czwartek, 26 listopada 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 5 – Wizyta w czarodziejskim świecie


Pan Grzegorz wcisnął przycisk na kluczyku od samochodu. Pojazd dał sygnał dźwiękowy oraz zaświecił światłami oznajmiając tym samym że jest zamknięty. Rodzina Michalskich ruszyła za Angelique, która skierowała swoje kroki do jednego z przejść podziemnych koło Dworca Centralnego. Schody były brudne i walały się po nich śmieci, mężczyzna zauważył, że wiele z nich ma logo McDonalda. Było już po południu. Korytarzami pędzili ludzie: część śpieszyła się na pociąg sądząc po wielkich walizkach które w pośpiechu ciągnęli za sobą. Inni dopiero skądś przyjechali, widać było wielu turystów ze śniadą cerą. Trzymali kurczowo mapę albo smartfona i szukali drogi. Sklepikarze w piekarniach dwoili się i troili aby wydać zamówienia, to samo można było zaobserwować w podziemnych restauracjach. W pewnym momencie pan Grzegorz był pewny, że blondyna zgubiła się. Szli już dość długo, krętymi korytarzami.
- Jestem głodna – oznajmiła Patrycja.
- Chwila, zaraz coś zjemy, już jesteśmy prawie na miejscu – mruknęła Angela.
- Myślałem, że to miasteczko jest gdzieś pod Warszawą, jakoś nie widać aby pani nas prowadziła w jakieś konkretne miejsce – powiedział nerwowo pan Michalski. – Też jestem głodny, chodźmy do jakiejś restauracji i wracajmy do domu.
- To tutaj – oświadczyła Angela.

Panu Grzegorzowi opadła szczęka. Stali przed sklepem z magicznymi gadżetami. Wejście zasłonięte było indyjską kotarą. Wnętrza nie było widać ponieważ do szyb poprzyklejane były plakaty reklamujące samodoskonalenie poprzez drogę Buddy, reklama nowego magicznego show Jurka Debeściaka oraz hippisowskiego festiwalu w Niemczech. W wolnych miejscach wisiały pentagramy, oczy Horusa i Proroka oraz ręce Fatimy. Jakaś starsza kobieta przeżegnała się przechodząc obok mrucząc „Ojcze nasz” pod nosem. 
- Jaja sobie robicie…?
- He, he – zaśmiała się cicho Angela. – No kto by pomyślał, że magiczny świat jest za sklepem z magicznymi artykułami.
- Zabawne – stwierdziła szczęśliwa Patrycja i pewnym siebie krokiem wkroczyła za kotarę.

W środku znajdował się regał z mnóstwem książek o tytułach typu „Zajrzyj w szklaną kulę i przekonaj się co cię czeka”, „20 uroków na upierdliwego szefa” czy „Ratunku! Jestem dzieckiem szatana!”. Po lewej stronie od wejścia, od podłogi do sufitu wisiały najróżniejsze paciorki, talizmany, breloczki, naszyjniki i bransoletki. Po prawej stronie dwa rzędy ubrań: królowała czerń ale zauważyć można było kilka kolorowych, orientalnych tunik. Przy ścianie naprzeciwko wejścia siedział sprzedawca. Jego twarz wyrażała bezgraniczną pogardę dla świata. W oczach błyskała czysta nienawiść, pomiędzy nimi wystawał haczykowaty nos. Wąskie usta wykrzywione były w grymasie. Czoło miał bardzo wysokie z powodu postępującego łysienia, reszta brązowych poskręcanych włosów umiejscowiona była głównie z tyłu czaszki. Sprzedawca nie był stary, wyglądał najwyżej na czterdziestkę.
- Dzień dobry Adamusie! – Zaświergotała Angela.
- Zgnij w piekle! – warknął.
- Ha, ha, ale ty masz dzisiaj dobry humor! – niezrażona jego odpowiedzią czarownica podeszła do jednej z dwóch przebieralni. – Spokojnie, pojutrze znowu tutaj zajrzę!
- Mam nadzieję, że do tego czasu umrę.
- Oj, nie tak ostro… co pomyślą o tobie nasi goście? – Angela uśmiechnęła się czarująco do sprzedawcy po czym odwróciła się do zaskoczonych Michalskich. – Musimy wejść wszyscy do tej przebieralni.

Gdy cała trójka znalazła się w obdrapanej kabinie, czarownica zasunęła kotarę i wyjęła różdżkę z marynarki.
- Patrz Patrycjo i ucz się – powiedziała do dziewczynki.
Wsunęła różdżkę do okrągłej dziury w ścianie. Przekręciła ją dwa razy w lewą stronę. Nagle kabiną szarpnęło i zaczęła spadać w dół. Przerażony pan Grzegorz złapał się haka na ubrania. Patrycja z krzykiem złapała go w pasie. Angela, opanowana i spokojna, nadal trzymała różdżkę. Mężczyzna przysiągł sobie, że jeśli przeżyję tą dziką jazdę to zwymyśla blondynę. W momencie gdy o tym pomyślał, kabiną znowu szarpnęło ale tym razem oznaczało to koniec trasy. Winda zatrzymała się, Angelique wyjęła różdżkę i odsunęła kotarę.
- Witamy w Magowie! – powiedziała.

Oniemiali z wrażenia Michalscy wyszli powoli na ulicę miasteczka, które wyglądało jakby zatrzymało się w czasie kilkaset lat temu. Kobiety nosiły długie do ziemi suknie, wiele z nich miało fantazyjnie ułożone włosy. Mężczyźni ubrani byli w długie szaty wyglądające jak skrzyżowanie sutanny z orientalną tuniką. Wielu z nich miało wygolone boki na głowach a pod nosem znajdowały się gęste wąsy. Stali przed gospodą „Pod rogatą kaczką”. Wszyscy się na nich patrzyli.
- Kolejna mała czarownica z mugolskiego świata Angie? – zawołał gruby czarodziej, siedzący przy stoliku najbliżej wejścia, przed nim stało piwo w wielkim kuflu.

Panu Michalskiemu od razu skojarzył się z Zagłobą z „Potopu”. Miał włosy tylko na czubku głowy, pod nosem gęsty wąs który kończył się poniżej brody. Oczy osadzone nad pulchnymi policzkami błyskały figlarnymi błyskami. Na sobie miał długą koszulę koloru czerwonego z mnóstwem złotych guziczków wzdłuż zapięcia. Na to założył szatę bez rękawów w tym samym kolorze za to gęsto haftowaną złotą nicią.
- Jak widać – odparła blondynka z uśmiechem. – Możemy usiąść koło pana?
- Siadajcie!

Pan Grzegorz odwrócił się i popatrzył się na przebieralnię, która uniosła się szybko w górę i zniknęła w błękicie nieba. Zastanawiał się gdzie znajduje się to miasto. Pomyślał, że stwierdzenie Angeli „pod Warszawą” nabiera teraz innego znaczenia ale skoro są pod ziemią to dlaczego widzi niebo i słońce? Zrobił obrót przyglądając się otoczeniu. Kamienice, które go otaczały były najróżniejsze: niektóre były pochylone w taki sposób że aż dziw brał, że się jeszcze nie zawaliły. Inne miały podoczepiane wieżyczki z różnych stron. Jedna była bardzo bogato zdobiona – drzwi miała wykonane ze złota a okiennice miały dekoracje ze szlachetnych kamieni. W oddali widać było kilka wysokich budynków. Pan Grzegorz nie był pewny czy kamienice mogą mieć po dziesięć pięter. Pomyślał, że czarodzieje mają dziwny gust i usiadł przy stoliku obok Patrycji.
- Co podać? – spytała się kelnerka, miała na sobie długą suknię w kolorze fioletowym.
Przy jej pasie wisiała mała, płócienna torebka z której wyciągnęła piórko i notesik.
- Zająca w śmietanie, do tego kasza gryczana i sałatka warzywna – odpowiedziała bez wahania Angela.
- Do picia?
- Dzban kompotu rabarbarowego. Wszystko na cztery osoby.
- Nie trzeba było, moje dziecko, nie trzeba było… Pewnie jesteście samochodem dlatego nie bierzesz wina? – Spytał gruby czarodziej.

