czwartek, 17 grudnia 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 8 – Mystopy


Patrycja z ojcem podeszła do drzwi budynku Wydziału Komunikacji Magicznej w Lublinie. Pan Grzegorz nieźle się namęczył targając za sobą wielką walizkę, zazwyczaj wyręczał go w tym Pan Jan, ale tego dnia nie można było go zabrać ze sobą. Patrycja miała na plecach plecak, który kupiła niedawno przez internet. Był tak samo szalony jak jej stroje: czerwony materiał imitował krokodylą skórę, cały był pokryty ćwiekami, a na klapie zwisały dwie białe rzeczy które miały być czymś w rodzaju skrzydeł. Mężczyzna pomyślał, że Patrycja będzie pasować do tego całego magicznego towarzystwa.
- PYYYYYŚKAAAAAA!
Patrycja ledwo utrzymała się na nogach, gdy Zocha wpadła na nią z rozpędu aby ją wyściskać. Za nią człapał chudy nastolatek dźwigający skórzaną torbę pamiętającą lata 60. Rozejrzał się jakby szukał pomocy i tak się zaczerwienił, że nie widać było różnicy między jego skórą a włosami.
- To mój brat! Sajmon! – wskazała na niego Zocha. – Leci z nami aby mnie odprowadzić do internatu!
Sajmon mruknął pod nosem powitanie, widać było, że cała ta sytuacja go przerasta. Stanął w pobliżu ściany kamienicy z miną jakby chciał wsiąknąć w mur. Pan Michalski popatrzył na zegarek i stwierdził, że mają dziesięć minut do odejścia świstoklika. Po lekturze Harry’ego Pottera czuł się pewniej w magicznym świecie i przestał przekręcać nazwy.

Dziewczynki weszły do budynku. Środek przypominał dworzec PKP: po hali kręciło się sporo podróżnych, pod jedną ze ścian stało kilka kas z pracownikami WKM, którzy sprzedawali bilety, z drugiej strony była kawiarenka „Świśnięty świstoklik”.
- Niech przyleci tutaj jakiś obcokrajowiec i spróbuje TO wypowiedzieć – zachichotała Zocha gdy przeczytała szyld.
Obok niego była filia biura podróży „ZW – Zaczarowane Wakacje”. Mieli sporo klientów jak na ostatni dzień sierpnia. Gdy Patrycja zobaczyła w środku transparent z napisem „Wrześniowe wyjazdy – 45%” zrozumiała o co chodzi. Nad kasami były dwie tablice na których w magiczny sposób pojawiały się przyloty i odloty świstoklików. Co jakiś czas kobiecy głos (dziewczynkom wydawało się że wydobywa się ze ścian) oznajmiał o przebiegu magicznej komunikacji. Ich środek transportu odchodził ze stanowiska numer osiem. Podeszli do szerokich drzwi z napisem „Sale odlotów”. Patrycja zauważyła, że obok były jeszcze dwie pary takich samych drzwi. Na jednych był napis ”Sale przylotów – zakaz wstępu” oraz „Sale kominkowe”. Domyśliła się, że z tych ostatnich można było podróżować przy pomocy proszku Fiuu.
- Nawet niezłą organizację mają czarodzieje – mruknął ojciec dziewczynki. – A u nas PKP to jeden wielki burdel…
Weszli przez drzwi do ośmiokątnego pomieszczenia, na każdej ścianie było wejście do windy. Ustawili się przy jednej z nich. Tego dnia było sporo ludzi chętnych do podróży. Patrycja podejrzewała, że większość nastolatków z kuframi, walizkami i plecakami leciała tam gdzie oni. W końcu następnego dnia był początek roku szkolnego, a w internacie należało się zameldować dzień wcześniej.

Windy okazałe się bardzo duże w środku mimo, że nie wyglądały takie na zewnątrz. Co zaskoczyło podróżujących to fakt, że nie było w środku guzików. Gdy wszyscy wsiedli drzwi same się zamknęły i winda pomknęła łagodnie w dół.  Po kilku sekundach zatrzymała się i gdy wypuściła wszystkie osoby, zamknęła drzwi i wróciła na górę.
Podróżni skierowali się do swoich stanowisk, przed każdym stał czarodziej który sprawdzał bilety, nad wejściem była tabliczka z numerem oraz godziną i miejscem dolotu. Następnie wchodziło się do kwadratowego pomieszczenia, lampy naftowe oświetlały grube, zimne mury. Bez wątpienia byli głęboko pod ziemią. Pod ścianami stali podróżni, a po środku na okrągłym stole leżała plastikowa obręcz. Pan Grzegorz nie był na to przygotowany.
- Będziemy podróżować za pomocą hula - hop? – szepnął przerażony.
Sajmon zdecydowanie podzielał zdanie ojca Patrycji. W tym momencie wyglądał jakby go spetryfikowano. Gdyby mógł uciekłby natychmiast, za to dziewczynki były wyjątkowo podniecone. Czarodziej przy drzwiach odliczał ile zostało czasu do odlotu. Gdy została minuta wszedł do pokoju zamykając drzwi i powiedział donośnym głosem:
- Proszę aby wszyscy podeszli do świstoklika i złapali się go. Przypominam aby duże bagaże trzymać drugą ręką jak najdalej od siebie – rzekł, popatrzył się złoty zegarek kieszonkowy i zaczął liczyć sekundy. – Pięć…cztery… trzy…dwa… jeden!
Hula – hop zaświeciło się na błękitno i wszyscy trzymający się go ludzie poczuli ostre szarpnięcie.

***

Gdy podróżni wyszli z budynku Wydziału Komunikacji Magicznej w Mystopach zobaczyli okazały plac, którego środek zajmowała sporej wielkości fontanna, przedstawiająca Jana Twardowskiego siedzącego na kogucie. Woda tryskała z uniesionej różdżki Mistrza,  rozwartego dzioba ptaka oraz łukowo wygiętych piór wieńczących okazały ogon. Cień rzucały wiekowe buki rosnące wzdłuż alejek, a pod nimi umiejscowione były ławeczki. W ozdobnych kwietnikach kwitły wielokolorowe róże. Cały plac tętnił życiem, czarodzieje i czarownice w różnym wieku zmierzali w najprzeróżniejszych kierunkach. Niektórzy siedzieli na ławeczkach i delektowali się cieniem rzucanym przez wiekowe drzewa. Inni spotykali się ze znajomymi pod fontanną, zaś małe dzieci wskakiwały do niej aby popluskać się w wodzie.
- Co teraz? – jęknął zestresowany Sajmon.
- Idziemy poszukać podwózki do zamku – odpowiedział pan Grzegorz pamiętając o wskazówkach, które udzieliła mu Angelique. – Podejrzewam, że musimy iść za tymi nastolatkami z torbami – wskazał grupkę, która ubrana była w stroje czarodziejów.

Okazało się, że przystanek był tuż za rogiem WKM. Uczniowie, sami lub z rodzicami, stali w kolejce przy drodze pokrytej brukiem. Patrycja z Zochą podeszły do rozkładu umieszczonego na boku drewnianej wiaty przystankowej i dowiedziały się, że kolejny omnibus podjedzie za czternaście minut.
- Omnibus? A co to takiego? – zdziwiła się córka Grzegorza.
- Taki pojazd z dawnych czasów – odpowiedział nieoczekiwanie Sajmon.
- Jak to wygląda?
- Zobaczysz za czternaście minut – odburknął niezbyt grzecznie i zajął się studiowaniem planu miasta, który stał niedaleko nich.
Pan Grzegorz podszedł w ślady Sajmona, przyjrzał się Mystopom i zauważył, że miasteczko czarodziejów ciągnie się wzdłuż łuku małej rzeki zwanej Czarnulką. Zamek Durentius, razem z jeziorem przepływowym, znajdował się po drugiej stronie góry i prowadziła do niego główna droga, przy której ulokowane były najważniejsze budynki oraz jedyna linia komunikacyjna prowadzona przez Czarodziejskie Towarzystwo Omnibusowe. Gdy z ciekawością czytał nazwy zaznaczonych obiektów, usłyszał krzyk Patrycji:
- Patrz tato!

