poniedziałek, 21 grudnia 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 9 – Hogwart


Wielka Sala wyglądała tak jakby nigdy nie rozegrała się w niej walka. Cztery długie stoły, każdy dla innego domu, zajmowały większą część powierzchni. Przy ścianie naprzeciwko wejścia stały stoły dla nauczycieli i podium dla dyrektora szkoły. McGonagall wygłosiła długą mowę powitalną na temat tego co przyniesie przyszłość i jakie zmiany nastąpią po zakończonej wojnie. Hermiona zauważyła, że eliksirów nadal uczy Horacy Slughorn. Na miejsce zmarłej Aurory Sinistry przybyła czarownica w średnim wieku, która została przedstawiona uczniom jako Alvina Cyndeheard. Firenzo został przyjęty z powrotem do stada, co było wyraźnie na rękę Sybilli Trelawney, która siedziała na swoim miejscu z zadowoloną miną. Nowym nauczycielem Obrony przed Czarną Magią pozostał Oscar Williamson. Hermiona od razu rozpoznała w nim aurora, którego często widziała w Ministerstwie Magii. Mężczyzna mógłby być bratem Lucjusza Malfoya. Obydwaj byli wysocy, mieli identyczne, długie blond włosy oraz byli podobni z twarzy. Jednak profesor Williamson sprawiał wrażenie o wiele sympatyczniejszej osoby. Wskazywało na to upodobanie do czerwonych szat, szeroki uśmiech wysłany w kierunku uczniów i wesołe błyski w orzechowych oczach.
- Ciekawe czy klątwa Voldemorta przestała działać i gość przeżyje ten rok? –mruknęła Ginny pamiętając co mówił na ten temat Harry.
- Skoro zginął to bardzo możliwe, że przestała. Chociaż nie można mieć stuprocentowej pewności – odrzekła tonem znawcy Hermiona.
- Mam nadzieję, że wszystko wróci do normalności – dodał z nadzieją w głosie Neville.

Gdy Ginny z Hermioną przyszły na peron 9 i ¾ były zdumione widząc Neville’a szykującego się do wejścia do pociągu. Wyjaśnił im w przedziale, że w ostatnich chwili postanowili razem z Luną dokończyć szkołę. Niewielu uczniów czystej krwi zrobiło to samo co oni. Większość uznała, że skoro uczyli się w szkole i mają małe braki to równie dobrze mogą siedzieć w domu i tam uczyć się do egzaminów. Sytuacja mugolaków była inna. Nie wolno im było uczęszczać do Hogwartu w tamtym roku szkolnym więc niejako zostali zmuszeni przez sytuację do powrotu do szkoły. Tak było, między innymi, z Deanem Thomasem który dziwnie wyglądał bez towarzystwa Seamusa Finnigana.

Kolejną niespodzianką dla Hermiony było to, że została z Nevillem prefektami naczelnymi. Była bardzo dumna z siebie gdy otrzymała list z Hogwartu, a w niej odznakę. Ron trochę się z niej z tego powodu nabijał, ale przyznał, że McGonagall nie mogła wybrać nikogo innego. Jednakże Hermiona zmuszona była zrezygnować z tej funkcji. Oprócz prestiżu i wielu udogodnień (zwłaszcza jeśli chodzi o korzystanie z luksusowej łazienki) tytuł ten wiązał się z dodatkową pracą: patrolowaniem nocą korytarzy, omawianiem bieżących spraw szkoły z profesorami czy pisaniem raportów na temat nałożonych szlabanów i złego zachowania uczniów. Długo analizowała całą sytuację i stwierdziła, że tę funkcję może sobie odpuścić. Oprócz owutemów miała na głowie sprawę Snape’a, co chwilę była wzywana do Ministerstwa Magii jako świadek w procesach śmierciożerców, zaś ostatnia rozprawa Umbridge została wyznaczona na 29 września.  Z bólem serca napisała do profesora Flitwicka – obecnie zastępcy dyrektora, że bardzo dziękuje, ale jest zmuszona odstąpić miejsce komu innemu.

Po skończonej uczcie powitalnej uczniowie ruszyli ku swoim dormitorium. Czekając aż tłum w drzwiach się przerzedzi, Hermiona pogadała jeszcze chwilę z Luną która podeszłą do Neville’a aby dać mu buziaka na dobranoc.
- Wiecie kto jest drugim prefektem naczelnym? – spytała się swoim zwykłym, rozmarzonym głosem.
- Kto?
- Hanna Abott.
- Uczciwa i pracowita dziewczyna – stwierdził Neville.
- Zawsze miała dobre stopnie – dodała Hermiona przesuwając się bliżej drzwi.
- Nudna jak flaki z olejem – dogryzła jej ze złośliwym uśmiechem Ginny.
- Coś w tym jest… ale nawet nudni ludzie mogą nas zaskoczyć – oznajmiła Luna gdy wyszli z Wielkiej Sali. – Do zobaczenia! – krzyknęła i zniknęła w bocznym korytarzu.
- Uwielbiam ją – powiedział rozkochanym tonem Neville.

Następnego ranka Hermiona z Ginny wstały wcześnie. Napisały wspólnie list do Rona i Harry’ego, a następnie puściły sowę. W dobrych humorach, plotkując i śmiejąc się, zeszły na śniadanie. Tam zauważyły przybitego Neville’a, który siedział z pochmurnym wyrazem twarzy i dziobał ze złością jajecznicę z bekonem.
- Co się stało? – spytała się Ginny.
- To niesprawiedliwe.
- Co?
- Że musimy siedzieć przy swoich stołach.
Patrzył się na Lunę, która spokojnie smarowała grzanki masłem. Jako pogodna i bezstresowa osoba nie miała takich problemów jak jej chłopak. Ginny popatrzyła się na Neville’a ze zdziwieniem.
- Przecież możesz czasem do niej pójść.
- Czasem! Ja chcę ciągle z nią siedzieć!
- Rzeczywiście to trochę bez sensu – mruknęła Hermiona ogarniając wzrokiem uczniów jedzących śniadanie.
- A ja wiem co zrobić! – stwierdziła Ginny. – Bierzcie swoje talerze! Przesiadamy się, czas na małą rewolucję!
Neville’owi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wziął swój talerz i ruszył z dziewczynami w stronę Luny.
- Robicie reorganizację? – spytała się z uśmiechem gdy usiedli koło niej. – Super!
- A tak! – odparła wesoło Ginny. – Stara gwardia powinna trzymać się razem.
Na te słowa Luna podskoczyła i stanęła na ławie. Przyłożyła dłonie do ust i krzyknęła:
- Gwardia Dumbledore’a siedzi razem!

Na chwilę w Wielkiej Sali zrobiło się zupełnie cicho. Każdy uczeń oderwał się od swojego talerza i patrzył się na nią. Nauczyciele zastygli w bezruchu, większość z nich miała minę jakby pomyśleli, że dziewczyna zwariowała. Ciszę przerwał Dean Thomas, który jako pierwszy wstał ze swoim talerzem i dosiadł się do stołu Krukonów. Zaraz za nim zrobił to samo Denis Creevey. Wielka Sala wypełniła się podnieconymi szeptami i odgłosami przesiadających się uczniów. Gdy do Gwardii Dumbledore’a dołączyli jeszcze Justyn Finch-Fletchley, Ernie McMillan i Hanna Abott podeszła do nich Minerwa McGonagall.
- Możecie mi powiedzieć o co w tym wszystkim chodzi? – zapytała z marsową miną. – Czemu burzycie ponad tysiącletnią tradycję?
- Reagujemy na pani wczorajszą przemowę pani dyrektor – odpowiedziała Luna z powagą.
- Tak, to jest jedna z tych rzeczy, które trzeba koniecznie zmienić! – poparła ją Ginny.
- Może gdyby każdy siedział gdzie chce, domy byłyby mniej podzielone… mam na myśli zwłaszcza Slytherin – dodała Hermiona patrząc się w stronę stołu pod ścianą.

