czwartek, 5 maja 2016

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 13 – O tym jak zostałem (prawie) wyruchany i w jaki sposób dokończyłem misję

Elooooo Zioooomy!
Przed wami… Dj Glizda!


He, he, taki żarcik :). Rozumiecie... tej piosenki nie stworzyłem :P

Obiecałem, że wam opowiem, co było jak dotarłem do Meksyku w Meksyku… tak się teraz zastanawiam czy opisywać, co się działo dalej, ponieważ to troszeczkę żenujące… ale obiecałem, to chyba muszę… :(

No dobra, może mnie nie ocenicie źle. Wierzę w was! <3

Byłem w Meksyku w Meksyku i stwierdziłem, że skoro mam główkę to mogę trochę poimprezować zanim wrócę do Voldusia. Szczerze mówiąc to odzwyczaiłem się trochę od gotowania zupek i wyrzucania kupki z nocnika. Pomyślałem: „niech się jeszcze trochę senior pomęczy!”. Tak też zrobiłem, złapałem ciężarówkę i pojechałem na Florydę do Disneylandu. Zawsze o tym marzyłem! Wybawiłem się jak jeszcze nigdy w życiu! Było super, kupiłem sporo pamiątek i wysłałem paczką do Anglii ^^.

Wiecie, musiałem kraść kasę… nie abym był z tego dumny, ale Voldek nie chciał mi niczego przesłać :/ (Sknerus jeden!). Ale wydawałem to wszystko na jedzenie i przetrwanie (w Disneylandzie musiałem wykupić wejściówkę, ponieważ ciężko jechać rollercoasterem, jako szczur – nie mają specjalnych zabezpieczeń dla nas! Skandal!). Trochę odłożyłem i kupiłem bilet na samolot, który miał mnie zabrać do Londynu. Była godzina dwudziesta, a lot miałem z samego rana, więc pomyślałem sobie, że zaszaleję! Ten jeden, jedyny raz…

Zwinąłem jakiemuś gościowi garniak i poszedłem w nim do jakiejś super-duper-ekstra-naładowanej-gwiazdkami restauracji. Chciałem spróbować jak smakuje wykwintne żarcie. Nie było mnie stać, ale pomyślałem, że znowu zrobię numer z pójściem do toalety, gdzie zamienię się w szczura i spierdzielę kanałami. Kelnera walnąłem „confundusem”, więc mnie wpuścił bez problemu. Powiem wam szczerze, że to żarcie za kilka tysięcy dolarów takie sobie było. Zamówiłem stek z krokodyla, którego upolował Chuck Norris, w sosie truflowym, stare śmierdzące sery sporządzone z mleka krów, które są masowane i pojone szampanem, wino pamiętające Napoleona (w smaku wykrzywiające ryj) i do tego lody z dwudziestu odmian czekolady pokryte złotem. Ohyda! Ale za to potem srałem złotem przez jakiś czas! :D

A teraz…. zaczyna się ta gorsza przygoda :(. Mój plan działał, najadłem się, napiłem, wszyscy wokół mnie skakali jakbym jakimś był królem czy co, ogólnie git-majonez-śmietana :). Gdy poczułem, że zbliża się czas ucieczki wstałem i poszedłem do toalety. No plan idealny! Co mogło pójść nie tak? Przy toalecie stała ONA.
- Nazywam się Conchita Lasencja Dupencja – mówi do mnie.
Nogi długie, aż do ziemi, pełne usta jak u glonojada, długie, rude włosy, cycki jak balony Pameli Anderson… Wyglądała mnie więcej tak:


Nawet Volduś by się skusił! Popatrzyła się na mnie tak jakbym był wielkim ciachem przekładanym malinowym kremem i posypanym wiórkami czekoladowymi. Przynajmniej tak mi się zdaje, ponieważ oblizała się jakby miała ochotę na deser. Musiałem coś wymyślić! No musiałem!
- Jestem Stephen Hawking! – oznajmiłem.



To było pierwsze nazwisko, które przyszło mi do głowy. Conchita uniosła pięknie narysowaną brew w górę.
- Ten naukowiec? – spytała.
- Tak – brnąłem w to dalej.
- Nie powinieneś jeździć na wózku?
- Jestem tak genialny, że sam siebie wyleczyłem – oznajmiłem i wypiąłem dumnie pierś. – Wiesz, jak na sławnego medyka przystało.

Zatkało ją z wrażenia! Pomyślałem sobie: „oj, poruchasz dzisiaj Glizduś, poruchasz!”. Byłem w siódmym niebie, ponieważ odgadła moje myśli. Złapała mnie za rękę i powiedziała, że chce iść ze mną do mojego pokoju hotelowego. Zgodziłem się od razu! Problemem było to, że miałem uciec… ale czekała na mnie gorąca laska… musiałem, no musiałem! Kazałem jej iść do wyjścia, a sam rzucałem na wszystkich „confundusa”. Wmówiłem kelnerowi, że jestem Stephen Hawking i zapłacę następnym razem. Zgodził się! Uffff…

Wylądowałem z Conchitą Dupencją w jakimś ekskluzywnym hotelu, gdzie zrobiłem to samo, co w super-duper-ekstra-naładowanej-gwiazdkami restauracji. Nie wiem czy to czyta Stephen Hawking, ale bardzo go przepraszam za nabicie mu rachunku na ponad sto tysięcy dolców. Oddam… na pewno kiedyś oddam…

Teraz będzie gorąco! Conchita zaczęła mnie namiętnie całować i rozbierać. Rzuciła mnie na łóżko! Była taka gorąca, że skończyłem w międzyczasie z dwa razy (ale chyba tego nie zauważyła). W pewnym momencie wyjęła z torebki kajdanki i powiedziała, że jestem niegrzecznym chłopcem, więc mnie przypnie do tego zajebistego, królewskiego łoża. Dla poruchania zgodziłbym się na wszystko i dlatego przytaknąłem. I to był błąd! Bo to zła kobieta była…

Przypięła mnie i… skoczyła od razu do moich ciuchów. Przegrzebała wszystkie kieszenie i wyciągnęła z nich różdżkę, portfel i tsantsę. Nie była zadowolona, gdy nie znalazła kasy i kard kredytowych. Szczerze mówiąc miałem w portfelu tylko dwa guziki od marynarki, zdjęcie nagiego Voldusia w wanience, ćwierć dolara i kawałek sznurka. Zdenerwowała się okropnie, krzyczała bardzo brzydkie rzeczy w moją stronę, ubrała się, zabrała tsantsę i wyszła z pokoju.

Na początku myślałem, że to taka gra wstępna, ale gdy tak leżałem przypięty do łóżka przez trzy godziny stwierdziłem, że jednak mnie okradła :(. Sytuacja zrobiła się groźna: jeśli się nie uwolnię to przepadnie mi samolot i obsługa hotelowa każe mi płacić za ten zajebiście drogi apartament! Na szczęście Conchita zostawiła różdżkę na łóżku i udało mi się ją dosięgnąć palcami stopy. Oswobodziłem się, ubrałem i teleportowałem na lotnisko.

Powiem wam, że ten lot był najdłuższym w moim życiu. Ciągle przed oczyma widziałem zawiedzioną minę Voldusia… Już mu dałem znać, ze wracam do domu i mam główkę. Co miałem robić, no co?

