czwartek, 6 października 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 16 – Pierwszy miesiąc roku szkolnego!


Witam moich fanów!
Pisze dla was Glizdek :D

Minął pierwszy miesiąc nowego roku szkolnego! Jak ja się cieszę!

Ten przeklęty gówniarz Draco wrócił do budy, więc mam jego pokój tylko dla siebie. Wiecie, jakie to było okropne, gdy mieszkałem razem z nim? Lucek i Cyśka na początku nie chcieli o tym słyszeć, ale ostatnio Volduś jest dla mnie łaskawy, więc kazał im dać coś lepszego dla mnie niż komórkę na ziemniaki. Stwierdził, że jego sługa nie powinien spać na workach. Nawet nie wiecie jak okropnie mi się wszystko wżynało! Dlatego dostałem dmuchany materac i własny kąt u gówniaka.

Jeżuniu malusieńki! Jaki ten dzieciak jest wkurzający! Ciągle tylko mazgaił się i jęczał. Jestem pewny, że w wieku piętnastu lat nie byłem taki jak on! „Mameee! Wywal go!”. „Tateeee, on mi pornosy zabiera!”. Tak właśnie krzyczał. A ja tylko chciałem zabrać coś do poczytania do wygódki. Wiecie, kibelek, ciepło, wygodnie to pooglądać można panienki. Tylko trzeba uważać na „Kącik Miłości Ganimedesa” bo tam sami chłopcy są. Wiecie, oczy pękają na widok tych bezeceństw.

Przed chwilą poprawiałem poduszki aby mi się wygodniej siedziało podczas pisania dla was, gdy odkryłem, że Draco trzyma pod nimi zdjęcie laski! Łochochocho! Ale mam świetny materiał na szantaż! Ja wiedziałem, że młody robi sobie wieczorami dobrze, gdy myśli, że śpię, ale nie sądziłem, że czuje ciągoty do tej szlamowatej przyjaciółki Pottera! No, no! Jak by się Lucek z Cyśką dowiedzieli… Hłe, hłe. Zobaczymy kto w ferie będzie górą! :D

Pewnie spytacie się co tam słychać u Voldusia? Jak sobie radzi jako dorosły osobnik?

Jest bardzo dobrze. Nie raz mówiłem, że Mój Pan jest Miszczem Zua :D. Wiecie co wymyślił? Że siedzimy na dupie i prawie nic nie robimy. Nawet nie wiecie jak mi to dopowiada ^^. Mam czas aby całymi dniami oglądać anime i żłopać piwko. Czasem tylko Volduś do mnie wpadnie i każe mi napisać do Knota. Takie tam głupoty. Na przykład:

Śmierdzisz jak stara smocza wątroba, jesteś głupi i masz wszy na jajkach, a ja i tak przejmę władzę w ministerstwie przy pomocy Harry’ego!

Wydaje się niezbyt mądre prawda?

He, he, to poczekajcie, aż wam zdradzę wielki sekret mego Miszcza Zua!
W pięty wam pójdzie.
A więc…
Chwila napięcia!
Sekundka….
Już za chwilę poznacie sekret!
Prawie, prawie…
Ha, ha, żartuję nic nie powiem!
A może jednak?
Błagacie?
Prosicie?
Padacie na kolana!?
No dobra!
Zmusiliście mnie!
Znajcie moje miękkie serce!
Powiem wam!

…

Podpisuję te listy jako Dumbledore, ha, ha!

No czyż Volduś nie jest przegenialny? Knot gotuje się w środku, leci z mordą do Dumbla, ten patrzy się na niego jak na debila, tamten się wkurza, bo nie można patrzeć na niego jak na debila więc ucieka do Proroka aby zmówić artykuł o tym, że Dumbel jest głupi i ma wszy na jajkach, a Harry jest upośledzony i mózg mu przez bliznę wypłynął… I tak dalej, i tak dalej. Pewnie jesteście ciekawi skąd to wiem?
No to zdradzę wam kolejny sekret!

…

No dobra, tym razem nie będę przedłużał.

W gabinecie Dyrcia Junior zainstalował kamery. Wiecie, jak jeszcze żył. Bo nie wspominałem, że teraz jest warzywkiem po tym jak dementor dopadł. Chujowa sprawa, ale takie jest życie. Przynajmniej już nie będzie więcej pisał do mojego Voldusia na papeterii w Kucyki Pony <3.

Tak, wiem, że właśnie macie totalnego zonka. Jak to kamery? Od kiedy elektronika działa w Hogwarcie? Ha! Tym razem to mój przegenialny mózg zauważył, że jakoś mogę korzystać z laptopa. Wtedy zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się dzieje. W mojej głowie zaczęły pojawiać się pytania. Dokąd zmierzamy? Czy istnieje większa siła na świecie? Czemu Angelina i Brat się rozwodzą? Co jest po śmierci? Ile razy Maryla Rodowicz będzie śpiewać na Sylwestrze? Czy eutanazja jest odpowiedzią na ból i cierpienie? Czy telefon komórkowy będzie działać w Hogwarcie? Ostatnie pytanie było najważniejsze, inne rozwiążę w wolnej chwili.

Dałem komórkę Juniorowi i kazałem zadzwonić. Zadzwonił. Odebrałem. Czyli te wszystkie stwierdzenia, że sprzęt mugoli pod wpływem magii nie działa to była ściema! Później załapałem czemu: łatwiej opanować Draco i innych tego typu gówniarzy nie pozwalając im wrzucać słit foci na fejsika. Albo nie zadzwoni taki do matki aby poskarżyć się, że jego kolegę bazyliszek zamienił w kamień, albo, że troll se łazi po lochach, albo, że Severus się nad nim znęca psychicznie tak, że dzieciak się tnie przed każdą lekcją eliksirów. Ten Dumbldeore ma głowę nie od parady! O ile mniej problemów! Taki właśnie powinien być każdy pedagog :D.

Kurde… popisałbym jeszcze, ale Voldek ogłosił, że dzisiaj wszyscy muszą się stawić na ćwiczeniach antypożarowych. Lucek nie ma w domu nawet gaśnicy w razie pożaru! Voldemort się wkurzył bo jak to. Różdżka ci wypadnie i jak ugasisz płomienie? O tym ten blond kretyn nie pomyślał! Jejciu, Volduś jest taki kochany, że tak o nas dba <3

Lecę, bo nie chcę dostać Cruciem, a to mnie czeka jeśli się spóźnię.

Wiecie, że was kocham XOXOXOXO
Papatki :*

Wasz Glizduniek ^^

poniedziałek, 3 października 2016

Rozdział 37 – Przyszłość


Hermiona miała serdecznie dosyć dwumiesięcznego leżenia w szpitalu na oddziale patologii ciąży i dlatego poród przywitała z radością i nieopisaną ulgą. W końcu zobaczy swoją córkę i pojedzie do domu, gdzie będą czekali na nią jej rodzice.
- Osiem centymetrów – zawołała położna i uśmiechnęła się do rodzącej. – Jeszcze chwilę i będziesz mogła przeć.
- Ufff, świetnie – wydyszała czarownica.

Skurcze porodowe były silne, ale dawała radę. Ból nie był jakoś wyjątkowo straszny. Wiedziała, że poród to nie spacerek po łączce i była na niego psychicznie przygotowana. Cieszyła się, że jej mąż jest przy niej i wspiera ją jak tylko się da.
- Dasz radę? – spytał się Severus i popatrzył się na swoją żonę z czułością.
- Tylko dwa centymetry, ufff, jest dobrze – Hermiona uśmiechnęła się uspakajająco mimo przeszywającego jej ciała bólu.

Aparat do mierzenia czynności serca płodu wskazywał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jeszcze chwila, chwileczka i ich pierwsza córka przyjdzie na świat…
- Kocham cię – powiedział Severus.
- Ja ciebie… - Hermina już miała odpowiedzieć, gdy poczuła, że z jej ciałem zaczyna się dziać coś niedobrego.
Jęknęła cicho i usłyszała, że na aparacie gwałtownie spada tętno jej córki. Ostatnim co zapamiętała to okrzyk położnej i gonitwę ludzi na korytarzu. Potem zapanowała ciemność.

***

Nie, nie, nie. To nie jest przyszłość Hermiony. To moja przeszłość, tak wyglądał mój poród. Lekarze ledwo odratowali mnie i moją córkę. Mąż się temu przyglądał i wspierał mnie. Samą jego obecność uważam za wsparcie ponieważ ja nie byłam świadoma niczego co się wokół mnie działo. To on był świadkiem przerażających scen. Dalsza część jest jak w filmach – wpadają lekarze, reanimują i biegiem pędzą szpitalnym korytarzem do sali operacyjnej. Jak ktoś jest chętny mogę opowiedzieć jak to jest mieć rozcięty brzuch bez znieczulenia. Nie polecam. Ból jest tak straszny, że chcesz umrzeć.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ boję się o swoją przyszłość. Spędziłam ponad dwa miesiące w szpitalu na patologii ciąży. Widziałam wiele, chyba nawet za dużo. Nie chcę powtórki z tego co przeżyłam. Nie chcę aby moja córka coś takiego przeżyła. Dlatego dzisiaj protestuję.


Ktoś czytający to może powiedzieć: „w necie jest mnóstwo tekstów na ten temat, nuda!”. W takim razie chcę pokazać trochę inny punkt widzenia. Jak kiedyś wspomniałam na blogu - nie jestem katoliczką, nie wierzę w Jezusa, Trójcę i tych wszystkich świętych. Wierzę, że żyjemy wielokrotnie jako różni ludzie na przestrzeni wieków. Wierzę, że istnieje Bóg, ale nie jest on brodatym starcem, który potrzebuje kultu na ziemi i karze za wszystko. Dlatego pewnie znaczna część czytających będzie zdziwiona, gdy powiem, że nie jestem za aborcją na życzenie.