Minerwę McGonagall na moment zatkało, było widać że jest kompletnie zaskoczona. Gwardia z niecierpliwością czekała na to co dyrektorka powie na ich argumenty. Reszta uczniów spoglądała na tę scenę z wielkim zainteresowaniem.
- Słuchajcie! – zagrzmiała po dłuższej chwili. – Od dzisiaj… możecie siadać gdzie chcecie!
Po tym zdaniu zapanował jeden wielki krzyk. Gwardia Dumbledore’a wstała i zaczęła wiwatować. Reszta uczniów, w zdecydowanej większości, popierała ten pomysł i zaczęła się przesiadać.
- CISZA! – dyrektorka musiała użyć zaklęcia aby przekrzyczeć wrzawę. – Ale to dotyczy tylko zwykłych dni! W święta i w wyjątkowych okolicznościach widzę każdego ucznia przy swoim stole!
Hermiona wyszczerzyła zęby do Ginny, a ta odwzajemniła uśmiech. Rewolucja się udała, a one wiedziały, że po lekcjach wyślą drugą sowę do swoich chłopaków.

***

Po pierwszych dwóch tygodniach nauki Hermiona stwierdziła, że jest w swoim żywiole. Tęskniła za tymi grubymi murami mimo, że były świadkami okropnej bitwy. Brakowało jej mundurka szkolnego dzięki któremu nigdy nie traciła czasu na zastanawianie jak się ubrać. W przeciwieństwie do większości uczniów lubiła pisać długie wypracowania i czytać w bibliotece opasłe księgi. Obecność Ginny w dormitorium bardzo jej odpowiadała. Tyle razy mieszkały razem w czasie wakacji, że czuły się doskonale w swoim towarzystwie. W poprzednich latach Lavender i Parvati nie raz zaszły jej za skórę, gdy chciała się uczyć, a one szczebiotały o chłopakach lub ciuchach.

Nauki w ostatniej klasie było bardzo dużo. Wszyscy nauczyciele ostrzegali, że czeka ich ciężka harówka. Hermiona była spokojna o to, że zda. Wiedziała, że będzie mocno zajęta dlatego zaczęła się uczyć już w czerwcu. Nie wiedziała tylko czy uda się jej zdobyć najwyższe stopnie. Bardzo tego pragnęła, ale miała na głowie zobowiązania. Postanowiła nie brać na siebie już niczego więcej, nawet jeśli całe Ministerstwo z Harrym na czele będzie błagać ją na kolanach.


Jedynym wyjątkiem wśród nauczycieli był Horacy Slughorn. Zamiast straszyć klasę zbliżającymi się egzaminami powiedział, że wierzy w swoich uczniów. Argumentował to tym, że większość dostała ocenę „wybitny” z SUMów więc są na tyle inteligentni aby samemu zdobywać wiedzę. On jest tylko od tego aby dawać wskazówki i pomagać w razie potrzeby. Dlatego przydzielał uczniom zadania do zrobienia na lekcji, a sam podchodził do wybranych osób i starał się ich zagadywać na temat co słychać u Harry’ego i innych wybitnych, według niego, byłych uczniów Hogwartu. W poniedziałek stanął przy kociołkach Hermiony i Ginny aby oświadczyć im, że mają się pojawić na pierwszym spotkaniu Klubu Ślimaka, które odbędzie się w sobotę.

- Nie ma możliwości abym przyszła – oświadczyła Hermiona gdy wyszły z lochów. – Nie mam czasu na pogaduszki nad rosołkiem i kandyzowanymi ananasami.
- Zaprosił także Lunę i kazał jej przyjść z Nevillem, może być fajnie.
- Myślałam, że pójdziemy wtedy do Hogsmeade na szybkie piwo kremowe. Chciałam zaprosić Harry’ego i Rona…
- Pierwsze wyjście do Hogsmeade jest dopiero w październiku – powiedziała Ginny wzdychając ciężko.
- Skąd wiesz?
- Od McGonagall, powiedziała na spotkaniu prefektów.
- Czasem żałuję, że z tego zrezygnowałam… – westchnęła Hermiona z żalem.
- A ja zaczynam żałować że zostałam prefektem i kapitanem drużyny jednocześnie ponieważ nie mam na nic czasu. Ciągle mnie wszyscy męczą o miejsce w zespole - jęknęła Ginny. – Nie mogę się skupić na nauce, a testy nowych członków długo trwają.

Większość uczniów z niecierpliwością czekało na wybory drużyn, a później na rozgrywki pomiędzy domami. Ginny miała zamiar przeegzaminować sporą ilość koleżanek i kolegów z Gryffindoru. Ze starego składu został Richie Coote z szóstego roku oraz Jimmy Peakes z piątego, którzy byli pałkarzami oraz o rok młodsza od Ginny Demelza Robins, która grała na pozycji ścigającego. Pierwszym problemem, przed którym stanęła nowa kapitan było to, że do zespołu kandydował Dean Thomas. Był już ścigającym w drużynie i dobrze się sprawował, jednakże jako były chłopak Ginny mógł być słabym ogniwem w czasie gry. Oprócz umiejętności sportowych, zespół musiał się dobrze dogadywać. Wszelkie spory nie były dobrze widziane ponieważ mogłyby doprowadzić do przegranej (na przykład jak wtedy gdy Cormac McLaggen uderzył Harry’ego pałką). Ginny nie była pewna czy ich wspólna przeszłość nie odbije się na jakości gry. Z drugiej strony jak na razie był najlepszym kandydatem. Razem z Demelzą dały mu niezły wycisk na boisku i nie tylko wytrzymał jako jeden z nielicznych, ale i świetnie z nimi współpracował.
- Nadal nie wiem co zrobić z Deanem Thomasem – powiedziała strapiona do Hermiony.
- Może porozmawiaj z nim o tej sytuacji w cztery oczy.
- Chyba będę musiała…
- Nie wygląda jakby był nadal zły na ciebie – stwierdziła Hermiona.
- Mam taką nadzieję – mruknęła Ginny. – Jak skończę testy na pozycję obrońcy i szukającego to zajmę się nim.
- A ja pójdę dzisiaj po lekcjach do profesor McGonagall i poproszę o pozwolenie na pójście do Hogsmeade w sobotę.
- Nie uważasz, że to trochę irytujące, że jesteśmy pełnoletnie a potrzebujemy pozwolenia?
- Takie są zasady tej szkoły i ja je akceptuję.
- No tak… wiedziałam, że tak powiesz.
- Jeśli się zgodzi napiszę do Harry’ego i Rona czy będą mieli czas wpaść na małe piwko kremowe.
- Och! Mam nadzieję, że ci się uda! – pisnęła z nadzieją w głosie Ginny.

***

Z oddali dobiegała muzyka. Ginny z Hermioną zbliżały się szybkim krokiem do jej źródła, którym był gabinet profesora Slughorna. Były mocno spóźnione, ale zatrzymały się przed drzwiami aby chwilę odsapnąć.
- Mówiłam ci, że nie mam ochoty na tę imprezę – warknęła Hermiona.
- A ja ci mówiłam, że masz przyjść bo za dużo siedzisz w książkach i musisz się trochę wyluzować – wydyszała Ginny.
Profesor McGonagall udzieliła pozwolenia na wyjście do Hogsmeade dla dziewczyn. Hermiona od razu pobiegła wysłać sowy do Harry’ego i Rona. Zadowolona z siebie otworzyła wiadomości zwrotne podczas śniadania. Wtedy mina jej zrzedła ponieważ okazało się, że Harry ma w sobotę służbę w Ministerstwie Magii i nie może wziąć wolnego ponieważ tak podpadł Robardsowi obroną Snape’a, że ten zgrzyta zębami na jego widok. Ron zaś musiał pracować w sklepie ponieważ George rozchorował się i nie był w stanie wyjść z łóżka. Ginny pocieszała ją tym, że mogą iść na spotkanie Klubu Ślimaka, ale Hermiona nie chciała o tym słyszeć. Zakopała się w książkach i nic nie było w stanie jej od nich oderwać. Gdy Ginny wracała wieczorem z testów do drużyny Quidditcha lub spotkań prefektów, Hermiona albo się uczyła albo szukała kolejnych artykułów przydatnych do obrony Snape’a. W sobotę od wczesnego rana robiła to samo. Wtedy Ginny nie wytrzymała i zmusiła Hermionę do uczesania się, pomalowania i wciśnięcia w sukienkę. Następnie zaciągnęła ją przed gabinet profesora.
- Właź i nie marudź! – powiedziała i wepchnęła ją przez drzwi.
- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! – zagrzmiał chór głosów i zaskoczona Hermiona została obsypana konfetti.
- Co wy tu robicie? – spytała się Rona i Harry’ego, którzy stali i szczerzyli się do niej.
- Panno Granger, w imieniu swoim i wszystkich zebranych tu osób chciałbym życzyć ci wszystkiego najlepszego z okazji twoich dziewiętnastych urodzin – powiedział oficjalnym tonem Horacy Slughorn i podał jej ramię.
- Och! Dziękuję – wydyszała i złapała jego ramię.
Dopiero wtedy zauważyła wielki transparent na ścianie z napisem „Wesołych urodzin”. Pod nim stał stół gdzie były ułożone potrawy w formie szwedzkiego stołu, a w samym centrum pysznił się trzypiętrowy tort. Patrząc na jego wykonanie Hermiona była pewna, że jest to dzieło pani Weasley. Slughorn jednym machnięciem różdżki zapalił na nim świeczki.
- Dmuchaj dziewczyno! I niech się spełnią wszystkie twoje marzenia! – powiedział uroczystym tonem.

