niedziela, 6 grudnia 2015

Mikołajki!

Hejka!

Z tej strony Szczęśliwa Trzynastka, autorka tych jakże błyskotliwych, cudownych i genialnych powieści :D

Jakiś czas temu zgadałyśmy się z Lamią i zrobiłyśmy małą akcję pt.: "Severus Snape DIY" :)
Tak więc powstał Lamiowy Snape z masy solnej (pod spodem link na bloga):


Dalej sprawa wyrwała się spod kontroli bo zaczęłyśmy marzyć o orgii z Severusem w roli głównej. Kobiety takie są... zwłaszcza mężatki, rozumiecie. Stąd popularność Christiana Greya (czytałam ale to gniot jakich mało -.-').

Więc przyszła pora na mojego Severusa. Taaadaaaam (fanfary):

Mąż nazwał to wielkie dzieło "Severus z jebiołkami" bo można sobie wyobrazić co za chwilę tam się będzie działo.Nie mogłam się w rysowaniu rozpędzić bo nigdy nie wiadomo kto wchodzi na bloga :(. 

A tak poza tym, życzę wesołego dnia Świętego Mikołaja! Byliście grzeczni? Dostaliście prezent?

Pozdrawiam :D

sobota, 5 grudnia 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 6 – Nikt nie spodziewa się Lorda Voldemorta!



[OSTRZEŻENIE DLA CZYTAJĄCYCH: TEKST I RYSUNKI SĄ SPECYFICZNE. CZYTANIE GROZI SILNĄ VOLDEROZĄ]



To ja, Voldemort!

Wiem, że tego się nie spodziewaliście! Glizdogon się nie wylogował, gdy biegł na złamanie karku tam gdzie król chodzi piechotą. Chwilowo ma małe problemy po tym jak zjadł krewetki z grilla na ostro. Chyba nie powinienem dorzucać mu ukradkiem sproszkowanego wyciągu ze skunksa…

A nie! Ja nie żałuję! Jestem mistrzem zła, ha ha ha! ]:D Ja niczego nigdy nie żałuję! Mroczny ja!

(No może troszeczkę żałuję, że mamusia dłużej nie pożyła… chlip!)

Tak sobie czytam te wypociny Glizdka. Nie dość, że mnie obgaduje to jeszcze obraża! Co to znaczy, że jestem sadystą i mam skłonności do psychopatii? Wcale tak nie jest! Ja tylko torturuję i zabijam wszystkich na swojej drodze! To się nazywa „dążenie po trupach do celu”, przecież każdy polityk tak robi! Dużo uczę się od Hitlera i Putina! A Nagini wcale nie jest żadną „syczącą parówą” tylko moim Słoneczkiem, Misiaczkiem, Pysiuńkiem i Skarbątkiem! 

Madame Malkin odpuszczę bo te rajstopki co mi ostatnio przesłała są BOSKIE! A jak można na nich jeździć po posadzce! Łiiiiiiiiiiiiiiiii! Może jak mi nie wyjdzie z podbojem świata to zajmę się zawodowo łyżwiarstwem figurowym? Zobaczcie jaki to piękny i dostojny sport, tak właśnie będę wyglądał:



Ma się ten talent do painta, nie?

(Spróbujcie powiedzieć, że nie to rzucę taką klątwę, że spali się wam internet!)

I jak to nie chce wychowywać moich przyszłych dzieciątek!? Będą tak samo cudowne i wspaniałej jak JA! Śliczne po mamusi <3 Zaraz zemszczę się na Glizdogonie za to wszystko co o mnie napisał i o mojej ukochanej Nagini! Kara będzie straszna! Niepowtarzalna! Okrutna! Nieunikniona! Nie pozbiera się… serio… będzie cierpiał przez całe wieki :DDDDDDD Patrzcie i podziwiajcie:



Niezły jestem co?
BUAHAHA!

Teraz kilka ogłoszeń:

Anna69, NIE PRZESYŁAJ ZDJĘĆ SWOICH CYCKÓW CHORA BABO! Jeszcze Glizdogon na ciebie poleci i się wyprowadzi a wtedy kto mi będzie opróżniał nocnik? Myślisz, że to łatwo mieć takie krótkie rączki? Wiesz jak trudno wytrzeć sobie pupcię!? Na dodatek nikt mi nie sprzeda mokrych chusteczek w sklepie tylko od razu oddadzą mnie do adopcji! A jak trafię na tych co religijnie pozbywają się napletków? JEŻUNIU! UTNĄ MI WACUSIA! AAAAAAA!!! :((((

Jeszcze jedno zdjęcie, a walnę cię Avadą! Ostrzegam! Trzymaj łapy przy sobie - Glizduś jest mój!

P.s. – tak naprawdę to popieszczę go za pomocą crucia :DDDDD
P.s. 2 – jeśli ktoś chce ze mną pogadać to znajdziecie mnie na czacie o tematyce „Przyszli tyrani i mordercy”, będę miał nick: VolderoDominator :D
Ps. 3 – lubicie My Little Pony? Jestem ich wielkim fanem! Czasem się przebieram za jednorożca (słodko wtedy wyglądam, nie?):



Jest tu ktoś kto też lubi się pobawić w kucyki? Ktokolwiek…? Ech… człowiek wyjawi swój mały sekret i już się go wszyscy boją… Kończę już bo słyszę, że Glizdogon wygramolił się z wygódki ]:>

Pa,

Wasz Volduś <3

czwartek, 3 grudnia 2015

Polska Szkoła Magii i Czarodziejstwa: Rozdział 6 – Zakupy w Magowie


Czarny mercedes minął tabliczkę oznajmującą koniec Warszawy. Za kierownicą siedziała Angelique, która uparła się, że skoro przywiozła Michalskich do stolicy to teraz ich odwiezie. Patrycja spała na tylnym siedzeniu zmęczona przeżytymi wydarzeniami, otoczona przez magiczne przedmioty i książki. Pan Grzegorz odprężył się w swoim fotelu i zaczął myśleć o tym co się dzisiaj wydarzyło. Musiał przyznać sam przed sobą, że spodobał mu się magiczny świat. Podczas pobytu w Magowie obserwował czarodziei i czarodziejki gdy się śpieszyli z pracy do domu, jak sprzątali obejście kamienic przy pomocy różdżek, robili zakupy w sklepie spożywczym który prawie w ogóle nie przypominał żadnego znanego mu sklepu czy jedli 6 kulek nietopiących się lodów które były ułożone jedna na drugiej tak jak w kreskówkach i wcale nie spadały. Zaczął się zastanawiać jak wygląda codzienne życie magicznych osób. Jakie zabawy mają ich dzieci (widział dziewczynkę z hula-hop która zaczęła lewitować nad ziemią podczas kręcenia obręczą), czy mają telewizję (w kawiarni w której byli na pewno grało radio), co robią po pracy, jakie mają rozrywki, czy mają w domu znane mu sprzęty typu telewizor, odkurzacz albo kuchenka czy są całkowicie zacofani? Wiedział, że mają łazienki bo korzystali z nich w międzyczasie ale podejrzewał, że niektóre kamienice mogły mieć wychodki na podwórku.