Rozważałem czy nie poszukać jakiejś w Londynie, na przykład gumowej w jakimś sklepie z gadżetami, albo włamać się do pracowni Severusa, bo on to zawsze miał jakieś obrzydlistwa w słoikach. Aż nagle mnie olśniło! Przecież w Błędnym Rycerzu wisiała tsantsa! Wprawdzie dość gadatliwa, ale Voldusiowi to nie będzie przeszkadzać. Powiem wam szczerze, że miałem ochotę pójść do kibla, włożyć głowę do muszli i pierdolnąć się porządnie deklem w ten pusty łeb. Kilka miesięcy spędziłem w podróżach, byłem na pustyni, w dżungli, żarłem robaki, prawie poruchałem, a tsantsa była na wyciągnięcie ręki! Argh!

Dalej możecie domyśleć się, co zrobiłem. Tych dwóch głupków z autobusu łatwo było przekonać, aby zrobili postój na siku. Stanęliśmy w jakimś polu, zawołałem ich na tył pojazdu twierdząc, że złapaliśmy gumę. Walnąłem w nich zaklęciem, wyczyściłem wspomnienia i zwinąłem główkę. Wprawdzie krzyczała, ale wsadziłem jej cukierka do ust to się zamknęła. Panie i panowie, o to ona!


Napisałem wam wszystko, niczego nie zataiłem, mam nadzieję, że nie ocenicie mnie zbyt surowo. Ja naprawdę jestem słodkim i niegroźnym, małym szczurkiem! Mówiłem, że was kocham? <3

Moja stylówka, może kogoś zainteresuje:


Ta na górze była pierwsza, ale Volduś stwierdził, że jest zbyt pedalska i kazał mi ubrać się w to:


Takie ubrania mógłby założyć każdy normalny facet ^^

Czas kończyć pisanie, obowiązki wzywają. Volduś niedługo dorośnie… chlip, wzruszyłem się. Nie wiem tylko, o co mu chodzi z tym, że mam oddać mu swoją rękę. Pewnie się wygłupia, słodki dzieciaczek <3

Pozdrófffka for all :*

poniedziałek, 2 maja 2016

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 23 – Domniemania i fakty


Kingsley Shacklebolt kroczył pewnie po Ministerstwie Magii, a za nim podążała pogrążona w myślach Hermiona Granger. Mijający ich czarodzieje i czarownice zatrzymywali się i zerkali na nich ciekawie. Ignorowała to, ponieważ w jej głowie przewijały się różne teorie dotyczące wspomnień Severusa. W jaki sposób wpadły w szpony Rity? Czy to ona je zabrała? Było to bardzo możliwe: dziennikarka w każdej chwili mogła zmienić się w żuczka. Podczas ukrywania fiolki Hermiona rzuciła „Homenum revelio”, ale nie była pewna czy ten czar wykrywa animagów. Czy Rita dałaby radę zdjąć wszystkie zaklęcia zabezpieczające? Hermiona nie wiedziała, jaki jest poziom umiejętności magicznych dziennikarki na tym polu. Na pewno potrafiła manipulować i wyciągać informacje z różnych osób, ale czy potrafiłaby złamać tuzin czarów i klątw? Może miała wspólnika i ktoś to za nią zrobił?

Pozostawało także niewiadome skąd Kingsley wiedział o tym, że to Rita posiada wspomnienia Severusa. W domu Państwa Granger nic nie powiedział i kazał Hermionie iść za nim. Czarownica podejrzewała, że dziennikarka zaliczyła wpadkę. Może ktoś miał jej dość i na nią doniósł albo prowadzone jest śledztwo i przeszukano jej dom... Z drugiej strony Harry pewnie powiedziałby gdyby coś takiego miało miejsce.

Przypuszczenia Hermiony wydały się jej jeszcze bardziej prawdopodobne, gdy weszła z Kingsleyem do windy. Minister Magii wcisnął guzik oznaczający, że chce się znaleźć na drugim poziomie, gdzie siedzibę ma Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Zaczarowana winda szybko zawiozła ich na wybrane piętro. Kingsley bez wahania zaprowadził Hermionę do biura szefa aurorów. Bez pukania weszli przez drzwi, a za nimi zobaczyli Gawaina Robardsa i Ritę Skeeter.
- Przyprowadziłem osobę, której skradziono wspomnienia Snape’a – Kingsley oznajmił swoim głębokim głosem.

Wydepilowane brwi dziennikarki poszybowały w górę, Gawain Robards także miał minę jakby nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Hermiona oblała się rumieńcem, gdy pomyślała, że auror musiał się rozczarować. Wiedziała, że uważa ją za jedną z najzdolniejszych czarownic, a tu się nagle okazało, że zaliczyła sporą wpadkę.
- Hermiono, ostatnio knocisz wszystko gorzej niż Knot! – do uszu zgromadzonych dotarł komentarz Rity.
Zaskoczony Kingsley drgnął patrząc jak młodsza z czarownic robi się mocno czerwona na twarzy. Ku jego większemu zdumieniu Robardsowi również poróżowiały policzki i zaczął wpatrywać się w kąt pokoju.
- Wyjaśnicie mi… - Minister Magii zaczął formułować pytanie, ale Rita szybko mu przerwała.
- Stare sprawy! – zaświergotała i zwróciła się do Hermiony. – Kto by się spodziewał, że Stary Nietoperz akurat ciebie wybierze na strażnika tajemnicy…

W dziewczynie zagotowało się. Dziennikarka była po prostu bezczelna!
- Lepiej powiedz jak udało ci się ukraść wspomnienia! – warknęła oskarżycielskim tonem.
- Ja!? – oburzyła się Rita. – Jestem niewinna!
- Tak, jasne! – oznajmiła Hermiona. – Oddałabyś duszę diabłu za wspomnienia! Wiem, że dla takich informacji zrobisz wszystko! Może jeszcze powiesz, że wspomnienia same spadły ci na głowę? – dodała z ironią.
- Dla twojej wiadomości Panno-Wiem-Wszystko-I-Jeszcze-Więcej: mam bardzo dobre źródło, które opowiedziało mi wszystko o dzieciństwie Snape’a! – odpowiedziała Rita ze złością. – Nie potrzebuję jego wspomnień! Może i mam kilka drobnych występków na sumieniu, ale nie muszę się zniżać do kradzieży!
- W takim razie… - Hermiona zamierzała dalej kłócić się z dziennikarką, ale Kingsley położył rękę na jej ramieniu i ścisnął dając do zrozumienia, aby zamilkła.
- Powinienem cię poinformować, że to Rita przyniosła wspomnienia Severusa do biura Gawaina… - wyjaśnił skruszonym tonem.

Hermiona patrzyła się na czarownicę z niedowierzaniem. To było oczywiste, że dziennikarka nie przepuściłaby okazji, aby obejrzeć zawartość fiolki. Po co w takim razie przyniosła ją Robardsowi? Hermiona przeniosła wzrok na szefa biura aurorów i uniosła pytająco brwi. Ten odchrząknął i sięgnął po leżący na biurku czarny worek. Wyjął z niego puszkę po kawie i pergamin.
Kingsley podszedł do niego, wziął wspomnienia Severusa i podał Hermionie.
- Sprawdź czy jest naruszona – rozkazał.