Gdy to zrobiła rozległa się burza oklasków po czym zebrani rzucili się aby złożyć jej życzenia i dać prezent. Ron jako pierwszy do niej podskoczył i złożył na jej ustach długi pocałunek, a następnie pomagał w układaniu kolejnych paczek, które miały zostać przetransportowane do dormitorium Gryffindoru przez skrzaty domowe. Harry i Ginny podeszli jako jedni z ostatnich gości.
- Dobra! Mów jak to zorganizowałaś!
- A skąd wiesz, że to ja? – spytała się Ginny z miną niewiniątka.
- Ponieważ powiedziałaś mi we wtorek, że idziesz na spotkanie prefektów, a Neville o nim nie wiedział, gdy spotkałam go w pokoju wspólnym. Myślałam, że po prostu zapomniał, ale teraz sądzę, że poszłaś do profesora Slughorna aby uknuć z nim spisek.
- Masz rację, to mój pomysł. Byłaś zdołowana, że nie możesz się spotkać z Ronem więc postanowiłam działać. Poszłam do profesora aby przekonać go do zrobienia ci przyjęcia – niespodzianki. Wtedy zagadnęłam go czy przypadkiem nie zna Gawaina Robardsa. Okazało się, że był jednym z jego ulubieńców. Obiecał mi napisać do niego aby zwolnił Harry’ego z obowiązków…
- … które mam odpracować w niedzielę i przy okazji wyczyścić toalety – mruknął Harry.
- Potem przekonałam Billa aby zajął miejsce Rona w sklepie. Pomyślałam, że skoro w pracy ciągle widzi jak przelicza się pieniądze to w sprzedaży sobie poradzi…
- … a jak nie to George przekręci mnie na lewą stronę – dodał Ron.
- Następnie poinformowałam wszystkich zaproszonych aby mieli czas kupić ci prezenty – Ginny uśmiechnęła się promiennie do Hermiony. – Genialna jestem, nie?
- Dziękuję, jesteś wspaniała – Hermiona odwzajemniła uśmiech i przytuliła ją. – Jesteś moją najlepszą przyjaciółką…
- Przepraszam, ale jeszcze ja mam coś dla panny Granger – dziewczyny usłyszały męski głos.

Gawain Robards stał obok nich z maleńką paczuszką w ręce, która widocznie była prezentem urodzinowym. Wręczył go z miną jakby chciał być w tym momencie gdzie indziej, a podczas składania życzeń patrzył się lekceważąco na Hermionę. Na koniec uścisnął mocno jej dłoń i gdy pomyślała, że już skończył się produkować, pochylił się do niej i spytał szeptem:
- Dlaczego taka mądra i ładna dziewczyna chce bronić takiego karalucha, który nie jest godzien całować śladów jej stóp?
Hermionę zatkało. Takiego pytania zupełnie się nie spodziewała. Gawain Robards nadal trzymał w żelaznym uścisku jej rękę i patrzył się natarczywie w oczy oczekując w odpowiedzi.
- Ponieważ mam taką zachciankę panie Robards…
- Mam nadzieję, że jesteś przygotowana na wojnę panno Granger.
- Od kilku miesięcy zbieram oddziały i szkolę je do bitwy – rzekła Hermiona siląc się na żartobliwy ton i marząc by puścił jej dłoń.

Brwi mężczyzny poszybowały w górę: teraz ona go zaskoczyła. Szybko się opanował i rzucił przez ramię odchodząc w stronę Slughorna, że Hermiona pewnie przegra tę sprawę mając takie lekceważące podejście do tematu. Stała w bezruchu przez chwilę wpatrując się w oddalającego się mężczyznę gdy podszedł Ron, przytulił ją i wyszeptał do jej ucha:
- Olej tego dupka.

- O nie, tego na pewno nie zrobię – warknęła. – Robards to poważny przeciwnik. Chce wojny to będzie miał wojnę. Wybronię Severusa Snape’a nawet gdybym musiała samodzielnie umyć mu włosy bez użycia rękawiczek!

sobota, 19 grudnia 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 8 – Kociołki, podróże i tym podobne

Elo Ziomy!
Znowu do was piszę! Mówiłem, że was wszystkich kocham? <3<3<3

Mam kilka ogłoszeń patafialnych!
1. Wróciliśmy do Anglii! Szkoda tych palm i piasku wszędzie, ale tutaj też nie jest źle. Zawsze mogę wykleić fototapetą pokój Juniora.
2. Anna69… TY JESTEŚ CHŁOPEM!? Twój pindol + moje oczy = Aaaargh!!!
3. Naxendia Vance – jesteś pewna, że nie chcesz iść chociaż na randkę? Daj mi szansę! Proooszę! Widziałem, że jesteś z Londynu, może skoczyć na szybkiego drinka do baru <mrug-mrug> :D

Powiem wam, że się nieźle zjaraliśmy przez słoneczko. Volduś to taki mały murzynek ^^

Znowu wyskoczyły mu krosty na pupci bo Senior go nie przypilnował na plaży podczas mojego polowania na dzikie kobity. Nie rozumiem jak można jeść piasek, przecież to takie suche… Rozumiem gdyby mordował małe kocięta i zjadał ich wnętrzności na surowo. To by było godne Mrocznego Lorda Vad… ups Voldemorta. To przez te Gwiezdne Wojny. Zawsze byłem fanem Vadera, marzyłem, że kiedyś go poznam. Byłbym jego pupilkiem <3


Wyobraźcie to sobie: Mroczny Lord Darth Szczurus! Ha! Byłbym niezwyciężony! Wtedy Voldek by mi zmieniał pieluchy, nie ja jemu! Ups! Tego nie słyszeliście! Nie! Nie! To nieprawda, że mu je podbieram po ostatniej wpadce! Buuu :(

Voldemort stwierdził, że nie ma opierdalania się i robimy eliksir wskrzeszenia. Głupia nazwa, bo tak naprawdę nikogo to nie wskrzesza. Musisz być taką małą, żałosną formą życia jak Voldek. Wtedy zrobi z ciebie dorosłego. W sumie tak naprawdę to kombinacja eliksiru wzrostu i postarzającego. Ten pierwszy jest prosty do zdobycia: trzeba się włamać do Świętego Munga i podpierniczyć skrzynkę z magazynu szpitalnego. Bułka z masłem!

Z drugim będzie problem: robi się go przez jakieś pół roku. Na dodatek ma takie składniki, że głowa mała. Dosłownie głowa mała bo trzeba mieć Tsantse… To coś:


Indianie to robią. W Ameryce Południowej. Zgadnijcie kto ma to zdobyć? Tak, ja! Mówiłem mu: Mistrzu, ujawnij się, daj to zadanie jakiemuś śmierciożercy. Uwolnijmy Bellę z Azkabanu, ona wpadnie do wioski, rozpierdzieli wszystkich i wszystko w około, roześmieje się jakby była chora psychicznie i weźmie główkę. Ale nie… nie chce… ja wiem, że woli Seniora… on mu daje piasek żreć… ja biedny Glizdek nie jestem już potrzebny… buuu… czuje się wykorzystany jak po nocy z Alvinem…

W czasie gdy będę polował na Indian jak jakiś niedorobiony konkwistador to Senior zajmie się pędzeniem eliksiru. Z jednej strony mu zazdroszczę, bo będzie przy Voldusiu. Z  drugiej strony robi się ten eliksir z jednorożcowego łajna. Ale mu będzie walić chałupa! Ha, ha! Tego mu nie zazdroszczę :D. No i mi obiecał, że zrobi Voldusiowi jak najwięcej zdjęć i tym razem będzie pilnował swojego włażącego wszędzie palca. Dosłownie, w hotelu spaliśmy wszyscy razem w komórce, bo nas nie było stać na pokój. Rano obudziłem się z palcem Barty’ego w… dobra, oszczędzę wam szczegółów…

Na dodatek nie mamy aż tak wielkiego kociołka, aby się tam dorosły Voldemort zmieścił. Musieliśmy złożyć zamówienie Gandalfa, bo odkąd wyprał się w Perwolu to ma wyższy magiczny level i potrafi robić takie cuda. Tylko, że ma sporo pracy, jakiś tam pierścień i te sprawy, więc termin wynosi minimum pięć miesięcy. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło: Harry trochę dłużej pożyje. Wprawdzie Barty’ego Juniora trochę korci aby go popieścić cruciem, ale się powstrzymuje.