Odwrócił się i zobaczył czwórkę nastolatków lecących na miotłach. Wykonywali dzikie akrobacje ku uciesze tłumu. Nurkowali ku ziemi i w ostatnich chwili podrywali się w górę. Każdy z nich miał zakrytą twarz.
- Ooooooo ja cię! – krzyknęła zdumiona Zocha patrząc się na nich z szeroko otwartymi oczami.
Nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się czarodziej ubrany w ciemnozielone szaty. Na plecach miał wyszyte złote litery układające się w słowo „CZOP”. Magicznie wzmocnionym głosem krzyknął:
- MACIE NATYCHMIAST WYLĄDOWAĆ! LATANIE NA MIOTŁACH POZA WYZNACZONYMI MIEJSCAMI JEST SUROWO WZBRONIONE!
Nastolatkowie od razu rzucili się do ucieczki. Pracownik Czarodziejskiego Oddziału Prewencji wyjął różdżkę i wskazał na nich krzycząc „Immobilus”. Najbliższy młodzieniec momentalnie zawisł w powietrzu, jego koledzy zdążyli uciec. Strażnik porządku przywołał go kolejnym zaklęciem na ziemię, po czym zdjął z jego twarzy bandanę i gogle.
- TO ZNOWU TY! – ryknął do odczarowanego nastolatka. – Podejrzewam, że latali z tobą Czesiek, Markus i Nadzieja! Jak skończę z tobą to dorwę ich wszystkich!
- Zazdrości nam pan, że umiemy latać na miotle? – nastolatek uśmiechnął się bezczelnie do mężczyzny.
- Idziemy do twoich rodziców! – warknął CZOP-ek.
- Phi! Jakoś wcale się nie boję – odrzekł złapany i poszedł za stróżem prawa machając wesoło do zgromadzonych gapiów.
Pan Grzegorz oglądał ten rozwój wypadków z przerażeniem na twarzy. Odezwały się w nim ponownie lęki związane z posiadaniem magicznej córki. Postanowił działać od razu.
- Spróbuj tylko iść w jego ślady to koniec ze szkołą! – pogroził palcem swojej córce.
- Tatooooooo, nie przesadzaj – jęknęła Patrycja.
- Niech pan będzie spokojny o nas! – odezwała się wesoło Zocha. – Nas tak łatwo nie złapią!
Sajmon miał minę jakby miał zamiar zwymiotować.

Okazało się, że omnibus wygląda jak elegancki, czarny dyliżans z czerwonymi kołami. Mimo niewielkich rozmiarów zewnętrznych, w środku mieściło się swobodnie dwadzieścia osób. Bagaże zostały umieszczone, przy pomocy magii, na dachu i z tyłu pojazdu. Nie był ciągnięty przez konie, jak zakładały dziewczynki, tylko sunął łagodnie nad ziemią kierowany różdżką przez czarodzieja, który siedział z przodu na koźle. Obok niego usadowił się konduktor, który pobierał opłaty za przejazd od wsiadających. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, woźnica krzyknął „Locomotor omnibus” i pojazd pomknął w stronę zamku.

Pan Grzegorz był psychicznie przygotowany na jazdę rodem z „Błędnego Rycerza”, jednak okazało się, że nic takiego nie miało miejsca. Pogoda za oknami była piękna, góry pokryte były zielonym lasem. Omnibus sunął dostojnie drogą wzdłuż „Czarnulki” i podróżni mieli wrażenie, że jadą poduszkowcem. Rzeka okazała się niezbyt szerokim i stosunkowo płytkim potokiem, nad którym postawione były kamienne mostki prowadzące do budynków lub bocznych uliczek. Co kilka minut omnibus zatrzymywał się na przystanku. Najpierw przy Szpitalu Świętej Trójcy, następnie przy Magicznym Ośrodku Uzdrowiskowym „Mystopy”, zaś przedostatnim przystankiem był hotel „Złote Pióro”. Pana Grzegorza uderzyło jak inne jest to miasteczko od Magowa. Tam królowały bogate kamienice, tutaj dominowała architektura charakterystyczna dla gór. Drewniane i kamienne budynki miały spadziste dachy, ozdabiane były ornamentami i malunkami, a nie kamieniami szlachetnymi. Co je odróżniało od mugolskiego Zakopanego, to fakt, że zdecydowana większość była pomalowana na jaskrawe kolory.

W pewnym momencie dziewczynki wypatrzyły w oddali jezioro, a im bardziej omnibus przybliżał się do celu tym bardziej widoczny był zamek Durentius. Patrycja przeżyła kolejne rozczarowanie.
- To nie wygląda jak Hogwart… - pisnęła żałośnie.
- Co ci się znowu nie podoba? – spytała się Zocha patrząc na nią ze zdziwieniem. – Dla mnie jest wspaniały!
- Tamten był taki mroczny, ciemny, a ten jest biało-czerwony! – dziewczynka była zdruzgotana. – Nie ma takich wysokich wież… No i to jezioro jest takie małe, jak tam ma mieszkać wielka ośmiornica?
- Rzeczywiście wygląda inaczej niż w filmie – potwierdził pan Grzegorz. – Nie powiem ci za wiele bo się nie znam na architekturze…
- To kto mi powie czemu te zamki są inne? – spytała się Patrycja.
- Hogwart, jeśli naprawdę był zbudowany ponad tysiąc lat temu, to jest przykładem architektury przedromańskiej. Pewnie w międzyczasie był nie raz przerabiany. W filmach miał dużo elementów stylu gotyckiego, typowego dla Wielkiej Brytanii! – powiedział obrażonym tonem Sajmon odwracając się do Michalskich, którzy siedzieli za nim. – To co tutaj widzimy, to jak w mordę strzelił, architektura renesansowa, chociaż widzę, że był niedawno odnawiany i kilka budynków zostało wybudowanych dużo później bo mają elementy typowe dla baroku i klasycyzmu. Weźcie się uczcie ludziska!
Po tym wykładzie, chłopak założył ręce na piersi i odwrócił się ostentacyjnie. Patrycja z ojcem wymienili zdumione spojrzenia i zrobili miny do Zochy aby wyjaśniła o co chodziło jej bratu. Wzruszyła ramionami i powiedziała, że chłopak w tym roku zdał maturę z historii sztuki więc z architekturą jest na bieżąco.

Zamek zbudowany został na wysuniętej ku jeziorze skale. W tle widać było tylko zalesione góry i bezchmurne niebo. Omnibus wjechał pomiędzy budynkami na zewnętrzny dziedziniec, zatrzymał się przed główną bramą gdzie wypuścił podróżnych. Następnie zrobił okrążenie wokół boiska do quidditcha i pojechał w kierunku miasteczka, zapełniony powracającymi opiekunami uczniów. Michalscy z Zochą i Sajmonem postanowili znowu podążać za grupką nastolatków. Gdy przeszli przez bramę zobaczyli wewnętrzny dziedziniec obramowany krużgankami. Pan Grzegorz zauważył, że wszystko jest utrzymane w kremowej barwie, tylko czerwona dachówka spadzistego dachu odcinała się na jasnym tle. Zdziwił się, że śledzeni nastolatkowie nie weszli w jedne z wielu drzwi znajdujących się w polu widzenia. Zamiast tego skierowali swoje kroki ku małej bramie. Okazało się, że za nią stoją kolejne budynki, które były już w zupełnie innym stylu niż zamek, jednakże pasowały do niego kolorystycznie. Nastolatkowie podzielili się według płci: dziewczyny poszły w stronę prawego skrzydła najbliższego gmachu, a chłopaki w stronę lewego. Ojcu Patrycji i reszcie kompanii nie pozostało nic innego jak podążyć za żeńską grupą.

W Internacie zostali poinstruowani gdzie iść przez portierkę. Po wejściu na pierwsze piętro udali się do opiekunki klas pierwszych gimnazjum. Powitała ich młoda, puszysta czarownica, która przedstawiła się jako Ilona Jasińska. Wyściskała swoje nowe podopieczne i trajkocząc jak mała katarynka zaprowadziła wszystkich do swojego gabinetu aby wypełnić odpowiednie papiery. Okazało się, że została uprzedzona przez Angelique, że mama Zochy jest za granicą i chwilowo Sajmon sprawuje nad nią opiekę.
- Tutaj macie regulamin – powiedziała dając wszystkim broszurki. – Należy się z nim zapoznać. A teraz chodźmy do nowego pokoju dziewczynek! Będziecie mieszkać z dwoma innymi czarownicami z waszej klasy. W pokojach obok będą dziewczyny z klas „a”, „b”, „d”, „e” i „f”. Nie przejmujcie się jeśli trzech ostatnich klas nie zrozumiecie ponieważ są to wasze rówieśniczki z zza granicy. W „d” i „e” są głównie z Ukrainy, Białorusi, Słowacji i Kazachstanu. Klasa „f” jest angielskojęzyczna, chodzą do niej dziewczęta z najróżniejszych krajów. W tym roku mamy, między innymi, dwie Japonki, dziewczynę z USA, cztery Brytyjki oraz Egipcjankę i Brazylijkę – wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić dalej. – Plan dnia jest zawsze taki sam: pobudka o 7 rano, posiłki jemy w stołówce, śniadanie jest o 7.45, obiad o 13.30, a kolacja o 19.00, cisza nocna obowiązuje od 22.00. Jeśli będziecie głodne możecie skoczyć do sklepiku szkolnego, który jest ulokowany we wschodnim skrzydle zamku. W internacie macie najpóźniej się zameldować o godzinie 20.00, wszelkie wizyty muszą być zgłaszane w portierni i mogą odbywać się pomiędzy 9.00 a 18.30, jeśli chcecie pojechać do miasteczka musicie mi to zgłosić i podać przybliżony czas powrotu. Za niesubordynację są kary: praca na rzecz szkoły i obniżenie z zachowania. Za dobre zachowanie nagrody: najczęściej wycieczki w różne miejsca, jakieś drobne prezenty, zamówienie pizzy do pokoju lub potańcówka z chłopcami – puściła oczko do Patrycji i Zochy. – A teraz zapraszam do waszego pokoju!