Dziewczyna popatrzyła się na przedmiot leżący w jej dłoni i przełknęła głośno ślinę. Nie potrafiła zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Nic nie układało się w logiczną całość. Skoro miała je Rita to czemu ma sprawdzić czy wspomnienia zostały odpieczętowane, czy nie? Przecież dla dziennikarki jej pokroju to jak prezent na gwiazdkę. Hermiona nie wątpiła, że Rita na pewno obejrzała zawartość i dodała do swojej książki o Severusie. Wyciągnęła drżącą ręką różdżkę i wyszeptała kilka inkantacji kreśląc nią różne figury nad puszką.
- Nikt jej nie otworzył! – wykrzyknęła zdumiona.
- No jasne, że jej nie otworzyłam! – warknęła Rita obrażonym tonem.

Gawain Robards wstał z fotela i wziął z biurka pergamin.
- Panno Granger – zaczął mówić oficjalnym tonem. – Rita Skeeter przyszła do mnie nie dawno i przyniosła te dwie rzeczy twierdząc, że otrzymała je z tajemniczego źródła…
- To wszystko przyniosła nieznana mi sowa – wtrąciła dziennikarka. – Wleciała przez okno i zrzuciła mi worek prosto na głowę, a ja akurat byłam po wizycie u fryzjera... pewnie i tak nie rozumiesz, jaka to tragedia, gdy masz idealnie ułożone włosy i ktoś ci je niszczy! – dodała z przekąsem. - W środku były zapieczętowane wspomnienia i ten list – wskazała na pergamin w ręce Gawaina.
- Droga Rito! To jest coś, co może ci się przydać w najbliższym czasie. Ma na sobie sporo zaklęć, ale wiem, że dasz sobie z nimi radę. Nie mogę doczekać się twojej książki o Mistrzu Eliksirów! – szef aurorów odczytał głośno tekst i podał pergamin Hermionie.

List nie był napisany odręcznie: tajemnicza osoba powycinała poszczególne literki z gazety i przykleiła, aby tworzyły zdania. Hermiona była zdumiona: kto mógł to zrobić? Kingsley i Gawain patrzyli się na nią znacząco, oczekując, ze coś powie.
- Ja… ja nie mam pojęcia kto… - wydukała zrozpaczona.
- Kto wiedział, że akurat ty posiadasz wspomnienia? – spytał się szef aurorów.
- Hmmm… - Hermiona zamyśliła się. – Harry, Ron, Ginny… podejrzewam, że cała rodzina Weasleyów wiedziała… Profesor McGonagall i wszystkie portrety z gabinetu dyrektorki…
- Czy porządnie je ukryłaś? – drążył dalej Gawain Robards.

Hermionie nie pozostało jej nic innego jak wymienić wszystkie zaklęcia i klątwy jakich użyła. Opowiedziała dokładnie w jaki sposób schowała puszkę. Gdy skończyła nastąpiła cisza. Widać było jak czarodzieje intensywnie myślą.
- A ja wiem jak to było! – oznajmiła Rita tryumfalnie, obdarzając wszystkich zebranych uśmiechem i błyskiem złotych zębów. – To była fanka moich książek. Nie mogła doczekać się najnowszej o Severusie, a wyczytała ze sprawozdań z Wizengamotu, że istnieją jego wspomnienia. Zaczęła śledzić Hermionę, aby dowiedzieć się czegoś więcej i udało jej się. Zabrała puszkę i wysłała mi, aby mi pomóc w pisaniu!

Gawain Robards obdarzył ją wzrokiem, który oznaczał, że nie bardzo wierzy w to wszystko.
- Skąd wiesz, że to kobieta? – spytał się podejrzliwie.
- Najbardziej lubią mnie kobiety – oznajmiła Rita tonem jakby to było oczywistością, którą każdy powinien znać. – Od mężczyzn dostaje bardzo mało wiadomości. Wolą czytać jakieś nudne eseje o eliksirach czy transmutacji zamiast porządnej literatury faktu – prychnęła z pogardą.
- Proponuję wdrożyć śledztwo – oznajmił Kingsley. – Wprawdzie nic się nie stało, ale lepiej wiedzieć kto może za tym stać. Dodatkowo uważam, że lepiej będzie, jeśli wszystko pozostanie w tajemnicy.
- W tajemnicy? – spytała się Rita zawiedzionym tonem. – Myślałam, że będę mogła…
- … pochwalić się, jaka jesteś szlachetna! – wtrąciła wrednie Hermiona i popatrzyła się na nią krzywo.
- Powinnaś mi być wdzięczna, ponieważ kolejny raz… - Rita nie dokończyła i przesłała jej uśmiech, który mówił „zamilknij albo powiem o Dafne”.
- Tak, tak, jestem bardzo wdzięczna – odpowiedziała błyskawicznie młodsza z czarownic i przesłała jej spojrzenie mówiące „spróbuj tylko, a wylądujesz w Azkabanie”.
- To dobrze! – stwierdziła Rita i zwróciła się do czarodziejów. – Mogę już pójść?

Kingsley i Gawain Robards popatrzyli się na siebie. Po chwili namysłu szef aurorów odparł, że tak, ale ma trzymać wszystko w tajemnicy. Rita niechętnie zgodziła się i wyszła stukając obcasami. Hermiona patrzyła się na nią i nadal nie mogła uwierzyć, że dziennikarka nie skorzystała ze wspomnień. Czyżby nie chciało jej się łamać zaklęć? Kim jest źródło informacji o Severusie? A może Rita naprawdę uznała, że publikacja skradzionych wspomnień jest poniżej jej godności?
- Ta kobieta działa mi na nerwy – jęknął Gawain. – Nie moglibyśmy coś z nią zrobić?
- Wiesz, że nie złamała nigdy prawa – odparł Kingsley ponuro. – Poza tym zawsze znajdzie się inna, która będzie wkładać nos w nie swoje sprawy.

Hermiona nic nie odpowiedziała. W końcu przyrzekła, że nie zdradzi sekretu Rity, a dziennikarka jak na razie wywiązywała się wzorowo ze swojej części umowy.
- Co zamierzasz zrobić ze wspomnieniami? – głos Kingsleya wyrwał Hermionę z rozmyślań.
- Oddam mu – zdecydowała. – Już jest po wszystkim. Czas aby wróciły do właściciela.
- Dobra decyzja – pochwalił ją czarnoskóry czarodziej.
- Chwileczkę! – odezwał się Robards. – Na razie muszę cię poprosić o pozostawienie ich tutaj. Przebadamy dokładnie puszkę i może trafimy na jakiś ślad.
Hermiona zgodziła się, przecież Severusowi nie zrobi różnicy czy odzyska wspomnienia teraz, czy za miesiąc. Po czym spisała swoje zeznania i opuściła biuro Gawaina, odprowadzana wzrokiem osób znajdujących się w Ministerstwie magii.