W ogóle to muszę się wam wyżalić. Junior mnie wkurza! Przysyła takie lizodupne listy do Voldzia, że głowa mała! Ostatnio ozdobił kopertę serduszkami i naklejkami z Monster High! A to cham! Foch! Tylko ja mogę wielbić naszego mistrza!

Zaczęliśmy myśleć nad dodatkowym źródłem pieniędzy. Autografy Voldzia na aukcji nie poszły. Moje szaliczki co je dziergam na drutach też nie. Musimy wymyślić coś innego…

Może Wy podrzucicie mi jakieś pomysły? Coś, ktoś?
Wiecie jak WAS lofffciam :*
Wasz Glizdek <3


P.s. – prostatę mam w porządku! Dzięki Barty za fachową opinię!

czwartek, 17 grudnia 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 8 – Mystopy


Patrycja z ojcem podeszła do drzwi budynku Wydziału Komunikacji Magicznej w Lublinie. Pan Grzegorz nieźle się namęczył targając za sobą wielką walizkę, zazwyczaj wyręczał go w tym Pan Jan, ale tego dnia nie można było go zabrać ze sobą. Patrycja miała na plecach plecak, który kupiła niedawno przez internet. Był tak samo szalony jak jej stroje: czerwony materiał imitował krokodylą skórę, cały był pokryty ćwiekami, a na klapie zwisały dwie białe rzeczy które miały być czymś w rodzaju skrzydeł. Mężczyzna pomyślał, że Patrycja będzie pasować do tego całego magicznego towarzystwa.
- PYYYYYŚKAAAAAA!
Patrycja ledwo utrzymała się na nogach, gdy Zocha wpadła na nią z rozpędu aby ją wyściskać. Za nią człapał chudy nastolatek dźwigający skórzaną torbę pamiętającą lata 60. Rozejrzał się jakby szukał pomocy i tak się zaczerwienił, że nie widać było różnicy między jego skórą a włosami.
- To mój brat! Sajmon! – wskazała na niego Zocha. – Leci z nami aby mnie odprowadzić do internatu!
Sajmon mruknął pod nosem powitanie, widać było, że cała ta sytuacja go przerasta. Stanął w pobliżu ściany kamienicy z miną jakby chciał wsiąknąć w mur. Pan Michalski popatrzył na zegarek i stwierdził, że mają dziesięć minut do odejścia świstoklika. Po lekturze Harry’ego Pottera czuł się pewniej w magicznym świecie i przestał przekręcać nazwy.

Dziewczynki weszły do budynku. Środek przypominał dworzec PKP: po hali kręciło się sporo podróżnych, pod jedną ze ścian stało kilka kas z pracownikami WKM, którzy sprzedawali bilety, z drugiej strony była kawiarenka „Świśnięty świstoklik”.
- Niech przyleci tutaj jakiś obcokrajowiec i spróbuje TO wypowiedzieć – zachichotała Zocha gdy przeczytała szyld.
Obok niego była filia biura podróży „ZW – Zaczarowane Wakacje”. Mieli sporo klientów jak na ostatni dzień sierpnia. Gdy Patrycja zobaczyła w środku transparent z napisem „Wrześniowe wyjazdy – 45%” zrozumiała o co chodzi. Nad kasami były dwie tablice na których w magiczny sposób pojawiały się przyloty i odloty świstoklików. Co jakiś czas kobiecy głos (dziewczynkom wydawało się że wydobywa się ze ścian) oznajmiał o przebiegu magicznej komunikacji. Ich środek transportu odchodził ze stanowiska numer osiem. Podeszli do szerokich drzwi z napisem „Sale odlotów”. Patrycja zauważyła, że obok były jeszcze dwie pary takich samych drzwi. Na jednych był napis ”Sale przylotów – zakaz wstępu” oraz „Sale kominkowe”. Domyśliła się, że z tych ostatnich można było podróżować przy pomocy proszku Fiuu.
- Nawet niezłą organizację mają czarodzieje – mruknął ojciec dziewczynki. – A u nas PKP to jeden wielki burdel…
Weszli przez drzwi do ośmiokątnego pomieszczenia, na każdej ścianie było wejście do windy. Ustawili się przy jednej z nich. Tego dnia było sporo ludzi chętnych do podróży. Patrycja podejrzewała, że większość nastolatków z kuframi, walizkami i plecakami leciała tam gdzie oni. W końcu następnego dnia był początek roku szkolnego, a w internacie należało się zameldować dzień wcześniej.

Windy okazałe się bardzo duże w środku mimo, że nie wyglądały takie na zewnątrz. Co zaskoczyło podróżujących to fakt, że nie było w środku guzików. Gdy wszyscy wsiedli drzwi same się zamknęły i winda pomknęła łagodnie w dół.  Po kilku sekundach zatrzymała się i gdy wypuściła wszystkie osoby, zamknęła drzwi i wróciła na górę.
Podróżni skierowali się do swoich stanowisk, przed każdym stał czarodziej który sprawdzał bilety, nad wejściem była tabliczka z numerem oraz godziną i miejscem dolotu. Następnie wchodziło się do kwadratowego pomieszczenia, lampy naftowe oświetlały grube, zimne mury. Bez wątpienia byli głęboko pod ziemią. Pod ścianami stali podróżni, a po środku na okrągłym stole leżała plastikowa obręcz. Pan Grzegorz nie był na to przygotowany.
- Będziemy podróżować za pomocą hula - hop? – szepnął przerażony.
Sajmon zdecydowanie podzielał zdanie ojca Patrycji. W tym momencie wyglądał jakby go spetryfikowano. Gdyby mógł uciekłby natychmiast, za to dziewczynki były wyjątkowo podniecone. Czarodziej przy drzwiach odliczał ile zostało czasu do odlotu. Gdy została minuta wszedł do pokoju zamykając drzwi i powiedział donośnym głosem:
- Proszę aby wszyscy podeszli do świstoklika i złapali się go. Przypominam aby duże bagaże trzymać drugą ręką jak najdalej od siebie – rzekł, popatrzył się złoty zegarek kieszonkowy i zaczął liczyć sekundy. – Pięć…cztery… trzy…dwa… jeden!
Hula – hop zaświeciło się na błękitno i wszyscy trzymający się go ludzie poczuli ostre szarpnięcie.

***

Gdy podróżni wyszli z budynku Wydziału Komunikacji Magicznej w Mystopach zobaczyli okazały plac, którego środek zajmowała sporej wielkości fontanna, przedstawiająca Jana Twardowskiego siedzącego na kogucie. Woda tryskała z uniesionej różdżki Mistrza,  rozwartego dzioba ptaka oraz łukowo wygiętych piór wieńczących okazały ogon. Cień rzucały wiekowe buki rosnące wzdłuż alejek, a pod nimi umiejscowione były ławeczki. W ozdobnych kwietnikach kwitły wielokolorowe róże. Cały plac tętnił życiem, czarodzieje i czarownice w różnym wieku zmierzali w najprzeróżniejszych kierunkach. Niektórzy siedzieli na ławeczkach i delektowali się cieniem rzucanym przez wiekowe drzewa. Inni spotykali się ze znajomymi pod fontanną, zaś małe dzieci wskakiwały do niej aby popluskać się w wodzie.
- Co teraz? – jęknął zestresowany Sajmon.
- Idziemy poszukać podwózki do zamku – odpowiedział pan Grzegorz pamiętając o wskazówkach, które udzieliła mu Angelique. – Podejrzewam, że musimy iść za tymi nastolatkami z torbami – wskazał grupkę, która ubrana była w stroje czarodziejów.