Pan Grzegorz przypatrywał mu się z głębokim niedowierzaniem. Jakim cudem „Zagłoba” wie co to samochód? Przecież po wyglądzie tego miejsca od razu można wywnioskować że społeczność czarodziei jest zacofana o jakieś 500 lat. Stary czarodziej zauważył to spojrzenie i zaczął mówić.
- Nie przedstawiłem się, nazywam się Ziemowit Borkowski – potrząsnął ręką uradowanej Patrycji („Patrycja jestem!”) a potem zmieszanego pana Michalskiego („Grzegorz”, bąknął pod nosem). – Wiem co to samochód! He, he! Pamiętam czasy gdy ich było mało w Polsce, oj tak, tak. Tyle ma się wspomnień gdy ma się 106 lat…
- Ile!? – wyrwało się zaskoczonej Patrycji.
- Pan Ziemowit jest byłym nauczycielem mugoloznastwa – wtrąciła Angela. - To on zauważył, że mam talent i kazał iść na studia pedagogiczne. Przygotował mnie porządnie do tej roboty, zaszczepił u mnie miłość do mugolskiego świata, jestem panu bardzo wdzięczna – uśmiechnęła się do swojego mentora, który odwzajemnił uśmiech.
- Wie pan jak jest… miałem setkę na karku, pomyślałem, że czas iść na emeryturę. Angie była moją najlepszą uczennicą, nie widziałem nikogo innego na moim miejscu.
- Ale, ale… 106 lat? Nie wygląda pan! – Wykrztusił pan Grzegorz.
- My czarodzieje tak mamy! Patrzycie na mnie i myślicie, że mam ledwo 80 lat! Patrzycie na Angelę i myślicie, że ma 20 lat… a ona ma 50! Ha, ha! ŻARTUJĘ! – ryknął czarodziej na widok zaskoczonych min na twarzy mugoli. – Ale zdradzę wam sekret… to niebo i słoneczko jest sztuczne.
- Nie może być! – powiedziała Patrycja wychylając się spod dachu tarasu aby przyjrzeć się niebiosom. – Jak to zrobiliście? Jesteśmy pod ziemią?
- Mądra z ciebie dziewczyna – pochwalił ją „Zagłoba”. – Pomagałem ukrywać nasz świat przed niemieckimi mugolami w 1940 roku. Wiecie: bomby, łapanki, stary Chełmiński został zestrzelony… nawet nie zdążył wyjąć różdżki… to były ciężkie czasy. I jeszcze ten Grindelwald ze swoją armią… Postanowiliśmy przenieść nasze domy pod ziemię. To był niesamowity wysiłek, tysiące czarodziejów pracowało nad tym przez kilka miesięcy. Przenosiliśmy kamienicę po kamienicy, dom po domu, kamień po kamieniu. W międzyczasie staraliśmy się pomagać mugolskiej społeczności. Ciężko było tym bardziej, że armia Grindelwalda zaczęła zbierać swoje żniwo. Walki trwały dzień i noc, zabici i ranni czarodzieje liczeni w tysiącach. Och, jakże to było okropne! – Stary czarodziej zakrył twarz dłońmi po czym szybko wyprostował się ponieważ na stół wjechał gorący zając w śmietanie. – Ale co my będziemy gadać o takich niemiłych rzeczach! Mówmy o żywych! Radujmy się!

Pan Grzegorz nie pamiętał kiedy ostatni raz jadł coś tak dobrego. Pani Jadwiga gotowała bardzo dobrze, a on sam jeździł po całym świecie i próbował różnych rzeczy ale ten zając przebijał wszystko. Mięso rozpływało się w ustach zaś sos śmietanowy był istną poezją kulinarną. Kasza gryczana także smakowała inaczej, była bardziej aromatyczna i treściwa. Warzywa w sałatce były świeże i pełne słońca. Chłodny kompot z rabarbaru doskonale gasił pragnienie. Pomyślał, że magia nie jest taka zła. Gdy wszyscy się najedli pan Ziemowit wyjął swoją bogato zdobioną różdżkę aby pokazać ją Patrycji. Była zrobiona z drewna czarnego koloru, na jej rękojeści wyrzeźbione były winorośle, które zbierały skrzaty domowe. Wręczył ją dziewczynce:
- Heban i róg jednorożca! Przedwojenna robota… Takich teraz nie robią… Machnij mała! Nie krępuj się!

Pan Grzegorz miał złe przeczucia co do realizacji tego pomysłu. Patrycja wyglądała jakby znalazła właśnie prezent pod choinką. Westchnęła z zachwytu, wzięła porządny zamach i opuściła gwałtownie różdżkę. Po tarasie przeszło małe tornado. W powietrzu zaczęli latać ludzie, stoliki oraz zastawa stołowa. Resztki zająca w śmietanie wylądowały na ojcu dziewczynki. Dzban po kompocie rozbił się malowniczo o drzwi gospody, które w ostatniej chwili zamknęła przerażona kelnerka. Angela oberwała sałatką warzywną, która stworzyła wzór na jej kostiumie którego nie powstydziłby się sam Pollock. Kilka osób wylądowało razem ze stolikami na chodniku pomiędzy przerażonymi przechodniami. Wybuchła mała panika, pan Ziemowit zabrał zszokowanej Patrycji różdżkę i zaczął przekrzykiwać tłum.
- Mój błąd! MÓJ BŁĄD! Zaraz to naprawię... Zostaw to Mścigniew! Odkupię ci! – Krzyknął do mocno nieświeżego czarodzieja który próbował zanurkować w studzience kanalizacyjnej w poszukiwaniu butelki wina. Machnął kilka razy różdżką i stoliki wróciły na swoje miejsce.
- Chłoszczyść! - zawołała Angelique.

Reszta klientów gospody także powyjmowała różdżki dzięki czemu kilka minut później wszystko wróciło do normy. Znowu rozbrzmiał gwar i śmiech charakterystyczny dla pory obiadowej w lokalu.
- Będzie z Ciebie niezła czarownica – powiedział z podziwem Pan Ziemowit do Patrycji. – Miło było was poznać (w tym momencie uścisnął rękę pana Grzegorza), muszę uiścić zapłatę za szkody które wyrządziłem a wy pewnie musicie zrobić zakupy do szkoły. Trzymaj się Angie, bądź zdrowa i pozdrów ode mnie Adamusa! Podejrzewam, że nic się nie zmienił i nadal wszystkich nienawidzi…

- Czemu ten gość ze sklepu magicznego jest taki… gburowaty? – spytał się pan Michalski blondynki gdy szli główną ulicą.
- Adamus? Och, to długa i smutna historia… - zmarszczyła brwi. – Z tego co mówiła mi babcia urodził się w czarodziejskiej rodzinie… bogatej, z tradycjami, jako wyczekiwany męski potomek bo jego rodzice wcześniej dorobili się czterech córek. Wychowywany był jak książę, miał przejąć grunty, zamki i interesy rodu… Jednak życie czasem jest okrutne, z całej piątki dzieciaków okazało się że tylko on nie ma mocy magicznej. Jego siostry dostały się do szkół magii, dwie z nich poszły nawet do Beauxbatons we Francji („och!” wyrwało się Patrycji) ale Adamus nie dostał ani jednego listu. Jego rodzice starali się interweniować we wszystkich magicznych placówkach edukacyjnych w Europie ale nic to nie dało. Był charłakiem..
- To… eeee… odwrotność przypadku Patrycji? – spytał pan Grzegorz. 
- Dokładnie tak jak pan mówi! – ucieszyła się Angela. 
- Co się robi w takim przypadku?
- Posyła się takie dzieci do mugolskich szkół. Rodzice na szczęście się nie wyparli Adamusa…
- Czarodzieje porzucają swoje dzieci gdy te okazują się nie mieć mocy magicznych?
- Kiedyś tak bywało w starych rodach… – stwierdziła Angela z wyraźnym niesmakiem. – W dzisiejszych czasach rzadko to się zdarza. Rodzice Adamusa posłali go do najlepszych mugolskich szkół. Studiował na Harvardzie i w Oxfordzie. Zajmuje się fizyką teoretyczną, z tego co wiem wydał kilka książek pod pseudonimem które cieszą się sporym zainteresowaniem wśród naukowców.
- To czemu pracuje w sklepie?
- Z tego co słyszałam mimo, że okazał się charłakiem znalazły się zubożałe czarodziejskie rody z córkami na wydaniu. Wiadomo… tak to jest gdy w grę wchodzą pieniądze i tytuły… W każdym razie zaaranżowano małżeństwo, Adamus zakochał się w swojej narzeczonej, która go zapewniała o miłości i oddaniu mimo braku mocy magicznych. Niestety… – tutaj Angie westchnęła - … na kilka miesięcy przed ślubem panna uciekła z ubogim czarodziejem za którego wyszła. Adamus załamał się, zaczął pić, przegrywać majątek w karty… Wyrzucono go z Harvardu, potem z Oxfordu. Jego rodzice nie wytrzymali gdy się okazało, że przepił w Las Vegas posag jednej z sióstr. Wyrzucili go z domu i wykreślili z testamentu. Skończyło się na tym, że Adamus nadal pije, ma pogardę zarówno dla magicznego jak i mugolskiego świata. Nienawidzi zwłaszcza czarownic bo przypominają mu zawód jakiego doznał. Zawieszony w jednej i drugiej rzeczywistości wylądował jako strażnik przejścia i sprzedawca w sklepie a po godzinach pisze książki o teorii chaosu. Może się kiedyś otrząśnie, ale szczerze mówiąc, przestałam na to liczyć…. Jesteśmy na miejscu – blondynka wskazała na wejście do banku. - Tutaj wymieni pan złotówki na galeony!

poniedziałek, 23 listopada 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 5 – Żuczek i ropucha


Hermiona miała tego wszystkiego dość, zwłaszcza zmęczenie zaczęło dawać się jej we znaki. Stawiła się wcześnie rano na przesłuchanie do Ministerstwa Magii, a właśnie dobiegała piąta po południu. Składała zeznania od kilku godzin z trzema małymi przerwami i jedną dużą na obiad. Najpierw komisja poprosiła, aby zrelacjonowała wszystkie wydarzenia od odrodzenia się Voldemorta. Gdy to zrobiła, zaczęły padać pytania. 

