuuuu – powiedziałem babskim głosem. – Ja być uczciwa! Chcieć powróżyć za pieniążki!
- Zjeżdżaj stąd! – warknął i zamknął mi drzwi przed nosem.

Voldemort się zdenerwował. Zwyzywał mnie od… bardzo różnych rzeczy, wyciągnął genealogię mojej matki do dziesięciu pokoleń wstecz. Ciekawe skąd wiedział, że były kurtyzanami? Zastukałem drugi raz czując, że Nagini szturcha mnie tam gdzie nie powinna. Barty Crouch wyglądał na rozeźlonego gdy otworzył drugi raz drzwi.
- Co ty…
Nie zdążył dokończyć zdania gdy ugodziło go zaklęcie Voldemorta.
- Zaprosisz nas na herbatkę, prawda Crouch? – wycedził Czarny Pan.
- Taaaaaak – odpowiedział mężczyzna patrząc na nas rozmarzonymi oczami.

Weszliśmy do domu i od razu zrzuciłem spódnicę. Nagini nie chciała mnie puścić ale w końcu wyrwałem się z jej szponów. Dostałam za to opierdziel od Voldka, który twierdził, że ją krzywdzę nie oddając jej swojego nabiału na obiad. Pozostało nam odbić Barty’ego Croucha nr 2.
- Gdzie młody Crouch!? – wrzasnął Voldemort. – Stary Crouch! Gdzie ty polazłeś!?
Zza drzwi prowadzących do kuchni wychyliła się zdumiona twarz mężczyzny.
- Kazałeś panie zrobić herbatę…
- A tak, tak – Voldemort sobie przypomniał. – Gdzie twój syn?
- Za paprotką.
- Za paprotką?
- Tak, był niegrzeczny, oglądał mugolskie pornosy, więc kazałem mu tam stać.
- Fuuuuuuj – wyrwało się mi i Voldemortowi na myśl o takich obrzydlistwach.

Podszedłem do kwiatka i wymacałem Juniora, zdjąłem z niego pelerynę niewidkę. Stał na jednej nodze, z rozłożonymi na boki rękami, a w ustach trzymał łyżeczkę na której położone było jajko. Biedak był spocony i czerwony na twarzy. Strzeliłem mu fotkę bo tak zabawnie wyglądał:


- Cóż za wyrafinowane tortury – Voldemort był pod wrażeniem. – Będę musiał je wprowadzić do swojego repertuaru.
- Dzięki ci Panie – jęknął Crouch nr 1 i zgiął się w ukłonie.
- NIE DZIĘKUJ MI TYLKO GO ODCZARUJ TY TĘPA KUPO ŁAJNOBOMB! – wrzasnął Czarny Pan.

Barty Crouch Junior padł wyczerpany u stóp Czarnego Pana. Jęcząc i rzężąc mamrotał podziękowania. Poczułem się dotknięty, to ja go wymacałem! Potem zaczął całować stopy Voldemorta. Poczułem się zazdrosny! Tylko ja mogę całować jego tyciuszkie stópeczki! A jak się Volduś wtedy chichra! Zwłaszcza lubi gdy udaję, że mu je zjadam. Aż piszczy z uciechy! Żebyście widzieli mnie w akcji! Powinienem dostać medal za bycie najlepszą nianią pod słońcem…

- Czy jesteś gotowy mi służyć Barty? Zrobić dla mnie wszystko? Poświęcić się ciemnej stronie mocy?
- O tak, Mój Panie! – chłopak aż się rwał do czynów.
- Dobrzeeee, mój młody padawnie, dobrzeeee – odrzekł zadowolony Voldemort. - Glizdogonie! Oddaj mu jego miecz świetlny.

Musiałem mieć głupią minę bo popatrzył się na mnie z wyrazem totalnego rozczarowania na… twarzy. Barty’emu było wszystko jedno, chłonął każde słowo Czarnego Pana jak gąbka tłuszcz ze starej patelni.
- Różdżkę głąbie! – wysyczał Voldemort. – W ogóle nie myślisz! Ja się tutaj bawię w Star Warsy, a ty jesteś tępy jak Jar Jar Binks!
- Tak, Panie! Już lecę!
- Więc mój młody padawanie… – Volduś bawił się wyśmienicie. – … mam plan! A moje plany są tak wielkie jak wielka jest nasza galaktyka!
- Mów, mów, ja słucham! – Barty nr 2 wił się w ekstazie u jego stóp.
- Kto nas zawsze gnoił podczas pierwszej wojny czarodziei? Kto nas wybijał, ranił i atakował?
- Eeeeeee… - popatrzyliśmy się z Bartym Juniorem na siebie nic nie rozumiejąc.
- Otaczają mnie kretyni…  - westchnął Voldemort i zaczął się bawić swoją ulubioną grzechotką na macie edukacyjnej.
- Oooooch! – jęknęliśmy z Bartym nr 1 i 2 w zachwycie. – Jaki jesteś słodki Nasz Panie!
- Wieeeeem – powiedział i zaczął się bawić stópką. – Chodziło mi o Alastora Moody’ego!
- Aaaaaach! – wyrwało się nam.
- My jesteśmy imperium zła! On jest rebeliantem! Jako imperium musimy kontratakować! – krzyczał Voldemort.
- Aaaahaaa! – stwierdziliśmy zgodnym chórem.
- Mój plan jest tak genialny, że Dumbledore może mi nocniki czyścić i butelki myć!
- Tak, to fakt! – chórkowaliśmy dalej.
- Junior! Złapiesz z Glizdogonem Alastora, wsadzisz go gdzieś by mu swobodnie kłaki rwać i pójdziesz nauczać w Hogwarcie!
- Tak jest! – zasalutowaliśmy.
- A ty Senior! – wskazał na zaimperiusowanego Croucha. – Będziesz się mną zajmował gdy Glizdek będzie zajęty!
- Tak, Panie – powiedział.
Voldemort omiótł spojrzeniem jego postać, zamyślił się i spytał:
- wąsiki a la Hitler? Masz niezły gust! Myślisz, że mi będą pasować? 

Tak minął mi kolejny dzień u boku Czarnego Pana. Ktoś wie na co może być uczulony bobasek, gdy mu wyskakują takie małe czerwone krostki na pupci? Podejrzewam, że to wina pieluszek… albo jedzenia piasku… chyba go więcej nie wezmę na plac zabaw :(