Okazało się, że przystanek był tuż za rogiem WKM. Uczniowie, sami lub z rodzicami, stali w kolejce przy drodze pokrytej brukiem. Patrycja z Zochą podeszły do rozkładu umieszczonego na boku drewnianej wiaty przystankowej i dowiedziały się, że kolejny omnibus podjedzie za czternaście minut.
- Omnibus? A co to takiego? – zdziwiła się córka Grzegorza.
- Taki pojazd z dawnych czasów – odpowiedział nieoczekiwanie Sajmon.
- Jak to wygląda?
- Zobaczysz za czternaście minut – odburknął niezbyt grzecznie i zajął się studiowaniem planu miasta, który stał niedaleko nich.
Pan Grzegorz podszedł w ślady Sajmona, przyjrzał się Mystopom i zauważył, że miasteczko czarodziejów ciągnie się wzdłuż łuku małej rzeki zwanej Czarnulką. Zamek Durentius, razem z jeziorem przepływowym, znajdował się po drugiej stronie góry i prowadziła do niego główna droga, przy której ulokowane były najważniejsze budynki oraz jedyna linia komunikacyjna prowadzona przez Czarodziejskie Towarzystwo Omnibusowe. Gdy z ciekawością czytał nazwy zaznaczonych obiektów, usłyszał krzyk Patrycji:
- Patrz tato!

Odwrócił się i zobaczył czwórkę nastolatków lecących na miotłach. Wykonywali dzikie akrobacje ku uciesze tłumu. Nurkowali ku ziemi i w ostatnich chwili podrywali się w górę. Każdy z nich miał zakrytą twarz.
- Ooooooo ja cię! – krzyknęła zdumiona Zocha patrząc się na nich z szeroko otwartymi oczami.
Nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się czarodziej ubrany w ciemnozielone szaty. Na plecach miał wyszyte złote litery układające się w słowo „CZOP”. Magicznie wzmocnionym głosem krzyknął:
- MACIE NATYCHMIAST WYLĄDOWAĆ! LATANIE NA MIOTŁACH POZA WYZNACZONYMI MIEJSCAMI JEST SUROWO WZBRONIONE!
Nastolatkowie od razu rzucili się do ucieczki. Pracownik Czarodziejskiego Oddziału Prewencji wyjął różdżkę i wskazał na nich krzycząc „Immobilus”. Najbliższy młodzieniec momentalnie zawisł w powietrzu, jego koledzy zdążyli uciec. Strażnik porządku przywołał go kolejnym zaklęciem na ziemię, po czym zdjął z jego twarzy bandanę i gogle.
- TO ZNOWU TY! – ryknął do odczarowanego nastolatka. – Podejrzewam, że latali z tobą Czesiek, Markus i Nadzieja! Jak skończę z tobą to dorwę ich wszystkich!
- Zazdrości nam pan, że umiemy latać na miotle? – nastolatek uśmiechnął się bezczelnie do mężczyzny.
- Idziemy do twoich rodziców! – warknął CZOP-ek.
- Phi! Jakoś wcale się nie boję – odrzekł złapany i poszedł za stróżem prawa machając wesoło do zgromadzonych gapiów.
Pan Grzegorz oglądał ten rozwój wypadków z przerażeniem na twarzy. Odezwały się w nim ponownie lęki związane z posiadaniem magicznej córki. Postanowił działać od razu.
- Spróbuj tylko iść w jego ślady to koniec ze szkołą! – pogroził palcem swojej córce.
- Tatooooooo, nie przesadzaj – jęknęła Patrycja.
- Niech pan będzie spokojny o nas! – odezwała się wesoło Zocha. – Nas tak łatwo nie złapią!
Sajmon miał minę jakby miał zamiar zwymiotować.

Okazało się, że omnibus wygląda jak elegancki, czarny dyliżans z czerwonymi kołami. Mimo niewielkich rozmiarów zewnętrznych, w środku mieściło się swobodnie dwadzieścia osób. Bagaże zostały umieszczone, przy pomocy magii, na dachu i z tyłu pojazdu. Nie był ciągnięty przez konie, jak zakładały dziewczynki, tylko sunął łagodnie nad ziemią kierowany różdżką przez czarodzieja, który siedział z przodu na koźle. Obok niego usadowił się konduktor, który pobierał opłaty za przejazd od wsiadających. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, woźnica krzyknął „Locomotor omnibus” i pojazd pomknął w stronę zamku.

Pan Grzegorz był psychicznie przygotowany na jazdę rodem z „Błędnego Rycerza”, jednak okazało się, że nic takiego nie miało miejsca. Pogoda za oknami była piękna, góry pokryte były zielonym lasem. Omnibus sunął dostojnie drogą wzdłuż „Czarnulki” i podróżni mieli wrażenie, że jadą poduszkowcem. Rzeka okazała się niezbyt szerokim i stosunkowo płytkim potokiem, nad którym postawione były kamienne mostki prowadzące do budynków lub bocznych uliczek. Co kilka minut omnibus zatrzymywał się na przystanku. Najpierw przy Szpitalu Świętej Trójcy, następnie przy Magicznym Ośrodku Uzdrowiskowym „Mystopy”, zaś przedostatnim przystankiem był hotel „Złote Pióro”. Pana Grzegorza uderzyło jak inne jest to miasteczko od Magowa. Tam królowały bogate kamienice, tutaj dominowała architektura charakterystyczna dla gór. Drewniane i kamienne budynki miały spadziste dachy, ozdabiane były ornamentami i malunkami, a nie kamieniami szlachetnymi. Co je odróżniało od mugolskiego Zakopanego, to fakt, że zdecydowana większość była pomalowana na jaskrawe kolory.

W pewnym momencie dziewczynki wypatrzyły w oddali jezioro, a im bardziej omnibus przybliżał się do celu tym bardziej widoczny był zamek Durentius. Patrycja przeżyła kolejne rozczarowanie.
- To nie wygląda jak Hogwart… - pisnęła żałośnie.
- Co ci się znowu nie podoba? – spytała się Zocha patrząc na nią ze zdziwieniem. – Dla mnie jest wspaniały!
- Tamten był taki mroczny, ciemny, a ten jest biało-czerwony! – dziewczynka była zdruzgotana. – Nie ma takich wysokich wież… No i to jezioro jest takie małe, jak tam ma mieszkać wielka ośmiornica?
- Rzeczywiście wygląda inaczej niż w filmie – potwierdził pan Grzegorz. – Nie powiem ci za wiele bo się nie znam na architekturze…
- To kto mi powie czemu te zamki są inne? – spytała się Patrycja.
- Hogwart, jeśli naprawdę był zbudowany ponad tysiąc lat temu, to jest przykładem architektury przedromańskiej. Pewnie w międzyczasie był nie raz przerabiany. W filmach miał dużo elementów stylu gotyckiego, typowego dla Wielkiej Brytanii! – powiedział obrażonym tonem Sajmon odwracając się do Michalskich, którzy siedzieli za nim. – To co tutaj widzimy, to jak w mordę strzelił, architektura renesansowa, chociaż widzę, że był niedawno odnawiany i kilka budynków zostało wybudowanych dużo później bo mają elementy typowe dla baroku i klasycyzmu. Weźcie się uczcie ludziska!
Po tym wykładzie, chłopak założył ręce na piersi i odwrócił się ostentacyjnie. Patrycja z ojcem wymienili zdumione spojrzenia i zrobili miny do Zochy aby wyjaśniła o co chodziło jej bratu. Wzruszyła ramionami i powiedziała, że chłopak w tym roku zdał maturę z historii sztuki więc z architekturą jest na bieżąco.

Zamek zbudowany został na wysuniętej ku jeziorze skale. W tle widać było tylko zalesione góry i bezchmurne niebo. Omnibus wjechał pomiędzy budynkami na zewnętrzny dziedziniec, zatrzymał się przed główną bramą gdzie wypuścił podróżnych. Następnie zrobił okrążenie wokół boiska do quidditcha i pojechał w kierunku miasteczka, zapełniony powracającymi opiekunami uczniów. Michalscy z Zochą i Sajmonem postanowili znowu podążać za grupką nastolatków. Gdy przeszli przez bramę zobaczyli wewnętrzny dziedziniec obramowany krużgankami. Pan Grzegorz zauważył, że wszystko jest utrzymane w kremowej barwie, tylko czerwona dachówka spadzistego dachu odcinała się na jasnym tle. Zdziwił się, że śledzeni nastolatkowie nie weszli w jedne z wielu drzwi znajdujących się w polu widzenia. Zamiast tego skierowali swoje kroki ku małej bramie. Okazało się, że za nią stoją kolejne budynki, które były już w zupełnie innym stylu niż zamek, jednakże pasowały do niego kolorystycznie. Nastolatkowie podzielili się według płci: dziewczyny poszły w stronę prawego skrzydła najbliższego gmachu, a chłopaki w stronę lewego. Ojcu Patrycji i reszcie kompanii nie pozostało nic innego jak podążyć za żeńską grupą.