***

Ginny łapczywie zjadała trzeciego rogalika ze stosu, który przynieśli Hermiona z Ronem.
- Nie wierzę! – oświadczyła zdumiona. – Naprawdę sam je piekłeś?
- Oczywiście – Ron wypiął pierś, cały promieniował dumą. – Hermiona siedziała w ministerstwie, więc zająłem się pieczeniem.
- Co tam jest? – spytał się Harry patrząc się w głąb rozgryzionego rogalika.
- Nutella, banany i pianki. Sam to wymyśliłem!
- Na Lwa Gryffindora, to najlepsza rzecz jaką w życiu jadłam! – oczy Ginny rozszerzyły się ze zdumienia. – Kto by pomyślał, że Ronuś będzie takim dobrym kucharzem!
- Ja nie – stwierdził George, który przyszedł do kuchni w celu nalania sobie piwa do kufla. – Patrząc na jego umiejętności w mieszaniu eliksirów wolałbym tego nie próbować.

Rozłoszczony Ron chwycił jabłko leżące na kredensie i rzucił nim w brata. Ten machnął różdżką i sprawił, że owoc otrzymał skrzydła, dzięki którym mógł latać po pomieszczeniu.
- Bawimy się w łapanie szarlotkowego znicza? – spytała się Angelina Johnson, patrząc na jabłko, które wywijało beczki pod sufitem.
- Świetny pomysł! – ucieszyła się Katie Bell. – Nie ma tu miejsca na miotły, ale możemy lewitować drugą osobę. Dobierzmy się w pary. Ten, kto pierwszy złapie znicza wygrywa!

Do kuchni zaczęło przychodzić co raz więcej osób. Harry zaprosił na swoje dziewiętnaste urodziny prawie całą Gwardię Dumbledore’a. Marietta z Cho Chang nie otrzymały zaproszenia z wiadomych przyczyn: pierwsza okazała się zdrajczynią, a o drugą była zazdrosna Ginny.
- Ty mnie unieś w powietrze, a ja będę łapał znicza – powiedział Ron do Hermiony, na co kiwnęła głową, że się zgadza.
- Ufff! – odetchnął z ulgą George i ostentacyjnie starł sobie nieistniejący pot z czoła. – Już się bałem, że to ja będę musiał ciebie lewitować!
- Co? Taki słaby jesteś w czarach? – odgryzł się Ron.
- Obawiam się, że po tym jak przytyłeś „wingardium lewiosa” nie będzie na ciebie działać!

Kuchnia rozbrzmiała stłumionymi chichotami. Ron poczerwieniał na twarzy i próbował rzucić „jęzlep” na George’a co ostatecznie mu się nie udało. Gdy wszystkie pary były gotowe do podjęcia walki, Jordan Lee stanął na krześle i ogłosił się sędzią oraz komentatorem.
- Uwaga! Do lewitacji… gotowi… czaruj! – zakomenderował.
W powietrzu błyskawicznie zaroiło się od latających osób. Ron zderzył się z Padmą Patil, Harry prawie schwytał jabłko, które ukryło się za plecami Angeliny Johnson. Hanna Abott starała się minąć Dennisa Creeveya i Deana Thomasa. Stworek zahaczył o wiszące garnki, które spadły z hukiem na podłogę.
- Przepraszam! – krzyknęła Luna Lovegood, która kierowała jego lotem.
Lee Jordan komentował z zapałem starcie:
- … mam nadzieję, że garnki nie ucierpiały, bo w czym będzie gotował Harry? Zawsze powtarzałem, że trzeba go dokarmić, bo jest taki mały i chudy. Podejrzewam, że Ron zjadał jego porcje…
- Nie przesadzaj! – ryknął rudzielec i odbił się nogami od ściany, aby polecieć w innym kierunku.
Hermiona, Ginny, Katie Bell, Seamus Finnigan, Neville Longbottom, Parvati Patil i Justyn Finch-Fletchley stali na ziemi z uniesionymi różdżkami. Utrzymywanie przyjaciół w górze zaczynało ich powoli męczyć.
- Hanna prawie złapała znicza! – kontynuował sprawozdanie Jordan. – Stworek w ostatnich chwili ją zablokował… Harry coś nie jesteś w formie! Zaprzepaściłeś trzecią szansę! Gdzie się podział ten słynny szukający z Gryffindoru?
- Przeszedł na emeryturę – powiedziała Ginny poprzez zaciśnięte zęby.

Na czole Hermiony pojawił się pot. Stojąca obok niej Katie Bell zaczęła opadać z sił. Krzyknęła „nie mogę dłużej” i upuściła różdżkę osuwając się jednocześnie na kolana. Angelina zaczęła spadać i niewątpliwie zaliczyłaby bolesne spotkanie z posadzką, gdyby nie George, który wykazał się niezłym refleksem i złapał ją w ostatniej chwili.
- Mój bohater! – krzyknęła uradowana dziewczyna.
- Bądź mą księżniczką! – poprosił szczerząc do niej zęby.
- Będę, o panie! – odpowiedziała, po czym została wyniesiona z kuchni przez swojego rycerza.
- Znicz został zapędzony w kozi róg! – entuzjazmował się Lee Jordan. – Wszyscy zawodnicy lecą w jego stronę! Kto go złapie?
Okazało się, że nikt. Jabłko otoczone ze wszystkich stron postanowiło popełnić samobójstwo i z głośnym plaśnięciem rozbiło się na ścianie.

Po udanej zabawie wszyscy udali się do salonu, gdzie zaczęto jeść, pić i rozmawiać.
- Dean, dowiedziałeś się czegoś o swoim ojcu? – spytała Hermiona.
- Niewiele – odrzekł chłopak. – Udało mi się napisać do kilku czarodziejów, którzy zajmowali się alchemią i dzięki temu doszedłem do osób, które go znały. Dowiedziałem się od pewnej czarownicy, że jego rodzina zniknęła rok przed moim urodzeniem, a on sam o wiele wcześniej. Nie wie niestety gdzie wyjechali – Dean westchnął, a Luna poklepała go po plecach. – Na razie niczego innego nie udało mi się ustalić w magicznym świecie, dlatego zacząłem węszyć wśród mugoli. Mama powiedziała, że zaczęła się spotykać z tatą pod koniec 1977 roku. Poznali się w pracy, ona dopiero zaczynała, on już tam był od jakiegoś czasu. Dość szybko przypadli sobie do gustu i po roku wzięli ślub. Gdy była w ciąży powiedział, że odchodzi. Potem nie widziała go nigdy więcej… - chłopak zasępił się. – Zacząłem szukać ich wspólnych znajomych oraz współpracowników. Dowiedziałem się tylko, że nikt go nie widział od roku 1980.
- To był ostatni rok Pierwszej Wojny Czarodziejów – powiedziała Hermiona. – Wtedy mnóstwo osób ginęło bez śladu. Jedni zostali zamordowani, inni uciekali za granicę i już tam zostali…
- Myślisz, że dopadł go Voldemort? – spytał się Harry.

Wszyscy zebrani w pokoju wzdrygnęli się na dźwięk tego imienia. Mimo, że od śmierci Voldemorta minął ponad rok nadal bano się go. Dlatego nadal w użyciu było określenie „Sami-Wiecie-Kto” lub „Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać”.
- Nie wiadomo, może wrócił do RPA? – zastanawiała się Hermiona.
- Był znanym alchemikiem, współpracował z Nicolasem Flamelem – dodał Dean.
- Nicolasa nie możemy się spytać, kopnął w kalendarz – stwierdził Ron.
- Nie wiemy ile miał eliksiru… - wtrącił Harry.
- Zmarł na pewno – oznajmił Justyn. – Mówił mi o tym Ernie Macmillan, jego rodzina była na pogrzebie, gdy byliśmy na drugim roku.