Wiele rzeczy zaskoczyło pana Grzegorza: najpierw gobliny w banku. Na początku nie mógł uwierzyć własnym oczom gdy zobaczył te małe kreatury. Wymieniły mu bez problemu pieniądze po bardzo dziwnym kursie („1 galeon za 50,16 zł”), zaś wygląd monet wprawił mężczyznę w zdumienie. Angela mówiła, że są ze złota ale gdy trzymał je w ręce były bardzo lekkie. Następnie poszli do Ministerstwa Magii, a konkretnie do Departamentu ds. Osób Magicznych gdzie trzeba było zarejestrować Patrycję jako czarownicę mającą chodzić do szkoły dla czarodziei (Pan Grzegorz uległ po długich prośbach i pokazie teatralnym pt.: „cierpiąca córka” co objawiło się padnięciem na kolana na ulicy, wyciągnięciem rąk ku niebiosom i jęczeniu przy akompaniamencie wybuchu śmiechu przechodniów). Budynek był wysoki jak wieżowiec jednak bardziej przypominał z wyglądu starą, bogato zdobioną kamienicę. Przy wejściu stał odźwierny w stroju który skojarzył się ojcu Patrycji z tym w co był ubrany gubernator w „Piratach z Karaibów”. Zastanawiał się jakim cudem ten człowiek nie padnie na udar mając na sobie frak, kamizelkę, koszulę i kapelusz z pawim piórem. Po przejściu krótkiego korytarza znaleźli się w wielkiej sali, w której należało podejść do jednego z wielu okienek. Czarownice i czarodzieje stawali w kolejce i czekali aby wyjaśnić informatorom z czym przyszli a tamci instruowali ich gdzie się udać. Angela ominęła kolejkę i zaprowadziła ich prosto do urzędniczki – starej czarownicy, która nie była zbyt zachwycona, że przerywają jej czas popołudniowej kawki i ploteczek z koleżankami z sąsiednich biurek. Blondynka przypomniała, że byli umówieni i im szybciej wyda im formularze tym szybciej wróci do swoich przerwanych czynności.
- To chyba najbardziej leniwa urzędniczka jaką mają – stwierdziła Angela krzywiąc się gdy wychodzili z budynku. – Zawsze robi problemy, za każdym razem gdy przychodzę z mugolskimi dziećmi. Panu Ziemowitowi też dała popalić. Siedzi na tym stanowisku ponad 20 lat i nie da się jej ruszyć bo jej rodzina daje ogromne pieniądze na rzecz ministerstwa…

Kolejną rzeczą która bardzo zaskoczyła pana Grzegorza był…
- Kościół! – wykrzyknął pan Michalski stając w miejscu. – Wy macie kościoły?
Był bardzo zdziwiony, odkąd pogodził się z myślą, że Patrycja jest czarownicą spodziewał się wiele ale na pewno nie tego. Jakoś obiekt sakralny nie pasował mu do magicznego świata.
- Magia i chrześcijaństwo chyba się wykluczają? – spytał niepewnie. – Machacie kijkami, gobliny szastają złotem, sprawiacie że wszystko lata… Nie składacie przypadkiem ofiar z kotów? A może robicie eliksiry z żywych ropuch?
- Ha, ha, ale jest pan zabawny panie Grzegorzu! Kto by składał koty w ofierze? Wyjaśnijmy sobie od razu jedno: nie jesteśmy satanistami, nie mamy z nimi nic wspólnego. Większość z nas to chrześcijanie, jeśli się pan zgodzi Patrycja będzie uczęszczać na zajęcia z religii.
- W Harrym Potterze nie było kościołów – jęknęła dziewczynka niezbyt zadowolona z takiej perspektywy. 
Pani Jadwiga kazała jej chodzić w niedzielę na mszę jednak nastolatka wolała w tym czasie gadać na fejsie z koleżankami niż słuchać nudnego ględzenia księdza. Sama nie czuła takiej potrzeby i jej koleżanki również migały się od tego obowiązku.
- Patrycjo, podejrzewam, że pani Rowling nie chciała opisywać wszystkiego w swoich książkach. Myślę, że nie było potrzebne aby Harry, Ron i Hermiona lecieli co niedzielę do kaplicy szkolnej. Poza tym mają tam większe zróżnicowanie religijne…
- Ale jak wy to łączycie? – spytał się pan Grzegorz. – Przecież magia w kościele jest zakazana!

Angelique westchnęła, nie lubiła gdy rozmowa schodziła na te tematy. Jednakże nie dało się ich uniknąć, większość mugolskich rodzin miała wątpliwości na tym polu nawet jeśli nie były bardzo religijne. Mało kto nie słyszał, że czary i magia to dzieło szatana a osoby, które je uprawiają będą smażyć się w piekle. Angela miała przygotowaną odpowiedź na tą okoliczność. Starała się by była jak najbardziej prosta w odbiorze i nie wskazywała jedynego słusznego światopoglądu.
- Powiem to tylko raz ponieważ nie mamy czasu na rozważania religijne – zaczęła ostrożnie pilnując by nie przeciągnąć struny gdyby nagle w panu Grzegorzu obudziły się bardzo silne uczucia do Boga. – Czarodzieje mają swój odłam chrześcijaństwa, w Biblii jest napisane, że nie wolno zajmować się magią daną od szatana i innych sił nieczystych. Nasi księża uważają jednak, że moc nam dana to talent, my się nie odwołujemy czarując do czegoś złego lub dobrego, do jakiejś nadludzkiej istoty. Magia jest w nas od urodzenia i tylko my decydujemy co z nią zrobić, po to się uczymy w szkole aby nad nią zapanować oraz rozróżnić co jest dobre a co złe.
- Ale przecież magię można użyć do strasznych rzeczy! – Pan Grzegorz przypomniał sobie wszystkie filmy o voodoo.
- Tak samo jak może pan użyć noża do zabicia kogoś, internetu by kogoś upokorzyć lub prześladować, filozofii i wojska by wybić Żydów w Europie…
- Ale…
- Obiecuję panu, że nikt nie nauczy Patrycji złych rzeczy. W szkole nacisk kładziemy na rozwijanie talentu i samodyscyplinę. Zapewniam, że na całą społeczność czarodziejów trafia się naprawdę niewielu złych ludzi. Tak samo jest u mugoli. Zawsze jest pewien margines…
Pan Michalski pokręcił z głową z niedowierzaniem mrucząc coś o czystym wariactwie i poszedł za Angelique. Patrycja kicała wokół nich cała w skowronkach. Taka rzecz jak chodzenie do kościoła nie zdołała zepsuć jej humoru. Widocznie była to mała cena za możliwość uczenia się magii z podobnymi do siebie dzieciakami.