W Internacie zostali poinstruowani gdzie iść przez portierkę. Po wejściu na pierwsze piętro udali się do opiekunki klas pierwszych gimnazjum. Powitała ich młoda, puszysta czarownica, która przedstawiła się jako Ilona Jasińska. Wyściskała swoje nowe podopieczne i trajkocząc jak mała katarynka zaprowadziła wszystkich do swojego gabinetu aby wypełnić odpowiednie papiery. Okazało się, że została uprzedzona przez Angelique, że mama Zochy jest za granicą i chwilowo Sajmon sprawuje nad nią opiekę.
- Tutaj macie regulamin – powiedziała dając wszystkim broszurki. – Należy się z nim zapoznać. A teraz chodźmy do nowego pokoju dziewczynek! Będziecie mieszkać z dwoma innymi czarownicami z waszej klasy. W pokojach obok będą dziewczyny z klas „a”, „b”, „d”, „e” i „f”. Nie przejmujcie się jeśli trzech ostatnich klas nie zrozumiecie ponieważ są to wasze rówieśniczki z zza granicy. W „d” i „e” są głównie z Ukrainy, Białorusi, Słowacji i Kazachstanu. Klasa „f” jest angielskojęzyczna, chodzą do niej dziewczęta z najróżniejszych krajów. W tym roku mamy, między innymi, dwie Japonki, dziewczynę z USA, cztery Brytyjki oraz Egipcjankę i Brazylijkę – wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić dalej. – Plan dnia jest zawsze taki sam: pobudka o 7 rano, posiłki jemy w stołówce, śniadanie jest o 7.45, obiad o 13.30, a kolacja o 19.00, cisza nocna obowiązuje od 22.00. Jeśli będziecie głodne możecie skoczyć do sklepiku szkolnego, który jest ulokowany we wschodnim skrzydle zamku. W internacie macie najpóźniej się zameldować o godzinie 20.00, wszelkie wizyty muszą być zgłaszane w portierni i mogą odbywać się pomiędzy 9.00 a 18.30, jeśli chcecie pojechać do miasteczka musicie mi to zgłosić i podać przybliżony czas powrotu. Za niesubordynację są kary: praca na rzecz szkoły i obniżenie z zachowania. Za dobre zachowanie nagrody: najczęściej wycieczki w różne miejsca, jakieś drobne prezenty, zamówienie pizzy do pokoju lub potańcówka z chłopcami – puściła oczko do Patrycji i Zochy. – A teraz zapraszam do waszego pokoju!

Pani Ilona zapukała do drzwi z numerem 36 i nie czekając na odpowiedź nacisnęła klamkę. W środku stała rodzina czarodziejów składająca się z rozzłoszczonego mężczyzny, zapłakanej córki i szlochającej matki. Obydwie były ubrane w bliźniacze, bogato zdobione suknie i obie miały takie same, jasnobrązowe włosy skręcone w misterne loki. Na widok nowo przybyłych kobieta jeszcze mocniej przytuliła dziewczynkę i zaczęła płakać. Czarodziej był wyraźnie zirytowany jej zachowaniem.
- Zobacz Telciu! Przyszły twoje nowe koleżanki, a ty dajesz pokaz mazgajstwa! – powiedział wskazując na Patrycję i Zochę, które stanęły w miejscu nie wiedząc jak się zachować.
-  Może jednak pan jej odpuści… - zaczęła łagodnie pani Ilona. – Widocznie mała potrzebuje jeszcze trochę czasu, może za rok będzie lepiej.
- Nie będzie lepiej! – warknął i złapał żonę za ramię. – Przestań histeryzować! Telcia doskonale sobie poradzi. Dobrze jej to wszystko zrobi.
- Oooonaaa jeeest taaakaaa malutka!
Pan Grzegorz pomyślał, że to dobre stwierdzenie, ponieważ dziewczynka była wyjątkowo niska jak na swój wiek. Patrycji sięgała do podbródka, a Zośce do nosa.
- Da sobie radę! Idziemy – rzucił ostro.
- Nie chcę!!! – krzyknęła Telcia.
- Jeszcze chwila a nie dostaniesz kieszonkowego aż do przyszłego roku! – zagroził.
Na te słowa dziewczynka puściła matkę i rzuciła się na łóżko gdzie zaczęła szlochać. Jej matka przestała płakać, patrzyła się z oburzeniem na męża. Ojciec Patrycji pomyślał, że musi zapamiętać tę groźbę na wypadek, gdyby jego córka zaczęła grymasić.
- Jesteś okrutny! – stwierdziła z wyrzutem po czym pocałowała córkę w tył głowy. – Mamusia musi iść kochanie…
- Buuu!
- Masz być grzeczna bo inaczej będzie źle – zagroził czarodziej. – Wszystkiego się dowiem! Do widzenia państwu! – ukłonił się panu Grzegorzowi i Sajmonowi wychodząc razem z żoną przez drzwi.

Pani Ilona pocieszała Telcię podczas gdy Patrycja z Zochą rozpakowywały swoje torby. Każda dziewczynka miała dla siebie wąskie łóżko, przy nim szafkę. Na ścianach czekały na wypełnienie półki. Do podziału były dwie, duże szafy oraz dwa biurka. Meble wyglądały na stare, ale zadbane. Pokój był utrzymany w kolorystyce pudrowego różu, a mocniejszymi akcentami były zielone narzuty na łóżka, zasłony i dywaniki. Patrycja, która już zaakceptowała, że nie wszystko jest jak w Harrym, była całkiem zadowolona z nowego miejsca zamieszkania.
Po rozpakowaniu toreb nastąpiło pożegnanie dziewczynek z panem Grzegorzem i Sajmonem. Obydwaj musieli zdążyć na powrotny Świstoklik. Pani Ilona zapewniła, że zajmie się swoimi nowymi podopiecznymi i zda raport z ich zachowania w następnym tygodniu.
Gdy dorośli wyszli Patrycja z Zochą zaczęły tańczyć z radości na środku pokoju.
- I z czego się tak cieszycie? – dobiegł do nich stłumiony głos Telci.
- Tu jest super!
- Nieprawda! Tu jest strasznie! – jęknęła dziewczynka i wróciła do szlochania w poduszkę.
- Eee tam, nie znasz się! – stwierdziła Zocha i wyszczerzyła się do Patrycji.

Późnym popołudniem dołączyła do nich jeszcze jedna dziewczynka, która nazywała się Katarzyna. Okazało się, że jest bardzo cichą i skrytą osobą. Dziewczynom nie udało się wciągnąć jej do rozmowy. Obydwie z Telcią milczały przyglądając się wariactwom Patrycji i Zochy. Gdy otworzyły się drzwi do pokoju w czasie najgłośniejszych śpiewów, dziewczynki były pewne, że przyszła do nich pani Ilona aby je uciszyć. Jednakże bardzo się ucieszyły gdy zobaczyły Angelique. Od razu do niej podbiegły krzycząc „cześć sorko”.
- Witam dziewczynki – powiedziała z uśmiechem. – Chciałam was komuś przedstawić. Uznałam, że to ważne aby to zrobić dzisiaj, a nie jutro.
- Komu? – spytały podniecone.
- To jest Amelia – Angela otworzyła szeroko drzwi i wprowadziła do pokoju dziewczynkę w ich wieku.
- Kurka wodna! – pisnęła Patrycja.
- Ja pierdolę! – Zocha stanęła jak wryta.
Telcia i Katarzyna patrzyły się na tę scenę z szeroko otworzonymi oczami, nic nie rozumiejąc.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 8 – Pokaż mi swoje wspomnienia