Zapadła cisza, wszyscy się zastanawiali nad sprawą ojca Deana. Przerwała ją dopiero Luna:
- Wiecie, może to było tak, że Voldemort chciał go wcielić w szeregi śmierciożerców. Przecież był świetnym alchemikiem, ktoś taki na pewno by im się przydał. Dean mówił, że zniknął o wiele wcześniej niż jego rodzina. Bardzo możliwe, że ukrywał się wtedy w mugolskim świecie. Tam poznał mamę Deana i ożenił się z nią. Jednak śmierciożercy go dopadli, dowiedzieli się o ślubie z mugolką i zabili – powiedziała.
- Mogło i tak być – stwierdził Dean. – To jednak nie wyjaśnia, czemu porzucił mamę i mnie.
- Oraz dlaczego jego rodzina zniknęła – dodała Parvati.
- Jest wiele niewiadomych. Myślę, że on porzucił was, ponieważ domyślał się, że śmierciożercy mogą was dopaść. Najpierw ukrył swoją rodzinę, a później do niej dołączył – powiedziała Hermiona.
- To nadal nie wyjaśnia, czemu się do nas nie odezwał – Dean był, co raz bardziej przybity.
- Wiesz co… napisz do Ernie Macmillana, może ma kontakt z kimś kto znał Nicolasa i twojego tatę. Kto wie… może czegoś się dowiesz od tej strony – poradził mu Justyn.

Atmosfera zagęściła się, ale nie na długo, ponieważ do salonu wpadł podchmielony George z Angeliną. Podgłośnił muzykę i zaczął tańczyć w dość dziki sposób.
- Mam dziewczynę! – krzyczał. – Angelina jest moją księżniczką!
- Gratulujemy! – odkrzyknęła Ginny i zaciągnęła Harry’ego do tańca.
Po chwili salon zapełnił się tańczącymi parami. Hermiona przytulała się do Rona podczas wolnej piosenki, a on szeptał jej do ucha miłe rzeczy. Czuła się kochana i szczęśliwa. Gdy wróciła do domu po wizycie z ministerstwa, opowiedziała mu wszystko, co zaszło. Ron od razu przytulił ją i zaczął pocieszać. Bardzo jej imponowało to, że zaczął się tak bardzo starać. Wiedziała, że ich miłość przetrwa wiele, skoro udaje im się pokonać wszystkie problemy.

Jako, że nie starczyło miejsca dla wszystkich w salonie, sporo osób przeniosło się z rozmowami do kuchni. Hermiona poszła po coś do picia, gdy usłyszała, że Katie Bell i bliźniaczki Patil rozmawiają o Cho Chang.
- … z tego, co słyszałam od wspólnych znajomych to zaczęła chodzić z jakimś mugolem!
- Z mugolem? – zainteresowała się Hermiona.
- Tak – potwierdziła Padma. – Ale nie powiedziała mu jeszcze, że jest czarownicą.
- Jak go poznała? – spytała się Katie.
- Marietta przedstawiła jej swojego kolegę.
- Ona się z kimś kumpluje? Z taką twarzą?
Dziewczyny złośliwie zachichotały. Żadna z nich nie wybaczyła, że Marietta wydała ich Umbridge.
- Już nie ma pryszczy, zostały jej blizny, które ukrywa pod makijażem – wyjaśniła Padma. – Słyszałam również, że nie mogła znaleźć pracy w naszym świecie. Informacje o niej rozniosły się i nikt nie chce mieć z nią do czynienia. Dlatego zrobiła jakiś kurs w mugolskim świecie i tam pracuje.
- Jako kto? – zdziwiła się Katie.
- Kosmetyczka, fryzjerka czy coś w tym stylu. Dość popularne u mugoli.
- Hmm – mruknęła Hermiona, która nadal miała lekkie wyrzuty sumienia przez to jak potraktowała koleżankę. – Co tam słychać u Alicji Spinnet? Słyszałam, że pracuje w departamencie…

Umilkła w połowie zdania, ponieważ usłyszała skrobanie. Podeszła do okna i wpuściła sowę, która trzymała w dziobie szkarłatną kopertę. Ptak rzucił ją pod nogi zaskoczonej Hermiony i uciekł jakby wiedział, co zaraz się stanie.
- O boże! – jęknęła czarownica czując, że zaczyna jej się robić słabo.
Nie zdążyła utopić koperty w soku dyniowym. Ta wybuchła, gdy tylko została dotknięta przez adresata. Grimmauld Place pod numerem 12 zadrżał od głosu Severusa Snape’a, który rozniósł się po wszystkich piętrach:
GRANGER! TY SKOŃCZONA IDIOTKO! MYŚLAŁEM, ŻE POTRAFISZ ZROBIĆ COŚ TAK PROSTEGO JAK UKRYCIE I ZABEZPIECZENIE WSPOMNIEŃ! TAKA KRETYNKA JAK RITA SKEETER POTRAFIŁA SIĘ DO NICH DOSTAĆ! MASZ TY MÓZG POD TĄ KUPĄ SIANA ZWANĄ WŁOSAMI!? KUPIŁAŚ GO NA WYPRZEDAŻY NA POKĄTNEJ!? MÓWIĄ, ŻE JESTEŚ NAJZDOLNIEJSZĄ CZAROWNICĄ MŁODEGO POKOLENIA! CHYBA NAJWIĘKSZĄ ZAKAŁĄ POKOLENIA! UWAŻAM, ŻE POWINNAŚ ROZWAŻYĆ POWTÓRZENIE HOGWARTU! CZEKAM NA CIEBIE I MASZ MIEĆ PRZY SOBIE WSPOMNIENIA!

Zaskoczone dziewczyny nie wyksztusiły z siebie nawet jednego słowa. Hermiona wpatrywała się tępo w płonącą kopertę. W holu dało się słyszeć odgłosy zbiegających po schodach osób. Ron wpadł do kuchni i przytulił drżącą z emocji Hermionę. Harry i Ginny podeszli do przyjaciół.
- Mam przejebane… - jęknęła żałośnie Hermiona.

Współczujący wzrok zgromadzonych osób dał jej do zrozumienia, że uważają tak samo.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 13 – Przed wywiadówką


Zocha stała przy krzakach rosnących obok boiska do quidditcha i wymiotowała jak kot. Patrycja trzymała w rękach miotły i patrzyła się ze współczuciem na przyjaciółkę. Opiekun sekcji klepał czarnulkę po plecach i dawał wykład.
- Mówiłem, prosiłem i ostrzegałem! Lecieć prosto, pół metra nad ziemią! – profesor Zduński był zły. – Czemu mugolaki myślą, że jak tylko wsiądą pierwszy raz na miotłę to już potrafią latać jak zawodowcy?