Następnym przystankiem na drodze była przymiarka do szat szkolnych Patrycji. Pan Grzegorz tak przywykł do magii, że przestał się zastanawiać jakim cudem te wszystkie miarki, nożyczki, szpilki i inne przedmioty potrzebne do szycia latają same. Stwierdził, że tak tutaj już jest. Pomocniczka krawcowej spisała wymiary dziewczynki oraz adres pod który miały być dostarczone szaty w przeciągu dwóch tygodni. Potem poszli kolejno do sklepów kupując: różdżkę (brzoza, 25.4 cm, rdzeń ze szponów Żmija), rękawice ze smoczej skóry (czerwone, lakierowane – „teeeee chceeeeeee!”) oraz komplet podręczników i kilka dodatkowych książek („taaaaatooooo, kup mi jeszcze to, to i to!”). Najgorszymi momentami zakupów według pana Michalskiego były te, gdy doszli przed sklep z „Magicznymi zwierzętami Tośka” oraz gdy byli przy „Autoryzowanym serwisie mioteł wyścigowych”. Przy pierwszym Patrycja zrobiła awanturę że chce sowę śnieżną („nazwę ją Hedwiga!”). Angelique musiała jej długo tłumaczyć, że po pierwsze w internacie nie można mieć swoich zwierząt, po drugie sowy są tylko do przesyłek nocnych a w dzień używa się gołębi, po trzecie w Mystopach jest bardzo dobrze działająca poczta zaś po czwarte co pomyślą sobie Wojtysiakowie gdy wejdzie do domu z klatką z ptakiem. Dopiero po tym naburmuszona trzynastolatka opuściła sklep. „Autoryzowany serwis mioteł wyścigowych” obudził w dziewczynce niesamowitą wręcz chęć posiadania jednej na własność. Gdy argumenty Angie nie docierały („najpierw polataj na szkolnych a gdy Ci się spodoba kupisz własną”) i co raz więcej osób zbierało by się popatrzeć na rzucającą się na podłogę w akompaniamencie wycia Patrycję, ojciec musiał dobitnie jej powiedzieć, że jak się nie uspokoi to nie idzie do szkoły. Te magiczne słowa podziałały jak kubeł zimnej wody, dziewczynka odpuściła i niosąc ciężkie paczki mogli wrócić do świata mugoli tym samym sposobem którym tutaj się dostali.

***

Trzy godziny później Michalscy razem z Angelique stali przed murem w mało uczęszczanym zakamarku na Starówce w Lublinie.
- Ok… mogę wiedzieć na co wy patrzycie? – odezwał się zmieszany mężczyzna.
- Nie widzisz tych drzwi tato?
- Jakich drzwi?
- Tych z napisem „Wejście na Ulicę Ustronną”.
- Jestem mugokiem! Jak mam je widzieć!?
- Mugolem tato!
Patrycja, chichocząc pod nosem, złapała ojca za rękaw i pociągnęła go za sobą. Ich oczom ukazała się wąska uliczka otoczona przez powykrzywiane kamienice. Większość była o wiele mniej bogata niż w Magowie, przy ich ścianach kwitł handel, całość przypominała targowisko. Zarówno sprzedający jak i kupujący czarodzieje zwracali ku nim zaciekawione spojrzenia gdy Angela poprowadziła ich pomiędzy koszami z różnymi owocami i warzywami, beczkami wypełnionymi kiszoną kapustą, stoiskami z butami oraz wieszakami z szatami. Na jednej z witryn Patrycja zauważyła zegarek, który bardzo jej się spodobał ponieważ przypominał jej ten, który posiadał Dumbledore.
- Tato, proszę kup mi! Będę grzeczna! Obiecuję! Zobaczysz, już nigdy nie dam przedstawienia!
- No nie wiem… – mężczyzna skrzywił się.
Nie czekając na odpowiedź rodzica Patrycja weszła do sklepu. Ojciec dziewczynki niechętnie wszedł za nią, to samo zrobiła Angela. Szyld głosił, że znajdują w „Przybytku różności Madamy Zakrzewskiej”. Sklep był ciasny i niezbyt czysty, znajdowały się w nim całe stosy rupieci: stare książki które piętrzyły się aż po sam sufit, duży kosz z butelkami i słoikami a obok niego drugi z korkami i zakrętkami, pudełka z piórami, jedna ściana była całkowicie opanowana przez szaty oraz dodatki do nich – większość była nadgryziona przez czas. Sprzedawczyni, czarownica w średnim wieku podawała Patrycji wskazane przez nią egzemplarze zegarków, obok niej w pudełku z biżuterią grzebała czarnowłosa dziewczynka która na dźwięk dzwonka przy drzwiach podniosła wzrok na nowo przybyłych. Gdy zobaczyła Angelique jej pucołowata twarz rozjaśniła się w uśmiechu.
- Dzień dobry sorko!
- Dzień dobry Zosiu.
- Ta dziewczyna z panią to też mugolaczka i idzie w tym roku do szkoły?
- Tak.

Patrycja zainteresowała się tą wymianą zdań, odwróciła się od zegarków i spojrzała na nieznajomą. Była mniej więcej w jej wieku. Niższa od niej, grubsza, ciemna cera w połączeniu z czarnymi, falującymi włosami sprawiała, że wyglądała jak cyganka. Ubrana była w długą spódnicę, do tego koszulę podkreślająca duży biust („czemu jestem płaska jak deska” pomyślała z zazdrością Patrycja) oraz pozawieszała sobie mnóstwo koralików na szyi i rękach. Jedyne co nie pasowało do wyobrażenia cyganki były bardzo jasne, błękitne oczy.
 - Zocha jestem! – nieznajoma podleciała do Patrycji i uściskała ją przyjaźnie. – Będziemy razem w szkole! Zajefajnie!
- Będziecie razem w klasie – powiedziała Angela uśmiechając się.
- Suuuuuuuper! – ucieszyła się mała cyganka. – Masz już wszystko? Ja mam! Że jestem czarownicą wiem od tygodnia. Sorka wszystko wyjaśniła mojej rodzinie! A już myśleli czy mnie nie oddać do Abramowic! O ja cieeeeeee. Tak się cieszę, że nie jestem sama! Będę miała z kim nawijać bo moje rodzeństwo to totalni mugole! Wiesz jak jest, masakra jakaś, z takimi to nie pogadasz…  Musisz mi zaraz powiedzieć jak się nazywasz!
- Pa - Patrycja – wyjąkała zaskoczona dziewczynka.
- Pyyyyyyśkaaaaa! Daj mordkę, nich cię jeszcze raz uściskam! – zaatakowała koleżankę kolejną porcją przytuleń, tak że prawie się przewróciły. Po czym paplając pociągnęła Patrycję za rękę pokazując co można ciekawego znaleźć w magicznym świecie. Dorośli podążyli za nimi. Angelique wskazała Michalskim skąd odchodzą świstokliki do szkoły oraz zakupiła im bilety: Patrycji w jedną stronę a jej ojcu w dwie. Poinstruowała, że mają stawić się internacie szkoły 31 sierpnia aby zakwaterować dziewczynkę w przydzielonym jej pokoju. Po upewnieniu się, że Michalscy sobie poradzą, dała ojcu Patrycji paczkę przeznaczoną dla niego, pożegnała się ze wszystkimi i poszła w swoją stronę.