Co wie o śmierci Dumbledore’a? Czy jest pewna, że Syriusz Black był po stronie Zakonu? Skąd wie, że Peter Pettigrew to był naprawdę on? Co dokładnie robiła z Harrym Potterem, gdy się ukrywali? Czy Ksenio Lovegood miał jakieś dodatkowe korzyści z wydania ich śmierciożercom poza sprowadzeniem córki do domu? Co dokładnie zdarzyło się w dworze Lucjusza Malfoya? Dlaczego włamali się do Gringotta? Co dokładnie robiła w czasie Bitwy o Hogwart?

Przesłuchanie odbywało się w sali rozpraw przed składem Wizengamotu. Hermiona pamiętała, że gdy ostatnim razem tu była to udawała Mafaldę Hopkirk, która teraz we własnej osobie siedziała jako jeden z członków komisji. Zrobiło jej się głupio, ponieważ podejrzewała, że kobietę spotkało później sporo nieprzyjemności z jej powodu. W czasie przerwy, podeszła do Mafaldy, aby ją przeprosić i powiedzieć, że podczas dalszej części przesłuchania przedstawi powody, dlaczego to zrobiła . Zaskoczona urzędniczka odpowiedziała szeptem, że wybacza. Ostatecznie konsekwencje nie były bardzo dotkliwe, a skoro Hermiona pomagała Harry’emu Potterowi pokonać Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać to nic wielkiego się nie stało.

***

Po otrzymaniu listów od Percy’ego cała trójka długo dyskutowała w pokoju Rona czy mówić dokładnie, w jaki sposób pokonali Voldemorta. Harry nie był pewny czy świat czarodziejów powinien się dowiedzieć o horkruksach. Z drugiej strony mogliby mieć nieprzyjemności, gdyby nie wytłumaczyli, dlaczego włamali się do Gringotta. Dopiero gdy minęła północ i byli już mocno zmęczeni Hermiona zakończyła dyskusję, oświadczając, że należy powiedzieć wszystko. Argumentowała to tym, że potencjalni naśladowcy Voldemorta będą wiedzieć, że nawet siedem horkruksów nie ochroni ich przed śmiercią i zawsze znajdzie się ktoś, kto ich pokona.

Pierwszy przed komisją zdawał relację Harry. Następnego dnia Hermiona, a jako ostatni był Ron. Zajmowało to cały dzień, musieli stawić się o siódmej rano, a koniec przewidywany był po dwudziestej. Harry wyszedł z sali rozpraw dopiero o dwudziestej trzydzieści, zmęczony, ale szczęśliwy, że ma to już za sobą. Przewodniczącym Wizengamotu był Kingsley Shacklebolt, który co jakiś czas uśmiechał się do przesłuchiwanego świadka, aby go podnieść na duchu. Jedną z dwóch rzeczy, które zdenerwowały Hermionę było to, że na sali siedziała Rita Skeeter. Z rumieńcem podniecenia na twarzy szeptała pod nosem, a zielone pióro zapisywało jej słowa. Oczy błyszczały jej za każdym razem, gdy wysłuchiwała, sensacyjnego jej zdaniem, fragmentu opowieści. Hermiona próbowała przekonać Kingsleya do wyrzucenia jej z sali, ale ten oświadczył, że komisja podjęła decyzję o opublikowaniu relacji z przesłuchań w "Proroku Codziennym". Stwierdzili, że czarodzieje i czarodziejki mają prawo poznać, jak został pokonany Voldemort.

Widok zadowolonej Rity doprowadzał Hermionę do furii i najchętniej wsadziłaby jej to zielone pióro w nos, w taki sposób, że wyszłoby uchem. Wiedziała wprawdzie o małym sekrecie Skeeter, ale podejrzewała, że dla dziennikarki rewelacje z przesłuchania są więcej warte niż pobyt w Azkabanie, w którym i tak ostatecznie mogła pisać książki.  Hermiona zastanawiała się, kiedy wyjdzie kolejna biografia zawierająca więcej kłamstw, niż jest piasku na plaży. Obstawiała, że za pierwszy cel weźmie Voldemorta, potem Harry’ego, a kiedyś może i za nią... Stwierdziła, że tego by nie zniosła.

Kolejną osobą, na której widok Hermionie zaczynały trząść się ręce ze złości, była Dolores Umbridge. Można było pomyśleć, że w Ministerstwie Magii zaszły duże zmiany od czasu pokonania Voldemorta jednak prawda była inna. Kingsley ze swoimi zwolennikami próbowali usunąć ze swoich stanowisk śmierciożerców i osoby związane z Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Był to długi i skomplikowany proces, dlatego Dolores Umbridge nadal zasiadała w Wizengamocie.

Hermiona zachowała zimną krew i spokojnie opowiedziała o tym, w jaki sposób Kobieta-Przypominająca-Ropuchę, weszła w posiadanie naszyjnika Salazara Slytherina.
- Yhm, yhm… - chrząknęła Dolores wystarczająco głośno, aby przerwać dziewczynie. – Myślę, że panna Granger nie ma na to dowodów. Ten naszyjnik należał od pokoleń do mojej rodziny, a Mundungus Fletcher, jako przedstawiciel złodziei i krętaczy, nie jest wiarygodnym świadkiem…
Hermiona nie wytrzymała, wstała i zaczęła mówić:
- Za to mam mnóstwo świadków na to, że Dolores Umbridge torturowała uczniów w Hogwarcie oraz próbowała rzucić klątwę Cruciatus na Harry’ego Pottera! Nasłała na niego dementorów w piątej klasie!

Po sali przeszedł szmer rozmów. Dolores wyglądała, jakby dostała w twarz. Zauważyła, że większość zgromadzonych ludzi patrzy na nią. Zmusiła się do uśmiechu i rzekła swoim słodkim, dziewczęcym głosikiem:
- Panno Granger… takie pomówienie nie przystoi komuś takiemu jak ty… A skoro mowa o aspektach prawnych… Przypominam, że nie zgłosiłaś się na przesłuchanie w sprawie bezprawnego zdobycia mocy magicznej!

Czarodzieje i czarownice siedzący w ławach poruszyli się niespokojnie, pilnie śledząc wymianę zdań. Kingsley postanowił działać.
- Nie sądzę Dolores, aby to teraz było ważne…
- Och! Jest bardzo ważne! Przypominam tylko… - rozejrzała się po twarzach zebranych - że prawo dotyczące osób urodzonych w rodzinie mugoli nadal obowiązuje, a panna Granger, postanowiła olać wytyczne Ministerstwa Magii!
- Postaram się jak najszybciej je zmienić…
- Wnioskuję o areszt dla panny Hermiony Jean Granger i postawienie jej w stan oskarżenia wobec migania się od obowiązków wobec Ministerstwa Magii, a tym samym pogwałcenia prawa w świecie czarodziei!

W sali zawrzało, część osób wstała i zaczęła krzyczeć. Rita Skeeter mało nie zemdlała z ekscytacji. Hermiona zapłonęła z gniewu. Pomyślała, że musi dać popalić tej wstrętnej babie, choćby zajęłoby to jej pół życia. Krzyknęła:
- A ja wnioskuję o postawienie w stan oskarżenia Dolores Jane Umbridge!
Pięćdziesiąt czarodziei i czarownic przestało się hamować. Wrzaski odbijały się od kamiennych ścian i sufitu. Część wykrzykiwało obelgi w stronę Dolores, część wymyślało Hermionie. Obie mierzyły się wzrokiem i gdyby spojrzenie mogło zabijać, obydwie padłyby trupem na miejscu.
- CIIIISZAAAAAAA! – wrzasnął magicznie wzmocnionym głosem Kingsley. – Abercombie! Spokój albo każę wyprowadzić cię z sali!