Patrycja wiedziała, ale nic nie powiedziała, aby nie pogorszyć sytuacji Zochy. Gdy szły na pierwsze zajęcia latania, obydwie chełpiły się, że będą jak Harry i od razu zaczną śmigać na miotle. Wyobrażały sobie, że nauczyciel padnie z wrażenia na kolana i od razu zaproponuje im miejsce w drużynie. Życie szybko jednak pokazało, że jest duża różnica między prawdą i fikcją. Wzniesienie się na miotle na tyle, aby nie dotykać stopami ziemi było trudne. Zocha, która lubiła robić wszystko po swojemu, od razu wzbiła się wysoko w powietrze. W ciągu kilku sekund straciła panowanie nad miotłą i ta próbowała ją zrzucić wierzgając dziko i robiąc pętle. Dziewczynka trzymała się jej kurczowo, a pan Zduński próbował ją złapać. Gdy Zocha została uratowana, puściła się pędem w najbliższe krzaki i wyrzuciła z siebie obiad.
- Latanie na miotle wymaga wielu miesięcy ćwiczeń! Nawet czarodzieje nie potrafią od razu latać, to jest niemożliwe! – pieklił się nauczyciel. – Średnio po roku praktyki można zacząć ćwiczyć grę w quidditcha!
- Ja…. nie… chcę… latać… - wyrzuciła z siebie Zocha. – Nigdy więcej nie wsiądę na miotłę!
- Nie przesadzaj, jeszcze nie raz polecisz – Amelia przyszła obejrzeć lekcję, ale nie brała w niej udziału.
- Ami! Zwolniło się miejsce! – Zocha wytarła usta.
- I co z tego? – spytała się zaskoczona dziewczynka.
- A to, że zajmujesz moje miejsce! – oznajmiła czarnulka. – Pyśka, daj mi miotłę! – wyrwała ją zaskoczonej koleżance i wręczyła Amelii.
- Ale… mama mi nie pozwoliła…
- Masz, nie pierdol!
- Słownictwo!!! – ryknął profesor patrząc się groźnie na Zochę.
- Sorry! – krzyknęła dziewczynka. – W głowie mi się poprzestawiało od tych pętli!
- Znikaj zanim wlepię ci karę! – nauczyciel zagroził uczennicy, po czym zwrócił się do Amelii. – Bierz przykład z siostry i stawaj na linii!
- To nie moja siostra… - Amelia wymruczała pod nosem. – Mama twierdzi, że latanie na miotle nie przystoi damie.

Profesor Zduński wyglądał jakby wszystkie plagi świata zwaliły mu się na głowę. Z klaśnięciem przyłożył ręce do twarzy i przejechał nimi po przerzedzonych włosach.
- Właśnie dlatego łysieję – jęknął. – Gdy słyszę takie głupoty to włosy mi czwórkami z czaszki wyłażą…
- A nie mógłby pan ich przymocować jakimś zaklęciem, aby zostały na miejscu? – spytała się zaciekawiona Zocha.
Nauczyciel spojrzał na nią jakby była małym, obślizgłym robakiem, ale nie odpowiedział na to pytanie.
- To prawda, damy nie latają na miotłach! – oznajmiła Telimena unosząc wysoko podbródek. – Suknia się pomnie, stopy brzydko dyndają, a fe!

Patrycja wiedziała, że przewodnicząca klasy I c tylko czekała, aby się wtrącić. Ostentacyjnie okazywała pogardę do latania już wcześniej, a gdy zobaczyła, że dziewczyny idą na lekcję niby przypadkiem znalazła się w okolicy boiska do quidditcha.
- Zamknij się, bo cię obrzygam! – warknęła Zocha i zaczęła udawać, że zbiera jej się na mdłości.
Telimena pisnęła cicho i oddaliła się szybkim krokiem, ponieważ miała świadomość, że czarnowłosa koleżanka ma tendencję do spełniania swoich gróźb mimo wysokiego ryzyka kary. Będąc w bezpiecznej odległości krzyknęła tylko: „Amelio, powiem twojemu bratu, co robisz!”. Patrycja popatrzyła się na swoją niby-bliźniaczkę. Oczy Ami pociemniały z gniewu, usta zmieniły się w cienką linię i widocznie podejmowała jakąś decyzję.
- Idziecie latać? – spytał się niecierpliwym tonem nauczyciel. – Cała grupa tylko na was czeka!
- Dobra, latam! – oznajmiła Amelia, po czym ustawiła się razem z Pyśką w szeregu.

***

Angelique spojrzała na zegar wiszący w klasie mugoloznastwa i stwierdziła, że ma jeszcze godzinę do czasu rozpoczęcia wywiadówki. Nie była ani wychowawczynią, ani rodzicem jednak umówiła się ze swoją matką, że pójdzie za nią, aby wysłuchać, co Miłosz ma do powiedzenia. Uważała, że to trochę bez sensu, w końcu nie raz wypytywała się o Amelię, ale Małgorzata uparła się i nie chciała odpuścić. Wprawdzie Angelique i tak musiała zostać w zamku na wszelki wypadek, na przykład gdyby mugolscy rodzice mieli jakiekolwiek problemy, ale mogła poświecić ten czas na coś innego niż pokazywanie innym, że rodzina interesuje się jej siostrą. Sytuacja była tym bardziej denerwująca z tego powodu, że na wywiadówce Konrada nikt nie zamierzał się pojawić. Angela westchnęła głęboko i wróciła do sprawdzania kartkówek.

„Dlaczego współcześni mugole nie mogą obejść się bez internetu?” – niby proste pytanie, ale odpowiedzi były interesujące. „Bo jest fajny i można grać w gry, w których zabija się wszystkich, których się nie lubi”, „używają go do ściągania i piracenia, prawie jak piraci na morzu tylko teraz w domu”, „dzięki niemu mogą kontaktować się z rodziną i znajomymi, ale ja uważam, że to bez sensu, ponieważ lepiej polecieć do nich przy pomocy proszku Fiuu” oraz wygrywające w prywatnym rankingu nauczycielki „nie wiem”. Przy niektórych stwierdzeniach Angela miała ochotę przywalić głową w biurko. Większość uczniów była ogarnięta i pamiętała, co mówiła na lekcjach, ale zawsze zdarzały się osobniki, które wolały robić wszystko byleby nie słuchać.

Drzwi do klasy otworzyły się gwałtownie i weszła przez nie czarownica w średnim wieku. Angela podniosła głowę znad biurka i uniosła brwi ze zdziwienia.
- Nie garb się! – warknęła Małgorzata Ratine. – Siedzisz przy tym biurku jak jakaś pokraka.
- Tak, też się cieszę, że ciebie widzę mamo – odparła Angela grobowym tonem. – Drzwi się zamyka, wiesz? To po pierwsze, po drugie: czemu tu jesteś? Miałaś być dzisiaj zajęta…
Starsza z czarownic niedbale machnęła bogato zdobioną różdżką. Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Angela nic nie powiedziała patrząc jak jej matka wyczarowuje sobie barokowy fotel i siada na nim.
- Zmieniłam plany! – zaświergotała jakby takie rzeczy mogły się zdarzyć każdemu. – Ja pójdę na wywiadówkę do Amelii, a ty do Konrada.