Pani Ilona zapukała do drzwi z numerem 36 i nie czekając na odpowiedź nacisnęła klamkę. W środku stała rodzina czarodziejów składająca się z rozzłoszczonego mężczyzny, zapłakanej córki i szlochającej matki. Obydwie były ubrane w bliźniacze, bogato zdobione suknie i obie miały takie same, jasnobrązowe włosy skręcone w misterne loki. Na widok nowo przybyłych kobieta jeszcze mocniej przytuliła dziewczynkę i zaczęła płakać. Czarodziej był wyraźnie zirytowany jej zachowaniem.
- Zobacz Telciu! Przyszły twoje nowe koleżanki, a ty dajesz pokaz mazgajstwa! – powiedział wskazując na Patrycję i Zochę, które stanęły w miejscu nie wiedząc jak się zachować.
-  Może jednak pan jej odpuści… - zaczęła łagodnie pani Ilona. – Widocznie mała potrzebuje jeszcze trochę czasu, może za rok będzie lepiej.
- Nie będzie lepiej! – warknął i złapał żonę za ramię. – Przestań histeryzować! Telcia doskonale sobie poradzi. Dobrze jej to wszystko zrobi.
- Oooonaaa jeeest taaakaaa malutka!
Pan Grzegorz pomyślał, że to dobre stwierdzenie, ponieważ dziewczynka była wyjątkowo niska jak na swój wiek. Patrycji sięgała do podbródka, a Zośce do nosa.
- Da sobie radę! Idziemy – rzucił ostro.
- Nie chcę!!! – krzyknęła Telcia.
- Jeszcze chwila a nie dostaniesz kieszonkowego aż do przyszłego roku! – zagroził.
Na te słowa dziewczynka puściła matkę i rzuciła się na łóżko gdzie zaczęła szlochać. Jej matka przestała płakać, patrzyła się z oburzeniem na męża. Ojciec Patrycji pomyślał, że musi zapamiętać tę groźbę na wypadek, gdyby jego córka zaczęła grymasić.
- Jesteś okrutny! – stwierdziła z wyrzutem po czym pocałowała córkę w tył głowy. – Mamusia musi iść kochanie…
- Buuu!
- Masz być grzeczna bo inaczej będzie źle – zagroził czarodziej. – Wszystkiego się dowiem! Do widzenia państwu! – ukłonił się panu Grzegorzowi i Sajmonowi wychodząc razem z żoną przez drzwi.

Pani Ilona pocieszała Telcię podczas gdy Patrycja z Zochą rozpakowywały swoje torby. Każda dziewczynka miała dla siebie wąskie łóżko, przy nim szafkę. Na ścianach czekały na wypełnienie półki. Do podziału były dwie, duże szafy oraz dwa biurka. Meble wyglądały na stare, ale zadbane. Pokój był utrzymany w kolorystyce pudrowego różu, a mocniejszymi akcentami były zielone narzuty na łóżka, zasłony i dywaniki. Patrycja, która już zaakceptowała, że nie wszystko jest jak w Harrym, była całkiem zadowolona z nowego miejsca zamieszkania.
Po rozpakowaniu toreb nastąpiło pożegnanie dziewczynek z panem Grzegorzem i Sajmonem. Obydwaj musieli zdążyć na powrotny Świstoklik. Pani Ilona zapewniła, że zajmie się swoimi nowymi podopiecznymi i zda raport z ich zachowania w następnym tygodniu.
Gdy dorośli wyszli Patrycja z Zochą zaczęły tańczyć z radości na środku pokoju.
- I z czego się tak cieszycie? – dobiegł do nich stłumiony głos Telci.
- Tu jest super!
- Nieprawda! Tu jest strasznie! – jęknęła dziewczynka i wróciła do szlochania w poduszkę.
- Eee tam, nie znasz się! – stwierdziła Zocha i wyszczerzyła się do Patrycji.

Późnym popołudniem dołączyła do nich jeszcze jedna dziewczynka, która nazywała się Katarzyna. Okazało się, że jest bardzo cichą i skrytą osobą. Dziewczynom nie udało się wciągnąć jej do rozmowy. Obydwie z Telcią milczały przyglądając się wariactwom Patrycji i Zochy. Gdy otworzyły się drzwi do pokoju w czasie najgłośniejszych śpiewów, dziewczynki były pewne, że przyszła do nich pani Ilona aby je uciszyć. Jednakże bardzo się ucieszyły gdy zobaczyły Angelique. Od razu do niej podbiegły krzycząc „cześć sorko”.
- Witam dziewczynki – powiedziała z uśmiechem. – Chciałam was komuś przedstawić. Uznałam, że to ważne aby to zrobić dzisiaj, a nie jutro.
- Komu? – spytały podniecone.
- To jest Amelia – Angela otworzyła szeroko drzwi i wprowadziła do pokoju dziewczynkę w ich wieku.
- Kurka wodna! – pisnęła Patrycja.
- Ja pierdolę! – Zocha stanęła jak wryta.
Telcia i Katarzyna patrzyły się na tę scenę z szeroko otworzonymi oczami, nic nie rozumiejąc.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 8 – Pokaż mi swoje wspomnienia


Ich pojawienie się w Hogsmeade wzbudziło małą sensację wśród lokalnej społeczności. Wszyscy chcieli uścisnąć Harry’ego i Hermionę. Dopiero po dłuższym czasie udało im się wyrwać z rąk tłumu i podążyć ścieżką prowadzącą do Hogwartu.
 - Jakby nas nigdy nie widzieli – powiedziała rozdrażnionym tonem Hermiona.
- Cieszą się, że wojna się skończyła – stwierdził Harry. – Wiesz, że jesteśmy znani i teraz tak będzie wyglądać nasze życie.
- Dobrze, że zamieszkałam z rodzicami, mugole nie zwracają na mnie uwagi, a kilka zaklęć trzyma wielbicieli z dala.
- Grimmauld Place też jest dobrze chronione… - Harry stanął na ścieżce. – Wiesz co Hermiono sobie pomyślałem? A może byśmy tak zamieszkali u mnie we czwórkę?
- Hmmm… - Hermiona się wykrzywiła. – To… ja wiem, że nie jest tam przyjemnie mieszkać tylko ze Stworkiem… ale, nie obraź się, nie lubię tego domu.
- Domyślałem się, że tak powiesz – Harry wzruszył ramionami. – Też go nie lubię, ale w tym momencie to najlepsze miejsce dla mnie. Kiedyś zamieszkamy gdzieś z Ginny, znajdziemy jakiś dom z ogrodem… - rozmarzył się.
- A co z Grimmauld Place?
- Nie wiem. Nie mam serca go sprzedać ze względu na Syriusza, ale mieszkać tam nie zamierzam. A ty kiedy zamieszkasz z Ronem?
- Nie mamy jeszcze planów. Ja bym chciała coś mugolskiego w Londynie aby mieć blisko do rodziców.
Wyszli z lasu i ich oczom ukazał się Hogwart. Nadal było widać na nim ślady walki, ale większość murów i wież została naprawiona. Chatka Hagrida wyglądała jakby nigdy nie spłonęła. Czary były zbawieniem jeśli chodzi o szybkość prac budowlanych.
- Uwijają się – stwierdziła Hermiona. – Jak zacznie się rok szkolny uczniowie spokojnie będą mogli tutaj przebywać.
- No tak – jęknął Harry. – Wyjeżdżacie za niecałe dwa tygodnie.
- Będziemy często do was pisały.
- Mamy z Ronem taką nadzieję!