Komisja momentalnie ucichła i zaczęła zajmować swoje poprzednie miejsca.
- Jako tymczasowy minister magii decyduję, co następuje: panna Granger nie zostanie zatrzymana, podpisze odpowiedni dokument, w którym zapewni, że nie wyjedzie z kraju oraz stawi się niezwłocznie na przesłuchanie w razie wezwania. Rozumiesz panno Granger?
Hermiona przytaknęła, Kingsley przemawiał dalej.
- Co do Dolores Umbridge…  jest niewinna dopóki nie udowodni jej się winy. Proponuję złożyć wspólny pozew przez pokrzywdzonych przez nią uczniów!
- Ale… - jęknęła Hermiona.
- Żadne „ale”! – zagrzmiał Kingsley. – A teraz zarządzam piętnaście minut przerwy. Po niej wracamy do pierwotnego tematu i będziemy dalej przesłuchiwać świadka!

Hermiona wróciła do Nory koło godziny dwudziestej drugiej. Była głodna, zmęczona i zła, marzyła tylko, aby wrzucić coś na ząb i pójść spać. W kuchni zastała Rona, który czekał na nią z własnoręcznie przygotowaną kolacją. Hermiona nie powiedziała mu tego, ale doszła do wniosku, że o ile gotowanie niezbyt dobrze jej wychodzi, to Ron jest tragiczny w te klocki, skoro nawet jajek nie potrafi usmażyć. Tak jednak jest, gdy przez całe życie jedzenie przygotowuje matka albo skrzaty domowe.
- Co tam słychać? – powiedziała szepcząc, gdy skończyli jeść.
- Hmm, Harry i tata byli w pracy, ja przygotowywałem się na jutro, robiąc notatki…
- Co robiłeś!?
- Notatki, Hermiono, notatki… Wiesz, zapisuje się na pergaminie różne rzeczy…
- Nie ucz ojca dzieci robić!
- Ginny kuła transmutację, a mama…
- Co z nią?
- Płakała cały dzień… Spojrzała na kalendarz i zobaczyła... - Ron skinął głową w kierunku kalendarza wiszącego na ścianie.
Hermiona spojrzała w jego stronę. Zorientowała się, że jest drugi czerwca. Czyli miesiąc temu była Bitwa o Hogwart… 

O boże, to już miesiąc odkąd wygraliśmy, odkąd oni wszyscy…

Przez cały ten czas starała się nie myśleć o przeszłości. Płakała podczas zbiorowego pogrzebu. Myślała, że to wystarczy. Zawsze starała się być twarda i trzymać chłopaków w ryzach. Starała się patrzeć w przyszłość i ignorować niedogodności oraz trudności po drodze. Starała się być ostoją spokoju, gdy wszyscy wokoło szaleli. Starała posługiwać się chłodną logiką. Wszystko to nagle stało się bez znaczenia. Hermiona rzuciła się w ramiona Rona, płacząc tak jak nigdy w życiu. Wylewała z siebie całą złość, frustrację, ból, strach, które w sobie trzymała przez ostatnie miesiące. Ron po chwili przyłączył się do niej. Szlochając, usnęli na kanapie w salonie. Hermiona stwierdziła rano, że wspólne wyrzucenie z siebie emocji bardzo zbliża zakochanych w siebie ludzi.

sobota, 21 listopada 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 4 - Madame Malkin, alpaki czystej krwi i pytongi

Hej!!!1111oneoneone

Tu wasz Glizduś! Stęskniliście się?

Mam dla was kolejną porcję moich przejść z Voldemortem!

Wczoraj było źle – dostałem zjebę miesiąca. Voldek dowiedział się, że nosił mugolskie ubranka. Jezu… jakby to dziwne było… Nikt, powtarzam, NIKT w czarodziejskim świecie nie szyje ubranek dla dzieci. Matki same to robią. Ja nie jestem jego matką! Umiem tylko robić na drutach!!! Na dodatek nie mam palca! On nie wie jaki to wysiłek, gdy się łapie oczka językiem… Argh!

Uff… uff… uspakajam się… Jestem nenufarem na spokojnej tafli autobusu czy jakoś tam… blablabla!

Najgorsze w tym wszystkim, że mu się te ciuchy podobają! Kazał się wziąć na kolana i surfował w necie przez trzy godziny wybierając dla siebie śpioszki! A mi się chciało siku! Nie pozwolił mi pójść do WC! Musiałem się zeszczać w gacie :(.

Miałem dość! Powiedziałem, że pierdolę taką robotę i odchodzę. A on na to, że jak mnie pierdolnie to się nie pozbieram. Argument z rozczłonkowaniem do mnie przemówił i zostałem…

Po naszej malutkiej sprzeczce kazał mi wydrukować wszystko co mu się spodobało i dać Madame Malkin do uszycia. TO BYŁO STRASZNE! Spędziłem pół dnia w mugolskiej kafejce internetowej, zdarli ze mnie nieźle za druk w kolorze… a tam były głównie czarne ubranka, w mordę jeża! Gdy zaniosłem to do Madame Malkin to najpierw mnie wyśmiała, ale po kilku przepychankach i argumentach typu „crucio” w końcu się zgodziła. Na końcu było nawet fajnie: żebyście widzieli jej minę gdy powiedziałem jej, że wszystko ma być uszyte z jedwabiu produkowanego przez chińskie skrzaty domowe, a wełna ma pochodzić z alpak czystej krwi! Klęła dobre piętnaście minut! Dobrze, że Voldemort tego nie słyszał bo by ją ukatrupił, a ja bym musiał szukać kogoś innego na jej miejsce…

Z lepszych wiadomości: udało nam się dorwać Alastora Moody’ego. Niby rzuca hasłami "stała czujność" itp. ale taki czujny w kiblu to on nie był. Myślę, że zatwardzenie przytępiło mu zmysły. Pamiętajcie młode czarodziejki i czarodzieje: nadmiar Haggis nie sprzyja obronie przed czarną magią. Wyśpiewał to wszystko, gdy zmusiliśmy go do mówienia. Przecież Junior ma się w niego wcielić i aby oszukać Dumbledore'a musi znać wszystkie jego sekrety... Wiedzieliście, że zawsze czuł miętę do Minerwy McGonagall? Albo, że śpi w piżamce uszytej z kretołaka? Mówił, że przynosi mu szczęście. Teraz nie przyniosła bo akurat była w praniu :P.

Skoro o związkach mowa: mój mały Volduś chyba dorasta. Gdy wróciłem do domu okazało się, że zajął dawną sypialnię Juniora na piętrze. Chciałem mu zameldować, że wykonaliśmy zadanie gdy słyszę... hm... jakby to powiedzieć... jęki. Aż mi się słabo zrobiło! On ma jeszcze jad Nagini pod nosem! Oburzyłem się jak to niańki robią i doszedłem do drzwi, uchyliłem je... Musiałem, ja musiałem... 

ZROBIŁEM ZDJĘCIE JAK VOLDEMORT POLERUJE PYTONGA!!! No spójrzcie... czyż on nie jest słodki?


Zazdroszczę mu w głębi serca. Poza Lily nie miałem dziewczyny. Krótki romans z wiewiórką Alvinem... Boże, nie! Nie słyszeliście tego! Była noc, wypiłem trochę jako szczur! Buuuu, on mnie wykorzystał! Ja mu dałem... eee... serce, a on je podarł i wyrzucił, chlip! 

(Pssst - Alvin jesli to czytasz odezwij się do mnie, proszę - mam nadal twoją koszulkę!)

Wracając do tematu Quirrell miał Hermana*, a Voldemort ma Nagini... Może i ja poszukam swojego szczęścia? Komentujące piękne panie (tudzież wiewiórki) - znajdzie się jakaś chętna, aby przytulić do piersi małego, słodkiego Glizdogonka? Pliiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiis!