Angela popatrzyła się na nią spode łba i zacisnęła usta w wąską kreskę, aby nie dać ujścia przekleństwom, które cisnęły się jej na język. To była cała jej matka: miała totalnie gdzieś, że córka ma 27 lat na karku, nie mieszka w domu od dawna i wszystko, co robi jest jej dobrą wolą, a nie przymusem. Ich spotkania zamieniały się prędzej czy później w kłótnię. Odkąd Angela weszła w wiek nastoletni nie mogła dogadać się z matką. Małgorzata była bardzo ambitna i uważała, że skoro odniosła sukces to jej dzieci muszą to powtórzyć. Przez to nie wybaczyła Angelique, że ta nie poszła na studia artystyczne do Paryża tak jak chciała. Zawód nauczyciela był dla niej za mało prestiżowy. Dodatkowo miała za złe córce, że jest starą panną i odrzuciła wszystkie korzystne oferty matrymonialne pochodzące od liczących się rodzin arystokratów.
- Miło by było gdybyś mnie o tym fakcie poinformowała za pomocą gołębia… wczoraj na przykład – skrzywiła się Angela.
- Jak śmiałaś pozwolić, aby Amelia latała na miotle jak jakiś zakichana czarownica z mugolskich bajek dla dzieci!? – wyrzuciła z siebie Małgorzata.
- A co? Miałam ją z niej zrzucić? – zadrwiła młodsza z kobiet. – Nie wiedziałam, że poszła na kurs, prowadziłam wtedy lekcję z drugą liceum.
- Siostra powinna być dla ciebie ważniejsza! – matka wycelowała oskarżycielsko palec w pierś córki. – Zrozumiałabym gdyby twoja praca była zajmująca, w co szczerze mówiąc wątpię. Tylko klepiesz te swoje wyuczone formułki. Taka rzecz jak przypilnowanie, aby młodsze rodzeństwo wyrosło na porządnych ludzi powinno być twoim priorytetem…
- Moja praca jest ważna – wycedziła Angela powtarzając sobie w duchu, że zamordowanie własnej matki nie będzie dobrze wyglądać w jej CV po wyjściu z Nurmengardu. – Przesadzasz, latanie na miotle nie jest czymś złym. Koleżanki z jej klasy także…
- To nie jest coś, co robią damy! – przerwała jej Małgorzata. – Taniec, haftowanie czy malarstwo to są rzeczy, które przydadzą się jej w życiu! Latając na miotle garbisz się, popatrz na siebie! Pierre ci pozwolił latać i wyglądasz jakby cię pogięło! Gdyby nie moje koneksje nie dostałabyś ani jednej oferty matrymonialnej!
- Czy ty nie możesz zrozumieć, że mam gdzieś koneksje, arystokrację i tego, co o mnie mówią inni? – Angela cedziła słowa czując, co raz większą złość. -  Robię, co kocham i dobrze mi z tym! Poza tym nie graj wielkiej damy skoro wszyscy wiedzą, że twoi dziadkowie to wiejscy mugole!
- Jak śmiesz! – Małgorzata zaczerwieniła się z gniewu. – Jestem bardziej podobna do rodziny od strony ojca, a oni byli czarodziejami od pokoleń! Ty odziedziczyłaś wszystko po mugolach ze strony mojej matki!

Angelique gryzła język do krwi powtarzając sobie w duchu: „jestem oazą spokoju. Zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jebanego jeziora. Jestem wręcz jak wagon pełen pierdolonych medytujących tybetańskich mnichów”. Nikt nie działał jej na nerwy tak jak Małgorzata. Wiedziała, że jak obydwie wybuchną to w powietrzu zaroi się od klątw. Podczas ostatniej kłótni kompletnie zdewastowały kuchnię w Sarnach Mniejszych, dlatego Angela starała się nie odzywać, aby klasa mugoloznastwa nie ucierpiała. Ostatnio otrzymała od dyrekcji wymarzoną zmywarkę i nie chciała jej zniszczyć.
- Skończyłaś już? – wymamrotała gniewnie. – Jak tak to idź na wywiadówkę, ja skończę kartkówki i wieczorem wyślę ci gołębia z wynikami Konrada!
- Konrad nigdy mnie…
- Tak wiem! – Angela błyskawicznie przerwała matce. – Konrad jest cudowny i wspaniały, a ja jestem najgorszą zakałą rodu!
- Nigdy tak nie powiedziałam – stwierdziła z wrednym uśmieszkiem Małgorzata. – Ale Konrad…
- Idź stąd mamo, naprawdę, idź już… - blondwłosa czarownica złapała rodzicielkę za ramię i zaprowadziła do wyjścia z klasy.
- Jaka ty jesteś obrażalska, nic ci nie można powie… - zaczęła się skarżyć Małgorzata, ale koniec jej zdania został zagłuszony przez głośny trzask drzwi.

Kartkówki czekały na biurku, ale Angelique była za bardzo zdenerwowana, aby dalej je sprawdzać. Popatrzyła na zegar, który pokazywał, że za piętnaście minut rozpoczną się w całym zamku wywiadówki. Czarownica zaczęła krążyć po klasie w celu ukojenia nerwów. Zawsze to tak się kończy… ona jest zadowolona z życia, a ja muszę odchorować… poniża mnie, a ja nie mogę odpowiedzieć, ponieważ od razu się obraża… Zawsze też mi wypomni, że nie jestem jak Konrad… Angela stanęła i popatrzyła się przez okno. Tak się złożyło, że ona z Konradem odziedziczyli wygląd po ojcu, a Amelia po matce. Za to charakter matki dostał brat: był cholernie ambitny, zawsze miał czerwony pasek na świadectwie, liczyły się dla niego znajomości oraz moda. Angelique nie mogła poszczycić się zbyt wysokimi ocenami, tylko z mugoloznastwa zawsze miała szóstki. W gimnazjum zaczęła przyjaźnić się z mugolakami, co denerwowało Małgorzatę. Później było jeszcze gorzej, jako nastolatka mocno się buntowała, objawiało się to głównie wypadami do mugolskiego świata i kupowaniem tam ubrań. Wszystko, co było nie magiczne znajdowało uznanie w oczach Angelique i doprowadzało do szewskiej pasji jej matkę.

Amelia na razie uczyła się dobrze i nie buntowała się za bardzo. Małgorzata początkowo była zadowolona z tego, że jej młodsza córka utrzymuje kontakty z Telimeną i Paulem, ale mocno ją niepokoiły mugolaczki. Zwłaszcza Patrycja, o której tyle słyszała od innych. Angela podejrzewała, że taki był cel dzisiejszej wizyty matki na wywiadówce: poznanie pana Grzegorza i sprawdzenie czy nie są spokrewnieni…
Zegar tykał przypominając o upływającym czasie. Angelique już się uspokoiła, wyciągnęła różdżkę i posłała kartkówki do biurka. Popatrzyła się na fotel wyczarowany przez Małgorzatę.
- Incendio!

Mebel zaczął gwałtownie płonąć, Angela różdżką podsycała i formowała płomienie w różne kształty. W ciągu minuty było już po wszystkim. Czarownica w ciągu kilku chwil sprzątnęła popiół, otworzyła okno, aby przewietrzyć pomieszczenie i wyszła z klasy w o wiele lepszym humorze.

***

Pan Grzegorz zorientował się, że posiadanie córki czarownicy zmieniło go. Przyczyną było zaskoczenie, gdy otrzymał list z zawiadomieniem o wywiadówce. Po pierwsze: nie wyobrażał sobie, że coś takiego odbywa się w magicznej szkole. Przecież w serii o Harrym Potterze rodzice nie chodzili na wywiadówki, właściwie prawie w ogóle nie kontaktowali się ze swoimi dziećmi. Po drugie: list przybył za pomocą mugolskiej poczty, a nie gołębia. Na co dzień Patrycja wysyłała do niego wiadomości w typowy dla czarodziejów sposób.

