sobota, 9 stycznia 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział prawie 11 – Ja i moja rodzinka

Witam wszystkich!

Dzisiaj będzie doniośle i w ogóle. No bo jak inaczej miałoby być skoro dotarłem do swojej rodziny? Zastanawiacie się pewnie o co mi chodzi? Myślicie sobie „przecież jego rodzice nie żyją”. Ha! Macie rację! Ale zacznijmy od początku…

Złapałem taką fajną amerykańską ciężarówkę. Jechałem nią przez tydzień razem z Eddem – spoko koleś. Taki spasiony, zarośnięty, nie mył się przez ten czas ani razu, ale za to, gdy odkrył moje towarzystwo to mnie karmił hamburgerami i colą. Bo jechałem w swojej szczurzej postaci, rozumiecie.

W pewnym momencie spadł śnieg, dużo śniegu. Pomyślałem sobie „w październiku? Ktoś robi jakieś czary czy co?”. No i niestety to nie były czar… chlip… pomyliłem ciężarówkę i wylądowałem na Alasce :(. Normalnie pizgało złem! Kląłem prawie jak Madame Malkin przy naszym ostatnim spotkaniu. Tak swoją drogą ciekawe co u niej i czy uszyła te zajebiste śpiochy dla Voldzia:


Ostatnio obejrzał „Ojca Chrzestnego” i się zainspirował. Mam nadzieję, że nie obejrzy  „Pięćdziesięciu Twarzy Greya”, bo jak wróci do swojej normalnej postaci to będę miał prze… rąbane :(. Muszę przyznać, że stęskniłem się za nim. Nawet Sycząca Parówa wydaje się sympatyczna… to pewnie przez tą odległość. Ale ja nie o tym miałem pisać!

Edd wyrzucił mnie gdzieś na rozdrożu stwierdzając, że sobie poradzę, a jak znajdą w jego ciężarówce szczura to mu pojadą po wypłacie. Wiózł puszki z colą i innymi gazowanymi napojami. Sprawdziłem o co ludziom chodzi z tym wszystkim i patrzajcie co znalazłem:


To oczywista nieprawda, TUTAJ macie sprostowanie. Muszę dbać o dobre imię moich małych, szczurzych braci! My nie sikamy na puszki! My sikamy do nich!!! W fabryce, rzecz jasna :) Znowu zszedłem z tematu… na łapkę kulawego jeżozwierza… nie wiem co się ze mną dzieje… To stres, na pewno stres…

Błąkałem się po Alasce aż złapałem stopa w drugą stronę. Dotarłem do Kanady, do małej wioski indiańskiej. Poczułem pieczone mięcho nad ogniem i nie mogłem się powstrzymać!  Głodny byłem, chciałem zwinąć trochę pod szczurzą postacią. Biegnę na ile łapki mi pozwalają, patrzę po zgromadzonych ludziach i… część wygląda jakoś znajomo. Stanąłem jak wryty. Zobaczyłem babkę, która przypominała sekretarkę, z którą uciekł mój ojciec. Zbaraniałem i z tego całego zamętu w głowie zamieniłem się w człowieka!
Mówię wam, jaka była jazda! Prawie się pozabijali tak uciekali :D. Już wiem co czuje Volduś, gdy wszyscy spierdzielają na jego widok. Skorzystałem z okazji i najadłem się mięsem łosia, sądząc po skórze wiszącej nieopodal. Ciepło mi było bo siedziałem przy samym ognisku. Indianie powoli podchodzili do mnie.
- Ty jesteś synem Stepującego z Żółwiami? – spytał się taki jeden w pióropuszu.
- Że kogo? – odparłem nic nie rozumiejąc.
- Wiele księżyców temu przybył tutaj mężczyzna, który potrafił przemienić się w żółwia i stepował – mówił Indianin.

Zamyśliłem się, rzeczywiście mój stary potrafił zamieniać się w żółwia i stepować, hodował nawet sporą gromadkę i w postaci zwierzęcia uczył je tańczyć. Jeździł z nimi po różnych mugolskich centrach handlowych i zbijał majątek na pokazach. Ale to mógł być tylko zbieg okoliczności – każdy przecież może się zajmować stepującymi żółwiami.
- Niedźwiedź go zjadł podczas nauki stepowania – dodał. – Nosisz jego marynarkę, którą wydarliśmy z paszczy zwierzęcia.
Wtedy byłem pewny, że to on. Wstałem, wyprostowałem się dumnie i beknąłem przejmująco.
- Tak, to ja!
Wszyscy wstrzymali oddech na kilka sekund wpatrując się we mnie z szeroko otwartymi oczami. Po czym nagle zostałem wyściskany przez całe plemię. Po dłuższym powitaniu okazało się, że ojciec z sekretarką rozbili się niedaleko, gdy jechali na kolejny występ. Obydwoje byli niezdolni do dalszej jazdy, a z drugiej strony i tak nie mieli po co wracać do miasta bo żółwie im pouciekały. Tak więc plemię przygarnęło ich i tatuś dostał dwie córki wodza do ożenku. Ponoć nikt ich nie chciał bo były takie brzydkie, ale mój tatuś stwierdził, że jak dają to trzeba brać. W ten sposób dorobił mi piętnastkę przyrodnich braci i sióstr! Mówię wam, to jest super, widzieć swoją twarz gdziekolwiek się nie spojrzy! Yay ^^ Patrzajcie na zdjęcie rodzinne:



Od lewej z góry: sekretarka ojca – Wąsata Brzoza, pierwsza żona mojego tatuśka – Zimna Wódka, żona mojego brata – Skacząca z Kangurami, brat – Stanisław, mąż siostry – Zręczny w Łapie, siostra – Łaskoczące Piórko, mąż siostry – Okrągłe Uszy, druga żona tatuśka – Pęknięta Gumka.

Od lewej niżej: Wódz – Pędząca Strzała, siostra – Britney, ja w pióropuszu pożyczonym od wodza, kolejna siostra – Skacząca Żaba, jej mąż – Poważny Niedźwiedź, następna siostra – Smukła Palemka, kolejny brat – Richard.

Jeszcze niżej, od lewej: mąż Britney – Słodki Lolo, jego brat – Słony Pretzel, siostra ma – Adelajda, moja najstarsza siostra – Kalina, jej mąż – Fantazyjny Gęgacz, siostra bliźniaczka Kaliny – Malina, jej mąż – Pędzący Struś.

Tutaj rzędy się rozjechały więc tak od lewej, krzywo ku górze: córka Kaliny – Pocahontas , pod nią najstarszy brat – Zenon, siostra – Rącza Gazela, córka Skaczącej Żaby – Powolna Langusta, któraś tam z kolei siostra – Błyszczący Klejnot, brat w kapeluszu – Ślepy Sokół, z chustką siostra – Akwamaryna, po jej prawej… tak siostra (Merlinie, abym był tak samo jurny jak tatuś!) – Żółwiowa Skorupka.

Na samym dole od prawej do lewej: syn Zenona – Wykopyrtnięty Byk, syn Maliny – Boksujący Niedźwiedź oraz syn Stanisława – Mieszko.