Podczas jazdy do domu Pan Michalski stwierdził, że chyba ominął ważny moment w życiu swojej córki. Wydarzyło się tak wiele i tak wiele zobaczył. Nie wszystko z tego co ujrzał go zaskoczyło, część rzeczy odsuwał od swojej świadomości. Powinien zająć się wychowaniem Patrycji zanim będzie za późno. Skoro robi teraz takie sceny to co będzie później? Przecież gdy zamieszka w internacie to prawie nie będzie miał na nią wpływu! Pan Grzegorz wzdrygnął się. Do tego wszystkiego doszła jeszcze magia. Nie wiadomo co strzeli do głowy nastolatce obdarzonej taką mocą. Pomyślał, że musi wziąć urlop, w końcu są wakacje. Pożyczy od córki serię Harry’ego Pottera i przeczyta ją od deski do deski aby wiedzieć co go czeka…

poniedziałek, 30 listopada 2015

Powojenne życie Hermiony G.: Rozdział 6 – Jak rozmnażają się Puszki Pigmejskie?


Do końca lipca Hermiona miała tyle roboty, że nie miała czasu na rozpamiętywanie przeszłości. Wstawała o szóstej rano, a kładła się spać po północy. Pomagała Ginny w nadrobieniu materiału, zbierała dowody przeciwko Dolores Umbridge oraz zaangażowała się w zniesienie obowiązującego prawa dotyczącego czarodziei urodzonych w niemagicznych rodzinach. Dodatkowo musiała obejrzeć domy w Londynie, wybrać jeden z nich oraz pomóc rodzicom go wyremontować. Ron wyprowadził się z domu i zamieszkał z George’em. Mimo że także miał sporo roboty przy zbieraniu towaru i przygotowywaniu się do ponownego otwarcia sklepu, wpadał, aby pomóc Hermionie przy malowaniu. Na początku po jego robocie trzeba było wszystko poprawiać, ale po jakimś czasie doszedł do wprawy. Dodatkowym problemem był fakt, że ciąża pani Granger była zagrożona. Mama Hermiony musiała leżeć w łóżku aż do czasu porodu, przez co jej rodzina była trochę poddenerwowana. Czarownica postanowiła, że zamieszka z rodzicami, aby po ukończeniu szkoły pomagać im w wychowaniu siostry.

- Jak ją nazwiemy? – zadał pytanie pan Granger, gdy wszyscy siedzieli w pokoju jego żony i odpoczywali po wyremontowaniu łazienki na piętrze.
- Nie macie imienia? – odparła zaskoczona Hermiona. – Myślałam, że coś wybraliście jeszcze podczas pobytu w Australii.
- Tak, wybraliśmy imię „Hermiona” – odpowiedziała z uśmiechem mama dziewczyny.
- Dla chłopców mamy tuzin imion, moglibyśmy stworzyć drużynę piłkarską… - zaczął ojciec czarownicy.
- Ty mnie do tego nie mieszaj – jęknęła pani Granger.
- … ale dla dziewczynki nic nam nie przychodzi do głowy.
- Eee, może Molly? – zaproponował Ron i zaczerwienił się od stóp po uszy.

Grangerowie popatrzyli na siebie z zadumą. Hermiona bardzo ucieszyła się na wieść, że będzie miała siostrę. Wprawdzie lekarz mówił, że nie jest to w stu procentach pewne, ale raczej rzadko się mylił. Hermiona oczyma wyobraźni widziała małą, słodką dziewczynkę… Pomyślała o przebytej wojnie i o tym, jak przetrwała, odnalazła rodziców i zwróciła im pamięć.
- Hmm, a co powiecie na Victoria?  
Rodzice nie mieli zachwyconych min.
- Victoria, Molly… nie… raczej nie…
- Może Gwendolina? Mam ciotkę Gwen, jest fajna mimo że jest starą panną. Mieszka w lesie i dokarmia jednorożce zimą – Ron zaczął się rozkręcać. – Prudencja to też ładne imię… moja daleka kuzynka od strony ojca zdobyła tytuł Miss Lotu na Miotle dziesięć lat temu. Widziałem jej zdjęcia, była naprawdę… WOW.
- Dziękujemy ci za pomysły Ron – odparła Hermiona. – Może znajdziemy jakieś bardziej normalne imiona.
- One są normalne – zaprotestował rudzielec.
- Dla świata czarodziejów…
- Ty nie masz normalnego imienia – zaperzył się.
- Może coś… francuskiego – zaczęła nieśmiało mama Hermiony, starając się odwieść nastolatków od kłótni. – Wiesz córeczko, jak uwielbiam Francję. A co o tym myślisz kochanie? – zwróciła się do męża.
- Niegłupi pomysł. Wybierzmy jakieś normalne imię, a zapis po francusku sprawi, że nasza nowa pociecha będzie się wyróżniała z tłumu.

Francja to był mały bzik jej rodziny. Rodzice mówili płynnie po francusku i bardzo często jeździli do Paryża lub na słoneczne południe. Hermiona zaczęła przypominać sobie beztroskie wakacje spędzane na Lazurowym Wybrzeżu. W głowie widziała słońce, piasek, palmy, błękit Morza Śródziemnego i pasma gór ciągnące się wzdłuż wybrzeża. Te chwile z rodzicami, gdy kąpali się w wodzie, uważając na parzące meduzy. Nagle wpadło jej do głowy jeszcze jedno wspomnienie. Ona mająca pięć lat i jej nowo poznana koleżanka. Obydwie budowały zamek z piasku i jakiś nastolatek przebiegł po nim, goniąc za piłką. Wspólny płacz i pomstowanie na chłopaka zbliżył ich rodziny do siebie. Nie przeszkadzał im fakt, że Hermiona nie mówiła za bardzo po francusku (potrafiła wypowiedzieć kilka grzecznościowych formułek) ani, że Suzanne nie umiała w ogóle angielskiego. Spędziły cudowne wakacje, bawiąc się razem i nie używając przy tym prawie słów. Czasem tylko biegły do rodziców, aby im przetłumaczyli, co jedna od drugiej chce.

- Pamiętacie Suzanne Dubois i jej rodziców? – spytała Hermiona.
- Och, tak! – twarz jej mamy rozjaśnił uśmiech. – To były jedne z najfajniejszych wakacji! Wy byłyście zajęte sobą, a my mogliśmy spokojnie rozmawiać z Gustavem i Brigitte.
-  Byłyście jak papużki nierozłączki – dodał pan Granger. – Na dodatek wyglądałyście jak siostry, tak byłyście do siebie podobne…
- Ej, to jest właśnie to! – Rona oświeciło. – Nazwijcie małą Suzanne!
Grangerowie wymienili spojrzenia. Każde wiedziało, o czym pozostali myślą.
- A więc postanowione! – powiedział pan Granger.