Jego mina, gdy czytał list zwróciła uwagę pani Jadwigi.
- Patrycja coś przeskrobała? – spytała się podejrzliwie.
- Czemu miałaby coś przeskrobać? – zdziwił się pan Grzegorz.
- Ma pan minę jakby ducha zobaczył…
- Wywiadówka będzie za tydzień – oznajmił niepewnie.
Zaczął się zastanawiać jak ma dotrzeć do szkoły. Jako mugol nie widział wejścia na ulicę Ustronną, więc nie mógł skorzystać z magicznego środka transportu.
- Wypadło coś panu! – oznajmiła pani Jadwiga i schyliła się po kartonik, który musiał wyśliznąć się z koperty.

Ojciec Patrycji w jednej sekundzie oblał się zimnym potem i rzucił się na podłogę zwalając gosposię z nóg. Odetchnął z ulgą, gdy poczuł pod palcami wizytówkę. Szybki rzut oka wystarczył, aby upewnić się, ze dobrze zrobił. Zauważył na nim słowa takie jak „świstoklik”, „mugolskim”, „zamkiem” i „uważać”.
- Co w pana wstąpiło? – piekliła się pani Jadwiga wstając z podłogi.
- Przepraszam! – wydyszał. - Ja nie chciałem…
- Tak, tak! Niech pan nic mi nie mówi! Ja wiem, że wy wszyscy macie jakieś sekrety przede mną! Nie jestem taka głupia, aby niczego nie zauważyć! – wypaliła starsza kobieta.

Pan Grzegorz patrzył się na nią ze strachem i nie wiedział, co na to powiedzieć. Co będzie, jeśli pani Jadwiga domyśliła się prawdy?
- Na co się tak pan gapi!? – warknęła gosposia. – Mimo, że jestem stara to mam swój rozum! Wysyła pan Patrycję do jakiejś dziwnej szkoły. Niby dla zdolnych dzieciaków, ale ja w to nie wierzę! Przecież ona nigdy orłem nie była! Leniwa, rozkapryszona…
- Eeee… bo… bo ja pomyślałem, że tam ją przycisną do nauki… - wydukał zestresowany pan Grzegorz. – Będzie miała lepsze oceny, dobrze napisze test gimnazjalny i…
- Tak daleko od domu? Z dala od rodziny i znajomych? – pani Jadwiga drążyła dalej. – Miała chodzić do szkoły w Lublinie. Po co ją było wysyłać tak daleko? Internat! Taż mi coś! – łypnęła złowrogo na swojego pracodawcę.
- Żeby… żeby ją odciąć… od złego towarzystwa… może się poprawi, znajdzie takich przyjaciół, co lubią naukę… - wyartykułował z trudem ojciec Patrycji.
- Niech mi pan kitu nie wciska! Ja tam swoje wiem! – pani Jadwiga machnęła lekceważąco ręką i poszła do kuchni przygotować obiad.

Zestresowany pan Grzegorz stał przez chwilę w salonie. Gdy się upewnił, że gosposia nie będzie pytać się o nic więcej skierował swoje kroki do gabinetu. Starannie zamknął drzwi na klucz i wyjął wizytówkę.

Świstoklik
Służący mugolskim rodzicom do podróży między miejscem zamieszkania, a zamkiem Durentius.
Właściciel: Grzegorz Michalski.
Najbliższa aktywacja: środa, 21 października 2015, godzina 18.43
(trzymać w ręce od godz. 18.40, uważać, aby nie zgubić i nie pokazywać osobom niepowołanym)

Ojciec Patrycji od razu miał lepszy humor. Problem rozwiązał się sam! Wystarczyło tylko pojechać w ustronne miejsce i skorzystać ze świstoklika. Co postanowił, tak uczynił. W środę o godzinie 18.41 stał samotnie w zamkniętym na klucz pokoju hotelowym i z wywieszoną na klamce zawieszką „nie przeszkadzać”. Pan Grzegorz przejrzał się ostatni raz w lustrze by sprawdzić czy prezentuje się wystarczająco elegancko. Nie miał zamiaru udawać czarodzieja, ale nie chciał też paradować w garniturze. Dlatego założył swoje najlepsze jeansy, koszulę i marynarkę.
- Dobra, Grzesiu, show must go on! – mruknął do swojego odbicia i ścisnął mocniej wizytówkę, która zaświeciła się na błękitno.

Uderzył stopami w kamienne płyty ułożone na wewnętrznym dziedzińcu szkoły. Gdy podniósł wzrok zauważył, że jest we wnętrzu okręgu narysowanego kredą.
- Pan się odsunie, bo zaraz zwalą się panu na głowę państwo Nieprawscy – usłyszał za plecami głos, który musiał należeć do kogoś bardzo młodego. – Przylatują świstoklikiem o 18.46.
Grzegorz Michalski posłusznie wycofał się z pola rażenia. Zobaczył, że właścicielem głosu jest uczeń szkoły, który mógł mieć maksymalnie siedemnaście lat. W rękach trzymał podkładkę i długopis.
- Poproszę świstoklik… tak… pan Michalski, ojciec Patrycji, klasa I c… tu podpisać… dziękuję – mruczał pod nosem. – Klasa numer 121, tamto wejście – wskazał niedbałym ruchem głowy.

Pan Grzegorz już miał się udać na poszukiwanie sali, gdy usłyszał głośne „taaaatoooo”. Odwrócił się i zobaczył biegnącą ku niemu Patrycję z Zochą. Dziewczynka rzuciła mu się w ramiona.
- Już jesteś! Zaprowadzimy cię do naszej klasy!
- Dobry panu! – krzyknęła z entuzjazmem Zocha.
- Cześć dziewczynki! – mężczyzna ucieszył się, ale zaraz spoważniał. - Nie powinnyście być o tej porze w internacie?
- Pani Ilona nas wypuściła, powiedziała, że dzisiaj można trochę nagiąć zasady, aby zobaczyć się z rodzicami – oznajmiła uradowana Patrycja. – Chodź szybko! Musisz zobaczyć zamek w środku!

Co było dalej pan Grzegorz pamiętał jak przez mgłę. Dziewczynki prowadziły go przez niezliczone ilości korytarzy paplając ile się tylko dało. Gdzie się nie rozejrzał widział ruszające się obrazy, różne dziwne stworzenia oraz zabawnie ubierających się ludzi. Czuł się jakby trafił na plan filmowy Harry’ego Pottera tyle, że to działo się w rzeczywistości. W końcu, jak mu się zdawało, po długim czasie (a minęło ledwo 7 minut) doszli do klasy numer 121, gdzie zobaczyli podniecony tłum rodziców. Pan Michalski skierował swoje kroki w stronę najbliżej stojącej, wolnej ławki i udałoby mu się to zrobić niepostrzeżenie gdyby nie głośny okrzyk:
- Na koguta Twardowskiego! Ona jest identyczna jak moja Amelia!

Wszystkie pary oczu skierowały się w stronę Michalskich i Zochy. Pan Grzegorz za to patrzył się na krótkowłosą kobietę w wymyślnej sukni, która dyszała ciężko i trzymała rękę w okolicy serca.