* Fanfiki: "Nie tak łatwo być zielonym" i "Narzekania zapatrzonej w gwiazdy idiotki"

czwartek, 19 listopada 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 4 – Organizacja magicznej edukacji


Czarny Mercedes mknął po trasie szybkiego ruchu. Po błękitnym niebie płynęło leniwie kilka śnieżnobiałych chmurek. Na zewnątrz samochodu zaczęło robić się gorąco jak to często bywa w lipcowy dzień przed południem. W środku pojazdu klimatyzacja pracowała na pełnych obrotach. Patrycja ledwo mogła usiedzieć w miejscu z powodu podniecenia jakie ją ogarnęło. Jej zestresowany ojciec wciskał się w oparcie fotela koło kierowcy. Angela także miała nerwy napięte: nie chciałaby rozbić eleganckiego samochodu, tym bardziej gdy dwie potencjalne ofiary siedziały w środku. Nie prowadziła samochodu od roku. Zrobiła prawo jazdy przed obroną licencjatu i całą magisterkę przejeździła w swoim starym Fordzie, który mógł się jedynie poszczycić pełnoletnością oraz tym, że nadal się porusza. Zaś Mercedes Michalskich miał ledwo trzy lata, karoseria lśniła w słońcu starannie wypucowana przez pana Jana. Skórzana tapicerka we wnętrzu utrzymana była w eleganckiej czarno-szarej stylistyce. Był to samochód którym jeździł do pracy pan Grzegorz. Musiał być przede wszystkim wygodny i zadawać szyku. Drugi, starszy i mniej elegancki samochód był do stałej dyspozycji Patrycji.

- Nie mogliśmy przenieść się do tej waszej stolicy w jakiś magiczny sposób? – zapytał po dłuższym milczeniu pan Grzegorz. 
Nadal był sceptycznie nastawiony do całej tej wycieczki oraz nie był za bardzo pewny umiejętności prowadzenia pojazdu przez osobę magiczną. Jak na razie Angela nie wykazała chęci rozbicia się na drzewie czy wyprzedzania na trzeciego, ale i tak wolał być psychicznie przygotowany na nieprzyjemną niespodziankę.
- Mogliśmy, ale w ten sposób poznacie wejście do Magowa oraz będziemy mogli spokojnie porozmawiać – odpowiedziała czarownica podczas wyprzedzania TIR-a z Litwy.
- Tak się nazywa ta miejscowość? Gdzie jest dokładnie? Dlaczego nigdy o niej nie słyszałem?
- Już mówiłam, pod Warszawą. Jest dobrze ukryta, mugol nigdy samodzielnie się tam nie dostanie. Zapewniam pana.
- Skoro tak to dlaczego musieliśmy podpisać te kartki?
- Wie pan, kiedyś czarodzieje podchodzili do tego trochę… mniej restrykcyjnie. Można było powiadomić rodzeństwo, babcie i dziadków... ale odkąd informacje zaczęły rozprzestrzeniać się błyskawicznie, najpierw telegraf, potem telefon, a teraz internet, to rada do spraw tajności przyjęła ustawę o całkowitym zakazie wyjawiania informacji niemagicznym osobom. To stało się zbyt ryzykowne dla naszego świata – stwierdziła Angela. – Na dodatek babcie miały tendencję do zaciągania wnuków do egzorcysty co kończyło się różnie. Departament do spraw tajności miał potem pełne ręce roboty aby wymazać pamięć całemu zgromadzeniu wiernych. Gdy jednak koniecznie chcemy komuś powiedzieć, na przykład czarownica zakochała się w mugolu to możne udać się do ministerstwa magii i wypełnić podanie wskazując przyczyny takiego stanu rzeczy. Jeśli dostarczy, załóżmy, akt ślubu to zazwyczaj dostaje pozwolenie na wyjawienie tajemnicy.
- To co ja mam powiedzieć mojej rodzinie i Wojtysiakom skoro według was mieszkanie z nimi pod jednym dachem to nie powód aby ich poinformować? – spytał ze złością pan Grzegorz.
- Oglądał pan X-menów? Świetne kreskówki i filmy, uwielbiam je!

Zaskoczony pan Michalski popatrzył się na Angelę oczekując na rozwinięcie myśli co mają X-meni do jego córki.
- Powie pan, że Patrycja idzie do szkoły dla wyjątkowo uzdolnionej młodzieży – powiedziała z uśmiechem czarownica. – Dostanie pan folder fałszywej szkoły oraz list z gratulacjami z powodu przyjęcia córki. Dodatkowo istnieje strona internetowa na której rodzina znajdzie zdjęcia, wszelkie opisy itp. Mamy nawet profil na facebook’u! Patrycja pod koniec roku szkolnego dostanie dwa dyplomy: jeden normalny, drugi fałszywy aby mogła się pochwalić dziadkom.
- Gdzie znajduje się moja szkoła? – spytała dziewczynka nie biorąc nawet pod uwagę tego, że ojciec może nie podpisać papierów. 
Zaczęła ją sobie wyobrażać jako wielki zamek otoczony fosą, wychowawcę podobnego do Dumbledore’a i skrzaty domowe, które będą za nią sprzątać pokój oraz ścielić łóżko.
- Gdzieś w Karpatach – zabrzmiała odpowiedź.
- Gdzieś w Karpatach!? – wykrzyknął pan Grzegorz. – Gdzie dokładnie? Ma tam mieszkać czy co? Przecież do gór jest coś koło trzystu kilometrów od Lublina! Wolałbym codziennie widzieć ją w domu! („Chyba Wojtysiakowie aby mogli zdać ci raport kiedy znowu cię nie będzie” – pomyślała Patrycja).
- Spokojnie, niech pan się nie denerwuje bo z ciśnieniem nie ma żartów.
- Jak mam się nie denerwować gdy wy…
- Nie wiemy gdzie jest dokładnie szkoła, tradycja nakazuje ją ukrywać. Czarodzieje jednak dostają się do niej w kilkanaście sekund. Mamy coś w stylu… teleportacji.
- Będę mogła się teleportować do szkoły? - Spytała ucieszona Patrycja.
-  Nie, do 17 roku życia nie wolno. Istnieją za to świstokliki, wiesz co to, wytłumaczysz później tacie. Każde miasto wojewódzkie ma swoją magiczną ulicę. Tam znajdują się budynki Wydziału Komunikacji Magicznej. W nich można złapać świstoklika do innych miast oraz szkoły. Część uczniów korzysta z sieci Fiuu… teleportuje się przez kominek z domu do placówki edukacyjnej – dodała aby pan Grzegorz zrozumiał mniej więcej o co chodzi. – Transport nie jest bardzo drogi, Patrycja może codziennie wracać do domu. Jest jednak możliwość zakwaterowania dziecka w internacie szkolnym, wtedy będzie spędzać z panem weekendy. Szczerze mówiąc polecam to drugie rozwiązanie. Zazwyczaj połowa uczniów gimnazjum mieszka w internacie, zaś w liceum już prawie wszyscy. To wygodne ponieważ poza terenem szkoły nie będzie wolno używać Patrycji czarów. Jako dziecko pochodzące z rodziny mugoli jest w dużo gorszej sytuacji ponieważ nie będzie mogła ćwiczyć w domu zaklęć.
- Na przykład jakich? – spytał się pan Grzegorz patrząc podejrzliwie na Angelę.

- Hmmm, w tym momencie najlepsze co może być to zaklęcie sprzątające pokój w sekundę. Albo obierające warzywa czy lewitujące przedmioty (ojciec Patrycji jęknął przypominając sobie latające meble). Magiczne rodziny piszą oświadczenie, że będą pilnować swoje dziecko. Niestety, pan jako mugol, nie ma takiego prawa ponieważ nie jest pan w stanie zapanować nad córką („to nie fair!” - krzyknęła Patrycja - „ja chcę do internatu!”). Dlatego radzę rozważyć zakwaterowanie szkolne. Nie jest bardzo drogie, miesięcznie wychodzi około 300 zł razem z wyżywieniem. Zwłaszcza, że od jakiegoś czasu jedzenie w stołówce jest naprawdę dobre… Kadra nauczycielska jest w porządku, uczniowie w internacie mają swojego opiekuna, który zajmuje się danym rokiem. Pokoje są trzy lub czteroosobowe, naturalnie dziewczynki osobno i chłopcy osobno. Wszystko będzie mógł pan obejrzeć, rodzice mogą przyjeżdżać do swoich dzieci. Nawet nocować za odpowiednią opłatą... Dzieciaki są pilnowane przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Za brak dyscypliny są stosowane kary za dobre zachowanie nagrody.

- Ok, to zakwaterowanie. A jak z lekcjami, czego Patrycja będzie się uczyć?
- Na pewno języka polskiego i łaciny, która w magicznym świecie jest bardzo często używana, ale wzorem mugoli ostatnio modny jest angielski więc został wprowadzony do programu nauczania. Z przedmiotów ścisłych będzie miała matematykę, geografię i biologię („o nie” jęknęła Patrycja na myśl, że znowu będzie się użerać z ułamkami). Musi wybrać obowiązkowo jeden ze sportów. Muzyka, plastyka, chór czy rosyjski są dla chętnych w kołach zainteresowań. Zaś przedmioty magiczne to zaklęcia, obrona przed czarną magią, transmutacja, historia magii, eliksiry, przyroda oraz magoznastwo dla dzieci z mugolskich rodzin. Poza tym będzie wiele kursów typu latanie na miotle czy wróżbiarstwo jeśli będzie zainteresowana.