***

To nie są wyjątkowo wesołe urodziny – pomyślała Hermiona, odchodząc od stołu. Harry kończył właśnie osiemnaście lat i z tej okazji urządzono przyjęcie w gronie rodziny Weasleyów i przyjaciół. Jednak nie dało się ukryć, że przy stole panowała atmosfera sztucznej wesołości. Wszystkim brakowało Freda. Bez niego George był ponury  i głównie co robił, to wlewał w siebie kolejne kieliszki wina porzeczkowego. Każdy się uśmiechał, ale jednak czuło się pustkę, której nikt nie mógł wypełnić. Pani Weasley dwoiła się i troiła, aby uczestnicy przyjęcia byli zadowoleni, a wszyscy starali się ukryć przed nią, że nie są w nastrojach do zabawy.

Hermiona wyszła z toalety i skierowała swoje kroki ku drzwiom prowadzącym do ogrodu, gdy zauważyła Proroka Codziennego leżącego na kanapie. Miała zamówioną prenumeratę, ale akurat tego dnia nie miała czasu, aby zajrzeć co jest w nim napisane. Wzięła gazetę do ręki i przekartkowała szybko stronice. Jej uwagę zwrócił artykuł z piątej strony. 

Dotyczył Dolores Umbridge i zawierał sprawozdanie z przesłuchania Draco Malfoya. Hermiona od kilku dni zastanawiała się z Ronem, jakim cudem Harry’emu udało się namówić Dracona do zeznawania przeciwko byłej nauczycielce. Rodzina Malfoyów odbywała areszt w swojej posiadłości do czasu, aż Wizengamot zdecyduje czy wtrącić ich do Azkabanu, czy nie. Na razie ciągle zbierano zeznania i dowody przeciwko nim. Aurorzy, w tym Harry, trzymali wartę, aby żadne z nich nie uciekło. Z tego co mówił Hermionie, Lucjusz dostawał szału, gdy go widział, a gdy usłyszał czego Harry chce od jego syna zaczął krzyczeć, że nigdy mu nie pozwoli na współpracę z zabójcą Czarnego Pana. Mimo znacznych oporów Malfoyów Harry jakoś zdołał przekonać Draco, aby pomógł w ich walce przeciwko Umbridge. Hermiona była pod sporym wrażeniem, ale nie udało się jej dowiedzieć, jak jej przyjaciel tego dokonał.  


ZEZNANIA W SPRAWIE PRZECIWKO DOLORES UMBRIDGE SKŁADAJĄ BYLI UCZNIOWIE HOGWARTU


Jak donosi nasz korespondent, czarne chmury zbierają się nad Dolores Umbridge (53 l.), byłą urzędniczką Ministerstwa Magii i Wielkiego Inkwizytora Hogwartu, która została postawiona w stan oskarżenia przez Hermionę Granger (18 l.) oraz Harry’ego Pottera (18 l.). Głównymi zarzutami są: nasłanie dementorów na Harry’ego Pottera w jego ówczesnym miejscu zamieszkania dnia 2 sierpnia 1995 roku, torturowanie uczniów Hogwartu w roku szkolnym 1995-1996 przy pomocy Krwawego Pióra, podawanie im eliksiru Veritaserum w celu wydobycia zeznań oraz próba rzucenia Klątwy Cruciatus na Harry’ego Pottera 17 czerwca 1996 r.

Jako pierwszy zeznawał Lee Jordan (20 l.), który potwierdził, że jednym ze sposobów karania uczniów było pisanie Krwawym Piórem. Tortura ta została osobiście opracowana przez oskarżoną i polega na wielokrotnym wycinaniu pisanych wyrazów na skórze skazanego. Jest to niezwykle krwawa i bolesna operacja. Po kilku sesjach na dłoni ofiary zostają blizny układające się w zdanie. Pan Lee Jordan pokazał Wizengamotowi blizny na dłoni układające się w zdanie „Nie będę wyśmiewał się z Dekretu Edukacyjnego Numer 26”. Poproszony o komentarz po wyjściu z przesłuchania powiedział Prorokowi Codziennemu: „mam nadzieję, że te wredne babsko zostanie zmuszone do wielokrotnego pisania swoim piórem zdania – jestem ropuchą i śmierdzę”.

Kolejnym, zaskakującym świadkiem, był Draco Lucjusz Malfoy (18 l.), który został przyprowadzony w kajdanach do Ministerstwa Magii przez aurorów. Pan Malfoy obecnie odbywa areszt razem ze swoją rodziną, która jest oskarżona o bycie zwolennikami Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać i walkę u jego boku. Zeznania potwierdziły nasłanie dementorów oraz próbę rzucenia Klątwy Cruciatus na Harry’ego Pottera, której był świadkiem w gabinecie Dolores Umbridge jako członek Brygady Inkwizycyjnej. Była to formacja złożona z uczniów, powołana przez oskarżoną, której celem było pilnowanie przestrzegania Dekretów Edukacyjnych ustanowionych przez Wielkiego Inkwizytora Hogwartu. Pan Malfoy ze szczegółami opowiedział o wszystkich niestosownych praktykach, których dopuszczała się Dolores Umbridge podczas jej pobytu w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Po zakończeniu przesłuchania aurorzy odprowadzili świadka z powrotem do aresztu, nie pozwalając mu na kontakty z wysłannikiem Proroka Codziennego.

Wszystko wskazuje na to, że Dolores Umbridge zostanie skazana na pobyt w Azkabanie. Równolegle toczy się przeciwko niej śledztwo w sprawie niesłusznego karania czarodziejów pochodzenia mugolskiego, przez co kilku zmarło oraz sprzyjanie Temu-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Oskarżona nie chciała zamienić kilku zdań z wysłannikiem Proroka Codziennego. Wychodząc z sali rozpraw, oświadczyła, że „jeśli będziecie mnie dalej nagabywać, to zamienię was wszystkich w szczury”.


Hermiona westchnęła, odłożyła gazetę i wróciła do stołu. Luna ganiała po ogrodzie za gnomami, czym wywołała małą konsternację wśród starszej części zgromadzonych i uśmiechy wśród młodzieży. Fleur patrzyła na nią ze zdumieniem. Harry i Ginny szeptem coś omawiali. Percy próbował zabrać George’owi wino, a Hagrid rozmawiał z Nevillem i panią Weasley na temat roślinności w ogrodzie. Gdy Hermiona usiadła, Ron od razu objął ją ramieniem.
- Co tak długo? – szepnął.
- Musiałam przypudrować nos – mruknęła. – Coś ciekawego mnie ominęło?