Ogólnie to jest bardzo ciężki temat, w którym wiele osób ma rację: aborcja jest zła, ale pozwalanie umrzeć kobiecie też jest złe. Kto wie co jest słuszne? Czyje życie jest ważniejsze? Według reinkarnacji nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Nie wiadomo od kiedy człowiek jest człowiekiem. Pogląd jest taki, że dusza przychodzi raczej przed narodzinami, kiedy jest pewne, że dziecko się urodzi lub zaraz po porodzie. Nie wiemy jaki człowiek wyrośnie z tego małego zlepku komórek. Czy to będzie ktoś, kto zaprowadzi pokój na świecie, czy to będzie drugi Hitler? Według reinkarnacji otrzymujesz to na co zasłużyłeś. Jeśli byłeś dobrym człowiekiem w poprzednim życiu to w nowym masz lepiej niż ktoś kto był zły. Ten pogląd pozwala ci swobodnie podejmować decyzje. To ty za nie zapłacisz. Jeśli będziesz kobietą, która robi sobie kilka aborcji według własnego widzimisię to w kolejnym wcieleniu możesz pragnąć dziecka, ale każde poronisz. Chory od urodzenia człowiek może cierpieć z powodu zła które wyrządził w byłym życiu, a osoba się nim opiekująca może w ten sposób odkupić winy za porzucenie kogoś.

Wiara w reinkarnację pozwala mi przypuszczać, że mam wybór, ponieważ to ja za niego zapłacę. Kościół katolicki wrzeszczy, że życie płodu jest najważniejsze. Skąd wiedzą, że ich Bóg nie twierdzi przypadkiem, że poświęcenie się dla zbitka komórek to samobójstwo? Może stanie taka kobieta przed nim i powie: „zrobiłam wszystko aby uratować dziecko, dlatego tu jestem”. A Bóg na to: „to dziecko i tak by nie przeżyło, dałem rozum lekarzom, aby robili z niego użytek, ale ty postanowiłaś świadomie ich zignorować i się zabić. Idź do piekła!”.

Nie wiadomo czyj pogląd jest bardziej trafny. Nie ma stuprocentowej pewności, że istnieje jakikolwiek Bóg albo reinkarnacja. Nikt nie wie co jest tam po śmierci. Nie wiemy nawet co się dzieje na ziemi, tu i teraz. Naukowcy ciągle coś odkrywają. Dlatego uważam, że nie można jednoznacznie powiedzieć, że aborcja w celu ratowania życia matki jest zła. Tak samo jak w przypadku ciąży z gwałtu albo gdy płód jest zdeformowany i ciężko chory. Czasem trzeba po prostu wybrać mniejsze zło, ale gdy ten wybór zostanie nam odebrany to co zostanie?

Teraz chciałabym odnieść się trochę do biologii i psychologii. Jak wspominałam spędziłam ponad dwa miesiące na oddziale patologii ciąży. Tam się trafia, gdy coś zagraża albo dziecku albo kobiecie. Czytając opinie innych ludzi mam wrażenie, że większość myśli, że „to mi się nie przytrafi”. Tam była setka kobiet, codziennie któraś wychodziła i przychodziły nowe. W kółko: bez znaczenia czy były święta, weekend czy wakacje. To był tylko jeden szpital w mieście wojewódzkim, a w okolicy było ich jeszcze kilka. Ciągła rotacja, ciągła walka o życie. Zwolennicy zaostrzenia przepisów myślą, że na takich oddziałach to tylko usuwa się biedne dzieciaczki. Że umierają śliczne dzidzie z reklamy pieluszek, które mogłyby się popatrzeć na kobietę swoimi pięknymi oczętami i mamusia od razu by je pokochała.  Życie to nie reklama, przykro mi. Te przyszłe dzidzie potrafią usunąć się same z ciała matki chwilę po poczęciu. Pierwszej nocy, gdy spałam na korytarzu szpitala, ponieważ nie było dla mnie miejsca, jeden z takich płodów postanowił wykąpać się w klozecie. Kobieta poszła do toalety, buchnęła krew i było po wszystkim. Siła wyższa, nic się nie dało zrobić. Tylko, że tamtą kobietę musieli ratować lekarze z powodu krwotoku. Bieganina, krzyki na korytarzu. Okropna codzienność, spaczona psychika… nie tylko tej jednej dziewczyny, ale wszystkich innych. Ja do rana nie mogłam już spać.

Na tym oddziale kobiety się wspierały. Opowiadały swoje historie. Jedna poroniła trzy razy, raz urodziła martwe dziecko. Druga leżała od kilku miesięcy bez ruchu, zanikły jej mięśnie i do dziecka woziły ją pielęgniarki na wózku inwalidzkim (było w inkubatorze). Trzecia znalazła się na oddziale, ponieważ jej macica mogła w każdej chwili pęknąć. Dziecko czwartej przestało rozwijać się. Piąta musiała zostać „wyskrobana”, ponieważ płód obumarł. Szósta cierpiała straszliwy ból z powodu rozchodzących się kości i nie dostawała żadnych środków przeciwbólowych, aby nie zaszkodzić dziecku i tak przez jakiś miesiąc do porodu. Siódma… No właśnie, długo by wymieniać. Czego chcę dowieść? Tego, że my kobiety jesteśmy bohaterkami. Nie chcemy jeść tabletek wczesnoporonnych jak cukierków. Cierpimy straszliwie byleby urodzić chociaż jedno dziecko. Modlimy się wspólnie mimo różnic i wyznawanych religii. Decyzje o aborcji były cholernym, nieludzkim, straszliwym dramatem. Myślicie, że potępiałyśmy te, które się jej poddały? Nie. Razem z koleżankami widziałyśmy co się dzieje i wspierałyśmy się wzajemnie. Czasem życie daje kopa w dupę i poprawia przywalając w twarz, a potem skacze po plecach. Czasem nie ma innego wyjścia. Będąc tam nie zauważyłam, aby jakakolwiek kobieta powiedziała: ”wolę umrzeć, pa mężu, pa koleżanki, pa mamusiu i tatusiu!”.  Był lament, był płacz i skrzywiona psychika, ale żadna nie oddała swojego życia w imię idei (powtarzam raz jeszcze: te usunięte komórki to nie były dzidzie z reklam, nie miały dziewięć miesięcy i zostały porozrywane jak to przedstawiają pro-life’owcy – to tak nie wygląda).

Myślę, że wiele kobiet i mężczyzn nie zdaje sobie sprawy, że czasem tak się sprawy mają. To, że matka i babka urodziły na polu, harując przez dziewięć miesięcy na wsi, nie znaczy, że tobie nie pójdzie źle. Ja się nasłuchałam od wszystkich, że ciąża to nie choroba. I co? W następnym stanie błogosławionym od razu idę na zwolnienie i uważam na siebie o wiele bardziej niż poprzednio. Nie ja zawiniłam, ale wolę dmuchać na zimne. Nigdy nie ma pewności, że coś się nie zdarzy. Dzisiaj zagłosujesz za zakazem aborcji, a za kilka lat umrzesz wykrwawiając się z powodu pękniętego jajowodu. Albo twoja żona, albo córka, albo wnuczka. Trzeba być tego świadomym, że skazujesz kogoś na śmierć. I jeśli jesteś katolikiem powinieneś/powinnaś wiedzieć, że twój Bóg raczej nie będzie z tego powodu zadowolony.

Teraz czas na „rozluźnienie” tematu. Takie ciekawostki dotyczące biologii.

Po pierwsze – nawet nie wyobrażacie sobie co w ciąży może pójść nie tak. Większość z nich kończy się poronieniem. Nawet o tym się nie wie, takie życie. Nie zadziała jeden hormon, nie przyjmiesz jakiejś witaminy, wdychasz skażone powietrze, albo pijesz nie taką wodę i już jest po wszystkim.

Po drugie – większość zwolenników życia myśli, że technologia tak poszła do przodu, że teraz nie jest problemem uratować życie nawet bardzo słabego wcześniaka. Oczywiście, że tak. Te ważące 500 gram mają 60% szans na przeżycie. Tylko, że większość potem jest chora. O tym już się tak chętnie nie mówi. Dziecko urodzone na miesiąc przed terminem ma zazwyczaj jakieś komplikacje, a co dopiero trzy miesiące przed. Moja córka przyszła na świat trzy tygodnie przed terminem i też muszę ją co jakiś czas rehabilitować. Koleżanka z łóżka obok musiała być ciachnięta w siódmym miesiącu. Jej dziecko jest teraz pod stałą opieką lekarzy, nie jest warzywem na szczęście, ale jednak nigdy nie będzie zdrowe.

Po trzecie – uwaga, będzie trochę makabrycznie. Co jakiś czas pojawia się w sieci informacja, że ktoś przeprowadzał aborcję, załóżmy w piątym miesiącu i dziecko przeżyło. Krzyczało i płakało, a bezduszni lekarze pozwolili mu umrzeć na podłodze. Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie wierzcie w to. Takie dziecko nie ma płuc! Bez nich nawet nie piśnie i od razu umiera (poza organizmem matki nie ma możliwości przeżyć). Ten organ wytwarza się pod koniec ciąży i dopiero niedługo przed porodem dziecko potrafi ich używać. Wszystkie kobiety, które były w ciąży mającej (bodajże, pewna nie jestem) 22 tygodnie otrzymywały zastrzyki ze sterydami, które przyśpieszały rozwój płuc u płodu. Naturalnie to nie jest tak, że hop-siup i po lekarstwie dziecko przeżyje i samo będzie oddychało. To trochę trwa, a i tak nie są to płuca, które dobrze pracują. Dlatego dzieci ważące nawet 1500 gram trafiały do inkubatora i miały wspomagany oddech (co często prowadziło do dalszych komplikacji).