Patrycja była bardzo zainteresowana. Od razu wyobraziła sobie jak odbiera z rąk dyrektorki puchar Quidditch’a. Na pewno będzie bardzo dobra z latania na miotle, namówi ojca na kupno najlepszego modelu i jeśli będzie trzeba powtórzy zachowanie Draco z drugiego tomu. Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy dostanie się do drużyny narodowej, będzie ostro trenować dzień i noc więc zostanie kapitanem. Następnie poprowadzi swoich ludzi do zwycięstwa w pucharze świata. Będzie sławna! I może pozna wtedy Harry’ego i Dracona! Poprawiła się w fotelu, ten plan jest idalny, będzie musiała wprowadzić go w życie. Przyjemne rozmyślania przerwał jej głos ojca:
- jak będzie z wyprawką szkolną?
- komplet nowych podręczników kosztuje około 654 złote. Do tego dochodzą rzeczy magiczne, koszt różdżki waha się od 200 do 1000 złotych, zależy to od wielu czynników, rękawice ze smoczej skóry to minimum 100 złotych. Do tego dochodzą szaty szkolne, komplet to około 500 złotych. Trzeba do wszystkiego doliczyć zeszyty, pióra, torbę. W szkole przed rozpoczęciem roku szkolnego uiszcza się opłatę za składniki eliksirów oraz przybory potrzebne do lekcji wynoszącą 500 złotych.

Pan Grzegorz pomyślał, że ceny są wysokie ale może czarodzieje zarabiają więcej niż normalni ludzie. Żal mu się zrobiło innych rodziców którzy nie mieli tyle pieniędzy co on, pewnie będą musieli wziąć kredyt. Przymus posiadania różdżki nie zdziwił go, ale rękawice ze smoczej skóry tak. Zawsze słyszał, że takie gady nie istnieją, a tu taka niespodzianka. Zaczął sobie wyobrażać wielkie farmy ze smokami w oborze. Pomysł wydał mu się głupi ale skoro robią z nich rękawiczki to pewnie też torebki i buty. Może stek ze smoka jest ichniejszym przysmakiem? Pewnie zamiast KFC mają Smażone Smoki Smauga, wyobraził siebie z Patrycją koło takiej restauracji - „tato, tato, chodźmy na skrzydełka! Pieką dwukrotnie!”. Zaśmiał się pod nosem z tak niedorzecznego pomysłu.
- Co? Drogo? – spytała Angela źle interpretując śmiech pana Grzegorza.
- Nie, nie, nie o to cho... – zaczął pan Michalski po czym nagle wpadła mu do głowy wizja Patrycji siedzącej na kasie w SSS i podającej hamburgera ze smoczej mielonki. Przeraziło go to. Oznajmił oskarżycielskim tonem. – Miała mi pani powiedzieć co będzie po gimnazjum i liceum! Co z dalszą edukacją!
- Najpierw musi zdać egzamin gimnazjalny. Będą na nim testy z części humanistycznej, ścisłej i z każdego przedmiotu magicznego poza magoznastwem. Następnie pójdzie do naszego liceum. – Odpowiedziała ze spokojem czarownica. 



Angela uznała, że zapoznała się wystarczająco z Mercedesem więc mogła się zrelaksować i cieszyć jazdą. Odpowiadanie na te same pytania zadawane przez rodziców wcale jej nie nużyło ,a zdenerwowanie pana Michalskiego rozumiała. 
– W liceum przez dwa semestry Patrycja nadal będzie miała te same przedmioty co w gimnazjum, ale druga klasa to wybór przedmiotów zdawanych na maturze pod koniec trzeciego roku. Obowiązkowy jest jeden język i jeden przedmiot ścisły oraz trzy przedmioty magiczne, jeśli ktoś chce może zdawać więcej przedmiotów. Później może kształcić się dalej w jednej z magicznych placówek na całym świecie. Moja matka, na przykład, studiowała w Paryżu gdzie poznała mojego ojca, teraz projektuje ubrania i ma kilka swoich salonów z szatami. Ja poszłam na pedagogikę w mugolskim świecie ponieważ było to potrzebne do pracy nauczyciela. W Polsce ciężko dostać posadę w szkole… musimy naprawdę się przykładać do wykształcenia.

- To kim może zostać moja córka? – zapytał zainteresowany pan Grzegorz.
- Prawda jest taka, że wszystko zależy od Patrycji. Jeśli lubi przedmioty ścisłe to może pracować w finansach, pójść na studia medyczne aby zostać uzdrowicielem czy pracować w turystyce. Może pisać książki, zostać artystką: śpiewać, malować czy występować na scenie. Jeśli polubi magiczne rośliny to może się nimi zajmować, jeśli zwierzęta to może nawet hodować smoki, chociaż to tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Mamy aurorów – są to osoby, które wyłapują czarnoksiężników - praca w CZOPie czyli Czarodziejskich Oddziałach Prewencji, coś w stylu waszej policji jest opłacalna, dostaje się mieszkanie w Magowie i zniżki na zaklęcia ochronne… Słyszałam, że nie jest źle być urzędnikiem w ministerstwie magii, zawsze można coś załatwić po znajomości chociaż ma się niską pensję na początek…
- Ministerstwo magii! I co jeszcze? Może macie prezydenta? – spytał zdumiony pan Grzegorz.
- Nie, prezydent to marnotrawstwo pieniędzy, mamy za to kogoś na kształt premiera.
- Banki też macie?
- Tato, ale ty nic nie wiesz! Jasne, że tak! Są prowadzone przez gobliny! – wyrwało się Patrycji, która do tej pory głównie słuchała wyjaśnień Angeli.
- Że co!?
- Gobliny, pracują w Banku Gringotta… - stwierdziła spokojnie czarownica hamując przed przejściem dla pieszych aby przepuścić staruszkę. - … ludzie też tam czasem pracują. To angielski bank, nasi czarodzieje mają PSIT: Polskie Skarbce i Towary, założony ponad 200 lat temu przez Chryzostoma Jakubka. Ostatnio gobliny trochę mu podkopują reputację…

Angela wdała się w długą i nudną rozmowę z panem Grzegorzem na tematy związane z finansami publicznymi, zarabianiem pieniędzy w magicznym świecie oraz polityką. Patrycję średnio to interesowało, zastanawiała się kim będzie w przyszłości. Gracz Quidditch’a to było tylko jedno z jej marzeń. Może zostanie znanym hodowcą smoków? Wszyscy będą uważać, że jest najfajniejsza i najpiękniejsza więc jakiś czarodziej - książę się w niej zakocha i ją poślubi. A gdyby tak została aurorem? Byłaby najlepsza w magii, nie bałaby się nawet torturować czarnoksiężników jeśli trzeba by było. Byłaby piękna i okrutna i nie raz by uratowała świat! Wyłapałaby ukrywających się śmierciożerców i oddała ich w ręce Harry’ego Pottera. Pewnie jest ministrem magii w Anglii… chociaż jakby się zastanowić to Draco lepiej by się nadawał na to stanowisko.
- Pani Angela mówiła, że nie wszystko w Harrym jest prawdą. Może on nie ma żony i dziecka jak pisało na końcu książki? – Pomyślała dziewczynka i nagle wpadła na genialny, według siebie, pomysł. – Pojadę do Anglii, zostanę sławną aktorką i jeśli Draco będzie wolny to go w sobie rozkocham i wyjdę za niego za mąż! Madame Patricia Malfoy! Wow, brzmi świetnie! – uśmiechnęła się do siebie. – Ostatecznie mogę uwarzyć eliksir miłosny!