Ron nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ Harry wstał i zastukał łyżeczką w pusty pucharek po lodach. Luna obróciła twarz w jego stronę, nie zwalniając i nie patrząc, dokąd biegnie, przez co wpadła w żywopłot, pod którym ukrył się przerażony gnom. Harry poczekał, aż jego przyjaciółka wyplącze włosy z gałęzi i usiądzie na swoim miejscu. Wszyscy intensywnie wpatrywali się w niego i czekali, co też ma takiego ważnego do powiedzenia.
- Ja… chciałbym zwrócić się do was w pewnej ważnej sprawie – zaczął niepewnie. Popatrzył na Ginny, a ta uścisnęła mu rękę, dając znak, aby mówił dalej. Odchrząknął i kontynuował. – Większość z nas tutaj zebranych była w Zakonie Feniksa. Przez ostatnie lata trzymaliśmy się razem, wszyscy walczyliśmy przeciwko Voldemortowi i pokonaliśmy go. Udało się nam to dzięki Albusowi Dumbledore’owi. To on nas prowadził, dawał wskazówki, rady. Gdyby nie on, sądzę, że nie byłoby nas tutaj. Nie dalibyśmy…
- Dobra Harry! Nie ględź! Gadaj, czego chcesz! - brutalnie przerwał mu George i głośno czknął.

Wszyscy popatrzyli się na siebie nawzajem. Percy wyrwał szybkim ruchem butelkę George’owi, który nie był w stanie, przeszkodzić bratu. Pani Weasley ukryła twarz w dłoniach, a jej mąż wbił zmartwiony wzrok w swojego syna. Harry stał przez chwilę zbity z tropu, wziął głęboki oddech i wyrzucił z siebie.
- Chcę, abyśmy pomogli Severusowi Snape’owi.
Momentalnie zaległa cisza. Hermionie wydawało się, że nawet pszczoły i ptaki umilkły. Przez cały dzień było słonecznie i gorąco, ale w tym momencie zapanowała atmosfera, jakby nagle chmury przysłoniły niebo. Neville zastygł z pół otwartymi ustami, Ron wpatrywał się w Harry’ego ze zdumieniem, Bill zmarszczył brwi, a Fleur wodziła wzrokiem po zebranych. 

Dopiero pan Weasley przerwał ciszę i rzekł:
- Powiedz nam, czego właściwie oczekujesz?
- Chcę go oczyścić z zarzutów.
- Harry, on zabił Dumbledore’a! – powiedziała roztrzęsionym głosem pani Weasley.
- To kawał smoczego łajna! – George krzyknął, wstając i zwalając się z powrotem na krzesło. – Niech zgnije w Azkabanie!
- Nie! To nie tak! Posłuchajcie mnie! – Harry starał się przekrzyczeć szmer, który powstał, gdy wszyscy zaczęli wymieniać między sobą uwagi – Ja wiem, że to trudne… też mi było ciężko uwierzyć, że Dumbledore kazał mu siebie zabić… Mówię prawdę! Snape od początku do końca był w Zakonie, robił wszystko, aby Voldemort przegrał. Dzięki niemu go pokonałem!
- Nie masz dowodów Harry – zauważył ojciec Rona. – Każdy wie, że Severus jest mistrzem oklumencji, wszyscy śmierciożercy to potwierdzą… Tak samo, jak to, że był wyjątkową postacią w armii Sami-Wiecie-Kogo. Rada stwierdzi, że specjalnie zmienił swoje wspomnienia, aby oczyścić się z zarzutów…
- Tym bardziej że nikomu ich nie pokazałeś poza Kingsleyem – wtrącił Percy. – Wizengamot nie uwierzy wam na słowo, nawet ministrowi magii i Wybrańcowi.
- Musimy jakoś przekonać Snape’a, aby zechciał pokazać je na rozprawie – ciągnął Harry. – Starałem się z nim porozmawiać, ale mój szef go nienawidzi i utrudnia nam kontakty, jak tylko się da. Poza tym… - starał się uśmiechnąć - gdy idę do Snape'a, to ma minę, jakby chciał wyskoczyć przez okno i stanowczo odmawia udzielenia sobie pomocy.
- On cię nienawidzi, a ty chcesz mu pomóc – Ron był zdegustowany.
- A ja uważam, że każdy jest wewnętrznie dobry, tylko czasem o tym nie wie – odezwała się swoim rozmarzonym tonem Luna. – Jeśli Harry mówi, że profesor Snape jest niewinny, to ja mu wierzę.
- On jest okropni – Fleur zmarszczyła nos, jakby ktoś zanieczyścił koło niej powietrze. – Gdy my bylici w ‘Ogwart professeur naśmiewaci się z moi ęgilski.
- Ja tam wierzę Harry’emu – rzekł Hagrid.
- Ja też – dodała Ginny.
- Nie ukrywajmy, że z Severusa zawsze był kawał sukinsyna – powiedział Bill, na co pani Weasley syknęła, a George spadł ze śmiechu pod stół. – Nikt go nie lubił, ale musieliśmy utrzymywać z nim kontakty i go tolerować, bo ufaliśmy osądowi Dumbledore’a. Przykro mi Harry, ale ciężko uwierzyć, że był po naszej stronie.

Przy stole rozszedł się pomruk świadczący o tym, że większość zebranych zgadza się z Billem. Harry nadal stał, myśląc co jeszcze powiedzieć. Gdy stwierdził, że nic mu nie przyjdzie mądrego do głowy, popatrzył błagalnie na Hermionę, a ta od razu zrozumiała, że przyjaciel oczekuje od niej pomocy.
- Przeanalizujmy to – zaczęła mówić i wszyscy umilkli. – Fakty są takie, że wszystko świadczy przeciwko Snape’owi. Opinia publiczna wie o nim tyle, że był to wyjątkowo oddany Voldemortowi, zabił Dumbledore’a, nienawidził Harry’ego od samego początku, faworyzował dzieci śmierciożerców… Tego jest naprawdę dużo. Na dodatek jego osobowość i fizjonomia są… - urwała, szukając odpowiedniego określenia.
- Mocno odpychające – podpowiedział Percy.
- Tak, to właśnie miałam na myśli…
- Niiiiiiikt nieeeee chceeee się kumplooowaaaać zeeeee staaaaaryyym nietopeeeerzeeem! – zawył George, próbując śpiewać, po czym głowa opadła mu na stół.
- Wizengamot z góry założy, że jest winny – powiedział pan Weasley, patrząc z ukosa na pijanego syna. – Sami wiecie, jak to działa. Nawet Kingsley niewiele tu pomoże.
- Może wpłynąć na radę – stwierdził Harry. – Gdy z nim rozmawiałem, a potem pokazałem mu wspomnienia, to wyglądał na przekonanego o niewinności Snape’a.
- To wcale nie jest takie proste. Kingsley nie jest taki jak Korneliusz Knot – rzekł Percy, po czym mocno się zaczerwienił. – Sądzę także, że nauczyciele z Hogwartu nie będą stać za nim murem.
- Minerwa McGonagall widziała wspomnienia – powiedział Harry, a wszystkie oczy zwróciły się na niego. – Są w myśloodsiewni w jej gabinecie, stwierdziłem, że należy jej pokazać. Nie wyglądała na zachwyconą, ale liczę na jej słynne poczucie sprawiedliwości.
- No dobrze, nie mamy wątpliwości, że wszyscy są przeciwko Severusowi Snape’owi – ciągnęła temat Hermiona. – Jednakże jest dużo okoliczności łagodzących. Możemy z całą pewnością stwierdzić, że ratował Harry’ego w pierwszej klasie, gdy Quirrell próbował go zabić. Ron i Harry złożyli zeznania w sprawie łani, która wskazała im drogę do Miecza Gryffindora. Wystarczy, że Snape wyczaruje patronusa i nie będzie wątpliwości, że to on im pomógł.
- O ile mu się zechce – mruknął Ron.
- A poza tym… – Hermiona uśmiechnęła się do Harry’ego – zapomnieliśmy, że mamy mnóstwo świadków rozmów pomiędzy Dumbledore'em a Snape'em.
- Kogo? – zdezorientowany Neville zadał pytanie. – Mówiłeś, że zawsze rozmawiali na osobności w gabinecie dyrektora.
- No właśnie! – krzyknął uradowany Harry.
- Co właśnie? – Neville nadal nie wiedział, o co chodzi.
- Portrety… - Rona olśniło. – W gabinecie są portrety wszystkich dyrektorów!
- Tak, Ron. Jest tam mnóstwo portretów – ciągnęła myśl Hermiona. – Na pewno zeznają, że Snape zabił Dumbledore’a na jego polecenie.
- Nie wspominając o portrecie Albusa – dodał pan Weasley. – On sam może to potwierdzić… tylko czy portrety zostaną uznane za wiarygodne źródło informacji?