Minerwa McGonagall czekała na nich przy drzwiach wejściowych, które wyglądały jakby nigdy nie zostały zniszczone podczas walk. Wiedziała o ich przybyciu ponieważ Harry wysłał do niej wcześniej sowę. Gdy zobaczyła swoich dawnych uczniów uśmiechnęła się szeroko.
- Witajcie – powiedziała.
- Dzień dobry pani profesor – odpowiedzieli uśmiechając się promiennie.
W drodze do gabinetu dyrektora opowiadała im jak postępują prace nad odbudową zamku. Wiele czarownic i czarodziejów zgłosiło się do pomocy. Wszystko wskazywało, że do pierwszego września prace zostaną zakończone. Następnie wdali się w pogawędkę o sprawach osobistych. McGonagall bardzo była zadowolona z faktu, że Hermiona zamierza kontynuować naukę. Harry'emu pogroziła palcem, ale stwierdziła, że skoro robi to co zawsze chciał wykonywać w życiu to nie będzie mu wypominać braku pełnego wykształcenia.
- Pamięta pani jak powiedziała Umbridge, że zostanę aurorem?
- Ooo tak! – Minerwa zachichotała. – Musi być z tego powodu bardzo niezadowolona. Myślę, że ogólnie życie potoczyło się nie po jej myśli. Gdy zeznawałam przeciwko niej w Ministerstwie Magii wyglądała jakby chciała rzucić na mnie urok.

Cała trójka zatrzymała się przed chimerą gdzie McGonagall podała jej hasło („veni, vidi, vici”). Weszli do jej nowego gabinetu. Większość tajemniczych przyrządów z czasów Dumbledore’a zniknęła. Swojego położenia nie zmieniła ani Tiara Przydziału, ani Myśloodsiewnia. Kiedy Hermiona była tu ostatnim razem z Harrym i Ronem to wszystkie obrazy powitały ich aplauzem. Teraz większość z byłych dyrektorów, jak to miała w zwyczaju, drzemała w swoich ramach.
- Komisja wyznaczona przez Wizengamot była już tutaj i przesłuchiwała obrazy? – spytał się Harry.
- Tak, kilka dni temu – potwierdziła McGonagall.
- Więc możemy zabrać to po co przyszliśmy?
- Skoro musicie – odparła dyrektorka. – Rozumiem, że Severus nie dał wam innego wyboru?
- Nie dał – powiedział Harry zabierając wspomnienia z myśloodsiewni i wkładając je do fiolki. – Zagroził, że jeśli je komuś pokażę to nie pozwoli Hermionie zostać jego obrońcą.
- Cały Snape…
- Nawet mi nie pozwolił ich obejrzeć – rzekła Hermiona. – Spełnię jego wolę chociaż uważam, że wspomnienia pomogłyby przy procesie.
- Co z nimi zrobicie? – zapytał sennie portret Albusa.
- Kazał mi je ukryć w bezpiecznym miejscu – odpowiedziała Hermiona. – Uzgodniliśmy wszystko, gdy to zrobię ma zajrzeć do mojego umysłu aby się przekonać, że nie kłamię i wtedy się zgodzi na to abym była jego obrońcą – westchnęła.
- Grymasi jak małe dziecko – skrzywiła się McGonagall. – Zamiast podziękować, że coś dla niego robicie to jeszcze stawia wam warunki.
- Nie oceniaj go tak surowo Minerwo, życie dało mu w kość…
- Albusie, ty miałeś z nim dobre stosunki, robił wszystko o co prosiłeś. W naszym przypadku zachowuje się jak zwykle. Zero wdzięczności.
- Myślę, że kiedyś coś do niego dotrze. Musi najpierw pozostawić parę spraw za sobą.
- Oby. Bo w tym momencie zamierzam mu pomóc tyle ile mogę, a później niech radzi sobie sam.
- Później może być jeszcze gorzej – zauważył Dumbledore.
- No tak – syknęła McGonagall. – Przecież może zostać uniewinniony przez Wizengamot i uznany za bohatera.
- Miejmy nadzieję – dodała Hermiona.
- Mój szef chce go skazać na dożywocie i jest wyjątkowo zdeterminowany by to zrobić – mruknął Harry.
- Jak ty sobie poradzisz… - McGonagall załamała ręce nad Hermioną. – Jesteś taka młoda, a już tyle przeszłaś.

Policzki dziewczyny zrobiły się różowe. Nie lubiła gdy inni wątpili czy sobie poradzi. Od najmłodszych lat była ambitna i potrafiła pracować nad czymś przez wiele godzin bez przerwy. W mugolskiej szkole podejmowała się każdego dodatkowego projektu aby mieć jak najwyższe oceny. Zaś w Hogwarcie musiała używać zmieniacza czasu w trzeciej klasie aby dać sobie radę ze wszystkimi przedmiotami. Obronę Severusa Snape’a traktowała jak kolejną pracę domową do odrobienia.
- Dam sobie radę pani profesor – odrzekła siląc się na beztroskę. – Nie jest to proste, tym bardziej, że niedługo zacznę kontynuować naukę. Najważniejsze, że każdy chce mi pomóc. Pan Weasley, Harry, Ron, Ginny, Bill… Nawet Kingsley znalazł dla mnie trochę czasu w zeszłym tygodniu. Nie jestem sama. Jeśli Snape nie doceni tego co dla niego robię to ja sama będę żyła w świadomości, że zrobiłam wszystko co należało zrobić.
- Tak, jesteś wyjątkową czarownicą – szepnęła McGonagall z podziwem i ukradkiem starła łzę. – Bardzo się cieszę, że zostałaś przydzielona do mojego domu. Jesteś moją dumą razem z Harrym – uśmiechnęła się do młodego aurora. – Jeśli tylko będziecie czegoś potrzebować to nie wahajcie się przyjść z tym do mnie.
- Dziękuję, naprawdę dziękuję…
- Wiecie, że ja zawsze służę radą – odezwał się portret Dumbledore’a.
- I ja! – dołączyła się Dilys Derwent.
- Nie zapominajcie o mnie! – powiedział ostrzegawczym tonem Fineas Black.
- Nigdy byśmy o panu nie zapomnieli – wyszczerzył się Harry wracając myślami do trudnej współpracy z portretem byłego dyrektora.
- Przyczyniłem się do zwycięstwa – przypomniał wszystkim obecnym w gabinecie.
- Nie pusz się tak bo ci farba odpadnie – mruknął Dumbledore patrząc jak Hermiona z Harrym żegnają się z Minerwą.

***

Słońce zaczęło zachodzić gdy Hermiona przekroczyła próg swojego domu. Przywitała się z rodzicami, przyłożyła dłoń do brzucha mamy aby poczuć jak Suzanne kopie i poszła do swojego pokoju. Była pora kolacji, ale dziewczyna stwierdziła, że zje gdy wykona zadanie. Z pełnym żołądkiem nie mogła się skupić. Wyciągnęła fiolkę ze wspomnieniami Severusa Snape’a i zapieczętowała je zaklęciem. Następnie włożyła ją w wyłożoną watą puszkę po kawie. Mamrotała pod nosem inkantacje kreśląc różdżką skomplikowane wzory w powietrzu. Dzięki temu nikt niepożądany nie powinien odnaleźć i otworzyć zarówno puszki jak i fiolki. Zadowolona przyjrzała się swojemu dziełu. Pierwsza połowa zadania została wykonana. Teraz pozostało wymknąć się do ogrodu, zakopać puszkę, rzucić zabezpieczające zaklęcia i zjeść kolację.

***

Hermiona ponownie pojawiła się w celi Severusa Snape’a. Była tu już nie raz i przy każdym przekroczeniu progu towarzyszyło jej uczucie, że najlepiej by było gdyby nie dała się namówić na to wszystko.
- Zrobiłaś co miałaś zrobić? – Severus nie bawił się w powitania.
- Tak.
- Pokaż mi swoje wspomnienia!
- Proszę bardzo, skoro pan mi nie wierzy – powiedziała urażonym tonem.
- Musze się upewnić – mężczyzna wstał i podszedł do byłej uczennicy.
Przez chwilę Hermiona miała ochotę odsunąć się od niego. Patrzenie w oczy Snape’a nie należało do jej ulubionych czynności. Szczerze mówiąc, wolałaby na niego w ogóle nie patrzeć. Nie podniosła głowy w kierunku twarzy Severusa. Stwierdziła, że skoro to mu zależy to niech się do niej schyli. Jej plan nie wypalił: poczuła jego dłoń na podbródku i jej głowa została brutalnie podniesiona do góry. Popatrzyła się w jego czarne, zimne oczy.
- Granger Nie pogrywaj ze mną… - wycedził. – Widzę, że nauczyłaś się oklumencji skoro nie mogę zajrzeć do twojego umysłu bez zaklęcia.
- Wystarczyło przeczytać kilka książek i poćwiczyć – stwierdziła patrząc na Snape’a z pogardą.
- Mogłaś to zrobić wcześniej, wtedy nie musiałby użerać się z Potterem! – warknął. – A teraz koniec zabawy! Wpuść… mnie… do… swojego… umysłu… - rozkazał.
- Jak…pan… sobie… życzy… - odpowiedziała naśladując go.