Pogrążona w marzeniach dziewczynka nie zwróciła uwagi, że minęli właśnie znak oznajmiający, że czarny mercedes wjechał do Warszawy.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 4 – Niezwykły przypadek Severusa Snape’a


Bitwa o Hogwart została wygrana, nadszedł czas, aby opłakać zmarłych, zebrać gruz i usunąć ślady walk. Bill Weasley z Harrym Potterem weszli do Wrzeszczącej Chaty po ciało Severusa Snape’a. Wszystko było w takim samym stanie jak kilkanaście godzin temu. Kurz unosił się przy każdym ich ruchu. Severus leżał tam, gdzie zostawili go Harry, Ron i Hermiona. Chłopak nie powiedział jeszcze nikomu, co widział w myśloodsiewni. Nikt nie wiedział, że wojna została wygrana dzięki temu odważnemu mężczyźnie.  Chciał pochować swojego dawnego nauczyciela z wszelkimi honorami, dlatego postanowił, że ogłosi światu jakim bohaterem był Severus Snape. Kto wie… może nawet nazwie tak syna?
Bill rozejrzał się z ciekawością po zakurzonym wnętrzu.
- Nigdy bym nie pomyślał, że wejdę do Wrzeszczącej Chaty. Za moich czasów każdy się jej bał.
- A to był tylko hałasujący Remus… - głos Harry’ego zadrżał, gdy zobaczył w myślach ciało Lupina i Tonks.
Bill pochylił się nad Severusem, zmrużył oczy patrząc badawczo na mężczyznę.
- Coś nie tak? – spytał Harry, przyklękając obok brata Rona.
- Nie wiem… zdawało mi się… ale to chyba niemożliwe… - odpowiedział Bill i przyłożył palce do szyi Snape’a. Spojrzał na Harry’ego wzrokiem, które zdradzało głęboki szok. – Na brodę Merlina! ON  ŻYJE!
- Co!? – wrzasnął zszokowany Harry, zrywając się na równe nogi.
- On żyje! Szybko! Trzeba teleportować się z nim do Świętego Munga!
Dalsze wydarzenia Harry pamiętał jak przez mgłę. Przetransportowanie Severusa do szpitala, krzyki Billa, aby uzdrowiciele się pośpieszyli, gonitwa myśli. Najbardziej zaś dręczące go pytanie: jakim cudem Severus Snape przeżył?

***

Żył, ale ledwo. Właściwie to powinien już dawno umrzeć: atak wielkiego, jadowitego węża gwarantował śmierć. A jednak coś nie pozwoliło mu odejść w zaświaty. Uczepił się kurczowo tej cienkiej nici życia, którą przędła Kloto, jedna z trzech sióstr Mojr. Widocznie jego los nie został przesądzony i druga z sióstr – Lachesis, strzegła, aby ostatnia – Atropos, czyli ta, która wyznaczała kres życia, nie przecięła jej swoimi nożycami. Dyndał na tej delikatnej nici, a jego życie należało teraz do zespołu uzdrowicieli. Wszyscy dwoili się i troili, aby wyrwać go ze szponów śmierci.

Severus obudził się na oddziale Urazów magizoologicznych prawie trzy tygodnie po Bitwie o Hogwart. Nie wiedział, gdzie jest i ile czasu minęło od ataku Nagini. Wkrótce po jego pobudce został zbadany przez zespół uzdrowicieli. Pracownicy Szpitala świętego Munga debatowali nad nim godzinę i zgodnie stwierdzili, że przeżycie Severusa Snape’a to cud. Postanowili zostawić go jeszcze przez kilka dni na obserwacji.

Gdy Severus został sam, dotknął swojego karku. Głębokie rany zadane przez kły węża zniknęły. Ostrożnie wstał i podszedł do lustra wiszącego nad umywalką. Jego kroki były niepewne, kręciło mu się w głowie, ale musiał spojrzeć w swoje odbicie. W lustrze zobaczył swoją twarz, był chudy, bardzo chudy. Nos wydawał się jeszcze bardziej haczykowaty, kości policzkowe uwydatniły się jeszcze bardziej, był tak blady, że można by go było wziąć za wampira.

Wrócił powoli do łóżka, usiadł na nim i skierował swój wzrok na stolik, który stał obok niego. Nie było na nim różdżki, pod stolikiem były złożone jego ubrania – tam także nie znalazł cennego kawałka drewna. Już się zastanawiał czy kogoś nie wezwać w tej sprawie, gdy do pokoju wszedł nieznajomy mężczyzna. Stanął na środku pokoju, trzymając ręce za plecami i zmierzył Severusa badawczym spojrzeniem swoich błękitnych oczu. Jego wzrok zlustrował dokładnie sylwetkę byłego nauczyciela eliksirów i spoczął na twarzy.
- No, no, no... Severus Snape… - wycedził powoli. – Zabójca Dumbledore’a, największy zwolennik Sam-Wiesz-Kogo, zdrajca tworu zwanego Zakonem Feniksa, najbardziej znienawidzony dyrektor Hogwartu… Masz sporo na sumieniu Snape.
- Możliwe – zgodził się Severus, kładąc się na szpitalne łóżko. – A ty kim jesteś?
- Gawain Robards, Szef Biura Aurorów. Jak tylko się dowiedziałem, że się obudziłeś, to od razu przyleciałem. Informuję cię, że jesteś w izolatce w Szpitalu Świętego Munga…
- W życiu bym się tego nie domyślił – warknął słabym głosem Snape.
- … i jesteś pilnowany przez dwadzieścia cztery godziny na dobę przez aurorów – dokończył Gawain, nie zwracając uwagi na to co powiedział pacjent. – Twoja różdżka została skonfiskowana i poddana zostanie badaniom. Gdy zostaniesz wypisany ze szpitala, to przetransportujemy cię do Azkabanu, gdzie będziesz oczekiwał na proces. Na razie Główny Uzdrowiciel nie pozwolił cię przesłuchać, ale jak tylko udzieli zgody, to osobiście cię wypytam o twoje zbrodnie Snape.

Na twarzy aurora można było zobaczyć mściwą satysfakcję. Severus wpatrywał się w niego. Postawa Gawaina Robardsa nie zachęcała do zwierzeń. Przypomniał sobie, że po ataku węża oddał Potterowi swoje wspomnienia. Nie wiedział jaki użytek zrobił z nich chłopak. Nie wiedział nawet, jaki jest dzień ani jak się tutaj znalazł, a z rozmowy uzdrowicieli wywnioskował, że był w śpiączce przez dwa lub trzy tygodnie.
- Mogę zadać kilka pytań?
- Co taka gnida jak ty chce wiedzieć?
- Jaki mamy dzień? Co z Czarnym Panem? Jak się tutaj znalazłem?
- Dziś jest dwudziesty drugi maja, byłeś nieprzytomny przez prawie trzy tygodnie. Sam-Wiesz-Kto został pokonany przez Harry’ego Pottera i zginął, co zakończyło wojnę.
- Chłopak… żyje? – Snape był wstrząśnięty.
- Co? Jesteś zdziwiony, że nie udało ci się go wykończyć? – odparł Gawain złośliwie. – Sam-Wiesz-Kto ogłosił, że zabił Pottera, nawet przyszedł pod Hogwart z jego ciałem… a tu czekała go niespodzianka, bo Harry żył! Pojedynkowali się i Sam-Wiesz-Kto zginął z jego ręki. Potem poszło gładko: wyłapaliśmy większość twoich znajomych… A Harry’emu powinieneś być wdzięczny, bo to on wraz z synem Artura Weasleya przytargał cię tutaj. Nawet słyszałem, że prosił Kingsleya o łaskę dla ciebie!
- Kingsleya Shacklebolta?
- Tak, jest tymczasowym ministrem magii, ale sądzę, że zostanie nim na stałe, ponieważ za dwa tygodnie będą oficjalne wybory, a jak na razie nie ma innego kandydata. Zaraz po nich zamierza przeprowadzić procesy śmierciożerców. Będzie się działo – Gawain uśmiechnął się i przymknął oczy, najwyraźniej wyobrażając sobie przyjemne rzeczy.
- Nie wątpię.
- Przygotuj się na najgorsze Snape. Osobiście dopilnuję, aby spotkała cię zasłużona kara!
- Wynoś się!

Gawain Robards wyszedł, parskając szyderczym śmiechem. Zaraz po nim pojawiła się młoda uzdrowicielka, która przyniosła na tacy kolację razem z kilkoma starannie odmierzonymi eliksirami. Snape rzucił się na jedzenie: pomyślał, że minie wiele dni, zanim nabierze sił. Wypijając eliksiry, stwierdził, że zrobiłby lepsze… a przynajmniej smaczniejsze. Gdy opadł na poduszki, zastanawiał się, co się właściwie stało. Był pewny, że umiera – dlatego podarował Potterowi swoje wspomnienia. Teraz nie wiadomo co się z nimi stanie, pewnie chłopak pokaże im innym. Ciałem Severusa wstrząsnęły dreszcze na myśl, że wszyscy poznają jego najgłębsze tajemnice. Zrobiło mu się niedobrze.