Trochę się tatuś narobił, ale efekt jest tego wart! Najmłodszych dzieciaków nie dało rady sfotografować ponieważ rozbiegły się po lesie i nie chciały wrócić bo się przestraszyły komórki. Wiecie, jak Voldemort dzwoni to mi leci Behemoth „Decade of Therion” – wersja alternatywna:


Mimo, że utwór jest zły i posępny to wersja alternatywna sprawia, że mam dobry humor mimo, że to Voldek dzwoni. No bo jak nie lubić tekstu:

„Siedzi hydraulik,
nie może wyruszyć
-bo się śmieje (LOL )”

albo

„Golonke masz Pan?
Jak Hitler nasz kraj
Lawl - a, Tato - Biorę wam to samo!
Mentos Kako Demon ass!
Wyzwał mnie dałn!
i mjutujki(?) Delmy!
Chciałbym Lego, bardzo chcę!”

Sikam po nogach ze śmiechu! Niestety, Indianie nie za dobrze go przyjęli…

Pobyłem u rodzinki przez tydzień i stwierdziłem, że muszę jechać do Meksyku, co też uczyniłem łapiąc kolejnego trucka. Obecnie kierowca śpi, a ja korzystam z jego laptopa :D. Jutro powinniśmy przejechać przez granicę USA. Jestem dobrej myśli. Dostałem zapas suszonego mięsa łosia na drogę oraz ręcznie dziergane papucie!

Kończę ponieważ za 10 minut zadzwoni budzik Teda.
Kocham was tak samo jak swoją rodzinkę!

Wasz Wyleniały Szczur (tak mnie nazwali) :***
Pa,pa, pa, całuski 102!

P.s. – prawie bym zapomniał! Mój ałtfit w wiosce:


Bo nawet tam trzeba mieć stylówkę!

czwartek, 7 stycznia 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 11 – Otrzęsiny Pierwszaków


Zanim Patrycja się zorientowała wrzesień minął, a jego miejsce zajął październik. Dziewczynka z zadowoleniem stwierdziła, że zaaklimatyzowała się w nowym miejscu. W dalszym ciągu była jednak rozczarowana, że w Durentiusie prawie wszystko różni się od tego co przeczytała w Harrym Potterze. Tutaj nie było duchów, w jeziorze nie mieszkał kraken, schody nie przemieszczały się jak tylko chciały, a o poltergeistach mało kto słyszał. Po lekcjach z profesor Chruszczewską nadal miała wątpliwości i pewnego dnia poszła na dyżur do sorki Ratine. Angela akurat siedziała w pustej klasie mugoloznastwa i uzupełniała jakieś papiery, ku rozpaczy Patrycji, najzwyklejszym długopisem, a nie piórem. Na dźwięk otwierających się drzwi, nauczycielka przerwała swoją pracę i spojrzała się na dziewczynkę.
- Co cię sprowadza do mnie, Patrycjo? – zapytała z uśmiechem.
Uczennica wyrzuciła z siebie cały żal, który tkwił w niej od jakiegoś czasu. Angela siedziała i słuchała z uwagą, po czym opowiedziała dlaczego tak jest.
- Widzisz, Patrycjo. Tutaj też kiedyś były duchy, Irytek, ruchome schody i niebezpieczne zwierzęta w lesie. Jednakże było tak wiele wypadków z udziałem uczniów, że Ministerstwo Magii postanowiło zabezpieczyć budynek i okoliczne tereny. Wiem, że dla ciebie szlaban w Zakazanym Lesie razem z Hagridem to opis świetnej przygody, ale gdyby coś takiego tutaj się wydarzyło, mielibyśmy na karku wściekłych rodziców, CZOP-ków, kontrolę Ministerstwa oraz sprawę w sądzie za spowodowanie sytuacji zagrażającej zdrowiu i życiu uczniów – zrobiła zatroskaną minę. –  To by było naprawdę niebezpieczne, dlatego ciesz się, że z Zosią dostałyście jako karę karmienie Pokuciów.

Były to małe stworzonka podobne trochę do wyrośniętych świnek morskich. Słodkie, małe i puchate miały różne kolory sierści, uwielbiały towarzystwo i lgnęły do ludzi. Problemem było to, że były obdarzone dużą mocą magiczną co w połączeniu z małym rozumkiem tworzyło niebezpieczną mieszankę. Pojedyncze osobniki nie były dużym zagrożeniem dla ludzi, ale w grupie potrafiły rozpętać piekło. Dlatego specjalne zespoły Ministerstwa Magii wyłapywały Pokucie i ograniczały ich rozmnażanie. W Durentiusie była grupka dziesięciu osobników, które służyły pokazom na lekcji. Tam uczniowie dowiadywali się, że istnieje sposób na okiełzanie puchatych zwierzątek: trzeba było dowiedzieć się co najbardziej lubi jeść dany osobnik. Karmiony przysmakiem był grzeczny i ze spokojem oddawał swoją sierść do produkcji różdżek. W świecie czarodziejów panował przesąd, że tylko ostatnie lebiegi otrzymują taki wkład. Była to nieprawda, ponieważ różdżką z sierścią Pokucia mogła poszczycić się sama dyrektorka szkoły.

Zocha z Patrycją dostały tygodniową karę za zjeżdżanie w koszu na pranie po schodach internatu. Musiały wstawać o piątej trzydzieści aby o szóstej rano dać zwierzaczkom ich ulubiony pokarm. Jeden z nich jadł tylko sękacza, drugi wolał pomarańczową galaretkę, a trzeci świata nie widział poza cebularzem. Reszta miała równie oryginalne gusty kulinarne. Dziewczynki musiały pilnować aby nie pomylić się, ponieważ jeden uczeń dał Pokuciowi ser Camembert zamiast Parmezanu i zdenerwowany zwierzak wysłał go na dach szkoły.

- Duchy przeszkadzały w lekcjach, niektóre po 300 latach wałęsania się po zamku robiły się trochę szalone – tłumaczyła dalej Angelique. - Tak to jest jak tylko możesz patrzeć jak inni korzystają z życia, a ty trwasz w zawieszeniu. Przeszkadzały w prowadzeniu lekcji. Dlatego przybył oddział Egzorcystów i przeniósł ich w większości w zaświaty. Reszta została poupychana w mugolskich zamkach aby stanowiły atrakcję turystyczną.
Patrycja się zamyśliła. Wiedziała, że dorośli mają spaczone poczucie na temat tego co jest fajne, a co nie, ale wypędzenie duchów było dla niej szczytem głupoty. Angelique od razu zauważyła minę uczennicy i postanowiła ją rozchmurzyć.
- Wiemy już co ci się nie podoba, teraz powiedz co ci się tutaj spodobało – stwierdziła.