Po czwarte – lekarze to też ludzie. Nie są mordercami nastawionymi na zarobek. Pomagają na ile się da. Pokazują wszystkie za i przeciw. Jeden ma lepszy humor, drugi gorszy. Żaden nie wykazywał skłonności sadystycznych. Ale ja miałam szczęście i nie trafiłam na religijnego oszołoma. Załóżmy, że będzie zakaz aborcji i ktoś taki się trafi. Nie przerwie ciąży pozamacicznej dopóki kobieta nie dostanie krwotoku. Z tym też nie wiadomo. Takich ludzi jest mało, ale kto wie…

Po piąte – psychika. Życie nie jest czarne, albo białe. Ma mnóstwo odcieni szarości, a ja dodałabym od siebie, że można zauważyć też mnóstwo kolorów. To co myślimy i czujemy też ma wielkie znaczenie. Nie można nikogo zmusić do bohaterstwa. Rozumiem kobiety, które nie chcą urodzić dziecka z gwałtu albo bardzo chorego. Można ten temat napisać długi esej, a i tak nie da się pokazać jednego rozwiązania. Nie wiem co ja bym zrobiła. Jako nauczycielka, która miała kontakt z pedagogiką specjalną i z dziećmi upośledzonymi, mam świadomość, że choroba chorobie nie równa. To jest również cholernie ciężki temat. Nikt nie ma w nim racji, dlatego wolę aby każdy miał wybór i postąpił według własnego sumienia.

Po moim porodzie razem z mężem wpadliśmy w depresję. Nie kochaliśmy córki. Okropne, wiem. Nawet rozważaliśmy czy jej nie oddać. To co przeszliśmy tak nam wryło się w psychikę, że mieliśmy straszny uraz. Trochę potrwało zanim nam przeszło i ją pokochaliśmy. Łatwo powiedzieć: dziecko nie było temu winne, to wasza wina. W takim razie proszę powiedzieć to osobom z chorobami psychicznymi: to twoja wina, że masz schizofrenię/depresję/anoreksję. Nad tym się nie panuje, ludzki umysł jest czasem wyjątkowo okrutny i nie ma w nim za grosz racjonalności.

Nie uważam, że jestem bezduszną morderczynią małych, bezbronnych dzieci. Jestem przeciwna aborcji na życzenie. To nie jest forma antykoncepcji. Jednak wiem, że w życiu zdarzają się takie sytuacje, że trzeba wybrać mniejsze zło. Jeśli miałabym umrzeć z powodu źle rozwijającego się płodu, to przykro mi… Ja mam męża, dziecko, rodzinę i nie chcę odchodzić. Oni też nie chcą abym odeszła, ponieważ znamy się i kochamy. To co być może będzie dzieckiem jest nieznane i większość osób nic do tego nie czuje. Nie oszukujmy się: zazwyczaj rodzina cieszy się z powodu nowego życia, ale o wielkiej miłości mowy nie ma. Dopiero po przyjściu na świat to się zmienia.


Jeśli ta ustawa przejdzie, albo jeden z trzech wyjątków z obowiązującej ustawy zniknie to wyjeżdżam za granicę. Wcześniej chciałam z mężem zamieszkać gdzieś indziej aby przeżyć przygodę, podróżować itd. Teraz widzimy, że trzeba wyjechać w trosce o naszą przyszłość. Nie chcę patrzeć na męczarnie mojej córki, gdyby coś poszło źle. Nie chcę aby rodzina patrzyła na moje męczarnie, ponieważ myślę, że kiedyś postaramy się o drugie dziecko. Boję się zostać w Polsce. Chcę abyśmy miały wybór nawet jeśli nigdy nie poddamy się aborcji. Pragnę, aby inne kobiety też go miały. Aby nie bały się zajść piąty raz w ciążę i poronić jak moja koleżanka ze szpitala. Co jeśli trafi na religijnego oszołoma, który stwierdzi, że jest seryjną morderczynią, bo kto widział tyle niezakończonych ciąż? Nie chcę aby ona, albo ja, albo jakakolwiek inna kobieta poszła za to do więzienia. Są ludzie i parapety, są dzieci i kanapki, ale niektórzy rodzą się takim betonem, że nic nie zrozumieją. Nigdy nie wiadomo kto stanie na naszej drodze i jakie to przyniesie konsekwencje naszemu życiu. Dlatego wolę dmuchać na zimne. Idę protestować, ponieważ chcę aby obowiązywała obecna ustawa.
Taka mała podpowiedź dla rządu: wystarczyłoby aby był swobodny dostęp do antykoncepcji, w tym pigułki "po" oraz większa opieka nad upośledzonymi dziećmi i ich opiekunami. Łatwiejsza i szybsza adopcja oraz lepsza edukacja seksualna. Sporo tego jest, ale gdyby system lepiej działał to wtedy aborcja nie byłaby potrzebna poza nielicznymi, medycznymi uzasadnieniami.

P.s. - Za tydzień będzie prawdziwy 37 rozdział.

poniedziałek, 26 września 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 36 – Bohater


- Co ty wyprawiasz!? – czarownica warknęła i wyrwała rękę z uścisku. – Pogrzało cię!?
Młody, najwyżej siedemnastoletni Hindus popatrzył się na nią maślanym wzrokiem. Ubrany był w koszulkę z logiem Batmana, spodenki ze Spider-manem, a w ręku trzymał kij do krykieta.
- Ratuję cię! – odparł z dumą w głosie.
- Przed kim!? Przed moim narzeczonym!? – wrzasnęła. – Przywaliłeś mu centralnie w łeb! – wskazała ręką na oszołomionego Rona, który klęczał na trawie i nie ogarniał co się dzieje.
- Tak, wiem co myślisz – oznajmił nieznajomy. – To jego czary, omamił cię, jesteś przekonana, że go kochasz!

Hermiona poczuła, że jej ręka sama wędruje do czoła. Miała do czynienia z wariatem, który ubzdurał sobie jakieś głupoty. Nie wiedziała czy go wyśmiać, czy wyjąć różdżkę i porazić zaklęciem. Chłopak wyglądał jakby wiedział o czym ona myśli.
- Wiem, że zastanawiasz się czy mnie zamienić w ropuchę, czy w nietoperza – stwierdził ze smutkiem. – Jesteś potężną czarownicą. Szkoda, że Hrabia Regan nałożył ci Pierścień Posłuszeństwa na palec – wskazał na jej pierścionek zaręczynowy.
- Nie wiem o czym mówisz. To jest Ron, nie Regan! – warknęła zdezorientowana Hermiona.
- Jesteś omamiona… zaczaro…
- Tak, wiem! – przerwała mu natychmiast. – Skąd wiesz jak mam na imię? Kim ty w ogóle jesteś? – spytała z naciskiem.

Na dźwięk tego pytania Hindus od razu stanął na baczność i uniósł palce do czoła w geście salutowania.
- Dev Shastri! Potomek królewskiego rodu pochodzącego z Bengalu! – błyskawicznie zakomunikował. – Hermiono White… kocham cię! – wyznał i oblał się rumieńcem, który był ledwo widoczny na jego śniadej skórze.
Po tych słowach czarownica pomyślała, że powinna była udusić Thierry’ego gołymi rękami podczas gdy spał w hostelu po pijackiej nocy spędzonej z Ronem. Jego beznadziejna książka spowodowała, że zwariowany nastolatek zaczął bawić się w bohatera. Hermiona wprawdzie nie wiedziała skąd Dev wiedział, że to ona była inspiracją dla Kanadyjczyka, ale teraz mało ją to obchodziło. Zastanawiała się jak wybrnąć z tej sytuacji. Jej zła część domagała się natychmiastowego wymazania pamięci chłopaka przy pomocy magii. Sumienie za to mówiło, że powinna porozmawiać z bohaterem-od-siedmiu-boleści i przekonać go, że Thierry napisał kosmiczną bzdurę. Już miała otworzyć usta, gdy Ron przystąpił do ataku.
- Ty gnoju! Zabiję cię! – wrzasnął i rzucił się na Deva.
- Przestańcie, błagam! – piszczała przerażona Hermiona patrząc na bijących się chłopaków. – Zaraz ktoś tu przyjdzie…
- Nie pozwolę ci jej więzić! – wykrzyknął Dev z trudem, gdy Ron przycisnął jego głowę do ziemi. – Wiem, że chcesz się zemścić na Lordzie Waldemarze, ale nie możesz jej krzywdzić!

Twarz rudzielca, która wyrażała wściekłość w ciągu sekundy zmieniła wyraz na bezbrzeżne zdumienie. Popatrzył się pytająco na swoją narzeczoną.
- O czym ten debil gada?
Hermiona obserwowała rozpaczliwie wierzgającego Deva, którego masa ciała była mniejsza od siedzącego na nim Rona.
- On chyba myśli, że jesteśmy postaciami z książki Thierry’ego… - wydukała. – Mówił, że mam na nazwisko White, a ty jesteś Hrabią Reganem - dziewczyna postanowiła, że dla bezpieczeństwa nastolatka, nie powie o wyznaniu miłości do niej.

Czarodziej zamrugał powiekami wyraźnie nie rozumiejąc sytuacji.
- W książce nie było żadnego Regana – burknął i puścił głowę Deva.
- Byłesz! – wydyszał chłopak i wypluł kępkę trawy. – Na okładce są wasze podobizny!
Po tych słowach nastąpiła cisza. Hermiona od razu zrozumiała, że Thierry wydał drugą książkę. Zastanawiające było skąd miał dostęp do jej zdjęć. Spojrzała na Rona, który miał głupią minę.
- A to po to mu było… - mruknął pod nosem.
Wstał z Deva i podniósł chłopaka brutalnie za kołnierz. Hindus łypnął na niego spode łba. Jego spojrzenie ujawniło czystą nienawiść do rudzielca.
- Teraz pójdziemy do ciebie i pokażesz nam to cudowne dzieło – Ron oznajmił ostrym tonem. – Jak będziesz uciekał albo coś to cię zamienię w szczura! Jestem przecież czarnoksiężnikiem – dodał i mrugnął wesoło do Hermiony.