Na dodatek Potter żył! Nie wiedział co o tym sądzić – Albus wyraźnie powiedział, że chłopak musi umrzeć i to z ręki samego Voldemorta. Teraz dowiedział się, że Potter go pokonał… Nie, to stanowczo nie trzymało się kupy… to nie miało sensu! Severus rozmyślał nad tym wszystkim do samego rana i jedynym jego wnioskiem było to, że Albus okrutnie sobie z niego zażartował…

***

Harry wpadł jak burza do Biura Aurorów, odpowiedział na dobiegające zza biurek pozdrowienia i ruszył prosto do gabinetu swojego szefa. Zapukał, gdy usłyszał pozwolenie, otworzył drzwi. Na jego widok Gawain rozpromienił się i wskazał na stojący przed biurkiem fotel.
- To ty Potter! Siadaj! Czego chcesz?
- Proszę o pozwolenie, aby zobaczyć się z Severusem Snape'em – rzekł Harry, stojąc w miejscu.
- Słucham? – Gawainowi zrzedła mina. – Po co?
- Muszę z nim porozmawiać.
- Nie widzę takiej potrzeby.
- Jestem mu coś winny – Harry popatrzył szefowi w oczy.
- Ty? Jemu? – Gawain popatrzył na chłopaka, jakby oświadczył, że potrafi zaśpiewać arię operową, siedząc na galopującym Hipogryfie i przygrywając sobie na harfie.
- Tak, dzięki niemu pokonałem Voldemorta.
- Pfffff - mężczyzna wypuścił gwałtownie powietrze. – Dobrze się czujesz Harry? Nie potrzebujesz zrobić sobie wolnego? Mogę dać ci spokój przez dzień czy dwa… odpoczniesz sobie…
- Mówię poważnie! – Harry zaczął się irytować. – Złożyłem dzisiaj obszerne wyjaśnienia na piśmie, może pan je sobie przeczytać, są obecnie u Kingsleya. Gdyby nie Snape pewnie nie dokonałbym tego wszystkiego.
- Chyba przez przypadek…
- On był po naszej stronie! Cały czas szpiegował dla Dumbledore’a!
- Którego zabił.
- Na jego wyraźną prośbę! Przekazał mi informacje, które pozwoliły mi przeżyć podczas pojedynku z Voldemortem.
- Śmierciożerca zawsze zostanie śmierciożercą, cokolwiek by nie zrobił! A już zwłaszcza Severus Snape! - Gawain był tak wściekły, że gdyby był metamorfomagiem, to jego blond włosy zapłonęłyby żywą czerwienią. – Mam wystarczającą ilość zeznań jego kumpli, aby wiedzieć, że był czymś w rodzaju prawej ręki Sam-Wiesz-Kogo!
- Mimo wszystko chcę się z nim zobaczyć. I tak mam wartę w szpitalu od czwartej po południu…
- Może być niebezpieczny!
- Nie ma nawet różdżki – chłopak wzruszył ramionami. – Z tego, co słyszałem, ledwo może wstać z łóżka, a ja jestem młody, silny i mam różdżkę. Co najwyżej może rzucić we mnie poduszką, o ile uniesie rękę…
- Nie bądź głupi! – Gawain wstał i zaczął spacerować nerwowo po pokoju. – Co mu chcesz powiedzieć?
- Chcę podziękować – rzekł Harry i popatrzył mężczyźnie prosto w oczy. – To dla mnie bardzo ważne.
- Dziękować śmierciożercy… a to dobre – szef parsknął wymuszonym śmiechem.
- Proszę o chwilę…  kilka minut… błagam!

Gawain odwrócił się do Harry’ego plecami. Każdy wiedział, że darzy chłopaka wielką sympatią. Miał do niego słabość nie tylko dlatego, że Harry okazał się wybrańcem, pokonał Voldemorta i został najmłodszym aurorem w historii. Nikomu się nie przyznał, ale Potter przypominał mu z charakteru i sposobu bycia jego zmarłego syna, który zginął podczas Pierwszej Wojny Czarodziejów. Teraz chłopak prosił go o rozmowę z Severusem Snape'em! Nienawidził tego starego nietoperza… Byłoby najlepiej, gdyby mógł go wrzucić do najgłębszego lochu w Azkabanie! Szkoda, że dementorzy musieli odejść: z rozkoszą patrzyłby, jak wysysają duszę Snape’owi. Z rozmyślań wyrwał go głos Harry’ego.
- Rozumiem… nie ufa mi pan… - chłopak zaczął powoli iść w stronę drzwi.
Gawain odwrócił się gwałtownie i spojrzał na plecy chłopaka. Skarcił się w duchu za swoją słabość do niego.
- No dobra! – warknął. – Pięć minut! I chcę przy tym być!

***

Snape nie był zachwycony, gdy zobaczył ponownie Gawaina Robartsa. Uważał go za kompletnego kretyna. Zastanawiał się jakim cudem człowiek o umyśle gumochłona został szefem w Biurze Aurorów. Skrzywił się, gdy Gawain się odezwał.
- Masz gościa Snape!
- Niby kto chciałby się ze mną spotkać?
- On – Gawain wskazał kciukiem drzwi, przez które wszedł Harry.
- Witam panie profesorze…

Severus pomyślał, że jednak nie żyje. On umarł… a to, co się teraz działo to było po prostu piekło. Potter przyszedł go odwiedzić i uśmiechał się do niego. Snape zastanawiał się, czy włożenie głowy pod kołdrę dałoby efekt w postaci zniknięcia… obojętnie kogo. Byleby cała ta sytuacja nie miała miejsca.
- Nie jestem już twoim nauczycielem Potter – warknął.
- Grzeczniej! – głos Gawaina dobiegł z kąta, gdzie przymocowana była umywalka.
Harry nie zwrócił uwagi na ton wypowiedzi mężczyzny, przysunął sobie stołek i usiadł przy łóżku. Snape rozważał przez sekundę czy da radę wylecieć przez okno i uciec albo ostatecznie tylko wyskoczyć i roztrzaskać sobie czaszkę.
- Chcę panu podziękować – chłopak powiedział zdecydowanym tonem.
-  Podziękować? – odrzekł Snape z ironią. – Za zabicie twoich rodziców?
- Nie… - Potter odparł cicho po dłuższej chwili. – Chcę podziękować za to, że starał się pan naprawić ten błąd. Za to, że uratował pan mnóstwo osób, pomagając mi pokonać Voldemorta i ryzykował przy tym swoim życiem…

Snape nie odezwał się ani słowem, przekręcił głowę w bok, aby nie patrzeć na chłopaka. Czuł się strasznie. Wolałby, aby Potter zrobił mu awanturę albo pokazał, jak bardzo go nienawidzi.
- …będę zeznawał na pańską korzyść, ponieważ zamierzam oczyścić pana z zarzutów i chcę, aby każdy dowiedział się, że jest pan bohate… - nie dokończył, gdyż Snape usiadł gwałtownie.
- Nie! – wrzasnął na tyle, ile pozwalał jego stan.
- Spokój gnido! – Gawain celował  w niego różdżką.
- Nie potrzebuję twojej litości Potter! Myślisz, że po tym wszystkim, co się stało, pójdziemy razem na herbatkę i będziemy plotkować jak stare baby!? Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi taka ochota, to prędzej się powieszę!
- Przynieść ci sznur!? – szef aurorów zrobił kilka kroków w stronę Snape’a.
- Nie! – Harry wstał i wyciągnął rękę do Gawaina. – Jest chory! Nie wie, co mówi!
- Doskonale wiem, co mówię Potter! Nie chcę byś robił ze mnie, nie wiadomo co!
- Raz w życiu się z nim zgadzam – powiedział błękitnooki mężczyzna.
- Nie zostawię tak pana! – Harry popatrzył Snape’owi prosto w oczy. - Nie ukryję wszystkiego, co jest w panu najlepsze!
Severus po tych słowach wyglądał, jakby dostał w twarz. Zrozumiał aluzję. Z nerwów zaczęły drżeć mu ręce.
- Potter! Masz mi oddać moje wspomnienia!
- Dobrze… - zaczął mówić Harry z leciutkim uśmiechem. - … ale najpierw pokażę je odpowiednim osobom...
- Ani mi się waż!
- Bo co? Da mi pan szlaban? – odparł bezczelnie chłopak, idąc w stronę drzwi.
Severus rzucił w niego basenem. Na szczęście Harry’ego, a nieszczęście Snape’a był pusty i nie poleciał daleko. Gawain zaśmiał się szyderczo i wyszedł, przepuszczając chłopaka w drzwiach. Severus opadł bezsilnie na poduszki, przeklinając to coś lub tego kogoś, kto go uratował i stwierdził, że los zdecydowanie zafundował mu piekło na ziemi.