Na twarzy Patrycji od razu zagościł uśmiech. Zaczęła opowiadać jak bardzo się cieszy z dwóch godzin matematyki w tygodniu. Reszta przedmiotów znana jej z mugolskiej szkoły również została mocno ograniczona. Wszystko po to aby uczniowie chodzili na zaklęcia, obronę przed czarną magią, transmutację, historię magii, eliksiry, mugoloznastwo lub magoznastwo. Zamiast mieć standardowe zajęcia z wychowania fizycznego, uczniowie musieli sobie wybrać na co chcą uczęszczać. Do wyboru były sztuki walki, taniec, szachy czarodziejów, fitness, siłownia, basen czy Smocze łodzie. Patrycja po długim wahaniu wybrała basen, Zocha zapisała się na sztuki walki, a Amelia taniec. Dużym zaskoczeniem dla dziewczynki okazała się przyroda. Patrycja myślała, że będzie to mugolski przedmiot, ale okazało się, że jest to połączenie opieki nad magicznymi zwierzętami i zielarstwa.
Dziewczynka opowiedziała Angelique z rozanieloną miną, że magiczne przedmioty są podobne do tych z książek. Transmutację zaczęli od zmieniania zapałek w igły, na eliksirach warzyli wywar leczący z grypy w sekundę, podczas zaklęć starali się przywołać przedmioty, a na historii magii zapisywali wiadomości o pierwszych czarodziejach w Mezopotamii.

***

Najlepszym czego doświadczyła Patrycja po drugim tygodniu szkoły były Otrzęsiny Pierwszaków. Wszystko zaczęło się niewinnie: na godzinie wychowawczej Miłosz Chmielewski oświadczył klasie, że w piątek o godzinie dziewiątej mają wszyscy stawić się na wewnętrznym dziedzińcu ubrani w szaty do ćwiczeń. Lekcje miały być odwołane. Zocha z Patrycją od razu odwróciły się do Amelii aby spytać czy ta wie o co chodzi. Okazało się, że odbędą się Otrzęsiny Pierwszaków. Tradycją Durentiusa było, że starsze klasy organizowały różne zadania dla najmłodszych uczniów, a następnie odbywała się potańcówka. Co roku było to coś innego. Amelii jednak nie udało się wyciągnąć od siostry informacji co czeka jej rocznik.
- Konrad musiał pływać po jeziorze na tratwie, od jednej do drugiej wysepki, udawać pirata i szukać skarbu, którym okazała się stara opona. Było bardzo zimno i cała klasa nieźle zmarzła. Jeden chłopak o mało co by się utopił, ale uratowały go Rusałki – opowiadała dziewczynom w drodze na kolejną lekcję.
- To w tym jeziorze coś mieszka? – zdziwiła się Zocha.
- Mają tam małą kolonię, nieczęsto wychodzą na powierzchnię. Angel mi opowiadała – imię siostry Amelia wypowiadała jako „Ążel” co bardzo bawiło Zochę i Patrycję. – Jej Otrzęsiny polegały na tym, że została z koleżankami i kolegami wprowadzona do lasu o północy. Kazali im iść wąwozem i wtedy wszyscy ich straszyli poprzebierani za upiory czy coś w tym stylu. Po drodze dostawali różne głupie zadania aby móc przejść dalej. Angel musiała zjeść pięć pieprznych Fasolek Bertiego Botta i popić to colą. Mówiła, że prawie zwymiotowała…
- Ciekawe co nam przygotują – Patrycja zamyśliła się. – Mam nadzieję, że coś co nie będzie bardzo trudne albo straszne.
- Pyśka, wyluzuj! – powiedziała Zocha klepiąc ją po ramieniu. -  Ja chcę aby było jak najbardziej trudne i straszne! Mam nadzieję, że będą nam kazać czołgać się w błocie wśród Sklątek Tylnowybuchowych… chcę zobaczyć jak będzie to robiła Telimena! – zarechotała złośliwie.

Sytuacja w internacie nie zmieniła się bardzo. Telimena z Zochą kłóciły się niemal codziennie i jedna starała się dokuczyć drugiej. Patrycja z Kasią na początku starały się przekonać dziewczyny do zawieszenia broni, ale żadnej to się nie udało. Telimena ciągle dogryzała Zośce z powodu jej pochodzenia i używanej różdżki z włosiem Pokucia. Ta zaś nie pozostawała jej dłużna i ciągle robiła jej jakieś mugolskie dowcipy lub wyśmiewała się z jej nieprzystosowania do życia. Telimena od urodzenia była we wszystkim wyręczana przez służbę i skrzaty domowe, dlatego nadal nie opanowała samodzielnego ubierania się. Za jej służącą robiła aktualnie Katarzyna, która nie protestowała jakoś szczególnie z tego powodu.
Rywalizacja tych dwóch dziewczynek przeniosła się na grunt nauki. Obie próbowały być lepsze niż ta druga, więc ćwiczyły godzinami zaklęcia. Patrycja na początku próbowała dotrzymać im kroku, ale po jakimś czasie zrezygnowała z powodu wrodzonego lenistwa. Szybko się okazało, że Zocha łapała wszystko w lot, za to Telimena musiała uczyć się wszystkiego na pamięć, co powodowało jeszcze większą zajadłość w stosunku do koleżanki z klasy. Pewnego razu, gdy nie miała pomysłów jak jej dogryźć przyczepiła się do wielkości jej biustu.
- Pewnie wypychasz stanik skarpetami! Żadna trzynastolatka nie ma takich dużych! – zadrwiła i popatrzyła się na Patrycję i Kaśkę, które nie były zbyt hojnie obdarzone przez naturę.
Była to oczywista nieprawda, ponieważ Zocha chodziła spać bez stanika, a jej bluzka na ramiączkach była dość opięta. W każdym razie Patrycja z Katarzyną nie miały wątpliwości, co dały znać patrząc się na siebie i wywracając oczami.
-  Gdybyś nie wiedziała Panno Tak-bardzo-płaska-że-mylą-jej-plecy-z-klatą, że cycki mi urosły pod koniec piątej klasy! – odparła obrażona Zocha. – Nie moja wina, że mnie Matka Natura lubi, a ciebie olewa ciepłym moczem!
- Ta, jasne! Pewnie chcesz dorwać jakiegoś bogatego chłopaka!
- Mnie polubią z cyckami czy bez, a ciebie to nikt normalny nie zechce!
- Skarpetowa Lala, co sobie stanik wypychała! – zawołała Telimena ze swojego łóżka.
- O ty wredna małpo! – krzyknęła Zocha i podbiegła do złośliwej koleżanki. – Ja ci pokażę!
Po czym podniosła koszulkę i zaświeciła gołą klatką piersiową przed trójką dziewczynek. Patrycja, Kaśka i Telimena patrzyły się na koleżankę z kompletnym zdumieniem na twarzy.
- Co? Zatkało kakao… – wycedziła Zocha i schowała swoje skarby.
Telimena nigdy więcej nie poruszała tematu wielkości jej biustu.

W dzień Otrzęsin Pierwszoroczniaków świeciło piękne słońce. Wszyscy uczniowie z pierwszej gimnazjum zostali ustawieni klasami na wewnętrznym dziedzińcu zamku. Reszta szkoły kierowała swoje kroki ku zewnętrznemu dziedzińcowi. Patrycja słyszała wesoły gwar. Zastanawiała się jakie będą mieć zadania. Jako pierwsze poszły klasy „a” i „b”. Wychowawcy wyprowadzili ich przez główną bramę po czym wszyscy usłyszeli po chwili okrzyki radości i doping setki głosów. Zocha powiedziała szeptem, że pewnie będą musieli rozegrać mecz piłki nożnej. Patrycja musiała przyznać jej rację, że to brzmi jakby grali w jakąś grę. Co jakiś czas słychać było odgłos gwizdka, śmiechy i okrzyki typu „sędzia kalosz”. Po kilkudziesięciu minutach dowiedzieli się, że klasa „b” wygrała, co oznaczało, że teraz jest ich kolej.
Miłosz Chmielewski zaprowadził swoją klasę do jednej z szatni przy boisku do quidditcha, które było teraz zasłonięte wysokim, wielopiętrowym rusztowaniem przeznaczonym dla kibicujących. Gdy wszyscy weszli, zaczął wyjaśniać o co chodzi.
- Jak mogliście się zorientować, będziecie walczyć przeciwko klasie „d”. Wasi starsi koledzy wymyślili w tym roku, że zrobią wam zadanie na kształt finał Turnieju Trójmagicznego z książek o Harrym.