Patrzyli sobie w oczy przez chwilę. Hermiona głęboko ukryła obrzydzenie spowodowane faktem, że ciągle trzymał jej podbródek. Pokazała mu wspomnienie z wyprawy do Hogwartu, zapieczętowanie fiolki i puszki oraz zakopanie zawartości w ogrodzie.
- Dobrze – rzekł po chwili i zabrał rękę. – Teraz możesz być moim obrońcą skoro tak ci na tym zależy.
Odwróciła się do niego plecami starając się nie zwyzywać go i opanować dreszcz obrzydzenia. Schyliła się po przyniesione rzeczy. Wszystko w worku było szczegółowo zbadane przez aurora przy wejściu, co oznaczało, że uprasowane i poskładane szaty zostały wyrzucone, przegrzebane i wymiętolone.
- Proszę – powiedziała wyciągając do niego ręce z ubraniami.
- Po co mi to?
- Jutro ma pan przesłuchanie w sprawie Dolores Umbridge w Ministerstwie Magii. Jest pan ostatnim świadkiem.
- Mogłabyś zapytać się mnie o zdanie!
- Dlatego radziłabym zadbać o wygląd – Hermiona mówiła dalej jednocześnie wyciągając z torebki pergamin, kałamarz i pióro. - To oficjalne pismo Ministerstwa Magii potwierdzające, że jestem pańskim obrońcą przed Wizengamotem, proszę je podpisać!

Snape pomarudził chwilę i złożył podpis we wskazanym miejscu.
- To co mam powiedzieć o tej żabiej idiotce?
- Chodzi o podawanie uczniom veritaserum.
- Dużo tego nie ma: dostarczałem jej zwykłą wodę, a ona się nie połapała.
- I o to chodzi! Z jednej strony pogrąży pan Umbridge, a z drugiej strony udowodni pan, że troszczył się o uczniów.
- Troszczyłem się tylko o moje zapasy. To bardzo drogi eliksir!
- Tego Wizengamot nie musi wiedzieć… - uśmiechnęła się chytrze Hermiona.
- Dobra Granger, powiedz mi co planują wobec mnie!
- Więc tak… - dziewczyna wyjęła kalendarzyk i otworzyła go. – Sądzę, że do końca września zakończy się proces Umbridge i wtedy wezmą się za pana.
- Mam nadzieję – stwierdził Snape. – Gniję już tutaj od kilku miesięcy!
- Ministerstwo ma sporo pracy w usuwaniu…
- Oszczędź mi niepotrzebnych szczegółów!
- Nie moja wina, że był pan w śpiączce – powiedziała Hermiona siląc się na spokój. – Zaczęli procesy od innych osób ponieważ nie było pewności, że pan się wybudzi.
- Jestem ciekaw jakim cudem udało mi się przeżyć.

Hermiona stwierdziła, że miała szczęście. Akurat w tym momencie słońce schowało się za burzowymi chmurami, więc w półmroku Snape nie mógł zauważyć rumieńca, który pokrył jej twarz. Nie zamierzała mu powiedzieć co zrobiła gdy razem z Harrym i Ronem weszła do wnętrza Wrzeszczącej Chaty. Wtedy była pewna, że jej zaklęcie nie podziałało i Severus Snape zginął. Los bywa jednak przewrotny. Nie dość, że przeżył to jeszcze stał się dla niej wrzodem na czterech literach. Czasem miała ochotę go udusić gołymi rękami. Ciągle powtarzała sobie w duchu, że gdy skończy się jego proces to się nigdy więcej do niego nie odezwie. Jedyne czego teraz pragnęła to pozbycia się tej kuli u nogi i rozpoczęcia spokojnego życia z dala od rozpraw sądowych.
- Tak, tak, bardzo ciekawe – powiedziała lekceważącym tonem. – Odnalezienie przyczyny pańskiego pozostania wśród żywych zostawmy uzdrowicielom. Wróćmy do tematu: niech pan się porządnie ogarnie, jutro o piętnastej zaczyna się rozprawa w Ministerstwie Magii. Następnie spożytkujemy końcówkę sierpnia na omówienie linii obrony. We wrześniu wracam do szkoły i nie będę mogła za często bywać u pana…
- Naprawdę wracasz do Hogwartu? – nieoczekiwanie zapytał się Snape.
- Nie widzę w tym niczego dziwnego, taki mam zamiar i zrobię to.
- Mając taką ilość dodatkowej pracy?
- TAK – powiedziała z naciskiem dając do zrozumienia aby jej więcej nie przerywał.
- Nie wiem czy jesteś bardziej szalona czy bezmyślna -  stwierdził chłodno jej były nauczyciel eliksirów. – Ciekawe kiedy będziesz jeść i spać. Czeka cię cholernie dużo nauki.
- Dam sobie radę, niech pan się nie przemęcza myśleniem o mnie – warknęła marząc aby się w końcu zamknął.
- Rzeczywiście, co mnie to obchodzi – mruknął i usiadł na materacu.
- No właśnie – przytaknęła.
- Wiesz co Granger? – na twarzy Snape’a zagościł złośliwy uśmiech. – Jeśli dostaniesz najlepsze oceny z owutemów, to ci wyślę sowę z gratulacjami.
- Nie mogę się doczekać – prychnęła Hermiona i wróciła do omawiania bieżących spraw.

sobota, 12 grudnia 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 7 - Wakacyjne przygody

Dzieńdoberek!
To znowu ja! Wasz ulubiony Glizduś! <3

Założyłem kontrolę rodzicielską na laptopie i Voldemort nie ma dostępu do bloga! Hłe, hłe, hłe! Trochę się wkurzył za to co powypisywałem, ale kara nie była taka straszna. Ostatnio zabieram mu prawdziwą różdżkę i daję podrobioną. Gdy on rzuca na mnie crucio to się drę i wiję. Wąż syty i szczur cały.

Jak ktoś chce zrobić taką różdżkę dla swojego chłopaka/dziewczyny to macie tutaj tutorial:


Jak wspominałem jakiś czas temu pojechaliśmy z Voldemortem, Nagini i Seniorem nad morze. W Anglii trochę pizga pod koniec września więc wybraliśmy się do Egiptu. Niebieskie niebo, morze, piasek wszędzie: w gaciach, w skarpetkach, w klapkach i w oczach. A krab uszczypał mnie tam gdzie… Ech, nie ważne… Warto było!

Na początku myśleliśmy o tym, aby zatrzymać się w małym hoteliku prowadzonym przez tubylców, ale gdy próbowali spalić Voldzia na stosie, postanowiliśmy przenieść się do wielkiego, czterogwiazdkowego hotelu. Problemem okazała się Nagini ponieważ syczące parówy nie są mile widziane w miejscach publicznych. Jednak ma się ten mózg! Poszedłem do sklepu i kupiłem kilka rzeczy z promocji. Wystarczył stary misiek, opaska z uszami, nos klauna i taśma klejąca. Przebrałem ją i nikt w hotelu się nie zorientował, że to nie pudel! Patrzajcie i podziwiajcie:


Nie była zachwycona, podejrzewam, że będzie mnie nienawidzić do końca życia. Jednak trzeba przyznać, że śliczny z niej piesek, czyż nie? Tak się spodobał pewnemu grubemu facetowi z siwą brodą, że chciał ją odkupić, ale Volduś nie chciał o tym słyszeć.

Senior trochę się spalił na mordce podczas pobytu na plaży. Wysyłałem go z Voldkiem nad morze, a sam próbowałem poszukać miłości w hotelowym barze. Niestety, poza Anną 69 nikt mnie nie chce :(. Zupełnie tego nie rozumiem, przecież jestem taki czarujący… Spisałem sobie kilka tekstów z internetu i mówiłem je napotkanym kobietom. Żaden nie spotkał się ze zrozumieniem.