Ta zaś nie podzielała entuzjazmu swojego narzeczonego. Analizowała całą tę sprawę z narastającą frustracją. Czemu Thierry postanowił akurat ją wybrać na swoją bohaterkę? Czy znajdzie się ktoś równie szalony jak Dev, który uwierzy w te brednie? Dlaczego Ron dał mu ich zdjęcie? Idąc za swoim narzeczonym, który nadal trzymał Hindusa za koszulkę, rozważała jakie ma możliwości. Nie mogła pozwać Thierry’ego, ponieważ ciągle lawirowała pomiędzy dwoma światami. Tak naprawdę powinna już dawno pożegnać się ze społeczeństwem mugoli, ale chciała obserwować dorastanie Suzanne. Wejście na drogę prawną oznaczało odpowiadanie na dziesiątki niewygodnych pytań, a tym samym musiałaby zmienić pamięć sporej ilości osób. Mogłaby przez przypadek złamać kilka punktów z Kodeksu Tajności, a jako, że pracowała w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów to wyszłaby z tego katastrofa. W takim przypadku jej marzenie o objęciu posady Ministra Magii nie spełniłoby się.
- Leć i przynieś książkę! – rozkazał Ron, gdy znaleźli się przed drzwiami domu państwa Shastri.

Dev wbiegł do budynku jakby się paliło. Hermiona spojrzała się na Rona wzrokiem, który mówił „gadaj”. Rudzielec od razu zrozumiał o co jej chodzi.
- Tak, wysłałem mu zdjęcie – przyznał się ze skruchą. – Jakiś czas temu napisał do mnie list z pytaniem co u nas słychać. Odpisałem, wspomniałem, że chcę ci się oświadczyć dlatego nie mówiłem ci o tym. Nie chciałem aby się wydało, rozumiesz – zaśmiał się nerwowo. - Poprosił o zdjęcie to mu wysłałem jedno z tych co zrobili nam twoi rodzice. Nie wiedziałem, że napisze drugą książkę.

Hermiona przewróciła oczami i westchnęła głęboko. Zrozumiała, że właśnie straciła nadzieję na to, że Ron kiedykolwiek się zmieni. Zupełnie nie pojmowała jak można tak beztrosko podchodzić do życia. Owszem, podjęła ostatnio dość spontanicznie decyzję o wynajmie domu, ale zrobiła to pod wpływem ojca. Jednak nikt nie mógł jej zarzucić, że było to całkowicie lekkomyślne. Przecież wcześniej zbadała rynek nieruchomości poprzez sprawdzenie ofert i porównanie ich. Ron na jej miejscu nie zrobiłby tego. Była pewna, że wynająłby pierwszy lepszy dom, który spełnił jego wymagania albo miałby po prostu basen w ogrodzie.
- Masz! – Dev otworzył drzwi i rzucił w Rona książką, po czym stanął za Hermioną.
- O ja cię! – wykrzyknął zdumiony czarodziej.

Jego narzeczona spojrzała na okładkę i opadła jej szczęka. Obrazek był w całości namalowany przez kogoś kto potrafił oddać podobieństwo. Ron nie miał koszulki, doskonale widać było mięśnie pod bladą skórą. Na jego twarzy widać było mściwą satysfakcję, gdy spoglądał na seksowną wersję Hermiony trzymanej przez niego na łańcuchu. Czarownica spłonęła rumieńcem, gdy patrzyła na swoją twarz dołączoną do seksownego, ledwo ubranego ciała. Jej mina wyrażała całkowite uwielbienie dla Hrabiego Regana. Tytuł książki brzmiał „Hermiona White i Pierścień Czarnoksiężnika”. Dziewczyna od razu domyśliła się, że chodzi o pierścionek zaręczynowy. Jej namalowana odpowiedniczka miała identyczny na palcu.
- Napisałeś mu jaki dostanę pierścionek? – spytała się cicho.
- Yhm – Ron potwierdził niewyraźnym chrząknięciem. – Ale z niego totalny chuj! – wypalił i Hermiona zobaczyła, że jego uszy robią się co raz bardziej czerwone. – Już nigdy więcej się do niego nie odezwę! Sukinsyn zakłamany! Niedorobiony syn chomika i Chrapaka Krętorogiego! Zawszony muł pasiasty!

Hermiona udawała, że nie słyszy inwektyw, którymi Ron zaczął obrzucać Thierry’ego. Odwróciła się w stronę Deva, który patrzył się na nią maślanym wzrokiem.
- Mogę ją pożyczyć? – spytała się na co Hindus od razu przytaknął. – Widzisz, Thierry to nasz bardzo daleki znajomy. Jak sam widzisz napisał o mnie książki, które są kompletną bzdurą. To wszystko nieprawda. Thierry ma naprawdę dziwne fantazje – wytłumaczyła nastolatkowi.
- Wiem… – odparł cicho, a Hermiona odetchnęła z ulgą – dlatego nie powiem nikomu o twoim sekrecie. Nikt się nie dowie, że jesteś czarownicą – uśmiechnął się do niej.
Dziewczyna poczuła, że z rozpaczy ma ochotę zawyć do księżyca.

***

Szła ciemnym korytarzem zamku opatulona szczelnie w pelerynę. Mroczne cienie drzew rosnących za oknem poruszały się tworząc niesamowity taniec grozy. Nie mogła się zatrzymać. Jej pan i władca wołał ją, więc musiała być posłuszna. Nienawidziła go i pożądała jednocześnie. Emocje i uczucia, których doznawała będąc pod jego wpływem przelewały się w niej falami niczym gotujący się wywar w kotle z zabójczym eliksirem. Wargi miała wilgotne, oddech urywany. Zastanawiała się co tym razem każe jej zrobić. Jej ciało przeszył dreszcz niepewności, gdy popchnęła ciężkie, drewniane drzwi i weszła w stronę ciepłego światła kominka.
- Jesteś w końcu! – warknął na nią Hrabia Regan. – Ile można czekać!
- Przyszłam najszybciej jak mogłam! – jęknęła Hermiona i skuliła się w sobie.

Ostatnim razem została srogo ukarana, gdy niedostatecznie szybko spełniła zachcianki swojego pana. Regan patrzył się na nią rozkoszując się jej strachem. Zimne, niebieskie oczy rzucały złowrogie błyski. Rude włosy odbijały płomienie z kominka, przez co można było pomyśleć, że płoną.
- Chodź do mnie – rozkazał i uśmiechnął się ukazując w pełni swoje ostre zęby.

Hermiona podeszła powoli dygocąc ze strachu i pochlipując pod nosem. Strasznie się go bała. Jej serce waliło niczym młot i nie chciało przestać. Regan zaśmiał się pod nosem i zdarł z niej brutalnie pelerynę. Czarownica pisnęła cicho i objęła się ramionami. Pod spodem miała tylko koronkową sukienkę, niczego więcej nie pozwalał jej nosić. Mimo ognia w kominku w pomieszczeniu było dość chłodno.
- Zaraz cię rozgrzeję! – oznajmił Regan z triumfem w oczach i przełożył sobie dziewczynę przez kolano. – Piszcz i płacz maleńka, uwielbiam to – zaśmiał się i rozerwał sukienkę na pośladkach. – Dzisiaj będzie dziesięć! – zawołał i przyłożył przerażonej dziewczynie. – Jeden!
- Aj! – krzyknęła z płaczem.
- Ha, ha, ha! – zaśmiał się jej oprawca. – Dwa!

- Nie, ja nie mogę – oznajmiła Hermiona ze wstrętem i odrzuciła od siebie książkę jakby była pokryta śluzem gumochłona. – Thierry ma naprawdę chore fantazje – zakomunikowała z niesmakiem.
- Jest zwykłym zboczeńcem, który molestuje literacko czyjąś narzeczoną – warknął Ron, który był urażony sposobem sportretowania go. – Zamierzam go znaleźć i przywalić jakimś wrednym zaklęciem! Może przekręcę go na lewą stronę…
- Wiesz dobrze, że nie możesz tego zrobić – zakomunikowała sucho Hermiona. – Pogwałciłbyś Międzynarodowe Prawo Czarodziejów. Jedyne co nam zostaje to napisać do niego – wyjaśniła i włączyła komputer.
- Co z Devem? – spytał się ponuro czarodziej. – Mamy zamieszkać koło niego, a mu kompletnie odbiło na twoim punkcie!

Dziewczyna zarumieniła się z zażenowania. Gdy ściągnęła w domu jeansy z tylnej kieszeni spodni wypadła złożona kartka, którą przeczytał Ron. Dev wyznawał w niej miłość i obiecywał, że kiedyś ją uwolni z niewoli Hrabiego Regana. Nastolatek wyraźnie miał coś nie po kolei z głową.
- Pójdę do jego matki aby porozmawiać o tym jaką literaturę czyta – odparła Hermiona.
- To nic nie da… - bąknął Ron.
- Nie mamy innego wyjścia.
- Może… może zerwijmy umowę – dodał czarodziej z wahaniem w głosie. – Nie mieszkajmy tam, nie przy nim. Mówię ci, że z tego powodu będą same kłopoty!
- Za późno – odparła Hermiona przez zęby. – Pojutrze się wprowadzamy i tyle… Dobra, popatrz co mu napisałam – dodała, gdy skończyła stukać w klawiaturę.