Patrycja z Zochą, Staśkiem, Olką i Nadią zaczęli wiwatować. Reszta uczniów nie wiedziała o czym wychowawca mówi.
- Na boisku quidditcha wyczarowano labirynt, wchodzicie tam klasami na gwizdek sędziego i staracie się dostać do samego środka, gdzie stoi puchar. Wygrywa ta klasa, której uczeń pierwszy go dotknie.
- Bułka z masłem – stwierdziła uśmiechnięta Zocha.
- Nie bądź taka pewna – odrzekł wychowawca. – Po drodze czekają na was pułapki. Na dodatek… - zrobił pauzę, uczniowie wstrzymali oddech z ekscytacji. - … możecie używać czarów. Wasi przeciwnicy również. Dodam, że dozwolone są czary unieszkodliwiające albo takie które nie powodują trwałego uszczerbku na zdrowiu, nie wolno wam nikogo zranić! A teraz do dzieła moja mała armio!
Trzydzieści jeden uczniów rzuciło się ku drzwiom. Po krótkiej walce, Miłosz ustawił ich alfabetycznie i wyszedł przez drzwi. Klasa zobaczyła przed sobą zielony mur złożony z żywopłotu. Wszyscy gorączkowo przypominali sobie zaklęcia typu Galaretowate Nogi, Drętwota czy Język w Supeł. Nagle usłyszeli gwizdek i usłyszeli swojego wychowawcę:
- jazda! Ku zwycięstwu!

Patrycja nie myśląc wiele pobiegła do pierwszej alejki otoczonej żywopłotem. Okazało się, że zrobiła to również połowa klasy. Uczniowie na chwilę utknęli, ale szybko przecisnęli się dalej. Zocha złapała ją za rękę i pociągnęła ku najbardziej oddalonemu od drzwi przejściu miedzy krzakami. Usłyszały dopingi i wycie setki uczniów. Podniosły głowy ku górze aby zobaczyć całą szkołę wpatrujących się w nich z rusztowań.
- O matko – jęknęła Zocha.
- Biegniemy dalej! – zdecydowała Patrycja.
Za drugim zakrętem natknęły się na Telimenę i Paula, którzy stali nad zagłębieniem wypełnionym zgniłozielonym błotem. Już się odwracali aby pobiec inną drogą, gdy Zocha wpadła na znienawidzoną koleżankę i wepchnęła ją do dołu.
- Juuuhuu! Spełniło się moje marzenie! – zawyła uradowana Zocha nadeptując Telimenie na plecy i przeskakując na drugi brzeg, ku uciesze zebranej gawiedzi.
- Niezła jest! – stwierdził Paul z podziwem po czym podążył z Patrycją za Zochą, omijając łaskawie oblepioną mazią i klnącą koleżankę.

Przejście po śliskim i śmierdzącym błocie nie było ani łatwe, ani szybkie. W tym czasie Zocha zniknęła im z oczu. Pobiegli najpierw w prawą alejkę, gdzie mieli bliskie spotkanie z wyjątkowo agresywnym kogutem, który próbował zjeść im sznurowadła. Patrycja doszła do wniosku, że jest zmutowany gdyż nie działały na niego żadne zaklęcia. Postanowiła wprowadzić w życie pierwszą lekcję z obrony przed czarną magią. Jak przekazał klasie Miłosz Chmielewski: „czarodziej w waszym wieku, w obliczu niebezpieczeństwa powinien przede wszystkim wiać!”. Wskazała różdżką na ziemię pod kogutem i krzyknęła „bombarda”. Mały wybuch zdezorientował koguta, a w tym czasie dziewczynka złapała Paula i pociągnęła go w kolejną alejkę.
Tłum wył i tupał, Patrycja ledwo słyszała własne myśli. Szli ciemnymi alejkami nie mając pojęcia gdzie są, ani gdzie może być puchar. Nagle dziewczynka wpadła na pomysł.
- Wskaż mi – powiedziała.
- Co to daje? – spytał się Paul.
- Różdżka pokazuje północ – wyjaśniła.
- Puchar był w kierunku północnym od wejścia?
- Nie wiem, ale nie mam lepszego pomysłu – jęknęła Patrycja. – Wchodzimy w środkową alejkę!

Gdy tylko się w niej znaleźli trawa wokół nich zapadła się ukazując bezdenną przepaść. Stali na malutkim skrawku zieleni. Dalszą drogę musieli pokonać skacząc jak króliki od jednej lewitującej kępki trawy do drugiej. Patrycja miała świadomość, że to tylko czar i nauczyciele nie pozwolą aby coś im się stało, jednak miała duszę na ramieniu. Jako pierwsza pokonała odległość, Paul szykował się do ostatniego skoku, gdy kępka trawy pod jego stopami rozwiała się jakby była mgłą. Wyciągnął zrozpaczony ręce w jej kierunku, a ona zdążyła go złapać w ostatniej chwili.
- Dzięki Merlinowi, że jesteś kurduplem – wydyszała, gdy wciągnęła go na bezpieczny kawałek trawy.
- Vielen… Dank… dziękuję…  bardzo – wybełkotał z trudem.
Przepaść zniknęła tak samo szybko jak się pojawiła. Dwójkę przerażonych nastolatków przywołał do rzeczywistości krzyk tłumu. Usłyszeli jak dopingowali kogoś z ich klasy do zdobycia pucharu. Popatrzyli się na siebie i zrozumieli, że muszą biec dalej. Skierowali się ku lewej alejce, zaraz za zakrętem przeskoczyli przez leżących Staśka i Nadię. Wyglądało na to, że oberwali klątwą pełnego porażenia ciała. Wtedy usłyszeli odgłosy toczącego się pojedynku po ich prawej stronie. Patrycja zauważyła z rozpaczą, że nie widzi żadnego przejścia w tym kierunku. Wtedy poczuła, że Paul ją odsuwa od żywopłotu.
- Stań za mną! – krzyknął. – Diffindo!