Najpierw próbowałem być romantyczny, podszedłem do fajnej babki i zagaiłem głębokim basem:
- Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia czy mam przejść obok jeszcze raz?
Zostałem wyśmiany. Pomyślałem, że coś źle robię. Nagle mnie olśniło! Przecież dziewczyny ciągle się odchudzają więc trzeba podejść do nich od strony warzywnej, postawiłem na luz:
- Joł! Gdybyś była rzodkiewką to bym cię wyrwał!
Nie spotkało się ze zrozumieniem. Pomyślałem, że z tego odchudzania mózg im wysechł na wiór i nie zauważają piękna wewnętrznego. Dlatego podbiłem do grubej, ale nadal atrakcyjnej lasencji:
- Wiem, że patrzysz się na mnie jakbym kaszankę ci obiecał!
Dostałem w twarz :(. Nie rozumiem współczesnych dziewczyn, kiedyś wystarczyło świniaka ubić, dom wybudować, drzewo zasadzić i chętne leciały z prawa i lewa. Wpadłem na pomysł aby zaznaczyć, że opływam w dostatek. Podszedłem do eleganckiej dziewczyny i oświadczyłem:
- Mam BMW!
Szybko się wydało, że nie mam samochodu więc mnie rzuciła, ale chociaż wyszedłem przed hotel z piękną kobietą u boku! Nie zrażałem się. Zobaczyłem zgrabną murzynkę, zmierzającą do wody. Stanąłem na jej drodze, naprężając muskuły i spytałem się pełnym męskości głosem:
- Gdzie tak kopytkujesz przepiękna gazelo?
Popatrzyła się na mnie jakbym był gumochłonem i wrzuciła mnie do wody! A ja nie potrafię pływać! Wyłowiła mnie piękność, a la Pamela Anderson ze „Słonecznego Patrolu”. Musiała być czarodziejką! Nikt normalny nie potrafi pływać! Przystąpiłem do ataku:
- Wetknąć moją łyżkę do twojego kociołka, bejbe?
Złapała mnie i wrzuciła z powrotem do wody :(. Wypełzłem jakoś na brzeg. Obok stały dwie chichoczące nastolatki. Szybko oszacowałem ich wiek, miały na oko coś koło szesnastki więc stwierdziłem, że mogę podbijać. Małe dziewczynki lubią zwierzaczki więc spróbowałem od tej strony:
- Gdybyśmy byli dwoma szczeniakami wylizałbym twoja miskę.
Uciekły piszcząc jakby ktoś z balona powietrze spuszczał. Musiały naskarżyć ratownikowi ponieważ złapał mnie i wyrzucił z plaży. Buuuu :(

Zraziłem się do kobiet. Postanowiłem, że na razie poświęcę się w 100% Voldemordowi. Naprawdę, gdyby mnie poprosił abym oddał mu część ciała, zrobiłbym to! On mi kiedyś wynagrodzi życie u swojego boku. Znajdzie mi jakąś ładną zwolenniczkę i sprawi, że zakocha się we mnie ^^. Hmmm, Narcyza zajęta, Bellatrix też… chociaż jej bym nie chciał bo to totalna wariatka… Zdradzę wam w sekrecie, że zawsze czułem pociąg do mamy Syriusza. Taki fajny MILF, mrau^^

Dobra, kończę bo za bardzo odpływam w marzenia. Wrzucam kilka zdjęć z urlopu:






Sorka za te kciuki wszędzie… Barty nie umie obsługiwać aparatu w komórce, a ja za późno się zorientowałem (-.-)‘

3majcie się ciepło!
Wasz Glizduniek!

P.s. - Anna69, odezwij się. Voldek nie ma dostępu, a ty masz takie ładne... oczy :]

czwartek, 10 grudnia 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 7 - Historia Zamku Durentius


Padało.
Na początku delikatnie, następnie wiatr przybrał na sile. Nastała ciemność. Krople deszczu zaczęły gwałtownie rozbijać się o szyby domu Michalskich. Błyskawice raz po raz przecinały niebo.

Patrycja w złym humorze sięgnęła po broszurę wyjętą z paczki ojca. Okazało się, że Angelique dała mu książkę pt.: „Rodzice – Mugole. Jak radzić sobie z magiczną młodzieżą gdy nie ma się pojęcia o życiu czarodzieja”. Do tego dołączony był informator o magicznych miejscach: Magowie, Mystopach i Zespole Szkół oraz wszelkie materiały dotyczące fałszywego gimnazjum, które później pokazali Wojtysiakom. O ile książka nie zdobyła uznania w oczach dziewczynki, o tyle druga pozycja okazała się interesująca. Czytała ją kilka razy w przeciągu ostatniego tygodnia. Przed chwilą wysiadł prąd w całym domu więc nie mogła dalej siedzieć na Facebooku. Nie mając co robić, Patrycja stwierdziła, że najlepiej jeszcze raz zajrzeć do informatora. Gdy pójdzie do szkoły będzie znała na pamięć wszystko co zostało tam napisane.

Rzuciła się w kulkowy fotel, rozłożyła broszurę i… nie zaczęła czytać. Wpatrywała się w ulewę za oknem przypominając sobie kłótnię na Facebooku. To nie jej wina, że nie może powiedzieć przyjaciółkom dlaczego nagle idzie do szkoły na drugim końcu Polski! Wprawdzie pokazała im materiały o fałszywym gimnazjum ale chyba wyczuły, że kłamie ponieważ nadal bombardowały ją pytaniami. Zwłaszcza Anka była nieugięta. W ostatniej rozmowie oznajmiła wprost, że wie, że to wszystko kłamstwo i jeśli Patrycja nie powie jej prawdy to oznacza koniec ich przyjaźni. Sytuacja wydawała się bez wyjścia. Patrycja nie miała zamiaru iść do nowej szkoły obsypana pryszczami. Na razie brak prądu uwolnił ją od odpowiedzi ale wiedziała, że się nie wymiga. Chyba straci przyjaciółkę…

Aby o tym nie myśleć zaczęła czytać informacje o swojej przyszłej szkole:

Zespół Szkół Magii i Czarodziejstwa imienia Mistrza Jana Twardowskiego (historyczne nazwy: Szkoła Durentius, Główna Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Polsce, Akademia Magii i Czarodziejstwa w Polsce) – jedyna polska uczelnia kształcąca czarownice i czarodziejów, mieszcząca się w zamku Durentius w Mystopach, położona gdzieś w Karpatach. Jedna z najstarszych tego typu szkół w Europie, założona w 1569 roku z inicjatywy Mistrza Jana Twardowskiego, ufundowana przez Zygmunta II Augusta. W 1932 została nazwana imieniem założyciela co było związane z rozdzieleniem szkoły na gimnazjum i liceum. Herb szkoły nawiązuje do Herbu Rzeczypospolitej Obojga Narodów z 1569 roku, stąd korona królewska. Na niebieskim polu jest słynny kogut Jana Twardowskiego, który na piersi ma tarczę z księżycem – rzekome miejsce ucieczki Mistrza przed diabłem (mugolska społeczność wymyśliła tę historię, aby wytłumaczyć nagłe zniknięcie czarodzieja). Ptak trzyma w pazurach różdżkę – symbol magii. Nad kogutem unoszą się cztery złote gwiazdy – oznaka trudów jakie muszą przejść uczniowie, aby stać się czarodziejami i czarownicami. Na dole herbu znajduje się wstęga, a na niej dewiza szkoły: „alteri vivas oportet, si vis tibi vivere”, która pochodzi od Seneki Młodszego i oznacza „trzeba żyć dla innych, jeśli chcesz żyć z pożytkiem dla siebie”.

Jan Twardowski, a właściwie  Laurentius Dhur (1473 – 1587) urodził się w Niemczech w rodzinie mugoli. Od dziecka przejawiał cechy magiczne jednak nie było wtedy ani czarodzieja ani szkoły, która by go przyjęła na ucznia z powodu jego pochodzenia. Dopiero w dorosłym wieku został zauważony przez samego Fausta (1490 – 1536), który został jego mistrzem. Szybko przyswoił sobie całą wiedzę, którą posiadał jego nauczyciel i wyruszył do Polski na dwór królewski, aby tam szukać szczęścia. Jednakże jego pochodzenie znowu dało o sobie znać. Miejscowi czarodzieje nie chcieli zadawać się z Niemcem i do tego „nieczystej” krwi, szeptano królowi, aby uważał na odmieńca, podejrzewali go o szpiegostwo. Zmienił wtedy Laurentius Dhur imię i nazwisko na Jana Twardowskiego oraz zaczął uczyć pod Krakowem sztuk magicznych dzieci, które pochodziły z mugolskich rodzin lub były „półkrwi”. Jego sława jako dobrego nauczyciela i świetnego maga dotarła do uszu samego Zygmunta II Augusta, który nie słuchając złych opinii miejscowych czarodziejów, podarował mu szlachectwo i majątek w zamian za usługi. Gdy królowi zmarła ukochana żona Barbara Radziwiłłówna ten ogłosił, że hojnie wynagrodzi osobę która sprowadzi ją z powrotem, żywą lub umarłą. Wiele lat trwały próby różnych osobistości z magicznego świata, ale żadnemu się to nie udało. Dopiero w nocy z 7 na 8 stycznia 1569 roku udała się ta sztuka Mistrzowi Twardowskiemu – przywołał ducha Barbary. Zygmunt II August spytał się czego pragnie czarodziej, ten nie wahał się ani sekundy z odpowiedzią. Zażyczył sobie miejsca gdzie mógłby szkolić uczniów w sztukach magicznych oraz gdzie będzie można postawić okazały gmach który będzie niewidzialny dla mugoli. Król zgodził się i podpisał akt utworzenia pierwszej czarodziejskiej szkoły obejmującej swoim zasięgiem Koronę Polską i Wielkie Księstwo Litewskie oraz umożliwiała naukę dzieciom z mugolskich rodzin z innych krajów. Poszukiwanie idealnej lokalizacji trwało ponad rok. Zamek Durentius, nazwany tak po śmierci Jana, powstał w Karpatach w przeciągu dziesięciu lat (1570-1580). Pracowało przy nim wielu adeptów Mistrza oraz zagraniczni czarodzieje, którzy sprowadzali się razem z rodzinami do wioski nazwanej z czasem Mystopami. Nazwa ta wiąże się z całkiem interesującą legendą, która została zapisana przez Myślibora Wierzbówkę z Piaskowic w roku 1791:

„Gdy na miejsce upatrzone przez Mistrza Iana Twardowskyego przybył ostatni z dynastii Jagiellonów, Król Zygmunt August, postanowiono, że nastąpi odświętne wmurowanie Kamienia Węgłowego. Był to wielki kamulec ozdobnie obryty przez ucznia Mistrza, był to Henryk z Wieprzowic - Garncarzem zwany gdyż sztuką taką wieczorami się parał dla nerwów ukojenia. Nikt z człeków niemagicznych siły nie miał tyle by ów kamulec ruszyć. Toteż postanowiono, że siłą magiczną uczeń który wykonał ryty postawi go w miejscu przeznaczenia. Henryk Garncarz wielką czując podnietę z zadania nań nałożonego źle inkantację czarodziejską wymówił. Kamulec uskoczył na pięć łokci w górę jako zając przez człeka ze snu wyrwany. Widać w górze źle mu było bo spadł na ziemię wprost na stopy Mistrza Iana. Wrzasnął ten głosem z bólu nabrzmiałym: umieściłeś go na mych stopach kmiocie! Toteż na pamiątkę tego niezwykłego wydarzenia wieś niedaleką, według królewskiej rady, Mychstopami nazwano, którą przez lata skrócono i tak pozostało po dzień dzisiejszy”.

Obecnie zamek i jego okolice….

Patrycja nie dokończyła czytać zdania ponieważ pani Jadwiga oznajmiła, krzycząc z parteru, że dziewczynka ma gościa. Zanim jednak zdążyła zastanowić się kto mógł ją odwiedzić w taką pogodę została przygnieciona do ziemi przez coś miękkiego i mokrego za razem.
 - Pyyyyyyyyśkaaaaaaaaaaaa! – rozbrzmiał głos Zochy. – Stęskniłam się za Tobą to se przyjechałam do ciebie! Wyszłam z domu, patrzę a tu autobus do ciebie! No, normalnie los tak chciał. Wsiadłam, biletu nie miałam ale kanarów nie było. Po drodze zaczęło lać ale przybiegłam, wiedziałam gdzie mieszkasz bo mi mówiłaś, że gdzieś tutaj. Ja tak często chodzę po mieście, że znam cały Lublin! Zawsze wiem gdzie ktoś mieszka. Cieszysz się, że jestem?
- Fak… to znaczy… tak… - jęknęła Patrycja wygrzebując się spod obfitego biustu koleżanki.
- Oooooooo! Czytasz informator! Można się z niego tyle dowiedzieć. Nasza szkoła będzie na pewno super. Strasznie mi się podoba jak oni to opisali. I te ruszające się zdjęcia! Zajebiste są!
- Ciiiiiszej… bo pani Jadwiga cię wygoni, nie znosi przeklinania.
- Przeklinania? „Zajebiście” to chyba nie przekleństwo..
- Nie lubi takich słów, nie raz dostałam opiernicz za jakieś głupoty.
- Zjebę znaczy się?
- Zocha!
- No już, już, nabijam się…- Zośka uśmiechnęła się. – To co? Masz ochotę na trochę czarów?

Patrycji nie trzeba było długo przekonywać. Po przedyskutowaniu czy mają już na sobie Namiar doszły do wniosku, że na pewno nie ponieważ zacznie on działać od 1 września. Zabarykadowały się w pokoju i na wszelki wypadek, aby pani Jadwiga niczego nie słyszała, przyłożyły do drzwi materac zdjęty z łóżka Patrycji.
- Ty słuchaj… myślisz, że podziała na nią Muffliato? – Zocha zastanowiła się głośno. Trzymała w ręku swoją różdżkę, którą przed chwilą wyjęła z plecaka. – Warto spróbować… Muffliato!
- Jak się dowiemy czy to działa?
- Jeśli coś rozwalimy i ona nie przyleci to działa!
- Eeee.  No dobra… to od czego zaczniemy?
- Ja już zaczęłam! Rzuciłam Muffliato!
- Zocha! Ty mnie nie wkurzaj! Jakie będzie kolejne zaklęcie, którego użyjemy?
- Hmmm… - czarnowłosa dziewczynka zajrzała do podręcznika od transmutacji. – Tutaj są różne zaklęcia… np. jak zniknąć ślimaka. Masz ślimaka?
- Nie.
- To może zapałki? Zamienimy w igły.
- Nie.
- Kurde, to może nie transmutacja, ta była trudna w Harrym… chociaż my mamy 13 lat a oni 11 jak zaczynali szkołę to może nam lepiej pójdzie. Wiem! Trzeba zajrzeć do podręcznika od zaklęć.
- Zocha! Mam! – Patrycja uniosła różdżkę. – Lumos!
- FUUUCK YEEEEAAAH! – zawyła z radości Zośka widząc, że koleżance udały się czary.
Po czym kilka sekund później materac poruszył się i spadł pociągając za sobą lampkę stojącą na nocnym stoliku. Dziewczyny zamarły patrząc na roztrzaskujące się szkło. W szparze między drzwiami a framugą ukazała się rozeźlona twarz pani Jadwigi.
- Czy możecie mi wytłumaczyć czemu wyjecie jak opętane i dlaczego ten materac nie jest na łóżku!?
Zośka popatrzyła na Patrycję, która stała ukrywając za plecami różdżkę i powiedziała ze spokojem:
- czyli Muffliato nie działa…

Dwa tygodnie później Patrycja z Zośką przeglądały w pokoju tej pierwszej nowe szaty szkolne. Paczkę dostarczyły poprzedniej nocy trzy sowy. Wylądowały w pokoju pana Grzegorza, który zaszył się tam aby leżąc na łóżku, przy lampce wina, dokończyć ostatnią część Harry’ego Pottera. Mrucząc coś o czystym wariactwie zaniósł paczkę córce, kazał ją schować do szafy i obejrzeć dopiero gdy Wojtysiaków nie będzie w domu. Przy okazji wdał się z Patrycją w dyskusję na temat czytanych książek.
- I wyobraź sobie Zocha… tata nie chce abyśmy miały w szkole bazyliszka albo smoka albo Puszka albo… no chociaż Aragoga! A przecież to najlepsza zabawa! Mam nadzieję, że będzie tam mnóstwo niebezpiecznych stworzeń, najlepiej w lesie. Jak ja bym chciała zobaczyć testrale! No i mówił jeszcze, że ma nadzieję, że nie ma u nas turnieju Trójmagicznego! To jest straszne, przecież to najlepsze ze wszystkich książek – powiedziała Patrycja z przejęciem podczas rozkładania szat na łóżku. 
Mogły bezpiecznie otworzyć paczkę ponieważ Wojtysiakowie pojechali na dłuższe zakupy. W środku czekały na Patrycję dwie granatowe szaty codzienne, jedna czerwona szata wyjściowa, dwa biało-granatowe stroje do ćwiczeń i jedna czarna peleryna jesienna. Dołączone były do nich dodatki: jeden pas złoty, jeden srebrny oraz czapka. Dziewczynka popatrzyła na nie ze zdumieniem wypisanym na twarzy.
- Zocha… co to jest!?
- Szaty szkolne, ślepa czy co?
- Ale, a-ale… przecież to nawet nie przypomina szat z Harry’ego Pottera! Mam jedną parę, kupiłam na Pottermore! To jakaś pomyłka! – Patrycja była zdruzgotana.
- No nie przypomina – odparła ze spokojem Zośka skubiąc słonecznik.
- Zocha!!!
- Pyśka, ty ślepoto jedna! Ty w ogóle patrzyłaś się na ludzi w Magowie?
- Ja… chyba... no…
- Nie zauważyłaś że inaczej wyglądali niż na filmach o Harrym?
- Tyle się działo, że się nie przyglądałam dokładnie... – odpowiedziała zaczerwieniona ze wstydu Patrycja. 
Nie rozumiała czemu Zośka się jej czepia. Przecież to było jak sen. Nie zwracała uwagi na ubrania czarodziejów. Bardziej skupiała się na przekonaniu ojca aby ją puścił do szkoły. To było w tym momencie ważniejsze niż jakieś tam łachy. Postanowiła zaatakować. 
– To może ty mi powiesz co to jest pani Mądralińska!