Ron podszedł do niej i rzucił okiem na ekran monitora. Westchnął znacząco i odsunął krzesło z Hermioną na bok.
- Jesteś zbyt delikatna. Patrz jak to się robi! – wzniósł entuzjastyczny okrzyk i zaczął szybko dopisywać swoją opinię. – Gotowe!
Dziewczyna z rozbawieniem popatrzyła się na treść wysłanego e-maila.
- Jesteś niedorozwiniętym zboczeńcem lubiącym chińskie bajki, który traktuje kobiety jak dziwki. Weź się utop albo zrób coś ze swoimi książkami bo jak cię znajdę to twoja rodzina cię nie pozna! Nie wolno ci więcej o nas pisać. Jesteś beznadziejny i nie masz talentu! Weź się wychędoż bo ci sperma mózg zalała. Bez pozdrowień, Ronald Weasley – przeczytała krztusząc się ze śmiechu. – Ale mu pojechałeś! Brawo! Na pewno po twoich słowach wykupi wszystkie swoje książki i je spali – dodała z ironią.
- Prędzej to zrobi po mojej wiadomości niż po twojej – fuknął Ron. – Proszę, abyś więcej nie wykorzystywał naszego wizerunku do swoich opowiadań. Będę dozgonnie wdzięczna. Tak. To na pewno go przekona! Jeszcze powinnaś dopisać na końcu: buziaczki od Mionki, cmok, cmok! – dodał ze złością.
- Och, przymknij się. Dopóki nie odpisze nic nie zrobimy – ucięła dyskusję Hermiona. - Teraz chodź zrobić kolację bo umieram z głodu…

***

Harry bez większej krępacji poszedł do kuchni i nalał sobie do szklanki coli. Czuł się trochę dziwnie w mugolskim domu. Jedyne, które znał kojarzyły mu się niezbyt pozytywnie. Ten również nie wzbudził jego sympatii. Widocznie za bardzo przyzwyczaił się do mieszkania na Grimmauld Place. Idąc w stronę salonu Rona i Hermiony usłyszał głośny śmiech. Był ciepły sobotni wieczór i właśnie w tym dniu George, Angelina, Ginny i Harry wpadli do swoich przyjaciół aby obejrzeć ich nowe miejsce zamieszkania. Zgodnie stwierdzili, że jak na mugolskie standardy był to bardzo dobry wybór.
- Kiedy zaczniecie remont? – spytała Ginny, która drapała Krzywołapa za uszami.
- Chcielibyśmy jak najszybciej – odparła Hermiona. – Będziemy powoli coś tam robić, ale dopiero w wakacje zabierzemy się za to na serio. Napisałam podanie i czekam na rozpatrzenie wniosku przez administrację.
- Przecież możecie użyć magii – zdziwiła się Angelina.
- Niby możemy, ale nie chcę aby mugole się zorientowali. Na razie odświeżymy meble i będziemy remontować po jednym pokoju. Pod koniec czerwca powinnam mieć wolne i chciałabym aby Ron też miał.
- Chwila, chwila – odezwał się George. – Ron musi pracować.
- Niby czemu? – warknął rudzielec. – Należy mi się wolne!
- A to dlatego, że od jakiegoś czasu mamy wyjątkowo wysokie wyniki sprzedaży. Zwłaszcza czarownice zaczęły walić do nas drzwiami i oknami. Nie udawaj, ze tego nie zauważyłeś!
- Czarownice…? – spytała się zdezorientowana Ginny.
- Tak, czarownice! – przytaknął George. – Po wywiadzie Rity, Ron z jakiegoś powodu stał się popularny i babeczki walą do nas drzwiami i oknami. Zwłaszcza uczennice z Hogwartu. Wykupiły prawie cały zapas eliksirów z serii Cud-Miód Czarownica, który mamy w Hogsmeade!
- Nie sądziłam, że dożyję dnia kiedy Ron będzie sławny – mruknęła siostra rudzielców.
- Ten wywiad był w porządku – Harry zaczął bronić przyjaciela. – Ron dał się poznać od swojej dobrej strony. Rita zrobiła z niego wschodzącą gwiazdę biznesu, a przy okazji pokazała, że dla miłości jest w stanie zrobić wszystko – uśmiechnął się do Hermiony.
- Tak… a potem Pansy z Dafne nie dawały mi żyć nazywając mnie „falami oceanu jego życia” – mruknęła czarownica. – To cudowne, że tak o mnie myślisz, ale mogłeś wpaść na jakieś inne określenie – zwróciła się do Rona.
- Grunt, że podziałało – odparł wesoło rudzielec.
- Czarownice kupują wszystko co Ron im zaproponuje – wyjaśnił George. – Dlatego wolę abyś miał wolne teraz. W wakacje zarobimy mnóstwo kasy, gdy uczennice będą przychodzić do nas ze swoimi matkami.
- Czekaj! Mówisz kasy? – Ron spojrzał się chytrze na brata. – W takim razie chcę podwyżkę! Będę mógł szybciej spłacić kredyt!

George wyglądał jakby był zły na siebie, że o tym wspomniał.
- No dobra… jeśli sporo zarobisz to spłacę cały twój dług – odparł po chwili wahania.
- Juuuuhuuu! – wykrzyknął Ron i zerwał się z kanapy. – Będziemy mogli kupić sobie fajne rzeczy do domu! Niedobrze mi na widok tej kanapy! – oświadczył  i wyjął różdżkę.
Pod wpływem jego zaklęcie mebel zmienił się. Tapicerka w szkocką kratę zamieniła się w pikowaną skórę smoka we wściekłym czerwonym kolorze. Przy okazji kanapa uzyskała fantazyjne linie i rzeźbione, drewniane wykończenia. Na jednym z brzegów oparcia widniała głowa smoka zakończona ostrymi zębami.
- Od razu lepiej – oznajmił czarodziej.

Hermiona nie podzielała jego entuzjazmu. Harry wiedział, że taka ekstrawagancja to nie był jej styl. Dziewczyna szybko wyjęła różdżkę aby zademonstrować swoją wizję.
- Taka kanapa będzie lepsza! – oznajmiła, gdy mebel zamienił się.
Harry spojrzał się na obicie z kremowego materiału. Wszystkie nieregularne linie wyczarowane przez Rona zniknęły. Kanapa uzyskała idealnie prostą formę, która pasowała do nowoczesnego, minimalistycznego wystroju, który był co raz bardziej popularny wśród mugoli. Nogi mebla pozostały drewniane, ale nie były pokryte fantazyjną rzeźbą.
- To jest okropne – wyjąkał Ron.
- Mieszkamy wśród mugoli i musimy dostosowywać się do nich – czarownica odparła tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Czyli wszystko będzie wyglądało tak jak ty chcesz?
- Tak jak powinno wyglądać – wyjaśniła Hermiona z naciskiem. – Jasne kolory, mało ozdób, może w niektórych miejscach damy jakiś wzorek, aby nie było nudno…
- Nie zgadzam się! – Ron podniósł głos. – Ja też tutaj mieszkam!
- To sobie wyremontuj jedną sypialnię jak tylko chcesz – zakomunikowała chłodno jego narzeczona. – Jak przyjdzie jakiś mugol to zamkniemy ją na klucz i będziemy mówić, że trzymamy tam rupiecie.
- Czyli jestem dla ciebie śmieciem, który nie ma prawa głosu!?

W salonie zapanowała pełna napięcia cisza. Angelina patrzyła się na narzeczonych ze zdumieniem, Ginny zaciskała usta, aby nie wypsnęło się z nich jakieś przekleństwo, wzrok George’a wyrażał, że uważa ich problemy za głupie. Harry poczuł, że musi wkroczyć do akcji zanim jego przyjaciele pozabijają się nawzajem. Podszedł do Rona i stanął przed nim aby popatrzeć się mu prosto w oczy.
- Ona tak nie uważa – powiedział spokojnie.
- Ale nie chce mi pozwolić abym decydował o tym domu! – wycedził zaciskając pięści ze złości.
- Ja będę płaciła za wynajem, więc ja decyduję o większości – zza pleców Harry’ego doszedł głos Hermiony. – Jak tak bardzo chcesz to możesz wziąć sobie garaż!
- Niech cię sfinks porwie! – warknął rudzielec i wyszedł do ogrodu.

Wszyscy popatrzyli się na siebie. Każdy miał niepewną minę oprócz Hermiony, która wyraźnie była obrażona i George, który uważał to za zabawne.
- Jak dzieci – stwierdził wesołym tonem. – Mogłabyś mu dać się wypowiedzieć w jakiejś kwestii…
- Widziałeś jego gust!? – warknęła wściekle czarownica. – Ja chcę tutaj zapraszać ludzi! Jak on coś urządzi to będę mieszkać w jakimś… jakimś… burdelu dla klientów lubujących się w sado-maso!

Ginny parsknęła śmiechem. Harry wiedział, że podziela ona zdanie Hermiony. Krótko po tym jak się do niego wprowadziła zaczęła robić porządki na Grimmauld Place. Tylko, że mu nie przeszkadzało, gdy wyrzuciła nogę trolla i obcięte głowy Skrzatów Domowych. Sam poparł jej pomysł aby zmienić kolory domu z zielono-srebrnego na czerwono-złote. Mieli ten sam gust i dobrze się rozumieli.
- Eeee, może czegoś się napijemy, co…? – zaproponowała nieśmiało Angelina w celu przerwania głuchej ciszy.
Nic z tego jednak nie wyszło. Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć z ogrodu dobiegł do ich uszu krzyk Rona.
- Deeeev! Jeszcze raz zobaczę, że jesteś w naszym ogrodzie i próbujesz nas szpiegować to ci nogi z dupy powyrywam! Obetnę jaja! Wyrwę wątrobę! Odwal się od mojej narzeczoneeeeej!
- To my chyba sobie pójdziemy – stwierdził George, gdy Hermiona wybiegła na zewnątrz, aby zbesztać swojego narzeczonego za nocne wrzaski.