Żywopłot od razu przedzielił się na pół. Patrycja przeszła przez dziurę. Gałęzie wyrywały jej włosy z głowy, zostawiając w zamian liście. Puchar stał na szczycie bardzo wysokiej kolumny na samym środku labiryntu. Zocha właśnie odpierała atak dwójki uczniów z klasy „d”. Sama nie miała szans dotknąć pucharu, więc starała się nie dopuścić innych do jego zdobycia. Rzucała na przeciwników zaklęcia rozbrajające, jednak oni szybko odskakiwali, posyłając jednocześnie w jej kierunku strumienie czerwonego światła.
- Zocha! Trzymaj się! – krzyknęła Patrycja.
- Onemeniye – wrzasnęła dziewczyna*.
- Jęzlep! – ryknął Paul wskazując różdżką rudego chłopca.
Ten trafiony zaklęciem wybałuszył oczy, momentalnie złapał się za usta i gardło. W tym samym czasie Zocha padła bez ruchu na trawę. Zaskoczona nagłym pojawieniem się przyjaciółki nie uchyliła się dostatecznie szybko i została trafiona oszałamiaczem. Przeciwniczka z klasy „d” nie czekała na dalszy rozwój wypadków i od razu zaatakowała Patrycję.
- Collashoo!
Dziewczynka odskoczyła w ostatniej chwili i wylądowała na w żywopłocie. Poczuła ostrą gałąź, która rozcięła jej policzek. Jęknęła z bólu.

W tym samym czasie Paul zaczął rzucać drętwotę w stronę przeciwników. Jedno z jego zaklęć miało już trafić dziewczynę z klasy „d”, gdy jej kolega zasłonił ją całym ciałem i padł bez ruchu u jej stóp. Tłum zawył z uciechy czym rozproszył Patrycję, która oberwała klątwą pełnego porażenia ciała. Poczuła, że cała sztywnieje i nie może się poruszyć. Pozostało jej obserwowanie dalszych wypadków.
Rosjanka zawyła z uciechy widząc co spowodowało jej zaklęcie. Zręcznie unikała klątw rzucanych przez Paula i wydawało się, że uda się jej go pokonać, gdy padła bez ruchu na ziemię. Zza jej pleców wyszła zdyszana Amelia.
- No co? - powiedziała do zaskoczonego Paula. – Nie patrzyła za siebie, to był błąd!
- Puchar! Szybko! – wrzasnął chłopiec i podbiegł do kolumny.
- Czekaj! – zawołała Amelia i oparła się o pionową konstrukcję. – Stawaj!
Paulowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Niczym małpka oparł stopę o złożone dłonie koleżanki i podskoczył w górę. Uczynił to w ostatnim momencie, ponieważ przez dziurę w żywopłocie przeszli kolejni uczniowie z klasy „d”, rzucając przy tym zaklęcia. Paul spadł odrętwiały na ziemię trzymając w dłoniach puchar. Tłum wiwatował na jego cześć.

***

Twarz Patrycji rozjaśniła się pod wpływem wielkiego uśmiechu na twarzy. Opowiedziała ze szczegółami sorce Ratine jak przyczyniła się do zwycięstwa jej klasy. Cieszyła się, że do paczki przyjaciół dołączył Paul, który stwierdził, że woli siedzieć z Amelią niż Telimeną. Katarzyna została oddelegowana do jej ławki i jak to miała w zwyczaju, nie powiedziała ani jednego słowa sprzeciwu.
- Trzymałam za was kciuki – powiedziała Angelique. – Tylko wy zrobiliście takie przedstawienie przed całą szkołą. Pozostałe klasy szybko się wykańczały rzucając drętwotę.
- Tak to jest gdy się nie ćwiczy zaklęć – odparła filozoficznie Patrycja.
- W teorii nie powinniście znać niektórych z nich – zauważyła Angela i mrugnęła porozumiewawczo. – Zwłaszcza Zocha, której się udał Conjunctivitis na biednej Rozie Morozowej.
- Bo ona taka już jest – westchnęła dziewczynka. – Siedzi w tych książkach po nocach, a potem umie więcej niż cała klasa razem wzięta…
- Odrobiła już swój szlaban za sponiewieranie Telimeny w błocie? – spytała się nauczycielka.
- Prawie, napisała już w zeszycie 3 000 razy „nie będę powalać na ziemię i biegać po koleżankach z klasy” – Patrycja wyszczerzyła zęby do Angeli. – Pozostało jej napisanie oficjalnego listu z przeprosinami do Telci. Wymyśla właśnie jakiś kod, aby ukryć w nim jakieś wredne wyznanie. Chce aby kiedyś Telimena na nie wpadła po latach jak zmądrzeje… - umilkła i popatrzyła się badawczo na siostrę Amelii. – Ale chyba jej tego nie powiesz sorko?
- Będę milczała jak grób – zapewniła ją blondynka, po czym zaniosła się szczerym śmiechem razem ze swoją podopieczną.


* онемение – drętwota po rosyjsku.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 11 – Walka o Emancypację Skrzatów Zniewolonych


Gwardia Dumbledore’a jadła razem śniadanie, gdy Ginny, Neville i Luna dostali listy z Ministerstwa Magii. Wzbudziło to ogólne poruszenie wśród uczniów.
- Czego od was chcą? – zapytał Dean Thomas patrząc jak jego koledzy otwierają koperty.
- Będą świadkami na procesie Snape’a – wyjaśniła Hermiona odbierając od sowy Proroka Codziennego. – W poniedziałek Wizengamot weźmie pod lupę co się działo w Hogwarcie, podczas gdy był dyrektorem.
- To czemu wszyscy uczniowie nie dostali wezwań?
- Ponieważ nie próbowali wykraść miecza Godryka Gryffindora, a dowodów na to co się tutaj działo w zeszłym roku szkolnym mają aż nadto. Nie potrzeba im większej ilości świadków – powiedziała Hermiona i przewróciła kolejną stronę gazety. – Na gacie Merlina!
- Co się stało? – Ginny z Nevillem rzucili się aby zobaczyć co takiego zobaczyła ich przyjaciółka.
- O matko!
- Co za szmata! – Ginny nie kryła złości. – Ciekawe czy Harry już wie?
- O czym wie? – dopytywał się Denis Creevey.
Hermiona rozłożyła gazetę na stole i zaczęła głośno czytać:


Rita Skeeter zapowiada biografię Harry’ego Pottera!


Harry Potter jest chłopcem niezwykłym: pokonał dwukrotnie Tego-którego-imienia-nie wolno-wymawiać, został najmłodszym aurorem w historii, a teraz stoi po stronie zabójcy Albusa Dumbledore’a – Severusa Snape’a. Cały świat czarodziejów zastanawia się dlaczego to robi. Nasza korespondentka Rita Skeeter dotarła do tych informacji! Jej najnowsza książka „Harry Potter – wybraniec czy oszust?” ukaże się w sprzedaży w styczniu 1999 roku! Książkę będzie można zamówić już w połowie grudnia w Esach i Floresach. O to co mówi o niej sama autorka:

„Z zamiarem napisania biografii Harry’ego Pottera nosiłam się odkąd został czwartym uczestnikiem w Turnieju Trójmagicznym. Wtedy poznałam bardzo dobrze tego chłopca. Byłam nim tak samo zachwycona, jak reszta społeczeństwa. Mogę powiedzieć, że nawiązaliśmy nawet nić przyjaźni. Właśnie dlatego przeprowadziłam z nim wywiad, który ukazał się w „Żonglerze”. Zrobiłam to całkowicie bezinteresownie, nie wzięłam nawet knuta!