Ich pojawienie się w Hogsmeade wzbudziło małą sensację wśród lokalnej społeczności. Wszyscy chcieli uścisnąć Harry’ego i Hermionę. Dopiero po dłuższym czasie udało im się wyrwać z rąk tłumu i podążyć ścieżką prowadzącą do Hogwartu.
 - Jakby nas nigdy nie widzieli – powiedziała rozdrażnionym tonem Hermiona.
- Cieszą się, że wojna się skończyła – stwierdził Harry. – Wiesz, że jesteśmy znani i teraz tak będzie wyglądać nasze życie.
- Dobrze, że zamieszkałam z rodzicami, mugole nie zwracają na mnie uwagi, a kilka zaklęć trzyma wielbicieli z dala.
- Grimmauld Place też jest dobrze chronione… - Harry stanął na ścieżce. – Wiesz co Hermiono sobie pomyślałem? A może byśmy tak zamieszkali u mnie we czwórkę?
- Hmmm… - Hermiona się wykrzywiła. – To… ja wiem, że nie jest tam przyjemnie mieszkać tylko ze Stworkiem… ale, nie obraź się, nie lubię tego domu.
- Domyślałem się, że tak powiesz – Harry wzruszył ramionami. – Też go nie lubię, ale w tym momencie to najlepsze miejsce dla mnie. Kiedyś zamieszkamy gdzieś z Ginny, znajdziemy jakiś dom z ogrodem… - rozmarzył się.
- A co z Grimmauld Place?
- Nie wiem. Nie mam serca go sprzedać ze względu na Syriusza, ale mieszkać tam nie zamierzam. A ty kiedy zamieszkasz z Ronem?
- Nie mamy jeszcze planów. Ja bym chciała coś mugolskiego w Londynie aby mieć blisko do rodziców.
Wyszli z lasu i ich oczom ukazał się Hogwart. Nadal było widać na nim ślady walki, ale większość murów i wież została naprawiona. Chatka Hagrida wyglądała jakby nigdy nie spłonęła. Czary były zbawieniem jeśli chodzi o szybkość prac budowlanych.
- Uwijają się – stwierdziła Hermiona. – Jak zacznie się rok szkolny uczniowie spokojnie będą mogli tutaj przebywać.
- No tak – jęknął Harry. – Wyjeżdżacie za niecałe dwa tygodnie.
- Będziemy często do was pisały.
- Mamy z Ronem taką nadzieję!

Minerwa McGonagall czekała na nich przy drzwiach wejściowych, które wyglądały jakby nigdy nie zostały zniszczone podczas walk. Wiedziała o ich przybyciu ponieważ Harry wysłał do niej wcześniej sowę. Gdy zobaczyła swoich dawnych uczniów uśmiechnęła się szeroko.
- Witajcie – powiedziała.
- Dzień dobry pani profesor – odpowiedzieli uśmiechając się promiennie.
W drodze do gabinetu dyrektora opowiadała im jak postępują prace nad odbudową zamku. Wiele czarownic i czarodziejów zgłosiło się do pomocy. Wszystko wskazywało, że do pierwszego września prace zostaną zakończone. Następnie wdali się w pogawędkę o sprawach osobistych. McGonagall bardzo była zadowolona z faktu, że Hermiona zamierza kontynuować naukę. Harry'emu pogroziła palcem, ale stwierdziła, że skoro robi to co zawsze chciał wykonywać w życiu to nie będzie mu wypominać braku pełnego wykształcenia.
- Pamięta pani jak powiedziała Umbridge, że zostanę aurorem?
- Ooo tak! – Minerwa zachichotała. – Musi być z tego powodu bardzo niezadowolona. Myślę, że ogólnie życie potoczyło się nie po jej myśli. Gdy zeznawałam przeciwko niej w Ministerstwie Magii wyglądała jakby chciała rzucić na mnie urok.

Cała trójka zatrzymała się przed chimerą gdzie McGonagall podała jej hasło („veni, vidi, vici”). Weszli do jej nowego gabinetu. Większość tajemniczych przyrządów z czasów Dumbledore’a zniknęła. Swojego położenia nie zmieniła ani Tiara Przydziału, ani Myśloodsiewnia. Kiedy Hermiona była tu ostatnim razem z Harrym i Ronem to wszystkie obrazy powitały ich aplauzem. Teraz większość z byłych dyrektorów, jak to miała w zwyczaju, drzemała w swoich ramach.
- Komisja wyznaczona przez Wizengamot była już tutaj i przesłuchiwała obrazy? – spytał się Harry.
- Tak, kilka dni temu – potwierdziła McGonagall.
- Więc możemy zabrać to po co przyszliśmy?
- Skoro musicie – odparła dyrektorka. – Rozumiem, że Severus nie dał wam innego wyboru?
- Nie dał – powiedział Harry zabierając wspomnienia z myśloodsiewni i wkładając je do fiolki. – Zagroził, że jeśli je komuś pokażę to nie pozwoli Hermionie zostać jego obrońcą.
- Cały Snape…
- Nawet mi nie pozwolił ich obejrzeć – rzekła Hermiona. – Spełnię jego wolę chociaż uważam, że wspomnienia pomogłyby przy procesie.
- Co z nimi zrobicie? – zapytał sennie portret Albusa.
- Kazał mi je ukryć w bezpiecznym miejscu – odpowiedziała Hermiona. – Uzgodniliśmy wszystko, gdy to zrobię ma zajrzeć do mojego umysłu aby się przekonać, że nie kłamię i wtedy się zgodzi na to abym była jego obrońcą – westchnęła.
- Grymasi jak małe dziecko – skrzywiła się McGonagall. – Zamiast podziękować, że coś dla niego robicie to jeszcze stawia wam warunki.
- Nie oceniaj go tak surowo Minerwo, życie dało mu w kość…
- Albusie, ty miałeś z nim dobre stosunki, robił wszystko o co prosiłeś. W naszym przypadku zachowuje się jak zwykle. Zero wdzięczności.
- Myślę, że kiedyś coś do niego dotrze. Musi najpierw pozostawić parę spraw za sobą.
- Oby. Bo w tym momencie zamierzam mu pomóc tyle ile mogę, a później niech radzi sobie sam.
- Później może być jeszcze gorzej – zauważył Dumbledore.
- No tak – syknęła McGonagall. – Przecież może zostać uniewinniony przez Wizengamot i uznany za bohatera.
- Miejmy nadzieję – dodała Hermiona.
- Mój szef chce go skazać na dożywocie i jest wyjątkowo zdeterminowany by to zrobić – mruknął Harry.
- Jak ty sobie poradzisz… - McGonagall załamała ręce nad Hermioną. – Jesteś taka młoda, a już tyle przeszłaś.

Policzki dziewczyny zrobiły się różowe. Nie lubiła gdy inni wątpili czy sobie poradzi. Od najmłodszych lat była ambitna i potrafiła pracować nad czymś przez wiele godzin bez przerwy. W mugolskiej szkole podejmowała się każdego dodatkowego projektu aby mieć jak najwyższe oceny. Zaś w Hogwarcie musiała używać zmieniacza czasu w trzeciej klasie aby dać sobie radę ze wszystkimi przedmiotami. Obronę Severusa Snape’a traktowała jak kolejną pracę domową do odrobienia.
- Dam sobie radę pani profesor – odrzekła siląc się na beztroskę. – Nie jest to proste, tym bardziej, że niedługo zacznę kontynuować naukę. Najważniejsze, że każdy chce mi pomóc. Pan Weasley, Harry, Ron, Ginny, Bill… Nawet Kingsley znalazł dla mnie trochę czasu w zeszłym tygodniu. Nie jestem sama. Jeśli Snape nie doceni tego co dla niego robię to ja sama będę żyła w świadomości, że zrobiłam wszystko co należało zrobić.
- Tak, jesteś wyjątkową czarownicą – szepnęła McGonagall z podziwem i ukradkiem starła łzę. – Bardzo się cieszę, że zostałaś przydzielona do mojego domu. Jesteś moją dumą razem z Harrym – uśmiechnęła się do młodego aurora. – Jeśli tylko będziecie czegoś potrzebować to nie wahajcie się przyjść z tym do mnie.
- Dziękuję, naprawdę dziękuję…
- Wiecie, że ja zawsze służę radą – odezwał się portret Dumbledore’a.
- I ja! – dołączyła się Dilys Derwent.
- Nie zapominajcie o mnie! – powiedział ostrzegawczym tonem Fineas Black.
- Nigdy byśmy o panu nie zapomnieli – wyszczerzył się Harry wracając myślami do trudnej współpracy z portretem byłego dyrektora.
- Przyczyniłem się do zwycięstwa – przypomniał wszystkim obecnym w gabinecie.
- Nie pusz się tak bo ci farba odpadnie – mruknął Dumbledore patrząc jak Hermiona z Harrym żegnają się z Minerwą.