Wrzucając proszek Fiuu do paleniska, Harry miał nadzieję, że jego przyjaciele w końcu znajdą wspólny język i zaczną się ze sobą dogadywać. Wizja ich rozstania była dla niego zbyt przygnębiająca. Postanowił pogadać z każdym z nich na osobności w przeciągu kilku najbliższych dni.
- Na Grimmauld Place 12! – powiedział i wstąpił w szmaragdowe płomienie.

***

W niedzielę koło południa Hermiona pojechała do domu swoich rodziców. Była w paskudnym humorze, ponieważ przez pół nocy kłóciła się z Ronem. Na razie nie zanosiło się na to, aby przyjęli wspólny kierunek w sprawie urządzenia wnętrz. Nie potrafili się dogadać i połączyć swoich pomysłów. W przypływie rozpaczy zaproponowała mu, że może wybrać parę  durnostojek w swoim guście, ale on nie chciał nawet o tym słyszeć. Zakończyło się tym, że każde z nich spało w innym pokoju.

Po krótkiej rozmowie z rodzicami, czarownica poszła do gabinetu aby zajrzeć do komputera. Byli mieszkańcy nie korzystali z internetu, dlatego Hermiona musiała dopiero go założyć w swoim nowym domu. Na razie była na etapie porównywania ofert, w których pomagał jej ojciec.
- Mam nadzieję, że Thierry odpisał – mruknęła pod nosem włączając komputer.

Okazało się, że jej życzenie się spełniło. Kanadyjczyk wysłał do niej wiadomość.

Przepraszam Hermiono!
Przykro mi, ale nic nie mogę poradzić. Dlaczego? Powiem ci gdy się spotkamy. Na razie muszę promować książkę w Ameryce Północnej. Będę w Londynie w październiku. Nie bierz ze sobą Rona. Po jego wiadomości poznałem, że nie ma o czym z nim rozmawiać. Jeszcze raz przepraszam, że sprawiłem ci przykrość.
Thierry

- No to czekamy do października – stwierdziła Hermiona zadowolona, że chociaż jeden chłopak wyraził skruchę i ma ochotę wyjaśnić nieporozumienia zaistniałe między nimi.

czwartek, 22 września 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 35 – Czasem warto zaryzykować

Ron siedział sam w pustym sklepie i nudził się niemiłosiernie. Sto razy bardziej wolałby pracować tego dnia na Pokątnej, ale mieli umowę z George’em, że pojawiają się w Hogsmeade na zmianę. Tego dnia wypadła kolej młodszego z braci Weasley. Rudzielec wyjrzał z nadzieją przez okno, ale po ulicy kręciło się niewielu czarodziejów. Większość z nich była zajęta swoimi sprawami i częściej zmierzała w stronę jednego z pubów niż do sklepu z dowcipnymi gadżetami. Ron żałował, że nie była to sobota. Wtedy z Hogwartu przychodziło mnóstwo uczniów i miał pełne ręce roboty. Szczerze mówiąc nie lubił za bardzo użerać się z bachorami, ale przynajmniej czymś się zajmował. Samotne siedzenie dobijało go. Hermiona mówiła mu wielokrotnie, że mógłby poczytać jakąś książkę, ale nie ciągnęło go za bardzo do lektury. To było jej hobby, a nie jego. Ron zdecydowanie preferował działanie i lubił iść na żywioł. Nawet jeśli oznaczało to wywalenie za drzwi pyskujących nastolatków, którzy próbowali zwędzić towar.

Rudzielec westchnął i zaczął rozmyślać o niedawnych wydarzeniach. Miał szczęście, że Hermiona wybaczyła mu jego ostatni wybryk. W sumie to zdziwiłby się, gdyby tego nie zrobiła. Wydał na nią kupę kasy. Niewiele czarownic mogło się poszczycić takim pierścionkiem.
- Nawet ten sukinsyn Robards – pomyślał z satysfakcją Ron. – Przebiłem jego biżuterię i samochód. Niech no tylko spróbuje podwalać się do Mionki, to mu pokażę!

Jego narzeczona była warta wszystkich wydanych pieniędzy. Mądra, ambitna i nieustraszona, a przy tym wyrozumiała i wrażliwa. Może nie była Miss Czarownic i nie onieśmielała urodą niczym Fleur, ale miała w sobie to „coś”, co powodowało u męskiej części społeczeństwa chęć mycia się częściej niż raz na tydzień. Ron ciągle nie wierzył w swoje szczęście. Nigdy nie rozumiał, dlaczego Hermiona akurat w nim się zakochała. Przecież chodziła z Krumem, który był i nadal jest gwiazdą Quidditcha.
- Kobiety są dziwne – stwierdził w duchu Ron. – Widocznie inteligencja Mionki podpowiedziała jej, że jestem kimś wyjątkowym. Wiedziała, że zajdę daleko i będę zarabiał kupę forsy, dzięki czemu będziemy żyć w dostatku i przebijemy majątkiem Malfoya – pomyślał z zadowoleniem. – Mam nadzieję, że przez wszystkie łapówki Draco będzie klepał biedę, a ja mu będę kazał tańczyć w zamian za garść galeonów! O tak! – rudzielec z błogą miną zaczął udawać, że rzuca pieniądze na podłogę. – Zbieraj Malfoy! Łap! Ha, ha! Weasley górą!

Marzenia Rona o tańczącym i żebrzącym Draco zostały brutalnie przerwane przez dzwonek zawieszony u drzwi, który informował o przybywających klientach. Czarodziej błyskawicznie zerwał się ze stołka i ujrzał zmierzającą ku ladzie Ritę Skeeter.
- Dokarmiałeś jakieś zwierzątka? – spytała słodkim tonem. – Z zamkniętymi oczami to chyba ciężko, co?
- Eeee… puszki pigmejskie – wydusił z siebie Ron. – Uciekły na dźwięk dzwonka….
- Aha… - mruknęła Rita jednocześnie patrząc się wymownie na zamkniętą na cztery spusty klatkę ze zwierzątkami. – Chciałabym…
- Nic nie powiem na temat Hermiony ani Harry’ego, ani Ginny, ani kogokolwiek innego! – wszedł jej w słowo rudzielec, który przypomniał sobie, że przy dziennikarce nie powinien mielić ozorem.
- Ha, ha, ha! – wybuchnęła śmiechem czarownica. – Jesteś taki słodziutki jak nowonarodzony Nieśmiałek… - zbliżyła się i oparła o ladę. – Chcę pogadać na twój temat.
- Mój? – zdziwił się Ron. - Wiesz przecież wszystko…
- A, a, a! Ciiii… – uciszyła go Rita patrząc mu głęboko w oczy. – Po Dniu Zwycięstwa jestem wprost zalewana listami od osób, które chcą wiedzieć o tobie więcej. Nie interesuje ich Harry czy Hermiona… – dziennikarka dźgnęła chłopaka palcem zakończonym ostrym paznokciem pomalowanym na krwistoczerwony kolor. – Kim jest ten fascynujący czarodziej? Dlaczego tak mało o nim wiemy? Te pytania przewijają się w większości wiadomości. Czytelnicy chcą lepiej poznać trzeciego bohatera, który jest na tyle skromny, że stoi w cieniu – zakończyła z uwodzicielskim uśmiechem.
- Pierdolisz Rita – odparł Ron zanim zdążył pomyśleć, co mówi.

Dziennikarce na moment znikł uśmiech z twarzy, ale szybko się opanowała. Położyła na ladę swoją torebkę ze smoczej skóry i zaczęła w niej gwałtownie grzebać. Po chwili przed nosem Rona pojawił się stos pergaminów.
- Czytaj! – rozkazała Rita.
Rudzielec z pewną dozą nieufności zaczął przeglądać listy. Zdecydowana większość pochodziła od kobiet. Część pisała, że nie pomyślałaby nigdy, że ktoś taki jak on może być interesujący, ale zdjęcie zaręczonej pary zaintrygowało je. Kilka wiadomości było od osób, które chciały się dowiedzieć więcej na temat jego pracy oraz jak doszedł do sukcesu. Zdecydowana mniejszość domagała się pikantnych ploteczek.
- Nigdy nie myślałam o Ronaldzie Weasley jako o bohaterze i odnoszącym sukcesy człowieku, jednak twój ostatni artykuł sprawił, że zmieniłam o nim zdanie – Rita przeczytała fragment listu. – Dlaczego tak mało wiemy o tym fantastycznym chłopaku? Przecież powinien objąć urząd ministra! Rito, napisz nam coś więcej!

Dziennikarska spojrzała na Rona znacząco. On sam nie wiedział co powiedzieć. Miał świadomość, że nawet nie powinien pozwolić Ricie na przekroczenie progu sklepu. Kontakty z nią oznaczały kłopoty i nie raz się o tym przekonał. Jednak gdy czytał te wszystkie pochlebstwa w listach poczuł się ważny. Ktoś go w końcu docenił i zaczął się nim interesować. Czarownice wręcz domagały się aby Rita przeprowadziła z nim wywiad. To mile połechtało jego próżność.
- Nie powinienem z tobą gadać, idź już sobie – oznajmił zrezygnowanym tonem, gdy stwierdził  że nie chce dać Hermionie kolejnego powodu do zmartwień. Wystarczająco zawalił kwestię wesela.
- Wiem, wiem… – Rita machnęła ręką jakby odganiała naprzykrzającą się jej muchę – twoja cudowna narzeczona byłaby zła…
- Oj, byłaby…
- Słuchaj Tygrysie! – dziennikarka zbliżyła swoją twarz do twarzy Rona. – Moje czytelniczki domagają się ciebie. Nie interesuje ich Hermiona, nie musisz o niej mówić. Masz właśnie swoje pięć minut, wykorzystaj je! Pokaż się z jak najlepszej strony! Niech świat pozna prawdziwego Ronalda Weasleya, a nie przydupasa Harry’ego! – mówiła z ekstazą. – Nie zmarnuj swojej szansy! Nie bądź frajerem, który siedzi pod pantoflem swojej narzeczonej!