Obserwowałam go uważnie przez te lata gdy dorastał i zaczęłam zauważać rzeczy, które nikt inny nie dostrzegł. W mojej poprzedniej książce o Albusie Dumbledorze opisałam złe relacje jakie łączyły go z Harrym. Teraz ukażę jak to wszystko wyglądało od strony tego, biednego chłopca. Opiszę także jaki wpływ na niego miała przyjaźń z wilkołakiem i pół-olbrzymem. To są bardzo paskudne sprawy!

Ale to nie wszystko! W mojej książce ukażą się takie informacje, że pospadają wszystkim tiary z głów! Odkryłam sekret Harry’ego Pottera. Teraz każdy się dowie, co naprawdę robił podczas wojny oraz w jaki sposób pokonał Sami-wiecie-kogo. To co opowiada w Wizengamocie to bajki. Właśnie tak: prawda jest inna, o wiele bardziej wstrząsająca! Zrozumiałam to wczoraj podczas procesu Severusa Snape’a (zob. s. 3). Gdy kupicie moją książkę dowiecie się jakie relacje łączą go z Harrym Potterem! Drodzy Czarodzieje i Czarownice! Przygotujcie się na prawdziwą łajnobombę!”

Gwardia Dumbledore’a patrzyła się na siebie. Każdy zastanawiał się co Rita nazwymyśla tym razem. Pierwsza odezwała się Luna.
- Ona chyba nie pisze całej prawdy? Czytałam jej książkę o Dumbledorze i zdawało mi się, że było tam wiele nieprawdziwych informacji…
- Ona wypisuje bzdury – powiedział Neville i objął ją ramieniem.
- Ginny, napisz do Harry’ego. On zdecyduje co robić – powiedziała Hermiona. – Jak będzie chciał to dopadniemy ją w sali rozpraw.
- Dobrze – odpowiedziała Ginny i odsunęła swoje niedokończone śniadanie. – I tak zupełnie straciłam apetyt…

Po obiedzie Hermiona siedziała na korytarzu i czekała na Alberta Winslowa - nauczyciela alchemii. Musiała z nim pomówić o swoich nieobecnościach. Wprawdzie miała zwolnienie od samego Ministra Magii, ale chciała nadrobić materiał. Aby czymś się zająć podczas oczekiwania wyjęła podręcznik i otworzyła na ostatnich rozdziałach. Przeczytała go wprawdzie dwa razy i znała większość tekstu na pamięć, jednak wolała nauczyć się wszystkiego. Prędko doszła do końca książki. Szybkie czytanie i nauka to była jej specjalność.
Zanim zamknęła książkę zauważyła, że skleiły się dwie kartki po spisie treści. Hermiona pomyślała, że ostatnio musiała być strasznie rozkojarzona skoro nie zauważyła takiego szczegółu. Ostrożnie oderwała je od siebie i zobaczyła zdjęcie autora książki, a pod spodem informacje o nim. Pomyślała, że mężczyzna wygląda znajomo, ale jakoś nie mogła sobie przypomnieć gdzie go widziała. Bardzo możliwe, że w jakiejś innej książce.
- Panno Granger, proszę nie siedzieć na tej zimnej podłodze bo złapiesz wilka – usłyszała.

Podniosła wzrok i zobaczyła Oscara Williamsona, który podawał jej rękę aby pomóc jej wstać. Gdy stanęła na nogach poczuła, że od długiego siedzenia na kamieniu bolą ją cztery litery. Jęknęła.
- O, już się zaczyna! Złapałaś wilka! – nabijał się nauczyciel obrony przed czarną magią.
- Auuuuu! – Hermiona udała wycie do księżyca. – Dziękuję za pomoc panie profesorze.
- Chciałem ci pogratulować doprowadzenia Robardsa do szewskiej pasji. Koledzy z biura aurorów mówili mi, że na dźwięk twojego imienia tak zgrzyta zębami, że iskry się sypią - zaśmiał się. – Ostatnio tak reagował na wspomnienie Sam-wiesz-kogo.
- Naprawdę? – zdziwiła się Hermiona. – Myślę, że postawienie mnie na równi z Voldemortem to nie jest komplement…
- To nie wszystko panno Granger! – profesor uśmiechnął się figlarnie. – Mówił jeszcze, że to niesamowite, że tak młoda osoba daje sobie radę z Severusem Snapem. Podziwia cię.
- Niech pan nie przesadza… - powiedziała i zachichotała nerwowo.
- To najprawdziwsza prawda! – mrugnął szelmowsko. – Do zobaczenia, na lekcji.
Hermiona obserwowała jak znika za rogiem. Może nie wiedziała kogo przypominał jej autor podręcznika do alchemii, ale wiedziała, że Oscar Williamson wygląda prawie jak Lucjusz Malfoy i zachowuje się trochę jak Gilderoy Lockhart. Jednak w przeciwieństwie do tych dwóch jest o wiele milszym człowiekiem.

***

Środa była spokojnym dniem, jednak w czwartek Hermiona przeczytała coś, co mocno podniosło jej ciśnienie. Gdy przeglądała swojego Proroka Codziennego, jej uwagę zwrócił artykuł na temat skrzatów domowych. Autor - Dunstan Eoforthild, próbował dowieść, że obrona Hogwartu to było wypełnienie rozkazu, podczas gdy Hermiona wiedziała, że miały możliwość ucieczki. Ponadto twierdził, że należy je traktować bardziej jak zwierzęta niż istoty myślące.

Dziewczyna z obrzydzeniem rzuciła gazetę na stół. Wiedziała, że niektóre artykuły w Proroku są poniżej wszelkiej krytyki, ale nie sądziła, że po wojnie zamieszczą coś tak dyskryminującego. Pomyślała, że trzeba coś z tym zrobić. Najchętniej znowu zajęłaby się swoją organizacją W.E.S.Z. Niestety, miała tyle na głowie, że musiało to poczekać aż będzie miała więcej wolnego czasu. Hermiona postanowiła jednak, że jak najszybciej napisze sprostowanie i wyśle je sową.

***

Kolejna rozprawa Severusa Snape’a poszła Hermionie o wiele lepiej. Tym razem wygrała bitwę, a może i wojnę, ponieważ udało się poddać w wątpliwość przynależność byłego nauczyciela eliksirów do śmierciożerców.
Podczas rozprawy Ginny, Luna i Neville przyznali, że kara za próbę kradzieży miecza Godryka Gryffindora była tylko na pokaz. Opowiedzieli, że tak naprawdę Hogwartem rządzili Alecto i Amycus Carrow. Gawain Robards zadawał co raz bardziej podchwytliwe i agresywne pytania, ale nie wyciągnął z nich zbyt wiele obciążających Snape’a wyznań. Zaś gdy doszło do wyjaśnienia, w jaki sposób miecz dostał się w ręce Harry’ego, oskarżyciel nie zdołał przekonać sędziów, że mogło być inaczej.

Dla Hermiony najtrudniejszym zadaniem było przekonanie Wizengamotu aby pozwolili Snape’owi wyczarować patronusa. Po długiej wymianie zdań i protestach Gawaina, postanowiono, że oskarżony dostanie różdżkę tylko na chwilę. Zawołano wszystkich aurorów będących w Ministerstwie Magii i poinformowano Severusa, że przy próbie rzucenia innego zaklęcia zostanie potraktowany kilkudziesięcioma klątwami. Hermiona tak się denerwowała, że wbiła sobie głęboko paznokcie we wnętrze dłoni podczas zaciskania pięści.