Wszyscy zamyślili się. Nikt nie wiedział, czy kiedykolwiek była rozprawa przed Wizengamotem, gdy portret zeznawał na korzyść lub niekorzyść oskarżonego. Nie wiadomo było także, w jaki sposób zostanie rozwiązany problem przesłuchania, jako że większość namalowanych osób nie może opuszczać gabinetu dyrektora. Hermiona pomyślała, że będzie musiała poszukać informacji w książkach. To oznaczało kolejną żmudną robotę do wykonania.

- Myślę, że dobrze kombinujesz Hermiono – Bill uniósł kieliszek w geście uznania. – Twoje zdrowie!
- Jest jeszcze jeden problem – powiedział Harry. – Trzeba przekonać Snape’a, aby dopuścił, by ktoś go bronił w Wizengamocie.
- Mogę do niego zajrzeć – zaoferował się pan Weasley. – Może mnie wysłucha i coś na to poradzimy.
- A dementorzy?
- Molly, kochanie, są przepędzeni...
- Ach, zapomniałam!
Przy stole zapadła cisza. Dzień chylił się ku końcowi, niebo powoli przybierało różową barwę. Hagrid poruszył się na krześle.
- Było miło, ale ja to chyba se już pójdę…
- Chwila! – Ron zerwał się na równe nogi. – Hagridzie, mam do ciebie sprawę!
- Taaa?
- Znasz się na Puszkach Pigmejskich?

***

Gdy Fred i George byli zmuszeni opuścić swój sklep na ulicy Pokątnej, zastanawiali się, co zrobić z Puszkami Pigmejskimi. Mieli ich ponad pięćdziesiąt sztuk, to było zdecydowanie za dużo, aby je wykarmić, mimo że jadły wszystko – nawet śmieci. Nie mając wielkiego wyboru, rozdali na szybko połowę przypadkowym czarownicom i czarodziejom, a resztę po prostu wypuścili. Przed ponownym otwarciem sklepu George z Ronem złapali sześć puszków, które zamieszkały w ich piwnicy. Niestety, nie chciały się rozmnażać.
- Może to kwestia tego, że siedziały w ciemnej piwnicy przez ponad pół roku? – zastanawiał się George.
- Albo zła dieta – dodał Ron. – Gdybym żywił się pająkami, też by mi się nie chciało bzykać.
- Myślisz, że jak damy im do klatki stoliki, na nich talerzyki ze spaghetti i zapalimy świece, to coś między nimi zaiskrzy?
- Jaaasne, może im jeszcze zagrać na akordeonie i zaśpiewać pieśni o miłości?
- Jak masz akordeon to jazda! – rzucił George, zerkając badawczo na puszki.

Nic co wymyślili, nie pomogło. Zwierzątka nadal nie chciały się rozmnożyć. Postanowili poradzić się Hagrida, który miał być na urodzinach Harry’ego. Ron przyniósł pudełko z puszkami przed dom, a pół-olbrzym sprawdzał, co jest z nimi nie tak. Przyglądał się uważnie każdemu z osobna, po czym rzekł:
- Cholibka! Nic dziwnego, że nie mają młodych!
- Coś im dolega? Są chore? – dopytywała się zaniepokojona Luna.
- Chodzi o to, że nic im się nie stało. Są całe i zdrowe!
- To, czemu nie mają małych?
- Bo to wszystko to dorodne dziewuchy są! – Hagrid zachichotał. – Mieliście szczęście złapać same baby!
- Ten zwierzęcy magnetyzm… - dodała Ginny ku ogólnemu wybuchowi wesołości.
- O kurna… musimy złapać jakiegoś faceta… - Ron nie był zachwycony.

Hermiona podeszła do niego i postukała go w głowę.
- Ziemia do Rona! Myśl!
- Co znowu ci nie pasuje kobieto?
- Twoja rodzona siostra ma puszka płci męskiej. Nazywa się Arnold i sądzę, że będzie wyjątkowo atrakcyjny dla twoich panienek!
- No tak! – Ron pacnął się dłonią w czoło. – Kurde, zapomniałem o Arnoldzie! Ginny, dawaj go tutaj! Będzie miał dzisiaj upojną noc!

Ginny nie trzeba było dwa razy powtarzać. Pobiegła po swojego zwierzaczka i po minucie była z powrotem. Ostrożnie włożyła go do pudełka. Samiczki na początku zbiły się w stadko z dala od obcego samczyka. Arnold powoli zbliżył się do nich i zaczął je obwąchiwać. Po chwili wszystkie puszki płci damskiej zapoznały się z samczykiem i zaczęła się zabawa.
- O matko! – wyrwało się zaskoczonemu Ronowi. – To się dzieje tak szybko?
- Bierze się za drugą! – pisnęła Ginny.
- Na gacie Merlina! – wykrztusił Neville, patrząc na wygibasy puszków z szeroko otwartymi oczami.