***

Słońce zaczęło zachodzić gdy Hermiona przekroczyła próg swojego domu. Przywitała się z rodzicami, przyłożyła dłoń do brzucha mamy aby poczuć jak Suzanne kopie i poszła do swojego pokoju. Była pora kolacji, ale dziewczyna stwierdziła, że zje gdy wykona zadanie. Z pełnym żołądkiem nie mogła się skupić. Wyciągnęła fiolkę ze wspomnieniami Severusa Snape’a i zapieczętowała je zaklęciem. Następnie włożyła ją w wyłożoną watą puszkę po kawie. Mamrotała pod nosem inkantacje kreśląc różdżką skomplikowane wzory w powietrzu. Dzięki temu nikt niepożądany nie powinien odnaleźć i otworzyć zarówno puszki jak i fiolki. Zadowolona przyjrzała się swojemu dziełu. Pierwsza połowa zadania została wykonana. Teraz pozostało wymknąć się do ogrodu, zakopać puszkę, rzucić zabezpieczające zaklęcia i zjeść kolację.

***

Hermiona ponownie pojawiła się w celi Severusa Snape’a. Była tu już nie raz i przy każdym przekroczeniu progu towarzyszyło jej uczucie, że najlepiej by było gdyby nie dała się namówić na to wszystko.
- Zrobiłaś co miałaś zrobić? – Severus nie bawił się w powitania.
- Tak.
- Pokaż mi swoje wspomnienia!
- Proszę bardzo, skoro pan mi nie wierzy – powiedziała urażonym tonem.
- Musze się upewnić – mężczyzna wstał i podszedł do byłej uczennicy.
Przez chwilę Hermiona miała ochotę odsunąć się od niego. Patrzenie w oczy Snape’a nie należało do jej ulubionych czynności. Szczerze mówiąc, wolałaby na niego w ogóle nie patrzeć. Nie podniosła głowy w kierunku twarzy Severusa. Stwierdziła, że skoro to mu zależy to niech się do niej schyli. Jej plan nie wypalił: poczuła jego dłoń na podbródku i jej głowa została brutalnie podniesiona do góry. Popatrzyła się w jego czarne, zimne oczy.
- Granger Nie pogrywaj ze mną… - wycedził. – Widzę, że nauczyłaś się oklumencji skoro nie mogę zajrzeć do twojego umysłu bez zaklęcia.
- Wystarczyło przeczytać kilka książek i poćwiczyć – stwierdziła patrząc na Snape’a z pogardą.
- Mogłaś to zrobić wcześniej, wtedy nie musiałby użerać się z Potterem! – warknął. – A teraz koniec zabawy! Wpuść… mnie… do… swojego… umysłu… - rozkazał.
- Jak…pan… sobie… życzy… - odpowiedziała naśladując go.

Patrzyli sobie w oczy przez chwilę. Hermiona głęboko ukryła obrzydzenie spowodowane faktem, że ciągle trzymał jej podbródek. Pokazała mu wspomnienie z wyprawy do Hogwartu, zapieczętowanie fiolki i puszki oraz zakopanie zawartości w ogrodzie.
- Dobrze – rzekł po chwili i zabrał rękę. – Teraz możesz być moim obrońcą skoro tak ci na tym zależy.
Odwróciła się do niego plecami starając się nie zwyzywać go i opanować dreszcz obrzydzenia. Schyliła się po przyniesione rzeczy. Wszystko w worku było szczegółowo zbadane przez aurora przy wejściu, co oznaczało, że uprasowane i poskładane szaty zostały wyrzucone, przegrzebane i wymiętolone.
- Proszę – powiedziała wyciągając do niego ręce z ubraniami.
- Po co mi to?
- Jutro ma pan przesłuchanie w sprawie Dolores Umbridge w Ministerstwie Magii. Jest pan ostatnim świadkiem.
- Mogłabyś zapytać się mnie o zdanie!
- Dlatego radziłabym zadbać o wygląd – Hermiona mówiła dalej jednocześnie wyciągając z torebki pergamin, kałamarz i pióro. - To oficjalne pismo Ministerstwa Magii potwierdzające, że jestem pańskim obrońcą przed Wizengamotem, proszę je podpisać!

Snape pomarudził chwilę i złożył podpis we wskazanym miejscu.
- To co mam powiedzieć o tej żabiej idiotce?
- Chodzi o podawanie uczniom veritaserum.
- Dużo tego nie ma: dostarczałem jej zwykłą wodę, a ona się nie połapała.
- I o to chodzi! Z jednej strony pogrąży pan Umbridge, a z drugiej strony udowodni pan, że troszczył się o uczniów.
- Troszczyłem się tylko o moje zapasy. To bardzo drogi eliksir!
- Tego Wizengamot nie musi wiedzieć… - uśmiechnęła się chytrze Hermiona.
- Dobra Granger, powiedz mi co planują wobec mnie!
- Więc tak… - dziewczyna wyjęła kalendarzyk i otworzyła go. – Sądzę, że do końca września zakończy się proces Umbridge i wtedy wezmą się za pana.
- Mam nadzieję – stwierdził Snape. – Gniję już tutaj od kilku miesięcy!
- Ministerstwo ma sporo pracy w usuwaniu…
- Oszczędź mi niepotrzebnych szczegółów!
- Nie moja wina, że był pan w śpiączce – powiedziała Hermiona siląc się na spokój. – Zaczęli procesy od innych osób ponieważ nie było pewności, że pan się wybudzi.
- Jestem ciekaw jakim cudem udało mi się przeżyć.

Hermiona stwierdziła, że miała szczęście. Akurat w tym momencie słońce schowało się za burzowymi chmurami, więc w półmroku Snape nie mógł zauważyć rumieńca, który pokrył jej twarz. Nie zamierzała mu powiedzieć co zrobiła gdy razem z Harrym i Ronem weszła do wnętrza Wrzeszczącej Chaty. Wtedy była pewna, że jej zaklęcie nie podziałało i Severus Snape zginął. Los bywa jednak przewrotny. Nie dość, że przeżył to jeszcze stał się dla niej wrzodem na czterech literach. Czasem miała ochotę go udusić gołymi rękami. Ciągle powtarzała sobie w duchu, że gdy skończy się jego proces to się nigdy więcej do niego nie odezwie. Jedyne czego teraz pragnęła to pozbycia się tej kuli u nogi i rozpoczęcia spokojnego życia z dala od rozpraw sądowych.
- Tak, tak, bardzo ciekawe – powiedziała lekceważącym tonem. – Odnalezienie przyczyny pańskiego pozostania wśród żywych zostawmy uzdrowicielom. Wróćmy do tematu: niech pan się porządnie ogarnie, jutro o piętnastej zaczyna się rozprawa w Ministerstwie Magii. Następnie spożytkujemy końcówkę sierpnia na omówienie linii obrony. We wrześniu wracam do szkoły i nie będę mogła za często bywać u pana…
- Naprawdę wracasz do Hogwartu? – nieoczekiwanie zapytał się Snape.
- Nie widzę w tym niczego dziwnego, taki mam zamiar i zrobię to.
- Mając taką ilość dodatkowej pracy?
- TAK – powiedziała z naciskiem dając do zrozumienia aby jej więcej nie przerywał.
- Nie wiem czy jesteś bardziej szalona czy bezmyślna -  stwierdził chłodno jej były nauczyciel eliksirów. – Ciekawe kiedy będziesz jeść i spać. Czeka cię cholernie dużo nauki.
- Dam sobie radę, niech pan się nie przemęcza myśleniem o mnie – warknęła marząc aby się w końcu zamknął.
- Rzeczywiście, co mnie to obchodzi – mruknął i usiadł na materacu.
- No właśnie – przytaknęła.
- Wiesz co Granger? – na twarzy Snape’a zagościł złośliwy uśmiech. – Jeśli dostaniesz najlepsze oceny z owutemów, to ci wyślę sowę z gratulacjami.
- Nie mogę się doczekać – prychnęła Hermiona i wróciła do omawiania bieżących spraw.