Ron poczuł się jakby był pomiędzy młotem, a kowadłem. Toczył ze sobą wewnętrzną walkę. Właśnie ziszczało się jego pragnienie – bycie naprawdę sławnym. Zawsze był w cieniu swoich braci, Harry’ego, a ostatnio nawet Hermiony. Ona mogła być w gazetach, mogła udzielać wywiadów, a mu nie było wolno. Przecież też miała kilka wpadek i jakoś z nią nie zerwał! Hermiona powinna mu bardziej zaufać.
- Rita – odezwał się po krótkiej chwili – udzielę wywiadu, ale mam jeden warunek…

Dziennikarka wysłuchała uważnie co Ron ma do powiedzenia. Nie skrzywiła się, ani nie protestowała. Za to z zadowoleniem sięgnęła po czysty pergamin i pióro.
- No to zaczynajmy! – rzekła z uśmiechem, który ukazywał w pełni jej złote zęby.
Ron za to miał nadzieję, że jego narzeczona zrozumie dlaczego to zrobił.

***

Hermiona ledwo zdążyła przekroczyć próg domu, gdy została cofnięta na podwórko przez swojego ojca. Wręczył jej kanapkę oraz sok jabłkowy i zaprowadził do samochodu.
- Nie ma czasu do stracenia! – oznajmił otwierając przed nią drzwi od strony pasażera.
- Coś się stało? – pisnęła przestraszona czarownica.
- Chciałaś abym się rozejrzał za jakimś domem do wynajęcia dla ciebie i Rona – wyjaśnił pan Granger. – Rodzice mojego kolegi z pracy chcą się przeprowadzić za granicę. Znaleźli naprawdę tanie lokum i chcą tam się urządzić jak najszybciej. Postanowili, że wynajmą swój dom. Ian powiedział mi, że najpierw chcą poszukać chętnych pocztą pantoflową zanim dadzą oficjalne ogłoszenie. Wiesz, mają większe zaufanie do kogoś kto zostanie im polecony - opowiadał podczas wyjeżdżania z podjazdu.
- Tato, super, naprawdę, ale dopiero niedawno się zaręczyliśmy i nie sądzę aby szybkie…
- Nie wymiguj się – ojciec Hermiony wszedł jej w słowo. – Razem z mamą stwierdziliśmy, że przyda wam się pomieszkać razem przed ślubem. Ostatnio kłócicie się o najmniejsze pierdoły. Prawie zerwaliście zaręczyny z powodu innych wizji wesela. Musicie nauczyć się dogadywać się we wszystkich kwestiach. Zarówno tych małych jak i dużych. Wiemy, że przy nas się hamujecie i to nie jest dobre. Czasem trzeba sobie porządnie pokrzyczeć aby pójść dalej – zerknął na naburmuszoną córkę, która nie lubiła jak się ją poucza. – Wiem, że Ron ma czasem zwariowane pomysły, ale w końcu jest czarodziejem. Ty za to jesteś zbyt… eeee… ambitna…
- Twierdzisz, że przesadzam? – spytała się lodowatym tonem.
- Powinnaś czasem wyluzować. Życia nie da się w stu procentach zaplanować. Później będziesz żałować, że straciłaś najlepsze lata swojego życia!
- Na łożu śmierci prędzej będę żałować, że nie zostałam Ministrem Magii i nie uwolniłam Skrzatów Domowych niż to, że nie chlałam na imprezach!
- Wiesz dobrze, że nie o to mi chodzi – odparł pan Granger. – Dąż do czegoś, ale przy okazji nie zatracaj się w tym. Ok?
- Niech ci będzie – odburknęła Hermiona. – Moje pierwsze szaleństwo: jadę oglądać potencjalne miejsce zamieszkania bez narzeczonego.
- Powiedziałem Ianowi, że będziemy dzisiaj. Nie ma czasu czekać aż Ron wróci z Hogsmeade. Jeśli się dobrze zaprezentujemy to może się uda wynająć dom z niskim czynszem w dobrej lokalizacji.
- No tak, dobre wrażenie i Ron to oksymoron – zakpiła czarownica po czym zajęła się konsumowaniem kanapki.

Dom rodziców Iana okazał się bliźniakiem, zaś oni sami bardzo miłymi ludźmi, mimo że pan domu jako były wojskowy miał tendencje do dyrygowania innymi. Obydwoje przeszli na emeryturę i stwierdzili, że mają dość mokrego angielskiego klimatu. Podjęli decyzję, że przenoszą się na południe w obrębie Morza Śródziemnego. Znaleźli w Hiszpanii domek, który został wystawiony na sprzedaż w ramach licytacji. Jako, że nie było chętnych to kupili go za naprawdę małe pieniądze. Obydwoje już nie mogli się doczekać aby obejrzeć swoje nowe miejsce zamieszkania.
- Chcemy wylecieć za dwa tygodnie, weźmiemy tylko niezbędne rzeczy, resztę dokupimy na miejscu – opowiadał ojciec Iana.
- W naszym nowym ogrodzie rosną pomarańcze – dodała jego żona. -  Chcę o nie zadbać.
- Im szybciej wynajmiemy nasz stary dom tym lepiej – oświadczył właściciel. – Ian mówił, że jest pan porządnym człowiekiem i dobrze wychował pan córkę – spojrzał na Hermionę, która wyprostowała się aby pokazać, że jest godna zaufania. – Pokażę wam dom i pogadamy.

Mimo początkowej niechęci czarownica stwierdziła, że zaczyna jej się podobać wizja szybkiego zamieszkania z Ronem. Uważnie oglądała każde pomieszczenie i w jej głowie zaczął się pojawiać plan zagospodarowania miejsca. Na parterze mieścił się salon z kuchnią i ogrodem zimowym. Na pierwszym piętrze znajdowały się trzy sypialnie i łazienka. W zadbanym ogrodzie stała zgrabna altana, idealna do urządzania spotkań z przyjaciółmi. Zaś co najważniejsze: dom miał prawdziwy kominek. Hermiona wiedziała, że będą korzystać z Ronem z Sieci Fiuu, dlatego był to warunek podstawowy.

Oglądając kuchnię dziewczyna poczuła, że bardzo chciałaby tu zamieszkać. Szybko skarciła się w duchu za te myśli. To było pierwsze miejsce które obejrzała i to bez udziału Rona. Wprawdzie robiła już rozpoznanie buszując w internecie i szukając ofert w gazetach, ale nie powinna dać się porwać entuzjazmowi. Wynajem domu to poważna decyzja i powinna być dogłębnie przemyślana oraz przeanalizowana.
- Na kiedy zaplanowałaś wesele? – zapytała uprzejmie matka Iana.
- Chcieliśmy za rok, ale tak wyszło, że dopiero za dwa lata się pobierzemy – Hermiona odparła błyskawicznie mimo wyrwania z zamyślenia. – Z tego powodu szukamy czegoś na dłużej.
- Rozumiem – staruszka uśmiechnęła się wyrozumiale. – Musicie mieć swoje gniazdko. Ten dom jest idealny dla młodego małżeństwa. Zmieścicie się tutaj z powodzeniem razem z dziećmi.

Czarownicę przeszył dreszcz. Z dziećmi? Kiedyś je chciała, ale po słowach Kingsleya przestała brać macierzyństwo pod uwagę. Nikt jej nie wybierze na Ministra Magii z powodu wyglądu, a gdy zostanie matką to przez dłuższy czas będzie musiała siedzieć w pieluchach. Miała przecież doświadczenie w tych sprawach dzięki Suzanne. Uważała, że opieka nad dzieckiem to ciężki kawałek chleba, mimo że jej siostra była bardzo grzeczna i spokojna. Już teraz miała problemy z pisaniem raportów, gdy Suzanne domagała się uwagi. Potomstwo zostało definitywnie skreślone z planów Hermiony na najbliższe dziesięć lat.
- Powie mi pani jacy są sąsiedzi? – spytała się właścicielki aby zmienić temat.
- Hinduska rodzina, ona nie pracuje, on jest wysoko postawionym pracownikiem banku. Mają trójkę dzieci, ale dwójka się wyprowadziła. Z nimi został tylko nastoletni syn. Spokojni, nie hałasują, od samego początku nie mieliśmy z nimi żadnych kłopotów, a mieszkają tutaj od trzech lat. Jeśli lubisz hinduskie jedzenie to dobrze, bo często czuć jak przyrządzają mocno pachnące potrawy.
- Nie przeszkadza mi to – odparła Hermiona z ulgą.
- Musisz jeszcze wiedzieć, że są… dość tradycyjni – oznajmiła właścicielka domu z zakłopotaniem.
- Czyli?
- On nie rozmawia z kobietami, a ona z mężczyznami. Nie zdziw się, to u nich normalne.
- Myślałam, że średniowiecze minęło – skomentowała dziewczyna z rozbawieniem.
- Traktuj to jako małe dziwactwo. Inna kultura, inne wychowanie…
- Skoro to ich tradycja to nic mi do tego. Jak chcą tak będą robić.