Pudełko trzęsło się jak szalone. Hermiona patrząc na puszki, miała zawstydzoną minę, Luna wykazywała naukowe zainteresowanie, a Harry’emu opadła szczęka.
- Chciałbym być jak Arnold – stwierdził Ron.
- Okrągły i puszysty? Zapuść włosy i zacznij jeść za troje – odpowiedziała mu z niewinnym uśmieszkiem Ginny.
- A może chcesz mieć sześć dziewczyn na raz? – spytała z przekąsem Hermiona.
Harry’ego i Neville’a dopadł gwałtowny atak kaszlu. Ron zaczerwienił się i zaczął dukać, że nie miał tego na myśli.
- Dobra, idziemy do domu! – zdecydowała Ginny. – Dajmy im trochę prywatności.
Radosne piski oznaczające, że puszki dobrze się bawią, trwały do samego rana. Arnold zaś, po niedługim czasie, został ojcem siedmiu małych, puchatych kuleczek.

sobota, 28 listopada 2015

Voldemort ubiera się u Madame Malkin: Rozdział 5 – Jestem kogutem domowym!

Eloooo! Tu Glizdek!
Alvin się nie odezwał :(. Cierpię.
Anna 69, bardzo dziękuję za te zdjęcia są… ekhm… nie przesyłaj ich więcej, proszę!

Pytacie co tam u mnie słychać? Ostatnio moje życie jest wyjątkowo nudne. Zostałem kurą domową, to znaczy, kogutem! Wolałbym działać, walczyć, a zmieniam Voldusiowi pieluchy… Pewnie kiedyś mi jakoś to wynagrodzi :)

Mój dzień wygląda następująco:
O 7 pobudka, zrobienie śniadania Voldkowi, potem chwila zabawy. Następnie idziemy na spacer. Najczęściej idziemy na plac zabaw chociaż muszę uważać, aby nie jadł piasku bo to od niego dostał krostek. Wczoraj byliśmy u lekarza, który to potwierdził. Jak wychodziliśmy stała się rzecz straszna. Jakaś babka rzuciła tekstem, że nie widziała nigdy w życiu tak brzydkiego dziecka… No i się zaczęło! Voldemort dostał szału i chciał rzucić na nią klątwę. Szamotałem się z nim kilka chwil nie dając mu dostać się do różdżki (na szczęście została w wózku). Zleciały się pielęgniarki i matki z poczekalni oglądając przedstawienie. Nie mogłem użyć magii ponieważ była to mugolska przychodnia! No przecież nie polezę z Voldkiem do Świętego Munga… Mój Pan udobruchał się dopiero wtedy gdy obiecałem mu, że zamienię wredne babsko w świnkę morską. Rechotaliśmy później jak dwa wariaty patrząc przez okno jak próbuje uciec pielęgniarkom, a mamuśki dostają zbiorowej histerii :D

Wracając do tematu: po spacerku robię mu obiadek, czytam książeczkę do snu: „Mein Kampf” Hitlera, Volduś jest jego wielkim fanem. Następnie drzemka - pół godzinki dla słoninki! Gdy Mój Pan wstanie bawimy się w planowanie zagłady mugoli. Ostatnio zrobiłem z kartonów małe miasteczko, dodałem ludziki Lego dla większej autentyczności. Na brodę Merlina, jak on się dobrze bawił! Udawał Godzillę i niszczył miasto, torturował ludziki, rozczłonkowywał je, rzucał Avady, a na samym końcu podpalił wszystko! Uwielbiam patrzeć na słodkie zabawy maluszków! Dzieci to mają wyobraźnię :D. Patrzajcie na zdjęcie:


Wieczorem ogląda dobranockę (uwielbia „Pszczółkę Maję” i „My little Pony”), potem zjada kolacyjkę, kąpiemy się i mój maluch idzie spać.  Wtedy mam czas aby napisać nowy post, wstawić go na bloga. W międzyczasie wstawiam pranie, sprzątam chałupę i doję Nagini (o ile ją złapię, wredna sycząca parówa!). Czasem wypijemy jakieś piwko z Bartym Seniorem.

Powiem wam, że zacząłem się z nim nawet nieźle dogadywać. Nie sprawia kłopotów, daje bez problemu kasę (ostatnio kupiliśmy sobie plazmę i playstation!) i czasem powie coś zabawnego. Opowiadał wczoraj o jakimś Weatherbym. Daje chłopakowi najgorsze prace, a ten cieszy się jak głupi. Ostatnio Barty tak miał dosyć jego gadania, że kazał mu napisać raport na temat przemytu eliksirów miłosnych na granicy Polsko-Chińskiej, a ten głupek to zrobił! A przecież każdy wie, że Polska to gdzieś w Afryce jest, a nie w USA jak Chiny! He, he! Ja to nie wiem jak można tak się dać traktować, trzeba mieć chociaż odrobinę asertywności i godności osobistej!

Chwila… Voldemort mnie wzywa…

Uffff… znowu oberwałem cruciem bo jad Nagini był za gorący o 4 stopnie Celsjusza. Następnym razem muszę bardziej uważać… Kazał też sobie wymasować stopy i zamówić na jutro grupę cyrkową złożoną z karłów albinosów. Chce się pośmiać ten mój Volduś! Powiedział, że jak mi się nie uda to zedrze ze mnie skórę i zrobi sobie z niej pufę, aby trzymać na niej nogi jak dorośnie! Mimo wszystko i tak go uwielbiam <3

Chcę się jeszcze wam pochwalić, że udało mi się przekonać Voldemorta do nocnika! W końcu znalazłem model który mu pasuje. Mój jakże GENIALNY mózg podpowiedział mi abym zamówił mu z internetu coś co go zainspiruje i zaciekawi. Patrzcie i podziwiajcie:


Czyż nie jestem wspaniały? Na nowej plazmie zaczęliśmy oglądać „Grę o tron” i bardzo się to spodobało Voldusiowi. Zwłaszcza jest fanem Daenerys. Powiedział, że jak znowu dorośnie i załatwi Pottera to zostanie „Ojcem Węży”. Patrząc na to jak rozwija się jego związek z Nagini to wszystko jest możliwe… Małe Voldęże… Matko bosko kochano, spraw abym nie musiał ich wychowywać! :(

Tak na koniec ponarzekam, że kasa nam się skończyła po tych wszystkich zakupach, a Barty nie wyrabia z nadgodzinami. Voldek się wścieka bo wypatrzył w necie kilka fajnych zabaweczek:





Milusie nie? Rozumiem jego frustrację bo też miałem takie marzenia w dzieciństwie. Pamiętam jak tata nie chciał mi kupić najnowszej figurki hipogryfa, która latała, ziała ogniem i strzelała laserami z oczu! Boże, wszyscy to mieli, nawet Lupin! James mi nie dawał żyć! A ojciec tylko nie i nie… dobrze że go ten niedźwiedź zjadł… Też się czułem jakbym był trawiony gdy usychałem z tęsknoty za Super Duper Action Hypogriff Double Laser From Oczu!

Teraz musze poszukać tych karłów albinosów…
Pozdrawiam smętnie!
Wasz Glizduś! <3


P.s. - Kolejny post za tydzień bo jadę z Voldusiem nad morze aby sobie trochę jodu powdychał!