Zocha wstała z fotela, co trochę trwało biorąc pod uwagę jak ciężko się podnieść z worka wypełnionym styropianowymi kulkami. Odłożyła słonecznik na bok, w czasie drogi do łóżka otrzepała ręce i zaczęła mówić:
- To jest szata wyjściowa wzorowana na... eee... kontuszu – podniosła czerwoną szatę. Przypominała ona krótki szlafrok, miała długie, rozcięte rękawy zakończone białym futerkiem. Na kołnierzu oraz wykończeniu dołu także był cienki pas futra. Zapinane było na klatce piersiowej na 3 duże, złote guziki które po bokach miały złote hafty. – Nosiło się to dawno temu, już nie pamiętam dokładnie kiedy ale w Magowie co druga kobieta to miała, mężczyźni też tylko dłuższe. Popatrz, tu jest pas do tego… nie ten srebrny, ten złoty! Pod spodem nosi się długą sukienkę. Do tego masz czapkę… kurde… jak ona się nazywała. Później Ci powiem jak mi się przypomni. Widzisz? Jest czerwona z białym futrem więc na bank jest do wyjściowej. Te dwie są na co dzień – wskazała na szatę tego samego kroju co pierwsza jednakże nie było przy niej futra tylko srebrne hafty. Guziki i pas były tego samego koloru. Na lewym rękawie błyszczał się herb szkoły. Zośka wskazała na dwie kolejne. – To są stroje do ćwiczeń… no to chyba jasne skoro mamy tutaj koszulę i spodnie, lekki materiał… Te wierzchnie to chyba wtedy gdy będziemy biegać po boisku... Myślisz, że będzie tam jakieś boisko?
- Do quidditch’a na pewno, chociaż sorka wspominała o różnych sportach.
- No dobra, ostatni jest płaszcz abyśmy nie zmarzły – podniosła długą, czarną tkaninę. Kaptur miał wewnątrz futro, tak samo jak i na brzegach. Zapinany był na rząd złotych guzików. Nie miał rękawów, zamiast tego było dwie, obramowane złotym haftem dziury. Na piersi wyhaftowany był herb. – Niezłe, podoba mi się. A! Ta czapka to konfederatka! Wiedziałam, że coś związanego z „Przeminęło z wiatrem”.
- Z czym?
- Książek nie czytasz? – Zośka pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Czytam! Głównie o magii.
- Ale tamto to romans z historią USA w tle.
- Romans!? Historia!? Bleeee! – Patrycja zaczęła udawać, że gwałtownie wymiotuje.  – Jedyne co lubię to „Historia bez cenzury”, widziałaś to?
- Nie…
- To popatrz! Jest zajebiste, szkoda, że tak nie uczą w szkole… – po tym wyznaniu Patrycja włączyła Youtube.

Sytuacja z Anką Cegielską i resztą dziewczyn zakończyła się zerwaniem przyjaźni. Patrycja, mimo że początkowo była przygnębiona, stwierdziła że nie odczuła mocno straty koleżanek. Miała w końcu Zochę która jak nikt inny ją rozumiała i została jej nową najlepszą przyjaciółką. Czasami wstydziła się jej zachowania: zwyczaju rzucania się na nowo poznanych ludzi w celu wyściskania (pan Jan twierdził, że to zabawne), wymądrzania się i gadatliwości (tata Patrycji był zaskoczony książkami, które zna dziewczynka i chętnie podejmował dyskusję na dany temat), zjadania wszystkiego co jest zjadliwe (Pani Jadwiga była wniebowzięta, że ktoś prosi o trzecią dokładkę i zawsze ją komplementuje) czy noszenia dziwacznych ubrań („Pyśka, ty się nie znasz! Ciucholandy są ekstra!”). Mimo jej wad była wspaniałą kompanką w szalonych eskapadach z różdżkami w plecaku. Szukały ustronnego miejsca i tam na zmianę próbowały czarować. Ku rozpaczy Patrycji Zocha szybciej opanowywała kolejne zaklęcia. Mimo różnic potrafiły gadać całymi godzinami o przeczytanych fanfikach i razem wzdychały do Draco. Raz nawet ojciec Patrycji pozwolił zrobić im maraton filmów o Harrym co spotkało się z dezaprobatą pani Jadwigi i wyprawą z panem Janem do sklepu w celu kupienia dwóch opakowań lodów, trzech dipów, trzech paczek chipsów i różnych smaków drażetek czekoladowych.

Po rozmowach na tematy rodzinne okazało się, że Zocha wcale nie jest cyganką. Jej matka była drobną blondynką o niebieskich oczach, których kolor odziedziczyła jej córka. Ojcem był za to hindus, po którym dostała większą część wyglądu. Starsza siostra, piętnastoletnia Milagros wyglądała jak swoja matka. Zaś dziewiętnastoletni brat, nie wiedzieć czemu, urodził się rudy. Zośka nie bardzo chciała się przyznać, ale w końcu wyjawiła, że nie utrzymuje kontaktów z ojcem i nie ma jego nazwiska. Matka pracowała sezonowo za granicą przy zbiorach owoców i warzyw – dlatego rodzina nie miała dużo pieniędzy. Z tego powodu szkoła ufundowała Zośce stypendium, a wszystkie rzeczy do szkoły były z drugiej ręki. Jednak optymistyczna natura dziewczynki nie pozwoliła jej się użalać nad sobą. Uwielbiała chodzić po ciucholandach i szukać „perełek” do swojej kolekcji. Obecnie była pod wpływem filmów z Bollywood, które namiętnie oglądała ze starszą siostrą. Dlatego ubierała się w orientalne tuniki, sukienki, spódnice i szale. Patrycja na te dziwactwa często kręciła głową nie wiedząc co o tym myśleć. Jak można było nie chcieć iść do centrum handlowego i kupić ubrań z najnowszej kolekcji? Dziewczyny u niej w podstawówce miały swój styl: dużo różowego, bluzy z One Direction, jeansy i wzorowanie się na zagranicznych piosenkarkach. Nawet ona i Anka, mimo, że lubiły się przebierać za lolity w domu, do szkoły chodziły ubrane normalnie.
- Pyśka! Pokaż mi te swoje ciuchy z Japonii – rozkazała Zocha gdy obejrzały już wszystkie odcinki „Historii bez cenzury”. – Chcę zobaczyć czym się tak podniecasz.
Patrycja posłusznie otworzyła szafę. Zośka początkowo oglądała ubrania z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale w pewnym momencie odwróciła się do koleżanki z miną jakby wymyśliła lek na raka.
- To jest fajne! Weź załóż tą długą sukienkę w czarno-czerwoną kratę.
- Po co?
- Poco to się nogi noco! Pyśka, rób jak mówię! Nie jęcz, mordko ty moja i bierz dupkę w troki!

Patrycji nie pozostało nic innego jak spełnić prośbę koleżanki. Zastanawiała się skąd Zocha czerpie takie teksty. Czasem klęła z koleżankami na przerwach ale po cichu aby nauczyciele nie usłyszeli. Widać wychowanie na ulicy Lubartowskiej zrobiło swoje. Wyjęła wyjątkowo długą sukienkę z szafy i założyła na siebie. Zocha podała jej wyjściową szatę i kazała dodać do kreacji. Następnie obwiązała koleżankę pasem.
- Spójrz na siebie… Tak idziesz na rozpoczęcie roku! Jak ja coś powiem to nie ma chuja we wsi, jak nie pójdziesz to rzucę na ciebie klątwę. Zapewniam cię że już kupiłam u Madamy Zakrzewskiej odpowiednią książkę…. – dodała złowieszczym tonem tak na wszelki wypadek.
Postanowiły przejrzeć resztę loliciej garderoby Patrycji i skompletować ubrania pasujące do magicznego świata. Resztę dnia spędziły zamawiając więcej ciuchów przez internet.