Do rozmawiających kobiet dołączył właściciel domu i pan Granger. Dyskutowali zawzięcie o cenie wynajmu.
- Dwa tysiące funtów miesięcznie! – wołał staruszek.
- Córka z przyszłym zięciem muszą uzbierać na wesele – oznajmił ojciec Hermiony. – Dwa tysiące to będzie dla nich za dużo.
- Mogę opuścić najwięcej o sto funtów. Młodzi będą mieć meble i pełne wyposażenie.
- Przydałoby się odświeżyć mieszkanie – zauważył pan Granger. – W salonie odchodzi tapeta, w łazience przecieka kran, w kuchni przydałoby się wymienić szafki. Dałbym najwyżej półtora tysiąca funtów.
- Spokojna okolica, blisko do metra… za to się płaci.
- Opuść cenę stary pierniku – rzuciła do męża staruszka. – Ułatw młodym start w dorosłość. Niech zrobią remont bo rzeczywiście z sufitu tynk na łeb leci.

Ojciec Iana w pierwszym momencie zapowietrzył się ze złości słysząc słowa swojej drugiej połówki. Ta zaczęła go przekonywać, argumentując, że Grangerom dobrze z oczu patrzy. Mężczyzna zaczął się uspokajać, ale widać było, że nie jest przekonany.
- Będą grzecznie płacić w terminie, wyremontują dom i zamierzają zostać tu na dłużej. Obydwoje mają stałą pracę i zachowują się porządnie – wyliczał pan Granger. – Jeśli będzie coś nie tak to od razu skontaktuję się z Ianem.
- Nigdy nie podobała mi się ta tapeta w salonie – narzekała właścicielka domu. – Powinniśmy ją zmienić co najmniej pięć lat temu. Przypomina mi tę okropną sukienkę ciotki Hannah co była w niej na ostatnim weselu kuzyna Patricka.
- Wpłacę kaucję – zapewnił ojciec Hermiony.

Staruszek wyglądał jakby go zemdliło. Wysłuchiwanie narzekań żony oraz zapewnień pana Grangera podkopało jego siły.
- No dobrze! Wgraliście! Przestańcie jazgotać! – wyrzucił z siebie. – Niech będzie półtora tysiąca, ale za to macie tutaj zrobić porządek na błysk!
- Zgadzam się! – ucieszył się ojciec Hermiony.
Tego było już za wiele dla jego córki.
- Zaraz, zaraz! – zaprotestowała. – Może zapytamy się najpierw Rona o zdanie?

Pan Granger popatrzył się na Hermionę z niepokojem i rozczarowaniem jednocześnie. Czarownica wiedziała, że jej ojciec napalił się na ten dom. Musiała przyznać mu rację, że oferta jest bardzo atrakcyjna. Chciał dla niej i Rona jak najlepiej. Swoim protestem zawiodła jego oczekiwania, tym bardziej, że poradził jej aby się wyluzowała i czasem podjęła decyzję bez zastanowienia. Wiedziała jednak, że powinna spytać się narzeczonego o zdanie.
- Dziewczyno, daj spokój! – zagrzmiał staruszek. – Jeśli chłop będzie miał ugotowane, posprzątane i napalone w piecu to mu będzie wisiało gdzie mieszka. Weim coś na ten temat – popatrzył się ostentacyjnie na żonę, która szybko skinęła głową na znak, że się z nim zgadza.
- Nie jestem pewna… - odparła zmieszana Hermiona.
- Może poczekamy z tym do jutra? – spytał się z nadzieją w głosie pan Granger
- Albo decydujesz się teraz, albo wynajmę ten dom pierwszemu lepszemu, który da mi dwa tysiaki do ręki! – oznajmił ojciec Iana tonem, który przypominał rozkaz wydawany żołnierzowi. – Lubię ludzi konkretnych, którzy wiedzą co chcą. Nie podobają mi się myśliciele, którzy muszą wszystko analizować. Spędziłem większość życia w wojsku. Tam trzeba było decydować w ułamku sekundy czy rozwalić wroga, czy dać się zabić! Młode pokolenie nic nie wie o takich sprawach! Dla was wybranie domu czy samochodu to wysiłek na granicy wytrzymałości – zagrzmiał. – Wóz albo przewóz panienko!

Wywód właściciela domu podziałał na Hermionę jak płachta na byka. Przypomniała sobie wojnę z Voldemortem oraz cierpienia, których doświadczyła z tego powodu. Ona nie potrafi podjąć błyskawicznej decyzji? Nie raz musiała walczyć na śmierć i życie! Nie jest pierwszym lepszym myślicielem. Uważała, że jest wojowniczką i nikt nie miał prawa poddać to w wątpliwość. Spojrzała na swojego ojca, który z niecierpliwością oczekiwał na jej decyzję. Chciał aby zaszalała, w takim razie będzie szaleć! Ron musi jej wybaczyć, ostatnio to on zawalił sprawę, powinien być wyrozumiały.
- Podjęłam decyzję – oświadczyła patrząc się stanowczo w oczy staruszka.
Po wyjawieniu co ustaliła, pani domu z radości klasnęła w ręce, a jej mąż poszedł do spiżarni aby wyciągnąć wino. Hermiona zaś miała nadzieję, że Ron zrozumie dlaczego to zrobiła.

***

- Naprawdę gadałeś z Ritą Skeeter!?
- Tak, udzieliłem jej wywiadu! – warknął Ron. – Myślę, że to małe piwo kremowe w porównaniu z tym co ty zrobiłaś!
- Nie miałam wyjścia! – broniła się Hermiona. – Tata tak bardzo chciał…
- Tak, zwalaj wszystko na tatusia!
- Ja przynajmniej mam na kogo zwalać! – odcięła się Hermiona. – Wiesz jaka jest Rita! Pewnie znowu naopowiadałeś jej głupot o mnie i Harrym!
- A żebyś wiedziała Panno Idealna, że pytała się tylko o mnie. Nic na wasz temat jej nie mówiłem! – bronił się rudzielec. – Masz, czytaj! – rzucił swojej narzeczonej zwinięty pergamin.
- Ja, niżej podpisana Rita Skeeter oświadczam, że nie zmienię samodzielnie nawet jednego słowa w wywiadzie, który przeprowadziłam z Ronaldem Weasleyem. Przysięgam, że wszelkie korekty tekstu będą uzgodnione z bezpośrednio zainteresowanym – czarownica przeczytała wiadomość w ciągu sekundy. – Jak… jak ją przekonałeś? – wydukała zmieszana. – Sam to wymyśliłeś?
- Oczywiście, że tak! – Ron z dumą wypiął pierś. – Fanki zmusiły ją do tego, nie miała biedaczka wyjścia. Podpisała co chciałem…
- Na Merlina, jesteś genialny! – wydyszała Hermiona i rzuciła się swojemu narzeczonemu na szyję. – Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam – wyznała ze skruchą.
- Żeby mi to było ostatni raz – odparł z naganą, ale widać było, że jest udobruchany. – Mam nadzieję, że ten dom, który wynajęłaś, jest wart olania dwudziestu innych!

***

Rodzice Iana w ciągu kilku dni spakowali większość rzeczy, które zabierali ze sobą. Nie było tego wiele, ale co tylko się dało wysyłali paczkami do swojego nowego domu. Hermiona z Ronem mieli o wiele mniej pracy, czarownica po prostu umieściła ich dobytek w swojej torbie. Pomyślała przy tym o zachowaniu pozorów. Z tego powodu powieliła przy pomocy magii kilka pudeł, aby pokazać, że z czymś przyjechali. Ron razem z panem Grangerem musieli poudawać chwilę, że dźwigają ciężary.
- Umieśćcie to w najmniejszej sypialni – zakomenderował ojciec Iana. – Jak skończycie, to zamkniemy pokój na klucz abyście mieli pewność, że do wyjazdu ich nie dotykaliśmy.
- Bardzo dziękujemy – Hermiona uśmiechnęła się do niego.

Była w bardzo dobrym humorze. Ron obejrzał dom i stwierdził, że mu pasuje. Nawet pochwalił ją za to, że tak zaryzykowała! Obydwoje stwierdzili, że jej ojciec ma rację i powinni zamieszkać ze sobą. Mieli nadzieję, że w końcu przestaną się kłócić i nauczą się jak dojść do kompromisu.

Pogrążona w myślach czarownica nie zauważyła jak nogi zaniosły ją do ogrodu. Mama Iana bardzo lubiła rośliny, dlatego posadziła wiele kwiatów. Hermiona z przyjemnością patrzyła na ich rozchylone płatki. Była połowa maja i roślinność zdążyła już przebudzić się do życia. Gdy podeszła do wyjątkowo okazałego krzaka poczuła, że ktoś ją obserwuje. Drgnęła zaniepokojona i ostrożnie rozejrzała się po okolicy. Jedyne co zauważyła to szybko zasuwającą się firankę w oknie na piętrze drugiej części bliźniaka. Wzruszyła ramionami i wróciła do kontemplacji przyrody. Chwilę później koło niej zjawił się Ron.
- Naprawdę miałaś nosa! – pochwalił ją. - Ten dom jest świetny!
- Ja zazwyczaj mam rację – wymruczała i podeszła do swojego narzeczonego. – Pamiętaj o tym.
- Już nie mogę się doczekać mieszkania z tobą – Ron złapał Hermionę w pasie i przyciągnął do siebie. – Pamiętaj, że jesteś moja! Tylko moja!

Dziewczyna zachichotała i z ochotą przyłączyła się do długiego pocałunku. Poczuła, że ona i jej narzeczony są jednością i nic ani nikt nie może ich rozdzielić. Nagle usłyszała, że ktoś przeskakuje przez płot. Zanim zdążyła zareagować Ron zawył z bólu.
– Co do cholery… - zaczął mówić, ale na jego głowę spadł drugi cios.
Czarowica poczuła, że ktoś łapie ją za rękę. Popatrzyła się w stronę napastnika i szczęka jej opadła z powodu niesamowitego zdumienia wymieszanego z przerażeniem.
- Uciekajmy Hermiono! On już nigdy więcej nie zmusi cię do niczego więcej! – usłyszała po czym została zaciągnięta w głąb ogrodu.