Snape ujął w dłoń swoją różdżkę, rozejrzał się nerwowo po sali i powiedział „Expecto Patronum”. W powietrzu nie pojawiła się łania tylko nikły strzępek mgły. Hermiona postanowiła działać od razu.
- Proszę o drugą próbę!
- Nie uważam, by była konieczna panno Granger – powiedział z przekąsem Gawain Robards. – Skoro nie potrafi wyczarować patronusa to znaczy, że jest śmierciożercą. Tylko oni tego nie potrafią.
- Wielu dorosłych czarodziejów tego nie potrafi i jakoś nie oskarżamy ich o bycie zwolennikami Voldemorta! Severus Snape po prostu czuje zbyt dużą presję!
- Skoro tyle lat służył Sama-wiesz-komu to nie powinien przejmować się czymś takim! – Gawain poczerwieniał ze złości.
- Trudno się skupić na szczęśliwym wspomnieniu, gdy wszyscy w pomieszczeniu celują w ciebie różdżkami! – krzyknęła Hermiona.

Nagle pomiędzy nimi przemknęła srebrzysto-biała łania, zaczęła skakać wśród ławek sędziów i rozpłynęła się w powietrzu koło drzwi. Severus Snape oddał różdżkę najbliżej stojącemu aurorowi i spokojnie usiadł na krześle. Wbił wzrok w Gawaina Robardsa i wycedził pełnym pogardy głosem:
- Ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości co do tego, że to był mój patronus?
Percy poprawił okulary i stwierdził, że uznaje to za mocny dowód na to, że oskarżony nie był śmierciożercą. Hermiona posłała Gawainowi najbardziej wredny uśmiech jaki tylko mogła, a Severusowi najpiękniejszy z możliwych.

Po zakończeniu rozprawy podeszła porozmawiać z Harrym o książce Rity Skeeter. Myślała, że będzie bronił się rękami i nogami przed publikacją takiego „dzieła”, ale ku jej najwyższemu zdumieniu podszedł do tego spokojnie.
- Widzisz Hermiono, tak czy siak jej nie powstrzymamy – powiedział.
- Tak, ale…
-Nawet jeśli wyląduje w Azkabanie to i tak wyda książkę…
- Tak, wiem…
- Z drugiej strony dzięki biografii Dumbledore’a trafiliśmy na trop Grindelwalda i Insygniów Śmierci.
- No tak…
- Niech sobie pisze co chce. Mi to wisi. Jeśli ktoś uwierzy w jej bzdury to znaczy, że zamiast mózgu ma galaretkę – oznajmił.
- Jak chcesz… Jednak w każdej chwili możemy ją wrobić! – Hermiona uśmiechnęła się złośliwie.
- Owszem, możemy… - spojrzał na nią z rozbawieniem. – Przyznaj się, że polubiłaś salę rozpraw i procesy więc kombinujesz jak tu znowu wrócić gdy się skończą!
- Harry! Jesteś czasem niemożliwy!
Ich śmiech długo rozchodził się po pustej sali.

Następnego dnia czekały na Hermionę dwie niespodzianki. Pierwsza była bardzo przyjemna ponieważ otrzymała list od ojca, który informował ją, że chwilę po północy urodziła się Suzanne. Dziewczyna podskoczyła z radości i pochwaliła się przyjaciołom, że ma siostrę. Zalała ją fala serdecznych gratulacji i dziewczyna miałaby dobry humor do końca dnia gdyby nie drugi list. Brzmiał on następująco:

Panno Granger,

Dziękuję za ten pełen oburzenia list. Twierdzisz w nim, że skrzaty domowe dorównują nam, czarodziejom. Pozwolę sobie przypomnieć, że my nie jesteśmy na tyle głupi aby pracować za darmo, płaszczyć się przed kimś i wykonywać nawet najgłupsze rozkazy. To świadczy o nich samych. Gdyby skrzaty domowe nie były takie z natury to nie dałyby się tak traktować. Na dodatek sądzę, że nie są w stanie nauczyć się tak prostej czynności jak czytanie i pisanie ponieważ nie dotarł do mnie ani jeden list napisany przez zbulwersowanego osobnika tego gatunku. Nie znalazłem także jakichkolwiek badań, które by potwierdzały, że skrzaty pragną wolności. Wszystkie pytane przeze mnie twierdziły, że uwielbiają służyć czarodziejom, a zapłata za pracę to dla nich obelga. Podejrzewam także, że ten „Zgredek”, nazywany przez ciebie „wolnym skrzatem” nigdy nie istniał. A nawet jeśli, to była jakaś wynaturzona jednostka – tak samo jak wśród ludzi trafiają się ułomne dzieci.
Proponuję abyś skupiła się na pokazywaniu w Ministerstwie Magii co ostatnio bardzo dobrze ci wychodzi. Może znajdziesz tam męża, który będzie tak samo sławny jak Wiktor Krum albo Harry Potter.

Życzę sukcesu na tym polu.

Pozdrawiam,
Dunstan Eoforthild

Hermiona zadrżała się z dzikiej furii. Wiedziała, że miała się nie zajmować skrzatami przed zakończeniem procesu Snape’a, ale w tym momencie nie mogła tego tak pozostawić. Nie zwracając uwagi na pytające spojrzenia Gwardii Dumbledore’a pobiegła do stołu nauczycielskiego. Przywitały ją pytające spojrzenia i pytanie Minerwy McGonagall:
- Czegoś potrzebujesz Hermionio?
- Tak, chcę z panią pilnie porozmawiać – oświadczyła i zamyśliła się na moment. – Chcę także aby była przy tym Luna Lovegood i Dean Thomas.

Dziesięć minut później cała czwórka stała w tym samym pomieszczeniu gdzie udali się uczestnicy Turnieju Trójmagicznego po przeczytaniu ich nazwisk, które wypadły z Czary Ognia. Hermiona opowiedziała im o artykule w Proroku Codziennym, liście Dunstana Eoforthilda oraz o swoim pomyśle.
- Czyli chcesz abym płaciła skrzatom domowym galeona miesięcznie i dała im jeden dzień wolny w miesiącu? – spytała się Minerwa McGonagall.
- Tak, wprawdzie myślałam o jednym galeonie tygodniowo, tyle ile dostawał Zgredek, ale myślę, że na początek to by było dla nich za dużo – odpowiedziała Hermiona. – Dałoby radę pani profesor?
- Sądzę, że tak. Mamy wielu darczyńców i całkiem niezły kapitał – dyrektorka zamyśliła się. – Będę musiała im rozkazać brać pieniądze i wolne. Mam nadzieję, że nie doprowadzisz do kolejnej rewolucji w Hogwarcie…
- Chcę zrobić rzetelne badania na przestrzeni kilku miesięcy. Skoro nikt takowych nie zrobił to jest zadanie dla mnie i dla was – zwróciła się do Luny i Deana. – Możemy poprawić los skrzatów domowych!
- Oczywiście, że to zrobię – odezwała się Krukonka. – Po tym co zrobił dla nas Zgredek to by było nie w porządku gdybyśmy ci nie pomogli.
- Wprawdzie mam Quidditcha… ale zrobię to. Dla Zgredka, on był spoko – oświadczył Dean.
Ginny porozmawiała z nim, tak jak planowała i zdecydowała przyjąć się go do drużyny. Chłopak obiecał, że to co było między nimi nie rzuci cienia na ich wspólnej grze. Jak na razie współpraca przebiegała prawidłowo i Ginny przewidywała zwycięstwo w najbliższym meczu quidditcha.
- W takim razie kiedy zaczynamy? – spytała się McGonagall.
- Dzisiaj – zdecydowała Hermiona.

Po skończonych zajęciach piątka przyjaciół, ponieważ Ginny i Nevile zaoferowali swoją pomoc w projekcie, wypytywały każdego skrzata pracującego w Hogwarcie o jego dane, wykonywane prace w zamku, poziom zadowolenia z życia i co sądzą o zapłacie oraz dniu wolnym. Jak można było się spodziewać, perspektywa pobierania pieniędzy za pracę oburzała je całkowicie. Uważały Zgredka za dziwaka, a Mrużkę za zakałę rodu skoro ją zwolniono. Hermiona postanowiła, że opisze szczegółowo przypadki tych dwóch skrzatów i zbierze oświadczenia czarodziejów, którzy mogą potwierdzić ich historię. Porozmawiała chwilę z Mrużką i okazało się, że już nie pije tyle piwa kremowego, ale nadal nie doszła do siebie po zwolnieniu z pracy przez Barty’ego Croucha Seniora. Gdy przyjaciele spisali wszystkie skrzaty, pojawiła się Minerwa McGonagall, która ogłosiła, że od dzisiaj im płaci za pracę. Jak się spodziewali, wywołało to falę protestów, którą ukróciła dyrektorka mówiąc, że to obowiązkowe. Jak wcześniej ustaliła z Hermioną, nie kazała im dobrze się bawić w dni wolne aby nie mówiły potem samych pozytywnych rzeczy. Cała nadzieja była w tym, że skrzaty po jakimś czasie poczują czym jest wolność i zaakceptują wypłatę, którą mogą przeznaczyć na co chcą.
- Zabawne imiona mają te ludki – stwierdził Neville przeglądając swoje notatki. – Miotełek, Tofik, Kopciuszek czy Leonardo.
- Który to Tofik? – spytał się Dean.
- Ten co się tak dziwnie garbi jak chodzi – wyjaśnił Neville i zachichotał.
- Nie wyśmiewaj się z nich – powiedziała Luna ostro.
- Ja tylko tak… - chłopak zaczerwienił się widząc jej rozgniewaną twarz.
- One też mają uczucia!
- Uciekajmy – mruknęła Ginny do reszty. – Coś czuję, że idzie burza.

Szybko opuścili kuchnię, zostawiając w niej kłócącego się Neville’a z Luną. Szli w milczeniu aż do obrazu Grubej Damy, gdy odezwał się Dean:
- Głupio wyszło z Luną i Nevillem, ale musicie przyznać, że niektóre z nich naprawdę miały śmieszne imiona! Ja trafiłem na Czarusia, Wyciorka, Herkulesa i Zmywarkę!
- Fakt, są śmieszne – odpowiedziała Hermiona. – Musimy jednak pamiętać, że to ludzie nadają im nazwy. A takie imiona są poniżej godności tych istot.
- Poza tym Neville mógł powiedzieć to z dala od skrzatów – dodała Ginny.
- Nigdy nie zrozumiem dziewczyn – jęknął Dean.
- A ten znowu swoje… - Ginny wywróciła oczami.
- Wasze życie uczuciowe i imiona skrzatów są fascynujące, ale czy moglibyście podać mi w końcu hasło? – spytała się Gruba Dama z irytacją w głosie.

- Gryfindor rządzi – powiedziała Hermiona i przeszła przez dziurę do pokoju wspólnego.


sobota, 2 stycznia 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 9 i 3/4 – Ameryka to wspaniały kraj


Hej hej hej! To jaaaaaaaaaaaaaaaa!
Wasz Glizduniek! <3
Stęskniłem się za wami, mordki wy moje!
Cmok, cmok, cmok :*

Jestem w Ameryce! Wprawdzie w Północnej zamiast w Południowej, ale to taki drobny szczegół. Miałem wsiąść na statek o nazwie „La Chupacabra”, ale Voldemort w ostatniej chwili stwierdził, że bardziej podoba mu się „Titanic 2”. Nie miałem wyboru, musiałem zrobić jak mi kazał :(.

Tak wylądowałem w Nowym Yorku. Ile tu ludzi! Pozwiedzałem sobie to i owo przy pomocy metra. Wiecie, że stałem się sławny? Zgłodniałem i zwinąłem jakiemuś grubasowi kawałek pizzy. Ciągnąłem go po schodach, aby schrupać na peronie. Zziajałem się strasznie, spociły mi się nawet wąsy! Przez to wszystko nie zauważyłem, że ktoś mnie filmuje! Dopiero pod koniec schodów zauważyłem gościa i musiałem się schować. Gdy sobie poszedł mogłem zabrać swój ciężko ukradziony kawałek żarcia. Patrzajcie jak to było :


Później się dowiedziałem, że pokazali mnie w wiadomościach i na wielu portalach. Zostałem uhonorowany nawet rzeźbą! Musicie to zobaczyć! Wszystko zapisałem sobie i będę to wnukom pokazywał:




Pewnie niedługo na mojego meila dojdą oferty z propozycją zagrania w kolejnym filmie. Dostanę Oscara! Pewnie wygram z samym Leonardo DiCaprio, ale to nie jest żaden wyczyn bo on nigdy nie wygrywa xP



Dobra, dosyć tego dobrego. Teraz mam dla was coś, co was rzuci na kolana! Niedawno zarzucaliście mi, że nie znam się na geografii. Ponoć Chiny nie są w USA. Mam was głąby! Są! Tralalalalala :D. Specjalnie tam pojechałem i zrobiłem dla was zdjęcie:


I co? I co? Głupio wam!? Glizduś górą, reszta kanałami!
Eeee, no dobra, często jest odwrotnie :P

Teraz siedzę w kafejce internetowej i piszę do was. Nie mam na to kasy, ale wymyśliłem genialny plan: zaraz wejdę pod biurko. Udam, ze chcę coś tam podłączyć. I wtedy zamienię się w szczura! Ha, ha! Nie dopadną mnie! Nie będę musiał płacić!

Następnie zrobię zapasy na drogę i złapię jakiegoś trucka jadącego w stronę Teksasu. Stamtąd przedostanę się do Meksyku, a następnie poszukam tych Indian od Tsantsy. Wszystko piknie i ładnie!


A skoro o pięknie mowa to postanowiłem przygotować dla was coś ekstra! Jestem fanem wielu blogów i zauważyłem, że w wielu autorzy pokazują jak są ubrani. Spodobało mi się! Dlatego zrobiłem sobie selfika i opisałem w zaawansowanym programie graficznym poszczególne elementy mojej cudownej garderoby. Gotowi? Patrzajcie!



Fajne ciuszki? :D
Pozdrawiam was!
Wiecie, że was kocham.
Te głąby to tak tylko żartowałem <3

Wasz Glizdek :*